„Dziwka” w mundurze (kenaarf)  4.33/5 (3)

65 min. czytania

Z podziękowaniami dla st. szer. Pawła oraz st. szer. Łukasza.

Czekała. Stała przy oknie z dłońmi opartymi o parapet. Co chwilę nerwowo zerkała na tarczę sportowego zegarka. Miała jeszcze pół godziny, ale lubiła przychodzić przed nim – wcześniej traktowała to jak narzucony sobie obowiązek, później przyzwyczajenie, a w końcu przyjemność. Widok zieleni uspokajał, wręcz poprawiał nastrój. Zbierała siły. Musiała stawić czoło dzisiejszemu wyzwaniu, musiała liczyć się z konsekwencjami podjętej decyzji.

Godziny przed każdym poprzednim spotkaniem, a zwłaszcza ostatnie minuty, kiedy czekała na mężczyznę w pomieszczeniu będącym miejscem ich codziennych rozmów, przysparzały kobiecie wielu kłopotów i stresu. Od samego początku zakładała, iż mężczyzna nie należy do łatwych rozmówców, a i temat konwersacji zaliczał się do trudnych. Jednak mimo obaw pokonywała wewnętrzne opory i codziennie stawiała się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie. Miała poczucie misji, przemożną potrzebę niesienia pomocy. Całego świata nie da się uratować, nie wszystkim będzie w stanie ulżyć, ale może akurat w tym konkretnym przypadku wysiłek przyniesie w efekcie poprawę stanu człowieka, z którym się regularnie spotykała.

Dzisiaj powróciły nerwy, niczym przy pierwszym spotkaniu – nie wiedziała, czego się spodziewać. Nie potrafiła ułożyć sensownego scenariusza przyszłych wydarzeń. Jej rozmówca bywał nieobliczalny: w jednej sekundzie ze spokojnego człowieka mógł przemienić się w nieobliczalnego furiata.

Zapatrzyła się na przystrzyżony trawnik i wróciła pamięcią do ich pierwszych spotkań w tym pokoju.

* * *

Nie zapukał. Mimo iż czujnie nasłuchiwała kroków, nagłe szarpnięcie za klamkę wystraszyło ją i wyprowadziło z równowagi. Doskonale znała porywczość przybysza. Wiedziała, jaki potrafi być wybuchowy i dobrze przewidywała, że spotkania nie będą typowo koleżeńskie, jednak musiała podjąć wyzwanie, które przed nią mimowolnie postawił. Chciała w tym uczestniczyć. Chciała pomóc. Nie wiedziała, czy kieruje nią ambicja, duma. Może chęć pomocy wynikała z jej własnej traumy. A może przyczynę stanowiło coś tajemniczego, co kryło się w zimnym spojrzeniu mężczyzny, a co on tak usilnie starał się ukryć przed całym światem.

Wparował z impetem do niewielkiego pokoju i OD RAZU zawłaszczył całą przestrzeń dla siebie. Ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, na oko sto kilogramów umięśnionego i wysportowanego ciała. Stanął nieruchomo w rozkroku, odruchowo splótł ręce za plecami. Wbił w nią beznamiętne spojrzenie niebieskich oczu

Wystraszona wtargnięciem i przytłoczona osobą intruza, pod ostrzałem męskiego spojrzenia, poczuła się niepewnie. Schowała ręce pod biurkiem, na kolanach, wręcz wyłamując sobie palce – nie chciała zdradzać niepokoju. Pragnęła stać się na chwilę niewidoczna. Od dzieciństwa dobrze znała uczucie: chęć wtopienia się w otoczenie.

Cisza była krępująca. Żadne z nich nie wypowiedziało słowa. Chcąc przezwyciężyć zdenerwowanie, rozglądała się po pokoju. Dobrze znała wystrój, kremowe ściany, obdrapane biurko, niewygodne krzesła. Błądziła wzrokiem zażenowana. Absolutnie nie powinna się tak zachowywać, uczono ją zupełnie innej postawy. W końcu, po nieznośnie długiej chwili, odważyła się spojrzeć przybyszowi w twarz. W dalszym ciągu stał nieruchomo. Sprawiał wrażenie opanowanego, jednak znając jego wybuchowy temperament, zakładała, że spokój jest tylko pozorny. Mężczyzna bacznie się przyglądał. Taksował ją spojrzeniem, jakby chciał zapamiętać każdy, najdrobniejszy element budowy ciała. Jednak w spojrzeniu nie kryło się męskie zainteresowanie kobietą. Oceniał ją niczym wroga, kalkulował jakie straty może ponieść w związku z wizytami u niej. Widział, jak bardzo jest zdenerwowana. Płytki oddech; piersi wciśnięte, według jego oceny, w zbyt obcisły top, szybko unosiły się to opadały. Wzrok kobiety nadal błądził po małym pokoju, skrupulatnie pomijając milczącego intruza. Sytuacja poniekąd dość komiczna, jednak jemu nie było do śmiechu.

Paulina skupiła wzrok na ścianie, gdzie odprysnęła farba. Ubytek, nie wiedzieć czemu, przywodził na myśl wizerunek myszy. Pamiętała, że jeszcze jako mała dziewczynka, lubiła kłaść się na trawie i obserwować przepływające po niebie obłoki, próbując przypisać ich kształtom podobieństwo do czegokolwiek. Wyobraźnia zawsze podsuwała skojarzenie. Przed oczyma stawały księżniczki i smoki, ale najczęściej krowy, które mgliście pamiętała z wyjazdów do rodziny na wieś, gdzie zabierała ją babcia. Zabawy w twórczą obserwację nieba zapełniały nudę, a z biegiem czasu stawały się wręcz krzepiące, gdy znajdowała się w stresujących sytuacjach.

To, czego doświadczała teraz, nie można było nazwać towarzyską pogaduszką. Za wszelką cenę starała się ukryć zdenerwowanie. Wiedziała, że ucieczka przed kontaktem, jakimkolwiek, nic nie da. Odwróciła powoli głowę. Teraz albo nigdy, szeptała do siebie w duchu. Spojrzała na mężczyznę.

Żołnierz, podobnie jak Paulina, toczył ze sobą wewnętrzny monolog: „Do kurwy nędzy, co ja tu robię? Na cholerę mi to? Ta wystraszona pokraka w niczym nie pomoże, za słaba jest”.

Minuty mijały nieubłaganie. Mimo bacznej obserwacji, zerknęła na zegarek. Wojna na ciszę trwała już ponad trzydzieści minut. Chyba tylko czekał na tak wyraźny sygnał jej zniecierpliwienia. Twardy, chropowaty głos poderwał Paulinę z miejsca.

– No, na dzisiaj wystarczy. – Odwrócił się na pięcie. Jeszcze przez chwilę mogła oglądać plecy porucznika, moment później trzaśnięcie drzwi pozostawiło ją samą.

Wypuściła głośno powietrze z płuc. Rozluźniła mięśnie, dopiero teraz zdając sobie sprawę, w jakim napięciu spędziła ostatnie pół godziny.

Przed spotkaniem nie wiedziała, co z niego wyniknie. Taki ustalili plan. Miała tylko słuchać, nie wtrącać się, nie ingerować, nie ciągnąć za język. Po prostu niemy świadek. Porucznik Duda mógłby równie dobrze mówić do ściany, jednak potrzebował, by słuchała go żywa osoba, która zrozumie, co ma do przekazania. Nie interesowała go opinia słuchającego – tak twierdził.

Widywali się codziennie. Trzy kolejne spotkania stanowiły odzwierciedlenie pierwszego. Dopiero piąte przyniosło zmianę. Paulina przyzwyczajona już do stałego elementu ciszy i nieruchomej postawy wydała z siebie zdławione „och”, kiedy żołnierz silną dłonią, z krótkimi, mięsistymi palcami, chwycił oparcie pustego krzesła, przesuwając je pod samą ścianę. Po chwili za krzesłem powędrowało biurko, odsłaniając splecione w nerwowym tiku ręce kobiety.

– Tak będzie lepiej. – Słowa wypowiadał przez zaciśnięte zęby. Ledwo można było go zrozumieć. Gniew był najbezpieczniejszą i najlepiej znaną mu drogą ucieczki.

Paulina tylko kiwnęła głową, uniosła biodra i ciągnąc za sobą klekoczące krzesło, podsunęła się w okolice biurka. Domyślała się, co kieruje mężczyzną. Nie mógł znieść myśli, że ma usiąść tyłem do drzwi, które wraz z oknem stanowiły największe zagrożenie w małym pomieszczeniu.

– Poruczniku Duda – zaczęła. Wyszła z założenia, że skoro nastąpił postęp w jego zachowaniu, może pozwolić sobie na drobną zachętę.

Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je ze świstem przez nos. Wyraźnie się denerwował. Patrzył na nią z lekko pochyloną głową. Na dźwięk swojego nazwiska przybrał inny wyraz twarzy, jakby większego oddalenia i niepokoju. Wiedział, że nieuchronnie zbliża się moment, kiedy będzie musiał zacząć swoje opowiadanie. Kobieta prawie ugryzła się w język. Zganiła się w myśli – nie powinna w żaden sposób ponaglać, takie były ustalenia. Wszelka ingerencja mogła wywołać jednoznaczne niezadowolenie ze strony porucznika.

Mężczyzna odwrócił wzrok. Może spodziewał się, że odwołają spotkania. Z młodym oficerem czuła się niczym nowicjuszka, nie wiedziała jak postępować. Dopóki było to możliwe, starała się działać ostrożnie, aby nie prowokować.

– Poruczniku Duda. – Wbrew przemyśleniom intuicja kazała jej podjąć drugą próbę. Nabrała powietrza, aby kontynuować, jednak silny głos mężczyzny zepsuł jej plany.

– Wszystko przez te jebane flashbacki[i] – mówił głośno, ale nie krzyczał. Wbrew oczekiwaniom w głosie było dużo spokoju. – Odbija mi po nich. Wiesz, przez to cholerstwo jestem kimś innym, niż bym chciał, niż inni by chcieli.

Paulina delikatnie poprawiła się na krześle. Nie przeszkadzało jej, iż nie zwracał się do niej na „per pani”, jak to miał w zwyczaju poza ścianami tego pomieszczenia. Na przekleństwo w ogóle nie miała zamiaru zwracać uwagi. W sytuacjach stresowych żołnierze tylko w ten sposób się komunikują. Nie padnie przecież w rozmowie z dowódcą, czy kumplami hasło „użyj broni”. Padnie zwięzły, prosty komunikat: „napierdalaj stary”.

– Wszyscy się mnie, kurwa, boją.

Zaczęło się na dobre, pomyślała Paulina. Jeszcze raz poprawiła się na krześle, chcąc przybrać jak najwygodniejszą pozycję.

– Wiesz jak to jest – kontynuował żołnierz – kiedy żona patrzy na ciebie, jak na obcego? Jak dzieciak się przed tobą chowa? Nawet znajomi i sąsiedzi mnie unikają. I ja im się, kurwa mać, nie dziwię. Chleję na umór. Dopada mnie agresja. To co mam wtedy pod ręką, może za chwilę rozpierdolić się o ścianę. Wychodzę ze śmieciami i wracam po trzech dniach napruty jak świnia, śmierdzący, nieogolony. Więc ja się pytam: jak ma być normalnie, skoro ja już nie jestem normalny? Jak mają się mnie nie bać, skoro ja sam siebie się boję? Jak żona razem z dzieciakiem ma mnie uważać za fajnego gościa, skoro ja przestałem nim być?

Ostatnie pytanie zawisło w powietrzu. Ciszę w pokoju zakłócał ciężki oddech mężczyzny. Jego pierś unosiła się, to opadała gwałtownie. Zdawała sobie sprawę, ile GO TO wszystko kosztuje. Postanowiła nie ponaglać, przeczekać, nie odpowiadać. W końcu te pytania nie były skierowane do niej. To on musiał znaleźć na nie odpowiedź. I właśnie zaczął jej szukać.

– Miało być tak dobrze! Może nie pięknie, bo wiadomo, jechałem do obcego kraju, jako żołnierz. Miałem się wpierdalać z buciorami i berylem[ii]  do wiejskich chat, maszerować z nim po ulicy. Śmiechu warte. Przed wyjazdem to się strzelało z trzech naboi na dzień. A tam, kurwa, bywało i tak, że pięć magazynków szło, każdy po dwadzieścia pestek[iii]. Pierwsza misja była najgorsza. Po niej myślałem, że już więcej nie pojadę. Zresztą większość chłopaków tak ma i prawie wszyscy zostają w domach, a na misję jadą nowi. Ale jak nie pojedziesz na drugą i jeszcze kolejną, to nie przetrwasz. Błędne koło. Z pierwszej misji, z naszego grona, z naszych jednostek dwóch chłopa odjebało kitę. Antek… Antek po prostu wyszedł z domu, żona wspominała, że tylko na chwilę. Już nie wrócił. Powiesił się w lesie. Drugi skończył podobnie. Jeszcze kilku próbowało, ale tabletkami. Odratowano ich. – Przerwał na chwilę, oblizał nerwowo wargi. Oderwał wzrok od ściany i spojrzał wprost w ciemne oczy Pauliny. – Gdybym mógł cofnąć czas, nie pojechałbym, ani pierwszy, ani tym bardziej kolejny raz. – Świdrował ją wzrokiem, jakby doszukując się reakcji, śladu potępienia i wzgardy. Paulina miała niewzruszony wyraz twarzy. Wpatrywała się w spięte oblicze z największym spokojem, na jaki było ją stać.

– Nie ma się co okłamywać, kasa też była ważna. – Znowu zamilkł w wyczekiwaniu, by po chwili kontynuować: – Mieliśmy z żoną plany: nowy dom, kolejne dziecko. A tam można dziesięć tysięcy miesięcznie wyciągnąć. Ale powiem ci jedno! Ta kasa nie jest tego WARTA, aby później mój dzieciak mówił mi na „pan”. Ta kasa nie jest warta tego, że rodzina mi się rozjebała w drobny mak. Nie jest warta narażania mojego życia. A tłumaczenie tego innym i tak nic nie da. Wszyscy myślą, że teraz jestem bogatym chojrakiem i wszystko mam w dupie. Nikt się nie pyta: „Stary, jak było? Dajesz radę?”. Mam takie poczucie w środku, że coś totalnie spierdoliłem. Boję się.

Po ostatnim słowie wręcz zerwał się z miejsca, oparcie krzesła z łoskotem uderzyło w ścianę, powodując kolejny uszczerbek farby. Stanął na baczność i odmaszerował, trzaskając drzwiami jak zawsze.

Tego dnia Paulina została dłużej w pokoju, rozmyślając nad tym, co usłyszała. Analizowała przebieg spotkania. Niby niewiele informacji, ale w tych kilku zdaniach weteran zawarł wiele obaw. Porucznik przedstawił na razie jedynie zarys, przekazał strzępki informacji o swoim problemie i mimo, że było ich mało, Paulina miała o czym myśleć. W pamięci zachowała jego postawną sylwetkę. Z krótkich rękawów koszulki wynurzały się umięśnione ramiona, które w trakcie mówienia były napięte do granic wytrzymałości. Dłonie, podobnie jak ona, chował pod biurkiem, opierając je na kolanach. Siedział wyprostowany jak struna, nieruchomy niczym marmurowy posąg. Jednak Paulina żywiła przekonanie, iż w rzeczywistości porucznik Duda stanowił jeden, wielki kłębek nerwów. Myślała o następnym dniu. Zadawała sobie pytanie, czy pójdą kolejny krok naprzód i żołnierz będzie kontynuował swoją opowieść, czy może znów się zblokuje i staną w miejscu. Z zaspokojeniem ciekawości musiała poczekać do jutra.

Przestawiła biurko na miejsce. Stawiając się w pokoju następnego dnia, przyszła wcześniej, aby znowu je przesunąć pod ścianę. Zajęła swoje miejsce i czekała. Porucznik zjawił się jak zwykle punktualnie. Usiadł naprzeciw i lustrował ją przez chwilę. Paulina wyglądała na niecałe czterdzieści lat, była zadbaną i wysportowaną kobietą. Zmarszczki wokół oczu dodawały twarzy uroku. Wcześniej nie zwracał na to uwagi, jednak chwile, które spędzali razem, pozwalały na lepszą obserwację. Początkowo traktował ją jak bezimienną, obcą osobę, która ma wysłuchać jego opowieści. Od wczoraj widział w niej człowieka. Kobietę. Paulinę, której zaufał.

Usiadł na krześle, oparł dłonie na udach i zaczął mówić.

– Jestem w świecie cywilów. I nie potrafię w nim funkcjonować. – Pierwsze słowa znów przyszły mu z trudem, ale tym razem szybko przestawił się na tryb mówienia. – Wiesz, to tak, jakby tam w Afganie został spory kawałek mnie. Wszystkie moje uczucia i umiejętności. Na tym rozgrzanym piachu została moja zdolność komunikacji z ludźmi, a co gorsze, zrozumienie. Bo ja przestałem rozumieć, czego ode mnie chcą inni tutaj, na miejscu. U stóp Hindukuszu było wszystko jasne, klarowne. Były rozkazy, które trzeba było wykonać. W domu?… Mam być mężem, to nim kurwa jestem. Mam być dobrym bratem, proszę bardzo. Jestem nauczony zadań. Wracam do domu i dalej chcę wykonywać rozkazy, żeby nie czuć, nie wyrażać myśli, tylko odwalać kolejne zadania. Tutaj są radość i smutek, śmiech i łzy – emocje. Ja się tego boję. Żeby się sprawdzić tu na miejscu, trzeba umieć coś więcej niż strzelanie do talibów. Nasza armia nie ma na mnie pomysłu. Przyjeżdżam z misji i co robię? To samo co przed nią. Mam doświadczenie, umiejętności bojowe, ale tutaj nie mogę ich wykorzystać. Znowu dostaję trzy naboje i strzelam do tarczy. To się wydaje takie proste. Skoczyć tam, w inny świat, by po kilku miesiącach wrócić tu. Przestało mi się udawać utrzymanie równowagi między tymi światami. – Duda zamilkł. Zmarszczył brwi, jakby nad czymś intensywnie myślał. Utkwił chłodne spojrzenie w twarzy Pauliny. – Ja po prostu stamtąd nie wróciłem.

Pierwszy raz, odkąd zaczęli spotkania, poczuła, że udało im się nawiązać kontakt. Że jej zaufał. Wcześniej był typowy zwiad, badanie terenu. Sprawdzanie jej reakcji.  Czuła pewność, że brak ingerencji z jej strony było słuszną decyzją – opłaciło się.

– Wychodząc do sklepu i idąc po ulicy, czuję się jak na wąsach[iv]. Paczki, śmieci, reklamówki, już nie wspomnę o kablach, nierówności na płytach chodnikowych – to wszystko stanowi dla mnie potencjalne zagrożenie. To wszystko może okazać się ajdikiem[v] i rozpierdolić mnie na kawałki. Na początku udawało mi się nad tym panować. Rozglądałem się nerwowo, uważnie stawiałem każdy krok, ale dawałem radę – wracałem do domu z zakupami. Teraz… wracam do domu po pięciu godzinach bez zakupów. A żona nawet na mnie nie krzyknie. Boi się. Ona wie, że jest nas teraz dwóch, i że to, co widzi, to tylko zewnętrzna powłoka. Wie, że we mnie jest ten drugi, nieobliczalny, którego nigdy nie widziała, ale czuje go. Wiesz, ja to się dziwię, że jeszcze mnie trzyma, bo co ze mnie za mąż, ojciec, głowa rodziny? Jest bardzo silna. Mówi, że wszystko zniesie, wszystko wytrzyma, tylko nie odtrącenie. A ja co robię? Rzucam się na tę wyciągnięta w moją stronę dłoń z pazurami. Codziennie ją odtrącam. Nie pozwalam się zbliżyć, nie chcę, by zobaczyła tego drugiego mnie. Boję się. Boję się, że jak już zobaczy, to ucieknie, zostawi mnie. Ona i syn są dla mnie teraz całym światem, mimo, że nie umiem im o tym powiedzieć. Obwinia siebie, szuka swojej winy, a ja coraz bardziej nienawidzę siebie samego. Pyta, co robi nie tak. I co ja mam jej, kurwa, powiedzieć? Kochanie, jedź do Afganu. Zobacz, jak giną ludzie, twoi kumple, cywile, słodkie dzieci z tymi wielkimi, ciemnymi oczyma. Mam jej powiedzieć, że ci pierdoleni talibowie potrafią „ubrać” siedmioletnią dziewczynkę w środki wybuchowe, zakrywając je sukienką i wypuszczają nam wprost pod koła? Ona tego nie zniesie. Po tym wszystkim, gdyby mogła, strzeliłaby sobie w łeb. Chronię ją. Czy to tak ciężko zrozumieć? Czasami, kładę się obok niej w nocy i patrzę, jak oddycha. Wspominam. Masz męża?

Zasłuchana Paulina w pierwszej chwili nie zorientowała się, że pytanie jest skierowane do niej. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że w pokoju panuje cisza, a mężczyzna czeka na odpowiedź. To była pierwsza próba nawiązania kontaktu. Oczywiście nie można tego jeszcze nazwać dialogiem, ale jednak. Nawet tak małe rzeczy cieszyły. Patrzył na nią z wyczekiwaniem, widział, że intensywnie nad czymś myśli. Irytował się, że tak długo zwleka z odpowiedzią. Poruszył się nieznacznie na swym miejscu, dając do zrozumienia, że wciąż czeka.

– Tak, mam. – Głos trochę drżał. Obserwował, jak lekko uniosła podbródek, dodając sobie pewności.

– I co? Dogadujecie się?

– W pewnym sensie.

– Nie pierdol mi tutaj! Albo gadacie i się rozumiecie, albo nie. Proste! – krzyknął. Wcale nie miał takiego zamiaru, ale ostatnio ciężko mu było panować nad gniewem.

– Tak, rozmawiamy. Mąż mnie rozumie. – Paulina była przekonana, że taka odpowiedź zadowoli rozmówcę. Popełniła pierwszy błąd, nie udzielając jasnej, sprecyzowanej odpowiedzi. To już więcej się nie powtórzy, obiecała sobie w duchu.

– Co myślisz o Amerykańcach? – Padło kolejne pytanie.

Musiała zebrać myśli. Takie przeskoki z tematu na temat zazwyczaj są niebezpieczne. W głowie szybko układała odpowiedź. Nie zadał tego pytania od tak sobie, odpowiedź była ważna.

– Nie znam ich za dobrze – zaczęła. – Nie wiem, kogo konkretnie masz na myśli.

Czekała na znak, coś, co pozwoliłoby udzielić sensownej odpowiedzi.

– Żołnierze. Co o nich myślisz? – W pytaniu czaił się podstęp. Nie potrafiła domyślić się, o co chodzi.

– Amerykańscy żołnierze? Cóż, oni są specyficzni. Bardzo oddani i zaangażowani w ochronę swojego kraju – odpowiedziała po namyśle. Bacznie obserwowała twarz rozmówcy. Chciała z niej wyczytać, czy idzie słusznym tropem. Zdziwiła się. Twarz wygięta w dziwnym grymasie, kąciki ust lekko uniesione do góry. To chyba była namiastka uśmiechu.

– A no właśnie. Ja im po prostu, kurwa, zazdroszczę.

Już miała zapytać czego, ale powstrzymała się, postanowiła poczekać.

– Zazdroszczę im wiary i właśnie tego oddania. Oni w Afganie są po coś, mają cel i widzą sens przebywania tam i ryzykowania własnym życiem. Oni umierają z konkretnego powodu. Oddają życie za własną ojczyznę. – Zamilkł na chwilę, myślał nad czymś intensywnie. – Czytałaś Luttrell’a Marcus’a[vi]?

Paulina znowu zwlekała z odpowiedzią. Oczywiście, że czytała. To była głośna sprawa. Czterech żołnierzy wysłanych na akcję specjalną zaginęło w górach. Na ratunek został wysłany śmigłowiec, cała załoga zginęła w zastawionej pułapce. Z czwórki zaginionych przeżył jeden. To właśnie on napisał bardzo poruszającą książkę.

– Tak, czytałam.

– I co? Co tam było dla ciebie ważne?

– Ważne?… Przede wszystkim niezłomność charakteru i chęć przeżycia – odparła tym razem bez namysłu.

– Ja na jego miejscu dałbym się tam odjebać. Tu już nie chodzi o wpajane zasady, o ukończone szkoły, kursy, ojców generałów. 11 września 2001-go roku to jest klucz. To podstawa ich nastawienia. To ich kraj został zaatakowany. To ich rodacy zginęli w zamachu. Amerykańscy żołnierze czują, że robią dobrze, broniąc swojego kraju. Chcą zemsty, zadośćuczynienia i pewności, że drugi raz taka tragedia nikogo nie dotknie. Jakby wtedy stanął przede mną Osama, rozjebałbym mu łeb w jednej sekundzie. Ale na pewno nie miałbym z tego takiej satysfakcji jak amerykański żołnierz. Na pierwszą misję wyjechałem w 2008 roku. Od tamtego momentu minęły cztery lata. Do dnia dzisiejszego zginęło tam trzydziestu siedmiu polskich żołnierzy, to pewnie nie koniec. Najstarszy z nich miał trzydzieści dziewięć lat. Większość to młode chłopaki, grubo przed trzydziestką, lub chwilę po, tak jak ja obecnie. A Amerykanów? Wiesz ilu ich zginęło w Afganie na przestrzeni tego czasu? – Paulina pokręciła przecząco głową, jakoś nigdy się tym nie interesowała. – Prawie dwa tysiące. Jasne! Ktoś powie, że co to za PORÓWNANIE, ich stacjonuje tam około siedemdziesięciu tysi, nas jest dwa tysiące. A ranni… O nich się nie mówi, bo nie wracają w czarnych workach. Informacje dotyczące rannych są objęte embargiem. A przecież chłopaki wracają z totalną sieczką w głowie, bez rąk, bez nóg. Albo z ranami niewidocznymi dla otoczenia. Jednak to nieistotne. Amerykanie wiedzą, po co nadstawiają kark, dlaczego zostawiają żony, rodziny. A my? Ja? Nie jeżdżę tam z powodu honoru, wiary. Nie robię tego dla kraju, nawet dla siebie. Stawiam wszystko na jedną kartę dla niej, dla Lidki, żeby miała co małemu do gara włożyć; żeby było na rachunki. Nie umiem nic innego, niż trzymanie gnata i to, że razem tu siedzimy, świadczy o tym, że chyba dobrze mi to wychodzi. Ale brak mi przekonania, że robię coś słusznego. Jest jeszcze druga strona medalu i zajebiście mnie to wkurwia – polityka. Czasami, jak trochę wypiliśmy, chłopaki ze Stanów sami zastanawiali się nad sensem tej wojny. Przebąkiwali o ropie, terenach. O tym, że w zasadzie powielają działania ruskich, którzy przecież w efekcie końcowym ponieśli spektakularną klęskę. Jeden z amerykańskich żołnierzy po tym, jak mu czterech kolegów rozjebała mina i musiał ich do worków pakować, powiedział, że uganianie się za Osamą to pierdolony pic na wodę. Zaczął gadać o jakiś złożach. Nic wtedy nie rozumiałem, ale później na necie trochę poszukałem. Wiesz, że tam, w Afganie są złoża metali szlachetnych? Ale takich wyjebanie rzadkich. Wszystko z tablicy Mendelejewa. Chiny mają na to teraz monopol i Stany są od nich zależne. A te metale potrzebne są do rozwoju high–tech. Wiadomo, Ameryka pędzi do przodu z rozwojem na łeb na szyję, im to jest bardzo potrzebne. Więc ja się zastanawiam: w imię czego zapierdalam z nosem w piachu, szukając kabli? W imię polityki i to, kurwa, obcego państwa. Toż to się, kurwa, w głowie nie mieści. Ale co zrobić? Misja trwa. Rozkazy spływają, trzeba zapierdalać. My, sojusznicy, uganiamy się za cieniami. Chronimy ludność, pomagamy jak możemy. Jeździmy do wiosek, aby pomóc w budowaniu szpitali. Szkolimy Afgańskich policjantów. Powstała nawet Akademia Policyjna. Narażamy własne życie, aby jakoś ustabilizować tamtejszą sytuację. Tylko, kurwa, po co? Dla nabijania kabzy innym?

Porucznik przerwał swój monolog, zerknął na tarczę zegarka, wstał i wyszedł. Od tak, bez pożegnania. Przerwał swą myśl i po prostu poszedł, zostawiając Paulinę samą w obskurnym pokoju. Zanim się oddalił, rzucił jeszcze przez ramię spojrzenie na zgarbioną w tej chwili postać kobiety. Wiedział, że gdy zamknie za sobą drzwi, ona przestawi biurko na środek pokoju. Słyszał poprzedniego dnia, jak ciężki mebel sunął po linoleum, wydając przy tym charakterystyczne, niemiłe dla ucha zgrzytanie. Przez głowę przemknęła myśl, po co ona to robi, dlaczego mu pomaga? Tak szybko, jak owe pytania rozbrzmiały w umyśle, tak szybko Duda odsunął je na bok. To się nie liczyło, ona była nieważna. Spełniała rolę katalizatora, który albo mu pomoże, albo już nic nie da się zmienić.

Mimo usilnych postanowień, aby nie wracać do analizy przebiegu spotkania, cały dzień myśli błądziły wokół Pauliny. Zauważył, jak unosiła brwi, kiedy wspominał o rodzinie. Wyglądała wtedy komicznie: mała, zdziwiona dziewczynka. W takich chwilach dostrzegał w niej kobietę. Te pierwsze spotkania były dla niego trudne, w duchu przekonywał sam siebie, że są konieczne, dają szansę, aby znowu żyć normalnie. Jednak, kiedy zbliżała się wyznaczona godzina spotkania, codziennie ta sama, miał opory. Z biegiem dni jego nastawienie zmieniło się. Zaczął wyczekiwać wizyt w obskurnym pokoju. W życiu by się do tego nie przyznał, że sprawiały zadowolenie. Patrzenie na nią. Wykazywała żywe zainteresowanie tym, co mówił, ale w odmienny sposób, niż mieli to w zwyczaju inni ludzie. Czuł się, jakby ona była z nim TAM. Wiedział, że każde słowo do niej trafia, że rozumie. Czasami zdawało mu się, że kobieta pojmuje z jego wynurzeń więcej niż on. Przemyślenia na temat własnej sytuacji, odniesienie do wspomnień – wszystko utknęło w chaosie, nieuszeregowane. Trochę rodziny, trochę wojny. Totalny bałagan. Chciał to uporządkować, a ona wyglądała na osobę, która mogła w tym pomóc. Nie miał jednak w zwyczaju ułatwiać innym powierzonych zadań.

Paulina siedziała jeszcze przez chwilę w obawie, że porucznik mógłby wrócić i zastać ją przy przemeblowaniu. Upewniwszy się, że na korytarzu panuje cisza, a żołnierz odszedł na dobre, wstała i zabrała się do przesuwania mebli. Rozżalona nieco postawą mężczyzny; tym, że po kilku spotkaniach mógł chociaż powiedzieć „do widzenia”, zbyt mocno szarpnęła za kant biurka. Intensywny ból zapulsował w nadgarstku. Zaklęła siarczyście, rozmasowując obolałe miejsce. Tak naprawdę wcale nie krzyczała na paskudne biurko, które ją „zaatakowało”. Krzyczała na niego. I na swoją bezsilność.

Kolejne spotkanie zaczęło się nietypowo. Porucznik, wchodząc do pokoju, miał ją podaną na tacy. Dzięki przestawieniu mebli mógł, stojąc w drzwiach, zobaczyć jej kolana i ręce, dotychczas zawsze schowane. Po nieprzespanej, z powodu bólu ręki, nocy Paulina zrezygnowała ze śniadania i postanowiła z samego rana udać się do lekarza. Zalecił opaskę uciskową ograniczającą ruchy nadgarstka. Śnieżnobiały materiał rzucał się porucznikowi w oczy na tle szarości odzienia kobiety. Cały pokój sprawiał podobne wrażenie – szarobury, bez wyrazu.

– Co się stało? – padło krótkie pytanie.

– Eee, to nic takiego – zająknęła się Paulina.

– Nie pytam, co ci jest, tylko skąd to masz? – W głosie mężczyzny coś drgało. Złość, niepokój? Jak zwykle, ciężko było ocenić nastrój porucznika Dudy.

Kobieta zaklęła w duchu. Zapomniała o jego analitycznym umyśle. Czy był w stanie dostrzec, że biurko stoi dzisiaj kilka centymetrów bliżej? Więcej nie dała rady go przesunąć. Powinna skłamać i wymyśleć jakąś historyjkę? Lepiej nie. Złapana na kłamstwie, nadwyrężyłaby zaufania rozmówcy. Musi trzymać się prawdy.

– Pieprzone biurko! Jest za ciężkie. – Odwróciła głowę w stronę rozmówcy, badając, jak zareaguje.

Weteran przechylił głowę, co miał w zwyczaju, kiedy nad czymś intensywnie myślał.

– Biurko musi stać tu, gdzie stoi – zawyrokował.

Paulina zgarbiła ramiona na myśl o tym, że znowu będzie musiała walczyć z meblem.

– Od dzisiaj ja będę je przestawiał.

– Ale… – Paulina podjęła próbę protestu. Nie chciała, żeby traktował ją jak nieporadną, słabą kobietę. – Poruczniku Duda…

– Koniec tematu. – Uciął jej słowa głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Wydawanie rozkazów przychodzi mu z taką swobodą – pomyślała. Zazdrościła rozmówcy tej łatwości.

– Adam jestem. – Wyciągnął wielką dłoń w jej kierunku. Regulaminowe tytułowanie zaczęło mu działać na nerwy.

– Paulina. – Odwzajemniła uścisk. Silne palce objęły jej wątłą dłoń, która zupełnie zginęła w wielkiej łapie. Potrząsnął energicznie, powodując promieniujący ból od nadgarstka. Zacisnęła mocno zęby, żeby nie krzyknąć.

Po zaangażowanym, porównując z ich dotychczasową rezerwę, przywitaniu, nastąpiła konsternacja. Kobieta wbiła wzrok w czubki swoich tenisówek. Adam jeszcze chwilę stał nad nią. Czuła na sobie spojrzenie. Kątem oka widziała postawną sylwetkę. Gdyby teraz odwróciła głowę, na wysokości oczu miałaby jego… Nie, ten tor myślenia jest niedozwolony – szybko zganiła się w myślach.

Był sierpień, wyjątkowo gorący dzień. Otwarcie okna okazało się błędem – zamiast dostarczyć choć odrobinę przewiewu, pogarszało sytuację. Wlewający się do środka żar był uciążliwy. Koszulka lepiła się do ciała. Czekając na Adama, czuła, jak u samej nasady włosów, tuż przy karku, zbierają się kropelki potu. Teraz, pochylając głowę, odsłoniła kark. Końce włosów, upiętych wysoko i ściągniętych gumką w koński ogon, opadały na lewe ramię. Przez chwilę czuła oddech porucznika na odsłoniętym kawałku ciała. Stał nad nią kilka nieznośnie długich minut. Przytłoczona jego bliskością, jeszcze bardziej się zgarbiła. Lekko pochyliła głowę w lewo, próbując odseparować się od obecności mężczyzny, jednak ciągle miała go w zasięgu wzroku. Zauważyła, że ręka żołnierza uniosła się na ułamek sekundy. W powietrzu tuż przy karku poczuła ruch, który przyniósł przelotny i delikatny powiew. Wysiłkiem woli powstrzymała ruch głowy.

Adam poruszył się gwałtownie, obszedł biurko i zajął swoje miejsce. Dopiero kiedy usiadł, Paulina odważyła się podnieść głowę i spojrzeć mu w oczy. Ze spojrzenia nie dało się nic wyczytać.

Żołnierz w milczeniu obserwował kobietę. Co mu strzeliło do łba? Dobrze, że w porę się opamiętał. Czy widziała, jak podniósł rękę z zamiarem pogłaskania odsłoniętego karku? Ciemne oczy Pauliny patrzyły na niego z ciekawością. Była jak wielki znak zapytania i nie potrafiła tego ukryć. Widziała. Idiota – wymyślał sobie w myślach. Musiał szybko przejść do codziennego rytuału. Musiał zacząć mówić, żeby odwrócić uwagę od tego, co się przed chwilą stało.

Paulina widziała zakłopotanie i oczywiście gniew. Nie wiedziała, co było powodem jego rozdrażnienia, ale postanowiła mu pomóc, przecież po to tu tkwiła.

– Poruczniku… – szybko przerwała, przypominając sobie o tym, że są już po imieniu. – Adamie, wczoraj skończyłeś na tym, że ciężko ci znaleźć sens wykonywanej pracy. Wspominałeś…

– Nie traktuj mnie jak chłopca, Paulino – wycedził przez zęby – doskonale wiem, na czym skończyliśmy.

Widziała, że jest o krok od wybuchu. Nie chciała być powodem jego złości. Bała się. Nie, była niebywale przestraszona – to zdecydowanie trafniejsze określenie obrazujące jej obecny stan ducha.

Widok przelęknionych oczu otrzeźwił Adama. Złość, która chciała znaleźć ujście, buzowała silnie w jego umyśle. W takich chwilach krzyczał, rzucał przedmiotami. Teraz nie mógł tak postąpić – wróciłby do początku, do pierwszego spotkania z kobietą tutaj, w tym pokoju. Nie po to, do jasnej cholery, kłócił się sam ze sobą; nie po to słuchał z niesmakiem swojego zmienionego emocjami głosu, kiedy opowiadał o problemach, żeby teraz się poddać. To nie leżało w jego naturze. Musiał skupić się na niej. Ona była powodem, dla którego warto się opanować. Dotychczas tylko Paulina wykazała chęć pomocy. Na swój sposób podziwiał ją. Nie musiała tu być. Mogła po prostu wstać, nawrzucać mu, ile wlezie, trzasnąć drzwiami i nie wrócić. Zdawał sobie sprawę, że należy do bardzo trudnych rozmówców. Nie mógł nie docenić jej starań, tym bardziej teraz, gdy patrzył w rozszerzone z lęku czarne źrenice.

– W wojsku, jak dobrze wiesz, panuje hierarchia – zaczął zbyt głośno, gdyż kobieta znowu podskoczyła na krześle. – I nie chodzi tu o stopnie, ale o robotę ważniejszą i tą mniej ważną. Taki GROM na przykład. Ich się szkoli zazwyczaj w trzech kierunkach – ląd, powietrze, woda. Pracują w sprawdzonych grupach. Znają się jak łyse konie, jeden za drugiego odda życie bez wahania. Tutaj też jest kilku takich, co to się z jednostki jeszcze zna. Ale coraz częściej przychodzą obce chłopaki, z innych województw spływają. Ci w jednostkach elitarnych zajmują się ważnymi sprawami. A my? Szaraki pierdolone. Łazimy po hajłeju[vii], szukając ajdików lub śpiochów[viii]. Czasami na doczepkę dają nam dziewczynki[ix]. Kurwa, szlag człowieka może trafić. Nie dosyć, że chodzimy z nosem w piachu, ciągle w stresie i napięciu, to jeszcze musimy ich pilnować. Wiesz, jak to jest. Amerykanie mają zajebisty sprzęt, pod tym względem są uprzywilejowani. A jednocześnie to ich słaba strona. Są pewniejsi siebie, polegając na urządzeniach. Nam przejebanie się przez kawałek ziemi zajmuje kilka godzin, a im prawie połowę mniej. Tylko, że oni częściej tracą nogi niż my. Talibowie to nie głupie marionetki, to zuchwałe i inteligentne skurwysyny. Mają wiedzę na temat sprzętu, jaki mamy. Szybko się uczą. Media często rozpisują się o wadach naszej broni, o jej niedociągnięciach, słabych punktach. Pismaki nie myślą, zapominają, że po drugiej stronie czyta ich wypociny bezwzględny terrorysta. I że on wcale nie jest zwykłym wieśniakiem. Bardzo często to ludzie, którzy uczyli się w Stanach. Znają dwa, trzy języki. Mają rozeznanie i wiedzę, z którą później przyjeżdżają tutaj. Chowają się w górach, organizując obozy treningowe, z których wychodzi nowa armia Osamy. Gotowi na wszystko fanatycy, którzy bez wahania oddadzą życie w imię przekonań. – W miarę jak porucznik mówił, jego głos się uspokajał. Teraz już nie krzyczał i nie rzucał gromów spojrzeniem. Znowu przechylił lekko głowę. Ciałem był tutaj, na wyciągnięcie ręki, jednak jego myśli krążyły tysiące kilometrów stąd. – Wiesz, jak pojechałem pierwszy raz, nasz sprzęt to była katastrofa. Widzieliśmy, czym posługują się Amerykanie. Jakie profesjonalne mają wyposażenie. A my? Goły gnat. Bez lunet, bez celowników, bez osłon. Kamizelki kuloodporne to był wymysł idioty, który chyba nigdy nie był w wojsku. Niezliczona ilość kieszeni. Przed wyjazdem dostajemy dwa i pół tysiąca na własne uposażenie. Na drugą misję kupiłem sobie porządną, amerykańską. Sporo za nią dałem.  Kilka rzeczy dokupiłem jeszcze w Bagramie, w pieksu[x] – buty, gogle, magazynki i bluzę. Bo te nasze miały fatalne kaptury. Jak założyłaś na łeb, stawałaś się idealnym celem, łatwo było w niej zarobić kulkę. W Bagramie my, Polacy, zawsze urzędowaliśmy trochę dłużej. A wszystko przez brak własnego sprzętu. Po prostu, kurwa, nie mieliśmy czym wrócić do kraju. Czasami zabieraliśmy się na zakładkę z Amerykanami. W ogóle to chłopaki, którzy byli przed nami, opowiadali, jak Amerykanie początkowo reagowali, gdy nasi wyciągali laptopy. Oni żyli w przeświadczeniu, że do nas technika jeszcze nie dotarła i że hasła KOMPUTER”, „internet” znamy jedynie z filmów. Dla nich śmieszne. Dla nas upokarzające. A co do sprzętu… Nasze Rosomaki, Paulina, co ja ci będę opowiadał. Były dobre, ale straszliwie gołe. Bez osłon, bez dobrego pancerza, w środku pojedyncze pasy, nawalające monitory. Na początku chłopaki sami je doposażali. Woleli wydać własną kasę, niż narażać się na rozjebanie na pierwszym lepszym ajdiku. Chcesz, to opowiem ci coś.

Paulina nie wyczuła w słowach porucznika znaku zapytania, jednak wiedziała, że mężczyzna czeka na zachętę, najmniejszy sygnał zainteresowania. Może chciał też w ten sposób załagodzić swój wybuch sprzed kilku minut.

– No to dawaj. – Przestawiła się na język rozmówcy, dając mu tym samym do zrozumienia, że jest z nim; że cokolwiek by nie powiedział, ona jest po jego stronie. Niczym kumpel tam, na rozgrzanym piachu, na którego zawsze można liczyć.

– No więc, jak pojechałem pierwszy raz, to było krótko po tej sprawie w Nangar Khel. Cała ta awantura, nagonka na nas, na chłopaków. Mówię ci, kurwa, nie zasłużyli sobie na to.

Duda wyraźnie znowu zaczął się denerwować. Paulina nie wiedziała, czy jest to spowodowane tym, co miał powiedzieć, czy może wspomnieniem incydentu. Kolejne słowa były wypluwane jak z karabinu – mówił głośno, rytmicznie.

– Jechaliśmy z chłopakami na patrol. Kolumna liczyła sześć świniaków[xi]. Wolimy je od Humveei, są cięższe i dlatego bezpieczniejsze. Nawet jak najedziemy na ajdika, to przynajmniej nie wypierdolimy się do góry nogami w złomie. Co z tego, że unikniemy rozerwania, skoro nie będziemy mogli się wydostać na zewnątrz. A musisz pamiętać, że takie wybuchy to w większości przypadków są pułapki. Talibowie tylko czekają, ukryci gdzieś i obserwujący sytuację. Wcześniej czy później by nas wystrzelali co do jednego. Rozjebali by takiego Humveei’a granatnikami. Nic by z nas nie zostało. – Porucznik kolejny raz zamilkł. Zbierał myśli. – Wyjechaliśmy z samego rana. Sprawdziliśmy broń, baterie, camele[xii]. Mieliśmy przejeżdżać przez teren, gdzie zawsze się coś działo. Wszyscy byli wyraźnie poddenerwowani: albo milczeli, albo głupio żartowali. Dojeżdżaliśmy już do zabudowań. Teren wyboisty, lekko pagórkowaty. Po lewej stronie wioska, jakieś pięćset metrów przed nami, w tle wzgórza – idealne miejsce dla talibów. Na poboczach skały blokujące przejazd, zresztą brak było śladów stóp, butów, co oznacza, że nikt tam nie chodzi. A dla nas, żołnierzy, to znak, że mogą być ajdiki… Pierwszy wóz się rozpierdolił. Chłopaki przez radio nadali, że wszyscy żyją, ale dwóch jest poważnie rannych i natychmiast potrzebują wiatraków[xiii]. W zasadzie to powinniśmy siedzieć w „świniakach” i czekać na Amerykańców, aż przylecą, zrobią rozeznanie – przepisy. Ale chłopaki na przodzie mieli problem. Urwało się koło, drzwi się zblokowały, trzeba było pomóc. Wyszliśmy. Ustawiliśmy się w szyku bojowym. Od strony wioski padło kilka strzałów. I wiesz, co mogliśmy zrobić? Pieprzone, kurwa, nic! – Teraz Duda już krzyczał. – Pierdolone prawo, przepisy, konwencje. Jednemu z chłopaków mignęła postać, ale nie wiedzieliśmy, czy ma broń. Nie mogliśmy strzelać – obowiązuje sto procent identyfikacji celu. A przeczucie podpowiadało, że to jeden z nich – terrorystów. Tyle, że wpierdalając mu kulkę w łeb, dla społeczeństwa bylibyśmy mordercami. Przyszłaby starszyzna wioski, oczekując zadośćuczynienia. Chwilę później cała Polska trąbiłaby już, że żołnierze znowu odjebali cywilów. Tyle, że tam nie wiesz, kto jest kim. Nie wiesz, czy masz przed sobą taliba, czy szyitę, sunnitę, a może zwykłego wieśniaka, co dostał dwa dolce i podłożył ładunek. Walczysz z nimi wszystkim, a przede wszystkim sam ze sobą, żeby nie strzelać do każdego. Talib to nie narodowość. To uczeń Koranu, może być każdym i nikim.

Porucznik przerwał monolog. Tego dnia mówił dłużej niż zwykle. Ani razu nie zerknął na zegarek, jednak Paulina żywiła przekonanie, że doskonale zdawał sobie sprawę z upływu czasu. Stawiając kropkę przy ostatnim słowie, nie zerwał się z krzesła, jak to miał w zwyczaju. Łapska, które zawsze spoczywały na kolanach, powędrowały na blat biurka. Oparł na nim łokcie, wyciągając przed siebie dłonie, które idealnie przywarły do powierzchni mebla. Przechylił lekko głowę i nieznacznie skłonił się w kierunku Pauliny.

– A ty? Jaki masz problem? – Zazwyczaj zimne spojrzenie nabrało teraz ciepła. Patrzył na kobietę, cierpliwie czekając na odpowiedź.

Zapytana odruchowo odsunęła się od brzegu mebla. Przylgnęła plecami do oparcia krzesła, starając się zachować spokój. Porucznik wydawał się opanowany, jednak nie wiedziała, czego oczekiwać. Stoicka postawa mogła być tylko grą. Miała pewność, że mężczyzna nie powiedział jeszcze najważniejszego. Przez ostatnie dni Paulina składała w całość postać Adama. Czuła, że czegoś mu brakuje; że jest cały tylko na pozór. Postawą i słowami nieświadomie starał się ją przekonać, iż wszystko z nim dobrze. W jego przypadku istota braku skrywała się głęboko. Zastanowiła się nad zadanym pytaniem. Co było intencją Adama?

– Nie rozumiem – odpowiedziała cicho – czego dotyczy twoje pytanie.

– To proste pytanie, Paulino. Każdy ma swoje problemy. Od kilku dni ględzę ci o swoim pochrzanionym życiu. Wiesz o mnie więcej, niż bym chciał. Może teraz ty coś mi o sobie powiesz? – Porucznik uśmiechnął się nieznacznie. Wyglądał inaczej niż zawsze – nie był spięty, a uśmiech nadał twarzy uroku i niemal figlarnego wyrazu.

– Poruczniku Duda… – Świadomie wróciła do oficjalnego zwrotu. – …Nie spotykamy się tu z mojego powodu. Mieliśmy pracować nad pańskim… – Zamilkła na chwilę, szukając odpowiedniego sformułowania. – …Problemem.

Otwarta postawa porucznika uległa zmianie. Odsunął tułów od biurka, splótł ręce na piersi. Paulina poczuła, że trzeba coś zrobić. Musi zatrzymać tego ciepłego i sympatycznego faceta, którego przez chwilę miała możliwość zobaczyć. Rzuciła wszystko na jedną szalę.

– Boję się życia – wyszeptała, spuszczając głowę. Bała się spojrzeć mu w twarz.

– Paulino, popatrz na mnie.

Ciepły, wręcz przyjazny głos zaskoczył kobietę. Spojrzała na żołnierza. Niebieskie oczy kryły iskierkę, której nie potrafiła zinterpretować.

– Powiedz, o co chodzi? Czego się obawiasz? – Nie dawał za wygraną.

– To nie jest łatwe pytanie. – Poddawała się chwili i urokowi mężczyzny. – Sama nie potrafię na nie odpowiedzieć. Chyba po trochu wszystkiego. Tej odpowiedzialności za siebie, za innych przede wszystkim. Każda moja decyzja ma wpływ na coś, na kogoś.

Adam patrzył na kobietę z ciekawością i współczuciem. Domyślał się, że wiele kosztowało ją mówienie głośno o swoich obawach.

– Paulino… – Nie wiedział, jakich słów użyć. Nie potrafił znaleźć właściwych, które dodałyby jej otuchy.

– Nie, Adamie, dosyć. Nie chcę o tym rozmawiać. Nie umiem. Skupmy się na tobie, tak jak planowaliśmy. Może kiedyś…

Odpuścił. Może miała rację, może to nie był odpowiedni moment.

Od tamtego dnia ich relacje znacznie się ociepliły. Ona nie była już tak spięta i wiecznie wystraszona. Patrzyła na niego z ufnością. On uspokajał się przy niej. Powoli uczył się panowania nad gniewem, który towarzyszył mu od dawna. Dawała mu poczucie spokoju. Coraz częściej przesypiał noce bez krzyków i zrywania się z łóżka. Potrafił zapanować nad wydarzeniami, których doświadczał tam, w Afganie. Wiedział, że dzieją się w przeszłości. Nadal jednak nie potrafił kontrolować obrazów, jakie ukazywały mu się w ciągu dnia.

Przy jednej z kolejnych rozmów starał się do swoich obsesji nawiązać.

Konwersacja zaczęła się standardowo. Opowiadał o ciężkim konwoju. Problemy pojawiły się już na samym początku wyprawy. Później było coraz gorzej. Chłopaki stawali się coraz bardziej spięci, poddenerwowani. Kilka razy musieli zatrzymywać pojazdy. W końcu mocno spóźnieni dotarli do jednej z wiosek.

– Niby wszystko było w porządku. Dzieci OD RAZU nas przywitały, wyciągając ręce po prezenty. One cieszą się nawet z długopisu. Zaczęliśmy się gramolić ze świniaków. Obstawiliśmy kolumnę i zabraliśmy się za rozpakowanie skrzyń. Nawet nie pamiętam, co wtedy przywieźliśmy. Sądzę, że sprzęt ambulatoryjny, bo tam miał powstać szpital. To rozładowywanie trochę nam zajęło, później przenoszenie ładunku do wyznaczonego miejsca. Razem z kumplem taszczyliśmy ciężką skrzynię. Klęliśmy na czym świat stoi. Trochę przy tym żartowaliśmy, próbując rozładować napięcie, które towarzyszyło nam od samego rana. I jakoś tak się stało, że pomyliliśmy chaty. Oparłem się barkiem o drzwi i wpadliśmy do środka zaciemnionego pomieszczenia. Dopiero wtedy, kiedy zamknęliśmy jadaczki, dało się słyszeć muzykę. Spinka, ten mój kumpel, stanął jak wryty. Zerknąłem w stronę, gdzie się gapił. Pod ścianą stała grupka… No właśnie, wtedy nie wiedziałem, chłopców czy dziewczynek. Małe dzieci odziane w kolorowe sukienki. Wymalowane, z przyczepionymi dzwoneczkami u kostek i nadgarstków, patrzyły na nas z przerażeniem. Chwilę mi zajęło poskładanie tego wszystkiego do kupy. Krzyknąłem na Spinkę, żeby przyprowadził kogoś, kto choć w minimalnym stopniu zna angielski. Wrócił z kimś ze starszyzny. Potwierdziło się, że w wiosce mieszkają Pasztunowie. To taka grupa etniczna dzieląca się na plemiona i rody, chyba najstarsza na świecie, z długoletnią tradycją. Moje obawy niestety się spełniły. Czasami w Bagramie zaczepiali nas młodzi chłopcy, oferując seks w zamian za kasę. Słyszałaś o bacha bazi[xiv]? Ja wolałbym o tym nigdy nie usłyszeć. Tłumacząc na polski, bacha bazi znaczy mniej więcej tyle co „chłopiec do zabawy”. W tej wiosce było ich pełno. Dzieci w wieku już pięciu, sześciu lat są werbowane do specjalnych grup. Trafiają pod opiekę swojego przyszłego pana. Przez kilka najbliższych lat są uczone gry na instrumentach, ale przede wszystkim uczą się tańczyć. W ten sposób zarabiają na siebie i swojego właściciela. Na specjalnie organizowanych spotkaniach w wąskim gronie wdzięczą się do zboczonych frajerów. Ci wybierają sobie ulubieńców i… pieprzą te biedne dzieci. U nich to jest normalne. Taki rodzaj pedofilii jest powszechnie akceptowany. Mimo, że islam zabrania homoseksualizmu, to jednak Pasztunowie interpretują Koran na swój sposób. To jest uwarunkowane kulturowo, bierze się z odseparowania kobiet. Taki mały chłopczyk już w wieku siedmiu lat zabierany jest od matki, a między siódmym i piętnastym rokiem życia musi przejść obowiązkową inicjację seksualną. Kiedy pierwszy raz się z tym spotkaliśmy, to był szok i odraza. Nastoletni chłopcy chcieli nas uwodzić. Mieli pomalowane usta, paznokcie. Byli groteskowo przebrani. Wiedzieliśmy, jak dzieciaki prowadzają się ze swoimi panami. Dla nas to było chore. Kiedy wróciłem do kraju po pierwszej pobycie, widziałem wszędzie na ulicy te obrzydliwe mordy. Każdy zarośnięty facet był jebanym Pasztunem. W każdym widziałem zagrożenie dla mojego synka. Raz… raz nawet obiłem brodatemu facetowi mordę, bo odezwał się w sklepie do małego. Najgorsze jest, że im się wydaje, iż skoro żołnierz jest odseparowany od kobiet, to z chęcią skorzysta z usług oferowanych przez tych chłopaków. Dobrze wiedzą, że nie jest nam łatwo bez bab. Ale powiedz, kim musielibyśmy być?  Co musiałoby się stać, żeby tak nas odczłowieczyć? Kiedyś o tym myślałem. Nie gadałem o tym z chłopakami, zresztą oni pewnie myśleli o tym samym, ale póki nie było potrzeby, nikt nie chciał się wychylać. Zastanawiałem się, czy będąc tam wystarczająco długo, czy przesiąkając tamtejszym klimatem, czy byłbym… czy umiałbym? Rozumiesz, o co mi chodzi? Najgorsze, że nie wiem. Teraz to łatwo jest powiedzieć, że prędzej dałbym sobie jaja urwać, niż zniżyć się do ich poziomu, ale tak naprawdę nikt nie wie, co byłoby gdyby. I dlatego to, co tam się działo, ciągle mnie prześladuje. Dziwne, że nie prześladuje mnie obraz porozrywanych członków, widok brunatnej krwi. Mój problem to zwykłe normalne życie, za którym tęsknię. Mam je na wyciągnięcie ręki, a nie potrafię złapać.

Tego dnia porucznik skończył swoją opowieść i przez kilka kolejnych dni nie wracał do tematu teraźniejszości. Poruszane kwestie znów tyczyły się jedynie pobytu w Afganie. Paulina czuła jednak, że zatacza koła wokół tego, co sprawiało mu problem tu, na miejscu. Próbował ją jeszcze kilka razy zagadnąć, dowiedzieć się, co ją gnębi. Za każdym razem kręciła głową, odmawiając odpowiedzi. Rozumiał, nie nalegał. Na nią nie przyszedł jeszcze czas.

Spotkania przebiegały utartym torem: Adam mówił, słowami kreślił obrazy, które żywo tkwiły w pamięci. Obrazowo przedstawione wspomnienia stawały jak żywe w głowie Pauliny. Słuchała uważnie, w umyśle odnotowywała każde słowo.  Wspólnie spędzane chwile z każdym kolejnym spotkaniem nabierały żywszego, bardziej przyjacielskiego charakteru. Początkowo postawiona bariera, zarówno emocjonalna jak i fizyczna, powoli topniała. Nie brakowało przyjacielskiego poklepywania po ułożonej równo na blacie biurka dłoni. Patrząc z boku na tych dwoje, można było odnieść wrażenie, że Adam wręcz szuka tego kontaktu. Wyciągał przed siebie dłoń, prawie prostując kończynę w łokciu. Paulina długo nie reagowała, omijała wręcz wzrokiem wyciągniętą w jej kierunku rękę. Kiedy w końcu odważyła się na pierwszy, przelotny dotyk, poczuła przyjemne ciepło, krzepiącą siłę. Coś na kształt lekkiego dreszczu, przebiegło po plecach.  Nawet tak drobne przejawy sympatii wzbudzały w obojgu poczucie zaufania, a czasami wręcz intymności.

Kobieta za punkt honoru postawiła sobie wydobycie z mężczyzny najciemniejszych i najbardziej mrocznych wspomnień. Chciała dać mu wsparcie i zrozumienie. Adam długo walczył ze sobą, traktując swą rozmówczynię jedynie jako katalizator wspomnień. Zdając sobie sprawę, że od rozmów mogło zależeć jego dalsze życie, wyrzucał z siebie to, co od długiego czasu trawiło umysł i nie dawało normalnie żyć. Czasami dawał ponieść się emocjom bardziej niż zwykle. Nie zdając sobie z tego sprawy, przechadzał się po ciasnym wnętrzu pokoju. Opierał dłoń na wątłym ramieniu kobiety, szukając wsparcia i zrozumienia. W trakcie chwil zapomnienia miał również w zwyczaju podchodzić do okna. Nigdy nie stawał do niego frontem, zawsze podchodził z boku i wręcz wyglądał zza okiennej framugi. Paulina obserwowała go wtedy skrycie, podziwiając rosłą sylwetkę.

Temat kolejnej rozmowy, a w zasadzie monologu mężczyzny, był nieunikniony. Kilka razy zdarzało mu się wcześniej coś przebąkiwać odnośnie seksualnego aspektu życia po misjach, jednak tym razem porucznik Duda zaskoczył Paulinę swą otwartością i bezpretensjonalnością.

– Często pieprzysz się ze swoim mężem? – Zadając to pytanie, patrzył wprost w oczy kobiety. Ani jednej mięsień na jego twarzy się nie poruszył. Rzucił pytanie, jakby rozmawiali o dzisiejszej pogodzie.

Zmieszana Paulina szybko uciekła wzrokiem, nieprzygotowana do udzielenia odpowiedzi w tak intymnej kwestii. Zapadła krępująca cisza, jednak Adam nie miał zamiaru odpuścić.

– Paulino? – Ponaglał.

– Nie pieprzę się z nim wcale – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Za pieprzenie uważała ostry seks z dużą ilością przemocy, bólu. Ostre bzykanko to już zupełnie co innego. Jednak przeważnie po prostu kochała się z mężem. Oddawała mu siebie, powoli, delikatnie, odkrywając swą kobiecość, kusząc i zachęcając. Zawsze było tak samo, bez pośpiechu. Mąż nigdy nie narzekał. Powtarzał, że uwielbia smakować każdą minutę spędzoną wspólnie i że zbytni pośpiech odebrałby mu przyjemność ze wspólnego obcowania. Owszem czasami kochali się pospiesznie, bardziej gwałtownie, ale nawet wtedy dbali o szczegóły. Więc nie, zdecydowanie nie pieprzyła się ze swoim mężem.

– Chcesz mi wmówić, że, jako dojrzała kobieta posiadająca męża, wcale nie uprawiasz seksu? – zapytał z lekkim niedowierzaniem i kpiną w głosie.

– Pytałeś o pieprzenie. Owszem uprawiamy seks, ale chyba nie taki, jaki ty masz w zwyczaju uprawiać. – Paulina podniosła głos o oktawę. Nie rozumiała w pierwszej chwili, do czego zmierza ta wymiana zdań. Nikt nie miał prawa wchodzić bez istotnego powodu w jej intymne życie, zwłaszcza z buciorami, jak robił to teraz porucznik Duda.

– Zajebiście śmieszne! Tobie się wydaje, że co…? Że tłukę żonę, sprawiam jej ból i domagam się tego, co mi się należy? Jesteś taka jak inni. Oceniasz mnie idiotycznymi kryteriami! Pamiętaj, z kim rozmawiasz. Może cię to zdziwi, ale potrafię… potrafiłem kochać się z żoną, bo właśnie o to cię pytałem.

Na policzki kobiety wypełzł delikatny rumieniec wstydu. Zbyt osobiście podeszła do rozmowy, wyciągnęła pochopne wnioski.

– Przepraszam, nie chciałam żebyś… żebym… – Nie potrafiła wyartykułować ułożonych w myśli słów.

Adam przyglądał się jej chwilę. Znów przechylił lekko głowę. Na czole pojawiła się charakterystyczna kreska oznaczająca skupienie.

– Przed pierwszą misją… Lidkę poznałem u kumpla na imprezie na długo przed wyjazdem. Od słowa do słowa jakoś się zgadaliśmy. Już na samym początku iskrzyło. Była ta chemia, bardzo mi się podobała. Nie da się ukryć, że wielki ze mnie chłop, ale zawsze kręciły mnie niskie babeczki. Lidka sięga mi dotąd – porucznik zaznaczył miejsce na swoim ciele, gdzieś w okolicy piersi. – Żeby pocałować ją w czubek głowy, muszę nieźle nagiąć karczycho. – Roześmiał się. – No co ci będę ściemniał, kręciła mnie. Do dzisiaj faceci oglądają się za nią na ulicy. W ogóle to w porządku kobieta jest. Zawsze o wszystkim mogliśmy pogadać. To nie tylko moja kobieta, żona, to również mój przyjaciel. A teraz wszystko się popierdoliło. Przed wyjazdem na pierwszą misję ciągle mieliśmy na siebie ochotę. Potrafiła mi obciągnąć w trakcie śniadania. Dobierałem się do niej przy każdej sposobności. Korzystaliśmy z każdej wolnej chwili, aby cieszyć się sobą. Pojawienie się dziecka nic nie zmieniło. Chłopaki opowiadali, że ich baby to się zrobiły nietykalskie. Bo dziecko, bo wiecznie zmęczone! Wiecznie im coś nie pasowało. A ja… ja trafiłem na małą nimfomankę: kochała siebie, akceptowała; kochała mnie i okazywała to na różne możliwe sposoby. I wbrew twoim osądom potrafiliśmy się pieścić godzinami. Znam każdy zakamarek jej ciała. To zawsze ona była ta szybsza, bardziej niecierpliwa. Lubiłem długo ją smakować. Zwodzić. Ależ się wkurwiała. Nie ukrywam jednak, że to te bardziej podkręcone zabawy dawały nam satysfakcję. Po pierwszym powrocie z Afganu wszystko się jebło. Tam na miejscu o niczym innym nie myślałem. W gorsze dni zamykałem oczy i widziałem Lidkę. Zawsze nago. Niby rozmawialiśmy przez neta. Na początku kilka razy chciała nawet striptiz mi zrobić, ale tam nie ma atmosfery. Nie ma się gdzie schować. Chłopaki tylko łypali, żeby podglądnąć moją Lidkę. I wiesz… te rozmowy doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Miałem ją na wyciągnięcie ręki, a nie mogłem dotknąć. Obiecywaliśmy sobie, że jak już wrócę, to oddamy małego do teściów i tydzień z łóżka nie wyjdziemy. Na słowach się skończyło. Wiesz, gdy przyjeżdżałem, to za każdym razem kumple pytali, jak my, żołnierze, ogarniamy sprawy seksu. Pytali o kasę i o to, czy tamtejsze kobiety są dobre. Skurwiele. Niech jadą i niech zobaczą, jak to jest żyć na końcu świata, nie wiedząc, czy po powrocie zastaną to, co zostawili. Czy przypadkiem ukochana żona nie znalazła pocieszenia, podskakując na kutasie najlepszego kumpla lub brata. Nie patrz tak na mnie! Nawet nie wiesz, ile związków się rozjebało przez tą pieprzoną wojnę. Nie wiesz, ilu chłopaków targnęło się na swoje życie, kiedy wrócili do Polski i zastali spakowane walizki. Nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie zrozumieć. Nikt! Nie dosyć, że codziennie zmagamy się z kupą problemów – nikt o tym nie mówi, ale martwimy się, czy wrócimy z kolejnego patrolu – to jeszcze te natrętne myśli o domu, o bliskich. A nasz popęd… testosteron. Fajnie, że mamy tam siłkę, nawet dość dobrze wyposażoną. Wiesz, taki wielki namiot naszpikowany przyrządami do ćwiczeń. Amerykanie wolą bieganie, my wolny czas spędzamy tam. Gdyby nie ten wysiłek, który sami sobie serwujemy, to czasami chyba byśmy się pozabijali. Kilka lat temu ktoś głupi sobie wymyślił, żeby tłumić nasz popęd bromem[xv], więc nawet jakby nam się zebrało na amory, to nic by z tego nie wyszło, bo chuj po tym stanąć nie chce. Teraz się z tego wycofali. W mediach podnieśli larum, że na dłuższą metę szkodliwe, że powoduje bezpłodność. Tak więc pozostaje siłka. A czasami – oj, kurwa – nosiło nas. W bazie, na mojej trzeciej misji, pojawiło się kilka pierwszych kobiet. Później było już ich więcej. Pracowały albo w logistyce, albo w ambulatorium. Typowe dzbany[xvi]. Niektóre chłopaki zapieprzali do nich z byle czym: boląca głowa, wymioty, jakiś mniejszy ból; rzadziej sraczka, bo wiesz, wstyd. Niejedno małżeństwo rozpadło się przez te schadzki. Nie mam nic przeciwko kobietom w wojsku, ale – kurwa, nawet nieświadomie – po prostu swoją obecnością prowokują nas. Każdy, bez wyjątku – nawet nie wiem, jak bardzo kochałby swoją żonę – marzył o tym, żeby przelecieć taką pielęgniareczkę. Ja również. Wiem, jestem skończonym chujem. W domu czeka na mnie ukochana żona, a ja w myślach pieprzę pigułę, która ostatnim razem robiła mi badania. Tego się nie da uniknąć. To samo ma każdy facet. Nie musi wyjeżdżać do Afganu. Tylko, który ci się do tego przyzna, co? Musiałby być frajerem, żeby się przyznać, że posuwając ciebie, myśli o tej blondynie z piętra wyżej. Tacy jesteśmy. Tam przede wszystkim. Ale wracamy do domu, do normalności i oczekujemy, że będzie jak zawsze. A tu co? Wielkie gówno!… Koło każdej większej bazy, gdzieś nieopodal, w zapyziałej wiosce powstają mini burdele. Wiadomo, żołnierz na obczyźnie spragniony obecności kobiety. Ten kraj jest tak zakłamany, że nawet nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić. Masz głupi przykład z tymi chłopcami, o których już ci wspominałem. To samo tyczy się kobiet. Niby za pierdolenie się nie ze swoim mężem odcinają im głowy, skazują na publiczne ukamienowanie, ba, nawet palą. Ale tak to już jest, że światem rządzi pieniądz. Jak komuś burczy w brzuchu, a ma możliwość zarobienia, myślisz, że nie będzie ryzykował? To właśnie afgańscy mężowie wystawiali swoje żony i córki do obłapywania przez żołnierzy. Nie będę ci kłamał, Paulina. Byłem raz w takim miejscu, ale nie dałem rady. Dziewczyna mogła mieć jakieś szesnaście lat i była potwornie przerażona. Gdzieś obok mignęły starsze, bardziej doświadczone, które strachu już nie przejawiały, wręcz przeciwnie, dobrze się bawiły. Może, gdybym trafił na taką obeznaną, to kto wie. Ale stało się, jak się stało, całe szczęście. Popatrzyłem tylko na nią i wyszedłem. Od chłopaków, zwłaszcza Amerykanów, nasłuchałem się, jakich to cudów w łóżku te laski nie potrafią. Powiedz, jak po tym wszystkim mam wrócić do domu i być normalny? Nie da się. Pierwsza noc w domu to była gehenna. Lidka prawie się na mnie rzuciła. OD RAZU chciała działać, żadna tam gra wstępna, od razu chciała usiąść na kutasie. Nie dałem rady. Nie chciał mi stanąć. Zamiast spokojnie o tym pogadać, zrzuciłem ją z siebie, wrzeszcząc, że tylko jedno jej w głowie. Schowała się w łazience. Słyszałem, jak płakała. Nie tak miał wyglądać mój powrót. Nie tak mieliśmy się sobą cieszyć. Od tego się zaczęło, a później było jeszcze gorzej. Nie wiem, nie umiem powiedzieć, co się wtedy stało. Byłem zdrowy, chciałem w końcu porządnie ją przelecieć, przecież od kilku miesięcy o niczym innym nie myślałem. Liczyłem, że jak już ochłonę, oswoję się z domem, z bliskimi, to mi przejdzie. Gówno! Nie przeszło. Lidka próbowała. Przez kilkanaście nocy robiła do mnie podchody. Pierwszy szok chyba minął, bo nie zrażała się moimi warknięciami. Mówiła do mnie spokojnie i tłumaczyła, że tak się zdarza, że da nam czas. Mnie da tyle czasu, ile będę potrzebował – westchnął. – Czas zapierdala, a ja tkwię ciągle w tym samym miejscu. Miałem dosyć tych nieudanych prób i przeniosłem się do salonu. Nie chciałem koło niej leżeć. Nie chciałem, żeby się do mnie dobierała, wiedząc, że jej starania i tak nic nie przyniosą. Chciałem uciec w sen. Tak też się nie dało. Zwykły szum lodówki przyprawiał mnie o rozstrój nerwowy. Ciągły hałas. Nawet najdrobniejszy szelest, dźwięk z ulicy powodował napięcie mięśni. Zmysł słuchu ciągle pracował na najwyższych obrotach. Na początku w ogóle nie sypiałem, raptem trzy godziny dziennie – urwał. – W końcu znalazłem sposób: alkohol. Wychodziłem z domu bez celu i jakoś tak lądowałem: albo u kumpla z sześciopakiem piwa i flaszką w reklamówce, albo przy barze w pobliskiej knajpie. Wracałem napierdolony jak meserszmit i wtedy zasypiałem bez problemu. Lidka popadała wtedy w skrajności: albo robiła koszmarne awantury, albo próbowała rozmawiać i tłumaczyć, że nie tędy droga. Podziwiam ją za to, ja na jej miejscu odwróciłbym się plecami i pierdolnął drzwiami. Nie miałbym siły do użerania się. Miałem nie jechać drugi raz, ale… Robota tu na miejscu to była jakaś porażka, sytuacja w domu się pierdoliła. Uciekłem. Każda kolejna misja była ucieczką. Każdy powrót kończył się tak samo. Będąc na misji, rozmawiając z Lidką przez Skyp’a, obiecywaliśmy sobie, że jak wrócę, to będzie jak kiedyś. Że zaczniemy od nowa, będziemy rozmawiać. Ona nie będzie się bać, ja będę bardziej otwarty, po prostu będziemy się starać. Wracałem i za każdym razem wpadaliśmy od razu w to samo gówno. Problem z nią, problem z dzieciakiem, rodziną, pracą, no, kurwa, ze wszystkim. Nie umiem zrobić zakupów, a gdzie dopiero mowa o poprawnych relacjach z żoną. Czy ty sobie, kurwa, wyobrażasz, co to znaczy dla faceta nie móc się pieprzyć z własną żoną? Powinni mnie w biały kaftan zapiąć. Raz chciałem sprawdzić, czy w ogóle potrafię jeszcze zrobić pożytek z kutasa. Wyszedłem do knajpy, tam napatoczyła się jakaś laska. Wylądowaliśmy u niej i znów, kurwa, nie mogłem. Ale tym razem nie chodziło o to, że fizycznie nie dawałem rady – tutaj nawet się sprawdziłem, ale coś w głowie, coś, czego nie potrafię nazwać. Panienka była mocno nagrzana i miała ochotę na naprawdę szybki numerek. Musiałem użyć siły, żeby się od niej opędzić. Wyszedłem. Zamiast się cieszyć, że mogę, że wciąż jestem prawdziwym facetem, było mi jeszcze gorzej. Ty, jako kobieta tego nie zrozumiesz. Zaczniesz osądzać, robić wymówki, że jak mogłem i takie tam.  Że za mało się starałem. Nie wiesz, jak to jest.

Ostatnie słowa porucznika wypowiedziane były gniewnym tonem. Skończywszy swą myśl, wstał powoli z miejsca, wsadził ręce do kieszeni i skierował się w stronę okna. Przechodząc koło Pauliny, zatrzymał się na chwilę, spojrzał na czubek ciemnej czupryny, zastanawiając się, co takiego ona w sobie ma, że postanowił opowiedzieć jej o całym swoim życiu, o najbardziej wstydliwych problemach.

Kobieta siedziała spokojnie i udawała, że nie zauważa chwilowego wahania rozmówcy. Dalej, z wielkim skupieniem, wpatrywała się w swoje dłonie.

– Paulino. – Chciał, żeby jego słowa zabrzmiały ciepło i przyjacielsko, jednak nerwy zrobiły swoje i po prostu na nią warknął. Kobieta odruchowo drgnęła na krześle. Wyciągnął rękę z kieszeni, ale szybko schował ją z powrotem. Niejednokrotnie miał ochotę ją przytulić i uspokoić. Widział, że opowieści wywierają na niej wrażenie. Często kuliła się na miejscu. Czasami oczy dziwnie błyszczały. Wbrew pozorom była wrażliwa i delikatna. Jak mógł ją obciążać swoimi problemami? Przecież był facetem. Powinien sam poradzić sobie ze swoimi sprawami, a nie obarczać nimi wątłą kobietę.

Podszedł do okna, zostawiając Paulinę za sobą. Jak zwykle, stanął przy boku framugi. Spasiony kocur przechadzał się po równo przystrzyżonym trawniku. Nie znosił kotów. Przypominały mu Afganistan. Tamtejsze domowe zwierzaki żarły wszystko. Na krew i padlinę były bardziej wyczulone niż dzikie zwierzęta.

Pogrążony we wspomnieniach dał się zaskoczyć. Gdy poczuł na swym ramieniu lekki dotyk, zareagował instynktownie: odwrócił się szybko w stronę napastnika; prawą ręką zablokował kolejne możliwe ruchy natrętnej dłoni; lewa sięgnęła do krtani i mocno ścisnęła. Wszystko trwało raptem kilka sekund. W ostatniej chwili zorientował się, kto przed nim stoi. Gwałtownie cofnął ręce. Ciało kobiety bezwładnie osunęło się u jego stóp. Łapczywie wdychała powietrze. Ramiona oparła na wysłużonym linoleum, wygięła grzbiet – pomyślał, że wyglądała jak te babki, co rano w TV uprawiają jogę. Zrozumienie sytuacji zajęło mu chwilę. Uświadomiwszy sobie, co się właśnie stało, spanikował. Nie potrafił się ruszyć. Dopiero, kiedy Paulina podniosła głowę i spojrzała na niego załzawionymi oczyma, odzyskał rezon.

– Widzisz! Zawsze tak, kurwa, jest! Zawsze kończy się tym samym! Lidka ma to ze mną codziennie.

Stał na baczność. Nie mógł się ruszyć. Widział strach i niedowierzanie na kobiecej twarzy. Gdzieś w środku czuł przemożną potrzebą przytulenia jej, pogłaskania po głowie. Chciał uspokoić ją, a przede wszystkim siebie. Chciał zapewnić, że to tylko ten jeden raz. Że już będzie nad sobą panował. Ale to byłoby kłamstwo. Ileż to razy składał podobne obietnice. Nigdy z żadnej się nie wywiązał.

Paulina pierwsza doszła do siebie. Niepewnie stanęła na nogach. Zadarła głowę i spojrzała w smutne oczy porucznika.

– Nic mi nie jest, wszystko w porządku, Adamie. – Kłamanie kiepsko jej wychodziło, tym bardziej, że strach jeszcze jej nie opuścił, ale czuła, iż musi jakoś załagodzić sytuację. Rozumiała problem porucznika – bał się swoich odruchów; czuł lęk, że może wyrządzić krzywdę niewinnemu.

– Ni ci nie jest?! Nie  ściemniaj. Wyglądasz jak przestraszony kociak. Widziałaś? W sekundę mogłem kark ci skręcić? Powiedz, jak można żyć z tak nieobliczalnym człowiekiem? Na początku, jak jeszcze kładłem się obok Lidki, wspomnienia z misji wracały, odrywałem się od świata, byłem obok niej tylko ciałem, ale umysł błądził po gorącym piachu w Afganie. Zaczepki Lidki w takim momencie zawsze kończyły się tak samo. Wyrywała mnie z zamyślenia. Zazwyczaj kończyło się na strachu i na moich przenosinach do salonu, ale raz uderzyłem tak, że krew poszła; kolejnym razem wybity nadgarstek – wiecznie, kurwa, coś. Nie mogłem jej narażać. Ciebie też nie mogę. Więcej się tu nie spotkamy, Paulino.

Słowa padały jak salwy z karabinu. Każde słowo niczym pocisk boleśnie godziło w kobietę. Bez zastanowienia wspięła się na palce, zarzucając Adamowi ręce na szyję. Chciała dosięgnąć spierzchniętych ust, przejechać dłonią po krótko ostrzyżonych włosach. Żołnierz nie ułatwiał jej zadania: stał wyprostowany jak struna, z rękoma wciąż opuszczonymi wzdłuż ciała. Złapała je i niezdarnie ułożyła na swoich biodrach. Dopiero ta jawna zachęta przełamała opory porucznika. Przywarł palcami do szczupłej talii i z siłą przyciągnął do siebie. Piersi zakryte jedynie bawełnianym topem trafiły na napięte mięśnie. Ich właścicielka wydała z siebie cichy jęk. Chciała coś powiedzieć, dać wyraz zadowoleniu, jednak nie zdążyła. Brutalny pocałunek stłamsił wszystkie niewypowiedziane słowa w zarodku. Całował ją z pasją i siłą. Nie było mowy o delikatnych muśnięciach i smakowaniu siebie nawzajem. Porucznik zawładnął ustami Pauliny w bezpardonowy sposób. Jednym ramieniem przyciskał rozdygotane ciało. Drugą ręką jednym ruchem ściągnął gumkę utrzymującą wysoki koński ogon na głowie Pauliny. Nie zwróciła uwagi na ból i szarpnięcie, pod którego wpływem szyja odchyliła się mocno do tyłu. Myśli galopowały jak szalone.

Zachowywali się jak para spragnionych kochanków. Nie bacząc na konsekwencje i miejsce, cieszyli się sobą. Wspominając później ten moment, Paulina wstydziła się swej postawy. Nigdy wcześniej, nawet z mężem nie uległa tak namiętności, nie dała się ponieść wewnętrznym pragnieniom. Właśnie mąż… W tamtej sekundzie nie była uwikłana w związek, nic ją nie zobowiązywało do niczego i nikomu nie była winna tłumaczenia. Pod wpływem chwili sięgnęła do rozporka porucznika. Spodziewała się przyzwolenia, jednak Adam zareagował na gest wbrew oczekiwaniom. Odepchnął gwałtownie. Dyszał głośno. W oczach skrzyło się pożądanie zmieszane z gniewem, zaskoczeniem i… strachem.

– Przepraszam – wydukał przez spierzchnięte wargi – to… to nie powinno się zdarzyć.

Dziwnie było patrzeć na jego zmieszanie. Przyzwyczaił ją do hardości oraz pewności siebie. Teraz patrzył na nią inny mężczyzna. Ten, który kładł się koło żony i bał się ją skrzywdzić.

– Adamie, to nic. Nic się nie stało. Ja rozumiem…

– Nic, kurwa, nie rozumiesz. Nie powinniśmy się tu spotykać. Nie powinienem opowiadać ci o tym wszystkim. Nie powinienem cię całować. Widzimy się tutaj ostatni raz. Więcej nie przyjdę.

– Jak to więcej nie przyjdziesz? Przecież jeszcze nie skończyliśmy.

– Nie powinniśmy nawet zaczynać, bo tego się nie da skończyć. To wszystko się będzie za mną ciągnęło już zawsze i żadne pitu-pitu w tym nie pomogą. Jestem totalnie popierdolony. Uwierzyłem, że to coś da, w czymś pomoże, a jest tylko gorzej.

– O czym ty mówisz, do jasnej cholery? W niczym nie pomogło? Słyszysz siebie? To o czym rozmawialiśmy, o czym opowiadałeś… przecież z nikim wcześniej o tym nie gadałeś! I ty mówisz, że to nic nie znaczy?! Że w niczym ci nie pomogło? Naprawdę?

Wszystkie pytania zawisły w powietrzu, Adam nie raczył odpowiedzieć na żadne z nich. Stał nieruchomy i mierzył Paulinę wzrokiem. Pierwszy raz widział ją w stanie silnego wzburzenia. Twarz nabrała rumieńców. Nie wiedział, czy w wyniku pocałunku, czy złości. Musiał przyznać, że zwykle blada twarz nabrała teraz innego wyrazu. Nie miał jednak wyboru. Chciał to zakończyć, póki wszystko nie zaszło jeszcze za daleko.

W pożegnalnym geście wyciągnął dłoń i zawinął sobie na palec kosmyk zmierzwionych włosów. Kobieta przechyliła głowę, szukając policzkiem dotyku męskiej dłoni. Przymknęła powieki i chłonęła zapach, zapamiętywała każdy moment. Adam gwałtownie przerwał pieszczotę. Odstąpił krok w tył tylko po to, żeby po sekundzie, jak rozjuszony byk, ruszyć do przodu. Minął kobietę, dwoma susami pokonał dystans dzielący go od drzwi i już go nie było.

* * *

Dzisiaj, tydzień po tamtym wydarzeniu, stała w tym samym miejscu, rozpamiętując towarzyszące jej wtedy emocje. Bardzo tęskniła za rozmowami z Adamem, jednak ten pozostał nieustępliwy, nie chciał nawet słyszeć o kontynuacji. Przez dwa dni w najdelikatniejszy sposób, na jaki było ją stać, namawiała porucznika do pożegnalnego spotkania. W końcu uległ jej namowom. Dlaczego – nie wiedziała. Czy z sympatii; czy z poczucia, że nie wszystko zostało powiedziane; a może żeby wyjaśnić ostatnie zdarzenia; może po ludzku – chciał się tylko pożegnać. Paulina nie miała pewności motywów porucznika, cieszyła się jednak na dzisiejsze spotkanie. Poza drzwiami pokoju Adam był zupełnie innym człowiekiem: nieprzystępnym gburem, który ze światem komunikował się najczęściej krzykiem. Tęskniła za facetem, który nauczył się pokazywać swoje prawdziwe oblicze w ich schronieniu.

Przed każdym spotkaniem towarzyszyło jej to samo uczucie niepokoju. Dzisiaj było podobnie. Od ich pierwszej sesji w pokoju minął miesiąc. Spędzili ze sobą kilkadziesiąt godzin na intymnych zwierzeniach. Mówił prawie wyłącznie Adam. Czuła, że jest mu winna wyjaśnienia. Nie miała tyle czasu, ile otrzymał porucznik. Musiała zawrzeć wszystko w kilku zdaniach, w kilku minutach. Zależało jej na tym, żeby poczuł, iż ma do niego zaufanie. Byłaby to jakaś prosta forma rewanżu z jej strony.

Najgorsze było ustosunkowanie się do pocałunku. Żołnierz po incydencie unikał jej jak ognia. W sytuacjach, gdy rejterada nie była możliwa, traktował jak powietrze. Raptem dwa dni temu udało się złapać mężczyznę na osobności i namówić na dzisiejsze spotkanie.

Paulina ocknęła się z chwilowego zamyślenia. Wróciła myślami do tu i teraz. Spojrzała na zegarek: za pięć minut porucznik Duda miał się stawić na umówione spotkanie. Myśląc o tym, czego chciała dokonać, poczuła dziwną ulgę, przekonanie, że robi słusznie.

Adam maszerował w kierunku pokoju numer siedemnaście. Zwykle zdecydowane i szybkie kroki uległy teraz lekkiemu spowolnieniu. Stopy stawiał niepewnie, przypominało to trochę chód żołnierza badającego teren w Afganie. Traumatyczna niepewność i obawa dokuczały mężczyźnie. Jak głupi pozwolił się namówić na dzisiejsze spotkanie, ale dał słowo, więc tchórzliwie byłoby się wycofać w ostatniej chwili. Stanął przed drzwiami i, kładąc rękę na klamce, obiecał sobie, że skróci rozmowę do minimum i pożegna się możliwie szybko. Kilka słów, coś na kształt podziękowań i do widzenia.

Wszedł do pokoju z impetem. Spodziewał się zobaczyć Paulinę na jej zwykłym miejscu: na krześle przy biurku i właśnie tam skierował spojrzenie. W pierwszej sekundzie sądził, że nie przyszła, ale już po chwili wzrok odszukał wątłą postać tuż przy oknie. Nie był przygotowany, że kobieta złamie rutynę siadania przy biurku. Miał zamiar wejść, odstąpić od rytuału polegającego na zajęciu miejsca pod ścianą; po prostu powiedzieć, co miał do powiedzenia i zamknąć ten rozdział życia raz na zawsze z nadzieją, że już nigdy nie będzie musiał do tego wracać. Paulina zmianą miejsca zbiła go z pantałyku.

Kobieta z lekkim uśmiechem obserwowała zdezorientowanego mężczyznę. Poczuła że ma nad nim przewagę. Musiała wykorzystać ją OD RAZU.

– Witaj Adamie. Cieszę się, że zdecydowałeś się przyjść. Po tym wszystkim wypada się pożegnać. – Zawiesiła głos.

– Jakie, kurwa, wszystko? O co ci chodzi? – Adam szybko odnalazł się w sytuacji. – Mieliśmy się spotkać kilka razy. Miałem opowiedzieć ci o kilku sprawach, to wszystko. Chyba nie oczekujesz, że będziemy teraz do siebie pisać i utrzymywać kontakt? Chcę jak najszybciej zapomnieć o tym miejscu, o przeszłości, o tobie.

Paulinę zabolało ostatnie zdanie. W duchu liczyła, że udało im się nawiązać nić porozumienia.

– W takim razie powiedz, proszę, dlaczego zgodziłeś się tu przyjść, skoro uważasz, że nie mamy już sobie nic do powiedzenia? Skoro uważasz, że wszystko zostało powiedziane, a twój problem rozwiązany? No, słucham! – Zaatakowała.

– Bo tak, kurwa, wypadało. Bo tego oczekiwałaś –

– Zawsze robisz to, czego oczekują inni? A gdzie miejsce na ciebie? – odparła urażona.

– Jestem żołnierzem. To mnie zmieniło. Stałem się twardy. Musiałem nauczyć się takim być, żeby przeżyć w tym zawodzie. Dobrze wiesz, że zachowuję się tak nawet w stosunku do osób, na których mi najbardziej zależy. Nic nie zrozumiałaś z naszych spotkań. Ale mogłem się tego po tobie spodziewać – odpowiedział kpiarsko.

Tego było już za wiele. Rozczarowana i wściekła Paulina ruszyła do przodu z zamiarem wyminięcia przeszkody, którą na drodze do wyjścia stanowiło ciało Adama. Chciała wyjść na korytarz, zamknąć za sobą drzwi i uciąć historię kilkudziesięciu spotkań bez dalszych wyjaśnień, skoro nie dało się tego zakończyć w przyjacielski sposób. Mężczyzna stał na swym miejscu niewzruszony. Wpadła na niego z impetem, przeświadczona, że w ostatniej chwili usunie się z drogi. Natychmiast odskoczyła jak oparzona, tracąc przy tym równowagę. Porucznik podtrzymał ją za łokieć, chroniąc od upadku. Męski uścisk spowodował, że wszystkie jasne włoski uniosły się na przedramionach. Zareagowała instynktownie. Przywarła do żołnierza, zarzucając ręce na spięte ramiona mężczyzny. Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony porucznika zbulwersował ją.

– No, kurwa, pocałuj mnie. – Nigdy wcześniej nie domagała się uwagi w tak jawny i otwarty sposób.

Podniesiony głos, słowa, które zabrzmiały jak komenda, zmobilizowały Adama do działania. W jednej sekundzie złapał kobietę za pośladki opięte sztywnym materiałem jeansów i przyciągnął jeszcze bliżej do siebie. Silnymi rękoma uniósł ją nad ziemią. Odruchowo objęła biodra nogami. Wszystko odbyło się w ciszy i bardzo szybko. Okręcił ją w miejscu. Teraz to ona była ustawiona plecami o drzwi, o które boleśnie uderzyła. Z jednej strony twarde i zimne drewno, z drugiej rozgrzane ciało. Żołnierz z całą mocą wpił się w rozchylone usta. Całował zachłannie: boleśnie przygryzł dolną, nabrzmiałą wargę. Na języku poczuła metaliczny smak krwi. Chcąc uciec od łakomych zębów, odchyliła głowę i skryła twarz na ramieniu Adama odsłaniając tym samym szyję. Właśnie tam ulokował swe usta i teraz zębami znaczył czerwone ślady. Chciała go odepchnąć. Bezskutecznie wpychała ręce między ciała, szukając dla nich szczeliny. Wbiła paznokcie w napięte mięśnie. Nic nie skutkowało.  Jęki protestu stawały się głośniejsze i bardziej znaczące. Reakcją porucznika było przełożenie dłoni z pośladków – nie miał najmniejszego problemu z utrzymaniem jej jedną ręką – na usta, blokując tym samym możliwość wyrażania sprzeciwu i utrudniając swobodne oddychanie. Mając nadzieję, że teraz będzie łatwiej wyswobodzić się z uchwytu, zaczęła wierzgać i wyginać na wszystkie strony. Jednak nie dała rady.

Była w potrzasku, nie mogła uciec. Odczuwała strach połączony z uczuciem, które dobrze znała, ale już dawno nie doświadczała – podnieceniem. Natarczywość i nieustępliwość porucznika budziły w podbrzuszu pulsowanie.

Adam zupełnie się zatracił w złości i namiętności. Głupia pinda prowokowała go dzisiaj i zachowaniem, i słowami. Całował, gryzł i ściskał z przeświadczeniem, że wymierza zasłużoną karę. Nie zważał na protesty, próby wyswobodzenia. Wręcz oderwał ją od ściany, obrócił o sto osiemdziesiąt stopni i siłą posadził na biurku. Stał między rozszerzonymi nogami mając swobodny dostęp do krocza. Wciąż przytrzymując kibić, sięgnął do rozgrzanego miejsca. Poczuł gorąco przenikające przez materiał.

Szew spodni boleśnie wbijał się w płeć kobiety. Dłoń weterana przykryła całą powierzchnię podbrzusza. Zabrakło siły na walkę i sprzeciw. Bunt ustąpił miejsca oczekiwaniu. Mięśnie mimowolnie rozluźniły się. Odchyliła jeszcze bardziej kolana, zsunęła pupę z blatu i wypchnęła zachęcająco biodra. Agresor, wyczuwając zmianę nastawienia, odjął rękę od talii i przesunął wyżej. Nacisk dłoni na piersi i krocze stał się jednakowo silny i miarowy. Palce nasilały swe zabiegi w tym samym momencie.

Odważyła się spojrzeć mu w twarz. Uniosła głowę. Napotkała świdrujące spojrzenie. Mężczyzna miał rozszerzone źrenice i znaną już kreskę na czole.

– I co? Tego chciałaś? Czy może jednak wolisz pogadać? – wycedził.

– Ja… Nie… – Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Z chęcią poddawała się chwili. Zresztą dzisiaj nie przyszła tutaj po to, żeby wysłuchiwać kolejnych zwierzeń żołnierza, na to nie było już czasu. Miała plan, który należało zrealizować. Chciała udowodnić Adamowi, że jest coś wart. Długo myślała nad sposobem, jak tego dokonać. Jedynym, szybkim i – miała nadzieję – skutecznym rozwiązaniem miał być seks.

Adam, w przeciwieństwie do niej, nie analizował, nie zastanawiał się. Szarpnął za bawełniany top, rozszerzył ściągacz kołnierzyka i mocno pociągnął w dół, odsłaniając białą, drobną pierś. Lamówka wbijała się w ciało. Ciężar wyswobodzonego biustu nie pozwolił wrócić koszulce na miejsce. Całą dłonią zakrył kawałek odsłoniętego ciała, mocno zaciskając palce. Schylił głowę i zassał całą brodawkę. Gorące wnętrze ust i intensywność pieszczoty podnieciły Paulinę. Przeleciało jej przez głowę, że mąż w trakcie gry wstępnej zawsze usilnie omijał jej piersi, ale nie miała czasu na rozpamiętywanie. Porucznik oderwał usta od sterczącego stożka, ujął nabrzmiały sutek między dwa palce i mocno pociągnął.

– Boli! Nie tak mocno – syknęła Paulina.

Adam przerwał pieszczoty tylko po to, aby znowu szarpnąć ciało kobiety – zdezorientowana, nie zdążyła nawet zareagować. Odwrócił dzisiejszą kochankę plecami do siebie. Wprawnym ruchem rozpiął jej spodnie, pociągnął i jeansy wraz z białymi figami wylądowały tuż przy kostkach. Pchnięta do przodu, aż zgięła się w pół, wyciągając ręce przed siebie, aby zamortyzować kontakt z biurkiem. Impet spowodował, że biodrami uderzyła o kant mebla. Nogi zawisły w powietrzu. Wierzgała, szukając oparcia. W trakcie szarpaniny top wrócił na swoje miejsce, skrywając pierś. Teraz podwinął się, odsłaniając brzuch i żebra.

Chłód blatu otrzeźwiał. Odwróciła głowę w lewo, na wysokości wzroku miała znany odprysk farby na ścianie, łudząco przypominający kształtem mysz.

Między łopatkami poczuła nacisk dłoni. Adam wolną ręką złapał za bark, zsuwając bezradne ciało trochę niżej. Bluzka jeszcze bardziej podwinęła się do góry, tworząc rulonik materiału boleśnie wciskający się między żebra. Teraz przynajmniej mogła stopami dosięgnąć podłogi. Przez chwilę poczuła się stabilniej, bezpieczniej. Jednak, kiedy natarczywy palec odnalazł jej wilgotną kobiecość, znów spanikowała. Podniecenie ciągle się w niej tliło, jednak nieprzewidywalność poczynań porucznika napawały ją lękiem. Szukała rozwiązania.

– Adam, pojebało cię? To boli! – Spróbowała sprawdzonej już metody. – Nie chcę tak.

Nie spodziewała się żadnej reakcji, jednak Adam znów ją zaskoczył: – A jak? – padło pytanie zza jej pleców.

– Wolniej i nie tak mocno.

Nie doczekała się odpowiedzi, jednak palec, który dotychczas natarczywie gmerał w okolicy pochwy, stał się mniej napastliwy. Pieścił wejście do wilgotnej kobiecości, by po chwili przenieść się w okolice łechtaczki, zwilżając ją lepkimi wydzielinami. Przesuwał się po całym kroczu, nie pomijając spiętych mięśni odbytu.

Wydała z siebie ciche jęknięcie, aprobując tym samym okazaną delikatność. Adam w skupieniu obserwował palec suwający się po zawilgoconym kroczu. Nie mógł dojrzeć łechtaczki skrytej za fałdami skóry i prawie wciśniętej w biurko, ale opuszkiem wyczuwał, jak bardzo stwardniała. Drażnił i pobudzał, zataczając powolne kręgi. Czynność ta jednak szybko znudziła porucznika. Przesunął palec wyżej i utopił w ociekającej sokami pochwie. Obrócił dłoń tak, aby swobodnie masować pomarszczone, lekko wypukłe miejsce, z którego odnalezieniem większość mężczyzn miała podobno problemy. Pod wpływem masażu, biodra kobiety uniosły się nieznacznie, jakby próbowała naprzeć na pieszczący ją palec i zintensyfikować doznania.

– I co, tak ci się podoba? – zachrypiał żołnierz.

Nie odpowiedziała, nie była w stanie. W myślach toczyła bitwę sama ze sobą. Z jednej strony przyjemność była na tyle silna, że powoli zatracała się; z drugiej, bezpardonowe zachowanie żołnierza burzyło klimat pieszczot. Nie potrafiła skupić się jedynie na odczuwaniu przyjemności, tym bardziej, że palec, który jeszcze przed chwilą rozkosznie masował ją od wewnątrz, wysunął się i powędrował wyżej, ku zaciśniętym mięśniom odbytu. Poczuła również, że nacisk między łopatkami maleje. Próbowała kątem oka zerknąć, co teraz zrobi Adam, jednak odgłos szarpniętej sprzączki, a tuż po nim szmer rozsuwanego zamka wystarczająco zaspokoił ciekawość. Spodziewała się gwałtownej penetracji, jednego, zachłannego pchnięcia. Porucznik miał jednak inne plany: żołędzią masował wejście do pochwy, starając się jak najobficiej rozprowadzić soki kobiety na całej powierzchni krocza. Zanurzał się w pochwie delikatnie, tak by mogła poczuć, że ją wypełnia, by po chwili wycofać się i pozostawić w oczekiwaniu na kilka długich sekund. Obserwował, jak chuj zagłębia się między fałdami. Uwielbiał ten widok. Każde wyjęcie oblepionego przeźroczystym, a czasami wręcz białym śluzem fiuta, dostarczało ogromnej satysfakcji. Prawdę powiedziawszy, zapomniał już, jak satysfakcjonujące może być samo patrzenie. Jednak nigdy nie należał do cierpliwych kochanków, więc tym bardziej teraz, po długiej abstynencji, nie miał zamiaru dłużej czekać. Złapał mocno za biodra Pauliny i pchnął z całą siłą. Zapomniał o delikatności, której się domagała. Utonął w niej cały, aż poczuł jak jądra uderzają o kant blatu. Przyciągnął ciało bliżej siebie, szukając wygodnej pozycji.

Paulina odruchowo złapała za przeciwległy kant mebla. Po subtelnym wstępie nie spodziewała się tak gwałtownego pchnięcia. Z gardła wydobył się dźwięk, ni to zaskoczenia, ni to bólu.

Ruchy Adama były jednostajne, szybkie. Posuwał ją ciągle w tym samym tempie, które pozbawiało ją zdolności do jakiegokolwiek sprzeciwu. Oprócz cichego posapywania, nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. Paulina lubiła zabawić się z mężem ostrzej. Podobały jej się głębsze i szybsze pchnięcia. Mieli w zwyczaju przed ostrzejszymi zabawami układać się twarzami do siebie; pieścili wzajemnie swe ciała. Lubili obserwować swoje reakcje żywo odmalowane na twarzy i w spojrzeniu. Teraz jej tego brakowało. Owszem, rosło w niej podniecenie, jednak łaknęła kontaktu wzrokowego.

Czuła, że ruchy Adama stają się jeszcze szybsze; nieubłaganie gonił ku spełnieniu. Wiedziała, że teraz jest ostatni moment, kiedy powinna osiągnąć orgazm, miała jednak świadomość, że nie zdąży. Ekstaza było daleko, zbyt daleko.

Nie zdecydowała się na dzisiejsze spotkanie tylko po, aby przysłowiowo „dać dupy”, odbębnić swoje i wyjść, nie ofiarując nic od siebie. Nigdy wcześniej nie czuła się zmuszona do udawania orgazmu. Tych kilku partnerów przed mężem… Cóż, raz trafiali się lepsi, raz gorsi. Raz przeżywała chwile uniesienia, innym razem się nie udawało. Nie robiła z tego powodu tragedii. Ileż to razy jej własny mąż kończył przed nią. Potrafili o tym rozmawiać bez wzajemnych pretensji czy poczucia winy. Teraz nie wiedziała, czy potrafi być wiarygodna. Nigdy nie zastanawiała się, jak PRACUJE kobiece ciało w trakcie orgazmu, to się po prostu działo i już. Na ratunek przyszło wspomnienie doświadczeń, które sprawiały mężowi ogromną przyjemność i niejednokrotnie porównywał je do kobiecych orgazmów. Będąc już mężatką, natrafiła w babskim czasopiśmie na artykuł „Jak sprawić mu rozkosz”. Autorzy zachwalali ćwiczenia mięśni pochwy. Od tamtej pory systematycznie trenowała i podobno doszła do perfekcji. Najłatwiej było ćwiczyć na sedesie, oddając mocz. Czasami wyczekiwała momentu, kiedy parcie stawało się aż bolesne. Wtedy siadała na desce, rozluźniała mięśnie i pozwalała, aby złotawa struga wypływała z niej silnym strumieniem. Wielokrotnie zaciskała mięśnie, wstrzymując proces, i tak w kółko, do ostatniej kropli.

Kiedy – mając już pewność, że potrafi – użyła tej sztuczki w trakcie zbliżenia z mężem, zaciskała mięśnie miarowo, powoli, za każdym kolejnym razem natężając nacisk. Partner był zachwycony. Często wykorzystywała swą umiejętność, aby sprawić mu przyjemność. Postanowiła wykorzystać ją i teraz.

Zaczęła głośno pojękiwać, co akurat nie stanowiło problemu, bo pchnięcia Adama sprawiały jej przyjemność. Zacisnęła się najpierw bardzo delikatnie, lekko popuściła „uchwyt”, by po sekundzie zacisnąć się jeszcze mocniej. W głowie policzyła do trzech, nie wiedząc, czemu właśnie tyle czasu wybrała sobie na dojście. Chwyciła mięśniami suwającego się w pochwie penisa z całą mocą mięśni potem zmieniała sił uścisku, to zaciskając, to poluźniając. Adam jakby na to czekał. Ułożył dłonie na tyłku i mocno wbił palce, rozchylając przy tym pośladki na boki, aby mieć lepszy widok. Czuła, że mężczyzna nieuchronnie zbliża się do wytrysku.

– Nie zabezpieczam się – wyjęczała.

Porucznik zareagował gwałtownie, ekstaza była chyba bliżej, niż Paulina sądziła. Wysunął się z niej, prawie sprawiając ból. Szarpnął za ramiona, zmusił, aby odwróciła się do niego twarzą.

– Obciągnij mi! – rozkazał.

Posłusznie padła na kolana. Prawie w tym samym momencie nabrzmiały penis wypełnił jej usta. Poczuła znajomy smak swej kobiecości wymieszany z obcą wydzieliną. Zakryła zęby ustami i zaczęła intensywnie poruszać głową. Trwało to raptem krótką chwilę. Żołnierz przycisnął jej głowę do spoconego brzucha. Poczuła penisa głęboko w gardle, a sekundę później przełyk zalała gorąca sperma. Próbowała wypluć z ust członka i resztkę nasienia wymieszanego ze śliną. Żołnierz jednak mocno dociskał jej potylicę, nie pozwalając na ucieczkę. Próbowała przełknąć pozostałości po ejakulacji, ale zakrztusiła się. Dopiero wtedy wysunął z ust kutasa. Uchwyt na głowie zelżał. Dłońmi oparta o nogi mężczyzny, które przed chwilą zadrżały po wpływem przeżytych doznań, gwałtownie łapała powietrze. W ustach czuła gorzko-słonawy smak spermy. Przełknęła ślinę. Wzrok spoczął na kostkach Adama, gdzie zatrzymały się bojówki wraz z granatowymi slipami, na których widniała mała, mokra plama. Ukradkiem wytarła kąciki ust i załzawione oczy. Uniosła się z klęczek, rozmasowując obolałe kolana. Stanęła między biurkiem a Adamem, który wciąż kurczowo przytrzymywał się blatu. Zgiął się w pół, opuścił głowę i wbił wzrok w podłogę. Pokój, wypełniony przed chwilą sapaniem i pojękiwaniem, teraz tonął w ciszy.

Sytuacja wymknęła się spod kontroli, nie tak wyobrażała sobie dzisiejsze spotkanie, ale stało się. W zasadzie dopięła swego. Adam zainicjował i kierował przebiegiem zbliżenia, ale nie był głuchy na jej prośby. Można powiedzieć, że w trakcie stosunku udało im się wypracować konsensus. Zastanawiała się, jak wyjść z twarzą z tego galimatiasu. Czy powinna wytłumaczyć, co nią kierowało?

Poczuła się skrępowana, stojąc przed nim obnażona do połowy. Gwałtownie zgięła się w pół, chcąc jak najszybciej naciągnąć bieliznę i jeansy na goły tyłek. Schylając się, potrąciła Adama, który dopiero wracał do rzeczywistości. Odsunął się gwałtownie i, tak jak Paulina przed chwilą, ledwo utrzymał równowagę skrępowany opuszczonym ubraniem.

Jak na komendę podciągnęli spodnie. Duda odsunął się jeszcze kilka kroków w tył, w stronę okna. Obawiała się, że ucieknie.

– Adam – zaczęła niepewnie.

– Przepraszam – przerwał jej – ja nie wiem, co… kurwa! Co ja zrobiłem? – Złapał się z głowę, chowając twarz w dłoniach.

Podeszła do niego powoli, dotknęła ramienia. Odskoczył jak oparzony, wpadając na otwartą okiennicę.

– Ja pierdolę, to się nie powinno stać, Paulina. Przecież ja mam… Lidka. Kim ja, kurwa, jestem?

– Adam, nic się nie stało.

– Pojebało cię? Nic się nie stało? Czy ty siebie słyszysz? Zerżnąłem cię prawie siłą, zrobiłem krzywdę i Lidka… Ja pierdolę! – Nie panował nad nerwami, nie wiedział co powiedzieć, jak ubrać kłębiące się myśli w słowa.

– Adam, chciałam tego. – Paulina próbowała załagodzić sytuację. Bała się, że coś może spłoszyć porucznika i wtedy straci szansę, aby dokończyć rozmowę. Musiała szybko wyjaśnić swoje zachowanie. – Od ostatniego razu, kiedy się tu widzieliśmy, tydzień temu, kiedy opowiadałeś o… – Zawahała się przez chwilę. – …Problemach z żoną, zastanawiałam się, jak mogę pomóc.

Adam już otwierał usta, aby przerwać kobiecie, ta jednak uciszyła go gestem dłoni.

– Nie! Zawsze to ty mówiłeś, pozwól mi coś powiedzieć, proszę. – Nie czekając na przyzwolenie, nabrała głęboko powietrza. Postanowiła powiedzieć mu wszystko. To mu się należało. – Słuchając twoich wspomnień z Afganistanu, wiedziałam, co czujesz, ale zupełnie nie wiedziałam, jak pomóc. Czuję, że to podstawa twoich wszystkich problemów. Bez tej wojny, bez wspomnień ciągle byłbyś tym samym miłym facetem, którym podobno byłeś. Ale – chociaż nie wiem jakbym się starała – nie jestem w stanie wymazać twoich wspomnień. Na to nikt nie ma wpływu. Nawet mijający czas może nie przynieść ulgi. Byłam w kropce: mieliśmy się spotykać po to, żeby jakoś ci pomóc. I szczerze – gówno to dało. Doceniam, że podzieliłeś ze mną swoje tajemnice. Domyślam się, że po kolejnych misjach nie rozmawiałeś z nikim na ten temat Ale wojna to jedno, a życie w cywilu tutaj, na miejscu wśród rodziny, znajomych, to zupełnie co innego. Na twoje sprawy związane z Afganem nie mam wpływu. Czułam się bezsilna. Mogliśmy tu spędzić kolejne trzy miesiące i raczej niewiele bym pomogła. Natomiast problem z żoną… Lidką. On był, w pewnym sensie, oczywiście dla mnie, dość zrozumiały. Tyle, że znowu nie wiedziałam, jak pomóc. Twoja oziębłość względem niej…

– Kurwa! Musimy o tym rozmawiać? O co ci chodzi? – przerwał zdenerwowany Adam. Wszystkie emocje wyrażały się w spojrzeniu.

– Jesteś idiotą! Co przed chwilą zrobiłeś? Przeleciałeś mnie! Z namiętnością, oddaniem. Zwracałeś uwagę, na moje potrzeby, no, przynajmniej na początku. I co? Dalej twierdzisz, że jesteś oziębłym kutasem, który nie potrafi zadowolić żony? – wypaliła bez namysłu. Adam to prosty człowiek, żołnierz, przyzwyczajony do jasnych i zwięzłych komunikatów. Taki właśnie musiała mu podać. – Nie myśl o tym, co się stało, w kategorii zdrady, wykorzystania mnie, czegoś złego. Poszukaj pozytywów.

– Chcesz mi powiedzieć, że pieprzyłaś się ze mną z premedytacją? Że po to chciałaś mnie tu dzisiaj ściągnąć? – zapytał z niedowierzaniem.

– Hmm, z premedytacją? Można to i tak nazwać. Chciałam udowodnić, że możesz wrócić teraz do domu i do życia. Do życia sprzed wojny. Tego, co tam przeżyłeś, nikt ci nie zabierze, nikt nie pomoże uwolnić się od tych wspomnień. Ale jeżeli zdołasz traktować ludzi, swoich bliskich tak, jak na to zasługują, z miłością i oddaniem, będzie ci łatwiej. To, że jesteś żołnierzem, z takimi, a nie innymi doświadczeniami, nie skreśla cię jako człowieka, męża, ojca. Zobacz. Wystarczyła dzisiaj chwila, żebyś dał mi przyjemność. Nie miałeś oporów, nie zastanawiałeś się, nie analizowałeś, nie przejmowałeś, że możesz zrobić krzywdę. Tak samo możesz podejść do żony. Z tego, co mówiłeś, ona jest otwarta na ciebie, chce ci pomóc, wyciąga do ciebie rękę. To ty nie chcesz jej przyjąć. Nawet już nie próbujesz. Spróbowałeś kilka razy, nie wyszło. Trudno, tak się czasami zdarza, ale poddałeś się. I wiesz co? Jestem o to na ciebie zła, bo raczej nie należysz do słabeuszy. Ile razy po ciężkim patrolu wsadzałeś do helikoptera poharatanego kolegę, co? Ile razy widziałeś śmierć na własne oczy? Te wszystkie okropieństwa, których byłeś świadkiem… To cię nie złamało. Potrafiłeś znaleźć w sobie siły i pojechać jeszcze raz, i kolejny. A po kilku nieudanych próbach w łóżku z żoną po prostu spierdoliłeś. I to nie do drugiego pokoju. Uciekłeś z jej… z waszego wspólnego życia. Co z tego, że mieszkacie pod jednym dachem, jak ciebie nie ma. Wszystko odbierasz nie tak. To nie są twoje porażki. To nie jest twoja wina, że jesteś kim jesteś, że zachowujesz się w określony sposób. Tak – jak powiedziałeś dzisiaj, gdy tylko tu wszedłeś – jesteś żołnierzem. Bycie nim określa twoje poczynania. Ale skończyłeś z tym. Już dawno wróciłeś z misji. Musisz zacząć żyć! I tu nie chodzi o Lidkę, czy twojego syna, musisz żyć dla siebie. Jak ciebie nie będzie, ich też zabraknie. Tworzycie rodzinę, całość może i trochę okaleczoną, ale spójną i z perspektywami. Wszystko jeszcze przed wami. Tylko musisz chcieć. Musisz w siebie uwierzyć, że jako cywil też możesz być dobry. Jesteś człowiekiem, masz prawo do błędów. Ale tutaj, w świecie cywilów, gdzie twoja decyzja nie skutkuje śmiercią kolegów, możesz wszystko naprawić.

Kobieta skończyła swój wywód. Czuła się zmęczona. Fizyczne, jak i emocjonalne uniesienia ostatnich chwil zupełnie ją wyczerpały. Odsunęła się od Adama, dając mu trochę wolnej przestrzeni. Usiadła na krześle.

Patrzył na nią z tępym wyrazem twarzy. Składał w myślach zasłyszane rewelacje. Nie miał czasu na dokładną analizę, ale w jednym miała rację: przeleciał ją. Potrafił. Czy teraz będzie zdolny do miłości z własną żoną? Czy pozwoli jej, a przede wszystkim sobie, na powrót do udanego pożycia? Czy będą potrafili rozmawiać o tym, co się stało? Poczuł, że wcale nie musi opowiadać Lidce o przeżyciach. To niczego by nie zmieniło. Ona chciała jego sprzed misji. Chciała kłaść się koło swojego męża. Zrobić mu loda z samego rana, kiedy dopiero się budził. Chciała czuć się potrzebna, kochana, pożądana. Przecież ciągle o tym mówiła, tyle, że on jej nie słuchał. Skupił się na wojnie. Może Paulina ma rację? Spojrzał na kobietę z zastanowieniem.

– A ty? Co ty z tego masz? – To było jedyne, cisnące się teraz na usta pytanie.

Przechyliła głowę. Wiedziała, że w końcu będzie musiała mu powiedzieć. Teraz miała szansę, przecież mieli się nie zobaczyć nigdy więcej.

– Ja? – Głos jej drżał. – Chciałam podjąć słuszną decyzję. Musiałam spróbować. Na co dzień mam z tym problem. Wybór uczesania sprawia mi kłopot. Ton głosu, którym mam odezwać się do sąsiada, napawa mnie obawą i lękiem. W twoim przypadku jest mnóstwo rzeczy składających się na problemy, które cię dotknęły. U mnie jest jeden. Jestem, w zasadzie byłam, typowym „dzbanem”. Pracowałam w sztabie. Zajmowałam się łącznością. Przekazywałam spływające raporty. Reagowałam na wezwania chłopaków z patroli. Zazwyczaj nie było z tym problemu. Przekazywałam namiary, a dalej to już nie była moja sprawa. Ale raz… Był duży kłopot. Patrol został ostrzelany. Ci, co byli „na wąsach”… Jeden zmarł na miejscu, dwóch było rannych. A u nas w bazie wszystko się pochrzaniło. Standardowo powinnam wysłać wiadomość do centrum, ale coś nie działało. Nie było czasu na inne czynności. Musiałam zdecydować sama. Trwało to zbyt długo. Miotałam się, co zrobić. Za długo… – Ciałem Pauliny wstrząsnął gwałtowny szloch.

Adam zdecydowanym krokiem podszedł do kobiety. Kucnął przed nią, starł słone łzy z twarzy. Spojrzała na niego z bólem w oczach.

– Zawiodłam. Jeden z rannych nie przeżył. To moja wina. Mówili mi, że obrażenia były zbyt ciężkie… że nawet, gdyby pomoc dotarła OD RAZU, nie daliby rady go uratować. Tutaj „złota godzina[xvii]” by nie zadziałała. Ale do mnie te argumenty nie trafiają. Przez moje niezdecydowanie, przez moją opieszałość zginął człowiek. Wiesz, jak ciężko było słuchać tego, co opowiadałeś. To mogłeś być ty. To mógł być któryś z twoich kolegów. Jestem do niczego. Od tamtego momentu… Załamałam się. Praktycznie od razu odesłali mnie do domu. Na leczenie. Decyzje, wszystko, co robię… wydaje mi się, że ode mnie zależy życie wszystkich, całego świata. Że to, co mówię i robię, ma wpływ na przyszłość.

Ostatnie słowa Adam z ledwością zrozumiał. Paulina szlochała, głośno łapała powietrze przez usta. Zatkany z powodu płaczu nos zniekształcał głos, który zazwyczaj, łagodny, melodyjny, teraz stał się niewyraźny.

– Ja… Ja chciałam ci jakoś pomóc. Chciałam odkupić swoje winy, chociaż wiem, że to nigdy nie będzie możliwe, przecież nie zwrócę temu człowiekowi życia.

Przyciągnął ją do siebie, oparła głowę na jego ramieniu, znacząc na koszulce mokre plamy.

– Paulina, to nie tak. Nie możesz mieć do siebie pretensji. – Próbował złagodzić jej ból, mimo, iż wiedział, że takie słowa, które pewnie słyszała już wiele razy, nie przyniosą ukojenia. – Wiem tylko z opowiadań, jak wygląda twoja praca, ale sądzę, że jest ona równie stresująca jak moja. Czasami sekunda może zadecydować o czyimś życiu, rozumiem. Ale nie możesz brać na siebie wszystkiego. Nie możesz…

– Pomyśl! Gdyby tam wtedy zginął twój kolega, nie miałbyś pretensji, nie szukałbyś winnego?

– Taka jest wojna. Musisz się z tym pogodzić. Za każdym razem, wyjeżdżając na patrol albo w konwoju, każdy z nas liczył się z tym, że może nie wrócić. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo po co. Ale tak jest.

Zgarnął włosy przyklejone do załzawionej twarzy i pocałował w czoło, zwyczajnie, po przyjacielsku, jakby znali się kupę lat. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało.

– To co? Psychodramę[xviii] chyba już mamy za sobą?

– Przez cały pobyt tutaj nie wydukałem słowa tej nieopierzonej, pożal się boże, psycho-panience. Ani teraz, ani poprzednio. Pierwszy pobyt tutaj nic nie dał. Wróciłem do domu i przez dwa dni było normalnie. Udawało mi się panować nad gniewem i obawami. Po jakimś czasie lekarz znowu mnie tu skierował. Dzisiaj rano, przed przyjściem tutaj, byłem przekonany, że nic się nie zmieni, że wrócę do domu i po kilku tygodniach znów tu trafię. A teraz… Paulina, dałaś mi nadzieję. Kurwa, nie miałem jej od… nie pamiętam.

– Ja tak mam. Boję się, że te wszystkie zajęcia terapeutyczne, starania o przywrócenie nas do normalności w niczym nie pomogą. Wiem, że chłopaki trafiają tu nawet kilka razy. Myślisz, że ty już nie wrócisz?

– Tak. Liczę na to, że moja stopa więcej nie stanie w tym budynku. Że będę mógł żyć normalnie. – Uśmiechnął się ciepło, odsłaniając idealnie równe uzębienie. – Dzięki tobie. Jesteś moją psychodramą, najskuteczniejszą, jaka mogła mi się trafić.

– I mówisz to tak szczerze? Nie kłamiesz? Dasz radę? – zapytała z niedowierzaniem.

– Tak, z pełnym przekonaniem. Czuję, że teraz dam radę. Sprawdziłem się dzisiaj. – Na policzki Pauliny wypełzł rumieniec, kiedy dotarło do niej znaczenie słów. – Więc sprawdzę się też w domu. Potrafię.

– Tyle mi wystarczy, Adamie. Nic więcej nie mogłabym dla ciebie zrobić.

– Zrobiłaś więcej niż ci wszyscy wyszkoleni terapeuci.

Patrzyli przez chwilę na siebie ze zrozumieniem. On z wiarą, że uda się prowadzić normalne życie. Ona z przeświadczeniem, że komuś pomogła, że jej decyzja była słuszna i nie sprawiła zawodu. Życie bywa zaskakujące. To w zasadzie przez jej problem nawiązali bliższą znajomość.

Pomysł spotkań był spontaniczny, Paulina absolutnie tego nie planowała. Kiedy trafiła do ośrodka, porucznik był już w połowie swego turnusu. Ich relacje od początku były kiepskie. Niejednokrotnie padała ofiarą wybuchu złości, jednak kiedy wymagała tego sytuacja, zawsze stawał w jej obronie. Przełomową chwilą była kłótnia w kolejce po obiad. Paulina podeszła do pani Kasi, która wydawała porcje. Tego dnia do wyboru były ziemniaki gotowane i pieczone. Nie wiedziała, które wybrać. Nie chciała sprawić problemu i, jak to zawsze bywało w podobnych sytuacjach, jej niezdecydowanie stało się przyczyną konfliktu. W kolejce za nią stał Grabarz. Jeszcze wtedy nie wiedziała, skąd to przezwisko. Jak zwykle, począł głośno komentować jej niezdecydowanie. Paulina zestresowała się jeszcze bardziej. Chciała go przepuścić, aby załadował swoją tacę i dał jej spokój. Wtedy włączył się Duda, a że cieszył się ogólną sympatią wśród „wczasowiczów”, jak zwykle w żartach na siebie mówili, Grabarz odpuścił i cierpliwie czekał. Od tego się zaczęło. I tak, w ośrodkowej bibliotece, w trakcie doradzania, którą książkę wybrać, padł pomysł wspólnych spotkań. To Adam wyszedł z inicjatywą i ustalił zasady. Teraz, patrząc na spokojne oblicze porucznika, myślała o tym, jak bardzo odległy to czas, niby raptem miesiąc, a tyle się zmieniło.

– Idź już – wyszeptała.

– Tak po prostu mam sobie wyjść, zostawić cię?

– Nasza terapia dobiegła końca. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić.

– A co z tobą? Sama sobie nie dasz rady. Też chciałbym jakoś…

– Ja potrzebuję czasu. U mnie wszystko jest bardzo świeże. To minie. – Kłamstwa wyjątkowo gładko przechodziły przez gardło, jakby przecząc dotychczasowej prawdomówności. Porucznik nie potrzebował słuchać teraz jej żali i problemów. Powinien stąd wyjść z czystą głową, wolną od problemów innych „wczasowiczów”.

– Jesteś pewna, dasz sobie radę? Mógłbym, hmm, mógłbym zadzwonić…

– Nie, daj spokój, to kiepski pomysł. Idź, wracaj do żony. Potrzebujecie siebie.

Porucznik, wciąż trzymając ją za rękę, podniósł się z kucków. Wstała razem z nim. Przytulił ją mocno. Krzepiąco poklepał po wystających łopatkach. Jeszcze raz pocałował w czubek głowy. Puścił i odsunął w stronę drzwi.

– Jesteś pewna?

– Tak. Idź.

Odwrócił się do niej tyłem, położył dłoń na klamce. Jeszcze raz odwrócił się, aby spojrzeć na smutną w tej chwili postać. Wyglądała mizernie: zmierzwione włosy, opuchnięta od płaczu twarz. Z jednej strony odczuwał potrzebę by zostać, przytulić i wysłuchać. Wszak to ona przez ostatnie tygodnie pełniła tę rolę: cierpliwie słuchała, wspierała swoją obecnością, milczącym dotrzymywaniem towarzystwa. Nie wdawała się w dyskusje. Przyjmowała na spokojnie jego zwierzenia, potrafiła nabrać dystansu, a przynajmniej stwarzała takie wrażenie. Z drugiej strony nie mógł sobie pozwolić na zostanie z nią, rozpamiętywanie. W pocieszaniu był słaby. Seks, który wspólnie przeżyli, niczego nie zmieniał. Miał swoje życie. Rodzinę: żonę i dzieciaka. To dla nich walczył, to dla nich się tu znalazł i to po raz drugi. Za kilka godzin miał opuścić ośrodek i wrócić do normalnego życia. Mocno wierzył w to, że tym razem się uda. Wyszedł.

– Żegnaj – wyszeptała Paulina do zamkniętych już drzwi. Klapnęła z powrotem na krzesło i rozpłakała się ponownie. Zanosiła się płaczem, przełykając łzy. Płakała z powodu własnych słabości, problemu, którego nie mogła rozwiązać, ale również z radości: czuła, iż jej ostatnia decyzja nie przysporzyła nikomu krzywdy. Nie myślała o odbytym stosunku w kategoriach zdrady. Porucznik Duda potrzebował tej terapii, nie zaangażował się emocjonalnie. Mechaniczny seks nie powinien zaszkodzić relacji z żoną. Była przekonana, że szybko zapomni o dzisiejszym incydencie. Dała mu przekonanie, że potrafi wrócić do życia. Poniekąd zazdrościła Adamowi. Uwierzył. Wyszedł stąd z przekonaniem, że da radę. Jej brak było wiary.

Siedząc i rozmyślając, straciła poczucie czasu. Zerknęła na zegarek. Pora obiadu już dawno minęła. Powinna za chwilę stawić się w sali terapeutycznej, gdzie pewnie znowu każą jej malować lub kleić figurki z gliny. Wstała i podeszła do okna. Tłusty kot wylegiwał się pod pobliskim krzakiem, chowając się przed gorącymi promieniami.  Stara lipa rzucała cień na równo przystrzyżony trawnik. Paulina odruchowo szukała w głowie, do czego mogłaby przyrównać kształt tej cienistej plamy.

Cisza i bezruch na zewnątrz działały kojąco. Kątem oka dostrzegła ruch. Sylwetkę. Żwirową ścieżką, pomiędzy połaciami trawy, maszerował porucznik Duda. Przez ramię przewiesił sporą torbę, skrywającą wszystko, co było mu potrzebne do funkcjonowania w ośrodku. Szedł dziarsko do przodu z podniesioną głową. Mogła podążyć za nim, przejść tą ścieżką już dzisiaj. Nikt nie trzymał jej tu na siłę. Pobyt był dobrowolny. Mogła iść do prowadzącego i wypisać się. Ale obserwując, z jaką pewnością Adam stawia kroki, widząc jego wyprostowane plecy, pomyślała, że właśnie tak chciałaby odejść. Z wiarą i nadzieją. Z przekonaniem, że za ogrodzeniem zakładu poradzi sobie ze wszystkimi przeciwnościami.

Żołnierz podszedł do bramy, zatrzymał się na chwilę, jakby nad czymś myślał. Trwało to kilka sekund. Była pewna, że się odwróci, poszuka wzrokiem okna „ich” pokoju.

Adam pchnął furtkę i wyszedł na ulicę. Po chwili zniknął z pola widzenia. Nabrała głośno powietrza. Podeszła do biurka i szukała przez dłuższą chwilę utraconej gumki do włosów. Spięła je wysoko, jeszcze raz wygładziła spodnie oraz top i wymaszerowała z pokoju.

[i] Flashback – nawracający obraz traumatycznych przeżyć.

[ii] Beryl – karabinek automatyczny używany przez polskich żołnierzy.

[iii] Pestka – potoczne określenie naboju.

[iv] Chodzenie na wąsach – w języku żołnierzy znaczy pieszy patrol (np. w ochronie przejeżdżającej kolumny) mający na celu wyszukanie min-pułapek.

[v] Ajdik – improwizowany ładunek wybuchowy.

[vi] Luttrell Marcus – postać autentyczna. Były żołnierz amerykańskiej jednostki wojskowej  Navy Seals.

[vii] „Hajłej” – potoczna nazwa głównej, asfaltowej drogi prowadzącej do Ghanzi.

[viii] Śpioch – improwizowany ładunek wybuchowy bez połączeń z kablami, nieaktywna mina.

[ix] Dziewczynki – potoczna nazwa używana w odniesieniu do niedoświadczonych amerykańskich żołnierzy.

[x] Pieksu – sklep z elektroniką i wyposażeniem wojskowym.

[xi] Świniak – potoczne określenie Rosomaka, pojazdu bojowego używanego przez polskie wojsko.

[xii] Camel – pojemnik (najczęściej trzylitrowy) na wodę umieszczany na plecach żołnierza.

[xiii] Wiatrak – określenie maszyn sił powietrznych.

[xiv] Bacha bazi – rodzaj rozrywki i prostytucji małych chłopców.

[xv] Brom – tabletki blokujące popęd.

[xvi] Dzban – określenie wojskowego i cywilnego personelu bazy, który jej w trakcie misji nigdy nie opuszcza.

[xvii] Złota godzina – jest to czas, w którym pacjent powinien zostać wyprowadzony ze wstrząsu lub, jeśli wymaga operacji, znaleźć się na stole operacyjnym.

[xviii] Psychodrama – metoda psychoterapii mająca na celu rozpoznanie i leczenie zaburzeń psychicznych.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Cóż, pozostaje mi tylko przywołać mój komentarz z 13 maja 2014 roku 🙂

„Witam!

Opowiadanie Kenaarf pokazuje dwa procesy: po pierwsze ewolucję literacką Autorki, po drugie, ewolucję całej Najlepszej Erotyki. Kenaarf bierze się za coraz dojrzalsze tematy, przedstawia je w coraz bardziej umiejętny sposób (nawet krytyczny zwykle Barman-Raven czuje się powalony i musi to sobie poukładać – a czyni to już któryś dzień 🙂 Seksualność ludzi dojrzałych, problemy uczuciowe niewidomej dziewczyny, wreszcie traumy przywiezione z zagranicznych misji wojskowych – wydaje się, że takie tematy nie pasują do profilu strony z opowiadaniami erotycznymi. A jednak! Dzięki Autorce tu właśnie się pojawiły. I uważam, że oddana im została sprawiedliwość.

Najlepsza Erotyka początkowo miała być po prostu szalupą dla rozbitków z Dobrej Erotyki, ale z pewnymi ambicjami: chcieliśmy tu zebrać zdolnych Autorów, nie publikować chłamu, który na starej stronie pojawiał się zdecydowanie zbyt często. Z czasem ambicje zaczęły rosnąć – i coraz bardziej doszlusowywać do nazwy. Postanowiliśmy stworzyć najciekawszą stronę z opowiadaniami erotycznymi w polskiej sieci. Siłą rzeczy oznaczało to, że erotyka nie będzie clou publikowanych tekstów. Pozostanie ich istotnym elementem, ale jednym z wielu innych elementów – obok przemyślanej fabuły, zapadających w pamięć bohaterów, wartko prowadzonej akcji, albo wręcz odwrotnie – pogłębionej refleksji.

Opowiadania Kenaarf – która nie publikowała na Dobrej Erotyce, zadebiutowała dopiero tutaj – w pełni wpisują się w ten kierunek. Niektórzy mogą narzekać, że w całym tekście jest stosunkowo mało erotyki – ale przecież jest ona przyprawą, a nie głównym daniem. Dodana w odpowiedniej proporcji wydobędzie smak potrawy, zaostrzy go, uczyni niezapomniamym. Należy jednak uważać, by nie przedobrzyć – zbyt wiele przyprawy przykryje właściwy smak, zabije go. A może się to skończyć poważną niestrawnością.

Historia Adama i Pauliny, mimo swych rozmiarów (wiem, wiem, akurat ja nie powinienem narzekać na długość opowiadania!) wciąga i nie wypuszcza aż do ostatniego słowa. Nie chcę przez to powiedzieć, że to lektura łatwa, prosta i przyjemna. Wręcz przeciwnie. Bohaterowie są pełni traum, ich dzieje odsłaniane są niespiesznie i fragmentarycznie. Zwłaszcza o Paulinie dowiadujemy się stosunkowo niewiele. Ciągnące się całymi stronami monologi Adama pozwalają spojrzeć na jego życie, lecz ma on tendencję do „zawieszania się” na tematach. Pamiętajmy jednak, że tak właśnie mówią ludzie, zwłaszcza ci, którzy wspominają swoje tragiczne lub straszne przeżycia. Kenaarf z powodzeniem udało się przedstawić realistyczny monolog weterana wojennego – mam wrażenie, że napisanie tych fragmentów poprzedziło długotrwałe słuchanie podobnych relacji.

W ogóle wiarygodność uderza w tym tekście. Widać, że Autorka nie pisze „z głowy”. A przynajmniej nie tylko. To jest naprawdę dobrze przemyślane opowiadanie, napisane po solidnym przygotowaniu. Warto przeczytać je kilka razy, by wychwycić wszystkie (a przynajmniej większość) smaczków i niuansów. Chciałbym, by na naszej stronie podobne prace pojawiały się coraz częściej.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.”

Tak, to jest dobre opowiadanie. Napisane po researchu autorki, trochę poparte edukacją. Brawo.

To opowiadanie, to jeden z tych tekstów, które zostają w człowieku na zawsze. Pamiętam, że w czasach jego Premiery pokusiłem się o opinię, że swego czasu wgniotło mnie w fotel. Kenaarf zawsze kojarzyła mi się z dużym realizmem, naturalizmem wręcz. „Dziwkę w Mundurze” zapamiętałem na zawsze, tak jak wiele innych tekstów Autorki. Twój styl jest niepodrabialny, dobrze, że znów możemy się czytać. Pięć gwiazdek obowiązkowo.
Kłaniam się z uśmiechem,
Lis

Napisz komentarz