Ostatni orgazm (vilexica)  3.67/5 (4)

41 min. czytania

Robby Mueller, „Emily, Salon, Secretary”, CC BY-NC-ND 2.0

Poniższe opowiadanie pierwotnie zostało opublikowane na łamach portalu Dobra Erotyka 26 marca 2008 roku.

– Następna!

– Tak jest, panie Cieszyński. Następna kandydatka to pani Jolanta Warzywko. Absolwentka liceum ogólnokształcącego, ale bez matury. Trzy lata praktyki jako asystentka w poradni prawnej „Obroń się sam”, skąd otrzymaliśmy pozytywne referencje. Potem…

– Wystarczy, wystarczy… – Uniesiona dłoń prezesa i zmęczony głos powstrzymały potok słów zgrabnej blondynki. – Reszty sam się dowiem, poproś ją.

Sekretarka bezszelestnie opuściła pokój. Adam Cieszyński pociągnął solidnego łyka prosto z firmowej butelki. Znajomy dreszcz na karku i ciepło rozlewające się po brzuchu. Nie ma jak stara dobra whisky. Prezes przymknął oczy, odtwarzając w pamięci moment wyjścia sekretarki. Śliczny uśmiech, gdy kazał jej przerwać. Zwinny półobrót, fachowe kręcenie tyłkiem w szybkim marszu do drzwi. „Właściwie dlaczego jeszcze jej nie przeleciałem? Dwa czy trzy miesiące w mojej firmie i jeszcze nie została u mnie po godzinach… Niby to nie reguła, że każda, ale taki tyłek, ech ech…”, pomyślał, powoli smakując kolejny łyk i czując znajome mrowienie w kroczu. Ciche pukanie wyrwało go z zamyślenia. Schował butelkę, poluzował krawat. Rozsiadł się wygodniej w fotelu. Odezwał się władczo:

– Wejść.

W drzwiach pojawiła się nieduża właścicielka smoliście czarnych włosów, interesującego żakietu i olbrzymiego biustu. Prezes otaksował ją uważnie i pokiwał z zadowoleniem.

– Proszę siadać. – Wskazał krzesło naprzeciwko siebie. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie, nerwowo oblizała pełne wargi. Cieszyński przez moment ujrzał w myślach zupełnie inne zastosowanie dla jej ust. Uśmiechnął się do tej myśli, uważnie lustrując chód, ruch bioder i spłoszone spojrzenie.

– Proszę mi podać swoje CV i krótko się przedstawić.

Dziewczyna odetchnęła głębiej, sięgnęła do torebki i wręczyła mu wydruk. Założył okulary i przyjrzał się dokumentowi.

– Proszę zaczynać.

Kandydatka na asystentkę wstała, po raz pierwszy spojrzała na niego prosto i zaczęła pewnym głosem:

– Nazywam się Jolanta Warzywko. Pięć lat temu skończyłam liceum…

– To wiem – przerwał niecierpliwie. – Proszę konkretnie. Dlaczego jest pani atrakcyjną ofertą na to stanowisko?

Na moment zamilkła, wyrwana z wyuczonego wywodu.

– Mam doświadczenie na podobnym stanowisku. Trzy lata pracowałam…

– Dobrze radzi sobie pani w sytuacjach stresowych? – Prezes odchylił się w fotelu, przyglądając się falującym w rytm szybkich oddechów piersiom.

– Ja… Tak, oczywiście…

– A teraz? Co pani teraz czuje?

– Teraz trochę się…

– Uprawiała kiedyś pani seks w pracy?

– Ja… to znaczy nigdy! Jestem sumienną…

– Pani Warzywko. W teście psychologicznym, na drugim etapie rekrutacji, na pytanie „Jakby pani zareagowała na propozycję stosunku płciowego z bezpośrednim przełożonym?” odpowiedziała pani, pozwoli pani, że zacytuję: „Chętnie bym się zgodziła”…

Dziewczyna zdenerwowana całym dialogiem, wielokrotnie wytrącana z równowagi, patrzyła przez chwilę bezmyślnie. Po chwili jednak roześmiała się wesoło.

– Cóż, panie prezesie. Uznałam, że to test charakteru i pozwoliłam sobie na lekkie potraktowanie tego pytania.

– Rozbierz się. – Uśmiechnął się lekko. Sięgnął ponownie po schowaną whisky. Łyknął solidnie.

– Słucham?

– To taki test charakteru, mała.

***

– Ach, och, nie-e-e… prze–estawaj… Aaach!

Mimo westchnień Jolanty, prezes cofnął palce pokryte jej podnieceniem.

– Nie, malutka, teraz ty. Na kolanka.

Jolanta zsunęła krągły tyłek z wielkiego biurka, lądując na miękkim dywanie, twarzą na wprost spodni prezesa. Niecierpliwie rozpięła rozporek. Zacisnęła dłoń na penisie. Mocno i pewnie. Adam westchnął. Powoli zaczęła masować, leniwie liżąc po główce.

– Dalej, dalej, mała…

Delikatnie objęła męskość wargami, lekko ssąc. Prezes pogłaskał ją po głowie, pchnął lekko biodrami, przytrzymując jej kark. Dziewczyna jęknęła, czując, jak w jej ustach członek pęcznieje i rośnie. Prezes coraz szybciej poruszał biodrami, tak że członek to cofał się do samych warg, to wchodził aż po jądra. Brunetka jęknęła, ale szybko dostosowała się do tempa, masując delikatnie jądra. Westchnienia Adama stawały się coraz głośniejsze, pchnięcia bioder coraz silniejsze. W końcu jęknął głośno, czując, że zaraz dojdzie. Dziewczyna cofnęła głowę i zacisnęła mocno palce na członku. Prezes Cieszyński krzyknął cicho, tryskając nasieniem na jej twarz. Głębokie westchnienie nowo mianowanej asystentki zlało się z trzaskiem otwieranych drzwi. Adam w szoku po orgazmie otworzył szeroko oczy.

Drzwi w jego gabinecie otwierała jedna jedyna karta magnetyczna. Jego karta. Spojrzał więc z niedowierzaniem na stojącego w nich przyjaciela. Grzegorza Popiela. Ten miał również zdziwiony wzrok, wędrujący od prezesa do klęczącej dziewczyny.

Pierwszy otrzeźwiał Popiel:

– Jezu, człowieku, musimy pogadać. Masz dziesięć minut! – warknął i zatrzasnął drzwi.

Po niecałym kwadransie Jolanta i Adam wyszli z gabinetu. On już z czystymi spodniami, ona z nowym makijażem. Prezes skinął jej poważnie głową:

– Od jutra zaczyna pani pracę. Wszelkie formalności załatwi moja główna asystentka. Przekaż jej, że reszta kandydatek została odrzucona i nie będzie już rozmów.

– Dobrze, ja…

– Idź już – odprawił ją gestem, patrząc z niechęcią na przyglądającego im się Grzegorza.

Podszedł do niego. Ruszyli do stołówki.

– Ładnie, szefie. Kurewstwo przy rozdawaniu stanowisk. To takie referencje są potrzebne?

– Stul pysk, oddawaj kartę – warknął Cieszyński, odebrając plastikowy kartonik. – Wszystkie trzy były doskonałymi kandydatkami. Mój system trzyfazowego przyjmowania działa bez zarzutu. Przerwałeś mi miłe spotkanie. Mam nadzieję, że masz poważny powód.

– Pax, przyjacielu – roześmiał się Popiel – Przecież cię nie potępiam, ale masz czterdziechę na karku. Martwię się o twoje zdrowie.

– Z tym wszystko w porządku. Ja jestem z przedmieścia. Tam nie siedzieliśmy przed monitorami, śliniąc się do obrazków, tylko graliśmy cały dzień w kosza, a potem na żywo zabawialiśmy się na trawie. Mam taką kondycję, że ani żona, ani żadna chętna nie narzeka!

– Ciszej, to poważna firma – mrugnął zastępca.

– Dobra, Grzesiek. Przecież nie nabijać się wpadłeś. O co chodzi?

– Jutro jedziemy na te prezentacje kadrowe. Ta twoja królowa śniegu jest gotowa?

– Kto?

– Szefowa kadr – wyjaśnił Popiel ze zdziwieniem – Nie znasz? Przecież ma reprezentować naszą firmę, idioto.

– Wiem, wiem. Jestem po prostu rozkojarzony… Widziałem ją… to ta brzydula, panna „taka jestem fajna i mądra”?

– Brzydula? Miałeś wtedy dobre okulary? Ta panna od dwóch lat przysyła ci najlepszych pracowników tej firmy. Przez nią poznałeś mnie! Ona prowadziła pierwszą rozmowę ze mną. Zimna, bystra, ostra i śliczniutka. Chciałem ją zaprosić później do mojego gabinetu na małe spotkanko, ale ona potrafiłaby zmrozić najgorętsze uczucia.

Prezes zatrzymał się, spojrzał uważnie na zastępcę. Pierwszy raz widział Popiela tak zaangażowanego.

– Co ty? Zabujałeś się?

Popiel parsknął śmiechem.

– Nie, ale dała mi kosza, a to boli.

– Jest gotowa, jak zwykle. U mnie zawsze wszyscy są gotowi. Ale zainteresowałeś mnie i daję ci słowo, że nim wrócimy, jej uroczy tyłek będzie należał do mnie – rzucił niedbale.

Popiel odpowiedział drwiącym uśmiechem:

– Żebyś się nie przejechał. To prawdziwa lodówka.

– Wszystkie takie same. Im zimniejsza z pozoru, tym gorętsza potem.

– Dwie stówy, że szczęka po ciosie nie przestanie cię boleć do końca kadrówki?

– Trzy, że będzie błagała o więcej.

– Stoi – roześmiał się Popiel.

***

Aleksandra gestykulowała delikatnie. Spokojnym, profesjonalnym głosem wyjaśniała prezesom i kierownikom aktualne kryteria pracownicze firmy. Po kolei zwracała wzrok na poszczególnych dyrektorów, to uśmiechała się lekko, to uprzejmie skłaniała głowę, gdy któryś z słuchających kiwał głową z uznaniem. Ale nie wszyscy poświęcali jej tyle uwagi, ile by wymagało to, co mówiła. Dwie dyrektorki wbijały w nią uważne spojrzenie, zapisując coś na swoich laptopach, czterech prezesów miało zainteresowane miny. Aleksandra, nie przerywając wywodu, przeniosła wzrok na następnych dwóch mężczyzn. Jeden opierał czoło na dłoni, zapewne po to, żeby nie uderzyć twarzą w stół i nie zasnąć na blacie. Zaczerwienione oczy i zbolałe spojrzenie świadczyło o ostrym kacu, skutku nocnej popijawy. „Drugi dzień szkolenia, a ci od razu musieli się schlać”, pomyślała z niechęcią. „Panowie prezesowie”, profesjonaliści od siedmiu boleści, którzy pewnie doszli na szczyt dzięki znajomościom i protekcji wujka czy ojca. Dyrektor obok ziewał co jakiś czas, nawet nie starając się tego ukrywać. Obu prezesom notatki robili asystencji w kanciastych okularach. Dno.

Przeniosła wzrok bardziej na prawo, smukłą dłonią wskazała na wykres wiświetlony na ścianie, zakreśliła markerem wzrost ceny na rynku. Gdy podniosła rękę, elegancki czarny żakiet uniósł się nieco, ukazując wąską talię opiętą obcisłą czarną spódnicą za kolana oraz szerokim paskiem dopasowanym do stylu spódnicy.

Prezes Cieszyński uśmiechnął się nieznacznie. Aleksandra zwróciła na niego wzrok. „O, nasz prezes naprawdę słucha tego, co mówię. Niemożliwe”, pomyślała z przekąsem. „A ja myślałam, że tylko wpatruje się w mój biust. Ale widocznie źle go oceniłam”. Uśmiechnęła się sympatycznie. Poprawiła żakiet z przodu. To zawsze działało, miły uśmiech, pozornie niedbały ruch ręką w pobliżu biustu. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak prezesowie zawsze zaczynali wtedy nieco żwawiej oddychać.

Po kilkunastu minutach zakończyła spotkanie, uprzejmie dziękując klientom za uczestnictwo w testach i ćwiczeniach. Każdemu z obecnych ścisnęła dłoń. Prezes Cieszyński pokiwał  z uznaniem głową.

– Idealne spotkanie, pani Aleksandro. Mam nadzieję, że nie zabraknie pani na wieczornym bankiecie. – Uśmiechnął się szeroko.

– Na pewno nie. Pójdę tylko nieco się odświeżyć i zmienić strój na bardziej wieczorowy – parsknęła.

Gdy tylko pojawiła się na sali, wszystkie spojrzenia natychmiast przylgnęły do niej. Miała na sobie konwencjonalną, obcisłą małą czarną z dekoltem w karo, który ładnie eksponował jej średniej wielkości piersi i ukazywał perłowy wisiorek w kształcie łezki. Podeszła do stołu miękkim, spokojnym krokiem, kręcąc lekko biodrami. Nie robiła tego celowo. Zawsze, gdy chodziła, ten ruch powstawał najzwyczajniej naturalnie. Włosy upięte w ciasny kok, stonowana szminka i idealnie pasująca bransoletka tworzyły z niej seksowną, jednak całkowicie niedostępną panią kierownik. Usiadła, zakładając nogę na nogę i wzięła od kelnera lampkę czerwonego wina. Od razu koło niej pojawiło się dwóch prezesów. Roześmiała się w myślach, zauważając, że jeden z nich to ten niedawno tak zaspany na spotkaniu.

– Co pan sądzi o naszych sposobach szkolenia, panie Pater? – spytała z niewinnym uśmiechem.

– Ee, hm, tak, są bardzo ciekawe, takie… jakby to ująć… nowatorskie – udał, że się zastanawia. – Tak, niezwykle nowatorskie. – Pokiwał głową z wszechwiedzącą miną.

– Nieprawdaż? – Cieszyński usiadł obok Aleksandry. – Pani Aleksandra przez kilka miesięcy dopracowywała ten projekt, a dzisiaj idealnie go przedstawiła. Ukłon w pani stronę. – Ukłonił się szelmowsko.

Aleksandra odpowiedziała uśmiechem. Cieszyła się, że jej przełożony wiedział, ile czasu poświęciła na przygotowania i docenił jej starania.

– Racja, to było przekonujące, pani Aleksandro – potwierdził zaspany. – Może drinka? – Skinął na kelnera.

– Nie, dziękuję – kobieta odstawiła pustą lampkę i sięgnęła po krewetki koktajlowe, równo ułożone na półmisku.

– A jak tam pani biznes, pani Urbańska? – Prezes Cieszyński zwrócił się do siedzącej nieopodal jednej z uczesniczek szkolenia. Wyglądała na nieco samotną, a na bankiecie wszyscy musieli czuć się dobrze. Jego zadaniem było to sprawić.

– Dosyć dobrze prosperuje – odparła chłodno Urbańska.

– A dzisiejsza prezentacja pani Aleksandry? Co pani o niej sądzi? Może krewetkę? – Podał półmisek.

Kobieta zjadła przystawkę ze smakiem.

– Cóż, dosyć przekonująca, omówię to jeszcze z moją asystentką i poczekam na jutrzejsze spotkanie. Mam nadzieję, że będzie równie inspirujące.

– Może pani mi wierzyć, że pani Aleksandra to profesjonalistka i sobie poradzi.

– Dziękuję, panie prezesie – „profesjonalistka” posłała szefowi uprzejmy uśmiech. – ale może przejdziemy na mniej zobowiązujące tematy? Bardzo gustowna garsonka – zwróciła się do Urbańskiej. – Czy to Wólczanka?

– Tak – kierowniczka ożywiła się nieco. – Z najnowszej kolekcji.

– Słyszałem, że ta firma wygrała ostatnio plebiscyt na najlepszą polską firmę tworzącą garnitury, koszule, garsonki oraz marynarki.

– To prawda – pani prezes spojrzała łaskawszym wzrokiem na rozmówcę. – Widzę, że jako jeden z niewielu mężczyzn wie pan coś o modzie.

Rozmowa toczyła się powoli. Butelkom ubywało wódki i wina, a rozmówcom przybywało wigoru i chęci do ostrzejszych dyskusji. Jedynie Aleksandra starała się ograniczać alkohol. Wypiła zaledwie cztery lampki wina. Prezes Cieszyński, chociaż przesadnie się nie hamował, to jednak pił mniej niż zwykle. Do tego natura obdarzyła go mocną głową, więc powoli obserwował coraz to bardziej pijane towarzystwo. Wstał od stołu i przeszedł kilka metrów, sięgając po wykwintnie udekorowane jajko w majonezie.

– Adam? I jak tam ci idzie z Królową Śniegu? – odezwał się lekko kpiący głos za jego plecami.

– O, widzę że ty też jeszcze się nie uchlałeś, gratuluję – odparł, zjadając w całości jajko.

– Ona też nie, jakbyś nie zauważył. Wypiła może kilka lampek wina. – parsknął Cieszyński.

– No i co z tego? Za pół godziny będzie grzecznie ssać na kolankach.

– Jasne. Ona dalej jest zimną panią dyrektor, szkoda, że okularów jej brakuje… Chyba coś ci nie wychodzi.

– Poczekaj do końca wieczoru. Opowiem ci co robiłem z tymi cyckami i różowym językiem… – uśmiechnął się lubieżnie, czując przyjemne mrowienie w kroczu. – Mmm, no to idę się zabawić…

Poprawił garnitur i pewnym krokiem podszedł do pani Aleksandry.

– Zatańczy pani? – Wyciągnął dłoń.

Leniwa muzyka wypełniała całe pomieszczenie. Adam mrugnął do Grześka, który uśmiechnął się i zaprosił do tańca drugą panią prezes.

– Och, nie, dziękuję, jestem trochę zmęczona, chyba niedługo pójdę się położyć – odparła z przepraszającym uśmiechem.

– Niech się pani nie da prosić, trzeba zrobić pozytywne wrażenie na naszych klientach, niech poczują się swobodniej, to zawsze działa – mrugnął do niej, wskazując głową na nieco już mniej sztywną dyrektor z garsonce Wólczanki.

– Skoro tak to pan postrzega. – Wstała i pozwoliła ująć się za rękę.

Aleksandra tańczyła z gracją. Znała podstawowe kroki i chociaż na profesjonalną tancerkę nie wyglądała to jednak poruszała się z naturalnym, urzekającym wdziękiem. Z uprzejmości zatańczyła także z dwoma prezesami. Była pewna, że oni już są przekonani na sto procent do kryteriów jej firmy.

Po kilkunastu minutach muzyka ucichła, a Aleksandra usiadła z powrotem przy stole i napiła się soku. Tańce zamiast ją zmęczyć ożywiły nieco. Prezes Cieszyński jeszcze raz obrócił w piruecie wólczankową prezes i usiadł obok niej.

– Ech… Duszno tutaj… Czy zechciałaby pani wyjść na balkon i odświeżyć się nieco? Chciałbym dokładniej porozmawiać o pani prezentacji i omówić jutrzejszą. Rano może nie być już czasu, ponieważ spotkanie ma rozpocząć się tuż po śniadaniu.

***

Cieszyński lubił czekać. Nie za długo, nie w nieprzyjemnych warunkach, ale lubił. Miał wtedy krótkie chwile na przemyślenie dalszego ciągu wydarzeń, rozejrzenie się i zaaklimatyzowanie w nowych warunkach. Stał więc całkiem zadowolony na niedużym, dyskretnym, obrośniętym latoroślą balkoniku, wdychając zimne powietrze.

Gorące promile radośnie krążyły mu w żyłach, pobudzając go do działania. Coraz bardziej czuł się łowcą, czekającym cierpliwie na swą zwierzynę. Niemal bezchmurne niebo i piękne gwiazdy oraz miejsce tworzyły dobra klimat dla jego celów. Ciche chrząknięcie wyrwało go z zamyślenia, odwrócił się i zobaczył ją. Uśmiechniętą, lekko dyszącą po tańcu i z zadowoleniem w oczach.

– Witam, panie prezesie, na tej niecodziennej formie omówienia spraw żywotnych dla firmy – uśmiechnęła się kpiąco.

– Tam było za tłumnie i za głośno jak dla mnie, a poza tym mam dla pani kilka ważkich informacji – rzucił sucho.

Odetchnęła głębiej, spoważniała, ścięła twarz w skupieniu.

– Słucham.

Oparł się spokojnie o balustradę, spojrzał w zamyśleniu na horyzont, aby nabrać dystansu. Nie pomogło. Dyskretny zapach perfum, wspomnienie widoku jej piersi, falujących w szybkim oddechu, radosne promile tańczące w żyłach prowokowały do zdecydowanych działań. Do wzięcia jej tu i teraz, przyciągnięcia jej zdecydowanym ruchem, silnego ściśnięcia piersi i gwałtownego pocałunku, tłumiącego krzyk. Wdech, wydech. Pomogło. Wrócił do planowanej koncepcji.

– Po pierwsze gratuluję szczerze udanej prezentacji oraz wielomiesięcznej pracy nad moimi projektami kadrowymi. Pani pomysły wprawdzie nie zmieniły mojej idei, ale pozbawiły jej wielu formalności. Myślę, że nasi goście są już zdecydowani, jutro należy więc upewnić ich w ich postanowieniu.

Była opanowana, ale coś rozbłysło jej w oczach. Uśmiechnął się, obserwując ją kątem oka.

– Po drugie, obserwuję pani pracę od jakiegoś czasu, jest pani osobą rzetelną, poważnie traktującą swoje obowiązki, ale jednocześnie nie pozbawioną pewnej dozy humoru, tak ważnej na kierowniczych stanowiskach.

Tym razem nie wytrzymała, skinęła lekko głową, prostując sylwetkę. Trafiłem – pomyślał Cieszyński. – Mam cię, ambitna dziweczko.

– Ten wyjazd miał być pewnego rodzaju testem, który zdaje pani wyśmienicie i jestem pewien, że jutro nie będzie ani trochę gorzej, prawda? – Spojrzał na nią. Skinęła bez słowa głową. Jej opanowanie zaczynało go irytować. Wyprostował się, podszedł do niej blisko.

– Uważam, że w ciągu tygodnia otrzyma pani promocję na stanowisku szefa kadr… – Zawiesił głos na chwilę. Pogłaskał ją delikatnie po policzku, obserwując zachwyconą minę. Położył ciężką dłoń na karku Aleksandry. Kobieta uśmiechnęła się niepewnie, zrobiła krok w tył.

– Cóż, dziękuję bardzo za docenienie moich wysiłków, postaram się pana nie zawieść…

Adam miał dość tego całego pieprzenia. „Postaram się pana nie zawieść”. Też coś – pomyślał gniewnie. Objął ją w pasie, ręką chwytając za pośladek, drugą wpakował pod bluzkę, zaciskając mocno na piersi.

– O taak, nie zawiedziesz, Oluś – wyszeptał, zionąc wódką prosto w jej twarz.

Przez chwilę nie reagowała, zupełnie zaskoczona sytuacją. Pozwoliła nawet dłoni prezesa wpełznąć pod rajstopy. Słyszała jego chrapliwy oddech, i syczane „O tak, malutka, będziesz cała moja”. A potem… odepchnęła go z całej siły. Zaskoczony cofnął się o krok i wtedy dostał. Z pełnego rozmachu, otwartą dłonią. Łupnął tyłkiem o zimny marmur, patrząc na nią zdziwiony.

– Panie prezesie – wyrzekła z naciskiem, poprawiając bluzkę – myślę, że możemy zrzucić to na karb wódki i chwili, i już nigdy do tego nie… Aaa!

Cieszyński, nie czekając na ciąg dalszy, szarpnął ją za kolana. Przewróciła się na niego, podpierając dłońmi o marmurowe płytki. Uśmiechnął się obleśnie.

– Nie pierdol, chodź tutaj, do tatusia – rzekł, trzymając ją mocno w pasie i macając jej tyłek.

Aleksandra miała dość. Zwinęła lekko sylwetkę, prostując nogę i nabierając impetu, a potem silnym ruchem wpakowała swoje kolano prosto pod sztywnego penisa prezesa. W jądra. Nawet nie krzyknął. Po prostu zapowietrzył się, pisnął śmiesznie i puścił ją odruchowo. Wstała z godnością, spojrzała na wijącego się z bólu prezesa z pogardą.

– Myślę, że kwestię pana ojcostwa względem mnie, wyjaśniłam panu wyraźnie, a teraz…

– Już… po… tobie, kurwo… – wysyczał z wysiłkiem Cieszyński. – Już po tobie, wypierdalaj z firmy, smaż kotlety w fast foodach. Jesteś zwolniona!

Uśmiechnęła się zimno.

– Związki zawodowe postawią pana światopogląd do pionu i naświetlą panu prawne podejście do molestowania w pracy.

– Nikt ci nie uwierzy, mam ich wszystkich w kieszeni, za kilka tysięcy dostaniesz kopa w dupę i wilczy bilet do wszystkich firm w europie, szmato, jeszcze będziesz błagać na kolanach o zrobienie mi loda! – warknął prezes, trzymając się kurczowo za krocze. Ból wyostrzył mu umysł, płonący żądzą zemsty.

Nie odpowiedziała, rzuciła mu jedynie przeciągłe, pogardliwe spojrzenie, jakby chciała się przekonać czy naprawdę ten robak u jej stóp to jej szanowany szef, a potem odwróciła się na pięcie i wróciła na salę bankietową.

***

Winda była przytulna. Cichutka klimatyzacja, spore lustro i miękki dywan pod kapciami. Aleksandra przyjrzała się własnemu odbiciu z zimnym zadowoleniem. Miała na sobie jedynie szlafrok hotelowy i wełniane kapcie. Już bez makijażu, naturalnie, świeżo po kąpieli wyglądała pociągająco. Woda, mydło i odrobina pudru zamaskowały śladu po płaczu. Przez dwie godziny, siedząc we własnym pokoju rozwaliła lustro w łazience, lampkę nocną i poplamiła dywan winem. Najpierw miotała się w furii, potem się popłakała. Tak dobrze szło, tak dobrze wyglądało i tak się skończyło. A potem łzy wyschły i powróciło opanowanie. Złość przerodziła się w zimną furię, a ta dała siłę. Przemyślała na chłodno całą sytuację i doszła do wniosku, że potrzebuje broni. Dowodu. Miły głos obwieścił, że wylądowała na jedenastym piętrze. Odetchnęła i wyszła pewnym krokiem. Pokój sto dwanaście. Zastukała cicho, jakby niepewnie. Spuściła wzrok, starając się wyglądać nieporadnie. Cieszyński otworzył niemal natychmiast, pomimo późnej pory. Był już w samej koszuli, bez krawata.

– Czego tu… – urwał w pół zdania, patrząc na nią w osłupieniu.

– Panie… prezesie… ja… przemyślałam pana słowa… i… chciałam przeprosić… – urwała, poprawiła szlafrok nerwowym ruchem.

Adam odetchnął z ulgą. Zaprosił ją gestem do środka.

– Proszę wejść, porozmawiamy. Drinka?

– Bardzo proszę – odrzekła cichutko. Rozejrzała się po pokoju. Z zadowoleniem zauważyła, że butelka whisky była już niemal opróżniona. Cieszyński wydawał się dużo bardziej pijany niż wcześniej, chwiał się w drodze do pokoju i lekko bełkotał. Nalał jej i sobie, wskazał gestem kanapę.

– Proszę siadać, słucham.

– Ja chciałam powiedzieć, że – zawahała się na chwilę, ale potem dokończyła już nieco pewniej – że jestem wdzięczna za ten awans i przepraszam za moje zachowanie…

Cieszyński uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Ja przepraszam za słowa. Poniosło mnie. Zapomnijmy o tym – dodał ciszej, popychając ją na kanapę i głaszcząc po nagiej łydce.

Położyła się na wznak, nieporadnie powstrzymując jego chaotyczną rękę.

– Ale ja… czyli mam ten awans?

– Tak, Oluś, masz. Obciągniesz mi raz czy dwa – machnął niedbale dłonią, parskając pijackim śmiechem – i zostaniesz nawet moim zastępcom! O, i co? Nie jestem dobry? Nie mam gestu? Ale ja nie jestem od byle czego, dogodzić potrafię, o, ups, przepszaszam – dodał, tracąc równowagę i zwalając się na nią całym ciężarem – Ooo… jakoś tak miło się zrobiło, nie? Przytulnie i w ogle…

Bełkotał tuż przy jej twarzy, zionąc potem i wódką. Aleksandra uznała, że tego wystarczy. Wyślizgnęła się spod niego zwinnie i zerwała się na nogi, zanim zdołał ją pochwycić. Był naprawdę pijany. Spojrzał na nią, mrużąc napuchnięte oczy.

– Co jeeest, Oluś?

Uśmiechnęła się suczo.

– Pierdol się, Adam – rzekła rozmarzonym głosem – Boże, jak ja chciałam ci to powiedzieć. Pierdol się. Sam ze sobą. Z własną dłonią, ale z tymi wszystkimi tyłkami, które udają, że coś robią w twojej firmie. Bo jak jeszcze raz mnie tkniesz albo wyciągniesz do mnie swe spocone łapska albo będziesz mnie jakkolwiek dyskryminować to ta mała niespodzianka. – Triumfalnie wydobyła z kieszeni dyktafon. – Trafi w ręce związków, policji, a potem do internetu. Z twoimi danymi. I to będzie koniec, kogutku. Twój koniec, grób twojej kariery. Rozumiesz, pętaku?

Spojrzała jeszcze raz w jego szeroko rozwarte oczy, w półotwarte usta, w których zastygła ślina. I zobaczyła człowieka. Słabego, ubranego w pozory męskości. Może alkoholika, który musi za wyuczonymi manieryzmami kryje zwykłego pętaka. Wielkiego kierownika z wielkim kompleksem. I nawet zrobiło jej się go żal. Trochę. Odwróciła się i wyszła. Bez słowa.

***

– Kretyn. Debil. Zwierzę. Chciałeś ją zgwałcić, skurwysynu?!

Prezes Cieszyński zacisnął zęby ze złości. Przez ostatnie pół godziny nasłuchał się więcej wyzwisk niż przez połowę swojego życia. I to od swojego własnego zastępcy. Wiedział, że Grzegorz jest jego przyjacielem i że mówi prawdę, ale w środku aż gotował się ze złości.

– Wiem, że to tak brzmi. Wiem, jak to wygląda i wiem, wiem! Że jestem idiotą! Może zamiast rozwodzić się nad faktami przeszlibyśmy do wniosków?

– Wnioski?! Chcesz wniosków? – odwarknął Popiel – Nie ma sprawy. Od ręki! Przeprosisz ją, fiucie. Przebłagasz, dasz jej ten pierdolony awans, bo zasłużyła chyba z pół roku temu, a resztę zwalisz na wódę! Rozumiesz? Na kolanach i błagaj wszystkich ludków niebieskich, żeby ci darowała! Odda ci taśmę, ty jej już nigdy nie dotkniesz i pas!

Adam pokiwał ponuro głową, ale po chwili zacisnął pięści. O nie, suko – pomyślał – tak łatwo mi się nie wywiniesz!

– Gówno. Myślisz, że odda? A gdybym był takim psem na trzeźwo? Nie wypierdoliłbym jej po oddaniu taśmy! A jak wreszcie zrozumie, jak wielką władzę ma nade mną? Będzie mnie szantażowała! Rozpieprzy firmę! Załatwi mnie! Przesadziłem, fakt! Mogę z nią negocjować, dobra. Przeproszę. Ale nie, jeśli cały czas będzie miała na mnie haka… kurwa, noo… Grzesiek.

Popiel gruchnął pięścią o biurko prezesa. Spojrzał na niego z furią.

– Co, Grzesiek? Co, Grzesiek?! Co chcesz zrobić?

– No… mógłbyś poprosić kolegów…

– Jeszcze chcesz dowalić węgla? Nie za wesoło już płonie ten burdel?!

Prezes pokręcił głową. Odetchnął głębiej. Zaczął miękko, spokojnie, ze spuszczoną głową.

– Słuchaj, stary. Masz rację. Dałem dupy koncertowo i muszę z tym sobie poradzić, ale potrzebuję pomocy. Ufam ci, wiesz, do kogo miałem z tym pójść? Straciłem rozum, pomóż mi wyjść z tego gówna. Twoi chłopcy wejdą tam, zabiorą taśmę, spytają o ewentualne kopie. Tylko nastraszą… nikomu nic się nie stanie, a ja to załatwię… przeproszę ją i ponegocjujemy, ale na równych warunkach. Sam mnie uczyłeś, że przed ważnymi rozmowami należy załatwić sobie jak najlepsze plecy i pozbawić przeciwnika atutów. Ustawię ją jak trzeba i dalej będzie się kręciło.

Grzegorz pokręcił głową, aż wreszcie uniósł wzrok. Spojrzał przez olbrzymie okno, na panoramę miasta. Patrzył długo, a potem zacisnął zęby.

– Dobra, pomogę, dupku. Zadzwonię, gdzie trzeba, ale ty nie rób do tego czasu żadnych głupstw i trzymaj się od sprawy z daleka.

– Nie zapomnę ci tego, stary. Naprawdę. – Cieszyński podszedł do niego i uniósł dłoń, aby poklepać go po ramieniu. Popiel jednak powstrzymał ten gest spojrzeniem i wyszedł bez słowa. Cieszyński zaklął wrednie i wycedził cicho do siebie:

– A wszystko przez jedną, małą, świętą dupę.

***

Aleksandra otworzyła drzwi domku, na przedpokoju postawiła skórzaną torbę podróżną, odwiesiła płaszcz na wieszak, zrzuciła buty. Była zmęczona po podróży i czuła przytłumioną wściekłość na Cieszyńskiego. Pan prezes, szlag by go trafił! – pomyślała ze złością i opadła na dużą czerwoną sofę w salonie. Nagle rozluźnione mięśnie zaczęły dawać o sobie znać miękkim bólem rozlewającym się po całym ciele. Westchnęła i przymknęła oczy. Wiedziała, że Piotr wraca z pracy około dziewiętnastej, chciała mu zrobić jakąś miłą niespodziankę. Nie było jej cztery dni, trzeba odrobić straty… Uśmiechnęła się do wyobrażenia wieczoru i całej wspólnej nocy. Po chwili wstała ciężko i ruszyła do łazienki. Wzięła szybki, gorący prysznic, i przebrała się w czarne figi i koszulkę na ramiączkach. Miała jeszcze pół godziny do przyjścia Piotra, mogła się przygotować.

Włożyła swoją ulubioną bieliznę – czarne koronkowe stringi z fantazyjną kokardką z tyłu i przezroczysty, cieniutki czarny stanik z kwiatowymi wzorami na prześwitującej koronce. Spojrzała na siebie w ogromnym podwójnym lustrze i uśmiechnęła się, zadowolona z efektu. Stringi ładnie ukazywały jej kształtną pupę i długie nogi, a stanik seksownie opinał biust. Narzuciła na siebie wąską, czarną sukienkę, sięgającą trochę za uda, pozapalała małe świeczki w salonie i włączyła odprężającą muzykę. Usiadła na kanapie i włączyła telewizor, wcierając balsam w ciało. Po chwili usłyszała dzwonek do drzwi. Wstała, poprawiła sukienkę i weszła na przedpokój. Przekręciła klucz w drzwiach i pociągnęła za klamkę.

Jak zawsze jego widok przyprawiał ją o dziwne uczucie w żołądku. Wysoki, dobrze zbudowany miał ładnie zarysowane ramiona, widoczne nawet w garniturze i to ciepłe spojrzenie, które kierował tylko do niej. Pociągnęła go za dłoń i pocałowała namiętnie. Jego duże dłonie błądziły po jej ciele, objęły talię, przyciągając ją do niego. Całując się, weszli do salonu, padli na sofę. Aleksandra westchnęła z zadowolenia, jęknęła cicho, kiedy jego dłoń zaczęła masować piersi. Pocałował ją znowu, tym razem jego dłoń podciągnęła jej sukienkę powyżej bioder. Aleksandra zaśmiała się, zręcznie uciekła z jego ramion, pocałowała go w kasztanowe włosy.

– Chodź, skarbie… – mrugnęła do niego i kręcąc biodrami, poszła do łazienki.

Gdy pojawił się za nią, powoli rozpięła mu koszulę. Jej smukłe dłonie wodziły po jego klatce piersiowej. Całując go po szyi odpięła mu pasek i spodnie, zsunęła bokserki. Mężczyzna zdjął ubrania do końca, pocałował ją namiętnie, obsuwając ramiączka sukienki. Śliski materiał zsunął się po jej ciele, zostawiając ją jedynie w bieliźnie. Piotr zmrużył lekko oczy, uśmiechnął się. Aleksandra odwróciła się, pozapalała świece, odkręciła wodę w ogromnej wannie i nalała olejku różanego.

– Cóż, póki wanna nie jest jeszcze pełna…

Dotknęła jego bioder. Pocałowała podbrzusze, gładząc go palcami po boku. Uklękła, ustami dotykając wnętrza jego ud. Miękko ujęła dłonią jego członka i zaczęła masować. Na początku delikatnie, po chwili bardziej stanowczo, mocniej. Piotr przymknął oczy, poruszył biodrami. Aleksandra objęła ustami penisa, zaczęła go ssać, przesuwając wargi coraz wyżej, aż prawie dotykała jąder. Nie przestając wyciągnęła język i lizała go powoli. Jej mężczyzna oddychał coraz szybciej, jego palce zaciskały się na jej włosach. Uśmiechnęła się w myślach i przyspieszyła ruch warg i języka. Poczuła jak jego penis dotyka jej podniebienia, rośnie i prawie dosięga jej gardła. Pomogła sobie dłonią, masując, uciskając jądra, tym samym nie przerywając pracy ust. Po chwili Piotr szarpnął się w spazmie orgazmu, ciepła ciecz zalała jej usta. Aleksandra odsunęła się trochę, przełknęła i oblizała błyszczące usta, patrząc mu w oczy. Jej mąż z błogim uśmiechem na twarzy, objął ją mocno, podciągnął do góry, pocałował w szyję, ustami zszedł niżej, dotknął jej sterczącego już z zimna sutka, polizał, possał lekko. Aleksandra jęknęła, objęła go rękami za szyję. Piotr pchnął ją w stronę wanny, weszła powoli, ciesząc się ciepłą wodą i słodkim zapachem.

– Usiądź na brzegu i rozszerz nogi, kochanie… – powiedział cicho. Pocałował ją we wnętrze uda.

Zrobiła, co kazał, czując już przyjemne ciepło w kroczu zwiastujące nadchodzącą przyjemność. Najpierw drażnił jej wilgotne wargi palcami, wchodził jednym, coraz głębiej penetrując jej wnętrze, potem dwoma. W tym samym czasie całował i lizał jej skórę. Aleksandra żeby nie zsunąć się do wody złapała się dłońmi za brzegi wanny. Jej jęki mieszały się z westchnieniami. Po chwili poczuła w środku jego język, wchodzący coraz głębiej, coraz dalej. Powoli przestawała widzieć cokolwiek. Przymknęła oczy, skupiając się tylko na rozkoszy. Coraz szybciej ruszała biodrami, objęła go udami za szyję oddychając coraz głośniej.

– Ach… Och… Mmm… – Była już prawie na szczycie.

Piotr wyswobodził się z uścisku jej ud, dotknął wargami jej piersi i sterczących z podniecenia sutków. Jęknęła głośniej. Stłumił jej krzyk pocałunkiem i wszedł w nią. Stanowczo, ale nie brutalnie. Przygryzła mu wargę, krzyknęła, splatając nogi na jego plecach i odrzucając głowę do tyłu. Za trzecim pchnięciem poczuła jak wszystkie mięśnie spinają się, a ciepło płynące z krocza rozlewa się po całym ciele. Nie powstrzymywała drżenia całego ciała, krzyknęła jeszcze raz z rozkoszy. On doszedł tuż za nią, jego sperma wypełniła jej wnętrze, a mężczyzna wydobył z siebie zduszony jęk, pchnął jeszcze raz. Zaciskała dłonie na brzegach wanny, a nogi na jego ciele jeszcze przez chwilę drżąc, to spinając to rozluźniając mięśnie. W końcu podniecenie opadło, a ona poczuła błogie rozleniwienie. Zsunęła się do wanny, całując go po piersi i głaszcząc po plecach. Piotr uśmiechnął się ciepło, wziął ją w ramiona i objął mocno. Aleksandra nie opanowywała dreszczy opanowujących jej ciało co kilka sekund, oparła twarz na jego piersi, westchnęła.

Leżeli tak przez kilkanaście minut, rozkoszując się ostatnimi drgnieniami ciała, przyjemnymi myślami i ciepłą wodą. Piotr gładził ją po ramieniu, krótko przejechał palcami po piersi i sutkach, parsknął cicho.

– Chyba już pójdziemy do łóżka, co, moja królewno?

Uśmiechnęła się leniwie.

– Hm… Skoro musimy… – uniosła się wolno, wstała i wyszła z wanny, sięgając po ręcznik.

Piotr przyglądał się jej małej pupie, wąskiej talii i pięknym ramionom. Aleksandra wytarła się pobieżnie i owinęła ciepłym, białym ręcznikiem.

– Chodź – szepnęła do niego, znikając za drzwiami.

Po chwili leżeli nadzy w ciepłej pościeli. Aleksandra odwróciła się do niego tyłem, on przysunął się, przylgnął do niej całym ciałem i objął.

– Tęskniłam za tobą – szepnęła po dłuższej chwili, całując go w przedramię.

Pogładził ją po talii, dłonią zniknął między jej udami. Palcami rozszerzył jej wargi, masował delikatnie, głaskał, wchodząc coraz głębiej. Aleksandra poruszała biodrami, szyją, po chwili wyginała się całym ciałem, co chwilę ocierając się pupą o jego członka. Piotr czuł jak męskość ponownie wzrasta. Kobieta westchnęła, jęknęła cichutko, odgłos stłumiła poduszka. Wyjął mokre od jej soków palce, przejechał nimi po podbrzuszu, zaczął masować sutek i bardzo powoli, delikatnie wszedł w nią od tyłu. Aleksandra zamruczała z rozkoszą, ochoczo poruszyła biodrami, pomagając mu w głębszej penetracji. Piotr całował ją po szyi, małym uchu. Doszli równocześnie, ich jęki zlały się w jeden, po chwili mężczyzna wolno się z niej wysunął, przytulił mocno do swojej piersi. Aleksandra zaśmiała się cichutko, zamruczała znowu.

– Ja za tobą też, kochanie – szepnął jej do ucha, drażniąc pierś.

Kobieta zawierciła się, wyciągnęła szyję, wciskając twarz w poduszkę. Po chwili odwróciła się do niego, przytuliła.

– Kocham cię.

Pogłaskał ją po głowie, zamknął oczy.

– Ja ciebie też. Też cię kocham, gwiazdko.

Aleksandra czuła się szczęśliwa i bezpieczna, jak zawsze w jego ramionach. Ufała mu i wiedziała, że on jej pomoże. Chciała o tym komuś powiedzieć.

– Kochanie?

– Mhm?

– Muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o szkolenie… A raczej to, co się tam zdarzyło… – Nie była pewna jak to ująć.

Piotr poruszył się niespokojnie.

– Coś się stało?

Aleksandra, starając się nie pomijać żadnego szczegółu, opowiedziała mu wszystko.

Gdy skończyła, zapanowała cisza. Po krótkiej chwili Piotr uśmiechnął się, pogłaskał ją po głowie. Był wściekły, ale nie chciał jej martwić.

– Nieźle sobie poradziłaś, królewno. Masz na niego haka, nie tknie cię więcej. A jeśli spróbuje… to jest już martwy. – Zmrużył lekko oczy.

– Ale co ja mam teraz zrobić? Wrócić do pracy jak gdyby nigdy nic?

– Yhm, tak właśnie. On nic ci nie zrobi. Wie, że masz dyktafon. Skurwiel… – dodał ciszej.

– Racja.

– Mam znajomego prawnika. Poznałaś go kiedyś. Marcin. Zadzwonię do niego rano i spytam jak to załatwić.

– Dobrze, kochanie.

Przytulił ją mocniej.

– Nie martw się, śpij…

***

Pierwszy był dźwięk tłuczonego szkła. Przykry, drażniący bębenki. Wyrywający ze słodkich snów w ciepłych ramionach. Aleksandra powoli dochodziła do siebie, czuła, że Piotr wyrywa się spod niej. Westchnęła, czując wzbierającą złość.

– Co do cholery? Słyszałaś? Chyba w kuchni… – Słyszała gorączkowy szept męża. Otworzyła oczy, spojrzała na niego z irytacją.

– Może znowu ten gówniarz od Rakowieckich rozbił szybę – podrzuciła niepewnie.

Senność zaczęła ustępować niepokojowi. Słyszała jakieś ciche odgłosy z przedpokoju. Dreszcz przebiegł jej od nasady karku do marznących szybko stóp. Piotr wciągnął bokserki, wyciągnął pewnym ruchem swój kij do golfa i podszedł powoli do drzwi, a potem wiele rzeczy wydarzyło się naraz. Drzwi wyleciały z zawiasów z hukiem, jej mąż wziął lekki zamach i przyłożył wpadającemu do środka mężczyźnie w brzuch. Aleksandra zerwała się na równe nogi, ale nie bardzo wiedziała co zrobić. Tym czasem pierwszy napastnik zgiął się w pół, Piotr poprawił mu ciosem w plecy. Mężczyzna rozpłaszczył się na ziemi z głuchym jękiem. Poczuła się nieco pewniej, w dwóch krokach dopadła do telefonu i drżącymi palcami zaczęła wykręcać numer, kątem oka obserwując całą scenę. Tymczasem dwóch kolejnych wpadło do środka, przeskakując nad jęczącym towarzyszem. Piotrowi udało się zdzielić w ramię jeszcze jednego, ale kolejny sparował uderzenie policyjną pałką i błyskawicznie skontrował na brzuch. Męża zgięło wpół, wypuścił kij i padł na kolana. Aleksandra krzyknęła. Ten, który dostał w ramię doskoczył do niej i uderzył otwartą dłonią w twarz, upadła na łóżko. Piotr po otrzymaniu jeszcze dwóch ciosów – w bark i żebra – krzyknął głucho i zamilkł. Na ten widok coś zawrzało w jej żyłach. Zerwała się z chrapliwym krzykiem w gardle i dziabnęła rozcapierzonymi palcami w oczy najbliższego napastnika. Zablokował cios przedramieniem, łokciem uderzył pod przeponę. Na moment straciła oddech, chwycił ją za włosy, przyciągnął do siebie. Obrócił. Kiedy wreszcie nabrała powietrza w płuca, żeby krzyknąć, poczuła coś lodowatego na szyi. Zamilkła.

– Cicho, suko! Ani drgnij, bo rozerżnę gardło! – chrapliwe warknięcie i silny uścisk w pasie skutecznie ją unieruchomiły.

Powrócił strach, lodowaty, paraliżujący strach. Zbir, który najmocniej oberwał powoli zaczął zbierać się z podłogi. Drugi nie zwrócił na niego uwagi. Uniósł nieprzytomnego Piotra i zaczął przyciągać do niej. Jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, zaczęła dostrzegać więcej szczegółów. Kominiarki, dżinsy, dresowe kurtki, wyważone drzwi z zawiasów, krew sącząca się z warg Piotra. Napastnik przyciągnął jego twarz tuż przed nią. Odłożył pałkę, wyciągnął długi nóż i przyłożył ostrze do oka jej męża. Spojrzał jej beznamiętnie w oczy i wycedził:

– Teraz zacznę zadawać pytania, a ty będziesz odpowiadać. Powoli i z sensem. Bez kręcenia czy namysłu. Każda przerwa, zająknięcie, błędne informacje i wyłupię mu jedno oko. Potem drugie, a potem zacznę odcinać palce. Czy rozumiesz?

Pokiwała gorliwie głową.

– Gdzie taśma?

Zadrżała.

– W… w… Nie! – niemal krzyknęła, gdy mężczyzna naciął skórę przy oku. – W mojej torbie, w lewej kieszeni, za zamkiem. Owinięta w ręczniczek.

– Czy są jakiekolwiek kopie?

– Nie – odparła szybko.

– Czy komukolwiek mówiłaś o tym co się stało?

– Nie!

Mężczyzna patrzył w jej oczy przez dłuższą chwilę. Wytrzymała. Czuła łzy płynące strumykami przez jej gorącą twarz, ale wytrzymała spojrzenie. Napastnik puścił w końcu Piotra, który upadł na łóżko, podszedł do torby i wyciągnął dyktafon. Odtworzył kawałek, trzymając przy uchu i skinął głową w kierunku tego co ją trzymał. Potem poszło szybko. Facet wykręcił jej ręce do tyłu, pchnął na łóżko i usiadł na niej, wiążąc jej ręce w nadgarstkach. Spojrzała na nieprzytomnego Piotra, jego obraz rozmywał się i drgał przez jej łzy.

– Kochanie? Odezwij się, proszę…

Ostatnie szarpnięcie, straszny ból w nadgarstkach, usta otwarte do krzyku. Błyskawiczny knebel. Zaczęła się dusić. Cichy głos.

– Załatw to.

A potem ból, błysk i ciemność.

Kiedy Aleksandra się obudziła, prawie już świtało. Szarzyzna za oknem wskazywała czwartą, może piątą nad ranem. Nadal była skrępowana i zakneblowana. No tak, czego mogła się spodziewać? Cudu, samorozwiązującego się sznura? Przekręciła głowę, zerkając na Piotra. Leżał skulony na podłodze, na twarzy miał zaschniętą krew, tworzącą okropną maskę. Aleksandra jęknęła głucho, poczuła, że pod powiekami zaczyna robić jej się ciepło. „Nie, nie mogę się rozklejać. Myśl, mała, myśl!” Spróbowała językiem wypchnąć knebel. Nie udało się. Tak łatwo być nie mogło. Poruszyła rękami. Coś strzyknęło jej w nadgarstku, skrzywiła się z bólu.

Problem rozwiązał się sam. Nagle Piotr poruszył się, jęknął i splunął krwią. Kobieta szarpnęła ciałem, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Jej mąż uniósł się na kolana, podpełznął do łóżka, oparł głowę na materacu. Przez chwilę nie poruszał się i Aleksandra już zaczynała tracić nadzieję, że mężczyzna w ogóle jej pomoże. Jednak Piotr poruszył ręką, przysunął się do niej i powoli, z wysiłkiem, zaczął rozwiązywać sznur. Szło mu opornie, ale po kilkunastu minutach była wolna. Szybko wyjęła sobie knebel, ułożyła męża na łóżku i rzuciła się do telefonu. Przez chwilę zastanawiała się czy najpierw dzwonić na policję czy po pogotowie, jednak drugi pomysł wziął górę. Szybko wykręciła numer i podenerwowanym głosem zrelacjonowała sytuację podając też swój adres. Odłożyła słuchawkę. Teraz mogła już tylko czekać. Nienawidziła czekać. Schyliła się nad mężem. Był nieprzytomny, ale oddychał. Płytko, ale jednak. Powlokła się do łazienki, przemyła twarz. Pod okiem miała lekkiego siniaka po uderzeniu, na nadgarstkach czerwone ślady i otarcia od więzów. Odruchowo sięgnęła do kosmetyczki, ale zatrzymała rękę w pół drogi. Co za idiotyzm – skarciła się w myślach i wybiegła z łazienki. Szybko usiadła obok męża, machinalnie głaszcząc go po głowie. Z uporem wpatrywała się w elektroniczny zegarek stojący na półce. Minuta, dwie, trzy. Powoli czuła, jak ogarnia ją rozpacz. Rozpacz zatrzymująca logiczne myślenie, wbijająca do głowy, jak igiełki, pytania „A co będzie, jeśli? A co zrobię, kiedy okaże się, że on ma wstrząs mózgu? Co zrobię, kiedy lekarze powiedzą, że on ma krwiaka? A co…?!” Usłyszała syrenę pogotowia. Zerwała się na nogi. Wybiegła na ganek.

– Tutaj, tutaj! – wrzasnęła.

Czuła tępy ból w żebrach. Ten zbir, który ją wiązał, musiał jej je obić. Zaprowadziła lekarza i pielęgniarzy do domu. Obadali Piotra pobieżnie, sprawdzili puls i wzięli na nosze.

Całą drogę do szpitala zapamiętała jak przez mgłę. Swoje wrzaski, żeby coś zrobili, żeby mu pomogli, ich uspokajające głosy, histerię, w którą wpadła, jego krew, strzykawki, igły, podawany przez usta tlen, płacz, który potem przeszedł w suchy szloch. A w końcu jej własny krwotok z nosa i słabe zapewnienia, że nic jej nie jest, żeby zajęli się jej mężem.

Dano jej jakąś maść na opuchliznę i zatamowano krew. Gdy tylko wyrwała się pielęgniarce od razu znalazła się przy łóżku Piotra. Ubrano go w szpitalną piżamę, tuż przy zgięciu łokcia prawej ręki miał wenflon, przez który dosyć szybko, kropla po kropli, do jego żył dostawała się kroplówka. Nos miał obandażowany, opatrunek zasłaniał Piotrowi pół twarzy. Rozpięta koszula szpitalna ukazywała grubo zakryty bandażami bok. Aleksandra zaklęła rozpaczliwie, wtuliła twarz w kołdrę. Ciepłe łzy moczyły materiał: Mój ukochany, jedyny, moje życie…

– Proszę pani?

Uniosła załzawione oczy, ujrzała tego samego lekarza, który przyjechał razem z nią karetką.

– Musi pani złożyć zeznania, zadzwoniliśmy po policję… Jest pani w stanie? To konieczne, naprawdę.

Kiwnęła głową, wstała chwiejnie, lekarz podtrzymał ją.

Policjant był uprzejmy i starał się nie naciskać.

– Czyli jeszcze raz. Nie widziała pani twarzy napastników, nie zna ich pani, było ich trzech, wszyscy w kominiarkach, dżinsowych spodniach, jeden z policyjną pałką. I nie wie pani czego chcieli, tak?

– Mhm… – Nie mogła powiedzieć, że chodziło o taśmę. Bała się, że bandyci wrócą. Ale nie to było główną przyczyną. Ona wiedziała, kto ich nasłał. I chciała to załatwić sama, chciała pokazać temu skurwielowi, że z nią się tak nie pogrywa!

– … panią do domu?

– Słucham? Przepraszam, zamyśliłam się.

Policjant spojrzał na nią uważnie.

– Na pewno wszystko w porządku? Pytałem czy odwieźć panią do domu. Chociaż ja proponowałbym zostać na noc u jakiejś przyjaciółki lub na komisariacie, napastnicy mogą wrócić.

– Wątpię, żeby wrócili. Ale zostanę przy mężu, proszę mi wybaczyć.

– Ależ oczywiście. Jeśli się czegoś dowiemy, zawiadomimy panią. Rozumiem, że dzisiaj ma pani dość wrażeń, ale czy jutro moglibyśmy przeszukać pani dom? Mogły pozostać jakieś ślady.

– Tak, proszę. Tutaj ma pan mój numer. Proszę się skontaktować, jakoś się umówimy.

Wróciła do Piotra. Nadal był nieprzytomny. Aleksandra zacisnęła dłoń w pięść aż do bólu. „Co za skurwysyn, ciota, pętak, kurwa!!! Zabiję go. Zrujnuję mu tą jego firemkę, wszyscy się dowiedzą jakim jest zboczeńcem, ja pierdolę! Zabiję go, zabiję skurwiela, jeszcze będzie mnie przepraszał! Idiota, debil pieprzony!” Uderzyła pięścią w materac. „Idę tam, kurwa mać. Pokażę mu, że mnie nie złamał, że gówno może mi zrobić. A kiedy zostanie sam urwę mu jaja, popieprzeńcowi!” Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Było w pół do siódmej. Pocałowała Piotra w czoło, pogładziła go po twarzy ze smutnym uśmiechem i wyszła z sali.

Zamówiła taksówkę i w pół godziny była w domu. Nawet nie chciało jej się sprzątać. Od razu weszła do łazienki, wzięła prysznic, sięgnęła do kosmetyczki. Podkład matujący, puder, cienie do oczu, tusz do rzęs. Weszła do sypialni, otworzyła szafę. Spódnica, biała koszula z długimi rękawami, zasłaniającymi ślady na nadgarstkach, granatowy żakiet, czarne szpilki. Jeszcze odrobina perfum, włosy upięte w perfekcyjny kok. Przejrzała się w lustrze. Opuchlizna zniknęła dzięki maści, podkład i puder zakryły zaczerwienienia. Wyglądała normalnie, tylko oczy świadczyły o przeżytej nocy. Zmęczone, ale uparte i płonące spojrzenie ciemnych, brązowych oczu. Wzięła kluczyki od samochodu, zeszła do garażu. Ręce drżały jej lekko, ale pod budynek firmy dojechała dosyć szybko.

Uśmiechami odpowiadała na powitania, minęła po drodze Grzegorza Popiela, zastępcę Cieszyńskiego. Ten pozdrowił ją, ale jakoś dziwnie jej się przyglądał.

Cały dzień przesiedziała przy biurku. Przez cały dzień udawała, że pracuje, nie mogła się na niczym skupić. Pod wieczór wściekłość zaczęła wzbierać się w niej znowu, przekleństwa same cisnęły się na usta, ręce zaczęły jej drżeć ze złości. „Dupek. Idiota. Skurwiel. Zboczeniec. To przez niego Piotr teraz leży w szpitalu. Przez niego ma złamane żebra. Przez niego cierpiał. Kurwa! Popamięta mnie, gnojek pierdolony!”

Gdy zrobiła się dziewiąta miała dosyć. Uderzyła dłonią w klawiaturę, wstała sprężyście i ruszyła do jego gabinetu. Nie miała dokładnego planu, nie myślała nad tym. Chciała, żeby dostał wpieprz, żeby leżał u jej stóp, już widziała jak wije się po następnym uderzeniu w krocze. Jej obcasy stukały głośno po pustym korytarzu.

W firmie nie było już prawie nikogo. Kolejne piętra były już pozamykane, jednak widziała przez szybę, że Cieszyński jeszcze pracuje. Wyszła z windy, czując wzbierającą adrenalinę. W pomieszczeniu paliły się nieliczne lampy. Puste stanowiska, wyłączony sprzęt porzucone kartki i dokumenty nadawały miejscu ponury nastrój. Ciemne niebo i jasny księżyc były doskonale widoczne przez olbrzymią szybę. Panorama miasta była piękna, mrok upstrzony milionem światełek. Aleksandra zatrzymała się na chwilę. Lubiła czasem popracować do wieczora, a potem stać nad barierką i wpatrywać się w rozgwieżdżone niebo. Pomysł był Cieszyńskiego. Podobał jej się. Zacisnęła pięści, odetchnęła głęboko i podeszła do drzwi gabinetu. Nacisnęła guzik przy biurku sekretarki Prezesa. Cisza. Biuro Cieszyńskiego miało zasłonięte rolety i było całkowicie odseparowane akustycznie. Dzwonek pobrzmiewał tylko wewnątrz. Podeszła do drzwi i stanęła przed solidnymi, dębowym wrotami. Rozległa się cicha melodyjka. „Grzecznym bądź! Słowa waż! Szoruj but, wytrzyj… twarz! Dulok chce gościć was! Wstąpcie, jeśli maaaaaaacie czaaaaaaaaaas!”. Aleksandra westchnęła. Cieszyński kochał „Shreka”, więc nawet jego sygnał otwarcia drzwi miał coś z nim wspólnego.

Popchnęła drzwi, wkroczyła na mięciutki dywan i zobaczyła go. Siedział spokojnie za dużym mahoniowym biurkiem w samej koszuli, nawet bez krawata, który razem z marynarką zwisał z oparcia olbrzymiego fotela. W pomieszczeniu było ciepło i dość klimatycznie. Podświetlone akwarium, zajmujące połowę ściany i samotna lampa na biurku dawały niewiele światła. Drzwi za nią zatrzasnęły się i Aleksandra pomyślała, że jak już z nim skończy, to będzie musiała znaleźć kartę magnetyczną. Uspokoiła oddech, chciała zrobić to na zimno. Spojrzała mu prosto w oczy. Przyglądał jej się uważnie, spokojny, opanowany, z lekkim, dyplomatycznym uśmiechem na pełnych wargach. Niedługie blond włosy stały lekko na żelu, wysportowane ciało dumnie prezentowało się spod jasnej koszuli. Wyglądał tak poważnie, tak profesjonalnie. Jak Prezes, do którego przyszła pracownica po radę – pomyślała gniewnie, wciąż mając przed oczami jego zupełnie inny obraz. Jego napuchnięte oczka i bełkotliwy głos „Co jeeest, Oluś?”. Skrzywiła wargi, ale to on pierwszy się odezwał.

– Witam, pani Aleksandro. Co robi tu pani o tak nieludzkiej porze? – zapytał całkiem naturalnie, uśmiechając się wyrozumiale – Limit nadgodzin na ten miesiąc wykończyła pani w zeszłym tygodniu i obawiam się, że za dzień dzisiejszy nie będę mógł pani zapła…

– Stul pysk, sukinsynu – zdołała odpowiedzieć. Jej spokój prysł, po prostu nie mogła uwierzyć, że tak z niej kpi.

Roześmiał się.

– Coś nie tak, pani Aleksandro? Wydaje się pani mieć zły humor. – Wstał powoli. podszedł do barku i wyciągnął butelkę whisky i dwie szklanki – Napije się, pani?

– Nasłałeś na mnie zbirów – wycedziła, patrząc mu w oczy z gadzią nienawiścią – Mój mąż leży nieprzytomny w szpitalu, bydlaku!

Adam postawił szklanki na biurku, nalał do obu i pociągnął ze swojej łyka.

– To doprawdy smutne. Napad, rabunek, pobicie. – Przysiadł na brzegu biurka z troskliwą miną i rozłożył bezradnie ręce. – Jeśli chodzi o zwolnienie chorobowe to nie ma problemu.

– Nie pierdol, Adam! Jutro rano będziesz na wszystkich okładkach gazet w tym mieście! A pojutrze w pierdlu! – Jej głos zaczął wibrować. Czuła, jak drżą jej mięśnie.

– Nie przypominam sobie, abyśmy byli na „ty”, ale skoro tak sprawy ujmujesz, Aleksandro… – Zawiesił głos na chwilę. – To wyjaśnię może wszelkie kwestie. Nie mam pojęcia, kwiatuszku, co się stało tobie, twojemu mężowi, ale z chwilą dzisiejszą jesteś zwolniona. – Wolną ręką dobył z kieszeni dyktafon, stanął obok biurka, poprawił porozrzucane papiery, ciągle patrząc jej w oczy. – Za bezpośrednią obrazę przełożonego, nieprzepisowe zachowanie, przebywanie na terenie firmy poza swoim czasem pracy i…

Aleksandra nie czekała na ciąg dalszy, uśmiechnęła się wzgardliwie na widok dyktafonu i w dwóch krokach była przy nim.

Wytrąciła mu uderzeniem szklankę w dłoni, ta uderzyła o butelkę i razem spadły na drogi dywan, farbując go obficie. Potem dostał prosto w twarz, aż zatoczył się w tył. Dopadła do niego i silnie uderzyła kolanem. Ale tym razem był przygotowany. Zasłonił się udem i krótko, niemal bez zamachu wyrżnął ją dłonią w twarz. Zaskoczona poleciała na biurko, przeturlała się po nim i spadła po drugiej stronie. Przez chwilę leżała w szoku, ogłuszona siłą uderzenia. Zobaczyła, jak Cieszyński spokojnie podnosi butelkę z dywanu i dopija resztkę płynu. Poprawił gustowne mankiety, wyłączył dyktafon i spojrzał na nią.

– Widzisz, suczko, ostatnim razem mnie zaskoczyłaś. Potem byłem pijany, przyznaję, popełniłem wiele błędów, ale jak widzisz zacząłem ja naprawiać. Choćby przygotowałem się na twoje przyjście. – Zrobił krok do przodu i kopnął ją z rozmachem w brzuch. Krzyknęła cicho, zwijając się w kłębek. Przysiadł na biurku, przyglądając się jej z profesorską miną.

– Mój znajomy doradzał mi, żebym się z tobą dogadał, żebym przeprosił, ba! Negocjował! Ale przecież ja wiem, obrażona dziwko. Ty byś mnie chciała zgnoić, pieprzyłabyś o sprawiedliwości, ochronie praw kobiet i innych pierdołach. Więc zdecydowałem inaczej. – Kucnął obok niej, ujął jej podbródek w dwa palce, zmusił do spojrzenia sobie w oczy. – Nauczę cię posłuszeństwa. Wyuczę dokładnie, a potem puszczę. A jeśli później jeszcze raz o tobie usłyszę, zrobisz cokolwiek przeciw mnie, to moi znajomi znowu cię odwiedzą. A raczej najpierw twojego męża, wiesz, błędy lekarskie, takie tam. – Machnął niedbale drugą ręką.

Zaatakowała nagle, z twarzą wykrzywioną furią. Rozcapierzonymi palcami na oczy. Odwiódł głowę i odskoczył, klnąc głośno. Wylądował na tyłku. Krew powoli sączyła się z rozoranej paznokciami twarzy. Aleksandra dźwignęła się na kolana, łapiąc oddech. Adam zerwał się na nogi i uderzył od góry. W twarz. Upadła z powrotem, a wtedy zaczął kopać, słuchając jej krzyków. Po chwili cofnął się, sapiąc lekko. Aleksandra zajęczała głośno, leżała zupełnie bezwolnie na dywanie, pod ścianą. Jej prawa ręka bezwładnie zwisała wzdłuż ciała, lewą trzymała się za skopany brzuch. Podszedł do barku, otworzył nową butelkę i łyknął potężnie, patrząc na łkającą z bólu podwładną.

– Na czym to ja skończyłem? Aha, już pamiętam. Po pogrzebie twojego męża nadejdzie czas na ciebie. Uwierz, że mój bukiet na twoim nagrobku będzie największy. Z kondolencjami od kolegów z pracy. Moje przemówienie wyciśnie łzy nawet z najtwardszych żałobników. Ale postaramy się, aby nie doszło do tak smutnych incydentów. Zastanawiasz się może, dlaczego ci to mówię nie sprawdziwszy przedtem, na przykład, czy ty również nie wzięłaś dyktafonu? Może nawet się cieszysz w duchu, myśląc, że jestem frajerem… – Pociągnął kolejnego łyka, uśmiechając się spokojnie. Przemowa widocznie sprawiała mu przyjemność. – Otóż zaraz rozbiorę cię, sprawdzę każdą szmatkę, przeszukam cię dogłębnie. Zajrzę do pyszczka, dupki, cipki i czego tam jeszcze. Krótko rzecz ujmując, zerżnę cię. Myślę, że to wiele tłumaczy, a że chciałbym zdążyć na kolację żony, pozwolisz więc, że przystąpimy do rzeczy… chyba, że masz jeszcze jakieś pytania? – Spojrzał na jej twarz zalaną łzami.

– Ty… świrze… – Tylko tyle zdołała wykrztusić.

Odłożył bez słowa butelkę i podszedł do niej. Butem obrócił ją na plecy, szarpnięciem rozerwał guzik i zamek spódnicy, ściągnął ją przez nogi. Potem rozerwał rajstopy. Podobny los spotkał majtki. Podniósł Aleksandrę za żakiet i rzucił na biurko. Chciała się zsunąć, ale wykręcił jej rękę i przytrzymał.

– Ty… sukin… Aaa!

Wepchnął jej palce w łono, mocno, do oporu. Brutalnie zaczął nim obracać.

– Krzycz, krzycz. Nikt cię nie usłyszy – wycedził, ruszając palcami coraz szybciej.

Po chwili przestał. Wyciągnął z kieszeni nieduży słoiczek, otworzył, zanurzył palce w żelu.

– Słyszałem, że niektóre święte wysychają na wiór, więc się przygotowałem – pochwalił się i zaczął smarować jej wargi.

Zareagowała niemal od razu. Zajęczała głośno i niemal momentalnie zaczęła wilgotnieć. Środek był mocny, a on wziął sporą dawkę.

– O taaak, mała, teraz ty też tego chcesz – wycedził, wpychając jej palce po knykcie. Pchał ją jakiś czas, słuchając jęków i czując, że robi się zupełnie mokra. W końcu wyjął z głośnym mlaśnięciem i polizał.

– Mmm, pysznie smakujesz – oznajmił.

Wyciągnął już nieco podnieconego penisa i wpakował jej między pośladki. Poruszył biodrami, masując go sobie.

– Uh, gorąca jesteś, podoba się? Hę? – Sięgnął dłonią i szarpnął za jej włosy, aż krzyknęła. – Pytałem o coś! Co?? Co mówisz? Głośniej! – Trzasnął ją dłonią w pośladek.

– Mmmówiłam… – wyjęczała, łykając łzy – że…chyba ci nie staje, dupku…

– Ty kurwo – wycedził ze wściekłością, cofnął biodra i wszedł w nią po same jądra.

Krzyknęła, szarpnęła się, ale trzymał mocno, posuwając od tyłu. Jego penis momentalnie stał się twardy jak granit.

– Oh, uh… ależ ty jesteś mokra… – Jęczał, wykonując twarde pchnięcia.

W końcu położył się na nią, zerwał z niej żakiet. Rozdarł koszulę i odrzucił stanik. Przygniótł ją całym ciężarem ciała, szarpnęła nogami, ale przez to tylko głębiej w nią wszedł.

– Ohoo… już ruszamy dupką do taktu? Lepiej ci? Mąż tak nie dogadza, co? – Sapał, uderzając jądrami o jej pośladki. Pochylił się bardziej i ugryzł ją w ucho, niemal do krwi. Krzyknęła. Głos jej się załamał.

– Piszcz, dziwko! Piszcz… zaraz cię spryskam – jęknął, czując, że dochodzi. W końcu cofnął się, eksplodując spermą na jej pośladki.

– Och… – jęknął, opierając się o nią dłonią. Spróbowała się zsunąć na podłogę, ale przytrzymał ją. – Gdzie spierdalasz? To dopiero początek, kurwo.

Przez chwilę dyszał z wysiłku.

– Ttto dobrze…

– Co tam jęczysz? – warknął, nie rozumiejąc.

– Ttto dobrze. – Załapała wreszcie oddech, opanowała płacz. – Bo na razie nic nadzwyczajnego, dupku.

– Coooo?!

– Jaki facet… taki kutas… – sapnęła.

Zapadła chwila ciszy, pośród której słychać było jej cichy jęk i jego chrapliwy, coraz szybszy oddech.

– Ty… Ty… – Zabrakło mu słowa. Przygiął ją silnie do biurka – Już ja cię załatwię, zaraz, kurwa, pogadamy… – Umoczył w słoiczku kciuk i namacał nim odbyt. Zrozumiała, szarpnęła się nagle z całych sił, ale trzymał ją naprawdę mocno. – Co tak się szarpiesz, ptaszyno? Tutaj cię nikt nie dotykał? – Oparł palec o otwór i powoli wwiercał się do środka, przytrzymując ją całym ciałem. Po chwili poczuł, że trzepoczący tyłek o jego krocze znów podnosi mu penisa.
– O tak… bardzo ładnie, no dalej dalej – syczał, ocierając się o jej wilgoć i coraz głębiej wchodząc palcem. W końcu stracił cierpliwość i wszedł w nią. Do końca. Kciukiem i penisem. Jej krzyk zaświdrował mu w uszach. Drugą ręką przycisnął jej kark do biurka. – A teraz? Zbiera się na dowcipy?

Cofnął biodra i pchnął znowu do końca. Palcem zaczął powoli obracać, potęgując jej ból. Przyciśnięta mocno do biurka jęczała głośno. Powoli ruszył, najpierw poruszając biodrami i kciukiem. Potem coraz mocniej. Szarpała się, ale to tylko go podniecało. W końcu zaczął przyspieszać, czuł, że Aleksandra znowu wilgotnieje, ale tym razem coś się zmieniło. Oprócz bólu w jej jękach, słyszał, że dochodzi razem z nim. Wyciągnął palec, położył dłonie na jej biodrach i wchodził w nią naprawdę szybko. Doszła pierwsza, eksplodowała gorącem, zduszonym, pełnym bólu jękiem. Poczuł, że jej wilgoć robi się gorąca i sam zaczął szczytować. Cofnął się gwałtownie, chwycił ją za włosy i rzucił na dywan. Upadła, zwijając się w pozycję płodu, zanosząc się szlochem. Obrócił ją na plecy, usiadł na jej brzuchu. Wcisnął penisa między jej piersi, zacisnął je dłońmi i zaczął szarpać biodrami. Już po chwili nie wytrzymał i eksplodował po raz drugi. Krzyknął głucho, pochylając się nad nieruchomą Aleksandrą i oblał jej biust, twarz, włosy nasieniem. Zamarł, podpierając się na rękach, dysząc ciężko z przymkniętymi oczami. Po chwili dopiero spojrzał na nią. Leżała zupełnie nieruchomo z półotwartymi ustami naprzeciw jego więdnącego penisa. Patrzyła przed siebie beznamiętnie, cała upstrzona białymi plamami.

Przetarł jej po twarzy męskością, a potem jakiś czas siedział obok niej, dochodząc do siebie. W końcu wstał. Podszedł do małego, kunsztownego zlewu do mycia rąk i solidnie umył penisa. Potem podciągnął z zadowoleniem bokserki i spodnie i podszedł do niej. Mokra od potu, zlana własnymi sokami i jego spermą w kroczu, obryzgana jego nasieniem na twarzy i włosach wyglądała makabrycznie. Zwłaszcza z kompletną obojętnością w oczach. Podniósł ją za włosy i zaprowadził do firmowych toalet. Wrzucił ją, nagą, pod prysznic i opłukał dokładnie. Potem w miarę wysuszył włosy i kazał jej się ubrać w swoje potargane ciuchy. Wszystkiemu poddawała się zupełnie obojętnie. Owinął ją swoim zapasowym płaszczem, zamknął piętro i zaprowadził ją bocznymi korytarzami do swojego samochodu. Cała droga do jej domu upłynęła w zupełnym milczeniu. Zaparkował tuż przed drzwiami jej domu. Dopiero wtedy się odezwał. Mówił cichym, złowrogim szeptem. Deszcz uderzający miarowo w dach samochodu potęgował nastrój.

– Wiem, gdzie leży twój mąż. Powiadomisz policję, pojedziesz do szpitala i on jest trup. A potem ty, rozumiesz?

Nie zareagowała. Szarpnął ją za podbródek, zmusił do spojrzenia sobie w oczy.

– Zrozumiałaś?

Powoli kiwnęła głową. Wyszarpał jej swój płaszcz i odblokował centralny zamek.

– Jutro o dziewiątej, tak jak dzisiaj przyjedziesz do mojego biura. Będę sam. Omówimy wtedy twój awans, twoje stulenie pyska i zasady, rozumiesz?

Znowu beznamiętne kiwnięcie głową.

– To spierdalaj.

Wyszła. Samochód ruszył i po chwili znikł za zakrętem. Przez chwilę stała w bezruchu, zupełnie niezdolna do jakichkolwiek działań. Potem sztywnym krokiem, jakby od niechcenia ruszyła do domu. Deszcz łomotał o dachówki. W pokojach panował mrok. Zamknęła drzwi za sobą, powoli osunęła się na podłogę. Łzy powoli spływały jej po twarzy i z cichym pluskiem kapały na zimny parkiet.

Nie wiedziała, ile tak leżała. Deszcz powoli przestawał padać, teraz tylko małe strumyczki wody spływały powoli po szybach. Wpatrywała się w nie bezmyślnie, obojętna na wszystko. Wszystko ją bolało. Twarz, wykręcona, na szczęście nie złamana ręka, głowa, podbrzusze. Krocze i odbyt pulsowały tępym bólem, nie pozwalającym zapomnieć.

W końcu łzy wyschły, zostało jednak otępienie. Zwinęła się, rękami zakryła głowę i zasnęła. Ze zmęczenia, z rozpaczy, z płaczu i upokorzenia.

Obudził ją telefon. Nieprzytomnie uchyliła powieki, szukając wzrokiem komórki. Przypomniała sobie, że zostawiła ją na szafce przy łóżku jeszcze przed wczorajszym wyjściem z pracy. Uniosła się na kolana, ból w kroczu wyrwał z niej cichy jęk. Podpełzła do sypialni, sięgnęła po telefon. Nieznany numer. Odebrała po kilku sygnałach, mając nadzieję, że to nie Cieszyński.

– Pani Aleksandra? Tutaj mówi Marek Tykiel, lekarz ze szpitala św. Elżbiety.

– Słucham pana. – Głos miała zachrypnięty, gardło ściśnięte.

– Pani mąż odzyskał przytomność, chciał się z panią widzieć, długo nie mogłem się do pani dodzwonić…

– Za piętnaście minut tam będę.

Informacja o jej mężu przywróciła jej nieco przytomności, wyrwała z otępienia. „Piotr się obudził, chce mnie widzieć, nie mogę mu się tak pokazać. Muszę go pocieszyć, muszę przy nim być, właśnie teraz”. Podparła się rękami o łóżko, wstała. I od razu upadła. Zdrętwiałe nogi odmówiły posłuszeństwa. Na szczęście krocze i odbyt nie piekły już takim przeraźliwym bólem. Zerwała z siebie resztki ubrania, powlokła się do łazienki. W pięć minut była umalowana, narzuciła na siebie szerokie dżinsy i włożyła czarną koszulkę. Na to krótką granatową kurtkę i była gotowa.

Gdy przyjechała, Piotr już spał. Lekarze mówili, że jest z nim lepiej, jednak boją się, że jedno złamane żebro mogło uszkodzić jakieś organy wewnętrzne. Muszą zrobić jeszcze kilka badań. Kiwnęła głową, spokojnie. Nie czuła wściekłości, tej furii, która ogarniała ją jeszcze wczoraj. Teraz była chłodna, spokojna. Obojętność zmieniła się w zimne opanowanie, pozwalające planować. Planować zemstę. Posiedziała przy Piotrze dwie godziny, mając nadzieję, że się przebudzi, a jednocześnie bojąc się tego. Bo co miała mu powiedzieć? Ślady ciosów były widoczne z bliska na jej twarzy, a ona nie chciała mu opowiadać, co przeżyła. W końcu pocałowała męża w policzek, ostatni raz pogładziła po twarzy i wyszła. Już miała plan.

Około dwudziestej umalowała się ostro, włożyła czarną bluzkę z dużym dekoltem, czerwony stanik, optycznie powiększający biust i stringi do kompletu. Była gotowa. Wzięła parasol, bo na dworze znowu zaczęło lać i zamówiła taksówkę. Jej samochód stał pod firmą, nie miała jak go odebrać, kluczyki zostały w pracy, przy jej biurku.
W firmie nie było już nikogo, nawet strażnik gdzieś się ulotnił. Stukając obcasami weszła do windy, wcisnęła drugie piętro. Stanęła przed tymi samymi, dębowymi drzwiami, co wczoraj, nacisnęła guzik. Wesoła melodyjka ze Shreka była jakby oderwana od rzeczywistości, kompletnie nie pasująca do sytuacji. W końcu drzwi się otworzyły. Prezes Cieszyński uśmiechnął się ze zmrużonymi oczami na jej widok, odłożył jakieś papiery, wstał.

– Wiedziałem, że przyjdziesz, maleńka. – Wykrzywił usta w lubieżnym, mściwym grymasie. – Podobało ci się, co? – Zbliżał się do niej powoli.

Aleksandra ostatkami sił zmuszała się, żeby nie zrobić kroku w tył, nie odsunąć się, nie okazać obrzydzenia na twarzy. Uspokoiła się kilkoma oddechami. Uśmiechnęła się nawet skromnie, spuściła lekko głowę.

– Ja… chciałam przeprosić… że tak się wczoraj zachowałam… to znaczy, że pana uderzyłam. Jest mi naprawdę przykro i… chciałabym się jakoś odwdzięczyć – dokończyła szybko, nadal wbijając wzrok w podłogę. Granie skruszonej i złamanej przychodziło jej dziecinnie łatwo.

– Taa… – Dłonią uniósł jej podbródek, spojrzał w oczy. – I jak zamierzasz mi to wynagrodzić, kurewko? – Zacisnął dłoń.

Skrzywiła się z bólu, jej oczy wypełniły łzy. Kiedyś, jak była mała, nauczyła się jak udawać płacz, teraz się przydało. Cieszyński poklepał ją lekko po policzku, stanął w rozkroku.

– Więc? Jak chcesz mnie zadowolić? Ale ma być ładnie i starannie, inaczej z wybaczenia nici, maleńka… – mówił rozbawionym tonem, przyglądając się jej z zadowoleniem. „Złamałem dziwkę, teraz będzie moją suką”. Wyobraził sobie, co Aleksandra mogłaby mu jeszcze dać, a raczej co mógłby wziąć…

Kobieta zrzuciła z siebie kurtkę i marynarkę, zostając w samym staniku. Cieszyński przyglądał się jej z pogardliwym uśmieszkiem, czekając na ciąg dalszy. Aleksandra uklękła, sprawnie rozpięła mu rozporek, zsunęła slipy, ukazując nabrzmiałego już penisa. Zaczęła go mocno masować dłonią, palcami dotykając jąder, odciągając co jakiś czas napletek. Cieszyński po chwili tej zabawy zniecierpliwił się, złapał ją za włosy i przyciągnął jej twarz do swojego kutasa. Zakrztusiła się, ale zaczęła posłusznie ssać i lizać. Robiła to z wprawą, dotykając równocześnie jego jąder palcami, masując je koniuszkami. Po chwili poczuła, że Cieszyński dochodzi. Nagle odsunęła usta, złapała jego penisa w dłoń, wstała, ścisnęła mocno stając nieco za Adamem, a drugą dłonią sięgając za gruby, błyszczący pas opinający jej talię. On nie zwracał na nią uwagi, krzyknął głucho i wytrysnął. W tym samym momencie Aleksandra odsunęła swoją dłoń, a drugą mocno ujęła rękojeść krótkiego sztyletu i cięła. Tuż nad jądrami.

Mocno, pewnie, wkładając w cios całą nienawiść, chęć zemsty. Niezwykle ostra klinga weszła w miękkie ciało jak w masło, pozbawiając Cieszyńskiego męskości. Prezes wrzasnął, szarpnął się, upadł na kolana i zaczął wyć. Nieludzko, na granicy zerwania strun głosowych, przeraźliwie. Aleksandra odsunęła się do tyłu, potężny strumień krwi zabarwił wszystko wokół na kolor głębokiego szkarłatu. Cieszyński wrzeszczał, bezradnymi rękami macając wokół i rozszerzonymi do niemożliwości oczami wpatrując się to w swoje sikające krwią krocze, to w leżącego obok penisa. Aleksandra zabrała swój żakiet, stanęła przed nim, chwilę przypatrywała się trzepoczącemu ciału i wytrzeszczonym oczom Wielkiego Pana Prezesa. I wyszła. Spokojnym, miękkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Wrzaski ustały, Cieszyński musiał zemdleć.

Na ustach błąkał jej się leciutki uśmiech.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Aaaauuuuuu! Jaki finał! Aż mnie zabolało, przez sam fakt emfatyzowania przez tą krótką chwilę z Cieszyńskim.

Kara surowa, okrutna, trudno nie uznać, że zasłużona… ale wciąż, aaaauuuu. Nikt nie powinien tego doświadczyć.

Dobre opowiadanie, z dynamiczną akcją i niezłymi scenami erotycznymi. Aż do tego momentu. Kategoria extreme w pełni uzasadniona.

Aaauuu!

Napisz komentarz