Imię (Rorschach)  4.88/5 (16)

20 min. czytania

Charles Marion Russell, „Oczekująca i gniewna”

Wśród siedzących przy ognisku mężczyzn rozległ się szmer podnieconych głosów.  Bębny zawarczały, wybijając dość szybki, monotonny rytm. W kręgu migotliwego światła pojawiła się, jak zawsze piękna i zmysłowa, Poranna Rosa – żona naszego czarownika. Rozpoczęła taniec, a oczy wszystkich w skupieniu śledziły każdy jej krok i ruch. Okryta płaszczem ze skór bizonów krążyła wokół ogniska. Najpierw powoli, potem coraz szybciej, przysiadała, kręciła się wkoło, aż płaszcz rozpostarł się wokół niej niczym płatki kwiatu. Szarpnęła zapięcie i rozłożyła ręce.  Bizonie skóry zsunęły się na ziemię. Westchnęli wszyscy i wojownicy i chłopcy. Poranna Rosa miała na sobie tylko krótką koszulę z wyprawionej skóry jeleniej. Jej bujne piersi wyraźnie zaznaczone pod materiałem unosiły się w rytm  przyśpieszonego oddechu. Bębny zwolniły, biodra Porannej rozkołysały się, ręce uniosła nad głowę. Wykonywała ruchy, jakby galopowała na koniu, potem opadła na ziemię i na łokciach i kolanach, niczym pantera skradała się dookoła ognia. Ach, każdy chciał być teraz tym koniem, którego dosiadała, lub marzył by dosiąść Porannej Rosy, gdy tak ponętnie kręciła kształtną pupą.

Poranna Rosa była w plemieniu od kilku lat.  Różne plotki krążyły o tym, w jaki sposób do nas trafiła. Jedni mówili, że czarownik Cztery Bizony zdobył ją podczas zasadzki na białych osadników, inni twierdzili, że z niewiadomego powodu uciekła od białych, że znalazł ją zziębniętą i wyczerpaną na skraju puszczy.

Była piękną kobietą. Wojownicy ukradkiem spoglądali za nią, gdy przechadzała się po wiosce. My, chłopcy bez imion marzyliśmy o niej nocami. Kiedy przechodziła nasze oczy rozbierały ją do naga.  Poranna Rosa na przemian z czarownikiem uczyła nas mowy bladych twarzy.

Nie wiem co bardziej nas podniecało – jej jasna skóra, doskonałe kształty czy niesamowite, długie włosy o niemal czerwonej barwie. Nie była już młodą squaw, ale miała w sobie coś, czego inne kobiety plemienia nie miały. Pewnie dlatego wszystkie darzyły ją wyjątkowo „ciepłymi” uczuciami.

Cztery Bizony często kazał jej tańczyć podczas plemiennych uroczystości. Chełpił się posiadaniem takiej żony. Wkrótce wieść o tańczącej Porannej Rosie rozeszła się szeroko i często odwiedzali nas znamienici wodzowie innych plemion, by zobaczyć na własne oczy squaw Czterech Bizonów. Na ogół po takich odwiedzinach Rosa nie pokazywała się przez kilka dni.

Bębny umilkły.  Płaszcz znów okrył Poranną Rosę. Wszyscy tęsknie westchnęli po raz drugi. Czarny Wilk, wódz plemienia Szoszonów, patrzył przed siebie. Od dwóch dni on i jego kilku znamienitych wojowników gościło u nas w celu rozwiązania sporu o pastwiska leżące za rzeką. Spór toczył się od dłuższego czasu i kosztował już życie pięciu naszych i czterech Szoszonów. Występ Porannej Rosy miał umilić  rozmowy.

Nasz wódz dał znak i wszyscy oprócz zaproszonych na naradę opuścili krąg ogniska.

Nie wiem, co mnie podkusiło, ale cicho poszedłem w stronę wigwamu czarownika, żeby jeszcze raz, choć przez chwilę ujrzeć Poranną.  Zasłona była uchylona, ze środka dochodził cichy, kobiecy… płacz. Chciałem podejść, ale nie śmiałem przekroczyć wejścia. Pobiegłem do swojego namiotu, wziąłem skórę lisa upolowanego przeze mnie poprzedniego dnia i cichutko położyłem ten dar u wejścia do wigwamu Czterech Bizonów.  Serce podjechało mi do gardła, gdy poczułem na ramieniu dłoń. Odwróciłem się i  zobaczyłem ją. Musiała w międzyczasie wyjść i wróciła, kiedy kładłem skórę.

– Co tu robisz chłopcze ? – zapytała podejrzliwie.

– Ja, jaaaaa …. To dla ciebie – wykrztusiłem i … uciekłem.

W nocy nie mogłem spać. Powie czarownikowi, czy nie powie? Bałem się, by zazdrosny Cztery Bizony nie rzucił na mnie złego czaru.

Nazajutrz rano wyszedłem przed namiot i zobaczyłem odjeżdżających Szoszonów. Twarz naszego wodza była posępna. A więc znów będą ginąć wojownicy nad rzeką…

Poranna Rosa nie pokazała się aż do wieczora. O zmierzchu przeszła koło mojego namiotu. Na ramiona miała narzuconą skórę z lisa. Nasze spojrzenia przez chwilę spotkały  się. Poranna Rosa uśmiechnęła się smutno i odeszła, a mnie wydało się, że dzień odchodził wraz z nią.

W nocy śniła mi się. Kiedy podszedłem do niej blisko, rozchyliła płaszcz ze skór. Była całkiem naga. Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jej gładkiej skóry. Dojrzałe owoce piersi były tuż, tuż. Wyciągnęła do mnie ramiona. Zanurzyłem twarz między gorące kule.

Nagle cofnęła się i krzyknęła przeraźliwie.

Obudziłem się. Mój wojownik stał wyprężony jak struna. Krzyki jednak nie milkły. Dobiegały z każdej strony. Obok namiotu przegalopował koń, potem drugi i trzeci. Wypadłem na zewnątrz. Kilka namiotów płonęło. Nasze konie bezładnie biegały po obozie. W blasku pożaru zobaczyłem około dziesięciu jeźdźców znikających w ciemności. Kilku naszych wypuściło za nimi strzały. Zaczęto gasić płonące namioty. Konie na powrót spętano. Rano znaleźliśmy zabitych strażników i jednego z napastników, któremu strzała wbiła się między łopatki. To był Szoszon. W swoim wigwamie został zakłuty nasz stary wódz. To wszystko jednak nie znaczyło dla mnie nic w porównaniu z wiadomością, że Poranna Rosa zniknęła.

Wróciłem do namiotu, wziąłem trochę suszonego mięsa, łuk, nóż, tomahawk i ruszyłem w stronę skraju lasu, gdzie zniknęli napastnicy prowadząc za sobą konia zabitego Szoszona. Wszyscy byli zajęci, więc nikt mnie nie zauważył. Tak mi się przynajmniej zdawało.

Wszedłem między drzewa. Ślady koni były wciąż dość wyraźne i prowadziły leśnym traktem na północ. Wskoczyłem na konia i ruszyłem naprzód. Szoszoni jechali galopem, ale po pewnym czasie przeszli w kłus, potem w stępa.  To mnie zastanowiło. Przecież musieli liczyć się z pościgiem. Po chwili zobaczyłem drugi trop, trop pięciu koni, który dołączył do Szoszonów z bocznej dróżki. Nie miałem wątpliwości. To byli biali. Zsiadłem i pieszo badałem ślady. Tu się zatrzymali. Potem dziewięć koni indiańskich ruszyło dalej leśną drogą, a pięć podkutych koni i jeden bez podków skręciło w stronę rzeki.

Pojechałem kawałek za Szoszonami, ale wkrótce ich wierzchowce wjechały do kamienistego strumienia i ślady zniknęły. Bardziej interesowali mnie biali. Dlaczego wzięli ze sobą Szoszona? A może to wcale nie był Szoszon ? Zawróciłem i pogalopowałem za śladami podków. Biali kilkakrotnie zatrzymywali się po drodze.  Czuli się widocznie bardzo bezpiecznie ufając w siłę swoich „grzmiących kijów”.

Na miejscu jednego z postojów znalazłem fragment płaszcza ze skóry bizoniej. Był podarty i widniały na nim zakrzepłe strużki białawej cieczy. Byłem chłopcem bez imienia, ale pomimo moich tylko siedemnastu wiosen wiedziałem jak odczytać ten ślad. Natychmiast zapomniałem o zmęczeniu. Kierowali się wprost ku rzece. Zwróciłem konia na wąską ścieżkę będącą znacznym skrótem. Miałem szansę osiągnąć brzeg o zmierzchu, o ile mój wierzchowiec wytrzyma ostrą jazdę.

To była trudna droga, ale szoszoński koń okazał się nad podziw wytrzymały. Napoiłem go i przywiązałem na skraju lasu. Do dróżki, którą powinni byli nadjechać biali i Poranna Rosa miałem spory kawałek. Przebiegiem go, kryjąc się za pasem porastających brzeg krzaków. Nie omyliłem się. Końskie odchody przy brodzie były jeszcze ciepłe, a więc znajdowali się tuż przede mną. Cofnąłem się i pod osłoną wiązki trzcin przepłynąłem na drugi brzeg.

Ostrożnie wysunąłem głowę spomiędzy krzaków i rozejrzałem się.

O pół lotu strzały, na drugim brzegu, przy kępie drzew stały konie. Nieopodal paliło się ognisko. W jego blasku zobaczyłem zaczątek drewnianej budowli. Do jednego z drzew przywiązana była Poranna Rosa. Trzech białych siedziało przy niej i piekło mięso. Czwarty i piąty pełnili gdzieś najwidoczniej straż. To był teren pastwiska od zawsze należący do nas. Czyżby Szoszoni zaprosili tu białych, chcąc uniemożliwić nam korzystanie z tego terenu ? To było do nich podobne.

Mężczyźni skończyli jeść. Rechocząc podeszli do Porannej Rosy. Jeden z nich wyjął nóż. Sięgnąłem po łuk. Nałożyłem strzałę, naciągnąłem cięciwę, celując w kark tamtego. Biały przeciął rzemień okrycia ze skór. Resztki płaszcza opadły. Poranna miała na sobie tę samą, krótką koszulę, którą widziałem wczoraj. Biały nie planował jednak zakłuć Czerwonowłosej. Odłożyłem łuk.  Dwóch odchyliło jej głowę a trzeci wlał do gardła zawartość trzymanego w ręce kubka. Powtórzyli tę czynność jeszcze kilka razy i odeszli. Zauważyłem, że po pewnym czasie Poranna Rosa zaczyna coraz bardziej zwisać w więzach, a jej głowa chwieje się na wszystkie strony. Biali najwyraźniej na to czekali. Podsycili ogień i podeszli do drzewa.

Jeden zaczął gładzić policzki półprzytomnej, po czym przycisnął swoje usta do jej warg. Drugi przesuwał ręce po kształtnych łydkach, aż dotarł do ud i sięgnął pod koszulę.  Trzeci stanął za drzewem i zaczął dotykać, a potem brutalnie ugniatać piersi Porannej Rosy. Poczułem, jak mój niedoświadczony wojownik zaczyna podnosić głowę. A kiedy usłyszałem przeciągły jęk kobiety, wyprężył się całkowicie.

Odzienie było już na ziemi. Widziałem teraz Czerwonowłosą tylko w przepasce. Cudowne krągłości jej piersi raz po raz znikały w dłoniach białego.  Ktoś szarpnięciem zerwał ostatni skrawek jej odzienia. Stała, a właściwie słaniała się pod drzewem, naga jak w moim śnie.

Po chwili przecięte zostały także więzy. Kobieta opadła na kolana. Wtedy biali jak na komendę zdjęli spodnie. Ich białe, sztywne członki celowały w Poranną Rosę.

Położyli ją na plecach, z szeroko rozłożonymi nogami. Stali nad nią, napawając się widokiem, bo było na co popatrzeć. Dwóch złapało ją za ręce i piersi. Trzeci zaczął delikatnie, ale rytmicznie przesuwać językiem po jej brzuchu i udach. Wyraźnie słyszałem przyśpieszony oddech Rosy. Potem ku mojemu zdziwieniu głowa białego zniknęła między udami kobiety. Wtedy ciało żony czarownika wygięło się w łuk i do mych uszu dobiegł jęk. Była prawie nieprzytomna, ale pieszczoty białego powodowały mimowolną rozkosz.

Biały nie trzymał już głowy między udami leżącej. Klęknął, rozchylając jej nogi jeszcze bardziej i nagle jego biodra wystrzeliły naprzód. Cofnęły się i jeszcze raz wykonały pchnięcie. I jeszcze jedno, i kolejne. Rosa z każdym ruchem unosiła biodra coraz wyżej. Sztychy były coraz szybsze i głębsze. Jeden z białych zaczął całować jej usta.  Klęczący wykonał jeszcze kilka gwałtownych ruchów i wstał. Mężczyźni zamienili się miejscami. Poranna Rosa próbowała unieść się na łokciach, ale zamroczenie spowodowane napojem i trzymające ręce uniemożliwiły to.

Ten biały był niski, krępej budowy. Usadowił się między nogami białej squaw i rozłożył je, opierając stopy kobiety o swoje szerokie ramiona. Tym razem pchnięcia były zadawane z góry w dół. Pozostali nie trzymali już jej piersi, więc za każdym ruchem białego poruszały się i one.  Biodra Porannej falowały. Biały nagle stęknął, odchylił głowę do tyłu i znieruchomiał na chwilę, po czym jego miejsce zajął trzeci. Przewrócili ją na brzuch i tamten położył się na Porannej wprowadzając swoją włócznię między jej wypięte pośladki. Poruszał się bardzo szybko. Kobieta jęczała coraz głośniej. Mężczyzna wbił się po raz ostatni. Jego ciałem szarpnął skurcz, jeden, potem drugi.

Zza chaty wyszły dwie blade twarze.. Jeden z nadchodzących był naprawdę potężnej budowy.

– Zaczęliście bez nas ? Oj, da wam szef jak się dowie.

– Nie gadajcie, tylko też się zabawcie. Whisky jeszcze trochę podziała. Jak o świcie wróci, to nie będzie już śladu, a i ona nic nie będzie pamiętać. Spójrzcie na te krągłości.

– Dobra, ale teraz wy trzymacie straż. Jeden przy brodzie, drugi przy chacie od strony lasu. No, dajcie tę ślicznotkę i wynocha mi stąd.

Trzech białych pośpiesznie wciągnęło spodnie i oddaliło się. Dwaj zniknęli w ciemności, trzeci ułożył się na spoczynek przy ogniu.

Ogromny mężczyzna rozebrał się, prezentując ogromnego, grubego członka. Przez chwilę obmacywał piersi i pośladki Czerwonowłosej, a potem uniósł ją, jakby nic nie ważyła i przytrzymał ją za biodra. Wykonał gwałtowne pchnięcie, wbijając się w kobietę. Piersi kobiety zafalowały, a ona stęknęła głośno. Jej głowa kołysała się, odchylona w tył. Biały przyśpieszył.  Jego szeroki trzon miarowo zagłębiał się, zaś uda uderzały o pośladki Porannej.

– No, nie stój tak. Nadziewaj ją z drugiej strony, bo mi tu uśnie – zaśmiał się olbrzym.

Jego towarzysz wyciągnął członka, odchylił głowę Porannej Rosy i … szybkim ruchem wsunął się w jej usta.  Nie miałem pojęcia, że mężczyzna może tak robić kobiecie.

Jasne piersi bujały się w rytm ruchów obu mężczyzn. Nie mogłem oderwać oczu od tej trójki zespolonej w tak dziwnej pozycji. Większy z coraz większym impetem ruszał biodrami, a jego pchnięcia nabijały usta żony Czterech Bizonów na męskość drugiego.  Porannej Rosie powoli wracała świadomość. Mężczyźni też to zauważyli. Zaczęła się szarpać. Tempo poruszeń jeszcze wzrosło. Po chwili zobaczyłem, jak z ust kobiety wypływa biała ciecz. Drugi z białych też pchnął po raz ostatni.

– Ubierz tę sukę i przywiąż z powrotem – powiedział olbrzym.

Kiedy już nieco przytomniejsza Poranna Rosa znów została skrępowana pod drzewem stanął przed nią i zza cholewy buta wyjął krótki pejcz.

– Jeszcze do ciebie wrócę. I dasz mi na trzeźwo. A jak się będziesz opierać to posmakujesz bata.

Tu świsnął pejczem przed twarzą kobiety. Postał jeszcze chwilę i ruszył za swoim kompanem w stronę ogniska. Owinęli się derkami i zasnęli.

Musiałem zaczekać aż opuści mnie ślepa chęć zemsty. Oni umrą. Za to co zrobili Porannej. Ale muszę działać bardzo rozważnie, by samemu nie stać się zwierzyną w tym polowaniu.

Zaczekałem, aż ogień przygasł. Bezszelestnie poczołgałem się w stronę chaty. Pierwszy ze strażników siedział oparty o jej niedokończoną ścianę i patrzył w stronę lasu. Głowa raz po raz opadała mu na piersi. Kiedy na chwilę przysnął, mój nóż przeniósł go do Wiecznych Ostępów a pierwszy skalp ozdobił mi pas. Odciągnąłem ciało w zarośla. Tam zdjąłem mu bluzę i spodnie. Włożyłem je na siebie. Na głowę nacisnąłem kapelusz.

Poszedłem cicho w stronę brodu. Drugi strażnik chodził tam i z powrotem, żeby nie zasnąć.

– Stało się coś? – zapytał, kiedy nadchodziłem. Wskazałem ręką na rzekę, a gdy się odwrócił, wbiłem mu w gardło nóż. Umarł, zanim jeszcze upadł. Ukryłem ciało i wróciłem do obozu. Trzej mężczyźni spali tam w najlepsze.

Niewątpliwie ogromny biały stanowił największe najniebezpieczństwo. Musiałem zachować ostrożność. Byłem zwinny, szybki i jak na swój wiek dość silny, ale w starciu z takim olbrzymem, do tego uzbrojonym nie miałbym wielkich szans. Jego musiałem wyeliminować najpierw.

Cicho podszedłem do leżących. Odsunąłem daleko ich grzmiące kije i pasy. Wielkolud leżał na wznak. Pochyliłem się i zadałem dwa szybkie ciosy w okolice serca. Westchnął tylko i przestał oddychać. Odsunąłem koc i dla pewności uderzyłem jeszcze raz. Podobnie zabiłem drugiego. Trzeci otworzył oczy i chciał się zerwać, ale ja byłem szybszy.

Złożyłem wszystkie ciała w zaroślach za chatą. Miałem pięć skalpów ! Wkrótce miała pojawić się szósta blada twarz.

Rozpaliłem niewielki ogień, okryłem się derką i pilnie nasłuchiwałem. Kiedy już dobrze szarzał świt usłyszałem stęp konia i kroki. Usiadłem tak, by moja twarz była niewidoczna.

– Hej! Moczymordy ! Nawet straży wam się nie chce wystawić ? Dam ja wam zaraz ! Mam nadzieję, że moja nagroda jest nienaruszona, bo inaczej jaja poobcinam. Gdzie tamci?

Pokazałem ręką w stronę zarośli przy chacie. Usłyszałem oddalające się kroki. Tomahawk świsnął w powietrzu i wbił się w kapelusz białego, który bez jęku runął na ziemię.

Teraz miałem jeszcze jedno do zrobienia. Upokorzenie pięknej Porannej Rosy musi zostać zmazane.

Krwią.

Słońce było już wysoko, gdy żona czarownika otworzyła oczy i natychmiast usiadła z przestrachu. Nie była już przywiązana do drzewa. Leżała na mchu. Posłanie było przyozdobiłem polnymi kwiatami. Przy głowie kobiety leżała rozpostarta bluza myśliwska a na niej pięć równo ułożonych kompletów genitaliów. Z przerażeniem wpatrywała się w krwawe ochłapy.

– Nie bój się – powiedziałem. – Twoja hańba została zmazana. Nikt nie dowie się o tym, co tutaj zaszło.

Dopiero teraz mnie zauważyła.

– To ty ? Chłopiec od lisiej skóry? Skąd się tu wziąłeś? Widziałeś wszystko?

Zaczerwieniła się po uszy.

– Czy ja … Czy oni …

Nagle spojrzała gdzieś za mnie i jej oczy na powrót napełnił strach.

– Uciekaj – szepnęła.

Odwróciłem się szybko i zobaczyłem Cztery Bizony. W ręku miał grzmiący kij jednego z zabitych przeze mnie białych. Spojrzał na mnie, na Poranną Rosę, na rozpostartą derkę i pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Sześciu białych zabił jeden chłopiec bez imienia. Cóż za bohaterski czyn w obronie białej squaw ! Za późno odkryłem twój ślad i nie zdążyłem na czas.

– Poradziłem sobie. Manitou mnie prowadził – odparłem skromnie. Wiedziałem, że mój czyn był odważny i zuchwały. Może czarownik nada mi imię?

Próbował się opanować.

– Wszystko zepsułeś młokosie – wycedził przez zęby – Gdybym przybył wcześniej!

Nic nie rozumiałem.

– Ja ci wytłumaczę – rozległ się głos Porannej Rosy. Po jej policzkach płynęły łzy.

– Mów, i tak żywi stąd nie wyjdziecie – mruknął czarownik.

Poranna opowiedziała, jak Cztery Bizony zawarł układ z Szoszonami i białymi. Za udostępnienie pastwisk Szoszonom i białym zażądał comiesięcznej daniny, koni i broni dla siebie i męża swojej siostry, który miał zostać wodzem. Podczas targowania ustalono, że nasz stary wódz zginie, ale biali zażądali wydania Porannej Rosy. Kiedy w darze złożyli dwie baryłki wody ognistej, Cztery Bizony zgodził się na wszystko. Czarownik pomógł Szoszonom dostać się do obozu, zabić wodza i uciec z własną squaw.

– Zdrajco – rzuciłem mu w twarz. – Masz dwa języki jak wąż, powinieneś nazywać się nie Cztery Bizony, ale Kłamliwy Kojot. Wcześniej czy później ktoś pozna prawdę.

– To już się stało – czarownik złośliwie się uśmiechnął. – Kiedy odkryłem, że odjechałeś za Szoszonami przekonałem wszystkich, że to ty byłeś z nimi w zmowie, bo za moimi plecami pożądałeś Porannej Rosy. Wszyscy wiedzą, że dałeś jej skórę lisa w noc przed napadem. Gdybyś wrócił do wioski, każdy ma obowiązek natychmiast cię zabić pod groźbą wykluczenia z plemienia. Ale ty nie wrócisz. Ja wrócę. Z twoim skalpem i jeszcze kilkoma innymi. Zostanę bohaterem. A Poranna Rosa, cóż , powiem, że ty ją zabiłeś, bo nie chciała ci się oddać. I wyprawię jej wspaniały pogrzeb.

– Ty psie, gdybyś miał choć trochę odwagi, walczyłbyś ze mną.

– Ja, słynny czarownik miałbym walczyć z chłopcem bez imienia ? Poza tym nie jestem już taki młody, więc wolę załatwić to na odległość.

Podniósł grzmiący kij do twarzy i wycelował w moją głowę.

„Manitou, pomóż” – pomyślałem, gotując się na śmierć. – Co ja zrobię w Wiecznych Ostępach bez imienia?”

Wtem rozległ się świst i Cztery Bizony padł na ziemię. Z jego pleców sterczała strzała. Z zarośli, z łukiem w rękach wyszedł Dwa Kamienie – mój ojciec. Zbliżył się do nas wolnym krokiem.

– Wszystko słyszałem. Musicie uciekać. Czarownik podburzył przeciw tobie całe plemię. Na szczęście czuwałem i zobaczyłem, jak odjeżdża. Byłem ciekaw dokąd i podążyłem skrycie za nim. Synu, jestem z ciebie dumny.

Podszedł do mnie i wyciągnął rękę.

I wtedy huknął grzmiący kij. Ojciec popełnił straszny błąd nie sprawdzając, czy Cztery Bizony nie żyje. Dwoma susami doskoczyłem do klęczącego czarownika i wsadziłem mu nóż między żebra. Padł twarzą do ziemi. Teraz naprawdę był martwy. Podbiegłem do ojca. Z niego życie także uchodziło z każdym tchnieniem. Spojrzał na mnie.

– Jestem z ciebie dumny. Będziesz… jesteś… wielkim wojownikiem. Kiedyś zdobędziesz wspaniałe imię…

Skonał. Poranna Rosa zaniosła się płaczem. Ja nie mogłem okazać bólu. Poza tym nie było czasu do stracenia.

Mieliśmy dziesięć koni i spory ładunek. Z pomocą Czerwonowłosej przytroczyłem ciało ojca do jego konia. Zwłoki czarownika i białych przymocowaliśmy do pozostałych wierzchowców. Przy chacie znalazłem jeszcze jednego konia. Jucznego. To mój nieodżałowany ojciec przygotował na zapasy żywności na długą drogę.

Po południu karawana ruszyła. Poranna Rosa ubrała się w strój jednego z białych, by w razie spotkania nie zwracać na siebie uwagi. Trudno było jednak nie zauważyć wypukłości pod bluzą myśliwską. Co pewien czas spoglądała na mnie. W jej oczach było i ciepło i tkliwość, ciekawość i podziw.

Jechaliśmy coraz głębiej w puszczę. Cały czas zacierałem za nami ślady. Wieczorem spadł deszcz. Wiedziałem, że nazajutrz trawa po deszczu tak się podniesie, że najlepszy tropiciel będzie bezradny. Kluczyliśmy leśnymi ścieżkami. Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno rozbiliśmy obóz. Bałem się jeszcze rozpalić ognisko. Przytuliłem Poranną Rosę i nasłuchiwałem w ciemności. Ciepło i zapach Porannej wyrwały z drzemki i wyprężyły moją męskość, która naparła na udo kobiety.

–  Oooo! Zaśmiała się cicho. Podobam Ci się ?

– Powiedz, dlaczego oni …. robili z tobą takie rzeczy ?

Odsunęła się ode mnie.

– Widziałeś wszystko. Widzisz, kiedyś miałam męża i byliśmy ze sobą szczęśliwi. Ale jemu ktoś naopowiadał o złocie w górach, no i pojechaliśmy. Po drodze przyłączyło się do nas kilku białych. W nocy zastrzelili mojego męża, zabrali cały nasz dobytek, a mnie, za karę, że na wozie nie znaleźli złota, kazali za pieniądze oddawać się mężczyznom w pobliskim miasteczku. Przy pierwszej sposobności uciekłam i trafiłam do was, do Czterech Bizonów. Byłam jego niewolnicą. Niestety i on szybko wpadł na pomysł, że oddając mnie innym wodzom, którzy odwiedzali naszą wioskę, może odnieść spore korzyści. Przypadkiem, u Szoszonów spotkał Parkera – białego, którego zabiłeś o świcie. To on przewodził wówczas opryszkom, którzy zabili mi męża. Tropił mnie od czasu gdy uciekłam. Resztę znasz.

Pogładziłem jej czerwone włosy. Oparła głowę na moim ramieniu i tak zastał nas świt.

Przez cztery dni jeszcze jechaliśmy przez las, ciągle zmieniając kierunek. Po drodze pochowaliśmy Dwa Kamienie, a potem resztę ciał wrzuciliśmy do zbiorowego grobu, nie troszcząc się specjalnie o obłożenie zwłok bandytów i czarownika gałęziami. Pogoda nam sprzyjała. Puszcza sama zacierała nasze tropy. Piątego dnia wjechaliśmy na niewielką polankę w sercu lasu.

– Zostaniemy tu jakiś czas. Musimy odpocząć. Nikt nas tu nie znajdzie. Zaraz zbudujemy szałas i rozpalimy ognisko.

– Przygotuję nam posłania – powiedziała Poranna Rosa, spoglądając na mnie.

Dzień powoli dobiegał końca. Szałas stał na skraju polany, na której pasły się nasze konie. Rozpaliłem ognisko. W jego blasku Czerwonowłosa była jeszcze piękniejsza. Mój wojownik znowu budził się do życia. Zauważyła, jak na nią patrzę.

– Miałeś kiedyś dziewczynę? Zapytała.

– Nigdy. Nam, chłopcom bez imienia nie wolno być z dziewczętami.

Siedziała przez chwilę w milczeniu, patrząc w ogień.

– Zabiłeś dla mnie siedmiu ludzi, za moją sprawą zginął Dwa Kamienie. Chciałabym ci się odwdzięczyć. Wiedz jednak, że to nie będzie tylko wdzięczność. Zostań tu.

Wstała i zniknęła w szałasie. Siedziałem i czekałem. Czułem, że tego wieczora nie zapomnę nigdy.

Poranna Rosa wyszła z szałasu i zbliżyła się do ognia. Była otulona kocem. Stanęła przede mną i zaczęła tańczyć. Tańczyć, w rytm muzyki świerszczy, szelestu liści, szeptu traw. Kręciła się w koło, kołysała biodrami, wyginała się w łuk, omiatała włosami ziemię u moich stóp. Powoli rozchylała koc. Pod spodem miała koszulę, połataną w miejscach, gdzie rozdarli ją biali. W końcu zasłona całkiem opadła. Kobieta stała z falującymi piersiami i patrzyła mi w oczy. Jej taniec zmienił się. Uniosła ręce i ponownie rozkołysała biodra. Teraz wykonywały ruchy w przód i w tył. Opadała i unosiła się, jakby nabijając się na niewidzialnego mężczyznę. Szarpnęła okrycie. Uwolnione piersi wyskoczyły w przód. Kołysała nimi aż wreszcie chwyciła je w dłonie i ugniatała  delikatnie, szczypiąc jednocześnie sutki. W ślady koszuli poszła przepaska. Była teraz zupełnie naga. Przysiadła przede mną i rozchyliła uda. Jej dłoń powędrowała na krocze i zaczęła masować je rytmicznie. Palec raz po raz niknął w środku. Głowę odrzuciła do tyłu, drugą ręką pieściła piersi. Usta rozchyliły się. Zaczęła jęczeć, biodra falowały coraz szybciej, nagle znieruchomiała i wydała głośny okrzyk, wyginając się przede mną. W blasku ognia wyglądała jak bogini puszczy. Jej uda były mokre. Po chwili oprzytomniała i przysunęła się do mnie.

– To małe przedstawienie to nagroda dla ciebie, wyraz mojej wdzięczności. Chciałam ci pokazać, jak wygląda prawdziwa chwila rozkoszy u kobiety. I nie potrzeba do tego whisky. Oni wzięli mnie przemocą. Tu, przed tobą, to było prawdziwe. Aby ci się odwdzięczyć ale też dlatego, że… chociaż jesteś jeszcze taki młody … Pozwól mi być twoją pierwszą. Sprawię ci rozkosz i nauczę jak sprawić ją kobiecie.

– Poranna Roso … Ja zawsze marzyłem … Od dawna cię ….

Położyła mi palec na ustach.

– Zrobię dla ciebie to, czego wasze kobiety nie chcą i nie potrafią. Wejdź do szałasu, połóż się wygodnie i zamknij oczy.

Usłuchałem. Weszła chwilę później. Poczułem dłonie wędrujące po moim ciele. Rozpięła mi bluzę i odrzuciła na bok. Ten sam los spotkał wkrótce spodnie. Poczułem jej usta i pocałunki. Dotknęła mojej wyprężonej włóczni. Palce delikatnie przebiegały w górę i w dół. Wargi były coraz niżej. Poczułem łaskoczące pocałunki na podbrzuszu. A po chwili… moją męskość szczelnie otuliło coś ciepłego i wilgotnego. Byłem w ustach kobiety! Cóż za rozkosz. Wsuwała i wysuwała mnie coraz szybciej, a pod wpływem ssania byłem ogromny jak nigdy. Kiedy język zaczął rytmicznie omiatać szczyt wojownika, moje biodra również zaczęły się poruszać. Wpychałem się coraz głębiej. Czułem się, jakbym konno galopował ścieżką górską ku przepaści. Nagle ścieżka urwała się, a ja zawisłem w przestrzeni. Mój członek pulsował, wtłaczając w usta Porannej Rosy biały płyn. Wszystko pulsowało…

– Otwórz oczy.

Spojrzałem na jej piękną, pokrytą teraz rumieńcem i moim nasieniem twarz. Uśmiechała się.

– Kocham cię – powiedziałem. Znów położyła mi palec na wargach.

– Teraz ty dasz rozkosz mnie.

Ułożyła się na posłaniu rozchylając uda. Ujęła moją głowę i nakierowała na swój srom.

– Pieść mnie językiem – wymruczała, kładąc sobie moją dłoń na piersi.

Pięknie pachniała. Zacząłem językiem wodzić dookoła, a potem wzdłuż i poczułem, jak jej biodra zaczynają falować a brzuch raz po raz się napina. Cichutko jęczała. Poczułem pod językiem napięty, mały mięsień. Przesunąłem po nim język. Kobieta wygięła ciało i gładziła mi włosy. Powtarzałem to, aż jęk Czerwonowłosej stał się głośny i chrapliwy. Pod wpływem impulsu wepchnąłem język do jej wnętrza. Zastygła w skurczu, jeszcze mocniej przycisnęła moją głowę. Wróciłem do pieszczot naprężonego miejsca. Złapała moją dłoń i wepchnęła dwa palce do środka. Miarowo poruszała moją ręką. Przejąłem inicjatywę i mocno wpiłem wargi w rozkoszne wzniesienie, okrążając je jednocześnie i coraz szybciej wsuwając i wysuwając palce. Każdy ruch wyzwalał zmysłowy jęk. Czują, jak zaciska się na palcach, zdwoiłem tempo ruchów języka.  Poranna krzyknęła, uniosła się na posłaniu, z całej siły zacisnęła na mnie uda i cała pulsując, opadła na posłanie. Gładziła mnie po głowie, a przez jej ciało raz po raz przebiegał skurcz.

Opadła i otwartymi ustami łapała powietrze.

Kiedy doszła do siebie, ujęła w dłoń mojego strzelca, który pod jej delikatnym dotykiem natychmiast wrócił do pełni sił.

– Młody ogierze, dosiądź swą klacz …

Rozchyliła ponownie uda i przyciągnęła mnie do siebie. Wycofałem biodra, a ona nakierowała grot na cel. Zacząłem przeć do przodu, zagłębiając się w wilgotne, ciepłe wnętrze, które zamknęło się wokół mnie niczym rozkoszna pułapka. Lekkimi ruchami rąk dawała sygnały do wycofania i ponownego pchnięcia. Uniosłem się na ramionach i przyśpieszyłem ruchy, wsuwając się coraz głębiej, do samego końca. Widziałem jak piersi cudownie falują w rytm moich sztychów. Oplotła mnie nogami i coraz wyżej podnosiła biodra oddychając, coraz prędko i łapczywie. Pożądanie całkowicie mną owładnęło. Ujeżdżałem ją niczym ogier. Moje pchnięcia stawały się coraz szybsze, coraz bardziej władcze i gwałtowne. Kobieta odchyliła głowę, dłońmi zaczęła kurczowo chwytać posłanie.

– Aaaach ! Aaaach ! Ooooch ! Aaaa ! – krzyczała coraz głośniej. Poczułem skurcze jej wnętrza. Brzuch na przemian to twardniał, to się rozluźniał. I znów pędziłem górską ścieżką, ale tym razem ona była ze mną. Razem zawiśliśmy w przestrzeni, by spleceni w uścisku, jak jedno ciało runąć szalonym lotem w dół.

Opadłem na nią całując usta, oczy, szyję, a ona wbiła mi paznokcie w plecy. Przyjmowała moje nasienie gwałtownymi skurczami. Ruchami bioder jeszcze bardziej nadziewała się na mnie.

Leżeliśmy przytuleni do siebie. Zanurzyłem twarz w czerwonych włosach i chłonąłem ich zapach.

Obudziły mnie jej pocałunki.

– Połóż się wygodnie. Teraz pokażę ci, jak galopują białe kobiety na swoich rumakach. Niejedna chciałaby mieć takiego jak ty.

Znów usłuchałem. Chwilę mnie pieściła, a kiedy ujrzała, że jestem gotowy, dosiadła mnie niczym wierzchowca, wspierając ręce na biodrach. Uniosła się i powoli nadziała na mój sterczący pal. Aż po nasadę. Ścisnęła mnie kolanami z rozpoczęła jazdę. Najpierw powolną, potem coraz szybszą. Zachwycające piersi kołysały się przede moimi oczyma. Ująłem je w dłonie. Ale teraz to ona prowadziła. Pokazała mi, jak mam to czynić. Idąc za jej radą, zacząłem lekko szczypać nabrzmiałe, twarde jak kamień sutki. Druga ręka powędrowała w dół. Tam wyczułem pod palcami ponownie napięte wybrzuszenie. Pocierałem je palcem. Kobieta raz za razem nabijała się i unosiła. Znów zaczęła jęczeć i oparła ręce na moim torsie. Wtem wygięła się w łuk, uniosłem się i przyssałem do jej piersi. Krzyknęła i poczułem, jak jej drgające wnętrze zamyka się coraz bardziej. Pchnąłem biodrami w górę i nasienie ponownie wypełniło Poranną Rosę. Tym razem ona opadła na mnie. Czułem jej każde drgnienie, każdy skurcz rozkoszy.

Całkiem zespoleni niebawem zapadliśmy w sen. Kiedy rano otworzyłem oczy, napotkałem jej spojrzenie.

– Mój kochany … Wiem, że jestem tylko białą kobietą, ale chciałabym, byś wiedział, że nie uważam cię za chłopca. Dla mnie  zdobyłeś już imię. Czy pozwolisz, że ci je nadam? Byłam w końcu żoną czarownika – dodała z uśmiechem.

Gdy zaskoczony milczałem, ciągnęła dalej.

–  Chcę, byś nosił imię Mo–quina–ai czyli Nocny Jastrząb. Przybyłeś w ciemnościach i niczym jastrząb przyniosłeś nagłą śmierć moim prześladowcom. Więc niech ten ptak będzie twym symbolem.

– Poranna Roso …

Uciszyła mnie ruchem ręki.

– Chcę także, byś nosił drugie miano. Sekretne, tylko dla mnie. Nadaję ci imię John.

– John? Przecież to imię bladych twarzy. Nie mogę go nosić.

– Tak miał na imię mój mąż. Jesteś dla mnie wyjątkowym mężczyzną. Mógłbyś być moim Johnem.

– Zostańmy tu razem. I tak nie mogę wrócić do wioski. Jestem młody, ale będę o ciebie dbać jak o swoją squaw …

Długo się wzbraniała mówiąc, że jest ode mnie starsza, ale jej opór stopniowo słabł.

Od tej pory wszystkie wieczory i noce były cudowne. Postępowaliśmy jak zakochani. Co noc dawaliśmy sobie rozkosz, wymyślając coraz to nowe sposoby. Często, gdy zraszałem ją nasieniem, wykrzykiwała moje drugie imię.

Odeszła podczas porodu. Urodziła martwą dziewczynkę o czerwonych włosach.  Pochowałem obie niedaleko miejsca, gdzie ongiś stał nasz pierwszy szałas. Potem ruszyłem w puszczę.

Trafiłem do Rakurrojów, którzy przyjęli mnie do plemienia pod imieniem Nocnego Jastrzębia. Po pewnym czasie pojąłem za żonę córkę jednego z wojowników. Nigdy jednak nie chciałem, by kochała się ze mną jak Poranna Rosa.

Czasem wracam na naszą polanę. Wówczas zdaje mi się, że w koronach drzew słyszę miłosne jęki Porannej. A gdy zamykam oczy, marzę, że kiedy je znów otworzę, ujrzę nad sobą dach z gałęzi i pochyloną Czerwonowłosą.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Gdyby Karol May pisał opowiadania erotyczne, to mogłoby być jedno z nich 🙂

Mieliśmy już na NE western (niestety, nieukończony, o tutaj: https://najlepszaerotyka.com.pl/2012/09/15/goraco/ ), ale tekstu rozgrywającego się wśród północnoamerykańskich Indian jeszcze nie. No to teraz już mamy. I bardzo się z tego cieszę, bo to ciekawe opowiadanie. Dobrze skonstruowane, łączące brutalny realizm ze szczyptą romantyzmu. Zdecydowanie polecam!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz