Myśka (kenaarf)  4.5/5 (8)

47 min. czytania

Poniższy tekst publikujemy ponownie na prośbę Autorki.

– Robiłaś to już wcześniej? – w głosie słychać było bojaźliwość.

– Tak. – Chyba zbyt długo zwlekałam z odpowiedzią, gdyż kolejne pytanie podszyte było nutką niepewności.

– Ile razy?

– Od kilku lat regularnie, średnio co trzy, może cztery tygodnie.

– Czyli sporo – zaopiniowała.

Czekałam na kolejne pytanie, które siłą rzeczy musiało zostać wypowiedziane. Zanim jednak Myśka zdążyła je wyartykułować, jej ciało spięło się, jakby w obawie przed mającymi za chwilę paść słowami. Mięśnie ud stwardniały, a kolana delikatnie zsunęły się ku sobie.

– Ile razy robiłaś TO komuś?

– Jesteś pierwsza.

– Dlaczego?

– O co pytasz? Dlaczego tego nie robiłam, czy dlaczego robię to właśnie teraz?

– No, coś koło tego.

– Wcześniej nie było powodu i chyba chęci.

– A teraz to wszystko jest?

Kiwnęłam głową. W półmroku ciężko było dostrzec wyraz twarzy dziewczyny, ale ciało pod moimi dłońmi rozluźniło się nieznacznie.

– I jesteś pewna, że nie zrobisz mi krzywdy?

– Tak, jestem pewna, trochę tylko zapiecze, ale, jak masz obawy, możemy to odłożyć.

– Zapiecze – powtórzyła jak echo, po czym zamilkła, jakby chcąc przeżuć i zrozumieć znaczenie słowa.

– No, dobra. Ale jak mi coś… – szukając w głowie odpowiedniego zwrotu, zupełnie rozluźniła mięśnie. – Jak będzie bolało, to wytargam cię za kłaki.

– Dobrze – odparłam rozbawiona, wiedząc, że niepokorne dziewuszysko przede mną skłonne jest do zrealizowania swych pogróżek.

– Nie ruszaj się, musisz mi zaufać.

Z wezgłowia dało się słyszeć nieprzekonujące „yhm”. Mając przyzwolenie, zabrałam się do bolesnego zabiegu. Sięgnęłam za siebie po wcześniej przygotowane pudełko. Wyjęłam jeden plasterek i zaczęłam rozgrzewać go między dłońmi, przez cały czas obserwując obnażone przede mną ciało.

Światło latarni wlewające się pomiędzy kratami rzucało ciemne wstęgi. Zadarta koszulka odsłoniła wręcz błyszczącą bliznę tuż pod lewą, drobną piersią. Po raz kolejny naszła mnie myśl, aby dotknąć zgrubienia i poczuć pod palcami twardość skóry.

– No, co jest? Długo jeszcze? – niecierpliwość Myśki rozgoniła kłębiące się myśli.

– Już gotowe – odparłam.

Ułożyłam dłoń na kościstym wzgórku porośniętym ciemnymi włosami. Ciało dziewczyny momentalnie się spięło. Również zastygłam. Przede wszystkim chciałam oswoić ją ze swoim dotykiem. Po chwili bezruchu przesunęłam delikatnie palcami po czarnej kępce. Własna reakcja zaskoczyła mnie samą. Już od jakiegoś czasu chodziłam z pełną napięcia wibracją w piersi, jakbym nosiła w sobie strunę od skrzypiec, która właśnie została trącona.

Myśka uniosła wcześniej przymknięte powieki i rzuciła mi spojrzenie pełne ufności, oddania, po czym znów spuściła zasłonę ciemnych rzęs. Ten widok sprawił, że… „Serce wezbrało mi czułością” – to podobno wyświechtany frazes, ale uczucie było dla mnie zupełnie nowe.

Z niechęcią odsunęłam dłoń. Sięgnęłam do przygotowanego plasterka, zdjęłam folię ochronną i przyłożyłam do kości łonowej. Chwilę masowałam, rozprowadzając wosk.

– Łaskocze – wyszeptała Myśka – i ciepło.

Uśmiechnęłam się krzepiąco, mimo, że nie byłam pewna, czy dziewczyna zdoła dostrzec ten uśmiech. Będąc już pewna, iż żółtawa maź przylgnęła mocno do owłosienia, pociągnęłam.

– Aaa! Kurwa! – momentalnie odsunęła się ode mnie, podkuliła nogi ku piersiom i sięgnęła ręką do piekącego miejsca, wciąż rzucając soczyste przekleństwa.

– Coś ty zrobiła?!

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z łóżka obok doleciało nas sapnięcie Tereski:

– Dziewczyny, dajcie spać. Nie możecie tego robić ciszej?

– Tego… czego? – zaperzyła się Myśka.

– Idźcie już spać. – Tereska wybełkotała coś jeszcze do poduszki. Znałam ją na tyle, że mogłam sobie wyobrazić, jak rozciąga wąskie usta w uśmiechu, odsłaniając przy tym braki w uzębieniu.

Materac zaskrzypiał i już po chwili dało się słyszeć lekkie pochrapywanie.

– Nic ci nie jest? Przepraszam – zwróciłam się do dziewczyny.

– Dziwne, że Kijek jeszcze nie przyszła – zbyła moje pytanie. – Tak żem się wydarła, że pewnie cały blok zbudziłam – zaczęła chichotać. – A ciebie powinnam wytargać za kłaki na piździe. Szkoda, że ich nie masz, też byś się darła.

Powinnam skrytykować dobór słów. Ileż to razy zwracałam już uwagę, że określenie „pizda” można zastąpić bardziej cenzuralnym wyrazem, ale teraz odpuściłam. Udzielił mi się jej humor. Zaśmiałam się ciepło.

– Jakbym powiedziała, że boli, to byś się nie zgodziła.

– Jasne, że nie – żachnęła się. – A czemu tak się przy tym upierasz? Nie możemy inaczej?

To pytanie i inne – podobne, uświadamiały mi, jak niedoświadczona jest Marysia. Tak właśnie dziewczyna miała na imię. Imię, którego nie znosiła.

– Można na przykład maszynką – odpowiedziałam – ale nie wolno nam ich tutaj mieć. Zostaje jeszcze depilator, ale ja takowego nie posiadam. Zołza, ta z siódemki, ma, ale absolutnie odradzałabym używanie jej sprzętu. Nie wiadomo, kto go miał między nogami.

– No, dobra, ale właściwie po co mi to? Nie mogę, jak zawsze, nosić kłaków?

– Myśka – tłumaczyłam cierpliwie któryś raz z rzędu – tak jest higieniczniej. Zwłaszcza jak masz menstruację.

– Jak mam co?

– Miesiączkę.

– No, to mów od razu, jak mam ciotę.

– Tak – westchnęłam z rezygnacją.

– No, to ja nie wiem, co będzie. Wolę walić jak zdechłe ryby, niż jeszcze raz dać ci się skubać. – Odruchowo sięgnęła ręką między nogi, rozchyliła uda i spojrzała na piekące miejsce.

– O żesz w mordę – zapiszczała.

– Co, boli jeszcze? – wciąż siedząc po turecku u stóp Myśki, przechyliłam się lekko do przodu.

– Zobacz, jak ja teraz wyglądam. – Odjęła rękę. – Jakby pijak przejechał mi kosiarką po piździe.

Spojrzałam. Nawet w półmroku dostrzegłam zaróżowione ciało. Musiałam przyznać, widok był komiczny. Już miałam żartobliwie skwitować wynik moich starań, kiedy Myśka syknęła:

– Nawet nie próbuj się śmiać, bo to samo zrobię ci na głowie. – Czułam, że w jej słowach czai się śmiech.

– Wyglądasz oryginalnie – wydusiłam.

– Kiedy odrosną?

– Szybko, nie martw się. Pojutrze będziesz miała kłującego jeża między nogami.

– No, to żeś mnie urządziła.

Zamilkłyśmy. Myślała nad czymś intensywnie, bębniąc palcami po wciąż obnażonym udzie.

– Nie można by, no… – jąkała się. – No, czy nie można ich skrócić?

– Chciałabyś je przyciąć?

– Yhm – przytaknęła zawstydzona.

– Same tego nie zrobimy. Nie mamy nożyczek. Możesz przy najbliższej okazji poprosić o to pielęgniarkę.

– I co? I ona miałaby grzebać mi tam?

– Tak, raczej nie pozwoli zrobić ci tego samej.

Mój wzrok powędrował ku przedramionom dziewczyny. Liczne blizny szpeciły chude ręce od nadgarstków po łokcie. Niektóre były cienkie, ledwo zauważalne, ale niektóre, grube na centymetr, rzucały się w oczy. Niejednokrotnie zastanawiałam się, czego doświadczała młoda kobieta, że musiała szukać ukojenia w okaleczaniu własnego ciała.

Spojrzenie piwnych oczu powędrowało w ślad za moim. Niezgrabnie naciągnęła koc, odwracając się plecami do lipa[i] i ukryła się w mroku celi.

– Nie chcę, żeby ktoś obcy przy mnie gmerał – wyszeptała, powoli wypuszczając powietrze.

– Rozumiem, zostawimy, jak jest. Kładziemy się spać?

– Tak, zmęczona jestem. – Na potwierdzenie tych słów ziewnęła przeciągle.

– Schodzisz do siebie, czy śpisz ze mną?

– Wolę zostać.

– W porządku. Przesuń ten swój kościsty tyłek, bo moja stara dupa się nie zmieści.

Chichocząc, zrobiła mi miejsce. Ułożyłam się za nią i nakryłam kocem.

– Dobranoc, Myśka.

– Dobranoc – odpowiedziała sennie. – Wiesz, może kiedyś spróbujemy jeszcze tego, no, wosku. Chcę tam, na dole, wyglądać jak ty.

Na znak, że słyszałam, pogładziłam zmierzwione fale, które łaskotały w twarz. Już po chwili rytm oddechu dziewczyny spowolnił. Zasnęła.

Nie był to pierwszy raz, kiedy pogrążyła się we śnie u mego boku. Prawdę powiedziawszy, ostatnimi czasy częściej spała ze mną na górze niż na swojej pryczy, na dole. Nie ukrywam, bardzo mi się to podobało. Po całodziennym nic nie robieniu – nieustannym gwarze, kiedy przez naszą celę ciągle się ktoś przewijał, wciąż przychodziły kolejne kobiety z prośbami o wytłumaczenie zawiłych pism sądowych – bardzo lubiłam ciszę nocną. Nie każdemu służyła. Niektóre współosadzone nie mogły zasnąć z powodu ciszy. Ja nie miałam tego problemu, jednak często przed zaśnięciem wspominałam dawne życie. Życie, którego nienawidziłam.

* * *

Na imię mi Ewa. Mam czterdzieści dwa lata. Zaczynam nowy etap. W zasadzie rozpoczęłam z dniem śmierci mego męża – Marka. Lata z nim spędzone stanowią oś wszystkich moich wspomnień. Zabiłam na zimno, bez emocji. Tamtego dnia stanęłam przed nim i już wiedziałam, że tylko jedno z nas wyjdzie ze starcia żywe. Jestem zbrodniarką kuchenną, jak zwykle określa się kobiety, ofiary przemocy domowej. W moim przypadku nazewnictwo słuszne, małżonek wyzionął ducha na kaflach kuchennych, zanim przyjechała karetka, po którą osobiście zadzwoniłam. Stałam nad ciałem Marka i patrzyłam, jak ucieka z niego życie. Co za smutny triumf – myślałam.

Moja historia jest, jak wiele innych, pisana przez kalkę. Latami znosiłam upokorzenia, wyzwiska, bicie. W końcu coś pękło.

Pochodzę z dobrego domu, z tradycjami, z dobrym i znanym nazwiskiem. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że Marek się mną zainteresował. Studiował wtedy prawo, a ja, należąc do prawniczej rodziny, stanowiłam dobrą partię.

Czy byłam zakochana? Teraz odpowiem, że absolutnie nie, ale to pewnie wpływ traumatycznych wspomnień. Wychodząc za niego, sądziłam, że spotyka mnie największe szczęście. Nie trwało ono długo. Małżonek po skończonej edukacji rzucił się w wir pracy i skutecznie piął się po szczeblach kariery, zapominając o pozostawionej w domu żonie z dzieckiem.

Póki wracał do domu trzeźwy, witał mnie cmoknięciem w czoło i siadał przy suto zastawionym stole, nie widziałam problemu. Tak zostałam wychowana – mężczyzna ma pracować, zarabiać, kobieta ma dbać o ciepło i atmosferę rodzinną.

Zgrzyty wystąpiły, kiedy chciałam się rozwijać, pójść do pracy, wyjść do ludzi. Wtedy pierwszy raz musiałam skrywać posiniaczone ciało przed wzrokiem znajomych i rodziny. Zaskoczył mnie fakt, że związek może skończyć się tak szybko. Potrzeba więcej niż roku, żeby się poznać, zbudować zaufanie, a w trzy minuty jest po wszystkim.

Od pierwszego lania rozpoczęło się piekło, jakby Marek, uderzając mnie pierwszy raz w twarz, zasmakował brutalności. Później było tylko gorzej.

Początkowo tłumaczyłam sobie męskie napady gniewu: przegrał sprawę, coś poszło nie tak w kancelarii, za dużo wypił. Z biegiem czasu zabrakło powodów, aby eksplikować zachowanie męża.

Długo, bardzo długo skrywałam mroczną tajemnicę nieszczęśliwego związku. Byłam dobrą żoną, idealną matką i córką. Marek często zabierał mnie na prawnicze rauty – dobrze prezentowałam się u jego boku. Jednak, kiedy próbowałam zabierać głos w dyskusjach, rugał mnie i nie pozwalał dojść do słowa. Po pewnym czasie przestał mnie zabierać na oficjalne spotkania i mimo, że te „wypady” były dla mnie odskocznią od garów i sprzątania, ucieszyłam się, iż nie muszę stać sztywno u jego boku. Doszły mnie słuchy, że przyprowadzał ze sobą coraz to młodsze i piękniejsze dziewczyny. Początkowo bolało, później przywykłam.

Pewnego dnia, kiedy mąż zaserwował mi bardzo brutalne cięgi, i kiedy konieczna była wizyta u lekarza, który patrzył na mnie ze współczuciem, ale nie wyciągnął pomocnej ręki – bo tak chyba jest wygodniej: nie mieszać się w czyjeś życie – postanowiłam poszukać pomocy u rodziny. Jak wielkie było moje zdziwienie, słysząc z ust matki: „Kochanie, jesteś żoną, to nie jego wina. Widocznie ty robisz coś nie tak”. Od tamtego czasu relacje z bliskimi uległy znacznemu ochłodzeniu.

Zostałam z problemem małżeńskiej przemocy sama. Marek skutecznie odseparował mnie od grona wcześniejszych znajomych, nie dając przy tym szansy na poznanie kogoś nowego.

Niegdyś czuły i delikatny, stał się obcym i zimnym człowiekiem, który siłą brał wszystko, co wedle jego mniemania mu się należało. Nie zliczę, ile razy posiadł mnie z typową dla niego agresją. Ale czy można iść na policję i oskarżyć własnego męża o gwałt? Wtedy sądziłam, że nikt mi nie uwierzy. Często już „po” zasłaniał się kodeksami. Artykułował groźby zabrania mi dziecka. Przecież nie miałam pracy, nie miałam znajomych, którzy potwierdziliby moją wersję zdarzeń. Za nim stał sztab prawników. Co z tego, że miałam pieniądze, ofiarowane jeszcze przez rodziców w dniu ślubu. Kwota na koncie powiększała się z każdą kolejną uroczystością, czy to urodzin, czy to świąt. Nie miałam na co wydawać tych pieniędzy. Ale w wojnie z mężem i tak by się nie przydały.

Trwałam w toksycznym związku przez lata przede wszystkim dla Oli. Chroniłam ją. Nie chciałam, żeby wychowywała się bez ojca. Gdzieś z tyłu głowy kłębiły się myśli, co będzie, kiedy moje upokorzenie, ból i łzy nie wystarczą Markowi? Czy byłby zdolny wyrządzić krzywdę naszej Oli? Im była starsza, tym moje obawy i lęki rosły. Widziałam, jak na nią patrzy. Dla niego to było obce dziecko, pałętający się niezdarnie między nogami szkrab wymagający nieustannej uwagi.

Kiedy podniósł na nią rękę, wydał na siebie wyrok.

Tak oto znalazłam się w więzieniu, które, paradoksalnie, stało się dla mnie wybawieniem od wszelkich zmartwień. Dla większości skazanych to trauma, cierpienie i tęsknota. Osadzone kobiety nie żyją, tylko wegetują. Ciągle na coś czekają, na polepszenie lub pogorszenie sytuacji. Dla mnie siedzenie w zamknięciu oznacza jednocześnie bycie wolną. Żałuję jedynie, że nie mogłam towarzyszyć córce, kiedy dorastała. Nie mogłam służyć radą, nie uczestniczyłam w jej życiu. Moi rodzice przejęli prawną opiekę nad latoroślą. Z wyraźnym niezadowoleniem przyprowadzali na rzadkie wizyty.

Zeznania Oli, która również uczestniczyła w procesie pod okiem psychologa, potwierdziły moje słowa. Niespełna dziesięcioletnia dziewczynka przed kamerą, w obecności sędziny i pedagoga, swoimi słowami opowiadała o nieciekawym życiu: swoim i matki.

Jednak jej relacja nie mogła przywrócić ojcu życia, które ja brutalnie zabrałam, dźgając Marka kilkukrotnie kuchennym nożem. Sąd skazał mnie na dziesięć lat kary. Kary, która dla mnie stała się wybawieniem.

* * *

Tyle obietnic złożyłam Myśce, a jednak po opuszczeniu zakładu zachłysnęłam się wolnością. Musiałam nabrać dystansu, upewnić się, czego naprawdę chcę. Ja – dojrzała kobieta – nie zdobyłam dotąd dużego doświadczenia w związkach, bo ani moje, pożal się boże, małżeństwo, ani emocjonalny epizod z towarzyszką więziennej celi – nie rozwijały się w normalnych warunkach. Trapiło mnie wiele wątpliwości, dlatego przeznaczyłam pierwsze miesiące wolności na eksperymenty, które miały mi dać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie zrażałam się pierwszymi porażkami.

Księgowy. Wbrew stereotypom wcale nie był nudny, raczej rozgadany. Chętnie opowiadał o swej pasji – wędkarstwie. Niewiele starszy ode mnie, rozwiedziony. Małżeństwo nie zaowocowało dziećmi. Znaleźliśmy się na czacie. Z przyjemnością odkrywałam meandry Internetu. To on mnie zaczepił. W gąszczu seksownych nicków, mój prezentował się niewinnie, wręcz pospolicie. Przyjemnie nam się rozmawiało. On szukał miłości. Ja… sama nie wiedziałam czego. Dałam się skusić na spotkanie. Czar prysł. Przystojny i elokwentny, odpychał mnie natarczywością spojrzenia ślizgającego się po moim ciele. Jak wygłodzony pies śliniący się na widok miski, Krzysztof rozmawiał z moimi piersiami. I mimo, że na spotkanie wybrałam zabudowaną bluzkę, czułam się bardzo naga.

* * *

Byłyśmy krótko przed obiadem, kiedy szarpnięte drzwi celi otworzyły się ze zgrzytem. W progu stanęła oddziałowa Małgorzata. Zza jej pleców wyłoniła się wątła postać młodej dziewczyny ze skromnym dobytkiem. Od razu było widać, że jest „nowa”. W areszcie śledczym, czekając na sprawę jak my wszystkie, spędziła dwa miesiące – niczego jej ten czas nie nauczył. Zresztą nie ma się co dziwić. Areszt jest bardziej uciążliwy i stresujący od finalnej kary więzienia w zakładzie. Panuje większy rygor i wszechobecne zakazy. Kobiety zazwyczaj są zagubione w nowej sytuacji, izolują się, nie nawiązują bliższych relacji, bo i po co, skoro za kilka tygodni pożegnają się ze współosadzonymi. Dla młodej dziewczyny to szok. Zostaje przemielona przez system, przez ludzi. Nawet dwa tygodnie w celi przejściowej, gdzie następuje docelowa klasyfikacja, badania lekarskie i psychologiczne, nie są w stanie uspokoić skołatanych nerwów.

Do dzisiaj zastanawiam się, czemu trafiła do nas. Mało jest cel trzyosobowych, zazwyczaj są piątki, szóstki. Miejsce zwolniło się tydzień temu – Iza, która dwanaście lat temu zabiła męża, wyszła na wolność. Nasza „sala” miała typowo „kuchenną” charakterystykę – wszystkie, które do niej kierowano, siedziały za zamordowanie partnerów. Nie sądziłam, żeby nowa miała na sumieniu takie przewinienie, nie pasowała do nas. Z perspektywy czasu, próbując rozstrzygnąć, czemu akurat my, znajduję jedną sensowną odpowiedź – nowe są histeryczne, trzeba je oswajać, wyciszać. Razem z Tereską cieszyłyśmy się dobrą opinią. Personel nas lubił, a inne osadzone szanowały i współczuły, nasze życie budziło litość.

W „kuchennej” celi, z jednej strony, panował spokój, ład i porządek; z drugiej – wieczny młyn. Od dziecka słuchając żargonu prawniczego, stałam się bardzo pomocna przy pisaniu wszelakich pism do sądów.

Sądzę, że psycholog, oceniając młodą, wykonał kawał dobrej roboty. Dziewczyna potrzebowała naszego spokoju, wyważonego podejścia. Nie ukrywam jednak, że początki były bardzo żmudne.

– Przywitaj się, od dzisiaj z tymi paniami będziesz spędzać czas – Małgorzata wypowiedziała standardową formułkę. – Zostawiam cię w dobrych rękach. – Wyszła, tym razem cicho zamykając za sobą drzwi.

Dziewczyna stała chwilę niepewnie pośrodku celi, łypiąc na nas spod długich, ciemnych rzęs.

– Myśka jestem – powiedziała w końcu i skierowała się ku wolnemu posłaniu. Mówiła z leciutkim akcentem, nieznaną naleciałością gwary i zaśpiewem, który sprawiał, że słowa brzmiały melodyjnie i trochę pytająco.

– Teresa – przedstawiła się koleżanka z łóżka obok – ale wszyscy mówią na mnie Tośka. A ty? Jak masz naprawdę na imię? – dopytywała.

– No, kurwa, mówię przecież. Myśka jestem.

Po tak niesympatycznym wstępie Tośka zrezygnowała z dalszej konwersacji zapoznawczej i z lekkim wzruszeniem ramion zatopiła się ponownie w lekturze kolejnego romansu.

Widząc wrogie nastawienie dziewczyny, nawet nie próbowałam nawiązać rozmowy. Rozłożona na łóżku, przewróciłam się na bok, podpierając głowę na ręku, aby móc swobodnie obserwować ruchy nowej, która niepewnym krokiem podeszła do wolnej pryczy tuż pode mną.

Tak różna od nas, ode mnie i od Tośki, młoda, filigranowa – wręcz chuda – z cerą noszącą jeszcze znamiona niedawnego przebywania na wolności. A jednak… Pierwsze kilka dni w zakładzie upodabnia nas, ustawia w jednym rzędzie. Zdajemy sobie sprawę, że bez względu na to, kim byłyśmy, kogo miałyśmy za znajomych czy mężów, teraz jesteśmy takie same.

Te pierwsze tygodnie, kiedy próbujemy odnaleźć się w obawach i buncie, paradoksalnie zbliżają nas do siebie.

Z Myśką było to samo, mimo, że jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy. Lęk próbowała skryć pod maską wrogości. Jak zwierzę w klatce reagowała na stres agresją.

Widząc, że upycha swój skromny dobytek w szafce przy łóżku, odezwałam się:

– Tam… – ruchem głowy wskazałam kierunek naszej osłoniętej „łazienki” –…możesz poukładać swoje przybory.

– Wolę je mieć koło siebie – odpowiedziała, nawet na mnie nie patrząc.

– Nie martw się, nic ci tu nie zginie, a tam będziesz miała wszystko…

– Chcę je mieć tutaj, dobra?! – weszła mi w pół zdania, manifestując swoje niezadowolenie.

Moja cierpliwość powoli się kończyła i już miałam udzielić młodej reprymendy, kiedy do celi wparowała Jagoda.

– Ewka! Cholera, zgodzili się! – już od progu machała urzędowym pismem. – Tyle na to czekałam, a wszystko dzięki tobie. Zajebiście.

– Świetnie. Nie ma sprawy. Naprawdę się cieszę, że się udało. – Podniosłam się z łóżka i zeszłam po drabince.

– Od dwóch miesięcy się starałam – Jagoda trajkotała dalej radośnie.

– Matko! Jaga, czy ty musisz tak skrzeczeć? – zażartowała Tośka ze swojego miejsca. – Idę do czytelni, bo tu się skupić nie można.

– Idź, idź, bo mam zamiar długo się cieszyć.

W trakcie naszej żartobliwej pogawędki Myśka stała zwrócona plecami do Jagody. Dopiero kiedy odwróciła się do niej twarzą, gość zauważył obecność dziewczyny.

– O! macie nową. Czemuście nie mówiły? Cześć, Jagoda jestem. – Wyciągnęła rękę na powitanie. – Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście, że tu trafiłaś. Oj – szybko się zmitygowała i zaśmiała lekko – nie chodzi mi o miejsce, tylko o celę, rozumiesz? – Wskazała gestem na wychodzącą Tośkę i na mnie. – To złote baby, mówię ci.

Myśka uścisnęła wyciągnięta ku niej dłoń, ale nie odpowiedziała.

– E, widać, że nowa – Jagoda zwróciła się już bezpośrednio do mnie: – Młoda jest, szybko powinna się przystosować, ale mogą być z nią problemy – dalej wyrażała swą opinię, jakby Myśki nie było z nami. – Dobra, spadam dalej się pochwalić. Ale mi dziewuchy będą zazdrościć. Później jeszcze wpadnę. – Przesłała mi buziaka i już jej nie było.

Spojrzałam na zdezorientowaną Myśkę.

– To co, może napijemy się herbaty?

Spojrzała na mnie niepewnie i kiwnęła głową. Nastawiłam wodę, przygotowałam napar. Po chwili postawiłam parujące od wrzątku kubki na stoliku i zajęłam jedno z miejsc. Dziewczyna usiadła po przeciwnej stronie. Jak lew i gazela przy jednym wodopoju – pomyślałam.

– Na imię mi Maryśka, ale wszyscy mówią na mnie Myśka. Nie znoszę swojego imienia, jest takie babcine. Wiktoria, ale przez „v”, lepiej by do mnie pasowało – wyznała po chwili wahania.

– Rozumiem – odpowiedziałam lakonicznie.

– Czemu ta… no, ta, co tu przed chwilą była, tak się zacieszała?

– Dostała pozwolenie od opiekuna na intymne spotkanie z mężem.

Jednocześnie rozchyliła usta i uniosła brwi w geście zdziwienia. Rzeczywiście mało wiedziała o więziennych zwyczajach. Można powiedzieć, że od tamtego momentu zaczęła się nasza przyjaźń.

* * *

Właściciel małej, aczkolwiek dość dobrze prosperującej firmy. Młodszy. Piekielnie przystojny. Aż dziw, że samotny. Podobno nie ma czasu na szukanie drugiej połowy. Pewnego dnia nieźle się zdziwi, budząc się z pięćdziesiątką na karku, bez żony, dzieci, sam w wielkim, drogim domu. Czas wolny poświęca na sport. Lubi czytać. To mnie przekonało. W więzieniu nadrabiałam swe braki literackie, mieliśmy zatem o czym dyskutować. W trakcie kolacji nie padła ani jedna niemiła czy niestosowna uwaga. Poświęcał mi odpowiednio dużo uwagi, słuchając tego, co miałam do powiedzenia, z żywym zainteresowaniem. Nie czułam się wystawiona na ostrzał orzechowych oczu. Wstając od stołu po skończonej kolacji, zabił mnie pytaniem: „U ciebie, czy u mnie?”

* * *

Myśki nikt nie uczył zasad moralnych. Nikt jej nie powiedział, jaką wartość mają ludzkie emocje.

– Masz dwadzieścia dwa lata. Chyba wiedziałaś, że robisz źle, napadając na tamtych ludzi, uczestnicząc w ich pobiciu, kradzieży mienia – zapytałam kiedyś, próbując zgłębić charakter dziewczyny.

– A skąd miałam wiedzieć? U mnie w domu nie mówiło się o takich rzeczach.

– Myśka, ale to są oczywiste kwestie, chyba nie trzeba się tego uczyć, że coś jest złe? Mnie nikt nie musiał tego tłumaczyć.

– No, ale skąd wiedziałaś, że bicie i kradzieże są złe? Sama żeś pewnie miała czasami ochotę obić komuś mordę, ale miałaś… Jak to się mówi? Hamulec wewnętrzny? Wiedziałam, że robię źle, ale wiedzieć a czuć i mieć ten wewnętrzny hamulec, to zupełnie co innego.

Zdziwiła mnie wtedy sensownością swej wypowiedzi. Nie chodzi o to, że uważałam ją za mniej rozgarniętą. O nie, tego Myśce nie można zarzucić. To bystra i inteligentna dziewczyna, trzeba tylko umiejętnie nią pokierować. Jej wypowiedź, o dziwo, mogła tłumaczyć poczynania zagubionej dziewczyny, którą była, zanim trafiła do więzienia.

Przez cały pobyt w zakładzie z przerażeniem obserwowałam, jak za kraty trafiają coraz to młodsze podfruwajki. Ich wiek drastycznie się obniżał, a przewinienia były związane z coraz bardziej okrutnymi czynami.

Dla mnie jako żony prawnika, zjawisko rozbojów spowszedniało. Pobicia, kradzieże, nawet gwałty i morderstwa nie robiły wrażenia. Zaskakiwał wiek sprawców. To było jak plaga.

Młode przestępczynie są bardziej zamknięte w sobie. W odróżnieniu od starej recydywy, „nowe” nie chcą rozmawiać. Z dawkowanych oszczędnie słów układają się słuchaczowi nieprawdopodobne zapisy zbrodni. W przestępstwach odbija się dorosły świat, którym nasiąknęły w dzieciństwie: pełen przemocy, nieuczciwości, wyrachowania.

– Moi znajomi, zwłaszcza Krzysiek, oni wszyscy, no, sterowali mną, moimi uczuciami. Wiesz, jak to jest, kiedy całe życie jesteś niepotrzebna, niekochana? A Krzysiek mówił, że kocha. Chyba kłamał, bo jak mógł kochać i pozwalać, aby jego kumple mnie pieprzyli? Wtedy sądziłam, że tak ma być. Mówił, że trzeba im pomóc. Jak miałam odmówić? Straciłabym twarz.

– Nie rozumiem – pomóc? „Udostępniałaś” im swoje ciało, żeby utrzymać dobrą w ich mniemaniu reputację?

– Nie. Nie mogłam odmówić pomocy, nie mogłam odmówić Krzyśkowi. On nie był moim pierwszym. Jeden z przydupasów matki wkładał mi rękę w gacie. Płakałam, że boli, to dawał mi po pysku. Później byli kolejni. Jak matka zasypiała napruta, tarmosili mnie za cycki i głaskali po piździe. Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy zamiast brudnego łapska, któryś wepchnął we mnie śmierdzącego drożdżami kutasa. To nie było nic złego, przecież widziałam, jak ona rozkłada nogi dla każdego gościa, który miał dychę na wino. Sapałam jak ona, bo tak trzeba. Krzysiek później powiedział, że się kurwiłam. I że on nauczy mnie być dobrą. Zawsze tak mówił, jak wpychał mi chuja w dupę. Jego kumple też tak lubili. Wszystkie moje koleżanki dawały dupy na lewo i prawo. Tak po prostu u nas jest. Za późno zrozumiałam, że oni wszyscy mnie wykorzystali. I żaden nie kochał. A tak bardzo tego chciałam. Faceci to popieprzeni ludzie, mówię ci.

Bardzo chciałam ją przytulić. Widziałam, jak walczy ze łzami, ale wtedy nie była jeszcze gotowa na przytulanie i płakanie w czyjś rękaw.

– A ty? Ty zabiłaś. Łatwo było?

– Nie tak łatwo, jak to pokazują w filmach.

– A on, twój mąż, krzyczał?

Słysząc pytanie, uśmiechnęłam się nieznacznie.

– Powiedziałam coś zabawnego? Ja, kurwa, nikogo nie zabiłam, to nie wiem.

– Myśka, pomyśl. Jeżeli kogoś dźgasz kilkanaście razy nożem, to ból jest taki, że musi krzyczeć.

– No, tak. Kilkanaście razy to dużo. Żałujesz?

– Hmm, tak. Sądzę, że to, co czuję, można nazwać skruchą.

– Dziwna jesteś. Słyszałam, że znęcał się nad tobą. Ja bym nie żałowała. Ja bym się cieszyła, że wreszcie się skończyło. Teraz, jakbym mogła, to samo zrobiłabym Krzyśkowi.

* * *

Po kilku kolejnych, nieudanych próbach wiedziałam już, że nie jestem stworzona do związku z mężczyzną. Być może, gdyby w trakcie poszukiwań trafił się ktoś naprawdę godzien uwagi, facet próbujący odkryć mnie stopniowo, bez pośpiechu zgłębiający wiedzę na mój temat. Wtedy kto wie, jakby to się skończyło. Jednak nie pojawił się nikt tak cierpliwy. Spotykani mężczyźni nastawieni byli na przyjemności cielesne od razu. Wszyscy przechodzili do puenty dość szybko, jedynie forma i obrana droga do celu wyglądała inaczej. Szukając dla siebie miejsca w tym nowym i nieznanym mi dotąd świecie, odkryłam ciekawe forum kobiece. Nie, przepisów kulinarnych nie należy tam szukać. Stamtąd, po nitce do kłębka, dotarłam do miejsc, które bardzo mnie zafascynowały i wydały się jedyną słuszną opcją.

* * *

Pożądanie zakomunikowane bez ogródek było prezentem, jaki oferowałam mojej dziewczynce po kilku miesiącach. Obydwie czułyśmy się zaskoczone wypowiedzianymi na głos myślami. Już od dawna natrętne myśli kłębiły mi się w głowie. Czułam, jak słowa formułują się w mej świadomości, pchają do ust. Przez długi czas mocno zaciskałam szczękę, żeby nie wydostały się na wolność. Ale w młodej było coś takiego, że człowiek chciał jej wyznać wszystko od razu, nie dbając o suspens.

– Pragnę cię – powiedziałam wprost, otwarcie. Spojrzała na mnie nieufnie. Jednak w ciemnych oczach kryło się również zrozumienie. Przygryzła dolną wargę, by po chwili ssać ją i przesuwać po niej językiem.

– Pragnę cię jako kobiety, partnerki. Myśka, czuję do ciebie seksualny pociąg. – Wolałam uściślić, uniknąć wszelkich niedopowiedzeń.

Nie odpowiedziała. Brązowe oczy zrobiły się wręcz czarne, kiedy źrenice powiększyły się i prawie zakryły tęczówki. Nie zaśmiała się, jak to miała w zwyczaju, chcąc ukryć zdenerwowanie. Wstała gwałtownie z taboretu i rzuciła mi się na szyję.

Cmoknęłam przelotnie czoło przystawione do mojego policzka. Odsunęła się szybko, chyba po to, żebym nie poczuła jej palców trzepoczących niczym ćmy na moich plecach. Wiedziałam, że nasze spojrzenia prześlizgują się po sobie, jak nigdy wcześniej. Była zdyszana, prawie bez tchu. Jakby nie oddychała dwoma płucami.

– Kocham cię – wyszeptała w końcu.

– Też cię kocham, maleńka – odparłam. To był jeden z tych momentów, kiedy odpowiadasz odruchowo. Ktoś to mówi i ty to mówisz, i nikt nie wie, co to naprawdę znaczy. Ale krzywdy nie robi.

Te pospieszne wyznanie zacieśniło nasze więzi. Docierałyśmy się, żyjąc w jednej celi, wciąż odkrywając w sobie coś nowego. Nie spieszyło nam się. Miałyśmy siebie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Początkowo opowiadałam Myśce o swych fantazjach. Sama rozmowa była elektryzująca i, mimo, że nie bardzo wiedziałam, o czym mówię, nie szczędziłam sprośnych szczegółów, tego, co mogę i pewnie niebawem uczynię z jej ciałem. Szeptałam obietnice seksualne w chętne ucho. Miałam pewne obawy. A jeśli jej się nie spodoba? A co, jeśli ja nie będę umiała? Przecież jest taka młoda, podatna na wpływy. Znając jej życiorys, nie chciałam, by poczuła się manipulowana. Pełna lęku, złagodziłam swe erotyczne zakusy. „Już mnie nie chcesz?” – zapytała smutno po kilku dniach.

* * *

Oliwia. Lat, jak sądzę, trzydzieści kilka. Zdeklarowana lesbijka od dwóch. Nikt ze znajomych, a tym bardziej rodziny, nie wie. Ukrywa swą tajemnicę przed, wydawałoby się, wszystko wybaczającymi katolikami. Sama w boga wierzy i zadaje sobie pytanie, czemu miałby jej nie kochać, gardzić nią. Śmieje się, że przynajmniej nie łamie kościelnych zakazów i może uprawiać seks bez zabezpieczeń, nie przejmując się mało precyzyjnymi wyliczeniami kalendarzyka. Tyle zdążyła o sobie opowiedzieć w trakcie pierwszej kolacji. Druga była już tylko pretekstem. Tym razem to ja byłam nastawiona na cielesność. Jednak, jak udało mi się zaobserwować, żadnej z przyszłych kandydatek to nie przeszkadzało. Obcowanie z Oliwią było chaotyczne, pośpieszne. Próbowałam za wszelką cenę wykazać się, zadowolić kochankę, nie słuchając, nie zważając na wskazówki. Po wszystkim zaproponowałam kolejne spotkanie. Kiwnęła głową z nieszczerym uśmiechem. Więcej się nie widziałyśmy. Zrozumiałam, że muszę się jeszcze dużo nauczyć.

* * *

Już na dwa dni przed wyznaczonym terminem nie mogłam spokojnie usiedzieć na miejscu. Nerwowo sprzątałam mieszkanie żeby zająć czymś ręce, a przede wszystkim skupić myśli na tu i teraz. Szykując się do spotkania, bardzo skrupulatnie układałam plan rozmowy w głowie.

Nie spałam całą noc. O piątej nad ranem byłam już gotowa do wyjazdu. Założyłam „więzienne” ciuchy: jeansy, tenisówki, koszulkę. Od momentu wyjścia na wolność nie miałam chyba na sobie spodni. Zakład karny nauczył mnie życia. Przestałam spełniać oczekiwania innych. Nie kierowałam się ich dobrem. Nie pełniłam ról dobrej żony, córki, a w końcu i matki. Robiłam to, co uważałam za słuszne i dobre dla siebie samej. Najważniejsza osoba zrozumiała. Olka, mimo surowych zasad panujących w domu moich rodziców, zachowała otwartość i świeże spojrzenie. Szkoła, znajomi, internet – pozwoliły na oswajanie się ze światem. Chcąc być uczciwą wobec niej, a także wobec siebie samej, przy pierwszym spotkaniu, od razu po wyjściu, zakomunikowałam zmianę orientacji. Wiadomość przyjęła na chłodno, bez emocji. Nie ma się co dziwić. Miała dziesięć lat, kiedy zabiłam Marka. Była małą, rezolutną dziewczynką. Teraz to już przecież kobieta. Ciężko jest nadrobić relacje, zmarnowany czas. Nie uczestniczyłam w najważniejszych dla niej momentach. Nie wiedziałam, kto był jej pierwszą miłością, kiedy dostała pierwszy okres, ani czy spała już z chłopakiem. Taka niewiedza bolała, ale początkowo nic nie byłam w stanie na to poradzić. Jednak starałam się. Dość rzec, iż utrzymujemy kontakt. Kiedy tylko mogę, wyrywam się ze swojego na nowo uwitego gniazda i jadę na spotkanie z córą. Rozmawiamy o jej studiach, o życiu ogólnie; polityka, media. Na razie skąpi mi informacji o sobie, ale wierzę, że i na to przyjdzie pora. Ona musi dostać czas, oswoić się z sytuacją, że matka, morderczyni ojca, zawitała ponownie do jej uporządkowanego życia.

* * *

Jadąc autem pomiędzy zielonymi ścianami lasu, nieświadomie wtórowałam piosenkarce, której głos zalewał auto. Uświadomiwszy sobie, że robię chórek wykonawczyni szybko wyłączyłam płytę. Jej kupno wynikało z chęci poznania Oli. Cóż, mogłaby mieć lepszy gust muzyczny. Dalszą drogę pokonałam już w ciszy.

Na miejsce dotarłam dwie godziny wcześniej, niż to było ustalone. A i tak zakładałam, że wszystko się opóźni. Nerwowo bębniłam palcami o kierownicę. Wyszłam z auta, chcąc rozprostować kości. Brak śniadania powoli dawał o sobie znać. Rozdarta między chęcią zaspokojenia głodu, a potrzebą ciągłej obserwacji bramy, nie mogłam się zdecydować. Poniekąd głód wygrał. Kupiłam maślane ciasteczka plus kawę na wynos – istne paskudztwo, ale zapotrzebowanie na kofeinę wzięło górę. Wróciłam na swoje miejsce jak pies; stałam i warowałam oparta o maskę auta. Za każdym razem, kiedy brama uchylała się, stawałam na baczność w gotowości.

Po kolejnym skrzypnięciu bramy w progu ukazała się wątła postać Myśki. Sama nie wiem, czego tak się obawiałam, czym stresowałam. W końcu to moja wytęskniona młoda. Stanęła, rozglądając się niepewnie. Wzrok prześlizgnął się po mnie, by po sekundzie powrócić. Stałyśmy naprzeciw siebie, oddzielone ulicą. Moja dusza była wieżą, w której rozdzwoniły się wszystkie dzwony. Widok dziewczynki odebrał mi głos, jak ręka zaciśnięta na ustach. Czas, cały świat, wszystko stanęło. Mój mózg nie potrafił rejestrować warkotu silników, stukotu butów przechodniów. Byłyśmy tylko my dwie. Mina Myśki przypominała grymas, który miała na twarzy, kiedy pierwszy raz weszła na naszą celę. Jednak już po chwili leniwy, delikatny uśmiech zaczynający się w kącikach oczu, rozjaśnił twarz dziewczynki. Zrobiłam pierwszy krok, chcąc ruszyć jej naprzeciw, móc w końcu wtulić twarz w gęstwinę włosów, dotknąć nosem pulsującego miejsca na szyi, wdychać zapach. W tej samej chwili Myśka ruszyła z miejsca. Zrzuciła torbę z ramienia, upuściła wypchaną po brzegi reklamówkę i skoczyła ku mnie. Nie rozglądając się wbiegła na ulicę – serce stanęło mi na chwilę, kiedy klakson i złorzeczenia kierowcy próbowały przegonić pędzącą młodą sprzed maski auta. W normalnej sytuacji, znając jej wybuchowy charakter, obrzuciłaby delikwenta stekiem wyzwisk, na koniec pokazując swój zgrabny środkowy palec. Ale nie teraz, mknęła do mnie jak w tunelu zagiętej czasoprzestrzeni, wyłączona na bodźce.

Kiedyś, w innym świecie, gdy pewnego dnia spacerowałam z Olą, wpadł na mnie rozpędzony pies. Niby człowiek widzi, że gna ku niemu masa mięśni, i niby jest przygotowany, ale w zetknięciu z bezwładną masą, zgodnie z zasadami fizyki po prostu musi się wyłożyć. Myśka wpadła na mnie z impetem. Jedynie maska auta uratowała mnie przed wyrżnięciem głową o bruk. Chude ramiona otoczyły szyję, a ja czułam, jakbym cała utonęła w objęciach. Pogrążałam się w tym uczuciu, zatapiałam w obecności ukochanej osoby. Mówiąc językiem młodej: „Kurwa! Jak mi tego brakowało”.

– W końcu – wydusiła przez ściśnięte gardło.

– Maleńka, nawet nie wiesz, jak tęskniłam – odpowiedziałam równie wzruszona.

W ucho wlało się ciche „yhm”.

– Chodź, wsiadaj do auta, zabiorę cię do domu. – Próbowałam wyswobodzić się z objęć dłoni, osaczających mnie niczym macki.

– Do jakiego domu? Czyjego? – wymamrotała, niechętnie odsuwając się ode mnie.

– Jak to do czyjego? Naszego, maleńka. Naszego. – Ujęłam ją za łokieć i lekko pchnęłam w stronę drzwiczek. – Pójdę jeszcze po twoje rzeczy.

– Zostaw, nie chcę ich.

Uniosłam brwi w zdumieniu.

– Nie chcesz swoich rzeczy? – upewniałam się.

– Tak. Wszystko śmierdzi więzieniem. Nienawidzę ich, tych rzeczy i więzienia też nienawidzę.

Coś się musiało stać. Nigdy nie było jej łatwo odnaleźć się w zamknięciu i nigdy chyba tak do końca nie pogodziła się z karą.

Codzienna rutyna więziennej celi nużyła Myśkę. Niewiele starsza od mojej Oli, złorzeczyła na nudę i powtarzalność wciąż tych samych czynności. O szóstej pobudka, pół godziny później apel. Śniadanie, obiad, kolacja, o dwudziestej drugiej cisza nocna. I tak dzień za dniem. Dla niej to była katorga. Nienawidziła więzienia, chciała jak najszybciej wyjść, mimo, że nie miała do czego wracać.

W zasadzie, dalej nie byłam pewna, czy wie, dlaczego została skazana.

– W porządku, ale torby i tak zabiorę. Po prostu wyrzucimy je do śmieci.

W odpowiedzi kiwnęła tylko głową i wśliznęła się na siedzenie. Przeszłam przez jezdnię, zabrałam torby i wrzuciłam je do bagażnika. Zajęłam miejsce kierowcy. Byłyśmy gotowe do podróży.

– Słuchaj, a może głodna jesteś? Zjadłaś śniadanie?

– Od wczoraj nic nie jadłam. Bałam się, że z nerwów sraczki dostanę, a jakbym zjadła, to by była większa i by mnie jeszcze nie wypuścili, bo na sraczu bym siedziała.

Swą wypowiedź doprawiła kilkoma przekleństwami. Zostawienie dziewczynki na pół roku nie wyszło jej na dobre. Znowu będziemy musiały popracować nad słownictwem.

– Na razie nie jestem głodna. Po prostu już jedźmy. Zabierz mnie stąd, proszę.

Życzenie małej stało się dla mnie rozkazem. Odpaliłam silnik i ruszyłyśmy. Kątem oka obserwowałam milczącą postać. Jakby chłonęła wolność, przyglądając się z zaciekawieniem mijanym budynkom, ludziom na chodniku. Asfalt syczał pod oponami, niczym szum zakłóceń w starych odbiornikach radiowych. Auto połykało rozwijającą się przed nami drogę. Dopiero kiedy wyjechałyśmy z miasta, a krajobraz zrobił się zbyt nudny, podjęła rozmowę.

– Bez ciebie było nie do wytrzymania, Ewa. Myślałam, że nie dam rady. Wszystko się pochrzaniło. Nienawidzę tego miejsca. Z chwilą, kiedy tam weszłam, coś we mnie umarło. Gdyby nie ty, nie wiem, nie dałabym rady. I kiedy było już tak dobrze, wyszłaś i dałaś mi to swoje… Jak to nazywasz?

– Ultimatum?

– O! właśnie. Ultimatum. Byłam na ciebie zła.

– Byłaś. To znaczy, że już nie jesteś?

– Byłam na ciebie tak wkurwiona, że bardziej nie mogłam – kontynuowała, nie odpowiadając na pytanie. – Byłaś jak Krzysiek.

Zabolało. Już chciałam zaprotestować i szukać wyjaśnień, ale Myśka sama pociągnęła temat.

– No, wiesz, on mówił, że kocha, a zaraz później kazał robić różne rzeczy. Jak kochasz, to zrobisz to, o co proszę – mówił. I ty zrobiłaś to samo. Zabrałaś mi siebie i kazałaś czekać. Mówiłaś, że jak kocham, to dam radę. Jak byłaś ze mną, dziewczyny nie gadały na nasz temat. Ale jak tylko wyszłaś i nie przychodziłaś na wizyty, zaczęły się śmiać, wskazywać palcami. Wiesz, co mówiły? Nie wiesz, bo cię tam, kurwa, nie było. Mówiły: „O, to ta, co liże pizdy, ale chyba nie bardzo umie, bo kochanica nawet do niej nie przychodzi”. I co miałam powiedzieć? Jak się bronić?

Moje wyjście z więzienia było tematem tabu. Już na kilka miesięcy przed tym wydarzeniem próbowałam przygotować Myśkę do tego, że zostanie sama, ale zawsze ucinała temat, mówiąc „nie dzisiaj”. Nie miałam serca, żeby ją zmusić i w zasadzie dopiero na dzień przed terminem wyjścia wyjawiłam swój zamysł. Nie było czasu na dokładne wyjaśnienia. Zresztą nie sądziłam, żeby młoda coś z moich tłumaczeń zrozumiała. Brak moich odwiedzin, listów – całkowite zerwanie kontaktu, miały dać możliwość, zarówno mnie jak i jej, na zastanowienie się nad naszą relacją. Podejście do tego, co między nami zaszło na chłodno. Obydwie potrzebowałyśmy czasu, aby wszystko sobie poukładać.

Skupiona na drodze, co rusz zerkałam na pasażerkę. Pół roku odcisnęło na niej piętno. Wcześniej, uradowana widokiem małej, nie zwróciłam uwagi na niekorzystne zmiany. Jeszcze bardziej wychudła. Cień człowieka – można by rzec. Ciemne sińce pod oczami, które cechował łagodny, zmatowiały połysk szkła morskiego[ii]. Teraz ocienione kępkami rzęs.

– Pierwsze miesiące, jak mnie zamknęli, były do dupy. Myślałam, że gorzej nie może być. Ale to, co urządziły mi baby po twoim wyjściu. Ewa…

– Myśka, mówiłam ci, że tak będzie. Tłumaczyłam…

– Co mi, kurwa, po twoim tłumaczeniu – odezwała się w swój typowy sposób – w niczym mi to nie pomogło.

– Słuchaj, nie możemy do tego wrócić za jakiś czas, jak emocje opadną? Chciałam, żeby dzisiejszy dzień był dla nas czymś wyjątkowym. Tak bardzo się cieszyłam, że wychodzisz, że w końcu będziemy mogły się zobaczyć, nacieszyć sobą w spokoju – odparłam rozżalona.

– Jak mam się cieszyć? A jak już się nacieszysz, skąd mogę wiedzieć, że znowu mnie nie zostawisz?

– Obiecałam ci, nigdy cię już nie zostawię. – Nie po tylu miesiącach nieudanych poszukiwań – pomyślałam i zaraz dodałam: – Ta rozłąka była nam potrzebna.

– Do czego, bo ja nie rozumiem, nie jestem tak mądra jak ty.

– Jestem starsza od ciebie o dwadzieścia lat. Jak zaczęłam – szukałam odpowiedniego słowa – czuć coś do ciebie, bałam się. Nie patrz tak na mnie, też się boję, mam obawy. W środku jestem jak ty. Uczucie do ciebie rodziło się powoli. Na początku nie rozumiałam go, uważałam, że traktuję cię jak córkę, później przyjaciółkę. Ale jak poczułam, że pociągasz mnie fizycznie, że nie mogę zasnąć, bo twój zapach przyjemnie łaskocze nozdrza, wiedziałam, że to coś więcej. Dobrze pamiętasz, że długo chodziłyśmy wokół siebie, nim odważyłam się powiedzieć, co czuję, na głos. Byłam przeszczęśliwa, że czujesz to co ja. Z drugiej strony moje wątpliwości wcale nie zostały rozwiązane. – Umilkłam na chwilę. Chciałam się odpowiednio przygotować do tej rozmowy. W zasadzie robiłam to już od pół roku, ale wobec zarzutów Myśki musiałam szybko zmienić argumentację.

– No, i?

– Mysia, chcę, żebyś zrozumiała. Nie przerywaj mi, proszę. Muszę zebrać myśli.

– Yhm.

Zdjęłam rękę z kierownicy i ułożyłam na kościstym kolanie dziewczynki. Droga przed nami wiła się niknąc w gęstwinie drzew. Próbowałam nie okazywać zdenerwowania. Wszystko zależało od tej rozmowy. Cała moja, nasza przyszłość.

– Dużo złego doświadczyłaś. Dlatego, że kochałaś, doznałaś upokorzeń. Byłaś manipulowana i traktowana jak rzecz. Nie chcę, żebyś teraz pomyślała, że ja robię to samo. A co ważniejsze, sama nie chciałabym żyć z takim uczuciem, że robię coś, co sprawia mi przyjemność, a tobie już nie do końca. Więzienie było dla ciebie kolejną traumą. Może nie zdajesz sobie sprawy, ale po prostu mnie potrzebowałaś. Ktoś musiał roztoczyć nad tobą opiekę. Teraz już rozumiem, dlaczego znalazłaś się w mojej celi. Te miesiące, kiedy się nie odzywałam, chciałam dać ci czas. Nie narzucać się. Wiedziałam, że powinnaś to wszystko sobie poukładać, być pewną, że mnie chcesz. Nie chciałam swoją obecnością wywierać na ciebie nacisku. Rozumiesz?

– Chciałaś dobrze, to rozumiem, a wyszło tak, że dostałam po dupie.

– Wiem, to moja wina, nie pomyślałam o tym.

Nagły szloch dziewczyny zagłuszył pracę silnika. Pierwszy raz widziałam, aby tak płakała. Zazwyczaj nie obnosiła się ze swoją słabością. Zerkając szybko w lusterka, zjechałam na pobocze, wypięłam się z pasów i, nie zważając na dźwignię skrzyni wbijającą się boleśnie w brzuch, przechyliłam się ku Myśce. Chciałam scałować łzy, odgonić złe wspomnienia.

– Ja pierdolę, jak ja się, kurwa, bałam. Ewka, ja jeść ze strachu nie mogłam.

– Dziewczyn się bałaś? One są wredne i potrafią mówić…

– Dałam sobie jakoś z nimi radę. Ja się ciebie bałam. Że nie przyjedziesz, że zapomniałaś o mnie. Że nie chcesz mnie.

– Oj, maleńka. Jak mogłaś tak pomyśleć? Przecież obiecałam. – Miałam tyle do powiedzenia, ale rosnąca w gardle gula nie pozwalała na wyartykułowanie myśli.

– Wszyscy przez całe życie mi coś obiecywali i gówno z tego było.

– Nigdy bym cię nie zostawiła. – Poniekąd mówiłam prawdę, nawet seksualne uciechy z przygodnymi partnerkami nie uwolniły mnie od myśli o dziewczynce.

– Już to zrobiłaś – odpowiedziała dobitnie.

– Tak, masz rację, ale dla mnie to była równie ciężka sytuacja. Tak trzeba było postąpić – mówiąc, wciąż gładziłam spiętą twarz, pod palcami czułam pracującą żuchwę, która rytmicznie się zaciskała.

Nawet na mnie nie spojrzała, wciąż wpatrzona w wijącą się przed nami drogę. Wytarła wierzchem dłoni pozostałości łez.

– Jestem zajebiście głodna.

Rozluźniłam się. Zajęłam miejsce na swym fotelu, zapięłam pasy. Ruszyłyśmy. Pierwszy – miałam nadzieję, że ostatni – kryzys, został zażegnany.

– Po drodze widziałam zajazd, zatrzymamy się i coś zjemy – zaproponowałam.

– I sama będę mogła wybrać co?

– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się. Sama nie do końca mogłam jeszcze przywyknąć do swobody. Zrywałam się z łóżka skoro świt. Mocna kawa i bezmyślne gapienie się w ścianę – tak wyglądały moje początki na wolności. Po prostu trzeba było nauczyć się żyć od nowa. – Jasne, na co tylko będziesz miała ochotę.

– O, to ja bym frytki z ketchupem zjadła.

– Tylko tyle?

– I pizzę – zaśmiała się perliście.

Jej śmiech zarażał. Czułam, jak bąbelki dobrego humoru pęcznieją wewnątrz mnie i powoli wydostają się na zewnątrz. Wtórując dziewczynce, poczęłam cicho się zaśmiewać. W zasadzie cieszyłyśmy się bez powodu, próbując w ten sposób zwalczyć stres. Mysia nazywała ten stan głupawką.

– To, jak już będziesz miała dosyć fast-foodów, zabiorę cię na kolację do dobrej restauracji.

– No, nie wiem. – Dobry humor ulotnił się w mgnieniu oka.

– Jak to?

– A w co ja się, kurwa, ubiorę? No, wiesz, nie mam kasy, żeby kupić coś nowego.

– Nie martw się, mam pieniądze.

– Skąd?

– Mówiłam ci, przez lata małżeństwa trochę się nazbierało. Zresztą powoli rozglądam się za pracą.

– Ewka – prychnęła – ty to czasami głupsza ode mnie jesteś.

Oderwałam na chwilę wzrok od asfaltu i zerknęłam na Myśkę z ukosa.

– No, przecież ty morderca jesteś. Zabiłaś człowieka, męża swojego. Myślisz, że ktoś cię będzie chciał?

– Znajdę pracę, zobaczysz.

– Daj spokój, ludzie nas już skreślili. Oni się nie zastanawiają, dlaczego zrobiłyśmy coś złego. Dla nich jesteśmy, no, ty zawsze to tak dziwnie nazywasz…

– Margines społeczny? – zgadywałam.

– O, właśnie. Nawet nie będą chcieli z tobą gadać. Zamkną ci drzwi, trzaśniesz w nie ryjem i tyle będzie z twojej roboty.

– Myśka, ty wszystko widzisz czarno-białe. Teraz to ty się zachowujesz jak wszyscy. Skreślasz mnie. A ja mogę nawet ulice sprzątać. Nigdy nie pracowałam. Chcę żyć normalnie jak każdy.

– Kradłam dla Krzyśka, ale to raczej nie praca. Nie umiem nic innego.

– Przyjdzie jeszcze czas na takie rozmowy. Może do szkoły pójdziesz, zobaczymy.

Dalszą drogę pokonałyśmy, snując plany na przyszłość.

– A ty, co robiłaś przez ten cały czas? – zapytała z ustami wypchanymi śmierdzącymi frytkami, smażonymi na starym oleju, kiedy w końcu mogłyśmy usiąść spokojnie w przydrożnym zajeździe.

– Cieszyłam się wolnością. Uczyłam się żyć, żeby wszystko móc później z tobą przeżyć.

Opowiadałam jej o swych początkach, o pierwszych wyjściach na długie spacery, o braku monotonności, o możliwościach wyboru. Jedyne, o czym nie wspomniałam, to spotkania z kilkoma kobietami, z którymi spędzałam namiętne chwile. Dziewczynka by tego nie zrozumiała.

– Moja Ola chce cię poznać. – Zmieniłam temat.

– O, kurwa! Powiedziałaś jej? – oczy Myśki zrobiły się wielkie ze zdziwienia. Frytka, która miała właśnie wylądować w ustach małej, zastygła w bezruchu. Porcja ketchupu wylądowała na szarej bluzie, tworząc krwistą plamę.

– A dlaczego miałabym tego nie zrobić? Nie chcę jej okłamywać. To tak, jakbyśmy my same nie do końca pogodziły się z tym, co zaszło między nami. Wiesz, nasze relacje są dość trudne, i broń boże nie chodzi o ciebie. Nie uczestniczyłam w jej życiu przez dziesięć lat. To szmat czasu dla tak młodej kobiety, którą się stała. Poznajemy się na nowo.

– Rozumiem – odparła lakonicznie – a twoi rodzice?

– Widziałam się z nimi tylko raz. Nigdy nie wybaczą mi, że naraziłam ich na wstydliwy proces, wytykanie palcami wśród rodziny, sąsiadów.

– Acha.

– Myszunia, a ty? Nie chcesz się z nikim skontaktować? Dać znać, że wyszłaś?

– Nikogo nie mam.

Matka Myśki chyba całe swoje dorosłe życie była pijana, w alkoholowym amoku zapominała o swych dzieciach. Rodzeństwo nie utrzymywało kontaktów z siostrą.

– Może jednak spróbujesz napisać do siostry?

– Może, kiedyś – padła niezobowiązująca odpowiedź.

Temat był skończony. Wjeżdżałyśmy do miasta, które witało nas zapełnionymi przez przechodniów ulicami. Myśka z uwagą śledziła mijane w korku ulice, domy, które przewijały się za oknami niczym w kalejdoskopie.

– Jesteśmy na miejscu – zakomunikowałam, parkując pod blokiem.

Wjechałyśmy windą na siódme piętro. Wygrzebałam klucze z torebki. Szczęk zamka, pchnięcie drzwi. Myśka niepewnie postąpiła krok na przód. Szturchnęłam ją lekko, zamykając za nami drzwi.

– Rozglądnij się, idę siku. – Chciałam żeby w spokoju obejrzała sobie mieszkanie.

Dziewczynka jak zaczarowana rozglądała się po dość surowo urządzonym wnętrzu. Jeszcze nie do końca oduczyłam się, że pokój to nie cela.

* * *

Kolejnej partnerki szukałam długo, ale dobrze wybrałam. Raptem kilka lat młodsza ode mnie. Mówiła o sobie, że od zawsze jest lesbijką. Świadomość seksualna i odmienne od rówieśniczek preferencje zmusiły ją do wiecznej walki. Walki o siebie, o własne przekonania, o szczęście, które stanowiło dla niej cel we wszystkim, czego się podejmowała. Nasze spotkanie też miało ją uszczęśliwić, a przy okazji dało radość również i mnie. Nie było to pełne oddanie, zabrakło emocji, zaangażowania, ale jednak mile wspominam tamten wieczór. Pozwolił mi się otworzyć, zrozumieć. Nauczyłam się, że pytania są domeną wyrafinowanej kochanki; że trzeba rozmawiać. Z Iwoną, wyjątkowo, spotkałam się jeszcze dwa razy. Była dobrą nauczycielką. Później poszło już jak z płatka.

* * *

Wracając z toalety, już w progu pokoju zagadnęłam Myśkę. Zero reakcji. Znalazłam ją na brzegu kanapy. Jedno kolano przyciągnęła ku piersi, opierając stopę o kant wysłużonego mebla. W oczach szkliły się łzy. Spokojnie podeszłam do dziewczyny, pamiętając uczucia, które mi towarzyszyły w chwili opuszczenia bram więzienia. Przycupnęłam na podłodze, gładząc przez spodnie napiętą łydkę młodej.

– Co się dzieje, Mysiu?

– No – zdołała wysapać między kolejnymi spazmami płaczu.

Nie naciskałam, dając jej czas na uspokojenie się.

– Ja – zająknęła się. – Ja nie znam takiego życia poukładanego, czystego. Ja tu nie pasuję. Do ciebie nie pasuję.

– Głupstwa opowiadasz. – Uniosłam się z klęczek i zajęłam miejsce obok na kanapie. Sprężyny głośno zaprotestowały przeciw dodatkowemu obciążeniu. Zagarnęłam trzęsące się ciało ku sobie. Oparłam brodę na głowie młodej, jednocześnie szepcząc uspokajające słowa.

– Boję się tego wszystkiego. Więzienie jest do dupy, ale tam jest łatwiej. Nie byłam wystawiana na pokaz, na pośmiewisko. – Broda wciąż lekko jej drżała, rzęsy sklejone od łez, które zostawiały skrzące się smugi na twarzy, wyglądały uroczo.

– Chodź, wykąpiesz się – zaproponowałam. – Zmyjesz z siebie smród pudła.

Myśka, niewiele myśląc, uniosła rękę ku górze i powąchała się w okolicy pachy.

– Rano się myłam przecież.

– Mysiu, kąpiel, taka prawdziwa, a nie stanie pięć minut pod prysznicem.

– Wanna? – oczy rozbłysły.

– Wanna, gorąca woda, piana. – Wymieniałam po kolei rzeczy, o których marzyłyśmy w więzieniu.

Momentalnie wyrwała się z mych objęć gotowa do ablucji. Zaprowadziłam ją do łazienki. Nawet nie spojrzała na kabinę. Odkręciłam kurek z ciepłą kranówą. Pomieszczenie wypełnił szum wody. Wycisnęłam do wanny sporą porcję płynu do kąpieli, od razu zapachniało cytrusami. Lustro zaparowało wilgocią, którą czuć było w powietrzu.

– Rozbieraj się – zakomenderowałam.

Entuzjazm dziewczyny jakby osłabł. Powoli, wręcz niechętnie, ciągnęła za jeden rękaw. Wyciągnęłam rękę, aby jej pomóc, cofnęła się gwałtownie.

– Nie będziesz krzyczeć? – zapytała po chwili wahania.

– A dlaczego miałabym to robić?

Już po chwili znałam odpowiedź, lecz zamiast złości czułam falę współczucia. Pod długimi rękawami dziewczynka kryła dwie nowe rany. Jedna wydawała się wyraźnie starsza, zdążyła bowiem zarosnąć ciemnym strupem. Druga albo była nowa, albo źle się goiła. Zamarłam w miejscu, nie oddychając przez chwilę, bo oto w świadomości pojawiła się dokuczliwa myśl, iż to ja jestem powodem okaleczeń.

Myśka sięgnęła do guzików jeansów. Zepchnęła spodnie z bioder. Opadły, łatwo zsuwając się po chudych nogach. Kolejny cios. Uda, dotąd nieskazitelne, idealne, również nosiły znamiona cierpień ich właścicielki.

– Myśka! Coś ty zrobiła? – krzyknęłam odruchowo. Nie doczekałam się odpowiedzi. – Czym się pocięłaś? – Wypowiedzenie pytania wymagało ogromnego wysiłku, każde słowo było wiadrem wody, które trzeba mozolnie wyciągnąć z głębokiej studni.

– Nożem. Plastikowym. Jak długo pocierasz, to skóra w końcu pęka.

Samo brzmienie rewelacji wywołało zimny dreszcz przebiegający po plecach. Poczułam się, jakby ktoś otworzył słoik pełen czarnych ciem, które teraz kotłowały się wewnątrz czaszki.

– W trakcie kąpieli nikt nie zwrócił uwagi?

– Tośka, ale nie byłam miła, to przestała pytać.

Nie zadałam pytania, dlaczego, bojąc się usłyszeć odpowiedź.

– Obiecaj, że nigdy więcej tego nie zrobisz.

– Yhm.

– Spójrz na mnie – niemal krzyknęłam – i obiecaj.

– Dobrze, obiecuję. – Podniosła dotąd spuszczoną głowę. Spojrzała z błyskiem w oczach, które wyrażały w równej mierze strach i przeprosiny.

– Oj, Myśka! – zagarnęłam wątłe ciało. – To ja powinnam przeprosić.

Przyjemnie było czuć pod palcami znajomą kruchość i delikatność, wdychać tak dobrze znany zapach. Z niechęcią odsunęłam się od ukochanej.

– Pamiętaj, obiecałaś – szepnęłam – a teraz, wskakuj do wanny.

Ochoczo pozbyła się biustonosza i majtek. Przełożyła stopę nad brzegiem wanny i zanurzyła palce w wodzie.

– U, gorąca – syknęła, opierając nogę o emaliowane dno.

– Powoli – odparłam jak w letargu.

* * *

Iza. Istna wariatka. Wszędzie jej było pełno. Robiła wyśmienity użytek z palców i języka, którymi nie omieszkała również spenetrować mojego spiętego wówczas tyłka. Zupełna nowość w mojej ubogiej praktyce seksualnej. Kiedy kazała mi uklęknąć, unieść biodra i wypiąć pupę, pomyślałam, że zwariowała. Zupełnie niedoświadczona, byłam pełna obaw – blokada wynikała z niewiedzy. Poczuwszy zwinny, ruchliwy język na spiętych mięśniach, uciekłam do przodu. Nie trzymała mnie na siłę. Gładziła delikatnie napiętą skórę pośladków, przemawiając czule. Subtelnym podejściem złamała we mnie wszystkie opory. Samym koniuszkiem języka drażniła nerwy. Rozluźniłam się zupełnie. Wtedy zaatakowała. Wbiła się we mnie z namiętnością, oddaniem. Zatraciłam się w odczuwaniu nowych, oszałamiających doznań. Kiedy skończyła, musiałam się koniecznie odwdzięczyć. Pierwszy raz miałam okazję posmakować kobiecego, ba, ludzkiego, zakazanego miejsca. Było cudownie. Rozładowałam fizyczne napięcie, jednak wewnątrz czułam pustkę.

***

Przed oczyma miałam niczym nieskrępowane, młode ciało. Dumnie sterczące sutki przykuły w tej chwili całą uwagę. Świadomość, że mogę podziwiać wdzięki dziewczynki w otwarty sposób, bez skrępowania, w jasnym świetle kinkietów, niezakryte burym kocem, podsycała tylko moją żądzę i pragnienie jak najszybszego posmakowania ciała Myśki. Mogłam teraz bez lęku, że ktoś nas przyłapie, poczuć w dłoni twarde niczym koraliki sutki. Mój wzrok prześlizgnął się po linii żeber, talii; omiotłam pospiesznym spojrzeniem wystające kości biodrowe, by w końcu nacieszyć się widokiem ciemnej, gęstej kępki włosów okrywających łono. Przyglądając się, prawie czułam lekko kwaśnawy smak kochanki na języku.

– E, Ewka, no co się tak gapisz? – zawstydzona Myśka przerwała moje myśli.

– Podziwiam, mała, podziwiam.

– No, to już przestań i lepiej plecy mi umyj, żebyś później nie narzekała, że śmierdzę – docięła.

Znów zaczynałyśmy prawie od nowa. Myśka ponownie wróciła do pionierskiego okresu, kiedy wkraczałyśmy w świat intymności. W zakładzie karnym, po dość długiej praktyce stała się wręcz neofitką lesbijskich igraszek i wcale nie wymagała prowadzenia za rączkę podczas wspólnych zabaw.

Dziewczyna, chcąc uciec przed pożądliwym wzrokiem, zdążyła się już zanurzyć w gorącej wodzie. Gęsta piana otulała blade ciało. Usiadła, podciągając kolana ku brodzie i objęła je niczym dobrego kochanka, jak to zawsze miała w zwyczaju.

– Mysiu, musimy to szybko załatwić. Te, hmm, rany – nie chcę żeby namokły, zanurzaj głowę.

Spojrzała na mnie z ukosa. Włosy tuż przy skroniach zaczęły się lekko skręcać od wilgoci. Policzki nabrały żywego, uroczego kolorytu, a oczy skrzyły się radością.

– Piękna. – Nie sądziłam, że wypowiedziałam to na głos, ale dziewczyna szybko zareagowała:

– Ta, ja, piękna – pokpiwała – ty to zawsze coś, Ewka.

Nie dokończyła, gdyż w tej samej sekundzie zsunęła pupę niżej, wygięła ciało w łuk, zdążyła jeszcze tylko nabrać powietrza i jej głowa zniknęła pod warstwą piany. Na powierzchni zostały kolana i piersi. Nie mogłam się powstrzymać.

Nakryłam jedną z nich dłonią. Fala podniecenia przelała się przez moje ciało. Jednak nie było mi dane długo delektować się pieszczotą. Myśka z impetem poderwała się do góry, powodując raptownym ruchem falę i w rezultacie solidną kałużę wokół wanny. Ja również nie uniknęłam ochlapania.

– Głowę miałaś mi umyć, a nie cycki – fuknęła.

Pospiesznie zrzuciłam zawilgocone spodnie i koszulkę, po czym sięgnęłam po szampon, obiecując w myślach, że później nie dam się tak łatwo zbyć i dorwę się do Myśki na całego. Starannie rozprowadziłam gęste krople na skórze głowy i rozpoczęłam delikatny masaż. Opuszkami wodziłam po skalpie, nie zapominając o żadnym skrawku skóry. Kiedy dotarłam prawie do karku, z ust Myśki wydobył się cichy jęk. Uwielbiała, gdy głaskałam ten wrażliwy region ciała. Może i często wzbraniała się przed okazaniem zadowolenia, ale dzisiaj własne ciało ją zdradziło: oddech przyspieszył, palce rozczapierzyły się i zacisnęły na brzegu wanny.

– Wstań – zakomenderowałam.

Uniosła się niezgrabnie i stanęła chwiejnie, znów wylewając na mnie strugę gorącej kranówy. Krople wody spływały po jej ciele. Obmywałam zaróżowione ramiona. Na własnym czułam dłoń dziewczyny, która, nie chcąc stracić równowagi, szukała oparcia. Ujęłam ją lekko za łokieć i obróciłam. Nie fatygowałam się z użyciem gąbki. Chciałam jak najszybciej przypomnieć sobie każdy zakamarek ciała. Masowałam plecy okrężnymi ruchami. Przy każdym kolejnym przemieszczałam dłonie ciut niżej, ku pośladkom, którym poświęciłam dłuższą chwilę. I znów lekko pociągając, obróciłam młodą ku sobie.

– Stań w rozkroku.

Posłusznie wykonała polecenie. Namydloną ręką przesunęłam po zlepionym owłosieniu. Oderwałam na chwilę wzrok od wzgórka i spojrzałam Myśce w twarz. Palce powoli odnalazły kobiecość. Wciągnęła gwałtownie powietrze i jeszcze szerzej rozsunęła stopy. Palce boleśnie wbiły się w mój obojczyk. Przejechałam po sromie. Poczułam charakterystyczną lepkość, której nie da się z niczym pomylić.

– Dobra, spłukujemy. – Wiedząc, że nie dam rady dłużej oprzeć się dziewczynie, chciałam jak najszybciej skończyć kąpiel.

– Już? – zdziwienie w głosie mieszało się z rozczarowaniem.

Spłukałyśmy nadmiar mydlin. Wciąż wsparta o mnie wyszła z wanny, marszcząc lekko czoło, niezadowolona. Wyglądała rześko i figlarnie. Nie marnowałam czasu na wycieranie. Podałam jedynie szlafrok, który szybko przywdziała. Złapała poły i zakryła swe wdzięki, mocno przyciskając do piersi.

– Mysiu, wstydzisz się mnie?

– Nie – padło po chwili namysłu – ale teraz jest inaczej.

– Chodź… – objęłam ją w talii, pomijając uwagę o inności – …do łóżka.

– Zwariowałaś – raczej stwierdziła, niż zapytała – jest środek dnia.

– I co z tego?

* * *

Zakręciłam kieliszkiem. Brunatny płyn w naczyniu utworzył mały lejek. Zasłuchałam się w muzyce cicho sączącej się z głośników. Spojrzałam na kobietę obok. Spała mocno, posapując czasami. Chciałam, żeby już wyszła, nie proponowałam jej noclegu.

Pół roku na wolności dało mi możliwość posmakowania różnych kobiet. To i owo stało się już jasne. Aby doprowadzić partnerkę do szaleństwa w łóżku, wymagana jest absolutna pewność siebie, której ja nigdy nie miałam, ale uczyłam się. Trzeba mieć swój „styl”. Seks z facetem jest chyba ciut łatwiejszy, podbudowany teorią zdobywaną z podsłuchanych rozmów, ukradkiem przeczytanych fragmentów czasopism, czy książek. Mężczyźni nastawieni są na własną przyjemność. Taki przynajmniej był Marek. Byłam z siebie dumna. Kiedyś bierna w trakcie stosunków z nim, rozkładając szeroko nogi i czekając tylko, aż zrobi swoje, teraz potrafiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Stałam się aktywną seksualnie kobietą. Seks stawał się coraz lepszy. Za każdym kolejnym razem poznawałam siebie, akceptowałam i odkrywałam własną seksualność

Przez lata małżeństwa byłam krytycznie nastawiona do siebie. Może z powodu izolacji, którą narzucał mąż? Nie wiem. W więzieniu wspólne kąpiele ze współosadzonymi pokazały mi różnorodność budowy kobiecego ciała. Nie byłam zapatrzoną w siebie idealistką, ale dostrzegałam różnice i otwarcie mogłam przyznać, że moje ciało jest atrakcyjne.

Odgoniłam nieciekawe myśli. Odstawiłam kieliszek na nocny stolik i wstałam, czując dotkliwie każdy mięsień ciała. Stanęłam w łazience przed lustrem, bacznie przyglądając się odbiciu, w którym odbijała się kobieta w sile wieku. Ze zmarszczkami wokół niebieskich oczu i pierwszymi pasmami siwizny w krótkiej blond fryzurze. Uwielbiam to, kim jestem. Pewna siebie w sposób, o którym wcześniej nawet nie marzyłam. Zaakceptowawszy siebie, mogłam upajać się każdym kolejnym dniem.

Dotknęłam delikatnie obolałych sutków. Nowe klamerki zostawiły czerwone ślady. Kto by pomyślał, że rozpocznę poszukiwanie przyjemności w perwersyjnych zabawach. Chciałam wszystkiego spróbować, wszystkiego doświadczyć. Sądziłam, że seks zależy od sytuacji. Moje upodobania zmieniały się w zależności od osoby, z którą aktualnie „spałam”. Moim ideałem było spędzanie czasu z kimś, kogo ogromnie kocham. Do tego dążyłam, na to czekałam.

Weszłam do kabiny odkręcając kurek z zimną wodą. Po napastliwym dotyku męża zawsze kąpałam się prawie we wrzątku, trąc skórę intensywnie. Miałam silną potrzebę zmycia z siebie jego zapachu. Szorowałam ciało, jakby każdy kolejny ruch gąbki pomagał uwolnić się od natrętnych obrazów w głowie. Teraz pod prysznicem chodziło o coś zupełnie innego. Musiałam ochłonąć, nabrać dystansu, przypomnieć sobie, po co jestem tu, gdzie jestem i robię to, co robiłam. Ponownie dotknęłam obolałych sutków stwardniałych pod wpływem zimnej wody. Sięgnęłam do krocza. Czułam się pusta. Jeszcze godzinę temu miałam w sobie dłoń kochanki. Odbierałam bodźce dotyku, ruchy palców, każdą cząstką siebie. Mogę powiedzieć, że takie zbliżenie jest o wiele intymniejsze aniżeli stosunek z mężczyzną. Wycisnęłam sporą porcję żelu na dłoń i zaczęłam mycie.

* * *

Przeszłyśmy przez korytarz. Prowadziłam ją do sypialni, którą stanowił mały pokój. Na jego wyposażenie składał się materac, nocna szafka i lampa.

Bijące wręcz ciepło od ukochanego, rozgrzanego po kąpieli ciała spowodowało, że krew zaczęła szybciej krążyć. Czułam, jak serce pracuje i pompuje ją coraz szybciej. Napięcie we mnie rosło. Twierdzi się, że kobiety w pewnym wieku nagle robią się spokojniejsze; że całe napięcie erotyczne wyparowuje wraz z estrogenami; że pożądanie się ulotni. Kiedyś mi mówiono, że stanę się taką kobietą. Pulsujące podniecenie w podbrzuszu świadczyło o czymś zupełnie innym.

Klapnęłam na materac, przyciągając Mysię do siebie, mając na wysokości twarzy zakryte łono. Błądziłam dotykiem po łydkach, w zagłębieniu kolan. Badałam opuszkami skórę ud, wciąż uważając, aby nie urazić piekących pewnie teraz miejsc. Dotarłam do pośladów. Ścisnęłam lekko jędrną pupę. Oparłam głowę o wzgórek i wyszeptałam:

– Mysiu, jak ja cholernie tęskniłam.

W odpowiedzi smukłe palce przeczesały mą krótką fryzurę. Zachęcona, rozchyliłam lekko poły szlafroka, by ponownie oprzeć głowę o wzgórek. Tym razem jednak wtuliłam się mocno. Nosem wyznaczałam szlak wędrówki. Kobiecość dziewczynki pachniała kąpielą, niczym niezmąconą świeżością. Z ciekawości uniosłam dłoń i włożyłam ją między ściśnięte uda. Musiałam sprawdzić, chciałam mieć pewność. Nie zawiodłam się. Pomiędzy wilgotnymi po myciu fałdami skóry wciąż czułam podniecenie dziewczynki, nad którym nie umiała zapanować. Po stokroć wolałam jej naturalny zapach niż świeżość i zapach płynu. Instynktownie przyłożyłam palce do nozdrzy, patrząc wprost na oblicze Myśki.

Uśmiechnęły się do mnie oczy, a zaraz za nimi cała twarz. To był leniwy, piekielnie seksowny uśmiech, taki, jakim tylko ona mogła mnie obdarzyć.

– Popieść się dla mnie, Mysiu – wyszeptałam.

W mgnieniu oka, nie ruszając się z miejsca, z łonem przy mojej twarzy zrzuciła szlafrok, który opadł u jej bosych stóp. Piersi po gorącej kąpieli zareagowały na temperaturę panującą w pokoju. Brodawki zmarszczyły się, a ich otoczki napięły. Z mojej perspektywy wyglądały zjawiskowo. Nie mogąc oprzeć się pokusie, sięgnęłam, by w końcu poczuć twarde koraliki pod palcami.

– Ja sama. – Odepchnęła mą dłoń delikatnie, acz stanowczo. Głos był tak słodki jak waniliowa polewa do ciast.

Włożyła dwa palce do ust, śliniąc je obficie. Przyłożyła do lewej piersi i rozsmarowała wilgoć po sutku. Palce drugiej ręki wylądowały na mych wargach. Naśladując dziewczynę zwilżyłam ich koniuszki własną śliną. Mokrymi palcami złapała za ciemne stożki, ściskając je i pociągając. Uchwyt był na tyle mocny, że wraz z sutkami uniosły się piersi. W końcu zwolniła uścisk, a jędrne półkule lekko zafalowały. Wydała przy tym ciche jęknięcie.

– Jesteśmy same, nie krępuj się. – Chciałam, aby pokój zalał spazmatyczny krzyk, na który tak długo czekałam.

Nie zareagowała. Obeszła materac. Powiodłam za nią wzrokiem, podziwiając przelotnie zarys pleców, gdyż już po chwili obracała się do mnie, moszcząc się wygodnie na posłaniu. Odrzuciła kołdrę, ułożyła poduszki, by po chwili opaść i zagłębić się w ich miękkości.

Powoli, bez zbędnego pośpiechu, rozłożyła szeroko uda. Sięgnęła ku odsłoniętemu kroczu, przysłaniając palcami widok warg zlepionych, jakby strzegły tajemnego miejsca. Opuszki przejechały po ukrytej przed mym wzrokiem łechtaczce, zsunęły się niżej, rozwierając mięsiste fałdy, szukając wilgoci. Gmerały chwilę u wejścia do ciasnego kanału i, kiedy ich właścicielka uznała, iż są wystarczająco mokre, przesunęły się z powrotem ku górze. Najdłuższy z palców zajął należyte miejsce i powolnymi, kolistymi ruchami masował miejsce ukrywające gęsty splot nerwów. Stopniowo dozowała pieszczotę. Nie spieszyła się zbytnio.

Uwielbiałam patrzeć na kochankę, kiedy sama się zaspokajała, gdy dzieliła się ze mną intymnością. Żadna kochanka nie jest w stanie ze spojrzenia wyczytać, w jaki sposób dać spełnienie, przyjemność. Obserwowanie tej drugiej w trakcie masturbacji uczy, jak należy partnerkę pieścić. Dzięki tej metodzie, Myśka nauczyła się dawać mi orgazmy. Pamiętam, jak pierwszy raz doprowadziłam się na sam szczyt pod okiem zafascynowanej dziewczynki. Czułam się bezbronna. To uczucie otwartości było dla mnie wyzwalające.

Dłoń poruszała się wciąż w tym samym tempie i jedynie przyspieszony oddech mógł świadczyć o przyjemności, jaką młoda czerpała z dotykania łechtaczki.

Poruszyłam się. Nie mogąc dłużej pozostać bierna, nakryłam rękę dziewczyny swoją.

– Mogę? – słowo, które miało być szeptem dziwnie zazgrzytało, było pełne napięcia.

Skinęła głową. Musiałam się upewnić, że jest wystarczająco podniecona, zanim zacznę dotykać łechtaczki. I, tak jak wcześniej Myśka, przyłożyłam palce do ciepłej kobiecości. Badając wejście do pochwy, znalazłam wygodną pozycję, ułożywszy się między nogami dziewczyny. Przymknęłam oczy, polegając na zmyśle dotyku. Podniecałam się, dotykając drugą kobietę równie mocno, jak będąc dotykaną. Przez moje dłonie przenikała przyjemność kochanki. Wodziłam palcem po całym kroczu, czując pod opuszkiem zróżnicowaną w dotyku skórę. Otworzyłam oczy i przyglądałam się, jak czubek palca znajduje chwilowe schronienie w ciele ukochanej. Po wyjęciu lśnił sokami. Była gotowa.

Ująwszy skórę tuż przy samej clitoris i ścisnąwszy łagodnie kciukiem i palcem wskazującym, poczułam jej trzon. Nie dotykając bezpośrednio najczulszego miejsca, przesuwałam w górę i w dół. Biodra dziewczynki poczęły poruszać się w rytm mych ruchów. Wypchnęła je lekko do przodu, czekając na więcej. Nachyliłam lekko głowę, pełniej czując zapach młodej. Lubiłam to robić, zaciągać się kobiecą wonią jak dymem z papierosem. Skupiona na jednym, dopiero teraz podniosłam głowę. Piersi wraz z ramionami okryte zostały kołdrą.

– Mysiu, jesteśmy same, nikt nam nie będzie przeszkadzał, pozwól mi patrzeć.

Posłuchała i skwapliwie zsunęła nakrycie. Oddychała, ciężko łapiąc powietrze przez uchylone usta. Wiedziałam, że natężenie reakcji seksualnych nie jest liniowe. Wycofałam się, mając zamiar wrócić do przerwanych pieszczot za chwilę. Klęknęłam i chwyciłam stopę, teraz już przyjemnie chłodną i ucałowałam każdy palec z osobna. Zwieńczeniem tych pieszczot było przyłożenie warg do wierzchu stopy, gdzie palce wtapiały się w ciało. Przejechałam w tym miejscu językiem. Łydka, za którą podtrzymywałam nogę w górze zadygotała. Pieszczota była delikatna, jednak byłam pewna, że Myśka poczuła ją bardzo intensywnie.

Kontynuowałam swą wędrówkę, znacząc mokre ślady. Docierając do ud, poczułam, jak rozchylają się jeszcze szerzej w zapraszającym geście. Poświęciłam dłuższą chwilę na ucałowanie pachwin. Patrzyłam na wyczekującą twarz, na której pojawił się, tak dobrze mi znany, seksualny rumieniec. Z premedytacją ominęłam wystawione ochoczo krocze. Patrząc na mnie z niedowierzaniem, zmarszczyła czoło. Już chciała coś powiedzieć, jednak przeszkodziłam jej:

– Ciii, Mysiu. Mamy czas.

W swej wędrówce dotarłam do piersi. Palcami zaznaczałam linię ciała – pieszczota na granicy dotyku i łaskotania. Trąciłam nosem napięty w oczekiwaniu sutek. Odsłonięty biust, miękkość linii przywodziły całe mnóstwo skojarzeń. Chciałam je pieścić każdego ranka, budząc do miłości, rozpalać ogień. Ucałowałam oba stożki z osobna, otoczone aureolami, które ciemniały i obrzmiewały w odpowiedzi na stymulację. Odważyłam się na ucałowanie śliskiego zgrubienia tuż pod piersią. Wspięłam się jeszcze wyżej, by w końcu zasmakować warg kochanki.

Zachłysnęła się mym oddechem. Pocałunki były tęskne, delikatne, a zaraz później dzikie i namiętne. Z najwyższym trudem oderwałam się od zachłannych ust.

– Teraz ja. – Już unosiła się z poduszek.

– Nie, pozwól mi nacieszyć się tobą. Dziś jest twój dzień.

– Ale – zająknęła się – tobie nie będzie dobrze.

Już w więzieniu zdjęłam z barków dziewczynki obowiązek dawania mi orgazmów, co wzbudziło w niej kreatywność Nie mając obciążenia, że coś musi, potrafiła zupełnie zatracić się w odczuwaniu przyjemności. Najwidoczniej trzeba jej było o tym przypomnieć.

– Jesteśmy dla siebie, nie ty dla mnie, ani ja dla ciebie. Chcę czerpać dzisiaj przyjemność, patrząc jak szczytujesz.

Aby utwierdzić Myśkę w prawdziwości wypowiedzianych słów, sięgnęłam ku własnemu kroczu. Szybko zanurzyłam w sobie dwa palce, po czym wilgotne podstawiłam dziewczynce do ust. Wargi, nie czekając ani chwili, zamknęły je w swym jedwabistym więzieniu. Język zlizywał mój smak, mój zapach, jakby zazdrosny, że przebywały wewnątrz ciała, a on nie.

Poddała się, łatwo poszło – pomyślałam. Znów wsparta o poduszki przyglądała mi się z zaciekawieniem. Ucałowałam jeszcze raz wydęte usta i wróciłam znajomą drogą do pulsującego ciepła. Oddechem pieściłam całe krocze. Napięcie Myśki było wręcz namacalne. Przedłużałam grę, jednak w końcu sama uległam czarowi chwili.

Język i usta oferują całą gamę niesamowitych doznań, którym same palce nigdy nie dorównają. Nic nie może zastąpić dotyku dwóch wilgotnych powierzchni. Jednym zdecydowanym liźnięciem przesunęłam językiem po całej długości krocza: od zaciśniętego odbytu po nabrzmiałą łechtaczkę. Smak, zapach i ciepła wilgoć genitaliów odurzyły mnie zupełnie.

Zataczałam regularne kręgi. Jęki Myśki były ciche, bardziej nosowe niż gardłowe. Nie chciałam kolejny raz jej upominać, przyzwyczajenie z celi było silniejsze. Jeszcze nie raz krzykniesz całą siłą płuc – pomyślałam.

Ramiona młodej rozrzucone na materacu spięły się. Palce wczepiły w zmiętą pościel. Podłożyłam ręce pod pupę dziewczynki, lekko ją unosząc i jeszcze bardziej eksponując obiekt mych manipulacji. Poczułam wilgotną plamę na prześcieradle. Śluz wylewał się obficie z rozgrzanego ciała, oblepiając zarówno uda jak i pośladki. Smakując wyciekające do mych ust kobiece soki, czując coraz bardziej intensywny zapach, wiedziałam już, że Myśka ma dni płodne.

Doprowadzenie dziewczynki na sam szczyt było kwestią chwili, ale lubiłam dyrygować jej orgazmem. Nie musiałam patrzeć głęboko w oczy, doszukując się akceptacji, miłości. Ciało mówiło za siebie. Każdy mięsień napięty w oczekiwaniu. Zapach świeżego potu i cichutkie pojękiwania mówiły mi, że Myśka jest blisko spełnienia. Że z każdym kolejnym ruchem języka wspina się na wyżyny ekstazy.

Zanurzyłam palec pomiędzy wargami. Poczułam jedwabistą skórę, która otulała i dawała ciepło. Czekałam na niesamowite uczucie, kiedy młoda osiągnie szczyt pod wpływem stymulacji mych ust, kiedy ściśnie mnie wątłymi udami i kiedy w końcu jej pochwa rozedrga się w konwulsyjnych skurczach na mej dłoni.

Zintensyfikowałam ruchy. Dziewczynka rozpuściła się gwałtownie w mych ustach. Ręce oderwane od pościeli znalazły moją głowę, w dzikim spazmie przyciskając z całą mocą twarz do wzgórka. Cała kruchość i delikatność młodej ulotniła się na te kilka chwil. Ciało wygięło się w łuk, eksponując nabrzmiałe od podniecenia piersi. Wstrzymany na chwilę oddech. Zastygnięcie czasu i myśli. Wszechogarniająca przyjemność, która brała w posiadanie i umysł i ciało.

Z cichym jękiem, puszczając moją głowę, Myśka opadła na poduszki. Jeszcze chwilę wierciłam się między udami, zlizując nadmiar wilgoci, by już po chwili znów tulić kochankę do piersi. Dyszała ciężko. Niezgrabnym ruchem przetarła spoconą twarz. Oparła głowę na ramieniu, przyglądając mi się w ciszy. Uniosła się i lekko ucałowała me usta, pachnące i smakujące nią samą. Muśnięcie, tyle co nic. A jednak w tak drobnej pieszczocie oddała mi swą miłość.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też kocham, Mysiu. – I tym razem byłam o tym przekonana.

To nie były już puste słowa mające dać mi jej uległość i zaufanie. Wypowiadałam je świadomie. Niektórzy mówią, że miłość zrodzona w izolacji, namiętność kobiety do kobiety, jest tylko na chwilę. Że sytuacja wymagała wyboru tej samej płci. Że chodzi tylko o pociąg fizyczny, a głębokiego uczucia próżno tu szukać.

Chcąc być pewną, przeszłam przez piekło pierwszych heteroseksualnych randek. Mężczyzny nigdy więcej nie pokocham. Następnie musiałam się upewnić, że Myśka stanowi centrum mojego wszechświata. I znów seria spotkań, tym razem z kobietami, mające na celu odkrycie własnych seksualnych głębin. Z żadną spośród przygodnych partnerek nie potrafiłam się zaangażować. Byłam przy nich tylko ciałem. Orgazmy stawały się tylko przystawką, pozostawiały uczucie głodu i niepokoju. Czułam niezadowolenie, żywiłam przekonanie, że omija mnie cała gama atrakcji. Seks jest przyjemny tylko wtedy, kiedy naprawdę jestem obecna. Mój umysł musi być zamknięty z Myśką w ciasnej celi. Ona i tylko ona.

– Wiesz – zaczęła niepewnie i przycichła.

– Słucham, Mysiu?

– Chcę tam, na dole, wyglądać jak ty. Możesz mnie ogolić?

Roześmiałam się głośno, szczerze. Napięcie, które towarzyszyło mi od pół roku nagle wyparowało.

– Wszystko, czego zapragniesz. – Wręcz zerwałam się z posłania. W drodze do łazienki wiedziałam, że przed nami długa noc. Pierwsza z wielu.


[i] Lipo – w więziennym nazewnictwie określenie okna.

[ii] Szkło morskie – szkło oszlifowane przez morskie fale.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre, naprawdę dobre. Myślę, że taki tekst mógłby spokojnie ukazać się w druku. Jest trochę literówek i powtórzeń (np. pośladów, powtórzenie słowa miejsce w kolejnych po sobie zdaniach) i sformułowań dla mnie sztucznych (np. region ciała), ale nie wpływa to w żaden sposób na moją opinię o opowiadaniu. Tak przy okazji, to chyba było to opowiadanie już kilka lat temu opublikowane, prawda?
Pozdrawiam i czekam na inne, równie ambitne utwory.

Ciekawe, nieszablonowe podejście do relacji między kobietami. I jeszcze ten specyficzny świat o własnych rygorach i zasadach. Takie to różne od tego co człowiek zna z autopsji, dlatego to się czyta jednym tchem! Jeżeli mi czegoś tutaj zabrakło to właśnie szerszego opisu Jak to się TAM robi. Również zdjąłby z półki w dowolnej księgarni.
Odnośnie pytania, które padło w komentarzu – tak Kenaarf już dla nas pisała. Aktualnie dokonujemy ponownej publikacji starszych opowiadać, a to tylko jedna z niespodzianek, którą dla Was szykujemy. Bądźcie czujni!
Zaglądajcie na NE.
Fox

Tradycyjnie zacytuję mój komentarz z 15 lipca 2014 r.:

„Droga Kenaarf,

znasz mnie i wiesz, że lubię długie i rozbudowane fabularnie opowiadania. Dlatego nie zdziwi Cię, że chętnie ujrzałbym w Twoim tekście zarówno romans między Ewą i Myśką, jak i surowe realia życia za kratami, a także wątki poboczne, o których wspomniałaś w poście powyżej. Ale i tak jestem zauroczony Twym dziełem. Bardzo ciekawie oddane relacje między bohaterkami, ich niepewność – zwłaszcza Ewy – co do własnej orientacji, poszukiwania i w końcu uzyskanie pewności – co do skłonności lesbijskich oraz uczuć żywionych wobec młodszej kochanki. Scena erotyczna była już tylko wisienką na torcie. Ale wisienką konieczną – zarówno z uwagi na wymogi gatunku, jak i konieczność pewnego zamknięcia tej historii mocniejszym – choć i tak delikatnym – akcentem.

Pozdrawiam
M.A.”

Ponury obraz świata, jakże prawdziwy jednak 🙁

Napisz komentarz