Rozterki Weroniki (Szamanka)  4.62/5 (7)

29 min. czytania

Marta Sarah, „Innocence”, CC BY-NC 2.0

Nie ma to, jak zakochać się w żonatym facecie…

Weronika podjechała pod budynek dawnej fabryki, w którym znajdowały się biura. Zaciągnęła ręczny hamulec i zerknęła we wsteczne lusterko. Przez chwilę przyglądała się sobie krytycznie, ale poza lekko podkrążonymi oczyma – skutkiem nieprzespanej, spędzonej na rozmyślaniu, nocy – wszystko zdawało się być w porządku. Przejechała dłońmi po twarzy i kilka razy uszczypnęła policzki. Po chwili lekkie rumieńce wykwitły na jej kościach policzkowych. Potrząsnęła włosami, pozwalając kilku ciemnoczerwonym pasmom opaść na twarz. Sięgnęła po błyszczyk i dodała swym ustom leciutkiej, połyskliwej czerwieni.

Zabrała torebkę i teczkę z dokumentami, które miała mu podrzucić i skierowała się w stronę odrapanych, obitych blachą drzwi. Tuż za nimi zaczynał się długi i ciemny korytarz, który, nawet bez specjalnych zabiegów scenografów, mógłby służyć za tło dla jakiegoś horroru.

Stukot obcasów nieprzyjemnie wwiercał się w ciszę budynku. O tej porze już tylko echo się tutaj panoszyło. Wszyscy dawno poszli do domów. Budka „ciecia” znajdowała się kilkaset metrów stąd, przy bramie ogrodzenia. Przez głowę przeleciała jej myśl, że chyba po raz pierwszy będą tutaj zupełnie sami.

Dotarła do ostatnich drzwi po prawej stronie. Zamierzała zapukać, jednak zauważyła, że są uchylone. Pchnęła je lekko i weszła do dość obszernego pomieszczenia, z niedużym oknem na wprost wejścia, pełniącego funkcję przedpokoju. Kontrast między korytarzem a biurem był tak duży, że poczuła się jak Alicja po drugiej stronie lustra. Mroczna obskurność po tamtej stronie drzwi ustępowała miejsca przytulnemu wnętrzu o pastelowych ścianach.

Bywała tu już wcześniej, więc od razu skierowała się do właściwych drzwi.

Pamiętała, że pierwsze po lewej prowadzą do niedużego magazynku, a kolejne, ukryte za załamaniem ściany, na końcu wąskiego, długiego korytarzyka, do niedużej łazienki.

Drzwi były uchylone, mimo tego zapukała. Przez chwilę nasłuchiwała, jednak kiedy nikt nie odpowiedział, weszła do środka. Rozejrzała się po obszernym, dość tradycyjnie urządzonym pokoju. Podeszła do dębowego biurka stojącego tyłem do okna i położyła na nim teczkę z dokumentami. Okno było niewątpliwą i chyba jedyną ozdobą tego pomieszczenia. Ogromne, o wykroju typowym dla secesyjnych budynków, podzielone na małe kwadraty szybek, osadzonych w metalowej ramie. Od góry osłaniała je gruba, na wpół zwinięta, roleta z morskiej trawy. Naprzeciwko okna stała rozłożysta, skórzana kanapa w kolorze kawy z mlekiem i niska, dębowa ława. Pasujący do rolet dywan i kilka szafek uzupełniało wystrój biura.

Otworzyła teczkę z dokumentami i zaczęła je nerwowo przekładać. Palce przewracały i wygładzały kartki, jednak jej wzrok przyciągało niesamowite widowisko za oknem. Słońce właśnie kończyło swój codzienny pokaz we wszystkich odcieniach czerwieni i żółci. Koniec pomarańczowej kuli zapadał się właśnie w poduchę chmur. Westchnęła głęboko, oddając się wspomnieniom…

*

Jadąc tutaj, miała nadzieje, że uda jej się z nim porozmawiać i zakończą tę dziwaczną znajomość. Chciała tego, a jednocześnie czuła niemal fizyczny ból na myśl, że już go więcej nie zobaczy. Wiedziała, że dla własnego dobra powinna prosić Radka o zerwanie wszelkich kontaktów. Nie dlatego, że w jakikolwiek sposób ją skrzywdził czy zranił, ale dlatego że sytuacja po prostu ją przerosła…

Sama nie wiedziała, jak to się stało, że zakochała się tak beznadziejnie w starszym od niej o kilka lat, żonatym facecie. Ona również od paru lat była w stałym związku. Na dodatek nie wiedziała, czy on jej uczucia odwzajemnia. Jednego dnia wydawało jej się że tak, innego że wszystko sobie wymyśliła. Paranoja!

Żadne z nich nie chciało (nie mogło?) zrobić pierwszego kroku. Trwali w tym dziwnym zawieszeniu już prawie rok. Nie miała pojęcia, jak on się z tym czuje – dla niej, szczególnie ostatnio, to było nie do zniesienia.

Od pierwszego dnia, ba, od pierwszej chwili, kiedy się poznali – COŚ między nimi było. Coś, czego nawet teraz, po tak długim czasie, nie potrafiła nazwać. To było takie dziwne! Spojrzeli sobie w oczy i – pstryk – świat się wyłączył. Wszystko, co ich otaczało, rozmyło się i oddaliło. Pamięta tylko jego oczy, swoją dłoń w jego dłoni – taką drobną… zapach jego skóry, kiedy zbliżyła usta do jego policzka.

Na pozór niewinne cmoknięcie, było na wskroś erotycznym, chociaż dość dziwnym w tej sytuacji, doznaniem. Dotknięcie jego ust poczuła każdym nerwem, w całym ciele. Nie była pewna, czy to zwykły przypadek, że jego usta dotknęły zagłębienia między końcem żuchwy a płatkiem jej ucha. Przypadek, czy nie – zadrżała – i on musiał to poczuć…

W tym samym czasie jej usta dotknęły szorstkiego policzka. Igiełki zarostu obudziły zakończenia nerwów w jej skórze. Wciągnęła w nozdrza jego zapach – mieszaninę korzeni i piżma. W wyobraźni, znalazła się kilka metrów pod wodą. Usłyszała siebie, mówiącą: „Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać”. Słowa wypływały z jej ust, jak pęcherzyki powietrza – osobno, w zwolnionym tempie…

Tamtej nocy, cały czas usiłowała skupić uwagę na czymkolwiek – byle tylko na niego nie patrzeć. Starała się, jednak jej wzrok ciągle przyklejał się do niego, jak opiłek metalu, do magnesu. Walczyła z tym, próbowała, jednak bezskutecznie. Wgapiała się w jego twarz, próbując zapamiętać każdy szczegół. Patrzyła i ciągle napotykała jego oczy, wpatrzone w nią tak bardzo… Pomyślała wtedy, że to niebezpieczne – ktoś mógłby to zauważyć.

Nikt jednak nie zwracał na nich uwagi. Reszta towarzystwa zdawała się być pochłonięta zabawą, rozmowami, kolejnymi toastami. Przed obojgiem stały oszronione kieliszki wypełnione białym winem. Automatycznie podnosili je do góry przy każdym toaście, lecz zaraz po tym odstawiali na stół i kreślili na zimnej mgiełce nierozpoznawalne znaki. Kiedy zdali sobie sprawę z tego, że zachowują się tak samo, zaczęli się śmiać. Ten śmiech połączył ich jeszcze bardziej. Poczuła, że robi jej się gorąco, a pokaźna chmara spłoszonych motyli harcuje w jej podbrzuszu.

Niewiele myśląc, zabrała ze stołu talerzyk z prawie nietkniętą sałatką i pośpiesznie wyszła do kuchni. Chciała znaleźć się poza zasięgiem jego spojrzenia (przyciągania?), żeby zebrać myśli. Oparła się o zlew, sięgając po butelkę wody mineralnej. Pociągnęła duży łyk, nie zawracając sobie głowy szukaniem szklanki. Po chwili usłyszała kroki i w kuchni zjawił się Radek. Spojrzała na talerzyk, który trzymał przed sobą. „Hmmm… co my tu mamy…? Prawie nietknięta sałatka…?”, pomyślała, omal nie parskając śmiechem.

Zerknęła na niego, pytająco unosząc brwi, z ironicznym uśmieszkiem pełzającym po wargach. Wzruszył ramionami z miną skarconego chłopca. Znów zaczęli się śmiać.

Zdała sobie sprawę, że jego oczy mają przedziwny odcień. Ni to szarość, ni błękit…? Nie mogła sobie przypomnieć, ale była pewna, że gdzieś już widziała ten kolor… Nagle ją olśniło. Gołąb, który od tygodni, z uporem maniaka, wydziobywał nasiona ze skrzynki na balkonie, miał pióra w takim kolorze. Zdziwiła się, że w ogóle zawraca sobie tym głowę.

Wtedy po raz pierwszy przemknęło jej przez myśl, że zaczyna dziać się coś, nad czym łatwo można stracić kontrolę.

Nawet nie zauważyli, kiedy przestali się śmiać, uważnie się w siebie wpatrując. Spuściła oczy, bo czuła, że tonie w tym szarym błękicie… Zapadła cisza. Jednak nie była to ciężka, niezręczna cisza. Ta, która zapadła między nimi, po prostu łagodnie ich otuliła.

Nie zdążyli zrobić najmniejszego ruchu, powiedzieć ani słowa. Do kuchni wpadła dobrze już podchmielona Hanka, gospodyni przyjęcia, i „zagadała” im całą intymność tej chwili.

*

Później widywali się jeszcze wiele razy. Dziwnym trafem zawsze tak się składało, że nigdy, ani przez moment nie byli sami. Zastanawiała się, czy to zwykły przypadek, czy może „ten na górze” czuwał, wiedząc, do czego to może doprowadzić?

Obydwoje mieli rodziny, w których byli szczęśliwi. On miał żonę, ona męża. Mieli dzieci i na pozór niczego w ich życiu nie brakowało, niczego nie chcieli zmieniać…

Jednak czy to możliwe, skoro tak mocno reagowali na swoją obecność…?

***

Późną wiosną umówili się ze znajomymi i w kilka rodzin pojechali w góry. Ten wyjazd, który zapowiadał się całkiem miło, okazał się dla niej prawdziwą udręką.

Co z tego, że okolica piękna, ludzie sympatyczni, kwatery obszerne i wygodne…? Co z tego, skoro sytuacja ją przerosła. Świadomość, że Radek jest tak blisko, a jednocześnie tak beznadziejnie nieosiągalny, niesamowicie ją frustrowała.

Spędzali razem całe dnie, razem chodzili na wycieczki, wspólnie siadali do stołu, rozmawiali, pili kawę, przesiadywali przy ognisku. Jednak dla niej był to czas nieustannego trzymania na wodzy uczuć, pilnowania wyrazu twarzy, oczu – i… rąk. Bo czuła nieustanną ochotę dotykania, ocierania się o niego, tak… niby przypadkiem.

To był słodko–gorzki czas wiecznego ściskania „w dołku”, braku apetytu, i ciągłej ochoty na alkohol. Chyba nigdy w życiu tyle nie piła… Alkohol na chwilę zagłuszał ściskanie, niestety potęgował potrzebę bycia blisko, jak najbliżej niego.

To pilnowanie się pochłaniało tak dużo energii, że ciągle czuła się zmęczona.

Patrzyła na niego i zastanawiała się, jak on się czuje. Czy też męczy się tak jak ona? Czy również żałuje, że razem wyjechali? Bo ona żałowała. Zdecydowanie łatwiej jej było, kiedy się nie widywali.

Któregoś dnia okoliczności sprawiły, że coś wreszcie mogło się zmienić…

Wszyscy porozjeżdżali się po okolicy. Mąż zabrał ich córkę i pojechał do pobliskiego miasta. Wymówiła się bólem głowy, mając nadzieję na chwilę dla siebie. W obejściu została prawdopodobnie tylko ona i gospodyni krzątająca się po kuchni. I ogrodnik przycinający żywopłot.

W tamtym czasie nie była zbyt towarzyska. Miała wrażenie, że ludzie jej przeszkadzają, zbyt głośno mówią, za dużo się śmieją, ciągle wymagają, aby brała udział w ogólnej wesołości. Utrzymywanie pozorów, że świetnie się bawi, wymagało od niej nie lada wysiłku.

*

Przez jakiś czas włóczyła się bez celu po obszernym budynku. Zajrzała do wspólnego salonu. Włączyła i wyłączyła telewizor, przerzuciła kilka stron kolorowego czasopisma. W końcu wstała i ruszyła przed siebie.

Nie wiedzieć kiedy, stanęła pod drzwiami jego pokoju. Wpatrując się bezwiednie w orzechowe drewno, zdała sobie sprawę z tego, jak bezsensownie się zachowuje. Zła na siebie, wyszła na taras. Przysiadła na wypłowiałym, wiklinowym fotelu. Oplotła dłońmi kubek z zimną kawą, który zostawiła na stole po śniadaniu. Jej niepokorne myśli znów poszybowały w stronę Radka.

Obserwowała go rano z tego samego miejsca, kiedy, ubrany w strój do konnej jazdy, maszerował w stronę stajni. Obcisłe bryczesy opinały jego pośladki, długie, pięknie umięśnione nogi i znikały w czarnych oficerkach. Rzucił w jej stronę jakiś żart, roześmiał się z jej riposty i już po chwili zniknął za brzozami wytyczającymi drogę do odległej stajni.

Podniosła ze stołu książkę i otworzyła w zaznaczonym miejscu. Chciała oderwać od niego swoje myśli. Jednak nie mogła się skupić na lekturze. Patrzyła na zadrukowane kartki i nie widziała liter. Za to doskonale widziała jego twarz, kiedy odwracał się przez ramię i rzucał w jej stronę jedno z tych swoich poważnych spojrzeń, których nie potrafiła zidentyfikować.

Kiedy kolejny raz przeczytała to samo zdanie, nie mając pojęcia, o co w nim chodzi, rąbnęła książką o stolik i wstała, z impetem odsuwając krzesło.

*

Dzień był pochmurny i co pewien czas padało, mimo tego, postanowiła pospacerować. Pomyślała, że ruch dobrze jej zrobi. Może ostudzi tę jej rozgorączkowaną głowę…

Raźnym krokiem pomaszerowała w kierunku majaczącego na horyzoncie lasu. Szła już od dobrych kilkunastu minut, kiedy poczuła na skórze pierwsze krople deszczu. Po chwili rozpadało się na dobre. Przystanęła zdezorientowana. Do lasu za daleko – zresztą drzewa nie są żadna osłoną – z powrotem jeszcze dalej. Jej wzrok padł na stojącą kilkaset metrów dalej stajnię.

Zdążyła się już zmienić w Noego bez arki, postanowiła więc, że nie warto biec. Zmoknie tak, czy siak. Nic jej nie da szalony galop i skoki przez kałuże. Postanowiła przejść się wolno i rozkoszować zapachem wilgotnej ziemi.

Mokre włosy oblepiły jej twarz i przylgnęły do ramion i piersi. Koszulka przylepiła się do ciała, a chłodne strumyczki deszczówki spływały po plecach, aż za pasek szortów. Buty tonęły w namokłej trawie i chlupały przy każdym kroku. W powietrzu unosiła się lekka mgiełka. Rozgrzana ziemia buchała parą, po zimnym prysznicu.

Przeszła obok rozległego, trawiastego padoku, ogrodzonego nie heblowanymi deskami. Konie tego dnia przebywały w stajni. Pomyślała, że już za chwilę znajdzie się w przytulnym mroku, wypełnionym rżeniem, parsknięciami i odgłosami przeżuwania.

Obecność koni zawsze ją uspokajała. Uwielbiła samotność w ich towarzystwie. Miała nawet zaprzyjaźnioną stadninę, w której pomagała, kiedy tylko znalazła wolną chwilę. Pomagała w zamian za bezcenny, sennie rozkołysany, czas na grzbiecie spokojnego siwka.

Weszła do środka, otrzepując się z wody jak mokry pies. Z czterech boksów wyglądały w jej stronę głowy arabów, z zainteresowaniem strzygąc uszami. Pewnie zastanawiały się, czy jej przybycie oznacza kostki cukru, podawane ostrożnie na wyprężonej dłoni.

Podeszła w stronę gniadego ogiera, przeżuwającego, ze stoickim spokojem, wiązkę siana. Objęła ciepły koński łeb i przytuliła do niego policzek. Miękkie wargi połaskotały ją w dłoń, kiedy gniadosz podrzucił łbem. Pogłaskała delikatne chrapy.

– Chcesz cukru, koniku? – zamruczała z twarzą wtuloną w kasztanową sierść. – Tym razem nic z tego…

Koń zarzucił łbem, jakby w odpowiedzi na jej pytanie. – Hej, spokojnie… – zaśmiała się cicho, przesuwając ręką po jedwabistej grzywie – jak będziesz niegrzeczny, nici z przytulania!

– No, proszę… Ładnie to tak się zakradać? – usłyszała. Słowa dotarły do niej z ostatniego boksu tak

niespodziewanie, że podskoczyła jak pasikonik. Jej serce zatrzepotało jak szalone. Nikogo się tu o tej porze nie spodziewała. Przestraszony jej reakcją koń szarpnął łbem i wyrwał kantar z jej dłoni.

Z mroku stajni wyłonił się Radek. Jak zwykle emanował spokojem i łagodnie się do niej uśmiechał. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Podszedł bliżej i wyciągnął rękę w kierunku konia. Uspokajająco poklepał go po pysku.

– No już… Szszszsz… Nie wariuj. – Pogładził go po chrapach.

– Boże, dziewczyno, jesteś cała mokra… – Odwrócił się w jej stronę. Omiótł ją spojrzeniem, dłuższą chwilę zatrzymując się na mocno zarysowanych pod mokrą koszulką piersiach – Pływałaś?

W jego oczach zaigrały wesołe, przekorne chochliki. Uśmiechnęła się, rozbrojona, w jednej chwili miękka jak wosk i gotowa skapywać mu przez palce.

Wyciągnęła rękę. Ich dłonie przypadkiem (?) spotkały się na pysku konia. Znieruchomiały, przerażone własną odwagą. Jego palce wykonały niewielki ruch i nakryły czubki jej palców. Po chwili przesunęły się kilka centymetrów dalej, na tyle tylko by objąć sam koniuszek jej zziębniętej dłoni. Od tego koniuszka rozszedł się przyjemny dreszcz, znacząc swoją drogę na jej ciele gęsią skórką. Dotarł aż do podbrzusza. Tam zamarł i pozostał, jakby wystraszony i niezdecydowany. Wstrzymała oddech.

Spojrzał na jej spływające wodą ciało, na kałużę deszczówki, w której stała. Wziął w dłonie kosmyk jej mokrych włosów i wsunął za ucho. Położył swoje duże, ciepłe ręce na jej ramionach. Zadrżała.

– Cała się trzęsiesz… – wyszeptał, prawie nie poruszając wargami. Tembr jego głosu zmienił się. Brzmiał teraz szorstko i nisko. – Zimno ci…?

Weronika nie mogła oderwać wzroku od tych warg. Wydawały się takie miękkie, ciepłe, zapraszające. Wpatrywała się w nie intensywnie, resztką świadomości rejestrując, że są coraz bliżej i bliżej… Już były na odległość oddechu. Już obłoczki pary z ich ust mieszały się ze sobą…

I wtedy usłyszeli zbliżające się kroki.

***

Machinalnie przekładała dokumenty i była tak zatopiona w swoich myślach, że nawet nie usłyszała, kiedy wszedł. Drgnęła, czując obejmujące ją od tyłu ramiona. Serce zatrzepotało jak spłoszony ptak.

Do tej pory nigdy, pomijając intymność spotkania w stajni, nie wyszli poza zdawkowy uścisk czy buziaka na powitanie lub pożegnanie. Nigdy jeszcze nie przytulał jej tak jak teraz.

Nie wykonała najmniejszego ruchu. Nawet nie próbowała się odwrócić. Zamarła w oczekiwaniu.

Żadne słowo nie przeszłoby jej teraz przez usta.

– Cześć… – wymruczał w jej włosy – Jesteś… Nareszcie…

Zabrzmiało to tak, jakby nie mówił o „tu i teraz”, ale o tych kilku miesiącach „czegoś dziwnego” między nimi.

Bała się poruszyć, żeby nie spłoszyć tej chwili. Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co oznacza takie powitanie. Jednak gdzieś tam głęboko zatliła się iskierka, a ona pozwoliła jej urosnąć do rozmiarów malutkiego płomyka.

„Kurcze, przecież on musi czuć, jak mocno moje ciało reaguje na jego dotyk” – przemknęła jej przez głowę myśl, szybka jak elektryczny impuls. Jej umysł pracował gorączkowo, poszukując właściwych słów. Jednak nie potrafiła się skupić, z tą upojną świadomością jego ust, tuż przy swoich włosach.

„Chwilo trwaj…” – kolejny impuls. Skarciła się w myślach i próbowała nad sobą zapanować. Przyjechała tutaj w jasno określonym celu i obiecała sobie, że będzie się ściśle trzymać tego, co postanowiła.

Tylko te usta… takie ciepłe, a te ramiona – takie bezpieczne, silne. Idealne.

Jak do diabła miała zacząć tę rozmowę?!

Stała więc nieruchomo, wpatrując się w okno, nie widząc ani okna, ani niczego, co było za nim.

W końcu ciało postąpiło wbrew jej woli, zdradziło ją, decydując za nią.

Jej ręce, do tej pory oparte o blat biurka, uniosły się wolno i przytuliły obejmujące ją ramiona. Palce zacisnęły się na ciepłej skórze. Miała na to tak wielką ochotę, że nie była w stanie dłużej z sobą walczyć. Usłyszała ciche westchnienie – ulgi? Delikatnie uwolnił ręce i odwrócił ją do siebie. Zmusił, żeby na niego spojrzała.

Wiedziała, że jeśli teraz nie powie mu, jaki jest prawdziwy cel tej wizyty, nigdy już się na to nie zdobędzie.

Przez długą chwilę wpatrywali się w siebie w skupieniu, poważnie. Pozwalali, żeby to coś samo się działo.

W końcu z zaskoczeniem zauważyła, że wypowiada na głos swoje myśli.

– Radek… przyjechałam tutaj… – Przerwała, żeby poszukać właściwych słów. – Te dokumenty, to tylko pretekst… Ja… już nie daję rady… Nie mogę tak dalej! – prawie to wykrzyczała. – Każde nasze spotkanie, to dla mnie tortura… Po każdym spotkaniu nie potrafię się uspokoić przez wiele dni…

Czuła, że za chwilę się rozpłacze. Zamrugała, próbując powstrzymać słone krople, zbierające się pod powiekami. Była zła, że tak ciężko jej nad tym zapanować.

– Zrozum… nie wiem, co się ze mną dzieje! – W jej głosie słychać było autentyczną rozpacz – Jeszcze nigdy nie reagowałam w ten sposób na żadnego faceta… Myślę o tobie bez przerwy… – Zacisnęła dłonie na jego koszulce – Proszę, przestańmy się widywać… Te rodzinne spotkania, wyjazdy, wizyty, imprezy – to mnie wykańcza! Wymyśl coś – cokolwiek – powiedz żonie, że się obraziliśmy… sama nie wiem… – Pokręciła głową, zdając sobie sprawę, jak chaotycznie to brzmi – Nie mogę znieść ani chwili bez ciebie, a jeszcze gorzej się czuję, kiedy jesteś obok i wiem, że nie wolno mi cię nawet dotknąć…

Pojedyncza łza wymknęła się spod powieki, spłynęła po policzku i skapnęła z brody na dekolt.

Głowę miała pełną myśli, lecz nie potrafiła ich ubrać w słowa. Czuła, jak jej krtań zaciska się boleśnie w tłumionym płaczu. Wiedziała, że nie wydusi z siebie już nic więcej. W jednej chwili poczuła się, jak przekłuty balon. Skurczyła się w sobie, przerażona swoją odwagą.

Nagle ogarnęła ją panika.

A co, jeśli między nimi NIC nie ma i nigdy nie było? Może to „coś” było tylko kreacją jej wybujałej wyobraźni…? Tak, to bardzo prawdopodobne… Wymyśliła sobie to wszystko, a teraz zrobiła z siebie kompletną idiotkę!

Zapragnęła jak najszybciej wyrwać się z jego ramion, wybiec na zewnątrz. Nagle wydało jej się, że w pokoju brakuje powietrza. Ta nieznośna cisza! Dlaczego on nic nie mówi?!!

Próbowała go odepchnąć, wyrwać się. Chciała uciec – jak najszybciej i jak najdalej od swojego upokorzenia. Czuła, że się dusi. I to cholerne ciało! Poza wszelką kontrolą wylewało na jej policzki strugi łez. Było jej tak strasznie wstyd!

Objął ją mocno, uniemożliwiając jakikolwiek ruch, jakby czytał w jej myślach. Szamotała się przez chwilę w jego objęciach, lecz po chwili zrezygnowana oparła czoło o jego pierś. Przytulił policzek do jej głowy i zaczął gładzić jej plecy.

– Moja maleńka… – wyszeptał w jej włosy.

Przestała oddychać. Nie chciała uronić ani słowa.

– Oszalałem na twoim punkcie, przecież musiałaś to widzieć… Bałem się konsekwencji, ale już nie mogę i nie chcę nad tym panować!

Ostatnie słowa wymówił patrząc jej w oczy i lekko ściskając jej ramiona, jakby chciał ją wyrwać z tego stanu odrętwiałego zaskoczenia, w który zapadła. Jego słowa jeszcze nie w pełni do niej dotarły. Zielone oczy wpatrywały się w niego z zaskoczeniem.

Raz po raz ogarniała spojrzeniem jego pociągłą twarz – wszystkie znajome szczegóły, które studiowała tyle razy, przyglądając mu się ukradkiem – szukając choćby krztyny fałszu.

Zachodzące słońce podkreślało jego rysy: prosty nos, zmysłowe, pełne usta, lekki zarost… Rzucało, poprzez rzęsy, długie, strzępiaste cienie na policzki. Ledwo widziała jego oczy. Tęczówki i źrenice złączyły się i wtopiły w mrok. Wyglądały, jak dwie czarne dziury wsysające jej spojrzenie. Cała jego twarz była jednym wielkim pytaniem: „Co dalej?”.

Nie potrafiła na nie odpowiedzieć.

*

Zbliżył usta do jej ust i zastygł w oczekiwaniu. Przysunęła swoje odrobinę bliżej i również się zawahała. Wiedziała, że kiedy poczuje jego wargi na swoich, nie będzie odwrotu. Dlatego, kiedy to się wreszcie stało, westchnęła przeciągle. Czuła, jak całe to dręczące napięcie kilku ostatnich miesięcy zmienia się w pożądanie. Ogień, który nieśmiało trawił jej ciało przez kilka miesięcy, teraz buchał wielkimi płomieniami. Pragnęła go tak bardzo. Wiedziała, że nie zadowoli się jednym pocałunkiem.

Drżeli z niecierpliwości. W tamtej chwili była mechanizmem pozytywki, nakręcanym przez jego dłonie. Gdyby mogła weszła by w niego cała. I tak bardzo chciała, żeby on wszedł w nią.

Splotła ręce na jego karku i wsunęła palce w krótkie włoski. Wspięła się na palce, by móc łatwiej dosięgnąć jego ust. Był taki wysoki! Nie była małą kobietką, ale sięgała mu zaledwie do ramion… Uparcie odganiała wszelkie niepotrzebne myśli, starając się skupić na „tu i teraz”.

Pierwsze pocałunki były delikatne, zaledwie muśnięcia warg.

Jednak już po chwili przestały im wystarczać. Poczuła nacisk jego języka. Uchyliła usta, aby go wpuścić. Wtargnął do środka gwałtownie, obejmując jej wargi swoimi i kłując jej twarz szorstkim zarostem.

Pocałunki często bywają inne, niż wyobrażenia o nich…

Można miażdżyć sobie nawzajem wargi, zderzać się nosami, zębami… Języki mogą przeszkadzać. Mogą wnikać zbyt płytko lub zbyt głęboko, być zbyt suche lub zbyt wilgotne…

Jednak ich usta pasowały do siebie idealnie.

Tyle razy przeżywała tę scenę w marzeniach, nigdy jednak nawet nie zbliżyła się w myślach do intensywności tej chwili. Nie miała pojęcia, że w ogóle można czuć się tak jak ona teraz. Jego bliskość, dotyk, smak, zapach, nieomal pozbawiały ją przytomności.

Penetrował językiem wnętrze jej ust, pozwalał, by go lekko przygryzała i zasysała. Wycofywał się, miękko skubiąc jej wargi, by po chwili znów gwałtownie wedrzeć się do środka.

– Mów do mnie… – poprosiła zduszonym szeptem.

Poczuła jego dłonie na szyi, plecach, pośladkach. Niecierpliwie tańczyły po całym jej ciele.

– Jesteś cudowna… taka piękna, kobieca… – szeptał gorączkowo, kiedy udawało mu się na moment uwolnić od jej ust – Boże, tak bardzo tego chciałem! Od pierwszej sekundy, kiedy cię zobaczyłem… – jęknął, kiedy lekko ugryzła go w szyję – Twoje włosy pachną konwaliami… cała nimi pachniesz… wariuję od tego!

Zanurzył dłonie w jej długich włosach w kolorze czerwonego wina i zaczął skubać wargami szyję, uszy i kark. Odchyliła głowę, zanurzając się w rozkoszy. Włożyła ręce pod jego koszulkę, wyszarpując ją ze spodni. Dotyk jego skóry sprawiał jej niewiarygodna przyjemność. Błądziła dłońmi od jego ramion do pępka, szybko nadrabiając miesiące zaległości.

Rozchylił jej bluzkę i torował drogę swoim ustom, z trudem wyłuskując z pętelek małe imitujące drewno guziczki. Wreszcie przylgnął ustami do kremowej koronki stanika.

– Specjalnie tak się ubrałaś, prawda? – zachichotał – żebym się spalił z pożądania, próbując rozplątać tę cholerną łamigłówkę!

Tego dnia ubrała się bardzo skromnie. Lniana bluzka khaki z długimi rękawami, zapinana wysoko pod szyję i o kilka tonów ciemniejsza spódnica miały maskować wszystkie jej atuty. Myślała, że uda jej się odwrócić jego uwagę od swojego ciała. Nie wzięła jednak pod uwagę, że jej strój idealnie podkreślał kolor włosów i oczu.

Wszystko to sprawiało, że nie mógł oderwać od niej wzroku.

*

Oddychała szybko, czując jego wargi obejmujące sutek. Obie dłonie zatopił w jej dekolt, uniósł piersi i wprawnie pieścił przez cienką koronkę. Ponownie wrócił do jej ust, a ona przylgnęła do niego, napierając na twarde wybrzuszenie w spodniach. Mruknęła niezadowolona. Była dużo niższa i jego członek nie trafił tam, gdzie chciała.

Przeniósł ręce na jej pośladki i mocno docisnął do siebie biodra.

– Zaraz oszaleję… – jęknął żałośnie, przeciągając samogłoski.

– Chodź… – Skierowała go w stronę kanapy i pchnęła lekko. Usiadł twarzą do niej i zamarł w oczekiwaniu. Zrzuciła buty i usiadła na nim, podkasując spódnicę. Natychmiast włożył pod nią swoje duże, silne dłonie i docisnął jej krocze do nabrzmiałego penisa.

– Aaaa…ch – sapnęła z rozkoszy. Tak, dokładnie tam chciała go poczuć.

Zdarła z niego koszulkę i opierając dłonie na męskim torsie, zaczęła poruszać biodrami w przód i w tył. Zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, rozkoszując się cudownym dreszczem płynącym spomiędzy ud.

Zsunął z jej ramion bluzkę. Przeniosła ręce do tyłu i pozwoliła, by materiał spłynął na podłogę. Sięgnął rękoma do zapięcia stanika. Przysunęła się i objęła go za szyję. Wtulił twarz w rowek między pełnymi piersiami. Zębami zdjął z niej stanik. Wygięła się w łuk, opierając ręce z tyłu, na jego kolanach. Zebrał dłońmi jej piersi i zbliżywszy do siebie brodawki, zaczął pieścić ustami i językiem obie na raz. Jęczała cicho, cały czas ocierając się o niego, suwając mokrą cipką po szorstkim materiale jego spodni, wybrzuszonym w odpowiednim miejscu. Cały czas balansowała na granicy orgazmu. Miała bardzo wrażliwe piersi. Ich pieszczoty prowadziły nieuchronnie do skurczów pochwy. Tym razem było tak samo. Nawet nie wiedziała, kiedy jej wnętrze eksplodowało tysiącem rozkosznych igiełek. Zaciskała uda na jego udach, jęcząc głośno. Pozwalała, żeby orgazm przepływał przez nią jak fale przyboju, by w końcu wsiąknąć w nią jak woda w piasek. Mogła wreszcie otworzyć oczy.

Wpatrywał się w nią intensywnie, z zachwytem. Uśmiechnęła się do niego bez odrobiny skrępowania, odprężona i o wiele spokojniejsza niż przed kilkunastoma minutami.

– To było niesamowite – powiedział zduszonym głosem – pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że kobieta zrobiła sobie dobrze… o mnie… – w jego oczach zamigotały wesołe ogniki – I to zanim wyjąłem…

Przerwała mu, zamykając usta namiętnym pocałunkiem i na nowo rozpalając w sobie ogień. Uniosła się nieco i odchyliła, sięgając do suwaka w jego spodniach.

Przez chwilę mocowała się z zapięciem. Wstała, żeby mógł zdjąć spodnie. Zsunął je razem z bokserkami i odrzucił na bok. Sięgnął dłońmi pod jej spódnicę. Zaczepił kciuki o brzeg majtek i niecierpliwie szarpnął w dół. Kiedy zsunęły się na podłogę, po prostu z nich wyszła.

Spojrzała na obnażonego, sterczącego członka. Spodobał jej się ten widok. Był duży i gruby, z purpurową, błyszczącą główką. Chciała go. Pragnęła mieć go w sobie jak najprędzej. Usiadła ponownie, obejmując go udami.

Włożył rękę między jej nogi i zatopił palce w ciepłych, miękkich fałdkach. Wymacał kciukiem łechtaczkę i zaczął ją masować. Za każdym razem, kiedy przesuwał palcem po najwrażliwszym miejscu, przyjemne ciepło rozchodziło się z jej brzucha, opasywało biodra, mrowiło w dole pleców.

Dłonią mokrą i lepką od jej soków zwilżył penisa i parę razy przesunął po nim z góry na dół.

Patrzyła na to jak zaczarowana. Była jednym, wielkim pragnieniem i to samo czytała w jego oczach.

Uniosła się nieco i opadła, pozwalając mu zanurzyć się w niej zaledwie odrobinę. Poczuła przyjemne rozpieranie i ogromną ochotę, żeby nabić się od razu na wycelowany w swoją stronę pal. Jednak nie zrobiła tego.

Nie spuszczając z niego wzroku, opadała na kutasa centymetr po centymetrze.

Kiedy uniósł biodra, żeby wejść w nią jednym mocnym pchnięciem, powstrzymała go, unosząc swoje. Dla niej był to najprzyjemniejszy moment i chciała go maksymalnie wydłużyć. Przecież już nigdy nie będzie wchodził w nią pierwszy raz…

W jego oczach widziała narastającą rozkosz. Taką samą jaką on mógł wyczytać z jej oczu. I tak niesamowitą, że aż kręciło się w głowie.

Pewnie trzymał jej biodra, pomagając im nadać odpowiedni rytm dopasowany do ruchu własnych bioder. Uwielbiała być trzymana w ten właśnie sposób. Szybko zmieniła pozycję, kucając nad nim i opierając dłonie o jego barki. Unosząc się i opadając, czuła go teraz o wiele głębiej. Stopniowo zaczęła przyśpieszać. Pocałowała go mocno, namiętnie, zatapiając język w jego ustach. Patrzył na jej ładne piersi, kołyszące się tuż nad jego twarzą i coraz szybciej oddychał.

W pewnym momencie docisnął ją mocno do siebie, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Trwali tak przez dłuższy czas zatopieni w sobie, zdyszani.

Po chwili rozluźnił uścisk i znów mogła się poruszać. Czuła, jak strumyczki potu meandrują po jej ciele, spływają między piersiami i po plecach, wsiąkając w zmiętą spódnicę.

Przytuliła policzek do jego mokrego czoła, nie przestając unosić się i opadać.

Ścisnął jej biodra, wymuszając szybszy rytm.

Zaczęła głęboko, rytmicznie wciągać powietrze. W szalonym rytmie nabijała się na niego, zaciskając mięśnie. Pozwalała mu się wynurzyć, zaledwie na ułamek sekundy, tylko po to, by znów na niego opaść. W szalonym tempie powtarzała te ruchy, podtrzymywana przez jego silne ręce.

Gdzieś na dnie pochwy, poczuła narastający ucisk – zapowiedź orgazmu. Spazm narastał i narastał, aż w końcu nie była już w stanie go powstrzymać.

– Ja już… już za chwilę…– wyjęczała wprost do jego ucha – zrób to… spuść się do środka… chcę to poczuć…

Jeszcze szybciej wychodził naprzeciw ruchom partnerki, wpatrując się intensywnie w jej twarz. Sam był już bardzo blisko. W pewnym momencie z jego ust wydobył się przeciągły jęk spełnienia. W tym samym momencie poczuła rozlewające się w niej ciepło wytryskującej spermy. Krzyknęła. Wyprężyła się, odrzucając głowę do tyłu. Poruszyła się jeszcze kilka razy, zanim całkowicie znieruchomiała. Odpłynęła… Czuła, jak jej pochwa, niezależnie od jej woli, zaciska się na jego członku.

Pulsowała rytmicznie, potęgując męski orgazm.

Opadła na niego, obejmując mocno ramionami i wtulając twarz we włosy kochanka. Przylgnął do niej całym ciałem. Oddychali, jakby przed chwilą brali udział w sprincie. Strumyczek potu z jego czoła spłynął pomiędzy jej piersi na brzuch, zbierając z niego kropelki jej własnej wilgoci.

Czuła ulgę. Nic więcej się teraz nie liczyło…

*****

„Cudowna fantazja…” – pomyślała Weronika. Rzeczywiście poczuła ulgę. Może i było to chwilowe, jednak uwolniła się od napięcia całego dnia. Leżała w łóżku otulona ciemnością w uśpionym domku. Słuchała skrzypienia brzozy za oknem.

Zanim wyjęła rękę spod kołdry, pogładziła miejsce między udami, które przed chwilą dało jej niesamowity orgazm. Przeciągnęła się, odwróciła na bok i ubijając pod głową poduszkę, pomyślała: „Oszaleję od tego napięcia… Ten facet mnie wykończy!”. To była jej ostatnia myśl przed zaśnięciem.

*

Od pięciu dni byli razem z dziećmi na Mazurach. Ona z córeczką, on ze swoim synem.

Pod koniec września nadarzyła się okazja tygodniowego wyjazdu, z której skwapliwie skorzystali. Mieszkali w uroczych, dwupokojowych domkach. Jej położony był w lesie, jego bliżej jeziora.

Po raz pierwszy byli gdzieś sami, nie licząc stale kręcących się wokół nich dzieci. Wyjazd miał się już ku końcowi, a między nimi nadal nic się nie wydarzyło. Nic, oprócz tego, że na powitanie dłużej niż zwykle przytrzymał ją w objęciach i pocałował w usta a nie – jak zwykle – w policzek.

Dojechał dzień później i kiedy zadzwonił telefon, właśnie schodziła z pomostu. Pytał, gdzie ją może znaleźć, bo przed chwilą dojechał na miejsce. Powiedziała, że schodzi z plaży. W tym samym momencie odwróciła się w stronę domków i zobaczyła go przed sobą. Machał do niej. W żartobliwym geście rozłożyła ramiona i udała, że biegnie do niego. Zaczęli się śmiać. Podeszła do niego i wtedy ją pocałował.

Cholera! Jakie to wszystko między nimi było dziwne… Pocałował ją inaczej, niż kiedy wokół kręcili się inni ludzie. I przytulił też jakoś inaczej. Mimo tego ciągle zadawała sobie pytanie, czy nie dorabia sobie nowej ideologii tam, gdzie nie było to potrzebne…? Może facet o niczym nie ma pojęcia, traktuje ją jak kumpla, a jej miękną kolana na sam jego widok…?

*

Zuzia szykowała się do snu, kiedy zadzwonił telefon. Weronika zerknęła na stojącą na paluszkach, przy umywalce córeczkę i spojrzała na wyświetlacz: Radek. Wyszła na taras, żeby odebrać. Zapaliła papierosa, zaciągnęła się głęboko i dopiero wtedy otworzyła klapkę.

– Hej… – Usłyszała.

– No hej…

– Co robisz?

– Kładę dziecko spać, a ty?

– Idę do ciebie.

– …?

– Pogadamy, obejrzymy razem film…

Spojrzała na zegarek. Dochodziła 22.00.

–Okej, to wpadnij za jakieś 15 min. Zuzka powinna już spać…

Rozłączyła się, usiadła na krześle, drugie podsuwając sobie pod stopy. Z przyjemnością wyciągnęła nogi i wciągnęła w nozdrza zmieszane zapachy lasu, rozgrzanej ziemi i jeziora. Pomyślała, że w tym roku jesień jest wyjątkowo piękna.

Z tego błogiego stanu wyrwało ją skrzypnięcie drzwi. To Zuzia przyszła dać jej buziaka na dobranoc. Wzięła małą na kolana. Przekomarzała się z nią przez chwilę, przytuliła i ucałowała jasne loczki. Mała marudziła trochę, więc zaprowadziła ją do sypialni i otuliła kołdrą. Zostawiła uchylone drzwi i wyszła, życząc jej słodkich snów. Wróciła na taras, okryła się kocem, umościła wygodnie i zamknęła oczy.

Zwykle, kiedy zamykała oczy, od razu pod powiekami pojawiał się jego obraz. Teraz nie chciała o nim myśleć. Nawet nie próbowała wyobrażać sobie, co mogłoby się wydarzyć. Do wyjazdu zostały zaledwie dwa dni, a w zasadzie jeden dzień i dwie noce. Skoro do tej pory nic się między nimi nie wydarzyło, to pewne tak już zostanie. Po prostu posiedzą, pogadają, pośmieją się, a później on – jak zwykle – wstanie i pójdzie do siebie.

Będzie miło ale „bez fajerwerków”.

*

Zapowiedział go chrzęst żwiru na ścieżce. Spod wpółprzymkniętych powiek obserwowała, jak się zbliża, podchodzi do schodów, wreszcie wchodzi na taras. Już po chwili stał przed nią, wysoki, wysportowany. Po ustach pełzał mu słodki, lekko ironiczny uśmiech. Rozbrajał ją tym uśmiechem… Głupie serce znów fiknęło koziołka. W tej materii nic się nie zmieniło, reakcja na jego widok była zawsze taka sama.

Weszli do środka. Usiadł w fotelu, na wprost telewizora. Zapytał, czy mała już śpi. Zajrzała do pokoju obok. Skinęła głową, potwierdzając i zamknęła drzwi.

Zaproponowała, że zrobi obojgu coś do picia. Przystał na wódkę z colą – zresztą nic innego nie miała. Dorzuciła do drinków po kilka kostek lodu i plasterku cytryny, po czym usiadła na kanapie naprzeciwko niego.

Przez kilka minut rozmawiali niezobowiązująco o dzieciach i planach na kolejny dzień. Wyłowiła palcami cytrynę ze swojego drinka i, jak zwykle, wycisnęła ją wprost do szklanki. Po chwili pozbawiony kształtu plasterek zanurkował w brunatnym płynie. Pochwyciła jego spojrzenie. Przyglądał jej się z lekkim rozbawieniem.

– Zawsze tak robię, przepraszam – roześmiała się zmieszana. – Wiem, że to okropnie wygląda, ale nie mogę się powstrzymać…

– Mnie też tak zrobisz? – Zadał to pytanie takim głosem, że zabrzmiało mocno dwuznacznie.

– Jasne… – Zignorowała to i sięgnęła po jego drinka. W identyczny sposób wycisnęła do naczynia plasterek cytryny. – Proszę – powiedziała, przesuwając szklankę w jego stronę. Odruchowo oblizała palce. Wskazujący i środkowy na raz, a na koniec kciuk. Podniosła wzrok i złapała jego „miękkie” spojrzenie przyklejone do jej ust i palców.

Na szczęście w tym momencie zaczęły się „Gwiezdne wojny”. Odwrócili oczy w kierunku telewizora. Umilkli obydwoje, z zainteresowaniem wpatrując się w ekran. Widzieli ten film już wiele razy, jednak nadal tak samo go lubili.

Weronika zrzuciła klapki i wyciągnęła nogi na kanapie. Wolno sączyła drinka, czując, jak błogie ciepło rozlewa się po jej wnętrzu.

Po pewnym czasie zrobiła się strasznie głodna. Przypomniała sobie, że jeszcze nie jadła kolacji. Powiedziała mu o tym. Zapytała, czy miałby ochotę na coś do jedzenia.

– A co masz? – zapytał, odwracając głowę w jej stronę.

Podeszła do lodówki i otworzyła drzwiczki.

– Hmmm… niech no spojrzę… – zerknęła do środka. – Uuuuu, co za wybór! Mam kabanosa, albo… kabanosa … – zaśmiała się. – To na co masz ochotę?

– Ciężki wybór… No to może… kabanosa – zawtórował jej śmiechem.

Dolała obojgu wódki i coli, przełamała na pół ostatnią kiełbaskę i podała mu przez ramię. Przez moment ich ręce się zetknęły. Jej żołądek podskoczył i zawiązał się w supełek. „No, no… to już chyba tradycja” – pomyślała.

Zajęła swoje miejsce na kanapie. Jak poprzednio zdjęła klapki i wyciągnęła nogi przed siebie. Podłożyła sobie jasiek pod plecy i zatopiła wzrok w ekranie. Nie miała pojęcia, jak długo tak siedzieli. Zarejestrowała tylko, że dopiła swojego drinka i odstawiła na stolik pustą szklankę. Radek wstał i wyszedł do łazienki. Słyszała szum wody. Leciała i leciała mrucząc usypiająco. Co on tam robił tak długo? Nie zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zrobiło jej się błogo i ciepło, a alkohol też pewnie miał w tym swój udział. Zaczęła osuwać się coraz niżej. Już prawie zasypiała, kiedy stuknęły drzwi łazienki. Usłyszała jego głos.

– A tobie to czasem nie za dobrze? – Ponownie usiadł w fotelu i wyciągnął przed siebie swoje długie nogi.

– Mhm… dobrze mi… Ale chyba tak… nie do końca… – odpowiedziała. – A tobie? – Zdała sobie sprawę, jak dwuznacznie to zabrzmiało, więc żeby zatrzeć to wrażenie, rzuciła w niego jaśkiem.

– Małaa… Nie zaczynaj z mną. – Zamachnął się, odrzucił, ale nie trafił i poduszka wylądowała na podłodze obok kanapy, tuż za jej głową.

– Uuuuu… no to teraz będziesz musiał to podnieść, bo ja się nie ruszę. – Wymruczała i ziewnęła, podciągając kolana pod brodę.

Wstał z fotela, przeszedł kilka kroków i schylił się po jaśka. Podniósł go i wsunął pod jej głowę.

– Mmmm… – mruknęła z zadowoleniem.

– Spać ci się chce? – zapytał zmienionym nagle głosem. Usiadł na oparciu kanapy, obok jej głowy. – Serio? – wymruczał pochylony nad jej twarzą.

Wsunął ręce w jej włosy i przytulił jej głowę do siebie.

„Jezu, to się dzieje naprawdę!” – pomyślała spanikowana. Jej ciało pokryło się gęsią skórką. Zanim zdążyła pomyśleć, co robi, otarła się o niego jak kotka, pławiąc się w przyjemności, jakiej dostarczała męska bliskość. Sięgnął dłonią pod jej brodę i stanowczym ruchem odwrócił twarz ku sobie. Nie potrafiła na niego teraz spojrzeć. Dotarło do niej, że to już nie jest bezpieczna fantazja lecz rzeczywistość. Opierała się przez chwilę, nie wiedząc, co robić i próbując coś na poczekaniu wymyślić. Chciała go zapytać, czy jest pewien. Chciała od niego usłyszeć, że nie ma innego wyjścia.

Otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie. Było po brzegi wypełnione pożądaniem.

Pocałował ja mocno i, nie bawiąc się w żadne subtelności, włożył rękę pod koszulkę. Kilka razy niedbale ścisnął piersi, a po chwili już wsuwał ją za pasek spodni. Odnalazł łechtaczkę, lecz tylko przelotnie musnął ją palcami. Całą dłonią mocno ścisnął jej spragnioną cipkę.

Przeleciało jej przez głowę, że wszystko dzieje się zbyt szybko i jakoś tak… niedbale.

Gwałtownie łapała powietrze. W jednej chwili zrobiła się mokra między nogami. Była niewiarygodnie podniecona, mimo iż on niewiele zrobił, żeby ją pobudzić. Sama się nakręciła.

Boże! Jak ona go pragnęła!

Znowu ją całował. Sięgnął po jej dłoń i położył tam, gdzie chciał być dotykany. Poczuła pod palcami mega–sztywne wybrzuszenie. Miała wrażenie, że za chwilę rozsadzi mu spodnie. Zaczęła je masować i ściskać.

Pomyślała, że nie jest aż tak duży i gruby jak w wyobraźni. Cofnęła rękę, ostatkiem sił broniąc się przed tym, co i tak było nieuniknione.

Z ustami pełnymi jego języka usłyszała, jak rozsuwa zamek w swoich jeansach. Popchnął jej głowę w stronę sterczącego członka. Objęła go ustami, a on chwycił oburącz za głowę, przytrzymując, kiedy chciała się wycofać. Ssała go i lizała, pakowała go sobie głęboko, aż do gardła. Krztusiła się, wycofywała, żeby nabrać powietrza i ponownie brała go w usta.

Co pewien czas podnosił jej głowę i całował mocno, zachłannie. Odrywał się od jej ust i znów pchał jej głowę w kierunku krocza. Za którymś razem podjęła ostatni wysiłek i zanim ją pocałował, wysapała wprost w jego usta:

– Co my robimy???

– Życie składa się z chwil… – odpowiedział pozornie nie na temat.

Nie wiedzieć czemu, ten trywialny tekst zabrzmiał w jej uszach tak niesamowicie zmysłowo. Sprawił, że przestała zwracać uwagę na protestujące głosy w swojej głowie. Całkowicie mu się oddała.

W pewnym momencie wstał, opuścił niżej spodnie, odwrócił się w jej stronę i ponownie wepchnął członka w jej usta. Docisnął mocno – do samego końca i przytrzymał. Znów się zakrztusiła. Z oczu popłynęły jej łzy. Cofnął biodra i znów mocno naparł. Nabijał się na nie raz za razem coraz szybciej. Ściskała i masowała jego jądra. W końcu poczuła, jak jego ciałem targnął dreszcz i sperma spływa jej do gardła. Nie musiała jej przełykać, nawet nie poczuła smaku.

Jeszcze raz szarpnął biodrami w niekontrolowanym spazmie i wycofał się o kilka centymetrów. Tym razem poczuła na języku słono–gorzką wydzielinę. Przełknęła. Nie robiła tego nigdy wcześniej, a jednak przyszło jej to bez trudu.

Jeszcze kilka razy się poruszył, zanim – całkiem miękki – wysunął się z jej ust. Od razu zapiął spodnie i usiadł tym razem na kanapie obok niej. Przytulił ją do siebie i gładził jej włosy.

Teraz, kiedy było już po wszystkim, czuła się – i pewnie wyglądała – jak zwiędnięty kwiat. Pozwalała dłoniom leżeć bezwładnie na udach. Końce włosów kołysały się nad nimi jak czerwona zasłona. Patrzyła na nie jak zahipnotyzowana. W głowie miała pustkę. I czuła żal, którego nie łagodziły dłonie błądzące w jej włosach.

„To nie tak miało być! Wszystko nie tak!!!” – złościła się w myślach. – „Kilka minut i już po??? Na to czekałam tyle czasu?”

Ponownie ujął ją pod brodę i zmusił, żeby na niego spojrzała. Zrobiła to i nie spuściła wzroku. Oczy nadal miała mokre. Zastanawiała się, czy potrafi z nich wyczytać złość i rozczarowanie.

Trwali tak, wpatrując się w siebie badawczo, przez kilka oddechów. Odgarnął włosy z jej twarzy. Starała się coś wyczytać z jego spojrzenia, jednak niczego tam nie znalazła. Uśmiechał się do niej, jednak tego uśmiechu także nie potrafiła odgadnąć.

Podniosła ręce i wytarła łzy. Odsunęła się od niego.

– Pójdę już – usłyszała jego cichy głos.

– …

– Mały może się obudzić…

– …

– No to pójdę…

Cały czas patrzyła na niego bez słowa. Patrzyła, jak wstaje i jak zakłada bluzę. Patrzyła, jak kładzie dłoń na klamce. I jeszcze miała nadzieję, że odwróci się w drzwiach, nie wyjdzie, dokończy to, co zaczął. Bo tylko zaczął, prawda…?

Patrzyła, jak otwiera drzwi i wychodzi w ciemność.

Patrzyła, jak odchodzi – nie oglądając się za siebie.

Kiedy zniknął jej z oczu, odwróciła się tyłem do okna i stała tak, nieruchomo, aż ucichł odgłos kroków. Wtedy rozejrzała się nerwowo za fajkami. Pośpiesznie schwyciła prawie pustą paczkę i wyszła na taras.

Pstryknęła zapalniczką i zaciągnęła się głęboko. Szarosrebrny obłoczek zatańczył wokół jej warzy. Opadła na krzesło i ze złością zarzuciła nogi na barierkę tarasu.

– Jeeezuuu… – jęknęła półgłosem.

„Co to, kurwa, było???” – zapytała samą siebie, rozżalona. „Zrobił sobie dobrze moją głową i poszedł” – odpowiedział złośliwy głos z wnętrza czaszki.

Jej ręka sama powędrowała między uda i dotknęła wrażliwego miejsca. Czuła się podle. Była niezaspokojona i rozczarowana. I tak cholernie smutna…

Nagle, nie wiedzieć skąd, w jej głowie zabrzmiała infantylna, dziecięca piosenka: „Bo fantazje, fantazje, fantazje są od tego, żeby bawić się, bawić się, żeby bawić się na całego”.

– Taaaa… no tośmy się zabawili… – wymamrotała pod nosem i wgniotła niedopałek w barierkę.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Któraż z nas nie znalazła się kiedyś w tej sytuacji? Która nie wyobrażała sobie nie wiadomo czego, tylko po to, by jej marzenia roztrzaskały się w konfrontacji z rzeczywistością? A ta, jak wiadomo, nie raz skrzeczy. W pełni rozumiem bohaterkę. Świat jest pełen rozczarowań. Lecz jeśli ma się szczęście, zdarza się niekiedy i miłe zaskoczenie, które potrafi odmienić życie.

Bardzo zabawne opowiadanie – do tego dobrze napisane i mistrzowsko poprowadzone narracyjnie. Przeczytałem z wielką przyjemnością i pewnym współczuciem dla głównej bohaterki 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Lubię takie przewrotne opowiastki o tym, że autentyczne przeżycie nie dorasta do pięt marzeniom na jego temat. Niby każdy zdaje sobie z tego sprawę, a jednak musi przećwiczyć osobiście.

Bardzo dobry stylistycznie tekst i realistyczna fabuła. Piąteczki 🙂

Napisz komentarz