Sarolta (Tłumacze NE)  3.89/5 (3)

9 min. czytania

Historyczna okładka „Les Batteuses d’Hommes”, domena publiczna

Tytuł oryginału: Sarolta

Autor: Leopold Ritter von Sacher-Masoch

Publikacja: w ramach zbioru „Lola – opowieści o miłości i śmierci”

Autor przekładu: Pan Hyde

Piękna Węgierka z dawien dawna gra jedną z głównych ról w historii wiedeńskiej arystokracji. Zgodnie z naturą właściwą swej rasie i krajowi pochodzenia łączy w sobie wszystkie te wdzięki, z których każdy jeden osobno wystarcza, by uczynić kobietę czarującą: urodę ciała rozpalającą zmysły, dziarski intelekt obeznany ze sprawami publicznymi we wszelkich aspektach, olśniewającą wielkoduszność serca, amazońską zuchwałość przechodzącą w dzikość, aplomb arystokratki oraz pikantną nonszalancję damy półświatka. Obdarzona przez przyrodę aż z naddatkiem w talenty zarazem przynoszące szczęśliwość najwyższej miary co i prowadzące do najgorszego zepsucia, w zależności od warunków bytowych, urodzenia, losu i skłonności dawania wyrazu swej naturze, bywa piękna Węgierka najlepszą, najwspanialszą albo też najpotworniejszą kobietą.

Sarolta, bohaterka naszej opowieści, niewątpliwie od urodzenia początku łączyła w sobie wszystkie elementy i Madonny, i Astarty. To, że ciemne siły jej duszy wkrótce odniosły zwycięstwo nad pięknymi niebiańskimi, miało przyczynę zapewne w pierwszym zgubnym zrządzeniu, jakie zgotowali jej rodzice.

Niespełna szesnastoletnią oddali ją staremu mężczyźnie za żonę; mężczyźnie, którego o wiele bardziej się bała, niż poważała, i którego nie kochała w ogóle, ale będąc tylko ubogą hrabianką, musiała zgodnie z tradycją swojego stanu za wszelką cenę bogato wyjść za mąż. A skutek? Historia jakich wiele. Rodzice, którzy naprzeciw ideałów serca swojego dziecka występują z okrutnym szyderstwem i tylko dla dobra dziecka, jak mniemają, starają się je wyplenić do szczętu, zasieją nie ziarno pewnego, spokojnego szczęścia, co by chcieli, lecz tylko niezadowolenie, frustrację, grzech i nierzadko katastrofalne nieszczęście.

Sarolta nie urodziła się cierpiętnicą. Z przedwcześnie dojrzałego dziewczęcia w czczym, pozbawionym radości małżeństwie przeobraziła się szybko w zawziętą, pewną siebie, wyrachowaną kobietę. Radości, jakie umykały jej w domu, szukała poza nim, a przez ostrożność jaką musiała wykształcić w obliczu cholerycznego temperamentu i zazdrości małżonka, żeby jednym nierozsądnym ruchem nie wystawić na szwank iście azjatyckiego luksusu, w jakim się pławiła, z każdym dniem stawała się jeszcze bardziej bezduszną, podstępną i wyrafinowaną. Reprezentowała tę dziką rasę kobiety, typową dla historii i legendy Węgier, co dla zachowania urody nie przebiera w środkach, co aby wyglądać wiecznie świeżo i młodo, pławi się w krwi ludzkiej, kochanków zaprzęga do pługa i nie żałuje bicza, albo każe się oblec w wilczą skórę, by zaraz urządzić na niego polowanie z psami.

Była piękna jak demon. Wysoka i szczupła. Każdy jej ruch cechowała gracja, miękkość, sprężystość i energia okrutno-delikatnej kotki. Atramentowo czarne włosy niebywałej gęstości oprawiały w ramę jej ponętne lico, którego ciemny, wpadający w delikatną czerwień, koloryt nieodparcie przywodził na myśl Orient; spod tajemniczego welonu ciemnych długich rzęs pałała para dużych, czarnych, zagadkowych oczu. Sarolta jak Amazonka odwagą i diaboliczną gracją przyciągała powszechną uwagę nie tylko w Wiedniu, gdzie wraz z mężem spędzała zimę, ale też w swojej ojczyźnie, gdzie przez całe lato przebywała w swoich włościach, w równym stopniu zachwycając zarówno mężczyzn jak i kobiety. Każdemu, kto się do niej zbliżył, kto znalazł się w jej czarodziejskim kręgu, dane było poczuć natychmiast moc jej natury powołanej do rządzenia. I nikt nie śmiał przeciwstawić się jej woli, każdy przyjmował ją z ochotą, nawet z zachwytem. Tak też otoczona czcią i uwielbieniem sprawowała nieograniczoną władzę jak królowa, często nieprzewidywalnie i okrutnie, dorównując najgorszym despotkom.

Oczywiście w Wiedniu musiała powściągać swoje centauriańskie pasje, gdyż przejażdżka po Praterze czy Ringstraße nie była w stanie zaspokoić tej zapalczywej poskramiaczki koni. Teatr, gry, towarzystwo i lektury musiały wystarczyć, wraz z namiętnością wyzwalaną przez tłum tłoczących się wokół niej mężczyzn, tej kapryśnej kobiecie. Za to latem, rezydując w starym magnackim zamku w samym środku Puszty, pędziła swą kwadrygą jak bohater spod Troi przez niekończące się pola albo goniła w towarzystwie wytwornych pań i rycerskich mężczyzn za biednym lisem czy zającem, aż padł, i najszybciej ze wszystkich brała krzewy, płoty, rowy i inne przeszkody, nie zważając, czy ktoś z tych, co gnali jej szaleńczym śladem, przypłacił tę zabawę złamaną ręką, nogą, albo szyją.

Jej małżonek, co jest na Węgrzech w powszechnym zwyczaju, udzielał wsparcia uzdolnionemu chłopcu, sierocie po pewnym urzędniku. Łożył na jego naukę. Stefan Bakotzi nazywał się ten chłopiec. Ukończywszy gimnazjum w jakiejś mieścinie na głębokiej prowicji, przybył do Wiednia, do domu swego magnackiego protektora, absolwować prawo na pierwszym austriackim uniwersytecie. Pierwsze wrażenie, jakie wywarł na swym dobrodzieju i jego młodej żonie było całkiem pozytywne, toteż został przyjęty jak syn domu i tak też traktowany. Stefan był pięknym blondynem, dwudziestolatkiem, silnej budowy ciała, ale przy tym świeżym, bladym i rumianym jak młode dziewczę. Z błękitnych oczu pobłyskiwała prostoduszność i młodzieńczy romantyzm. Z początku zachowywał się nieśmiało i nieporadnie, ale Sarolta, czując, że na jakiś czas zapewni jej to rozrywkę, osobiście wzięła się za jego wychowanie i już po pół roku ten młody inteligentny student w pełni przyswoił sobie subtelne maniery arystokracji.

W maju wielmożni państwo przenieśli się jak zwykle na Węgry, zostawiwszy Stefana praktycznie samego z majordomem w pałacowej rezydencji do końca semestru. Z początkiem wakacji także on pośpieszył do ojczyzny.

Jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu zastał Saroltę samą w zamku. Jej małżonek, zawsze biorący aktywny udział w życiu publicznym swego kraju, przebywał właśnie w Peszcie. Pod jego nieobecność zdobywcza pani musiała stale mieć się na baczności, gdyż ani przez chwilę nie żywiła najmniejszego złudzenia, że jej ślubny nie otoczył jej szpiegami. Żyła więc w samotności i nudziła się niemiłosiernie.

Przybycie Stefana, stanowiące zapowiedź pewnej odmiany i rozrywki, w tych warunkach miało więc dla Sarolty szczególne znaczenie. Odebrała go osobiście z końcowej stacji kolei żelaznej i przywiozła swoją kwadrygą do zamku. Dla młodego studenta nowa sytuacja także oznaczała wielką zmianę, narażała na znacznie poważniejsze niebezpieczeństwa niż w Wiedniu, gdzie kontakty z piękną magnatką były ograniczone przez wszechobecność świadków.

Sarolta nie mając innych zajęć, za wszelką cenę łaknęła rozmów; zaczęła więc kokietować młodego mężczyznę, zdobywając go błyskawicznie i tak doszczętnie, jak ani nie oczekiwała, ani nawet z początku nie miała zamiaru, i dopiero będąc pewną jego czystej bezgranicznej namiętności, także ona dała ponieść się temu obcemu jej oszałamiającemu żywiołowi. Kochać poczęła biednego studenta na swój sposób. To znaczy wylewając na niego wszystkie swe humory zmieniające się jak w kalejdoskopie i dręcząc na wszelkie możliwe i niemożliwe do pomyślenia sposoby. Raz wlała mu piwo do wina i zmusiła wypić ten piekielny trunek do ostatniej kropli. Innym razem kazała pokojówce wymościć pokrzywami jego pościel. Jeszcze innym razem dopadła ją nagła idea, że powinien udać się z nią na przejażdżkę konno, a że biedny uczeń Wergiliusza i Homera nigdy wcześniej w siodle nie siedział, zabrała go do ujeżdżalni i bez pytania rozpoczęła lekcję.

Pocieszny to był i niecodzienny widok. Zlękniony student na wysokim wierzchowcu co raz wypuściwszy lejce z dłoni, łapiący zwierzę za grzywę oraz piękna szczupła pani z cygarem w ustach stojąca pośrodku maneżu i popędzająca konia głośnymi świstami długiego pejcza.

Po tym jak biedny Stefan kolejny raz spadł z konia i ku uciesze roześmianej dręczycielki, nie zważając na posiniaczone kolana i łokcie, z powrotem poderwał się na nogi, w końcu straciła cierpliwość i sięgnęła po bardziej drastyczny, na Węgrzech powszechnie stosowany, środek. Kazała przywiązać studenta za nogi do strzemion, wskoczyła na siodło i złapawszy cugle, popędziła na zewnątrz w bezkresne pole.

Po dzikim galopie trwającym dobrą godzinę przywiozła Stefana z powrotem do zamku, bardziej martwego niż żywego. Tam odwiązano go, nie był w stanie jednak samodzielnie zejść z konia, musiał poczekać, aż zdejmie go koniuszy. Sarolta nie okazała ani krzty współczucia dla swojej ofiary. Wręcz przeciwnie, zaniosła się szyderczym śmiechem.

Wieczorem, leżąc na starym marnym łożu, obolały jak po łamaniu kołem, próbował dociec, czym nagle wzbudził aż taką niechęć swej pięknej pani, gdyż przesycony pogardą sposób, w jaki go potraktowała, mógł wynikać tylko i wyłącznie z nienawiści. I wtedy właśnie stało się coś, czego się najmniej spodziewał. Sarolta weszła do jego komnaty, przysiadła się do niego i zaczęła gawędzić, tak życzliwie, tak uprzejmie, jak jeszcze nigdy nie doświadczył.

Stefan był oczarowany, ale stało się jeszcze więcej. Nagle piękna, dumna pani wzięła w dłonie jego ciężką głowę i złożyła pocałunek. A on? W tej jednej sekundzie zapomniał o straszliwej galopadzie na złamanie karku i o swoich potrzaskanych kościach i o jej szyderczym śmiechu, padł przed nią na kolana, oplotł ją ramionami i bełkotał wyrazy zachwytu oraz mówił jej wszystko, co w tej chwili czuł i czego parę minut wcześniej sam jeszcze nie wiedział.

Tej nocy Sarolta była jego albo raczej on był jej, bowiem ta kobieta nie oddawała się mężczyźnie; kogo kochała, tego brała w posiadanie dziko i władczo; a kiedy go już przestała kochać, wtedy równie bezwzględnie i wrednie odpychała od siebie.

Należał do niej, a w starym, nudnym, zapuszczonym zamku zaroiło się od tysiąca frywolnych amorków i wesołych chochlików posypujących zewsząd wielobarwne płatki róży.

Niemniej idylla nie trwała nazbyt długo. Stary magnat wrócił i od tej sekundy spotkania kochanków musiały się ograniczyć do absolutnego minimum. Sarolta jednak z natury swej nie była skłonna potulnie ulegać nakazom. Kiedy jej małżonek grał w szachy ze studentem, długie godziny wylegiwała się na otomanie albo dosiadała wierzchowca i z rozwianymi włosami pędziła, dokąd wiatr wieje, przez Pusztę, ponaglana złymi myślami jak przez demony.

Przypadek sprawił, że odkryła w końcu, czego naprawdę pragnie, do czego pcha ją nieokiełznana tęsknota.

Stało to w czasie szczytowego rozkwitu zbójectwa nękającego Węgry. Dzień w dzień dochodziły nowe wiadomości o zuchwałym rabunku albo krwawym mordzie gdzieś w sąsiedztwie. Ogłoszono stan wojenny. Kolumny dragonów przeczesywały kraj, szubienice pracowały niestrudzenie, ale plaga wciąż przybierała na sile, zamiast wygasać.

Małżonek Sarolty, zgodnie ze zwyczajem, ułożył się z okolicznymi zbójami. Wypłacał im sowite sumy i przyjmował na zamku jak wielmożnych gości, kiedy tylko się wpraszali na ucztę. Za to jednak był wolny od zamachów na swoje dobra i ludzi.

Pewnego razu zbójnicy znów zapowiedzieli przybycie. Przygotowano więc dla nich na zamku bogaty posiłek, z piwnicy wytoczono beczki przedniego wina, zamówiono Cyganów, by pięknie zagrali oraz dziewczęta do tańców. Przyjechali zbójnicy, pohulali i potańczyli skocznego czardasza; i wtedy na wielkie nieszczęście przybyli żandarmi. Zbójnicy czym prędzej wskoczyli w siodła i tyle ich widziano, ale właściciel zamku był pewien, że poczuli się zdradzeni i zechcą wziąć odwet. Na głos wyraził troskę.

To była ta skra, od której rozgorzał w kobiecej duszy diabelski ogień. Jeszcze tej samej nocy porzuciła Sarolta wszelką ostrożność i złożyła wizytę kochankowi. Odpoczywając w jego ramionach, wyjawiła swój plan; Stefan zdębiał ze strachu, zaklinał, by raczyła porzucić zatrute myśli, ale ona, kładąc na jednej szali siebie i zbrodnię, postawiła go przed dokonanym wyborem.

Gdy wychodziła z komnaty, był w pełni zdecydowany wykonać jej polecenie.

Kilka dni później po południu małżonek Sarolty wybrał się konno do sąsiada omówić warunki sprzedaży kawałka lasu. Miał wrócić wieczorem. Jednak wieczorem do zamku nie przybył. W nocy też nie ani nad ranem.

Sarolta wzięła ludzi i wyjechała szukać męża. Znaleźli go w rowie przy trakcie, leżącego w kałuży krwi, obrabowanego i zamordowanego.

Sarolta zeskoczyła z konia, podbiegła do trupa, zawyła z rozpaczy i straciła przytomność. Przywieziono ją omdlałą do zamku.

Żandarmi na próżno przeczesywali teren, by pojmać morderców. Cały świat był pewien, że to zbójcy, przekonaniiż małżonek Sarolty ich zdradził, dokonali tej krwawej zbrodni. Aż pewnego dnia do komisarza żandarmów dotarł list sporządzony niewprawną ręką, w którym w imieniu rozbójników napisano, że żaden z nich nie ponosi winy za przelaną krew magnata i że sprawcy szukać należy w zupełnie innych kręgach.

Komisarz przybył więc śpiesznie na zamek, bliżej zbadać okoliczności i zapytać Saroltę, kogo ona mogłaby ewentualnie podejrzewać. Pani zamku odpowiedziała spokojnie, że nie wierzy ani w akt zemsty, ani w to, że ktokolwiek z jej ludzi i służby miałby maczać palce w tej zbrodni.

Komisarz przesłuchał więc po kolei każdego z mieszkańców zamku. Wszystkie zeznania były zgodne co do joty z wersją młodej wdowy. Stefan był chwilowo nieobecny. Kiedy wrócił do zamku, komisarz z pandurami właśnie zabierał się od odjazdu. Wystarczyło przelotne spojrzenie. Młody mężczyzna pobladł, co natychmiast wzbudziło podejrzenie w oczach stróża prawa. Wystarczyło zaledwie kilka pytań, by młodego mężczyznę wprowadzić w zakłopotanie. Stefan został aresztowany. Godzinę później przyznał się do winy, a że twierdził, iż nie miał żadnych wspólników, jeszcze tego samego wieczora został skazany na śmierć przez powieszenie.

Gdy związywano mu ręce za plecami, zaczął drżeć całym ciałem i spojrzał mokrymi od łez oczyma ostatni raz na magnacki zamek, z którego przez okno patrzyła na niego z góry demoniczna kobieta, czyjej polecenie spełniając, dokonał mordu na swoim dobrodzieju.

Kilka minut później było po wszystkim.

Jeszcze tego samego dnia Sarolta opuściła swe włości, by udać się do sławnego kurortu w Czechach. Odurzające rozrywki eleganckiego towarzystwa pomogły jej szybko zapomnieć o cieniach małżonka i ukochanego. Zimę spędziła w Paryżu u boku pewnego przystojnego Polaka, który, jak wielu z absolutnym przekonaniem twierdziło, był awanturnikiem najgorszego sortu. Następnie wróciła do Wiednia, gdzie rzuciwszy sie w wir najdzikszych orgii, starała się uśmierzyć głos sumienia.

Jeszcze kilka lat później widziano w Badenii przedwcześnie postarzałą damę z jałowym spojrzeniem zgorzkniałym, wychudzonym licem wampira, przemieszczającą się na wózku inwalidzkim. Nikt z nią nie rozmawiał, gdyż była dotknieta paraliżem, porozumiewała się tylko z trudem na migi ze starym służącym, wożącym ją po parku w tę i z powrotem. Ta to zniszczona kobieta była niegdyś piękną i pełną życia Amazonką imieniem Sarolta.

Za krwawy czyn sama ściągnęła na siebie karę.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witaj, Panie Hyde!

Cieszę się bardzo, że za Twoją sprawą mogliśmy wznowić publikację na łamach Najlepszej tłumaczeń klasycznych tekstów światowej erotyki. „Sarolta” von Sacher-Masocha to dzieło niedługie, literacko eleganckie, traktujące o zepsutej do cna kobiecie (Czytelnikom pozostaje osąd – złej z własnej natury, czy skorumpowanej przez nieprzyjazny świat), jej kochanku oraz zbrodni, do której wspólnie doprowadzają. Jedyne, co nie do końca zagrało mi w tej kompozycji, to pokrótce opisanie dalszego losu arystokratki. Jak doszła do tego momentu? Co spowodowało jej przedwczesny uwiąd? Autor tego utworu ze zbyt wielką rozkoszą opisuje rozpasanie „pełnej życia Amazonki”, by na koniec zmienić się w surowego moralistę. Zupełnie w tą przemianę nie wierzę, finał brzmi jakby dopisany cudzą ręką. Poza tym jednak czytałem z wielką satysfakcją. Szkoda, że nie dane nam było poznać więcej bezeceństw Sarolty!

Pozdrawiam
M.A.

Drogi Hyde,
Ty zawsze własnymi drogami chadzasz. Tworzysz niedoszlifowane perełki albo mainstreamowe (w złym tego słowa znaczeniu) średniaki. Tak czy inaczej zadziwiasz, bo trudno Cię do konkretnej szufladki wrzucić.
Trzymaj się i napisz jeszcze dużo, dużo ciekawych, nietypowych tekstów. Albo przetłumacz coś co tego warte, a nikt katalogów polszczyzny nie chciał jeszcze tym wzbogacić przed Tobą. 🙂

Napisz komentarz