Marta i student. Udawana randka (Historyczka)  4.75/5 (4)

48 min. czytania

Źródło: Pixabay

Nie mogłam się doczekać ich przyjazdu. Rozgorączkowana sprzątałam dom, wycierałam kurze, przestawiałam kwiaty. Jak co roku, odwiedzał mnie chrześniak – Mateusz, tym razem miał przybyć ze swoim kolegą noszącym rzadkie imię – Lubomir.

Ten dzieciak pewnie znowu wyrósł. Wszak skończył właśnie osiemnaście lat! Przede wszystkim jednak, zastanawiałam się, jaki będzie ten jego przyjaciel? Czy da się z nim pogadać? Czy przystojny? Byłam sama sobą zaskoczona – dlaczego ja w ogóle jestem tym tak podekscytowana?

Może dlatego, że tak dawno nie spotkałam się z żadnym mężczyzną, nawet na niewinnej randce, a teraz nagle, dwaj młodzi faceci zamieszkają u mnie w domu? Może dlatego, że zawsze kręcili mnie młodsi. Już na studiach umawiałam się ze studentami z młodszych roczników. Co prawda, całowali się bardziej niezdarnie, ale wydawali się być bardziej mną zafascynowani, niż rówieśnicy. No i jakoś bardziej mnie ekscytowało, gdy nieporadnie wkładali mi trzęsące się dłonie pod bluzkę… zdecydowanie bardziej, niż gdy, przecież znacznie odważniej, dobierali się do mnie ich starsi koledzy…

W dzień przyjazdu chłopców postanowiłam przywitać ich wytworną kolacją z winem i świecami. Do tego zaszalałam i wystroiłam się chyba przesadnie elegancko. Nowe, wyszukane szpilki, czerwona, dopasowana, diabelsko seksowna spódniczka, czarne pończochy z obowiązkowym szwem… Starannie przygotowałam makijaż. Same usta malowałam znacznie dłużej niż zazwyczaj. Tak bardzo mi zależało, żeby prezentowały się ponętnie.

Wreszcie przybyli. Powitałam ich na ganku, rozpromieniona i serdeczna. Wyściskałam chrześniaka, jego towarzyszowi podałam dłoń, uśmiechając się najszerzej jak potrafiłam, jakby chcąc okazać radość z jego przybycia. Młodzian robił wrażenie nieśmiałego. Może dodatkowo onieśmielał go mój strój? – Krótka i kusząca minispódniczka, wyeksponowane nogi. Udawał, że na nie nie patrzy, ale ewidentnie – łapczywie zerkał.

Przeraźliwie chudy, okularnik, z rozmarzonymi oczami. A mnie zawsze pociągali nieśmiali. A także intelektualiści.

– Pewnie chcecie się odświeżyć po podróży? Panie Lubomirze, niech się pan nie krępuje, niech się pan czuje jak u siebie w domu! – Załopotałam rząsami, po czym poprowadziłam go wgłąb domu.

Idąc przed nim, kusząco kręciłam tyłkiem, z pełną świadomością, że obcisła kiecka doskonale eksponuje jego kształt. Perfidnie zostawiłam w łazience, suszącą się na sznurze, koronkową bieliznę – czarne stringi, skąpe, fioletowe figi, rozpinany z przodu biustonosz, seksowny czerwony gorsecik i arcykuszącą, prześwitującą koszulkę nocną, jakiej nie powstydziłaby się najwykwintniejsza kurtyzana.

Gdy Lubek już się kąpał, piekielnie mnie kusiło, by, pod jakimś błahym pretekstem wtargnąć do łazienki i podejrzeć młodziana pod prysznicem. Nawet już wpadłam na pomysł z przeciekającą rurą, ale na szczeście nie zdobyłam się na realizację tego fortelu.

Sama nie wiem, dlaczego tak nadskakiwałam temu Lubomirowi. Częstowałam go a to ciastem, a to owocami. Cokolwiek mu podając, przesadnie się nachylałam. Dawałam mu doskonały wgląd w dekolt. W pewnym momencie, gdy poszłam po czereśnie do kuchni, perfidnie rozpięłam górny guzik bluzki. Teraz miał jeszcze lepszy widok – na niemały fragment moich półkul i zapewne też koronkę stanika…

Podczas kolacji, szczebiocząc, zagadywałam Lubka. Uśmiechałam się do niego i wypytywałam o wszystko. Może nie odebrał mnie jako wścibskiej ciotki? Przyznaję, że najbardziej ciekawiło mnie, czy ma jakąś sympatię, czy chodzi na randki? Chociaż nieco w to wątpiłam, biorąc pod uwagę jego nieśmiałość. Oczywiście, starałam się pytać dość dyplomatycznie, nigdy wprost.

– Taki przystojniak jak pan, zbałamucił pewnie niejedno biedne dziewczę!

Takimi zawoalowanymi pytaniami wydobyłam niemało. Uznałam, że to wyjątkowo niedoświadczony młodzieniec, który chyba nigdy nawet nie całował się z dziewczyną. Ależ mnie to rajcowało!

Nalewając kawalerowi wina do kieliszka, stawałam obok i pochylałam się jeszcze niżej, niż uprzednio. Z zadowoleniem dostrzegłam, że jego wzrok ląduje na mojej bluzce. Dlatego nalewałam trunek powoli, byle tylko Lubek mógł napawać się chwilą.

„A obejrzyj sobie chłoptasiu dokładnie moje bufory. Pewnie na żywo nigdy więcej nie widziałeś! Czy nie podoba ci się, że są takie duże?”

Chłopak na przemian bladł i czerwieniał. Dość szybko wysączył kieliszek, jakby celowo po to, żeby móc liczyć na kolejny pokaz. I nie przeliczył się! W międzyczasie, gdy poszłam do kuchni po wodę, „przypadkowo” rozpiął się drugi guzik niesfornej bluzki. Wtedy już nie było mojego chrześniaka na kolacji, znużony poszedł spać, a jego kolega o dziwo, nie wykazywał cienia znużenia. Wprost przeciwnie, gdy napełniałam kolejny kieliszek, wydawał się dość ożywiony. Chyba alkohol dodał mu nieco odwagi, bo dostrzegłam, że śmielej zerkał w mój dekolt. Teraz mógł dojrzeć całkiem sporą partię tego seksownego, koronkowego stanika. Za sprawą wina również byłam bardziej ośmielona. Podczas nalewania do kieliszka, stałam znacznie bliżej niego. Na bank poczuł uwodzicielski zapach drogich perfum, którymi się skropiłam.

Podczas rozmowy, komplementowałam go:

– Panie Lubomirze, wspaniale mi się z panem rozmawia! Znamy się ledwie od kilku godzin, a mam wrażenie, że od bardzo dawna! Jakbym była z panem bliżej, niż z innymi mężczyznami…

Obawiałam się, że posuwam się za daleko, ale przecież wino ma swoje prawa. Tym bardziej, że chłopiec robił wrażenie, że bardzo ekscytuje się tym, co mówię. Dużo więc opowiadałam o sobie. Wyznałam mu, że jestem samotną kobietą, od dłuższego czasu z nikim się nie spotykam, a nawet, że brakuje mi męskiego ramienia…

Obserwowałam miny Lubka wpatrującego się we mnie uważnie, gdy to wszystko wyjawiałam. Zastanawiałam się wtedy, jakie myśli kłębią się pod jego czaszką? Co jeszcze chciałby o mnie wiedzieć? Może:  z iloma mężczyznami poszłam do łóżka?  O nie… – pomyślałam – mężczyźni tak tego nie określają – raczej – „Ciekawe, ilu ją zaliczyło?” – czy raczej – „ilu ją rżnęło?” Aż sama się podnieciłam do tego sformułowania.

Idąc tym tropem, sama podsuwałam mu pytania.

– Panie Lubomirze, a co chciałby pan o mnie wiedzieć?

Zaczerwienił się mocniej i cicho zapytał:

– Wspominała pani o tych mężczyznach… a zdradziłaby pani Marta, z iloma poważniej się spotykała? – Wydusił z siebie i zaraz przestraszył się tego co powiedział, jakby poczuł, że przeszarżował.

– Panie Lubku, a cóż to za tajemnica? – Uśmiechnęłam się, patrząc się mu w oczy. – Poważniej? Hm… Dłużej z dwoma… No i były jeszcze dwa, krótsze związki…

„Więcej ci chłoptasiu nie będę mówiła. Jeszcze uznasz, że się puszczałam. A tak, czterej faceci, którzy mnie pieprzyli, to chyba wystarczająco, żeby podziałać na twoją wyobraźnię. A może nawet już sobie wyobrażasz, jak byłam dmuchana na tej wersalce, na której siedzę… Nawet sobie nie wyobrażasz, jak dał mi na niej popalić pan Tadzio…”

Ogarnął mnie bardzo erotyczny nastrój, nie mogłam się powstrzymać, by nie kusić Lubka coraz silniej. Gdy zakładałam nogę na nogę, siedząc na wersalce, robiłam to w taki wytworny, ale także kuszący sposób. Podczas tych manewrów, spódniczka podsunęła mi się do góry, zdradzając, że założyłam pończochy. Dowiodłam tego za pomocą seksownej koronki, która z miejsca przykuła uwagę młodziana. Pomyślałam sobie, że to musi zadziałać na takiego niedoświadczonego młodzika. Zwłaszcza, że jednocześnie nieustannie uśmiechałam się do niego i obsypywałam komplementami.

Pewnie pod wpływem alkoholu, ale zaczęłam już snuć plany – co może wyniknąć z faktu, że chłopak zamieszka pod moim dachem? Czy może dojść do tego, że wyląduje również w moim łóżku? Szybko zganiłam się za tą myśl: – Przecież on jest za młody! Lecz wkrótce pojawiła się następna: – A dlaczego by nie? Czyż nie przyjemne by było poczuć takiego junaka blisko… bardzo blisko… ulec mu… pozwolić mu na… wszystko?!

***

Szybko wyszło na jaw, że Mateusz zapoznał w okolicy dziewczynę i w zasadzie całymi dniami przesiadywał u niej. Dlatego jego przyjaciel spędzał ten czas ze mną. Bardzo polubiłam Lubomira, mimo, że dał się poznać jako nadzwyczaj nieśmiały chłopiec. Lubiłam z nim przebywać, lubiłam rozmawiać. Najbardziej jednak polubiłam jego charakter, typowego melancholika. Wydał mi się romantyczny i bardzo nieśmiały. Z jakiegoś powodu uwielbiałam go niemal nieustannie prowokować… kokietować… Było to takie ekscytujące… Często nie mogłam się powstrzymać, żeby przy nim, niby dyskretnie – odwracając się nieco – poprawiać pończochę… No bo od kiedy zamieszkali u mnie nie zakładałam na siebie nic innego, jak tylko spódniczki i pończochy.

To było czarujące, obserwować jak panicznie wstydliwy chłopiec – cały się czerwieni. Łapie buraka na widok moich nóg obleczonych w seksowne pończoszki z szerokimi, koronkowymi zakończeniami. Kiedy dyskretnie podwijałam kieckę, chwytając palcami za misterny materiał manszet – chłopak niemal wychodził z siebie. Wybałuszał oczyska i zapominał języka w gębie.

Gdy wykonywałam standardowe czynności domowe, nieustannie śledził mnie baczny wzrok Lubomira. Jak przystało na dobrze wychowanego młodziana, zawsze oferował pomoc. Zdawałam sobie sprawę, że jest to podyktowane nie tylko dobrymi manierami…

Tłumaczyłam sobie, że mogę sobie pozwolić na niewinną kokieterię, bo być może, dzięki obcowaniu ze mną, poznawaniu kobiety i reakcji na nią, chłopiec przezwycięży wrodzoną nieśmiałość? Gdy niosłam kosz z praniem, niezwłocznie śpieszył z pomocą i… szybko znów poczerwieniał jak pomidor… A to dlatego, że nie był wprost w stanie, oderwać wzroku od koronkowego stanika wyłaniającego się spod bluzeczki. Wprost chłonął go… Jeszcze bardziej czerwienił się, pomagając rozwieszać pranie na sznurze. Oglądał moją bieliznę z wypiekami na twarzy, mógł wszak przekonać się, jakie mam wyszukane haleczki, jakie gorseciki, jak seksowne i skąpe stringi, a zwłaszcza jak dużo posiadam pończoch.

Może wyobrażał sobie te fatałaszki na mnie? Może nawet, jak je z siebie zdejmuję…

Mimo dużej frajdy z kuszenia chłopca, miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. „Chłopaczysko się za bardzo napali, może za dużo sobie wyobrazi, a przecież i tak do niczego to nie prowadzi.” Jednak, niestety, chęć prowokowania go, była silniejsza ode mnie… O wiele silniejsza.

Wieczorem zapraszałam go do swej biblioteczki i szukałam dla niego odpowiednich pozycji, sama wówczas przybierając odpowiednie pozycje…. Musiałam wszak, a to nachylać się do dolnych półek, a to sięgać do wyższych. To pierwsze, powodowało, że mocno wypinałam przed nim pupę w krótkiej i obcisłej spódniczce. Domyślałam się, jak takie ułożenie ciała musi działać na jego wyobraźnię, jak silną stanowi zachętę. Jakbym mówiła – „weź mnie, jestem gotowa… podwiń tylko spódnicę…”

Natomiast ta druga pozycja, gdy byłam nachylona, dawała dogodny wgląd w dekolt… Bluzeczka, obowiązkowo już, miewała zazwyczaj rozpięty, choć jeden, guziczek. Stanik, zawsze koronkowy, uwypuklał tylko obfitość biustu. Chyba uzależniłam się już od tego wciągającego nawyku, podtykania cycków pod nos chłopaka… Robiłam to właściwie na każdym kroku.

Jeszcze ciekawiej było, gdy musiałam wspinać się do najwyższych półek, stając na stoliku. Wypinając się na nim, umożliwiałam Lubkowi zapuszczanie żurawia pod spódniczkę. Wtedy akurat nie obcisła, a rozkloszowana kiecka pozwala na wiele… Doskonale wiedziałam, że pończochy z koronkowymi manszetami, niechybnie pobudzają mężczyźnie krążenie krwi. Boże! Ależ mnie to nakręcało, gdy słyszałam zasysanie powietrza przez kawalera… Wydawało się, że wyjdzie z siebie, gdy mnie obserwował! Sapał… dyszał… a gdy zapytałam go, jakie dziedziny lubi – przez kilka chwil nie mógł wydusić z siebie słowa!

Zastanawiałam się, czy jest w stanie dostrzec moje majtki? Od kiedy u mnie mieszka, zakładam wyłącznie koronkowe, dobierając te najbardziej prześwitujące, wychodząc z założenia, że nie wiadomo jakie sytuacje się w ciągu dnia przytrafią. Ekscytowałam się zawsze, nasuwając na siebie takie majteczki. Mrużąc oczy, wyobrażałam sobie jakiś moment, gdy młodzian ma sposobność zajrzeć mi pod spódniczkę. I przez materiał dostrzec zarys mej szparki.

To samo było teraz, przy półkach. Myślałam – „Pewnie nigdy nie widział na żywo cipki… Teraz chyba się na to nie odważy. A może? Jeśli tak, może to być najbardziej podniecająca sytuacja w jego życiu?” Dlatego długo szukałam książki… Wiercąc się, przyjmując różne pozycje… Wypinając się mniej, lub bardziej. Zdumiewałam się szalenie, że tak wielką sprawia mi to frajdę. Wreszcie prowokacyjnie zapytałam:

– Panie Lubomirze… a jakie ma pan ulubione pozycje?

Myślałam, że wybuchnie! Zastosowanie dwuznacznego sformułowania rozpalało go do głębi. W końcu, gdy odpowiedział, okazało się, że lubi absolutnie ambitną literaturę. Przeczytał nawet „Szatańskie wersety” Salmana Rushdiego. Miałam okazję do wyrażenia podziwu dla niebanalnego gustu Lubka. Gdzież mi do niego… Ostatnio czytałam „Grę o Tron”. Pochwaliłam się tym i jednocześnie skomentowałam:

– Panie Lubku, to było arcyciekawe, ale tyle tam przemocy i… seksu.

Nie wiem dlaczego, aż ciarki przeszły mnie po plecach, gdy do młodzieńca wypowiedziałam słowa, celowo wówczas ściszając głos – „przemocy i seksu”.

Przełamał się! Dopytał o szczegóły.

– Cóż, chodzi o to, że w tej powieści kobiety są, co rusz, gwałcone. Zazwyczaj przez brutalnych żołdaków. Na przykład przez niejakiego Górę. A to gwałci niewinną dziewkę w gospodzie, brutalnie oznajmiając, że staje się, za przeproszeniem, ale to język Martina… że staje się kurwą. A to okazuje się, że zgwałcił księżniczkę… A jeśli nie gwałty, to przynajmniej sceny ostrego seksu… Jak choćby Khal Drogo bierze Daenerys jak klacz… Od tyłu, tak zwierzęco, dziko…

Sama się sobie dziwiłam, że nie dość, że się rozgadałam, to wypowiadałam słowa tonem jakby zalotnym, ściszonym głosem i powoli. Śledziłam jego miny. Był wyraźnie podniecony. Patrzyłam Lubkowi prosto w oczy, trochę nawet obawiając się, czy nie odczyta tego jak słów: „– Weź mnie jak ową Daenereys! Bezpardonowo! Dziko! Moja rozkloszowana spódniczka ułatwi ci zadanie… podobnie jak pończochy… a cienkich, niczym mgiełka stringów, pozbawisz mnie z łatwością… Wszak przed chwilą tak zachęcająco się przed tobą wypinałam… Albo zgwałć mnie jak Góra, wbijając się we mnie bezlitośnie…” Nawet gdyby odczytał moje myśli, był zdecydowanie zbyt nieśmiały, by choćby złapać mnie za rękę. A ja nadal nie dążyłam do niczego, poza niewinnym prowokowaniem.

Kolejnego wieczora, gdy już upewniłam się, że grywa w szachy, zaprosiłam go na partyjkę. Celowo założyłam szalenie króciutką, czerwoną, skórzaną spódniczkę, obcisłą jak cholera, żeby czuć się przy nim maksymalnie zmysłowo. Do tego szpile. Czerwone, seksowne… wręcz wyuzdane… mógłby ktoś pomyśleć, że tylko dziwki takie noszą…

Lubomir wydawał się być inteligentnym i przewidującym graczem. Jednak musiał się chyba skrajnie speszyć, gdyż popełniał kardynalne, dziecięce wręcz błędy! Ale nie chciałam narażać jego męskiej dumy na szwank. Dlatego celowo się podkładałam.

– Ależ z pana prawdziwy zwycięzca, pogromca! Nielitościwie młóci pan biedną niewiastę!

Słowo „młóci” – celowo dwuznaczne, wywołało na jego policzkach wypieki… Więc  co rusz dodawałam do pieca:

– Ojej! Co za podstępny konik! Ależ mnie pan nim przeleciał!

Rzeczywiście, skoczek zasadził mi widły. A gdy goniec zrobił „szpilę” królowi i wieży, zakrzyknęłam:

– Ojej! A to mnie pan przeszpilił! Ależ mnie pan nadział na gońca!

Widziałam po jego twarzy, jakie wrażenie wywarły słowa: „a to mnie pan nadział”. Sama się sobie dziwiłam, skąd tak łatwo przychodzą mi dwuznaczne sformułowania?

Przy każdej tego typu akcji nie tylko egzaltowałam się, ale i pochylałam nad szachownicą. Wąska spódnica dość szybko podjechała do góry… Koronki pończoch znów, jak co dzień, stały się obiektem spojrzeń Lubomira. Dlatego przegapił bicie hetmana! Oczywiście pokazywałam mu takie sytuacje.

– Ach! Co to się dzieje! Zwykły pion puknie właśnie królową!

Młodzian uniósł oczy do góry, jakby marzył właśnie o „puknięciu” królowej… Gdy pochylałam się nad okrutnym losem nieszczęsnej monarchini, niesforne guziczki bluzeczki zademonstrowały, że za nic mają ład i porządek… całe szczęście, że założyłam taki wytworny biustonosz… Lubek mógł podziwiać kolejny egzemplarz z bogatej kolekcji kuszących staników, akurat taki, który wyjątkowo eksponuje krągłości biustu…

A ja podziwiałam namiocik rosnący w pewnym wstydliwym miejscu. Podziwiałam z dumą. Wszak był to swego rodzaju hołd oddawany mojej kobiecości.

No i wtedy kończyłam królewską grę i zaczynałam rozmowę o życiu, nawet o moich relacjach z mężczyznami. Dużo opowiadałam o sobie, starając się uchylać nieco sekretów. Jak na przykład to, że zostałam wykorzystana przez młodszego mężczyznę, który wiele obiecywał, a okazało się, że spotykał się jedynie w jednym celu. Tak szczere i intymne wyznania robiły na moim rozmówcy wrażenie. Przełykał ślinę słysząc stwierdzenia typu: „wykorzystał mnie” czy „chciał mnie tylko zaliczyć”. Jeszcze większy efekt wywarły intymne zwierzenia typu: pozwoliłam mu na zbyt wiele, a zwłaszcza – „byłam głupia i naiwna, zbyt szybko poszłam z nim do łóżka”. Lubomir słuchał z zapartym tchem, zwłaszcza, gdy podkręciłam opowieść:

– Taki to niewieści los… w dodatku nędznik okazał się brutalny…

Obserwowałam wówczas, jak namiocik rośnie jeszcze bardziej, a młodzik odrywa wzrok od mojego dekoltu, od piersi, wznosi je ku niebu, zdając się mówić: – Jak ja temu nikczemnikowi zazdroszczę!

– Ojej! A czy mogę zapytać, co pani zrobił?

„Ojej! Lubku! Coraz bardziej się ośmielasz! Rozkręcaj się bardziej! Jak mnie to podnieca! Tylko co mu na to pytanie odpowiedzieć? Przecież nie powiem, że mnie przerżnął jak dziwkę?”

– Chyba wolałabym oszczędzić szczegółów… dość powiedzieć, że nie traktował kobiety jak dżentelmen. Pytanie się kobiety o zgodę… także nie leżało w jego naturze…

„Co tu by jeszcze dodać, żeby go nakręcić??? Przecież nie powiem, że mi wymiętosił cycki? Albo że dawał mi ostre klapsy?”

– Powiem tylko, że po jego wyjściu byłam cała roztrzęsiona i… obolała…

Wyraźnie dało się odczuć, że młodzieniec wizualizował sobie te wyznania, zapewne wyobrażał sobie, jaki dostawałam wycisk. Ewidentnie chciałby drążyć temat, ale nie wiedział, jak sformułować pytanie. Spuścił wzrok na podłogę, a potem na moje nogi, na uda opięte pończochami. W takiej sytuacji nie mogłam się oprzeć, by nie zacząć gładzić ich pociągłymi ruchami dłoni…

Postanowiłam jeszcze pośpieszyć mu z pomocą.

– Tak to jest z niektórymi mężczyznami, którzy traktują nas instrumentalnie. Wydaje im się, że kobieta winna służyć do jednego tylko celu… Spełniać rolę materaca…

Lubek purpurowiał, słuchając takiego słownictwa.

– Aha, dodam też, że okazał się prostakiem nad wyraz wulgarnym!

Młodzian ponownie ożywił się. Błysk w oku wskazywał, że nie tylko go to oburzało, ale mogło również podniecać.

– Wulgarnym także wobec pani? Niemożliwe! Wobec takiej damy?!

– A i owszem… – „kurcze, jak tu gówniarzowi zdradzić, że mówił do mnie cipo czy pizdo!?”

– Wie pan, osoba kulturalna nie potrafi nawet zacytować słów, którymi potrafił określić dziewczynę… Nie wiem czy nawet pan się domyśla.

No, i chyba mi się udało. Lubkowi niewątpliwie śmignęły w myślach pieprzne słowa – pewnie zastanawiał się, czy nazywał mnie „suką”, a może „dziwką”? Młodzian był wybitnie poruszony. Zatem ciągnęłam wątek.

– Oczywiście, podobnie wulgarnie określał  relacje damsko-męskie… Dość powiedzieć, że słowo „przelecieć” nie znajduje się w kręgu słów, których używał.

Lubek odlatywał. Najwyraźniej snuł w głowie pieprzny dialog. Zapewne nawinęły mu się sformułowania typu – „wyruchałem ją” czy „wyjebałem tę kurwę”, bo ten tak grzeczny młodzian pierwszy raz przy mnie zaklął.

– A to kutas!

W tonie głosu dało się jednak wyczuć nie tyle złość, co zazdrość…

***

Codziennie dogadzałam podniebieniu Lubomirowi jak tylko potrafiłam. Gotowałam najbardziej zmyślne i wykwintne obiady. Sprawiało mi to nie lada przyjemność. Zwłaszcza, gdy młodzieniec krzątał się po kuchni.

Pewnego razu myślałam, że nie ma go w domu i zapomniałam się… założyłam jedynie fartuszek, pończochy i szpileczki (byłam do tego przyzwyczajona, gdy nie miałam lokatora, często tak chodziłam po domu)… Tak ubrana, czułam się niezwykle seksowna. Nie myślałam, a może nie chciałam zastanawiać się, nad konsekwencjami tego, gdyby chłopak pojawił się w kuchni. W rytm piosenki Abby „Chiquitita” pląsałam przy garach. Kręciłam biodrami najbardziej ponętnie, jak tylko potrafiłam. I nagle kaszlnięcie uświadomiło mi, że nie jestem sama! Młodzieniaszek cały czas gapił się na mnie! Wpadłam w panikę. W popłochu, przerażonym głosem, niemal wykrzyczałam:

– O Boże! Panie Lubomirze… jak pan tak mógł!

Sytuacja wprawiła go w osłupienie, bo cały spąsowiał i nie mógł wykrztusić słowa. Fakt, że w tym fartuszku byłam dla obserwatora dogodnie osłonięta materiałem, a raczej słabo osłonięta, bo z boku było mi widać sporą część piersi… Oczywiście nie odwracałam się tyłem. To by dopiero było! Zobaczyłby moją nagą pupę w całej okazałości…

– Przepraszam pana, panie Lubku… zupełnie się zapomniałam… Boże! A co, gdybym była zupełnie naga?

Lubek, jąkając się niemożebnie, bardzo grzecznie przeprosił. Jednak moje słowa: „A co gdybym była zupełnie naga” – prawdopodobnie wywołały odpowiednią wizualizację, gdyż wyrostek aż zdębiał i rozdziawił buzię. Spuścił wzrok, co rusz łypiąc jednak spode łba, jakby spodziewając się, że spod fartuszka jeszcze coś wychynie. Wycofał się z wielkim bólem. Jednak ta sytuacja podnieciła mnie do tego stopnia, że musiałam przerwać gotowanie… Również wizualizowałam sobie scenę, w której Lubomir zastaje mnie w kuchni kompletnie nagą… No może jedynie w pończochach i szpilkach… i… pasie do pończoch…

Czym prędzej popędziłam do sypialni…

Od tamtych chwil, ze zdwojoną siłą, wciąż szukałam okazji, w których Lubomir mógłby podziwiać moje wdzięki. Stało się to dla mnie swego rodzaju obsesją, od której nie mogłam się uwolnić. Mimo, że uważałam to za głupie, wręcz trywialne, o niczym innym nie myślałam, jak tylko o sposobnych sytuacjach.

Wiele możliwości ku temu stwarzało sprzątanie domu, w tym pokoju młodzieńca. Wyczekiwałam na moment, kiedy tam był i oczywiście wprzódy pytałam, czy nie przeszkadzam. Okazywało się, że nigdy nie zawadzałam! Była to świetna okazja, żeby go zagadywać. Wtedy wiele opowiadał o sobie, na przykład, co zamierza robić w życiu: że planuje studiować filologię polską, że marzy mu się bycie redaktorem. Chwaliłam go za ambitne pomysły.

– Panie Lubku! Jak ja wysoce cenię mężczyzn, którzy wiedzą, czego chcą! Jakaż szkoda, że nie nazbyt wielu spotykałam takich w swoim życiu.

Uzmysłowiłam sobie, że naprawdę bardzo cenię tego młodzieńca. Za wiele przymiotów: intelekt, oczytanie, zrównoważone podejście do życia.

A ja? Wracałam do odkurzania, jak zawsze kręcąc powabnie pośladkami. Prawdziwą rozkoszą było obserwowanie młodzika, jak żarłocznie podąża za nimi wzrokiem. Widziałam, że aż go skręca. Sama nie rozumiałam, dlaczego coraz bardziej mam ochotę go kusić, ale też zdawałam sobie sprawę, że w miarę jak się otwiera, coraz bardziej go… lubię. Bardzo lubię.

Sprawiłam sobie specjalny strój do sprzątania. Biały, dość skąpy fartuszek, obwiedziony śliczną, koronkową falbanką, w połączeniu z czarną sukienką, bądź spódnicą tworzył kreację uroczej pokojówki. Czerpałam dużą frajdę ze sprzątania u studenta właśnie w takim stroju.

 – Panie Lubomirze… twierdzi pan, że przesadnie dbam o czystość… to rzeczywiście może być jakaś obsesja, widzi pan, nawet sprawiłam sobie specjalny strój. Jak się panu podoba?

Młodzieniec znów stracił język w gębie, gdy się na mnie gapił. Trochę nawet wstydził się patrzeć mi w oczy. Strój pokojówki był dla mnie rodzajem fetyszu, czułam się w nim tak kobieco i seksownie, jak w żadnym innym. Wszak sugerował, że jestem jakby służącą… jakby na usługi. Dlatego, gdy założyłam go, idąc na sprzątanie do Lubka, byłam niezwykle podniecona. Spoglądając mu prosto w oczy czekałam, co odpowie. W końcu przemógł się.

 – Wygląda pani zjawiskowo… w tym stroju…

Po czym zapłonił się.

– Doprawdy? – dopytywałam się, chcąc sprowokować go do konwersacji. – Może to przez te falbanki i koronki?

Wiedziałam doskonale, jak takowe fatałaszki działają na ród męski, do tego w połączeniu z kusą spódnicą i wydatnym dekoltem.

– Tak… o tak… – odrzekł lakonicznie, zdradzając potężną tremę.

W stroju pokojówki wprost uwielbiałam pochylać się z miotełką. Wszędzie czaiły się nieprzebrane zastępy okruszków…

– Panie Lubku, a może przeszkadza panu to, że tak ciągle pana nachodzę? – Spytałam kokieteryjnie, doskonale zdając sobie sprawę, że chłopak nie może oderwać ode mnie wzroku i jaki jest smutny, gdy oznajmiam, że już wychodzę. Zazwyczaj nieśmiały, często zapominający języka w gębie, tym razem nadzwyczaj raźno zaprotestował.

– Ależ nie! Pani mi nie przeszkadza! Pani Marto… pani nigdy mi nie przeszkadza i nie będzie przeszkadzać!

Zabrzmiało to niczym wyznanie miłosne, aż mi się zrobiło cieplej na serduszku. To przyjemne, być utwierdzoną w przekonaniu, że chłopak najwyraźniej mnie lubi, a nawet… bardzo lubi!

– Panie Lubomirze… miło mi to słyszeć  – uśmiechnęłam się serdecznie, pokazując zęby, nie przestając pochylać się nad podłogą, tropiąc okruszki – muszę panu wyznać, że ja bardzo lubię z panem rozmawiać, chyba jak z nikim innym tutaj…

– Na prawdę??? – aż się zająknął.

– Naprawdę! Dla samotnej kobiety, ze wsi, jak ja, spędzanie czasu z tak interesującym mężczyzną, to prawdziwa przyjemność… – Powiedziawszy to, sama się sobie dziwiłam, jednak z drugiej strony przyznawałam sobie w duchu, że autentycznie lubię, wręcz uwielbiam spędzać z nim czas.

„Zaraz, zaraz! Kobieto! Czy ty przypadkiem się w nim nie zabujałaś???” – Głos wewnętrzny stawiał mnie do pionu.

Przy sprzątaniu, świetnie czułam się przy ścieraniu podłogi, wtedy byłam w pozycji – na kolanach… pochylona, bardzo pochylona… Uwielbiałam, gdy Lubomir taką mnie bacznie obserwował. Z rozdziawionymi ustami.

– Pani Marto… naprawdę nie przeszkadza mi to, że pani tak nieustannie sprząta… Naprawdę! Twierdzi pani, że lubi ze mną spędzać czas… że jestem interesującym mężczyzną, dlaczego tak pani mnie ocenia? – mimo, że zmieszany, wielce był zaintrygowany.

– Cóż… panie Lubku…

Jak ja lubiłam takie okazje do komplementowania mężczyzn! Do wbijania ich w dumę.

Tłumaczyłam, nie przestając kręcić szmatą i jednocześnie, najzgrabniej jak umiałam, wywijać tyłkiem i miarowo kołysząc biustem.

– Uważam, że jest pan ciekawym, nietuzinkowym wręcz dżentelmenem, z jednej strony, ze względu na pańską wrażliwość, grację… kulturę bycia, zaś z drugiej strony, ze względu na pańskie ambicje, tak przecież konkretne, na pańską wiedzę i inteligencję…

Pomyślałam sobie, że ja również, właśnie z dwóch stron jestem interesująca dla młodzieńca… Nawet czułam jego wzrok na obu stronach… Miałam wrażenie, że takoż samo świdrował oczami moją pupę, jak wbijał się w rowek między dwiema półkulami.

W takiej sytuacji uwielbiałam popuszczać wodze wyobraźni i wyobrażać sobie, że autentycznie jestem pokojówką, pracującą na kolanach i prężnie wypinającą pupę… I to na oczach pana domu, jakiegoś bogatego hrabiego, który bacznie obserwuje moją pracę. Obserwuje? O nie! On mnie bezczelnie podgląda! Zerka nie tylko w cycki! Ale też bezpardonowo zagląda pod krótką, zdecydowanie za krótką, spódniczkę! No i widzi wiele… nie tylko to, że jestem w pończochach… A ja, w tej niekomfortowej pozycji, nie dość, że jestem skrajnie zawstydzona… to nic nie mogę innego uczynić, jak tylko kontynuować sprzątanie…

I właśnie w takiej niezręcznej sytuacji, dopada mnie władczy pan domu, w którym się najęłam. Bezceremonialnie zadziera mi spódnicę… gdy przerażona drętwieję, on wymierza tęgie klapsy, by pokazać, kto tu rządzi, a potem… potem robi swoje. Bez pytania wydobywa swą wielką buławę i demonstruje mi ją, bym wiedziała, co mnie czeka. Po czym natychmiast nakierowuje ją na muszelkę… Skąpe stringi szarpnięciem odsuwa na bok. Trzyma mnie za biodra, zmuszając, bym wypięła się jeszcze mocniej, po czym zdecydowanym ruchem napiera na piczkę. Czuję, że jako posłuszna pokojówka, powinnam być w pełni uległa wobec pracodawcy. Zatem spolegliwie się wypinam i gościnnie przyjmuję twardą pałkę w mej ciasnej grocie, wzdychając przy tym i pojękując, oczekując bardzo mocnych pchnięć… bardzo ostrego pieprzenia…

Lubek zapewne zdziwił się mocno, dlaczego będąc wypiętą na podłodze, nagle przerywam pracę, przymykam oczy i głęboko wzdycham…

Tak bardzo polubiłam przychodzić do pokoju Lubomira, że wykorzystywałam ku temu najdrobniejsze preteksty. A może to jakieś moje uczucia opiekuńcze… (zgoła macierzyńskie?) brały górę? Nawet przychodziłam prasować jego rzeczy. Uwijałam się wówczas zgrabnie przy desce do prasowania, podczas gdy on leżał na łóżku i czytał. No tak, czytał… To znaczy, wtedy to już chyba nie za bardzo był w stanie czytać. Po prostu nie odrywał ode mnie wzroku.

Z czasem, chyba coraz nachalniej wpadałam do pokoju Lubomira. Zadeklarowałam się także ze ścieleniem mu łóżka (chyba, jako jedynak i nieco maminsynek, nigdy tego nie robił). To była świetna okazja, żeby ujrzeć  go w samych slipkach. Bardzo mnie to ekscytowało. Zresztą jego też. Wyraźnie to było widać…

– Panie Lubku, jak pan widzi, nie tylko lubię sprzątać, ale w ogóle lubię porządki i… lubię czuć się potrzebna, ale jako samotna kobieta… niestety nie mam się o kogo troszczyć…

Widziałam po jego minie, że po takim wyznaniu chciałby wręcz wykrzyczeć:

– O mnie niech się pani troszczy, mną się opiekuje!!! Od świtu do zmierzchu! I nocą! Zwłaszcza nocą!

Ale oczywiście nie miał odwagi się na to zdobyć. Choć i tak coraz bardziej się ośmielał, coraz mniej ukrywał spojrzenia kiedy ścieląc łóżko pochylałam się i wypinałam w jego stronę pupę… A spódnicę nieodmiennie wybierałam króciutką.

Pokokietowałam go jeszcze troszkę. Zauważyłam, że trzeba poprawić karnisz. Aby to zrobić, musiałam stanąć na parapecie. Młodzieniec, leżący na łóżku, miał wówczas idealny punkt widokowy. Układałem firankę, to z lewa, to z prawa, mógł się zatem do woli napatrzeć na mój kuperek…

– Panie Lubomirze, niech mnie pan asekuruje na tym wąskim parapecie, bo jak się niechcący puszczę, to… wyląduję z panem w łóżku…

Celowo prowadziłam gierkę słowną. Sformułowania – „bo się puszczę”, „wyląduję z panem w łóżku” działały na młodziana jak płachta na byka. Jeszcze większe wrażenie wywierała na nim konieczność trzymania mnie za nogi, abym nie spadła z parapetu. Nie wiedziałam, na co wtedy odważył się, czy wykorzystał okazję i próbował zajrzeć mi pod spódnicę? Nieważne. Sama taka możliwość niemożebnie mnie nakręcała. Zobaczyłby wówczas koronkowe, mocno transparentne stringi… Dlatego zerkałam kątem oka. Był teraz znacznie bardziej odważny, niż wtedy, w biblioteczce. Rzeczywiście, ukradkiem spozierał mi pod spódnicę! Bardzo mnie to podniecało. Chciałam, żeby dojrzał moje seksowne majtki. Mało tego. Chciałam, wręcz pragnęłam, żeby zobaczył zarys cipki, przebijający się przez materiał. A wtedy akurat musiałam rozszerzyć nogi. Oczywiście po to, by stabilniej się utrzymać na parapecie…

Zerknęłam. Teraz dopiero, odważniej, nie jak wcześniej – chyłkiem, gapił się pod kieckę. Z rozdziawionymi ustami. Na pewno zobaczył stringi! Przy oknie było jasno. Na bank musiał dostrzec przez cienką koronkę wyraźną kreskę… Pomyślałam – mój ty młodzieniaszku, wreszcie to zobaczyłeś! Masz przed sobą dojrzałą piczkę, może nie w pełnej krasie… ale za to w pięknej, koronkowej oprawie! Chcesz mnie mieć jeszcze bliżej? Wiadomo, że chcesz. No to, bardzo proszę!

W kontrolowany sposób „straciłam równowagę” i…

– Ojej!

Co to było za uczucie wpaść w ramiona młodego mężczyzny, wybawiającego mnie z opresji!

– Panie Lubku! Uratował mnie pan, po tym, gdy się puściłam… W pańskich mocarnych ramionach mogłabym tak trwać do końca świata!

Egzaltowanie wychwalałam chłopaczka, chwytając go mocno za szyję. Lubomir trzymał mnie jeszcze mocniej… Czułam na pupie mocny chwyt jego dłoni. I… trwaliśmy w takiej pozycji dłuższą chwilę. Nie miałam wątpliwości, że gdyby na miejscu nieśmiałego uczniaka był tylko troszkę odważniejszy mężczyzna, rzuciłby mnie bez wahania na łóżko. A potem… nie dał chwili wytchnienia.

Rozmarzyłam się, przymykając oczy, a rozchylając usta. Och… puściłabym się z przyjemnością…

Oczywiście Lubek nie miał śmiałości do wykonania jakiegokolwiek kroku, a ja wtedy jeszcze nie byłam przekonana, czy powinnam bardziej prowokować niewinnego studenta.

***

Należało korzystać z uroków upalnych wakacji. Dlatego nie omieszkałam zaprosić Lubomira do obchodu moich włości. Założyłam bikini, w którym lubiłam paradować w ogrodzie.

Pokazywałam studentowi pieczołowicie każdy kwiatuszek, wyznając, jaką pasją jest dla mnie ogród. Młodzieniec pochylał się wraz ze mną. Chłonął woń kwiatów, chociaż odnosiłam wrażenie, że nos lokuje bliżej mnie, niż podziwianych roślin.

Zdawałam sobie sprawę, że moje bikini jest aż nadto odważne, ale… to sprawiało mi tym większą satysfakcję. Wiedziałam, że w skąpym i mocno opinającym staniku moje piersi bujają się mocno przy każdym pochyleniu nad kwiatami. Dokładnie w ślad za nimi podążał wzrok Lubka. Wyraźnie skupiał się na moich cyckach. Może dlatego, że przez obcisły materiał biustonosza doskonale dało się zauważyć sutki? Prężyły się dumnie. A im bardziej ja czułam się podniecona, tym bardziej, sterczały i one… Wzrok studenta zdawał się być obłędnym.

– Pani Marto, tyle u pani truskawek! Pani ogród przywodzi mi na myśl słynny obraz „Ogród rozkoszy” Hieronima Boscha.

– Przyznaję… nie znam.

– Ależ to znakomity tryptyk niderlandzkiego mistrza! Aluzja niewinności zmysłowych rozkoszy.

– Och… panie Lubku, ależ z pana wytrawny znawca!

Komplementowałam go, w duchu myśląc, że dziś jak nigdy mam ochotę na zmysłowe rozkosze i to… niekoniecznie na te niewinne.

A może to jego gadanie o owocach stanowiło zamierzoną, choć niewinną aluzję do  sterczących sutków? Całym sobą w końcu młodziak mówi, że chciałby mnie posmakować… a zwłaszcza takich owoców… Już widziałam oczami wyobraźni, jak rozpinam przed nim stanik, a on łapczywie dorywa się do „melonów”… Zachłannie je całuje… ssie… wreszcie gryzie! Oj, byłby to dokładnie raj dla niego, a raczej „ogród rozkoszy”, jak u tego niderlandzkiego artysty.

Tymczasem skąpy był nie tylko biustonosz, ale także majtki. Dlatego Lubek miał jak na dłoni moje pośladki, a już zwłaszcza, gdy pochylałam się nad rabatkami. Dostrzegłam wybrzuszenie na spodenkach chłopaka. Czytałam w jego myślach – może imaginuje sobie, jak pękają sznureczki w bikini? Przecie tak niewiele brakowało, żebym stanęła przed nim zupełnie naga… Co by to było, gdyby na miejscu studenta znalazł się namolny sąsiad, pan Edzio… Oj, nie utrzymałby on rączek przy sobie! Ani chybi, nie utrzymał! Jego łapki zawsze bywały lepkie, nawet gdy miałam na sobie „przyzwoitą” sukienkę.  A co dopiero takie bikini! Oj, uwziąłby się na moje sznureczki… uwziął…

Zdałam sobie sprawę, że obcisłość majtek powoduje, iż materiał doskonale uwidacznia moją „pionową kreskę” – efekt cameltoe.

Z jednej strony zawstydzało mnie to, ale z drugiej podniecało, gdy uświadamiałam sobie, że prowokuję w ten sposób Lubka… A nie dało się tego nie zauważyć, gdyż jego wzrok zbyt często podążał w tę właśnie stronę. Pomyślałam wtedy – A co! Powiem mu o tym… ależ go zawstydzę takim otwartym wyznaniem! Sama się zawstydzę, ale jeszcze bardziej – nakręcę!

– Panie Lubomirze, czuję się nieco zażenowana… ale widzę, że pańskie oczy, co rusz lądują na moich majtkach… Dopiero teraz domyśliłam się powodu…

– Jak to?

– Cameltoe…

– Aaaa… a co to? – drżącym głosem zapytał student, zapewne wstydzący się przyznać, że zna odpowiedź.

– No wie pan… W dosłownym tłumaczeniu, to „wielbłądzie kopyto”… czyli takie ułożenie zbyt mocno napiętej bielizny, które zbyt mocno ukazuje pewną strefę…

– Ach… tak… – młodzian nie mógł już teraz oderwać wzroku.

– No tak. Paparazzi wręcz polują na gwiazdy w zbyt opiętych leginsach… A potem różne portale plotkarskie rozpisują się o celebrytkach i ich wargach sromowych…

Celowo użyłam słów „warg sromowych”, żeby obserwować zmieszanie Lubka, ale też po to by mu zakomunikować – „widzę, jak dokładnie oglądasz sobie kształt mojej cipki!”

– Przepraszam, panie Lubku, że naraziłam pana na takie widoki… Sama też jestem zażenowana… czuję się tak, jakby oglądał mnie pan… zupełnie nagą… – czułam potrzebę, jak najdłuższego gadania o tym przy Lubomirze. – Wobec tego, pozwoli pan, że zdejmę ten strój, a założę inny, tym bardziej, że zaplanowałam sobie opalanie…

Tak naprawdę założyłam jeszcze bardziej odważny kostium. Fioletowy, szczególnie skąpy. Tyle, że już bez wstydliwego efektu. Nigdy przy żadnym mężczyźnie nie odważyłabym się go nosić, lecz teraz… przy Lubku, jakoś nie mogłam się oprzeć. Po zmianie zestawu, natychmiast rozłożyłam się na leżaku. Może przybrałam pozę nieco „kuszącą”…

– Zaraz, zaraz, panie Lubomirze, czy „Ogród rozkoszy” to nie jest czasem też traktat jakiegoś szejka z kanonu arabskiej literatury erotycznej? Pono jest on szczególnym podręcznikiem – pełnym porad co do sposobów uprawiania miłości, ale też  symboliki i anegdot, głoszący, iż miłość cielesna to dar Najwyższego ofiarowany ludziom, by im nieść uciechę?

Młodzieniec zapłonił się, słysząc moje słowa…

– Tak… tak, coś czytałem – wydukał, skonsternowany tym, że mówię wprost o miłości fizycznej. – Przepraszam, że tak wstydzę się… widać to po mnie, że się czerwienię… ale ja nigdy w ten sposób nie rozmawiałem z kobietą… – bąkał, patrząc prosto na moje cycki, słabo osłonięte, wyjątkowo kusym staniczkiem.

– Panie Lubomirze! Czy zechciałby pan wetrzeć we mnie olejek do opalania? – Uśmiechając się uwodzicielsko, nadstawiłam kark do masażu.

Chłopak zdawał się być przeszczęśliwy. Smarował delikatnie, drżącymi rękami, przez co podwójnie się wstydził.

– Przepraszam panią, że robię to tak niezdarnie… znów widzi pani moją tremę.

– Rozumiem pańską nieśmiałość wobec kobiet. Jest pan jeszcze bardzo młody. A może… może w jakiś sposób mogę panu pomóc…?

– Ale jakby to pani chciała zrobić? – w jego głosie dało się wyczuć zaintrygowanie.

– Hmm… sama nie wiem, ale… ach! Jak pan wybornie masuje! Wspaniałe, silne, męskie dłonie… ach!

Komplementy nie tylko go ośmielały, ale i pobudzały. Masował coraz bardziej wprawnie. Starał się unikać okolic biustu, ale gdy się kręciłam, piersi same ocierały mu się o ręce. Materiał stanika co prawda osłaniał brodawki, ale… tak naprawdę niewiele więcej… Kształt moich obfitych kuli był aż nadto widoczny. A kiedy obracałam się, celowo dość energicznie, majtałam cyckami na potęgę, zdawało się, że lada moment biustonosz zsunie się nieco i wtedy studenciak będzie mógł sobie dokładnie obejrzeć brodawki…

Działało to na niego, jak płachta na byka. Dociekał:

– Jak mogłaby mnie pani ośmielić, pani Marto?

– Hmmm, tak sobie myślę, że… cóż… skoro nie był pan nigdy na randce, może coś wymyślić w tym kierunku, tylko co? – zachodziłam w głowę.

Powoli jednak snuł mi się pewien, dość chytry plan.

– A może udawana randka? – uśmiechałam się. Jednocześnie wyginałam się i prężyłam pod wpływem masażu. Podsuwałam sama biust pod drżące ręce niewprawnego, młodego masażysty, przez co, raz po raz zaczepiały one o stanik, co powodowało, że w końcu materiał zsunął się z brodawek, ukazując Lubkowi dumnie prężące się sutki. Chłopak zdębiał, chciał przepraszać, ale tylko bąkał coś nieskładnie.

Grałam skrajnie skonsternowaną i udawałam, że wstyd mnie sparaliżował. Przez to, zanim z powrotem okryłam porządnie piersi, dałam studentowi odpowiedni czas na ich obejrzenie. Skorzystał z tego skwapliwie. Wbijał w nie wzrok, jakby dostał zadanie zapamiętania ich tak doskonale, by móc je z pamięci naszkicować, wiernie odwzorowując każdy szczegół. Jego wzrok zdradzał, że młodzieniec po raz pierwszy w życiu ujrzał na żywo nagie kobiece piersi.

– Ach… panie Lubomirze… – przejętym głosem manifestowałam swe zmieszanie.

Okryłam najpierw piersi dłońmi, zdając sobie sprawę, że taki widok działa na mężczyzn niezwykle podniecająco, czasem pewnie bardziej niż obraz nagiego biustu.

– Ach… panie Lubomirze – powtórzyłam. – Nie wiem doprawdy co powiedzieć… Niech pan nie przeprasza… to nie pańska wina, że założyłam tak skąpy biustonosz… No i to ja się zbytnio wierciłam, ale… to już pod wpływem pańskiego ekscytującego masażu – dodałam, uśmiechając się kokieteryjnie. – Zatem, jest pan utalentowanym zdobywcą, który z łatwością potrafi obnażyć kobietę – szczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu.

Zbaraniałemu studenciakowi zabrakło języka w gębie.

– A teraz, panie Lubomirze, proszę się odwrócić. Muszę poprawić stanik. – Teatralnie zakomunikowałam, jakby to wymagało jakichś specjalnych zabiegów. Wiedziałam, że odwrócony chłopiec będzie sobie wyobrażał, jak ponętna, półnaga kobieta operuje przy swych pokaźnych cyckach… I że będą to myśli nieobojętne dla stanu jego podniecenia…

– Pani Marto… proszę sobie ze mnie nie dworować… jaki tam ze mnie zdobywca. A co do randek, to przyznaję się, nie tylko nie byłem na randce, ale przez usta nie przeszłoby mi, żeby w ogóle, jakąś dziewczynę zaprosić… Widzi pani, jaka ze mnie oferma?!

– Ależ to nieprawda! Stanowczo nie zgadzam się z tą opinią! Jest pan bardzo męski! Silny… – Chciałam go podbudować. A jeszcze bardziej kusić. – A propos pańskich mocarnych ramion. Czy byłby pan tak uprzejmy i zechciał wymasować mi uda?

– Chłopiec zdębiał. Lecz dało się zauważyć radość w jego oczach. Znów drżały mu ręce, gdy ulokował je na moim udzie. Ale nie odwrócił oczu, gdy pochyliłam się nad nim. Moje piersi huśtały się mu ponad głową, niczym zegarowe wahadła. Wzrok młodzieniaszka mówił wszystko: – Dorwać je! Pieścić! Macać! Gnieść!

I z takim właśnie zapałem mnie masował. Jego wzrok zdradzał także, że podobają mu się moje nogi. A to mi szczególnie schlebiała, gdyż jestem na ich punkcie niezwykle wrażliwa. Wiem, że są długie i wydaje mi się, że dość zgrabne, czego dowodzić mogły męskie spojrzenia, gdy paradowałam po ulicy w krótkich spódnicach. Dlatego tak bardzo ukochałam miniówki. Sąsiad, pan Edzio, nie raz komplementował moje nogi, zawsze powtarzając, że powinnam nosić jeszcze krótsze spódniczki i często, jakby chcąc tego dowieść, chwytał za rąbek mej kiecki, podciągając nieco do góry – „O, a nie mówiłem, że ma paniusia zgrabne nóżki! Nie można ich zakrywać zbyt długimi spódniczynami!”

– Panie Lubku – wyszeptałam namiętnym głosem – teraz drugie udo.

Rozchyliłam nogi w zapraszającym geście, jakbym go wabiła. Studentowi jeszcze bardziej drżały dłonie, jeszcze bardziej energicznie wcierał we mnie olejek.

– Panie Lubomirze… proszę wyżej.

Rozchyliłam wtedy uda jeszcze szerzej, jakbym zachęcała: – „Weź mnie…”

Chłopiec wariował. Wmasowywał we mnie olejek okrężnymi ruchami dłoni. Stawało się to coraz bardziej namiętne.

– Panie Lubku… proszę jeszcze wyżej…

W tym momencie rozłożyłam nogi szeroko, wręcz mogłoby się wydać, jak podczas stosunku. Rozpalony młodzian sięgał posuwistymi ruchami rąk w okolice majtek. Przez to, że one również były wyjątkowo skąpe, widział wyraźnie, że łono mam starannie wydepilowane. Nawet mu się wyrwało.

– Jest pani taka zadbana – po czym jakby ugryzł się w język.

– Dziękuję, panie Lubku! To miłe dla kobiety, otrzymywać tego typu komplementy. Chciał pan podkreślić to, że mam starannie wydepilowane nogi?

Celowo zwróciłam uwagę na depilację. Chciałam by domyślał się, że dotyczy to nie tylko nóg…

Student zaczerwienił się. Nie przestawał masować góry ud. w okolicach moich skąpych majtek. Pomyślałam sobie, że znam niejednego takiego, który na jego miejscu znacznie bardziej rozpędziłby swoje dłonie. Na przykład pana Edzia. Och, on to by je rozpędził! Nie zmarnowałby takiej okazji. A kuse majteczki osłaniałyby mnie stanowczo zbyt słabo.

***

Wieczorem usiadłam z Lubomirem na kanapie. Dociekał, jakiż to wykreowałam pomysł, by go ośmielić w kontaktach z płcią piękną. Gapił się jednocześnie na moją bluzeczkę, transparentną, może zbytnio prześwitującą… Ale przeze mnie ubóstwianą. Specjalnie nie założyłam pod nią stanika… Wiem, że to tanie… zapewne nazbyt prowokacyjne, ale… chciałam się tak czuć, chciałam być nieco kokieteryjna.  Wiem, jak w takich sytuacjach na mężczyzn działa widok piersi, niby nie odkrytych, zasłoniętych materiałem, ale trochę widocznych… z zarysowującym się ich kształtem i… brodawkami. Pan Edzio nie omieszkałby skomentować mojej bluzeczki, niewątpliwie byłby nią zachwycony, kto wie, czy nie chciałby jej pomacać… Czy nie chciałby? Ależ oczywista, że by chciał!

Założyłam nogę na nogę, poprawiając kusą, białą spódniczkę, gdy wyjawiłam młodzieńcowi swój plan.

– A może panie Lubomirze… tak trochę mówię na gorąco, jeszcze nie wiem, czy to dobry pomysł i nie wiem, czy się ostatecznie na niego zgodzę, ale może poudawalibyśmy… tak zagrali, że… że… mamy ze sobą randkę? Co pan o tym myśli? – bacznie wpatrywałam się prosto w oczy studenta.

Zamurowało go.

Chłopak długo nie odpowiadał, ale wyglądał, jakby był w siódmym niebie. Po chwili, nie patrząc mi w oczy, lecz wpatrując  się w koronkowe manszety pończoch, których obecność ujawniła niesubordynowanie skąpa kiecka, cedząc słowa, wydusił z siebie:

– Ależ pani Marto… co ja na to??? Mój Boże! To przecież byłaby zdecydowanie najszczęśliwsza chwila mojego życia… Randka… z… panią??? Nie mogę w to uwierzyć! Nawet mimo to, że byłaby to przecież udawana randka!

– A więc doskonale! Po prostu umówmy się na jutro, na osiemnastą! Co pan na to?

Cały wieczór myślałam o swoim pomyśle. Byłam nim mocno podekscytowana. Gdy udałam się do sypialni, celowo nie zamknęłam drzwi, jakby licząc, że młodzieniec będzie usiłował mnie podglądać. Zrazu nic takiego się nie zadziało.

Próbowałam sobie wyobrazić przebieg takiej randki i… jej skutki. Sama nie wiem, jak bym się wtedy zachowywała? A jak nieśmiały młodzian? Czy przytulimy się? Czy może nawet dojdzie do pocałunku? Wyobraziłam sobie na jego miejscu pana Edzia… Pan Edzio… już on nie zasypiałby gruszek w popiele. Na randce?! Byłby aktywny, niewątpliwie zbyt aktywny… Nie utrzymałby zbyt długo rączek przy sobie… A Lubek? To zupełnie inna bajka. Ale to i tak chyba dobry sposób, żeby nauczyć go obcowania z płcią przeciwną…

Wtem, usłyszałam szmer. Tak, to on! Z daleka, ale ukradkiem, zaglądał do mojej sypialni! Udałam, że nic nie dostrzegłam i jak niby nigdy nic, zaczęłam się rozbierać. Robiłam to niezmiernie powoli… Bardzo mnie to podniecało! Myśl, że potajemnie podgląda mnie młody chłopak… Ociągałam się przy rozpinaniu guzika spódnicy, jakby to było arcytrudne zadanie. Potem długo guzdrałam się z suwakiem.

Doskonale zdawałam sobie sprawę, co poczuł napalony gówniarz. Jak oczekiwał czegoś, czego nigdy w życiu nie doświadczył, jak musiał ekscytować go widok rozbierającej się kobiety. Powoli zsuwałam spódnicę po nodze, jakby to był jakiś szczególnie uroczysty ceremoniał. Domyślałam się, jakie emocje wywołuje u niego ta swoista tajemnica, a jakie podniecenie – widok obnażonych nóg w pończochach i szpilkach.

Czy to go bardziej zainspirowało do wspólnej, choć udawanej, zapowiedzianej randki?

Przez uchylone drzwi sypialni Lubomir podglądał mnie bez przerwy! Powoli zdejmowałam stanik, powoli zsuwałam majtki. Wreszcie wsunęłam na siebie koszulkę nocną. Seksowną jak cholera… Dostałam ją niegdyś od pewnego księgowego, który usiłował mnie zdobyć. Lowelasowi marzyło się, by mnie ujrzeć w tym stroju… Ale nie dla psa kiełbasa, nie dla starego podrywacza widoki moich wdzięków. Nigdy mnie w niej nie zobaczył, choć długo nie składał broni.

A tymczasem ten pryszczaty młodzian miał ów widok w pełnej krasie. Rozmyślnie, z premedytacją wręcz, prężyłam się na łóżku, eksponując swoje wdzięki. Rozkładałam się, przewracałam z boku na bok, wreszcie pindrzyłam się do lustra, a to nachylając się, a to wypinając pupę. Kątem oka obserwowałam ukrytego za drzwiami Lubka. Miałam wrażenie, że trzyma się za krocze… Tak! Wyraźnie trzymał swojego wacusia wyjętego z rozporka! Boże! Ależ mnie to rozpaliło.

Następnego dnia rano, gdy udałam się na poranną toaletę, „zapomniałam” zamknąć drzwi łazienki. Czujny młodzian niemal natychmiast zwietrzył trop i zjawił się w pobliżu. Tradycyjnie, udawałam, że nic nie dostrzegam… A tak naprawdę szybko zorientowałam się, że gówniarz nie może oderwać swych dłoni od namiociku w spodniach. Ależ szybko ten Lubomir się ekscytuje! No cóż… wszak to domena młodych chłopców. A przecież chyba, w znaczącym stopniu to moja wina… nieco go sprowokowałam, a to pomysł udawanej randki… a to niedomknięte drzwi sypialni… Ciekawe, na co teraz liczy? Hmm… zapewne na to, że zaraz zdejmę koszulkę…

Cóż… zatem trzeba ją zdjąć. Zaraz Lubek ponownie ujrzy moje nagie cycki! Zobaczy jak są obfite, jak ukształtowane… Dlaczego mnie to tak podnieca?!

Następnie przystąpiłam do mycia zębów. Niczym do rytuału… wszak przed pójściem na randkę, zawsze długo szczotkuję zęby. W lustrze dostrzegłam, że Lubomir gapi się, jak urzeczony, tym bardziej, że robiłam to niezwykle energicznie, aż w rytm mych ruchów szczoteczką… podskakiwały piersi. Obnażone piersi!

Lustro ma tę właściwość, że posiada pewne załamania. Dzięki temu, Lubek dostrzegł w nim dwa biusty… zaś obserwując mnie od tyłu, na żywo… tym sposobem, miał przed sobą trzy pary piersi! Do tego, cycków kolebiących się całkiem żwawo!

A może, gdy obserwował froterowanie uzębienia, gdy widział jak szczoteczka znikała w mych ustach, i w nich intensywnie buszowała, miał jakieś inne skojarzenia? Może wyobrażał sobie zupełnie inny instrument w mojej buzi? Tym bardziej, gdy dojrzał strumyczek pasty do zębów, ściekający po pokaźnych cycach…

Czy taki widok nie wpływa na jego nieśmiałość? Czy nie buduje odwagi? Poczułam rodzaj dumy, że daję chłopcu choć małą szansę na pozbywanie się kompleksów.

Wreszcie, podglądający mnie z ukrycia Lubomir, mógł dostrzec najbardziej skryte tajemnice… Gdy powoli zsuwałam majtki… Tak! Niewątpliwie ujrzał muszelkę!

Wówczas szybko zasiadłam w wannie i tu oddałam się intymnej kobiecej czynności… Było dla mnie jasne, że Lubek zobaczył to pierwszy raz w życiu… Goliłam łono tak starannie, jakby rzeczywiście powodem tego była spodziewana randka. Kątem oka widziałam rozdziawioną buzię młodziana, zdawało mi się, że słyszę jak głęboko i głośno oddycha. Cóż… niech wie, że lubię mieć zadbaną pisię… Tak bardzo podnieciło mnie to, że młodziak mi ją ogląda, że podgląda mnie zupełnie nagą… że nie mogłam się powstrzymać.

Gdy jedną ręką pielęgnowałam moją myszkę, drugą chwyciłam piersi i zaczęłam je pieścić, jakby to przepełniony chucią lubieżnik obłapiał je bezpardonowo i natarczywie obmacywał. Rozpalało mnie to..

Mimo, iż byłam pewna, że na randce nie dojdzie do sytuacji, w której młodzieniec mógłby zobaczyć moją „broszkę”, to i tak wiedziałam, że z taką zadbaną, wycackaną piczką, będę się czuła na tej schadzce bardziej powabna…

Czułam się bardziej seksowna z wygoloną cipką. Nie mogłam powstrzymać się, by nie sięgnąć do niej paluszkami. Zrazu pieściłam się delikatnie i cichutko pojękiwałam. Moja mimika musiała zdradzać wszystko. Kątem oka widziałam Lubka, gapił się w moją stronę, jak urzeczony. Trzymając się przy tym za krocze!

Tym bardziej zmobilizowało to mnie do gwałtowniejszych ruchów. Wkrótce tarmosiłam psioszkę porządnie. Coraz głośniej pojękując.

– Aaaaa… aaaaaa!

Jakbym nie zdawała sobie sprawy z bliskiej obecności młodziana. Albo jakbym doskonale zdawała sobie sprawę…

Szeptałam.

– Oooch… och… jak mi dobrze… och… jak bosko!

Chłopiec niewątpliwie słyszał intensywny i rytmiczny plusk wody w wannie.

***

Wreszcie doprowadziłam do „udawanej” randki. Oczywiście zadbałam o świece i szampana. Wtedy już byłam w zasadzie pewna, choć długo nie dopuszczałam do siebie tej myśli, że ja w tym gówniarzu naprawdę się zadurzyłam.

– Lubomirze! Jesteś prawdziwym dżentelmenem! W mig domyśliłeś się, żeby napełnić damie kieliszek…

Starałam się jak tylko mogłam ośmielić chłopca. Mimo, że jego ręce pociły się i drżały. Podobnie drżał głos. Być może onieśmielał go także mój wygląd. Założyłam czarną, szykowną, ale i seksowną kieckę. Przez rozcięcie dobrze było widać nogę, która, ma się rozumieć, skutecznie przykuwała wzrok studenta. Uznałam za swoją misję, nauczyć go jak najwięcej o kobietach, relacjach damsko-męskich, o tym jak zachowywać się na randce.

– Pani Marto… bardzo przepraszam, że jestem taki stremowany… Nawet nie wiem o czym powinno się rozmawiać na randkach.

– Panie Lubku. Najlepszym i najbardziej uniwersalnym randkowym tematem są nasze zainteresowania. Każdy może opowiedzieć o tym, co lubi i co go najbardziej pasjonuje. A pan ma przecież wyjątkowe zamiłowania! Książki! Podróże! Jest się czym pochwalić!

– Dzięki pani chyba się uspakajam…

Widziałam, jak jego wzrok błądził po moim udzie.

– Pani Marto, a jak radzić sobie ze stresem na randce?

– Cóż – Uśmiechałam się do niego ciepło – Jest kilka sposobów. Ważne, żeby ubrać się na nią tak, żeby się w tym stroju dobrze czuć. Przed spotkaniem warto przemyśleć, co się chce, a czego nie opowiadać na pierwszej randce. Pozwoli to zmniejszyć tremę. Co ważne! Nie zamartwiać się swoimi słabymi stronami. To prosta droga do stresu.

Kokieteryjnie poprawiałam włosy. Palcem zakręcałam sobie loczek za uchem. Wytłumaczyłam Lubomirowi, jak ważną rolę na randce spełnia dotyk. Nawet przypadkowy. Udało mi się też go ośmielić, bo nawet zdobył się na to, żeby mnie objąć.

– Wyczuwam w panu duszę romantyka… – Czule szeptałam, patrząc mu prosto w oczy.

Pytał mnie, na co można sobie pozwolić na pierwszej randce.

– Czy można kobiecie położyć rękę na kolanie? – głos drżał mu, a wzrok biegał niepewnie, jakby posunął się za daleko.

– Ależ panie Lubku, wszystko zależy od kontekstu… Jeśli mężczyzna jest nachalny, i nagle, bezceremonialnie pcha łapy gdzie nie trzeba, natychmiast protestuję! Ale gdy wszystko odbywa we właściwym tempie, to co innego… No i każda dziewczyna jest inna, jedna pozwoli na niewiele, a druga nawet na to, żeby jej wepchnąć rękę pod spódnicę.

Ostatnim zdaniem świadomie prowokowałam. Uśmiechałam się przy tym, coraz bliżej przysuwając swoją twarz do jego. Chciałam… potrzebowałam takiej bliskości.

– Wobec tego, wszak spotka pan różne kobiety na swojej drodze, niech położy pan, panie Lubomirze rękę na moim kolanie…

Ze sporym wahaniem, ale zdobył się na ulokowanie tam nerwowo drżącej dłoni.

– Brawo! Jednak jest pan odważny!

Pochwała nieco go podbudowała. Wyznał, jak bardzo był nieśmiały. Przez całe liceum kochał się w nauczycielce matematyki, pani Eli, niekoniecznie najurodziwszej, ale ewidentnie biuściastej okularnicy. Przez cały rok marzył, że zaprosi ją do tańca podczas studniówki. Wyobrażał sobie wieczorami tę chwilę, nie mógł się jej wprost doczekać. Jednak, kiedy przyszło co do czego, kompletnie zabrakło mu odwagi, by w ogóle do niej podejść, mimo, że koledzy obtańcowywali matematyczkę na parkiecie. Dziwna miłość do pani profesor przetrwała cały pierwszy rok studiów. Do wiosny. Wtedy zobaczył Elżbietę na ulicy, z wyraźnie zarysowującym się brzuszkiem. Poczuł się zazdrosny jak cholera, aż wreszcie uczucie wyparowało.

Żal mi się zrobiło nieszczęsnego studenta. Postanowiłam ośmielić go jeszcze bardziej.

– A teraz niech pan przesunie dłoń z kolana na udo…

Młodzieniec otworzył szeroko oczy i zastygł nieruchomo. Dygocząca dłoń trwała w miejscu.

– Ależ śmiało… – uśmiechnęłam się – mówię zupełnie serio.

Powoli, bardzo powoli, ręka przesunęła się nieco wyżej.

– Brawo! Ale proszę jeszcze wyżej. Niech pan rzeczywiście złapie mnie za udo. Jakby na randce chwytał pan dziewczynę, która się panu szalenie podoba.

– Ale pani mi się naprawdę szalenie podoba… – wyszeptał, po czym bez pośpiechu, flegmatycznie, w końcu jednak zrobił to. Jego nieśmiały dotyk sprawił mi nieprawdopodobną przyjemność. No i satysfakcję, że udało mi się go ośmielić. W duchu wręcz go ponaglałam: „Nie bój się… śmiało pakuj łapę pod moją kieckę!”

– Pani Marto, przepraszam, że zadaję pewnie głupie pytania…

– Ależ panie Lubku! Nie ma głupich pytań – łopotałam rzęsami.

– No dobrze, zatem, czy całuje się na pierwszej randce? – wypowiadał to czerwieniąc się i spuszczając wzrok.

– Cóż… ja nigdy się na to nie godzę… ale wiem, że różnie to bywa… są kobiety, które chcą się całować od razu na pierwszej schadzce. Dlatego, skoro to i tak nasza udawana randka, może… – tu zawiesiłam głos, niepewna, co chcę powiedzieć – może  pan mnie pocałować… oczywiście w policzek.

Zrazu nie wierzyłam we własne słowa. Ale… – pomyślałam – przecież to i tak udawana randka. Przechyliłam głowę w bok. Pozwoliłam się mocniej objąć. I cmoknąć w policzek. Poczułam, jak przeszedł mnie dreszcz.

– Pani Marto, jest pani wspaniała! Naprawdę nie wierzę, że pani mi na cos takiego pozwala! Ja na pewno śnię. I to śnię jakimś zupełnie nierealnym snem! Boję się, że zaraz się przebudzę…

– Panie Lubomirze… czy mam pana uszczypnąć – uśmiechnęłam się. – Niech pan nie zapomina, że nasza randka jest zupełnie udawana… proszę ją traktować jako swoisty trening.

– Zatem pani Marto… co jest ważne w całowaniu?

Byłam zachwycona tym pytaniem, mogłam się poczuć jak prawdziwa profesorka i… dać wykład!

– Panie Lubomirze… Tak naprawdę w całowaniu bierze udział całe ciało. Należy zaangażować wszystko… a w szczególności… ręce! Można nimi obejmować partnerkę albo wodzić dłońmi po jej ciele… Można powoli przeciągnąć palcami przez włosy albo… masować kark.  Rękoma można też zmienić kąt nachylenia twarzy partnerki.

„O matko! Ależ się nawymądrzałam. I to w takiej sytuacji! Uzna mnie za wielce doświadczoną… cóż… trudno.”

– Pani Marto! Ale pani jest mądra… życiowa… – mamrotał, skubiąc delikatnie ustami moją szyję. Jednocześnie tulił się coraz mocniej. Chyba działał wypity szampan. Tymczasem moja kiecka podwinęła się wysoko. Nie przeszkadzałam jej w tym… czułam, że chcę, żeby było widać moje uda w pończochach.

– Pani Marto… a czy można całować w usta? – jeszcze bardziej się zaczerwienił.

– Cóż… panie Lubku, wiele kobiet się na to zgadza… ja nie, ale, żeby ten trening był wiarygodny… chyba nie mam wyjścia.

Chciałam tego. Bardzo chciałam się z nim całować. Oddałam mu swe usta w pełni. Fakt, że to tylko udawana randka, ale chyba właśnie dlatego, podniecała mnie ta sytuacja o wiele bardziej, niż gdyby to było prawdziwe, romantyczne spotkanie. Lubomir całował zupełnie niewprawnie, ale za to zachłannie, wyślinił mnie na potęgę, rozmazując przy tym szminkę.

– Pani Marto, przepraszam za swoją nieudolność… ale… jak mówiłem, pierwszy raz całuję się z kobietą – wyznał ze wstydem w głosie.

– Ależ panie Lubomirze! Jak na pierwszy raz, jest pan prawdziwym don Juanem! Posiadł pan moje usta niczym Casanowa!

Szczerze mówiąc, przepełniała mnie duma. Wprowadzam w intymny świat młodego chłopaka. Dzięki mnie może ośmieli się i jego relacje z kobietami wkroczą w zupełnie inną fazę. Ale powiedzmy szczerze, przepełniała mnie nie tylko duma, także pożądanie. Chyba dlatego sama powróciłam do całowania. Chwyciłam jego wargi zębami i zaczęłam powoli ciągnąć do siebie. Następnie poluźniłam uchwyt i pozwoliłam jego wardze prześlizgnąć się między zębami. Raz robiłam to na górnej, raz na dolnej wardze. Następnie zassałam jego usta. Zupełnie tak, jak ssie się lizaka. Bardzo łagodnie. Chłopak był w siódmym niebie.

– Pani Marto! Jest pani boska! Ale… przepraszam, za głupie pytania… czy na randce, podczas całowania, można dziewczynę, przepraszam wstydzę się…

– Ale nie trzeba się wstydzić. Nie ma głupich pytań.

– Więc, czy można… dziewczynę… podczas całowania… chwycić za biust?

O matko! Ależ byłam podniecona tą sytuacją! Ależ chciałam, żeby teraz po prostu złapał mnie za cycki!

– Panie Lubomirze, no wie pan…. Ja nigdy, przenigdy na to nie pozwalam, ale cóż… są takie, które pozwalają, zatem, cóż… chce pan przetrenować?

– Nie śmiałbym..

– Cóż… jeśli nasza udawana randka ma mieć sens… niech pan trenuje…

Myślałam, że odlecę. Dotyk chłopaka wywołał we mnie niesamowite emocje . Był bardzo nieśmiały i delikatny. Suwanie dłoni po piersiach. Delikatne badanie ich. Bardzo subtelne uciskanie dorodnych półkul przez materiał. Wzrok Lubomira mówił wszystko: – „Nie wierzę w to co się dzieje! To chyba tylko moja wyobraźnia.”

Chwytając cycki, jakby się upewniał, że jednak to nie sen. Więc chwytał coraz śmielej. Gładził, jakby głaskał łepek kotka. Z czasem coraz odważniej, jakby chciał wyczuć ich jędrność. Jakże to było rozkoszne! Kiedy westchnęłam, jego dłoń drgnęła, po czym mocniej zacisnęła się na piersi. Jakby to moje westchnięcie ośmieliło go, wręcz rozpalało, bo drżącym z przejęcia głosem zapytał.

– Pani Marto, czy ja… czy nie za mocno ściskam pani biust?

Bardzo, ale to bardzo chciałam, żeby ścisnął mocniej, wręcz ugniatał. Dlatego należało go zdopingować.

– Panie Lubku, ależ skąd. Jest pan naprawdę bardzo delikatny. Nawet pan sobie nie wyobraża, jak brutalni potrafią być mężczyźni. Jak ostro potrafią potraktować piersi.

Ekscytowało mnie to, iż zdradzam takie szczegóły, że napaleni faceci bezpardonowo miętosili moje cycki. Ośmielony tym wyznaniem młodzik, niemal natychmiast ścisnął mocniej i zaczął macać je bardziej chwacko. Czułam z tego powodu olbrzymią przyjemność.

– Przepraszam pani Marto, pewnie mnie pani ochrzani… ale czy mógłbym… nie… nie… wstydzę się…

– Ależ proszę… niech się pan nie wstydzi… przecież właśnie z tym mamy walczyć – uśmiechnęłam się.

– Więc dobrze. Czy mogę… Czy mogę zsunąć pani sukienkę z biustu? Czy mogę dotykać piersi jedynie przez biustonosz?

Zaskoczyła mnie ta nagła odwaga! Nie spodziewałam się jej, nawet w najmniejszym stopniu! Ale, tak bardzo, jak się jej nie spodziewałam, tak bardzo tego chciałam… chciałam, żeby odważył zsunąć się ze mnie sukienkę, żeby zobaczył mój piękny, koronkowy, czerwony stanik. Wreszcie… żeby chwycił cycki już nie przez materiał sukienki i biustonosza… Zastrzegłam, że nigdy bym się na to nie zgodziła, ale w związku z tym, że jest to lekcja instruktażowa… i akcja w całości udawana, sama zsunęłam materiał kiecki, prężąc przed nim biust.

Otworzył usta.

– Boże! Jaka erotyczna koronka! Jak zgrabny kształt pani dużych piersi!

Byłam wniebowzięta. A ileż radości dał mi uścisk jego dłoni… takich zachłannych, acz niedoświadczonych… Pragnęłam, by się do mnie dobierał…. Nie mogłam się powstrzymać. Aby wzmóc atmosferę, wsunęłam mu język do ust… zaczęłam lizać jego wargi a następnie szukać języka. Lizałam go powoli i bardzo namiętnie. Lubomir był niemal wstrząśnięty. Domyślam się jak bardzo musiało go to podniecić. Silniej chwycił moje piersi. Przez cienką koronkę stanika zapewne wyczuwał je znacznie bardziej. Zaczął macać. Jak niewprawny uczniak, który pierwszy raz w życiu obłapia dziewczynę.

A ja wzdychałam przeciągle. Czułam jak jego odwaga wzmagała się z minuty na minutę. Sama zresztą walnie się do tego przyczyniałam, namiętnie świdrując językiem jego usta. Wkrótce miałam przekonać się, jak bardzo wzrosła jego śmiałość.

– Pani Marto… pewnie pani mnie zabije… ale, czy…

– Ależ proszę, pani Lubku… niech się pan nie krępuje… mówiłam już, że nie ma niewłaściwych pytań… Niewłaściwy jest jedynie ich brak…

– No dobrze, pani Marto, zatem, czy… nie… czy mógłbym zsunąć stanik z pani piersi? Już raz je przecież widziałem. Wtedy, kiedy się pani opalała – zastrzegał, jakby usprawiedliwiając swą odwagę.

Speszył się jak cholera, gdy to wydukał. Ale wszak sama ponaglałam go do zadawania pytań. Sama chciałam, żeby się ośmielał. Pożądałam tego, żeby dobierał się do mnie… Dlatego sama nie wiem, jak do tego doszło, że się zgodziłam na to, by Lubomir zdjął koronkowe miseczki z mojego biustu. On sam pewnie nie wie, jak to się stało… Nic nie powiedziałam. Jedynie uśmiechając się, kiwnęłam głową.

Był tak podekscytowany, ręce drżały mu jak poparzone, kiedy materiał biustonosza uchwycony jego palcami, ześlizgiwał się z krągłych wzgórz. Ale kiedy już miał je przed oczami, wpatrywał się w nie jak w obraz, jakby chciał odnotować w pamięci, jak wyglądają brodawki, sutki. Sprawiało mi to niemałą przyjemność. Mężczyznom zwykle podobają się moje piersi, zwłaszcza z tego powodu, że są niemałe, jednak podziw dostrzegany w oczach tego wspaniałego młodzieńca, to było naprawdę coś. Dlatego tak rozpalał mnie fakt, że szedł za ciosem.

– Pani Marto, zabije mnie pani za to co robię… ale sama pani mówiła, że to udawana randka… swoista lekcja instruktażowa… a czy to nie jest tak, że niektóre dziewczyny pozwalają na pierwszej randce dotknąć swoich nagich piersi?

No proszę… jaki był logiczny… pozostawało jedynie przyznać mu rację.

– Panie Lubomirze, cóż… ma pan rację, są takie kobiety, które na pierwszej randce pozwalają nawet na więcej… podobno chłopcy, wzorem filmów amerykańskich stosują swoistą terminologię, pierwsza baza… druga baza… trzecia baza… – mówiłam to świadoma, że prezentuję przed nim gołe cycki – Pierwsza, to całowanie się, druga to dotykanie dziewczyny, ale powyżej pasa. Zatem… osiągnął pan to. Zaliczył drugą bazę. – uśmiechałam się, podniecona, prężąc dumnie biust.

Lubek wyglądał na szczęśliwca, który ucapił Pana Boga za nogi… tak właśnie ucapił teraz moje cycki…

– Cóż… niech pan kontynuuje trening… – wyszeptałam. Tego nie trzeba było młodzianowi dwa razy powtarzać… Dotykał moich piersi na różne sposoby, raz badał je delikatnie, to znów ściskał, pocierał brodawki, jakby chciał poznać reakcje moich „guziczków”, które rzeczywiście pod wpływem tego dotyku sterczały na baczność, niczym gwardziści na paradzie przed cesarzem. Ujmował moje „baloniki” dłońmi, jakby chciał je zważyć.

Wreszcie zrobił coś samodzielnie. Bez pytania. Co uznałam za znaczący postęp w realizacji mej misji. Otóż, sięgnął ustami do moich piersi. Pocałował je. Potem ujął sutki i zaczął ssać. Zrazu delikatnie, z czasem coraz łakomiej. Wyślinił je przy okazji. Cmokał je. Ciągnął je coraz bardziej łapczywie. Poczułam się jak matka karmiąca oseska. I sprawiło mi to niewysłowioną rozkosz. Samo drażnienie sutków rozpalało. Zmuszało do wydawania westchnień… i jęków.

– Aaaa… aaaaa… – pojękiwałam. – Panie Lubku… zdaje mi się, że jest pan coraz lepiej przygotowany do odbycia pierwszej randki. I chyba nie tylko pierwszej.

Młodzieńca łechtały takie pochwały. Ośmielały jak sto diabłów. Inaczej nie zdobyłby się na takie zdanie.

– Pani Marto… a co z trzecią bazą na randce?

To się działo chyba we śnie… Nie wierzę, że się na to zgodziłam. To nie mogłam być ja! Pozwoliłam gówniarzowi włożyć rękę pod spódnicę! Chłopak był rozochocony miętoszeniem moich piersi, więc zdobył się łacniej na odwagę do przejścia do kolejnego kroku – kolejnej „bazy”. Ostatniej! Ale… przecież ja sama tak bardzo tego chciałam… Skłamałam co prawda, że ja nigdy na żadnej z początkowych randek nigdy nie wyraziłabym na to zgody, ale fakt, że są panie, które nie mają podobnych oporów. Więc Lubek, przygotowując się na spotkania z „takimi” paniami, trenował… Trenował, trzeba mu to przyznać, z dużym zaangażowaniem. Jego dłoń znalazła się najpierw w miejscu, gdzie kończą się pończochy. Zrazu studencikowi trudno było pokonać barierę, jaką stanowiły w jego umyśle koronkowe manszety. Jednak moje uśmiechy i westchnienia skusiły go do dalszej ekspansji. Dłoń wtargnęła na odsłonięte ciało, powyżej pończochy. Drgnęłam mocno, sygnalizując chłopcu swe emocje. Tymczasem ręka nadal nieprzerwanie sunęła po udzie, sprawiając mi dużą frajdę. Zrazu bała się wkroczyć na zakazany teren, jakim zdawały się  być majtki. Jednak już wkrótce buszowała po koronkowych stringach. Wyjątkowo cieniutkich.

– Aaach… ty zdobywco… dotarłeś do najsekretniejszej kobiecej świątyni…

Chłopiec działał jak w transie. Rzeczywiście to miejsce było dla niego świątynią. O czym świadczyła choćby jego delikatność – kobiecego „skarbu” dotykał jakby z namaszczeniem. Długo nie mógł wydusić z siebie słowa. Wreszcie zapytał.

– Pani Marto, czy dziewczęta zawsze są tam, takie… wilgotne?

No i co ja mu miałam powiedzieć?! Że to oznaka tego, jak bardzo się przez niego podnieciłam?

– Panie Lubku… cóż… to znak, że kobieta jest gotowa… – nie potrafiłam ukryć zawstydzenia w głosie – do przyjęcia mężczyzny…

– A zatem… pani… jest gotowa?

Ukłuło mnie to pytanie. Zastanawiałam, się co powiedzieć. Ale byłam gotowa wyrzucić z siebie: – „Tak, jestem gotowa. Jestem tam wilgotna i gorąca, jak amazońska puszcza. Gotowa do przyjęcia w niej anakondy!”

– Cóż… jestem… czy chcesz sprawdzić?

Zaskoczyłam się sama, że mi to przeszło przez gardło. Lubomir podobnie zaskoczony, jednak szalenie musiał być ciekawy, jak dokładnie prezentuje się „owa” gotowość. Nie bacząc na wyraźne skrępowanie, odsunął wąski pasek stringów i obnażył szparkę.

Speszyłam się. Młody chłopiec, który mówi mi per „pani”, ogląda moją piczkę. Nie tylko ogląda! Suwa po niej paluchem! Drażni jej wargi… wreszcie wsuwa się do środka! Teraz dopiero czuje, jak jestem mokra!

– Pani Marto… a czy na pierwszej randce może dojść do aktu oralnego? – znów mnie zaskoczył! Jakby zdzielił mnie obuchem. Ale postanowiłam brnąć w to.

– No cóż… może… – potwornie podnieciła mnie sytuacja, wręcz nie panowałam nad sobą. Chłopak jak w hipnozie, pochylił się nad moim kroczem. Chłonął zapach nozdrzami, napawał się. Chyba nic nie oderwałoby go od mojej muszelki. Pocałował ją delikatnie. Zaczął lizać. Mimo, że robił to niewprawnie, cała drżałam. Aby miał wygodniej, rozchyliłam szerzej uda. Język pieścił mnie wytrwale, gdy zaczęłam głośno wzdychać, zanurzył się w mojej brzoskwince. Jęczałam, gdy trafił na najwrażliwsze miejsce…

Cóż, wszak instruktaż wymagał także mojego zaangażowania… Pochyliłam się nad rozporkiem Lubomira, potwornie podekscytowana, rozpięłam go. Zżerała mnie ciekawość, jak prezentuje się jego męskość. No i prezentowała się wybornie. Podziwiałam ją. Wiedziałam, że niczym bardziej nie wbiję w dumę młodego adepta sztuki Amora.

– Lubku… on jest wspaniały!

Na dowód tego, ujęłam go w dłoń. Prężył się jak pika gotowa do dźgania.

– Jaki twardy… i jaki duży!

Pragnęłam poczuć go w sobie. Ale najpierw chciałam oddać mu hołd. Tym samym ośmielając młodzieńca najmocniej, jak się da. Pocałowałam go w sam czubek. Potem polizałam, jak najwspanialszego loda. By, powoli, ujmować go w usta, połykać najgłębiej jak to możliwe. Czyniłam to z namaszczeniem, jakbym wypełniała religijny rytuał. Uklękłam przed nim. Ekscytowało mnie to, że znalazłam się w tak wiernopoddańczej pozie. Suwałam ustami po twardym trzonie, starając się utrzymywać z młodzieńcem kontakt wzrokowy. Widziałam po minie jak jest rozgorączkowany. Kiedy ustami pieściłam jego korzeń, kierował oczy ku niebu, jakby wznosił modły, zdawał się mówić: – „Panie, niech ta chwila trwa wieczność!”

Ssałam go z dużym zaangażowaniem, choć spodziewałam się, że jak to młody i niedoświadczony chłoptaś, łatwo może przedwcześnie wytrysnąć. Dlatego robiłam krótkie przerwy, które wykorzystywałam do wychwalania „mieczyka” mojego rycerza.

– Lubomirze… twe berło dowodzi, że prawdziwy z ciebie mężczyzna. Chłop, że tak powiem, na schwał!

Po czym znów brałam się do intensywnej pracy ustami… Tak bardzo chciałam mu zrobić „dobrze”. Moje podniecenie nie znało granic… Zapomniałam dawno o udawanej randce… zapomniałam o instruktażu. Myślałam tylko o tym, jak bardzo chcę czuć w sobie Lubomira. Jego zacne „berło”.

– Lubku… mówiłam ci, że są kobiety, które już na pierwszej randce idą na całość. Skoro nasz instruktaż ma być pełny… Czas na dopełnienie lekcji…

Wzięłam go za rękę i pociągnęłam do łóżka. Sama się na nim rozłożyłam i zachęciłam młodzieńca, żeby położył się na mnie. Tak bardzo tego chciałam. Poczuć na sobie mężczyznę. Podciągnęłam spódnicę. Szeroko, zapraszająco, rozłożyłam nogi.

Rozdygotany młodzian szukał wejścia do mojej norki. Zsunął z niej koronkowe stringi na bok i próbował lokować tam swą „anakondę”. Szło mu to bardzo niewprawnie, a właściwie nie szło… zwłaszcza, że trząsł się z przejęcia. Próbowałam temu zaradzić, czule się do niego uśmiechając i szepcząc.

– Lubomirze… oto jestem twoja… Ulegnę ci… Weź mnie… jak zdobywca.

Smarkacz, jakby nie wierzył swemu szczęściu. Wreszcie udało mu się ulokować czubek buławy we właściwym miejscu.

– Aaach… – westchnęłam.

Przymknęłam oczy, gdy czułam, jak twardy trzon powoli wsuwa się we mnie. Jak rozpycha ścianki mej norki. Byłam szczęśliwa. O Lubku powiedzieć, że był szczęśliwy, to jak nic nie powiedzieć. Gdy wsunął się do końca, jego oczy wyrażały niewysłowioną pasję. Jakby odkrył prawdę Wszechrzeczy.

– Lubomirze! Posiadłeś mnie!

Chłopak wariował. Jego wzrok wyrażał bezmiar euforii. Wysuwał się powoli, jakby obawiał się, że gdy całkiem wyjdzie, to znów będzie miał problem z trafieniem, więc nie wyciągał go za bardzo. Natomiast raźno przystąpił do działania, zaczął poruszać się we mnie, choć bardzo płytko. Chciałam dodać mu otuchy.

– Lubku! Ależ mocno ciebie czuję! Ależ mi dobrze, gdy jesteś we mnie… Po czym zaczęłam delikatnie pojękiwać.

– Aaaa… aaaa… aaaa…

Pobudziło go to nieźle, co dało się wyczuć po oddechu.

– Ależ delikatnie wchodzisz we mnie… aaa.. aaa…

Studenciak był w siódmym niebie.

– Naprawdę Marto…? Dobrze ci ze mną… z takim żółtodziobem?

Zadając pytanie, wykonał śmielszy, głębszy ruch.

– Jeszcze pytasz… aaach! Aaaa… czuć cię na sobie, to niewysłowiona przyjemność… a czuć twojego przyjaciela… który jest taki… w sam raz… to cudne!

Moje słowa dodały Lubomirowi pewności siebie. Jego ruchy stały się płynniejsze i mocniejsze. Można określić, że zaczął mnie po prostu „rżnąć”…

– Aaaa… aaaa… ależ jesteś sprawny… mój panie studencie…

Chłopak rozkoszował się w tym, co robił. Pchnięcia stały się miarowe. Podobnie moje jęki… Pragnęłam pobudzić go jeszcze bardziej. Uznałam, że przysłużą się temu pikantne słowa.

– Aaaa… aaa… Lubku, ależ ty mnie rżniesz… ostro rżniesz.

Młodzieniec sapał.

– Tak, tak! Marto, tego chcę! Tego chciałem od kiedy cię zobaczyłem. Po prostu zdrowo zerżnąć!

Ależ mnie to podniecało! Jego ostre słowa, jego kuśka energicznie poruszająca się we mnie. A także to, że mogę go jeszcze bardziej wbijać w dumę.

– A więc dopiąłeś swego… aaa… aaa… posiadłeś mnie.

Jeszcze intensywniej przyspieszył swe ruchy.

– Tak! To niewiarygodne! Taką damę! Piękną i wytworną. Posiadłem! – delektował się tym, najwyraźniej miłym jego uchu, słowem.

– Tak! Posiadłeś… zdobyłeś… jestem twoja, twojaaaa… aaa… aaa…

Stękałam. Stękałam bo pieprzył mnie mocno. Pomyślałam, że przy tak gwałtownych ruchach, nieopierzony samczyk może dojść przedwcześnie, ale chyba on sam też się tego obawiał, ponieważ w pewnym momencie zluzował. Teraz posuwał mnie wolno. Moje jęki również stały się cichsze i zwolniły tempo.

– Boże! Zupełnie nie pomyślałam! Przecież w każdej chwili może tu wejść Mateusz! Mój chrześniak.

Umarłabym ze wstydu. Mateusz zobaczyłby ciocię, arcyporządną kobietę, dosiadaną przez swego kolegę. Lubomir też się tym najwyraźniej zmartwił, ale chyba o wiele bardziej nie chciał kończyć tak miłej dla niego przygody.

– Ale Mateusz nie wracał na noc już dwa dni z rzędu. Nic nie zapowiada, że teraz nagle się pojawi…

– Masz rację…

Poza tym uznałam, że przecież usłyszelibyśmy otwieranie zewnętrznych drzwi. Lubek powrócił do najprzyjemniejszej czynności, jaka przytrafiła mu się w życiu, czyli do nadziewania mnie na swoją kuśkę. Pchnięcia były powolne, ale bardzo głębokie.

– Marto, wracając do naszego instruktażu… to czy na takiej randce, jak ta, można być ostrym?

Boże, jak ja chciałam, żeby był ostry!

– Cóż Lubku, musisz wyczuć upodobania dziewczyny. Ale, wszak nasza randka jest szkoleniowa… zatem przećwiczmy wszelkie warianty…

W tym momencie student znów wziął się do galopu, bo jego gwałtowne pchnięcia właśnie do galopu można było porównać.

– Aaa! Aaaaaa! – już nie jęczałam, a krzyczałam. – Lubku, nie sądziłam, że taki z ciebie ogier!

Słyszałam głośne klaśnięcia – to jego jądra obijały się o moją pupę. Wtórowało temu miarowe skrzypienie łóżka.

– Ach… ach… Lubomirze… ależ ty mnie ujeżdżasz!

Kręciło mnie takie prowokowanie chłopca. Po moich wyznaniach jeszcze głośniej sapał i nie zwalniał tempa. Młócił mnie na potęgę.

– Ach… Lubku… ależ ty mnie grzmocisz…

Jarały go takie słowa. Wysyczał:

– Marto… a w ramach instruktażu… czy taki chłopak może być wobec kobiety… przepraszam, jeśli przesadzam, czy może być… wulgarny?

Tak, tego chciałam! W ogóle podnieca mnie, gdy w pewnych sytuacjach mężczyzna bywa zbereźny, zaś teraz, myśl, że nieśmiały do szpiku kości, ofermowaty Lubek, mógłby być wobec mnie wulgarny, podniecała do reszty!

– Lubku… cóż… umawialiśmy się na instruktaż… zatem nie możemy nic przeoczyć.

Czekałam co powie, jakich słów użyje, ale najwyraźniej krępował się wyrzucić to co, skrywał pod czaszką. Postanowiłam go sprowokować.

– Czasem mężczyźni, nazywają kobietę suczką… cipkę określają ordynarnie – pizdą…

– Tak! – młodzian podniecał się. Dźgając mnie mocniej niż dotychczas, ciskał gromy wzrokiem. Czułam, że chce sypnąć nieprzyzwoitymi, wręcz obelżywymi, epitetami.

– Tak! Suczko! Zmłócę ci tę damulkową cipę! Zrucham cię, jak dziwkę!

Aż dreszcze przechodziły mnie po plecach! Podniecało to niemożebnie! Chciałam dalej prowokować.

– Ach… ty mój brutalu… tak… jestem twoją suczką…

Sztychy, jakimi faszerował moją piczkę stały się niemal bolesne.

– Jesteś moją suczką! Suczą! Wydupczę cię tak, że popamiętasz do końca życia! Przerżnę ci tę kurewską pizdę, a na koniec ci się w niej spuszczę!

Odpływałam. Z rozkoszy, z ekscytacji niewyobrażalną przygodą. Jednak coś mnie zaniepokoiło. Jakiś podejrzany szmer. Odwróciłam głowę.

Nieopodal stał Mateusz!

– O matko! – wykrzyknęłam.

Lubomir widział to, a jednak nie przerywał, ani myślał zejść ze mnie! Mało tego, sypał sprośnymi wulgaryzmami, niczym szewc. Czy trzeba było lepszego dowodu, że ten nieśmiały wymoczek, mameja, przeszedł tak drastyczną przemianę?

Moja misja dopełniła się.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

A zatem Historyczka stworzyła kolejne dzieło, tym razem obszerne, choć kameralne, jeśli chodzi o liczbę postaci czy fabularne założenie. Gra tu na wielu dobrze nam znanych akordach i sięga po swe ulubione elementy (lub fetysze), osiągając spore mistrzostwo 🙂 Osobiście wyżej wprawdzie cenię historyczne (nomen omen) opowiadania Autorki, a także te, które bardziej zdecydowanie idą w stronę humoreski. Tym niemniej „Udawana randka” jak najbardziej zasługuje na uwagę – zwłaszcza Czytelniczek oraz Czytelnikom, którym większą przyjemność sprawia podróż, niż jej cel 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ach, chciałoby się mieć, młodym studentem będąc, taką zdeterminowaną, ofiarną, pełną poświęcenia seks-edukatorkę! Myślę, że każdemu u początku jego seksualnej drogi przydałaby się taka „udawana randka”!

Jak możemy przeczytać, rola seks-edukatorki wprowadzającej młodzieńców w dorosłość też potrafi dostarczyć mnóstwa niezapomnianych wrażeń 🙂

Dziękuję za miłe przyjęcie nadmiernie rozciągniętego tekstu!
Choć… ująłeś mnie Aleksandrze Wielki tym komentarzem – nie cel, lecz podróż! 🙂

Miło mi było Cię ująć, Historyczko! 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz