Emancypacja (SheWolf)  4.71/5 (44)

32 min. czytania

Źródło: Pixabay

Nie chcę pamiętać swojego ojca. Jak przez mgłę przywołuję obrazy z dzieciństwa. Każdy z nich niesie ogromny ładunek emocjonalny, nie są to dobre emocje. Dobrych wspomnień nie mam, chociaż jako mała dziewczynka uważałam, że branie na kolana, dotykanie ud i pośladków czy sięganie dłonią do majtek są oznaką ojcowskiej miłości. Co z tego, że przy innych okazjach mówił, że mnie nie chciał i żałuje, że się urodziłam? To było nieważne, gdy nadchodził moment siadania na kolanach. Zapominałam o tym, co mówił. Robiłam wszystko, by był zadowolony, by zasłużyć na jego miłość, akceptację, uwagę. Jeśli chciał, abym poruszała pupą na jego biodrach, posłusznie wykonywałam polecenie. Było odrobinę niewygodnie, bo miał wtedy twarde spodnie, które uciskały mnie w biodro, nic jednak nie mówiłam, by nie stracić jego zainteresowania. Gdzieś podskórnie pewnie czułam, że to jest złe, niewłaściwe, bo coś się we mnie zatrzymywało. Nie serce, a coś innego, co jednak wprawiało w ruch całe ciało. Stawał się w takich momentach śliski jak węgorz, a ja wpadałam w ciemność i patrzyłam na potężne drzewa pnące się ku czerni. Czułam, że moja dusza się roztapia i wycieka. Wymyka. Wiotczałam. Izolowałam się od własnych emocji. Nie chciałam do tego wracać.

Gdy uderzył mamę, skończyło się siadanie na kolanach. Wszystko się skończyło. Wiedziałam, że to moja wina. Ślęczałam wtedy nad zadaniem z matematyki, a on stał nade mną i tylko czyhał na moje potknięcie. Tak bardzo się denerwowałam, że nie potrafiłam rozwiązać prostego równania. Pierwsze uderzenie w tył głowy miało być ostrzeżeniem, ale tylko rozbudziło jego zapędy. Rozpłakałam się i oznajmiłam, że nie zrobię zadania. Wpadł w furię, odwrócił moje krzesło i złapał oburącz za szyję. Zacisnął palce i trzymał. Z całego zajścia pamiętam tylko jego obłędnie wściekłe oczy i obleśną, spienioną ślinę cieknącą po ustach i brodzie. Nie wiem, ile to trwało, ale gdy oderwał ręce, upadłam na podłogę, łapiąc zachłannie powietrze. Po chwili, osłabiona, dotarłam do łazienki. Powiedziałam mamie, co się stało, a ona, osłonięta jedynie ręcznikiem, wyszła do ojca. Usłyszałam jej podniesiony głos, uderzenie, charakterystyczny „plask”, a po chwili ciszy – szamotaninę. Wróciłam do pokoju i ujrzałam ojca okładającego matkę pięścią po twarzy. Nie mogłam się ruszyć. Paraliżowało mnie to, co widziałam. Opadający ręcznik, odsłaniający nagie, pulchne ciało matki, jej odskakująca głowa i oczy pełne przerażenia, ale też wściekłości. Próbowała mu oddać, wyrwać się. Walczyć. Płaczący młodszy brat gdzieś w kącie, wyrwał mnie z letargu. Jakimś cudem, bo nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak do tego doszło, znalazłam się między nimi. Rozdzieliłam dwójkę bijących się dorosłych. A później jak przez mgłę – policja, szybkie pakowanie. Zamieszkaliśmy na jakiś czas u babci. Do momentu pojawienia się ojczyma…

*

Cześć, mam na imię Marta, byłam bita i molestowana przez własnego ojca. Opowiem ci w gruncie rzeczy smutną historię. Historię poszukiwania siebie, własnej tożsamości i seksualności. Historię skrzywdzonego dziecka, które staje się kobietą, ale nie potrafi nią być. Wydaje się, że w następstwie bolesnego rachunku sumienia, uwalniamy się od tajemnicy, znajdujemy własną drogę, na końcu której czeka spełnienie. Ale czy aby na pewno czeka?

*

Matka rozwiodła się z ojcem, a jego miejsce zajął inny mężczyzna. Przez pewien czas próbował swoich sił jako tatuś, ale poległ bardzo szybko. Jedyną metodą wychowawczą, jaką stosował był krzyk, karanie i nieustanne wymagania, dzięki którym mieliśmy stać się idealni i do tego niewidoczni. Chciał mieć spokój. Żadnych obowiązków i odpowiedzialności. Nie łudziłam się, że zapała do nas ojcowską miłością. Uznałam tę kwestię za beznadzieją i nie zabiegałam już o uwagę, kontakt czy też akceptację. Wiedziałam, że nie mam co liczyć na posiadanie ojca, męskiego pierwiastka w rodzinie, który będzie ostoją, drogowskazem i schronieniem. Brak ojca, utkwił we mnie bardzo mocno, niczym drzazga, której nie da się w żaden sposób wyciągnąć. Nie widać jej, ale gdy tylko dotkniesz tego miejsca, odczuwasz bardzo nieprzyjemne kłucie i ból. Na jakiś czas zapominasz, ale prędzej czy później i tak znowu dotkniesz.

Mimo wszystko można powiedzieć, że zaznałam względnego spokoju. Żyłam przekonana, że i tak na więcej nie ma co liczyć. Bywały momenty, w których mogłam odetchnąć, nie bojąc się kolejnego dnia. Jednak szukałam. Szukałam akceptacji, kogoś bliskiego. Kogoś, komu będę mogła zaufać.

Byłam dosyć niesfornym dzieckiem. Nie lubiłam się dostosowywać. Przestrzegać zasad i reguł. Musztrowana w domu, szukałam odskoczni w innym miejscu. Szkoła stała się swoistym papierkiem lakmusowym. Buntowałam się. W trzeciej klasie podstawówki zadawałam się z największym łobuzem – Marcinem. Pyskowałam, dokuczałam. Wydawało mi się, że dzięki temu jestem fajna i zasłużę na aprobatę innych. Chciałam być lubiana, akceptowana.

Zdarzało się, że Marcin obmacywał mnie po nogach i pupie. Był starszy, chodził do szóstej klasy. Wiedziałam, że muszę mu na to pozwolić, aby go zadowolić, by nadal chciał się ze mną kolegować. Pamiętałam, że tata lubił to robić. Wtedy stawał się na chwilę miły. Teraz też tak było. Marcin okazywał mi w takich momentach największe zainteresowanie. Chciał, żebym siadała na nim okrakiem i poruszała się. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, kiedy tak leżał. Było naprawdę miło. Czułam, że znalazłam najlepszego kolegę na świecie. Wiedziałam, że dorośli robią to samo, ale bez ubrań. My natomiast byliśmy zawsze w ubraniach, więc nie robiliśmy nic złego. Tak to zwykle tłumaczył. Ufałam mu, byłam spokojna i czułam się bezpiecznie. Siadałam więc i się poruszałam. Zwykle przymykał wtedy oczy, a ja śmiałam się, że przecież nie może teraz spać. Po niedługim czasie ocierania się, zaczynałam czuć mrowienie tam na dole, przechodził mnie dziwny dreszcz, taki dłuższy, a później chciało mi się bardzo spać. Po tym dreszczu było mi bardzo przyjemnie, ale nie lubiłam tej senności. Marcin też zazwyczaj stawał się senny, tyle że wcześniej napinał się i trochę krzyczał. Nie wiedziałam do końca, co się z nami działo, mimo to czuliśmy się z tym bardzo dobrze. Niestety, nasza znajomość szybko dobiegła końca. Mój kolega przestał z dania na dzień chodzić do szkoły. Podobno wyjechał z rodzicami. Bardzo cierpiałam. Bałam się. Znowu zostałam sama i wydawało mi się, że z własnej winy.

Na jakiś czas się uspokoiłam. Nie robiłam już awantur w szkole, przestałam pyskować nauczycielom. Pod koniec podstawówki zaprzyjaźniłam się z Tomkiem i Wojtkiem. Kochaliśmy jeździć na rowerach. Byliśmy niemal nierozłączni. Codziennie, jak tylko pogoda pozwalała, przemierzaliśmy całe kilometry. W okresie jesienno-zimowym przesiadywaliśmy zwykle u Wojtka. Ponownie zaznałam kontaktów cielesnych z chłopcami. Lubiliśmy sobie leżeć we trójkę na łóżku i gadać. Ja zwykle po środku. Chłopaki nieśmiało dotykali mojego ciała, badając, jak zareaguję. Chyba bali się, że się na nich obrażę. Ja natomiast wiedziałam, że muszę im na to pozwolić, żeby nadal mnie lubili. I pozwalałam. Na szczęście nie chcieli niczego więcej. Tylko macania i ocierania. Znów poczułam się ważna, akceptowana i w centrum uwagi. Lubiłam ten stan, gdy wiedziałam, że mam ich tylko dla siebie, że zatrzymuję wspólną tajemnicą. Zdawaliśmy sobie sprawę, że dorośli nie pochwaliliby naszych macanek. Zaraz byłaby awantura i zakaz spotkań. Mieliśmy sekret, a ja poczucie, że trzymam ich w szachu. Niestety nie na długo.

W połowie szóstej klasy dołączyły do nas bliźniaczki – Kasia i Basia. Wtedy nasza przyjaźń się posypała. Tomek zakochał się w Kasi, a Wojtek w Basi. Na nic zdały się groźby ujawnienia wspólnych zabaw. Po raz kolejny zostałam zdradzona, zraniona i wykorzystana. Odchorowywałam to bardzo długo, szczególnie że codziennie spotykaliśmy się w szkole. Nie mogłam jednak nic dać po sobie poznać, nie mogłam pozwolić sobie na słabość. Raz, że oberwałabym w domu, dwa, nie chciałam dać nikomu satysfakcji, a najbardziej chłopakom. Perfidnie, ze złośliwymi półuśmieszkami, patrzyli mi w oczy, dając do zrozumienia, że to oni wygrali. A ja? Tak, czułam się przegrana, jak ostatnie ścierwo i gówno. Chciałam się nawet zabić, ale do tego trzeba mieć odwagę, a ja byłam tchórzem. Wyrzucałam sobie, że jestem beznadziejna, słaba i nic nie warta. Tkwiłam w tym przekonaniu przez lata.

W gimnazjum stwierdziłam, że spróbuję znaleźć przyjaciółkę. Zaczęłam nosić się jak chłopczyca: spodnie z lekko opuszczonym krokiem, glany, czarna koszulka z nadrukiem jakiegoś rockowego zespołu, zwykle Nirvany, AC/DC czy Iron Maiden i na to męska koszula. Lekko przytyłam, więc wydawało mi się, że w ten sposób tuszuję wszystkie niedoskonałości. Włosy spinałam w koński ogon i w ogóle się nie malowałam. Dziewczyny już testowały pierwsze kosmetyki, coraz śmielej odkrywały swoje ciała, a ja wprost przeciwnie. Właśnie wtedy zaprzyjaźniłam się z Anką.

Wiele nas łączyło. Miała ojca alkoholika, który codziennie się awanturował, więc rozumiałam ją jak nikt inny. Stałyśmy się nierozłączne. Ona kochała się w aktorze z serialu Roswell, a ja w Seanie Connerym. Fantazjowałyśmy o nich, wyobrażając sobie, jakby to było, gdybyśmy ich miały. Lubiłam te nasze rozmowy i kreowanie alternatywnych rzeczywistości. Wkraczałyśmy wtedy w inną przestrzeń. Tam wszystko było dobre, piękne, łatwe i przyjemne. Hormony już mocno szalały, więc rozmawiałyśmy też o bliskości, jaka nam się marzyła z naszymi wyimaginowanymi facetami. Kilkukrotnie w takich momentach zdarzyło się, że siedziałyśmy przytulone lub trzymałyśmy się za ręce. Anka czasami na spacerze wplatała swoją dłoń w moją lub łapiąc za koszulę, przyciągała do siebie. Mówiła wtedy, że uwielbia mnie w koszulach. Stałyśmy bardzo blisko, a ja obejmowałam ją w pasie. Nie odważyłyśmy się na pocałunek, chociaż miałam wrażenie, że obie równie mocno tego chciałyśmy. Dbałyśmy, by nikt nas nie widział w takich sytuacjach. W klasie już i tak mówiono o nas „lesby”. Rzeczywiście mogło to trochę tak wyglądać. Ponadto mocno się wyalienowałyśmy, czas spędzając tylko ze sobą. Na lekcjach siedziałyśmy razem, na przerwach razem, po szkole razem. Non stop razem.

Co jakiś czas Ania wyłamywała się z tego wspólnego kotła, żeby po prostu pogadać z inną koleżanką. Wywoływała tym we mnie ogromną agresję. Byłam piekielnie zazdrosna. Robiłam jej wyrzuty, że skoro rozmawiała z inną, pewnie już mnie nie chce. Ostro się kłóciłyśmy i zwykle nie odzywałyśmy się do siebie jakiś czas. Czułam, że tracę grunt pod nogami. Nie mogłam kontrolować sytuacji i panikowałam, że stracę kolejną bliską osobę. Nie potrafiłyśmy bez siebie wytrzymać, więc szybko się godziłyśmy i znów byłyśmy tylko we dwie. A mimo wszystko po jakimś czasie znów wyrywała się z tego kieratu i ponownie wybuchała awantura. Cykl przemocy: najpierw jest faza narastającego napięcia, później następuje eskalacja przemocy, a na końcu wkracza się w fazę miodowego miesiąca. My działałyśmy w bardzo zbliżony sposób. Czułam jednak, że z każdą awanturą Anka wymyka się coraz bardziej, ale nie potrafiłam zapanować nad swoją zaborczością. Chciałam ją mieć tylko dla siebie. Zamknąć w klatce i nie wypuszczać.

Pewnego dnia nie wytrzymała. Powiedziała wprost, że ma dość. Odeszła. Oczywiście mentalnie i psychicznie, bo nadal chodziłyśmy do jednej klasy. Ale już nie byłyśmy razem. Nie siedziałyśmy razem, nie spędzałyśmy czasu, nie rozmawiałyśmy.

Wagarowałam przez miesiąc. Zaczęłam popalać papierosy i szlajać się po mieście. Powtórka z rozrywki. Kolejny raz odrzucona niczym śmieć. Moje poczucie istnienia stało się wyblakłe i nikłe. Miałam wrażenie, że jeśli czegoś nie zrobię, skończę tragicznie. I szukając nie wiadomo czego, trafiłam do kafejki internetowej. Zalogowałam się na lokalnym czacie i… przepadłam.

Od tamtego momentu niemal każdą wolną chwilę przesiadywałam w kawiarence. Podkradałam pieniądze rodzicom, by mieć na opłacenie komputera i wciągałam się coraz bardziej. To była moja odskocznia, ucieczka. Tam właśnie poznałam Diabła. Chłopaka, który mieszkał wioskę obok. Był starszy dziesięć lat. Rozmawialiśmy niemal codziennie. Uznałam, że znajomości internetowe są dużo prostsze i mniej bolesne. Tworzyłam sobie obraz w głowie i tkwiłam w nim bezpiecznie. Miałam poczucie, że w ten sposób nikt mnie nie zrani. Wyszłam z założenia, że jeśli nie ten, znajdzie się inny. Rozmawiać można z kimkolwiek. I mogłam być kim chcę. Bawiłam się, kusiłam, podsyłałam fotki ściągnięte z Internetu, twierdząc, że to ja, a gdy robiło się niebezpiecznie, zamykałam okienko klikając „ignoruj” i problem z głowy.

Jednak z Diabłem nie było tak łatwo. Zaciekawił mnie, zaintrygował. Jakoś inaczej nam się rozmawiało, odniosłam wrażenie, że nie chce się tylko zabawić, a rzeczywiście traktuje mnie poważniej. Zaczęło mi zależeć. Nie mogłam się doczekać aż wejdę w okienko logowania i ujrzę jego nick. Po jakimś czasie mimochodem padła propozycja spotkania. Przerażona tą wizją – natychmiast się wylogowałam. Po chwili, jeszcze bardziej przerażona, że go stracę, bez namysłu zgodziłam się.

Tego dnia, gdy mieliśmy się spotkać w mojej wiosce trwał festyn. Umówiliśmy się na rynku. Akurat organizowano bieg i wytyczano taśmami i barierkami trasę. Pech chciał, że miejsce, w którym mieliśmy się spiknąć, było tak odgrodzone, że znaleźliśmy się po przeciwnych stronach barierek. Widziałam go z daleka, on mnie też. Machaliśmy do siebie, a że nie miałam wtedy jeszcze telefonu komórkowego, nie mogłam się z nim w żaden sposób porozumieć. Koniec końców nie spotkaliśmy się wtedy. Ani nigdy później. Oczywiście nie potrafiłam odpuścić i jeszcze bardzo długo go nagabywałam. Kolejna klęska. Kolejne poszukiwanie, rozczarowanie i odrzucenie. Uświadamiałam sobie boleśnie, że nigdy nie zaznam, ani spokoju, ani bliskości, ani miłości. Przyciągałam jedynie cierpienie, gniew. Moja niewinność została zdeptana. Podążałam drogą pełną porażek, odrzucenia, wykorzystania. Staczałam się w bezdenną otchłań. Nie potrafiłam sobie poradzić z życiem, z własnymi myślami, z bólem i samotnością.

Pierwsze cięcie na nadgarstku zrobiłam po wypiciu wina znalezionego w piwnicy. Poszło zaskakują łatwo. Ulga, którą poczułam mieszała się z ciepłem rozlewającym w środku. Podobnym do tego, gdy poruszałam biodrami na koledze ze szkoły. Pragnęłam oswoić codzienność. I oswajałam niemal co wieczór. Już bez wina, ale za to z żyletką, nożyczkami czy cyrklem. Nie zamierzałam się zabić. Chciałam tylko ciąć i patrzeć, jak wgłębienie zabarwia się na purpurowo, jak krew powoli kapie na podłogę. Za każdym razem czułam tę niewysłowioną ulgę. Wolność. To był mój sposób na złagodzenie bólu istnienia. Na przetrwanie i egzystowanie w świecie, który stał się klatką. Czułam się przygnieciona i niepasująca. Outsider. Wyrzutek.

Dotrwałam do końca gimnazjum i z wielką nadzieją poszłam do liceum. Obiecałam sobie, że tym razem nie spieprzę niczego równie koncertowo. Wtedy właśnie wkroczyłam w kolejny etap trudnego dorastania. Przyszedł czas oazy i fascynacji kościołem, Bogiem i wiarą. Ksiądz, który uczył nas religii serdecznie zapraszał na spotkania Ruchu Światło-Życie. Poszłam i przepadłam. Myślę, że to w pewien sposób mnie uratowało, gdyby nie oaza i ludzie tam uczęszczający, skończyłabym bardzo źle. Poczułam się akceptowana, choć ciągle trzymałam dystans. Bałam się zaangażować w jakąkolwiek znajomość. Jedynie z Olą pozwoliłam sobie na bliższą relację.

Była totalnym przeciwieństwem mnie: otwarta, energiczna, zwariowana i zawsze uśmiechnięta, do tego szczupła, wysoka i zgrabna. Miała niesamowitą swobodę w nawiązywaniu znajomości i podrywaniu chłopaków, a ci lecieli do niej jak ćmy do ognia. Przyglądałam się temu z pewną frasobliwością. Widziałam, że wielu z tych chłopców podkochuje się w niej, podczas gdy ona najzwyczajniej w świecie bawi się nimi. Prowokowała, dawała nadzieję, nierzadko wykorzystywała, a później adieu.

Przy niej sprawiałam wrażenie szarej myszki, stałam się tłem dla blichtru, który wokół siebie roztaczała. Na tamten moment ta rola mi odpowiadała. Byłam dla Oli swego rodzaju podporą, ostoją. Mogła się we mnie przeglądać i spijać energię, by móc błyszczeć i brnąć do przodu. Zawsze stałam u jej boku. Chciała porady – byłam. Pogadać, wygadać się – byłam. Chciała gdzieś iść, jechać – byłam. Wlokłam się za nią niemal dwa lata. Przeżywałam kolejnych jej chłopaków, służyłam pomocą, gdy nie wiedziała, co zrobić. Łagodziłam konflikty. Pocieszałam. Ona tylko czasami wykazywała zainteresowanie mną i to nie zawsze w pozytywnym sensie. Wiedziała na przykład, że bardzo podoba mi się pewien animator z oazy. Byłam nim zauroczona, ale doskonale wiedziałam, że nic z tego nie będzie, więc nawet nie próbowałam przyciągnąć jego uwagi. A ona? Ona perfidnie, na moich oczach, podrywała go, kleiła się. Chciała pokazać, że może wszystko. Pokłóciłyśmy się wtedy, ale w przedziwny sposób potrzebowałam tej znajomości, mimo że byłam wykorzystywana i właściwie nie miałam żadnych profitów – potrzebowałam jej.

Później pojawił się Dawid i Olka pierwszy raz się zakochała. Rzygałam opowieściami o ich wielkiej miłości, o tym, co i jak robili, gdzie byli i ile razy się w niej spuścił. Na szczęście w swoim wielkim zakochaniu nie miała czasu, więc zaczęłam powoli odcinać się od tej znajomości. Znajomości, która stała się na tyle toksyczna, że czułam się jak gówno.

Musiałam wziąć byka za rogi i w końcu zrobić coś ze swoim życiem. Zazdrościłam jej tej miłości. Zazdrościłam seksu. Chciałam kogoś mieć, ale nie byłam gotowa na uczucia. Wyszłam z założenia, że tym razem ja będę rozdawać karty. Czas nie będzie czekał. Nie wiedziałam, co chcę robić po maturze, na jakie studia iść, czy w ogóle na jakieś. Stwierdziłam, że dam sobie rok czasu. Rok, by poznać siebie. By móc określić, co chcę robić i czego pragnę. Znalazłam pracę i… ponownie zalogowałam się do sieci.

Tym razem wybrałam inny czat. Inne miejsce. Inny przedział wiekowy i kategorię. Tak poznałam Wiktora. Miałam wtedy dziewiętnaście lat, roztrzaskaną duszę, mętlik w głowie. Byłam zagubiona, zdeptana życiowo i emocjonalnie. Totalnie niepoukładana, niewiedząca czego chcę od życia i dokąd zmierzam. Ukrywająca przed światem prawdziwe emocje i nosząca jedynie maski. Dla każdego inną. Matka z ojczymem myśleli, że wszystko jest wspaniale. Byli dumni z córki. Nigdy nie zauważyli ran na ciele, picia alkoholu, palenia papierosów. Nie wiedzieli, że spotykam się z obcymi facetami. Że wsiadam do ich samochodów i obciągam, a oni spuszczają się na twarz albo połykam ich spermę, mając nadzieję na dłuższą znajomość. Bo przecież w ten sposób można zatrzymać faceta, prawda? Byłam o tym święcie przekonana. Mimo że głośno mówiłam, że tak nie jest, gdzieś w głębi miałam takie przeświadczenie. Chore, popierdolone myślenie. Byłam tak bardzo nieszczęśliwa, że rzuciłam się w znajomość z Wiktorem bez żadnej asekuracji. Uchwyciłam się go mocno, z wdzięcznością, a on stał się zbiorem doświadczeń wciąż nierozpakowanych i pełnych obietnic. Chciałam by mnie złapał i zamknął w swoich ramionach. Ochronił. Miał wtedy czterdzieści sześć lat i liczyłam na to, że wiek i doświadczenie nie pozwolą mu mnie skrzywdzić. Zaufałam.

***

Nasza znajomość rozwijała się stopniowo. Najpierw tylko pisaliśmy na czacie, umawialiśmy się na konkretne dni, godziny. Wtedy już miałam komputer i telefon, więc automatycznie więcej możliwości. Ze swobodą różnie bywało. Ukrywałam się w przekonaniu, że postępuję źle, ale bardzo chciałam mieć coś swojego, tajemnicę, która z czasem stała się błyszcząca, unosiła mnie na piedestale, sprawiła, że sama przed sobą poczułam się ważna. Tym razem ja kontrolowałam sytuację, bo przecież nikt nie wiedział, nawet się nie zorientował. W końcu panowałam nad swoim życiem, a nawet nad innymi. Tak mi się wydawało…

Po kilku tygodniach intensywnego pisania przyszedł moment na rozmowy telefoniczne. Wykorzystywałam czas wieczornych spacerów z psem, aby móc swobodnie porozmawiać z Wiktorem. Pierwsza rozmowa kosztowała mnie ogrom stresu. Bałam się nie wiedzieć czego, ale to był przełomowy moment. Jakbym pozbyła się dzielącej nas szyby i pozwoliła mu jeszcze bardziej zbliżyć się do siebie. Odkryłam się, nie mając żadnej alternatywy, żadnego koła ratunkowego. Z jednej strony byłam dumna z siebie, że poradziłam sobie ze stresem i emocjami, które we mnie szalały, a z drugiej brakowało mi możliwości pochwalenia się komukolwiek nowobudowaną relacją.

Sprawa od samego początku była jasna – żadnego związku. On szukał dziewczyny, z którą będzie spotykał się wyłącznie na seks. Żadnej miłości, żadnego trzymania się za rączki, serduszek, kwiatuszków. Nie pozwalał abym nawet przez moment pomyślała inaczej i zrobiła sobie nadzieję. Wiedziałam jak wygląda i określiłabym go raczej mianem mocno przeciętnego: szczupły, szpakowaty, w okularach, lekko przygarbiony i z dużymi dłońmi. Myślę, że nie zwróciłabym na niego uwagi, gdybyśmy minęli się na ulicy. Lubiłam za to jego głos, miał uspokajający tembr, ale przy tym mocno elektryzujący.

Dużo rozmawialiśmy o seksie. Wiedział, że miałam pewne kontakty z mężczyznami, ale gdy wyznałam, że nadal jestem dziewicą, nie mógł uwierzyć. W przedziwny sposób stałam się dla niego celem, który musiał osiągnąć. Opowiadał co i jak chciałby ze mną robić, te opowieści szalenie mnie podniecały, co zwykle kończyło się palcówką podczas rozmowy. Chciał, abym mu pisała o swoich fantazjach i wtedy on robił sobie dobrze. Miał jednak wadę. Wtedy dla mnie zasadniczą – był żonaty. Wprawdzie twierdził, że są w separacji, ale sam fakt mocno mnie blokował. Oczywiście opowiedział ze szczegółami, jak to żona go zdradziła. Podobno nawet się z tym nie ukrywała, bo i tak zamierzała odejść. Wyrażał się o niej w bardzo zły sposób, wyzywał, obrażał. Nienawidził jej.

Bałam się. Mówiłam mu o tym i wtedy łagodniał. Twierdził, że nic mi nie grozi z jego strony. Pod wpływem emocji mawiał, że ją zabije. Palił wtedy papierosy jeden za drugim, a ja w słuchawce słyszałam tylko wydmuchiwanie dymu, jego podniesiony głos i salwę przekleństw. Mogłam wtedy odejść, rozłączyć się, nie godzić na takie zachowanie, ale nie potrafiłam. Trwałam przy nim z jakiegoś chorego poczucia przynależności. Bałam się, ale mimo wszystko chciałam z nim być. No i spotkać się. Wbiłam sobie do głowy, że właśnie on będzie pierwszym mężczyzną, z którym pójdę do łóżka, przekonana, że jego doświadczenie zagwarantuje idealne przeżycia.

Zaczęliśmy planować spotkanie. Musiałam wymyślić bajeczkę dla rodziców i mogłam rezerwować bilet na pociąg. Jechałam do Warszawy stracić dziewictwo, oficjalnie podróżowałam z koleżanką. W piątek przed południem pełna lęku, obaw, ale i podekscytowana ruszyłam na stację PKP. Wkraczałam w inną przestrzeń, w inny świat. Wiedziałam, że wszystko się zmieni. Nie pomyślałam o zagrożeniach. Wiktor był, istniał, ale tak naprawdę narażałam się na niebezpieczeństwo. Nikt nie wiedział, gdzie jadę, nie znaleźliby mnie. Niepokoiło mnie jedynie, że mu się nie spodobam, że nie będę dość dobra. Stresowałam się tym, że nie wywołam w nim podniecenia i nie spełnię jego oczekiwań. Nawet przez moment nie pomyślałam, że on może zrobić mi krzywdę, a przecież mogło się wszystko zdarzyć! Byłam taka zaślepiona, głupia i nieodpowiedzialna!

Dotarłam do Warszawy późnym popołudniem, wzięłam taksówkę i rozpoczęłam powolny spektakl zbliżającego się zatracenia. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Odruchowo wstrzymywałam oddech. Bałam się, że zemdleję lub zwymiotuję. W głowie szumiało, a żołądek ścisnął ciasny supeł. Czułam się, jakbym miała umrzeć. Taksówkarz dwa razy powtórzył, że dotarliśmy na miejsce. Zapłaciłam szybko, nie biorąc reszty. Wzięłam plecak i wyskoczyłam czym prędzej z samochodu. Zassałam powietrze niczym gruźlik. Walczyłam o spokojny oddech, ale na nic zdały się moje starania. Chciałam uciec. Zrezygnować.

Rozejrzałam się uważnie. Sklepików było kilkanaście, coś na kształt kontenerów i baraków, jeden należał do Wiktora. Czternastkę znalazłam po chwili i na miękkich nogach ruszyłam w jej stronę. Przez szklane drzwi ujrzałam dwie klientki i mężczyznę za ladą. Momentalnie poczułam mdłości, zakręciło mi się w głowie. Już czekał niecierpliwie, wysyłając esemesy i dopytując gdzie jestem. Gdy dwie starsze panie wyszyły, nie zastanawiając się, wparowałam do środka. Zamknęłam drzwi i stanęłam sparaliżowana, spojrzałam przerażona na mężczyznę, a następnie wbiłam wzrok w podłogę. Natychmiast poczułam, że właśnie popełniłam największy życiowy błąd. Wyglądał źle, żeby nie powiedzieć paskudnie. Poszarzała, zmarszczona twarz, potargane, tłuste włosy i ten ubiór. Miał na sobie dziurawą, flanelową koszulę w kratę, na to niebieskie spodnie typu „ogrodniczki” z zapiętą tylko jedną szelką, która zresztą była przywiązana do sprzączki. Zapewne została kiedyś urwana. Ubranie miał brudne. Oblepione jakąś mazią i dziurawe w kilku miejscach. Podwinięte rękawy odsłaniały ledwie owłosione przedramiona, ukazując wyblakły tatuaż o bliżej nieokreślonym wzorze.

Spojrzenie Wiktora wprawiło moje ciało w odrętwienie i wywołało niechęć. Wyciągnął dłoń nad ladą. Ledwie to dostrzegłam. Nawet się nie ruszył, nie przywitał mnie, to ja musiałam podejść. Dostosować się. Pchana podświadomym wewnętrznym impulsem ruszyłam w jego kierunku. Podałam mu dłoń, zacisnął ją mocno i pociągnął w bok za kotarę, na zaplecze. Tam odłożył moją torbę na podłogę i spojrzał ponownie w oczy. Modliłam się w duchu, by nie dostrzegł w nich przerażenia. I chyba się udało, bo uśmiechnął się i przytulił mnie. Odrętwiałe i spięte do granic możliwości ciało powoli rozluźniało się. Byłam wściekła. Nie miałam nad sobą żadnej kontroli. Gładził dłonią plecy, powoli zjeżdżając na pośladki. Drażnił obie półkule jednocześnie, by za chwilę ugniatać każdą z osobna. Odsunął się nieznacznie, by spojrzeć na moją twarz. Nie potrafiłam zapanować nad ciałem, wraz z powolnym ustępowaniem napięcia przychodziło podniecenie, wlewające się wbrew mojej woli w trzewia.

Miał obleśnie lubieżne spojrzenie. Czułam się jak kawał mięsa rzucony na pożarcie bestii. Kształtne usta skrywały obrzydliwe zęby, których żółto-szary kolor oraz bruzdy na szkliwie ujawniły lata palenia papierosów, a osad brak higieny. Starłam się na tym nie skupiać, zresztą nie dał mi szansy, bo od razu wpakował jęzor niemal po migdałki. Smakował papierosami i czymś słodkim, chyba coca-colą. To nie był pocałunek, a śliniąco-wtłaczająca napaść z obłapianiem warg. Nie potrafiłam nadążyć za tym, co wyczyniał z moimi ustami, a co za tym idzie odwdzięczyć się i pokazać, że umiałam się całować. Gdy skończył obśliniać moją twarz, uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony siebie.

Później usiedliśmy, żeby pogadać. Spędziliśmy tak około trzy godziny, do zamknięcia. W międzyczasie obsługiwał klientów, a mi kazał być cicho. Piliśmy kawę, rozmawialiśmy, paliliśmy papierosy. Zaczęłam się rozluźniać i powoli przyzwyczajać do jego obecności. Stawał się na powrót tym samym Wiktorem, którym się zauroczyłam. Próbowałam przekonać samą siebie, że wygląd i ogólna aparycja nie są najważniejsze. Że to, co nas łączy jest silniejsze niż zewnętrzna pokrywa. Zresztą, przecież sama nie byłam miss polonia, więc nie mogłam wymagać od niego nie wiadomo czego. Czułam, że nie zasługuję na nic lepszego, a to, co dostałam – jego zainteresowanie – to i tak bardzo wiele. Miałam jednak nadzieję, że te brudne ubrania, to tylko „uniform” do pracy. Na szczęście przebrał się, bo chyba spaliłabym się ze wstydu. Po zamknięciu sklepu, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do hotelu. Musieliśmy się przedostać przez całą Warszawę, co w godzinach wieczornych wiązało się ze staniem w gigantycznych korkach. Całą trasę opowiadał mi o stolicy, obiecywał następnego dnia zabrać na małą wycieczkę i pokazać kilka miejsc. Byłam zaskoczona.

– Dlaczego jesteś taka zdziwiona? – zapytał, widząc moje niedowierzanie.

– Aaaaa… yyyy… bo wydawało mi się, że…

– Chyba nie myślałaś, że przez cały weekend będziemy się pieprzyć? – spytał, wchodząc mi w zdanie i zaczął się śmiać.

Niestety, ale właśnie tak myślałam. Do głowy mi nie przyszło, że będziemy robić cokolwiek innego, jechałam tam, żeby iść z nim do łóżka, wydawało mi się, że on też tylko tego ode mnie chce. Poczułam się tak zaskoczona, że niemal rozczarowana. Zastanawiałam się gorączkowo, jak on sobie to wszystko wyobraża.

Nie zdawałam sobie sprawy, że po dotarciu do hotelu przyjdzie mi zmierzyć się z nieprzyjemnymi spojrzeniami pań z recepcji. Czułam, że one doskonale wiedzą kim jestem i w jakim celu się tam znalazłam. Widziałam w ich oczach litość i obrzydzenie, niemal jakbym dostała w twarz. Nawet dziwki oczekują szacunku, mnie nie było stać na żadne oczekiwania. Weszliśmy na pierwsze piętro i w labiryncie korytarzy odnaleźliśmy właściwy pokój. Po wejściu i odłożeniu torby, zrobiłam coś, o czym zawsze marzyłam: rzuciłam się na łóżko, rozciągając na całą jego szerokość.

– Zawsze chciałam to zrobić – oznajmiłam wesoło, zapominając momentalnie o nieprzyjemnych recepcjonistkach. Nie zdążyłam spojrzeć na Wiktora, gdy ten znalazł się już na mnie.

– A ja to, zawsze chciałem zrobić – powiedział i zaczął mnie całować.

Tym razem nie obśliniał całej twarzy, był subtelny, delikatny, pobudzał i zachęcał moje wargi i język do pracy. Najwyraźniej chciał mnie poczuć, zasmakować. Delektował się. Od czasu do czasu przerywał, patrzył w oczy, po czym zaczynał od nowa. Fala ciepła rozlewała się miarowo, czułam jak piersi reagują, supeł w żołądku puszcza i coś zaczyna bulgotać. W podbrzuszu z każdym pocałunkiem mrowiło coraz bardziej. Majtki miałam lekko wilgotne już wcześniej, teraz już wręcz mokre. Myślałam, że właśnie ruszyliśmy w drogę ku realizacji sedna spotkania, jakież było moje zaskoczenie, gdy przerwał i zszedł ze mnie.

– Spokojnie, mamy czas – rzucił od niechcenia i poszedł po paczkę papierosów. Podał mi jednego i podpalił. Zaciągnęłam się mocno, by dym rozszedł się szybko we wszystkich zakamarkach, dając ukojenie.

– Wypalisz, pójdziesz wziąć prysznic, a później ja pójdę. Musi nam być komfortowo. Higiena jest najważniejsza, pamiętasz? – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Oczywiście, pamiętam. – Poczułam się niemal jak zbesztany szczeniak. Już myślałam, że mnie przeleci, a on trzymał się swoich zasad. Żadnych odstępstw.

Gdy skończyłam palić, wyjęłam z plecaka kosmetyczkę, bieliznę i czerwoną halkę, którą kupiłam specjalnie na tę okazję. Zabrał mi ją z rąk i rozłożył.

– Po co ci to?

– Kupiłam specjalnie dla ciebie… – przyznałam, zawstydzona spuszczając głowę.

– To nie jest ci potrzebne. Schowaj to. Masz wyjść z łazienki naga. Żadnej bielizny i tego typu szmatek.

Oddał mi halkę i usiadł w fotelu, włączając telewizor. Stałam przez moment oniemiała. Mam wyjść z łazienki nago? Co u licha? Nie mieściło mi się to w głowie i wiedziałam, że nie będę w stanie tego zrobić. Gorączkowo zastanawiałam się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Miałam ochotę spakować rzeczy, wyjść z pokoju i nigdy nie wracać. Cały czar spotkania i rodzące się podniecenie, odeszło w niepamięć. Straciłam chęć na cokolwiek, ale byłam uwięziona. Hotel znajdował się pod Warszawą, w lesie. Nie wiedziałam gdzie jestem i nawet jakbym chciała uciec, nie miałam pojęcia jak. Na recepcjonistki raczej bym nie liczyła. Wątpię, by chciały mieszać się w podobne historie, choć zapewne niejedno widziały i nic już nie powinno ich dziwić.

Mimo wewnętrznego oporu poszłam posłusznie do łazienki i spojrzałam krytycznie na swoje odbicie w lustrze. Blada twarz, podkrążone, przerażone oczy. Pierwszy raz próbowałam zobaczyć siebie tak, jak mogą mnie widzieć inni.

– Coś ty zrobiła? Coś ty najlepszego zrobiła… – szeptałam sama do siebie.

Czułam wstyd. Przemożny wstyd. Znów zrobiło mi się niedobrze, łzy same napłynęły do oczu. To miał być mój pierwszy raz. Po cichu liczyłam na delikatność, atmosferę, która da mi poczucie bezpieczeństwa, a tymczasem zostałam wystawiona na ciężką próbę. Wiedział, że nie akceptuję swojego ciała i trudno mi się przed kimś rozebrać.

Pod prysznicem nieco się rozluźniłam. Zaryzykowałam, wyszłam z łazienki owinięta ręcznikiem.

– Najwyżej się wkurzy, trudno – pomyślałam. Zadbałam o minimum własnego komfortu. Skoro wpakowałam się jak idiotka w tę historię, muszę zrobić cokolwiek, żeby przetrwać i nie zniszczyć resztek swojej godności.

Zauważył mnie, ale nie powiedział ani słowa. Wstał, wyłączył telewizję i poszedł do łazienki. Usiadłam na łóżku i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Czekałam na faceta, który zaraz będzie mnie rżnął – ta świadomość wywołała kolejne mdłości. Co ja najlepszego zrobiłam? Łzy ponownie napłynęły do oczu, a ciałem wstrząsnął bardzo nieprzyjemny dreszcz. Nie potrafiłam tego powstrzymać. Nie chciałam tego, co miało się wydarzyć. Bałam się. Cholernie się bałam. Próbowałam się uspokoić, bezskutecznie. Wyszedł z łazienki nagi, jak go pan bóg stworzył. Spojrzałam na przyrodzenie, co wywołało ponowną falę mdłości. Zastał mnie zasmarkaną, drżącą i zapłakaną, usiadł obok i objął. Jego zaskakująca czułość zwiększała tylko mętlik w głowie. Wysyłał sprzeczne sygnały. Pogubiłam się. Przytulał mnie i delikatnie bujał, gładząc po włosach. Przylgnęłam twarzą do kościstej i zapadniętej klatki piersiowej, na moment przymknęłam oczy. Napięcie powoli opuszało ciało i zaczęłam się rozluźniać.

– Może nie będzie tak źle? – zastanawiałam się.

Gdy poczuł, że naprężenie powoli ustępuje, zaczął dłonią przemierzać zakamarki mojego ciała. Wsunął dłoń pod ręcznik i gładził najpierw po plecach, by niespiesznie przejść do piersi. Uniósł jedną i miętosił przez chwilę. Ciągnął sutek. Szczypał i ugniatał. Po chwili wznowił wędrówkę, dotykał ud, zmierzając w kierunku ich zwieńczenia. Zesztywniałam. Przed oczyma stanęły mi obrazy z dzieciństwa: ojciec, który bierze mnie na kolana i dłonią kreśli ścieżkę ku mojej niewinności. Poczułam się jak tamta mała, bezbronna dziewczynka, która nie ma, ani sił, ani odwagi przeciwstawić się czemukolwiek. Teraz też nie potrafiłam, mimo że w głębi serca nie byłam gotowa na seks, nie chciałam go. Czułam się poniekąd zmuszona, bo mój wewnętrzny opór nie potrafił wyjść na światło dzienne. Nie umiałam powiedzieć „nie”. Z bolącym brzuchem, ledwo powstrzymując płacz, poddałam się Wiktorowi. Ułożył mnie na łóżku, zdjął ręcznik i położył się na mnie. Nasze twarze niemal stykały się ze sobą. Wpatrywał się uporczywie, co było niesłychanie krępujące. Nie miałam nawet możliwości uciec wzrokiem. Gładził czoło i policzki, a później pocałował. Manewrował ustami i językiem tak, by sprowokować do działania. Poddałam się temu i rozpoczęliśmy taniec zmysłów. Czułam ciepło jego ciała, dłonie buszujące po skórze. Pieścił ustami szyję, by następnie dłużej zatrzymać się przy piersiach. Bawił się nimi, jak mały chłopiec ulubioną zabawką.

– Następnym razem powiąże ci cycki – oznajmił, nawet na mnie nie patrząc. Trzymał jedną pierś oburącz i ściskał tak mocno, że po chwili zaczęła zmieniać kolor na czerwony, a następnie na lekko fioletowy. Zabolało.

– Ale to będzie bolało tak, jak teraz… – zaprotestowałam nieznacznie, ledwo wytrzymując ból. Puścił pierś i zaczął ją lizać, ssać i przygryzać. Zostawił ślady zębów i malinki. Nie czułam się tym w żadnej sposób podniecona, co więcej, miałam wrażenie, że stałam się narzędziem do realizacji jego chorych fantazji. Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, co jeszcze wymyśli.

Zszedł ustami w dół i znalazł się miedzy udami. Dmuchał na krocze raz ciepłym, raz zimnym powietrzem. Złapał palcami za wargi i obnażył zupełnie moją kobiecość, tym samym przyprawiając o kolejną falę wstydu. Miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie dostrzega, nie patrzy na mnie, a jedynie na ciało. Te lepsze fragmenty. Wpił się ustami w łechtaczkę, wywołując stłumiony krzyk. Zabolało. Zasysał i puszczał. Znów zasysał, miętosił i tak w kółko. Kręciłam się, wiłam i stękałam, co mógł wziąć ze dobrą monetę i zachętę do dalszych działań w obrębie obolałej już cipki. Dotknęłam głowy mężczyzny, a ten jakby ocknął się i zauważył, że jestem nadal w pokoju. Spojrzał dziwnie nieprzytomnym wzrokiem, po czym wspiął się na mnie. Czułam penisa w pełnym wzwodzie. Nakierował go i miał już wejść.

– A prezerwatywa? – wydusiłam ledwie słyszalnym i chrapliwym głosem. Spojrzał zaskoczony, jakbym mówiła w obcym języku.

– Przecież pisałem ci, że nie używam. Potrafię się powstrzymać – warknął.

Nie zdążyłam nic więcej dodać ani zareagować, gdy poczułam, że wchodzi we mnie. Było za późno. Wbił się do końca, aż zabolało. Wypuścił powietrze i przylgnął do mnie całym ciałem. Nie miałam nawet szansy się poruszyć, żadnej możliwości manewru. Był ciężki, zaczęło brakować mi tchu. Poruszał się powoli i leniwie. Ale mimo całej grozy sytuacji, zaczęłam odczuwać przyjemność. Byłam mokra, słyszałam mlaskania własnej cipki. Wcześniej nie czułam podniecenia, a mimo to moje ciało reagowało na bodźce. Poddałam się temu, nie mając żadnej możliwości buntu. Nie miałam zresztą siły, by cokolwiek zrobić. Leżałam pod obcym facetem, który posuwał mnie bez gumki i czułam się przy tym, jakby pieprzył mnie własny ojciec. Obrazy w głowie nie pozostawiały złudzeń: dopełniało się moje przeznaczenie.

Pamiętamy nie to, co chcemy pamiętać, tylko to, czego nie potrafimy zapomnieć. Właśnie do tego zostałam stworzona, miałam być uciechą dla facetów. Od dziecka posłuszna, uległa i biernie pozwalająca na wszystko, co ze mną robiono. Mała dziwka, która przyjechała do stolicy tylko po to, by pieprzyć się z gościem z Internetu. Im bardziej myśli druzgotały moją samoocenę, im bardziej gnoiłam się, tym większe czułam podniecenie. Było mi dobrze, ciepło rozlewało się po całej skórze. Uniósł się w końcu i zobaczyłam falujące w przyspieszonym oddechu piersi i kutasa wchodzącego i wychodzącego ze mnie. Mrowienie w podbrzuszu narastało, ale po chwili zatrzymało się i utkwiło w miejscu, bez szans na ujście, jakbym dobiegała do mety, ale nie mogła jej przekroczyć. Poruszałam się w rytm jego pchnięć, unosiłam biodra, opuszczałam. On przyspieszał i walił mnie tak, że nie słyszałam własnych myśli, po czym zwalniał i penetrował uważnie każdy zakamarek. W końcu wyszedł, stanął nade mną i spuścił się na piersi i brzuch. Zaskoczona finałem nie wiedziałam, co zrobić.

Położył się obok, żeby odpocząć. Oddech mu zwalniał. Oparł się na łokciu i spojrzał na swoje dzieło, po czym zaczął rozcierać spermę po piersiach. Jej ostry zapach przyprawiał o mdłości. Zaczęło do mnie docierać, że właśnie przeżyłam swój pierwszy raz, nie do końca przekonana, że właśnie tego chciałam. W dodatku facet zrobił to bez zabezpieczenia, a ja nie miałam orgazmu. Frustracja i bezsilność wlały się kaskadami w moją duszę. Oczywiście nie mogłam nic po sobie pokazać, musiałam uśmiechać się, grać zadowoloną i spełnioną kobietę.

Tej nocy posuwał mnie jeszcze dwa razy. Udawałam orgazm, żeby szybko skończył. Najdziwniejsze było to, że mimo całej beznadziejności sytuacji poniekąd czułam się dla niego ważna. No bo przecież właśnie mnie chciał. To ze mną spędzał weekend, mnie pragnął. W efekcie, choć po pierwszym razie obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy, się z nim nie spotkam, po całym weekendzie chciałam następnego. Poddałam się temu pragnieniu, bo poza tym, co robiliśmy w nocy i rano, pokazał się też z innej strony. Poświęcił mi mnóstwo czasu, dbał, żebym zjadła i ubrała się odpowiednio. Pokazał mi Warszawę, uczył, opowiadał. Zabrał na wystawę, do muzeum, kina i restauracji. Wieczorem spacerowaliśmy po Starówce. I mimo że nie obejmował mnie, nie trzymał za rękę, nie całował – czułam się ważna i wyjątkowa, bo był mną zainteresowany. Dużo rozmawialiśmy, poświęcił mi czas i uwagę. Bawiłam się świetnie. Przepadłam. Po całym dniu wrażeń, w nocy był czuły i delikatny, co nawet bez orgazmów, okazało się całkiem przyjemne. Oczywiście po wszystkim zasypiał, a ja zostawałam sama z kłębiącymi się myślami, ale to niewielka cena, za coś, co było mi bardzo potrzebne. Coś, czego szukałam latami. Wprowadzał mnie w świat dorosłych, w tajniki seksu. On szukał kogoś, kto spojrzy na niego w oślim zachwycie, a ja opiekuna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta znajomość zacznie mnie niszczyć, powoli wyżerać od środka niczym szkodnik, który niezauważony robi coraz większe spustoszenie, a gdy się zorientujesz, jest za późno.

***

Spotykaliśmy się co miesiąc lub dwa, oczywiście zawsze ja przyjeżdżałam. Nikt o nim nie wiedział. Później zdecydowałam się na studia zaoczne w stolicy, by co dwa tygodnie mieć dobry pretekst, żeby się z nim spotykać. Zakochałam się. Oszalałam totalnie. Byliśmy w nieustannym kontakcie. Rozmowy, esemesy, pisanie na gadu-gadu. Odniosłam wrażenie, że po trzecim spotkaniu, jego twarda pokrywa zatytułowana „brak uczuć” zaczyna się kruszyć. Pozwalał sobie na coraz więcej czułych gestów i to w miejscach publicznych. Choć pieprzyliśmy się jak norki, gdy tylko była okazja, nigdy nie przeżyłam z nim orgazmu. Nigdy. Z tą kwestią musiałam radzić sobie sama. W odosobnieniu. Ale przywykłam i nie stanowiło to dla mnie problemu. Po prostu uznałam, że tak musi być i trudno. Skupiłam się na czerpaniu przyjemności z innych rzeczy: z pieszczot, dotyku. Wiązał mi cycki paskami od szlafroków, aż do zasinienia. Na początku bolało, ale później było coraz lepiej. Używał klamerek, które przyczepiał wszędzie tam, gdzie podpowiadała mu fantazja. Wkładał do cipki różne rzeczy – butelki, owoce, warzywa, wzierniki, sztuczne kutasy. Próbował mnie rozciągnąć, rozepchać. Namówił też na seks analny, ale nic z tego nie wyszło, bo nie potrafiłam się dostatecznie otworzyć. Wiązał mnie do łóżka, krzeseł i innych mebli. Bił mnie po tyłku, aż nie mogłam na nim usiedzieć. Próbowaliśmy różnych pozycji. Zawsze proponował coś nowego. Zaskakiwał mnie, ale w pewien sposób ufałam mu i pozwalałam na wszystko.

Gdy rozpoczęłam studia, odwoził mnie na zajęcia i odbierał z nich. Miałam poczucie, że muszę się odwdzięczyć za transport i hotel. Z czasem osaczał mnie coraz bardziej, a ja dusiłam się w tej relacji. Miałam ochotę wieczorem wyjść ze znajomymi na piwo, zabawić się, nie pozwalał, przyjeżdżał i zabierał mnie zły albo obrażony, że miałam czelność się sprzeciwiać. Kłóciliśmy się coraz częściej. Gdy wracałam do domu, zdarzała się kilkudniowa cisza. Jego stanowisko było jasne: gdy przyjeżdżam na zajęcia, mam spędzać noce z nim, a nie szlajać się z nie wiadomo kim, a przecież to normalne, że młoda dziewczyna pragnie spędzać czas z rówieśnikami, nie tylko ze starszym kochankiem. Próbowałam tłumaczyć, używać racjonalnych argumentów, uderzać do jego rozsądku, wszak wspominał wielokrotnie, że romans z taką różnicą wieku nigdy się nie udaje, oczywiście zawsze z winy tej młodszej strony, bo to ona chce się wyrwać. Nie rozumiał, że jest mi potrzebny oddech, pewna swoboda, która w żaden sposób nie wpłynie na naszą relację. Co więcej, uprzedzałam, że jeśli będzie mnie tak osaczał i zamykał na świat, nie wytrzymam. Miałam odwagę mu to napisać, ewentualnie powiedzieć przez telefon, gdy byłam z nim, nie potrafiłam zawalczyć o swoje.

W pewnym momencie postawiłam się. Oznajmiłam, że jedną noc zjazdową spędzam z nim, drugą ze znajomymi. Załatwiłam sobie nocleg w hoteliku studenckim i postawiłam go przed faktem dokonanym. Był wściekły. Ja również. Szczerze mówiąc nie miałam najmniejszej ochoty na spotkania z nim i zapobiegawczo rezerwowałam obie noce w hoteliku. Wolałam się zabezpieczyć, gdyby sprawy wymknęłyby się spod kontroli. Na szczęście przyjął moje argumenty spokojnie i wydawało się, że wychodzimy na prostą, choć pewna doza kontroli pozostała. Koniecznie chciał wiedzieć z kim i gdzie się spotykam, gdy spędzałam z nim tylko jedną weekendową noc, z czasem stawał się coraz bardziej zaborczy. Doszło do tego, że u siebie w domu i chodząc do pracy, musiałam się meldować kilka, kilkanaście razy dziennie, żeby zdawać relację z tego, co robię. Kiedy nie miałam możliwości, albo ochoty, a jej brak odczuwałam coraz częściej, wybuchała karczemna awantura. Później przepraszał i kajał się. Aż do następnej. Wiedziałam, że się zakochał. Za to moje uczucia wyblakły. Właściwie nie wiem dlaczego z nim nadal byłam. Chyba bardziej z przyzwyczajenia, albo lęku, że zostanę sama. Wtarł się w moje życie. Trwaliśmy w tej relacji już dwa lata, gdy powiedział mi, że mnie kocha. Nie potrafiłam odwdzięczyć mu się tym samym. Już wtedy byłam pewna, że to, co do niego niegdyś czułam, było zauroczeniem, fascynacją, chorym spełnieniem fantazji czy wypełnieniem luki z przeszłości. Sama do końca nie wiedziałam, co mną powodowało.

W czasie trwania naszego, bądź co bądź, związku złożył papiery rozwodowe i walczył z żoną w sądzie. Poznałam wtedy jego prawdziwe oblicze. Oblicze psychopaty, nieznającego litości. Został skrzywdzony, co jest niezaprzeczalnym faktem, ale pałał do niej tak ogromną nienawiścią, że byłam pewna, że to się źle skończy. Sam mówił, że ostatkiem sił powstrzymuje się, by nie zrobić jej krzywdy. Mieszkali nadal ze sobą. Ona miała swój pokój, on swój. Do tego dwóch synów, którzy byli świadkami ciągłych awantur. Wiedziałam, że z taką osobą nie można stworzyć rodziny, ciepłego domu. Stosunek do żony, pokazywał dobitnie jakim jest człowiekiem. A planował, że po rozwodzie zaciągnie mnie do urzędu stanu cywilnego. Powiedział to przy okazji jakiejś rozmowy telefonicznej, tuż po tym, jak wyzwał swoją żonę od dziwek, kurw, szmat i pierdolonych ździr. Chyba był pijany. Właśnie wtedy zapaliła mi się czerwona lampka z napisem „spierdalaj”.

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem zakończenia tej relacji, ale albo nie było okazji, przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, albo jakoś się uspokajało, wyciszało i było po prostu… dobrze. Nie mogłam się zdecydować na ten krok. Bałam się z nim być, a jednocześnie bałam się zerwać. Gdy już podejmowałam decyzję, coś mnie blokowało i odkładałam rozmowę na następny raz. Coraz częściej zdarzały się noce, gdy unikałam seksu. Próbował mnie namawiać, przekonywać, pobudzać. Wiedziałam, że dłużej tak się nie da, bo właściwie po to się spotykaliśmy. Po to wynajmował pokój, płacił, by móc mnie przelecieć. A tu raz, drugi, trzeci nic się nie wydarzyło. Wybieg z okresem miał sens raz w miesiącu, a zjazdy były dwa. W końcu zaczęłam go okłamywać, że odwołali zajęcia i nie przyjadę. Zajęcia oczywiście odbywały się normalnie, a ja modliłam się, żeby go nie spotkać. Czułam się jak zbrodniarz poszukiwany listem gończym. Czaiłam się w tramwajach, autobusach, robiłam szybkie zakupy w małych sklepikach, unikałam centrów handlowych, by broń boże go nie spotkać. Oczywiście nie pojawiałam się nigdzie tam, gdzie prawdopodobieństwo było największe. Miałam dość. Byłam zestresowana, zmęczona i nieustannie rozdrażniona. Denerwował mnie niemal wszystkim, nawet tym, że istnieje. Stałam się oschła, złośliwa i pyskata. Nie przejmowałam się niczym, szczególnie gdy byłam z dala od niego, ale w momencie zbliżającego się spotkania, mój organizm buntował się na wszystkie możliwe sposoby. Wiedziałam jednak, że nie można tak w nieskończoność. Chciałam odzyskać swoje życie. Chciałam poczuć się wolna i niezależna. Chciałam odejść.

Ten weekend wyjątkowo mieliśmy spędzić razem. Cały. Obiecałam sobie, że powiem mu, że odchodzę. Pierwszej nocy oczywiście pieprzył mnie na najróżniejsze sposoby, zacisnęłam zęby i przetrwałam to, bo wiedziałam, że i tak z nim nie wygram, a następnej nie miałam zamiaru już godzić się na seks, zamierzałam poświęcić ją na szczerą, ostateczną rozmowę.

Po zajęciach odebrał mnie spod uczelni, najpierw pojechaliśmy coś zjeść, a następnie do hotelu. Byłam myślami daleko, od razu to zauważył. Miał do mnie pretensje, że nie jestem cała dla niego wtedy, gdy się spotykamy. Próbowałam mu powiedzieć, dlaczego zachowuję się w ten sposób, ale zaczął wkładać mi rękę pod bluzkę. Odsunęłam dłoń gwałtownie i wstałam pospiesznie.

– Nie teraz, musimy porozmawiać – odparłam na tyle stanowczo, na ile było mnie stać, chociaż cała w środku dygotałam ze zdenerwowania.

Bałam się jego reakcji, wiedząc jaki bywa porywczy i nieobliczalny. Ruszył w moją stronę, nie zważając na wypowiedziane słowa. Przycisnął do ściany i ponownie zaczął dotykać. Jego ruchy były stanowcze i bolesne. Odpychałam go, ale im większy stawiałam opór, tym mocniej mnie przytrzymywał. Zaczęliśmy się szamotać. Próbowałam się wyswobodzić, ale nie miałam z nim żadnych szans. Był silny, szczególnie w stanie pobudzenia, a w tamtym momencie kipiał z podniecenia i wściekłości. Na powrót stanęła mi przed oczyma scena z ojcem i tą obleśną śliną, gdy mnie dusił. Momentalnie siły mnie opuściły, a Wiktor wykorzystał chwilę i łapiąc za ramiona, skierował w stronę łóżka, po czym pchnął. Straciłam równowagę i runęłam. Natychmiast przylgnął do mnie. Nachalnymi dłońmi penetrował każdy zakamarek, jakby dopiero co poznawał ciało nowej kochanki. Próbowałam go odepchnąć, zrzucić z siebie. Złapał moje ręce, uniósł nad głowę i przytrzymał. Drugą dłonią sięgnął krocza i penetrował palcami.

– Przestań, błagam cię, przestań… – szeptałam, nie mając już sił.

Łzy płynęły po policzkach, a ja czułam, jakbym powoli opuszczała ciało. Cała moja energia odpłynęła i stałam się słabą, bezwolną marionetką nadającą się tylko do wykorzystania. Wiedziałam doskonale, że zrobi, co będzie chciał, że nie mam z nim żadnych szans. I o ile fizycznie może jakoś mogłabym cokolwiek zrobić, o tyle psychicznie i emocjonalnie byłam wrakiem, niemającym niczego, co dodałoby mi odwagi, by przeciwstawić się oprawcy. W tamtej chwili był agresorem, przekroczył moje granice i złamał poczucie człowieczeństwa. Jeszcze próbowałam. Błagałam, żeby przestał, ale za nic miał moje słowa i łzy. To go nakręcało, był w amoku: błędne spojrzenie, przygryziona warga. Sapał jak oszalały. Zrzucał ze mnie ubrania, niemal zrywając je. Nie zważając na nic, wpakował kutasa z całej siły. Warczał, jakby wgryzł się w zwierzynę, pochłaniając ją w całości. Rżnął dziko i bez ustanku. Czułam, że cała w środku jestem obolała i obtarta. Na szczęście nie trwało to długo, był tak nakręcony, że niewiele potrzebował. Jak zwykle wyszedł ze mnie i spuścił się gdzie popadnie. Gdy skończył, uwalił się obok i zasnął.

Zerwałam się czym prędzej do łazienki i zwymiotowałam całe obrzydzenie do niego, do siebie i świata. Wszystko mnie bolało, krwawiłam z pochwy, śmierdziałam jego potem i spermą. Nigdy w życiu nie czułam się równie brudna i zrugana. Bardzo długo brałam prysznic. Szorowałam ciało, raniąc się w wielu miejscach do krwi. Chciałam wszystko z siebie zmyć. Spędziłam całą noc w łazience, śpiąc na rozłożonym ręczniku. Za nic w świecie nie chciałam kłaść się obok tego zwyrodnialca. Nawet nie zauważył, że coś się stało. Rano, jak gdyby nic, odwiózł mnie na zajęcia. Nie powiedziałam słowa. Ani jednego, pierdolonego słowa na to, co się wydarzyło.

To było ostatnie spotkanie. Jakaś wielka czerń, jakiś szlam przelewały się przez moje ciało. Czułam czystą nienawiść. Nigdy wcześniej nie znajdowałam się tak blisko nienawiści. Wysiadłam z samochodu i odeszłam bez słowa. On wiedział. Musiał wiedzieć. Milczał. Nie wysiadł jak zawsze, nie zagadywał. Nic. Cisza. I tą ciszą przypieczętowałam swój los. A to jest moja spowiedź.

Mam na imię Marta. Byłam molestowana i bita przez ojca. Gwałcona i wykorzystywana przez partnera. Zniszczyłam swoje życie, myśląc, że jestem coś winna tym wszystkim facetom.

Moja bezsilność i ból. Egzystencja poprzecinana ciemnością otchłani, w którą zamknęłam przeszłość.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przerażające. Czy jest nadzieja?

Krzysztofie,
nadzieja jest zawsze. Czasami zostaje tylko ona, ale warto się jej uchwycić.
Pozdrawiam,
SheWolf

Najlepszy tekst, który miałem okazję przeczytać od jakiegoś czasu. Brutalny, opisujący poszukiwania, które w zasadzie nie mają prawa zakończyć się dobrze, Twój tekst, powinna przeczytać każda dziewczyna na progu dorosłości. To nie jest bajka, to jest twarde, oddarte ze złudzeń, gorzkie. I człowiek sobie zadaje pytanie: Jak to jest, że próba poszukiwania miłości, ciepła i zainteresowania została tak okrutnie sfinalizowana?
Gorzki tekst, zdecydowanie bez szczęśliwego zakończenia. No, może z malutkim promyczkiem nadziei.

Lisie,
dziękuję za Twój komentarz. Cieszę się, że dostrzegłeś to, co miałam z tyłu głowy pisząc ten tekst. Tak, on miał być gorzki, odarty ze złudzeń. Miał być momentami brutalny. Miał pokazać do czego może doprowadzić krzywda doznana w dzieciństwie. Miał krzyczeć, bo często ofiary tego nie potrafią.
Uściski,
SW

Nie przekonało mnie to opowiadanie, nie wierzę w nie. Materiał w zasadzie na powieść, zbyt wiele wątków nierozwiniętych, przez co chyba takie suche pasmo nieszczęść jest niewiarygodne. Jest zlepikiem smutnych wydarzeń, a sama bohaterka tylko ich obiektem, więc nie poruszyła moich emocji.
Mniej wyszłoby więcej. Warto byloby bardziej się rozpisać nad czymś drobniejszym, jedna czy dwiema relacjami, sytuacjami, ale szerzej. I subtelniej, więcej zasygnalizować, sugerować niż mówić wprost, suchym równoważnikiem.
Ale rozumiem, że takie mogło być założenie i po prostu nie trafiło do mnie. Nie mniej sądzę, że pół treści i dwa razy taka objętość do takiego materiału byłoby prawdziwsze i bardziej poruszało.
Pisz proszę, rozwijaj swoj warsztat. Będę czekać na kolejne teksty.

Aleksandro,
dziękuję za Twój komentarz. Rozumiem, że opowiadanie Cię nie przekonuje, być może właśnie poprzez pokazanie wielu sytuacji z życia bohaterki. Jak zauważyłaś, takie było założenie. Coś jak studium przypadku i pokazanie na przestrzeni całego życia bohaterki, że pewne, wczesne doświadczenia implikują następne. Że jej życie jest właśnie takim zlepkiem smutnych wydarzeń i nie potrafi ani wyciągnąć wniosków, ani cokolwiek zmienić w życiu. Niestety, ale bardzo często ofiary nadużyć seksualnych mają życie usłane cierniami, aniżeli płatkami róż.
Pozdrawiam Cię serdecznie,
SheWolf

Podziwiam warsztat SheWolf w każdym opowiadaniu czy miniaturze. Zdecydowałam się napisać bo ten ostatni tekst jest genialny i niesłychanie wiarygodny psychologicznie. Zwięzła forma wydobywa całą głębię i dramaturgię przeżyć bohaterki i myślę, że ta świetna Autorka właśnie w tej formule znakomicie się odnajduje. Moje najserdeczniejsze gratuluje. Chapeau bas !

Serdecznie dziękuję za komentarz. Bardzo chciałam, aby tekst stał się wiarygodny również psychologicznie. Jeśli się udało i Czytelnik jest zadowolony, to więcej mi nie potrzeba. 🙂
Uściski,
SW

Udało się i to bardzo ! Jestem admiratorką Twojego warsztatu pisarskiego. Zwłaszcza ten ostatni tekst jest jak precyzyjna operacja na otwartym sercu. I jest, moim zdaniem, bardzo psychologicznie wiarygodny. Serdecznie pozdrawiam

Z początku powtórzę to, co pod poprzednim tekstem – zmień SheWolf korektorkę, albo pogoń obecną, żeby się naprawdę przyłożyła do roboty. Za dobra jesteś, żeby potem straszyć takimi babolami jak “Każdy z nich niesie ogromny ładunek emocjonalny, nie są to dobre emocje.” (za takiego kulfona stylistycznego nie dalej jak rok temu Arti by mnie publicznie wybatożyła) czy “Stosunek do żony, pokazywał dobitnie jakim jest człowiekiem” (coś się przecinek wstawił nie tam, gdzie trzeba). Zwłaszcza że kolejne opowiadania z dość luźnych strumieni myśli stają się pełnoprawnymi fabułami, nad którymi zdecydowanie warto by przysiąść! 🙂

Natomiast wracając do treści – niestety, ale zdecydowanie się nie zgadzam z pianiem niektórych, że tekst jest nie wiadomo jak rewelacyjny. Nie, nie jest. Owszem – porusza ważne i trudne tematy, ale czyni to powierzchownie i bardzo jednostronnie. Widzimy bowiem najpierw dziewczynę, a potem kobietę, która owszem, miała trudne (mówiąc delikatnie) dzieciństwo, ale później, zamiast choć spróbować odmienić swój los, pogrąża się w tym bagnie jeszcze bardziej. Wchodzi w kolejne patologie, w chore związki, alienuje się niemalże na pokaz. Bo została skrzywdzona i teraz przez całe życie będzie żyła z piętnem tejże krzywdy. Bo to wina ojca, ojczyma, kolegów, koleżanek, całego świata. Wszystkich i wszystkiego, tylko nie jej samej, choć największy problem leży (czy raczej stoi) zazwyczaj przed lustrem.

Wiem, że to łatwo tak pisać w internetach, ale skoro opowiadanie porusza sprawy prawdziwego życia, to w takim właśnie prawdziwym życiu znam prawdziwe osoby, które tak właśnie postępują. I bardzo przykro jest patrzeć, jak się miotają, zwłaszcza że… bardzo często nie chcą zmienić swojej sytuacji. Nawet nie próbują tego robić, odrzucając szczerą i bezinteresowną pomoc ludzi, dla których są ważni, za to umartwiają się, wspominają dawno przebrzmiałe zło i wchodzą w toksyczne relacje z równie toksycznymi indywiduami. Szkoda.

Nie wiem, SheWolf, czy masz zamiar w przyszłości powrócić do historii bohaterki, ale mnie by ona bardzo ciekawiła. Zwłaszcza motyw, o którym wspominam wyżej – czy poradzi ona sobie z traumą, czy spędzi resztę życia na użalaniu się nad sobą?

Agnesso,
odniosę się jedynie do kwestii dotyczącej treści. Napisałaś, że tekst nie jest rewelacyjny. Oczywiście rozumiem, masz prawo oceniać go po swojemu, wszak o gustach się nie dyskutuje, ale tak naprawdę nie napisałaś nic konkretnego. To, że jest powierzchowny i jednostronny? Być może, ale traktuje o tematyce dotyczącej jednej dziewczyny/kobiety. Jak pisałam wyżej w komentarzu, tekst miał być czymś na kształt studium przypadku, więc samo przez się, pokazuje funkcjonowanie osoby na przestrzeni życia.
Myślę też, że twierdząc iż bohaterka nie chce odmienić swego losu, pogrąża się i niemal na pokaz alienuje się, pokazujesz, Droga Agnesso, że nie do końca masz świadomość jak funkcjonują osoby, które doznały takich krzywd jak gwałty, molestowania, wykorzystywana seksualne, bicie, poniżanie (szeroko rozumiana przemoc). Szczególnie, gdy były dziećmi. Mówiąc, że problem leży w niej samej dajesz wyraz jedynie temu, że nie zrozumiesz problemu, że brak Ci pewnej wnikliwości i wiedzy na temat psychologicznych uwarunkować stosowanej przemocy i funkcjonowania ofiar. Tekst jest fikcją literacką, ale porusza ważne kwestie. Czy jest przerysowany? Myślę, że jeśli sięgniesz po jakąkolwiek książkę o tematyce molestowania, to znajdziesz odpowiedź.

Pozdrawiam,
SheWolf

Tak więc po kolei, droga SheWolf:

Moja krytyka względem opowiadania wynika właśnie z tego, że poruszasz ważny temat, z właściwą sobie wrażliwością i na równie solidnym poziomie literackim (choć pisałaś już teksty lepsze warsztatowo). Natomiast zdecydowanie zbyt szybko kończysz historię i przedstawiasz ją jedynie z subiektywnego punktu widzenia bohaterki, która wini wszystko i wszystkich za swój los, nijak się nie zastanawiając, na ile jej własne decyzje mają na niego wpływ.

I teraz przejdę do zarzutu, że “nie wiem, jak to jest”. A skąd Ty wiesz, że ja nie wiem? Bo mam inne zdanie na ten temat, niepasujące do jakiegoś podręcznika? Wybacz, ale bez wnikania w zbyt osobiste szczegóły w przestrzeni publicznej, mogę Ci powiedzieć, że sprawy typu poniżanie, przemoc fizyczna i psychiczna, ostentacyjny brak akceptacji czy wsparcia znam z autopsji. A temat molestowania znam nie z książek, ale historii mojej prywatnej znajomej, która – uwaga, bo zapewne niektórych to zszokuje – jest tak niesamowicie pozytywnie nastawioną do życia osobą, że to aż niewiarygodne. Owszem, przeżyła gwałt, potem ciężką depresję, ale teraz tryska energią i pomaga jak tylko może tym wszystkim, którzy mają za sobą traumatyczne przeżycia. A dlaczego tak? Właśnie dlatego, że uważa powszechne, cierpiętnicze podejście typu “jeśli 30 lat temu mężczyzna mnie skrzywdził, to znaczy, że wszyscy faceci są źli, ja mam być nieszczęśliwa do końca świata, a już na pewno nie stworzę normalnego związku” za bzdurę. Niezależnie od tego, co jest napisane w mądrych (lub nie) książkach. I potrafi to powiedzieć otwarcie w twarz, co dla wielu jest kubłem lodowatej wody wylanym prosto na łeb. Na czele z jej pacjentkami.

Mam oczywiście świadomość, że przykłady anegdotyczne nie są idealne, niemniej wiem choćby po sobie, jak to jest nie móc sobie poradzić z przeszłością. Owszem, tak ciężkie doświadczenia jak przemoc czy molestowanie, zwłaszcza w młodym wieku, zawsze pozostawiają po sobie trudne do zagojenia rany. Ale jak długo można zrzucać wszystkie nasze niepowodzenia i złe decyzje na przeżycia sprzed lat? Ile jeszcze można się samobiczować? I tutaj wrócę do bohaterki opowiadania: nie, wykorzystywanie przez ojca w żadnym razie nie było jej winą. Tak, miała pełne prawo przeżyć te trudne doświadczenia na swój sposób i odreagować je tak, jak czuła, że jest dla niej najlepiej. Ale moim zdaniem to, że potem wchodziła w chore relacje z toksycznymi partnerami, nie da się już tak prosto wytłumaczyć. Bo to już były jej indywidualne, niewymuszone niczym decyzje, dokonane całe lata po tamtej krzywdzie.

I też znam kogoś takiego w prywatnym życiu – w skrócie: “ojciec mnie nie kochał (o ile wiem, molestowania nie było, ale krzywdy psychiczne już tak), więc przez to rozbiłam jeden związek, potem drugi (już małżeński) i teraz podchodząc pod czterdziestkę niszczę młodość swojego dorastającego dziecka.” Wybacz, SheWolf, ale to jest po prostu zwyczajne zwalanie winy na cały świat i ucieczka od problemów, zamiast zmierzenia się z nimi. Choć podejrzewam, że Twoje wnioski na ten temat są “trochę” inne.

W każdym razie dziękuję za merytoryczną dyskusję i powtarzam, że czekam na kolejne teksty! 😀

Merytoryczną, Agnesso? Ty chyba nie znasz takiego słowa. Główny wątek Twojej krytyki można streścić: nie lubię, jak realni ludzie w realnym życiu zachowują się tak, jak bohaterka, a spotkałam osoby, które rzeczywiście tak robią, więc nie podoba mi się opowiadanie. Gdzie tu merytoryczna krytyka?

Jakby to powiedzieć Agnieszko, dowód anegdotyczny jest najsłabszym z dowodów o ile jakimkolwiek. Z tego co napisałaś aż bije brak empatii. Mało tego odniosłem wrażenie, że Ty odmawiasz do pewnego stopnia prawa tym kobietom przeżywania swojej krzywdy. I to też jest w Twojej odpowiedzi. Każdy i każda ma prawo zmierzyć się ze swoimi demonami na swój sposób. Nie ma dwóch ludzi o jednakowej konstrukcji psychicznej. Do alkoholika z długim stażem też zastosujesz tę polecaną w komentarzu metodę:
– Stary weź kurwa ogarnij, no bądź twardy. Nie trzeba chlać na umór. No nie bądź pizda.
No cudowna kuracja, kubeł zimnej wody. “Wszyscy psychoterapeuci i lekarze jej nienawidzą, odkryła cudowny sposób pomocy ludziom. Zobacz jak!”
Spójrz Ty tej swojej znajomej, której przykład przywołałaś w oczy. To zawsze jest w spojrzeniu. Reszta nie ma znaczenia, to zawsze jest w oczach tego drugiego człowieka.

Bardzo wygodnie z pozycji fotela podawać proste rozwiązania złożonych problemów. No przecież ja wiem co trzeba zrobić. Opisałaś z grubsza trzy osoby przy każdej – moim zdaniem – dowodząc, że pojęcia nie masz o czym mówisz.
Może faktycznie dla Ciebie bezpieczniej będzie zostać przy prostych zero-jedynkowych historiach. Tam zazwyczaj bohater ma cudowne rozwiązanie własnych problemów. Dodatkowy bonus jest taki, że taką nierealną historię może przyswoić nawet ktoś o ujemnym poziomie empatii.[Demonstrowanym w dwóch komentarzach, do których się odniosłem.]
Lis

Agnesso,
nie mam do końca przekonania do tego co napisałaś, a mianowicie, że bohaterka wini wszystko i wszystkich za swoje niepowodzenia. Co więcej, widzę młodą dziewczynę, która ma tak niskie poczucie własne wartości, że myśli iż nie zasługuje na nic dobrego, a to co ją spotyka jest tym, na co zasłużyła i że to jej wina. Typowy mechanizm osoby, która doświadczała między innymi przemocy.
To, że ktoś gdzieś tam sobie poradził ze swoimi traumami nie oznacza, że wszyscy tak działają. Fakt, że znamy kogoś takiego nie jest dla mnie wiarygodnym argumentem właśnie dlatego, że ludzie są różni, a ich mechanizmy działania dalekie są od zrozumiałych czy nawet typowych.

Mogę tylko zgodzić się ze słowami Gaelle – zwięzła forma idealnie pasuje do równie ciężkiego tematu i pozwala czytelnikowi na dokonywanie pewnych interpretacji. Czasem zbyt daleko idących. Osobiście nie dostrzegłam tu obwiniania całego świata ani użalania się nad sobą, wręcz przeciwnie, dostrzegam, że bohaterka rozpaczliwie próbuje utrzymać się na powierzchni, wciąż podejmując kolejne próby. Że się nie udaje? W życiu tak bywa, a że uczymy się na błędach, być może po którymś upadku w końcu wstanie. Szczególnie że zostawiamy ją w nadal bardzo młodym wieku…

Aniu,
bardzo dziękuję Ci za komentarz. Cieszę się, że dostrzegłaś to, co chciałam przekazać…

Uściski,
Sw

Każda patologia ma swoją kontynuację. Czy jest to alkohol, narkotyki, czy nawet zwykłe papierosy – czym skorupka nasiąknie za młodu, tym trąca na starość. Osoby borykające się z własną ciężką przeszłością zawsze będą nimi naznaczone i wiele swoich działań będą odnosić do niemal konkretnych zdarzeń.

Nie wyobrażam sobie jednak co musi siedzieć w umyśle rodzica, znęcającego się nad swoim dzieckiem. Czasem czytam/słyszę o makabrycznych zachowaniach dorosłych wobec swoich pociech i nie mogę spać po nocach. Roztrzęsiony żywię się nadzieją, że to ktoś ma problemy psychiczne i nie dotyczy każdego rodzica postawionego wobec np “buntu” sześciolatka.

Z przerażeniem dostrzegam, że wiele docenionych tekstów erotycznych na tej stronie, dotyczy zdarzeń negatywnych. Świat, w którym żyjemy, znajduje swoje odbicie w pisarskim matrixie. W którym ma momencie zaciera się granica i trudno powiedzieć co bardziej jest fantastyką: czy matka bijąca niemowlę czy nastolatka tkwiąca w chorym związku ze starszym mężczyzną.

Erotyka podawana w takim kontekście przestaje być podniecająca; staje się szlamowatą częścią szlamowatej historii.
Notabene napisanej tak, że nie sposób nie doczytać do końca.

I tylko z jednym muszę się zgodzić z wieloma komentarzami – szybkie wielowątkowe streszczanie życia, przed wprowadzeniem we właściwy czas opowiadania rozbija nieco jego składnię. W mojej opinii należałoby albo rozbudować ten wstęp, dając czas na oddech albo skrócić go do jednoakapitowego minimum.

Dziękuję z opowiadanie, które w odniesieniu do mojego dzieciństwa, pokrzepiło myślą: “K…a! Jak to dobrze, że mnie ominęły takie poj…ne historie”.

Pozdrawiam autorkę

PS. Nie jest ani do dupy ani dowcipnie 😉

PPS. Miałem siąść do opo ale, po skleceniu komentarza, wena mi przeszła. 🤔 “Szef” nie będzie zadowolony 🤪

Dziękuję Ci Gregu za komentarz. To opowiadanie, ta erotyka wcale nie miała być podniecająca. Wręcz przeciwnie, chciałam pokazać do czego może doprowadzić krzywda jakiej bohaterka doznała w dzieciństwie. Jak słusznie zauważyłeś, każda patologia ma swoją kontynuację.
Oczywiście kwestia wielowątkowości ma tutaj również swoje znaczenie, ale rozumiem, że nie zawsze działa to tak, jak sobie założyłam. Niemniej, dziękują, że przebrnąłeś. 🙂

Uściski,
SheWolf

Hmm… dużo się mówi. Znaczy się tekst wywołuje emocje, to dobrze….

Co do samej techniki – jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Można się przyczepić do kilku błędów, ale zasadniczo nie przeszkadzają w odbiorze treści.

Co do stylistyki… “walisz w pysk” krókimi zdaniami, co na dłuższą metę może być irytujące. Czy w Twoim słowniku istnieje pojęcie “zdanie wielokrotnie złożone”?.

Jak słusznie zauważyła Aleksandra – problem leży w zbytnim nagromadzeniu emocji o wielkiej wadze. Trzebaby zrobić dwie rzeczy – albo tekst “rozrzedzić”, albo skrócić. Nie pozostawiasz czytelnikowi ani chwili na wytchnienie ani na własne przemyślenia.

Co do merytorycznej wartości opowiadania – nie wiem jak to jest, nie znam się, a jak się nie znam, to się nie wypowiadam.

Drogi Panie, każdy jest inny i każdego podnieca coś innego. Jednych kosz czerwonych róż podarowanych ukochanej, natomiast drugich rżniecie pasem w ciemnej piwnicy. Historia nie jest “szlamowata” tylko dlatego, że Ciebie to nie podnieca.

Nie zastanawialiście się czemu niczego tutaj nie opublikowałem?

Lepiej żebyście nie wiedzieli co podnieca mnie.

Aureliusie,
dziękuję za komentarz.
Kolejne zwrócenie uwagi za zbytnie nagromadzenie wątków i emocji – biorę do serca, tak samo jak kwestię budowania bardziej złożonych zdań. 🙂
Swoją drogą, jestem ciekawa co Ciebie podnieca i chętnie przeczytałabym opowiadanie Twojego autorstwa, Aureliusie. 😉

Pozdrawiam serdecznie,
SW

W moim (wyłącznie moim) subiektywnym 😎 odczuciu jest szlamowata. Jak wspomniałeś bowiem, każdego podnieca coś innego, dlatego komentarze tutaj zamieszczane mogą się od siebie różnić. Każdy ma prawo do własnej opini 😉

“Co do stylistyki… “walisz w pysk” krókimi zdaniami, co na dłuższą metę może być irytujące. Czy w Twoim słowniku istnieje pojęcie “zdanie wielokrotnie złożone”?.” – o ile dobrze liczę, zaraz miną dwa lata, jak apeluję do autorki o to samo. I nie dlatego, że mam odchyłki w drugą stronę i często nie wiem, kiedy zakończyć swoje literackie rokokoko 😛 ale taki skrajnie uproszczony styl chwilami nijak nie pasuje do tematów poruszanych przez SheWolf. Szkoda. Bardzo. Bo jest dobrze, ale mogłoby być zdecydowanie lepiej.

PS @Aureliusie – ale czy autora należy zaraz utożsamiać z bohaterami i treścią jego opowieści? Moim zdaniem – nie. Przecież ludzie piszący krwawe kryminały nie są mordercami, więc dlaczego ktoś piszący erotykę – nawet ostrą i skrajnie wyuzdaną – mieliby być jakimiś zboczeńcami? Jeśli tylko czujesz się na siłach, to pisz! Serio 🙂

Tak, konieczne jest zachowanie odpowiedniej równowagi i proporcji pomiędzy zdaniami prostymi a złożonymi. W przeciwnym razie zrobi się z tego moja najbardziej znienawidzona lektura z czasów szkolnych, czyli “Pamiętnik z powstania warszawskiego”. Wymęczyłem się wtedy okrutnie i więcej do tego nie wróciłem. Teraz oczywiscie wiem, ze to dzieło wybitne, ale uraz pozostał.

Czytałem już kilka Twoich opowiadań i… po raz kolejny mamy osobę mocno skrzywdzoną, wyobcowaną, samotną, nie rozumiejącą świata i samej siebie, rozpaczliwie walczącą o każdy skrawek normalności i miłości. Ten sam schemat – ale czy można Cię za to winić? Nie. Piszsz to co lubisz najbardziej (powiedzmy, że masz taki fetysz), to co rozumiesz, co Ci w duszy gra, a skoro tekst powstaje dla przyjemności pisania a nie dla pieniędzy, to wszystko Ci wolno. Nawet operować w kółko podobnymi schematami. Nie śmiałbym Cię obwiniać, skoro sam robię dokładnie tak samo.

Fabuła jest logiczna i przy założeniu pewnych uproszczeń całkiem realistyczna, za wyjątkiem jednej sceny. Gdy Marta spotyka się z chłopakiem poznanym przez internet, a właściwie chce się spotkać. Problem w tym, że miejsce spotkania wypada na obszarze ogrodzonym barierkami. I co? I do spotkania, wlaśnie z tego powodu, nie dochodzi. Skoro się widzą, machają do siebie, to jaki problem powiedzieć “na migi”, że spotykamy się pod tamtym drzewiem, pod ścianą tego budynku, na tamtym przystanku… gdziekolwiek. Ewentualnie poczekać aż zawodnicy przebiegną – wtedy można już przejść.

Wybacz, ale scena poraża swoją naiwnością i rażąco odstaje od zupełnie poprawnej i wiarygodnej reszty.

Co do mojej erotyki…. sprawa się nieco komplikuje.

Może trudno w to uwierzyć, ale stworzyłem tylko jedno opowiadanie erotycznie, za kilkadziesiąt lat pisania. Nie jest dobre. Chodzi o to, że ciągle go piszę, w ogóle nie czytam tego co napisałem, tekst nie został poddany jakiejkolwiek redakcji czy korekcie. Trzeba by poprawić co nieco, głównie płynność i naturalność dialogów, zlikwidować niezamierzone powtórzenia itp.

Niełatwe zadanie, ponieważ opowiadanie na chwilę obecną liczy sobie 1520 stron (tysiąc pięćset dwadzieścia) i prawie 2 600 000 znaków drukarskich (dwa cholerne miliony). Tak jakby zamieścić pierwsze 150 odcinków “Świata czarownic”, jednocześnie.

Przy tak monumentalnej objętości trudno utrzymać wszystko w ryzach. Marek, po kilkunastu dniach, staje się Jackiem, zaś Ewa Elwirą. Nie da się tego puścić w odcinkach, ze względu na specyfikę mojego pisania, która mówi – dopóki nie postawisz ostatniej kropki, wszystko może się jeszcze zdarzyć. Nieraz mam tak, że dopisuję kolejne wątki w prawie gotowych książkach. A teraz właśnie piszę nowy wątek na stronie numer 1074.

Jeśli chodzi o treść.. nawet jeśli opublikuję anonimowo, to są przecież w obiegu prawdziwie książki napisane w łudząco podobnym stylu. Tego samego autora:)

Widzisz, scena o której wspomniałeś jest rzeczywiście nie do końca udana. Zastanawiałam się nad tym co napisałeś i zabrakło tam pewnego wytłumaczenia dlaczego nie doszło do spotkania. Gdybym pociągnęła wątek w tym kierunku, że on ją zobaczył – nie spodobała mu się i dlatego zrezygnował udając, że nie może się przedostać, byłoby wiarygodniej. Kolejna nauczka 😉
Owszem, tematy które poruszam są do siebie podobne, ale jak sam zauważyłeś w takich wątkach najlepiej (o zgrozo!) się czuję.
Natomiast w odniesieniu do Twojego pisania, to powiem tyle – jeśli chcesz, to zawsze możesz spróbować to opublikować. Może warto spróbować? Jasne, że przy takiej objętości, to będzie ogrom pracy, ale przy pomocy innej/innych osób z pewnością uda się zrobić z tego coś fajnego. 😉 Przemyśl. Ja bym Cię z miłą chęcią przeczytała.

Uściski,
SW

Aureliusie!
Muszę przyznać, że z wielkim zaciekawieniem przeczytałem Twój komentarz. Historia, której człowiek poświęca tyle czasu? To musi być naprawdę coś. I tak czytając Twoje słowa nabierałem coraz większego szacunku do podejścia, w którym sam Autor nie uznaje dzieła za skończone dopóki nie postawi tej mitycznej ostatniej kropki.

Jednocześnie nie mogę nie zapytać: A nie chciałbyś przeprowadzić rozpoznania walką? Bo wiesz… Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Nie mam tutaj oczywiście na myśli publikowania powieści, o której wspomniałeś, ale… Czegoś zupełnie treningowego. Wprawkę, ot choćby dla dotknięcia nowego wyzwania, doświadczenia adrenaliny.

Potrzeba anonimowości jest dla mnie całkowicie zrozumiała. W naszym gronie jest najmniej kilka osób, które bardzo, bardzo pilnują omawianej sfery.
Z naszej strony zrobimy wszystko co się da, by Twoja anonimowość pozostała nienaruszona. W razie chęci kontaktu zostawiam nie tylko mail Redakcji, ale również ten bezpośrednio do mnie – foxmnede@gmail.com
Jesteśmy bardzo otwarci na rozmowę.
Pozdrawiam,
Lis

“Pamiętamy nie to, co chcemy pamiętać, tylko to, czego nie potrafimy zapomnieć.” – zdanie piękne w swojej prawdziwości, a zarazem mrożące krew w żyłach.

Takie jest całe Twoje opowiadanie, Wilczyco. Snujesz przeraźliwie smutna opowieść, ale ani przez moment nie wątpię w jej autentyzm.

Mogę się nawet zgodzić z przedmówcami, że próbowałaś w nim zawrzeć zbyt wiele szczegółów, wątków, postaci, że tworzy się kakofonia faktów i głosów – ale mi się to jakoś w głowie poukładało. Kolejne zdarzenia wynikały z poprzednich. Następujące po sobie znajomości bohaterki służyły ukazaniu różnych rodzajów złego przywiązania, toksyczności, kolejnych pułapek, w które ona raz po raz wpada. A przecież jedyną jej winą jest to, że poszukuje bliskości z drugim człowiekiem – mając wizję tej bliskości kompletnie wypaczoną przez ojca.

Podzielam niepokoje Grega wynikające z tej lektury. Cóż jednak zrobić, gdy takie właśnie historie brzmią prawdziwiej i odciskają na Czytelniku mocniejsze piętno niż kolejny, zgodny z konwencjami gatunku romans? Chyba dlatego takie opowieści nagradzane są wysokimi notami. Bo czuć w nich otarcie się o rzeczywistość. A to zazwyczaj boli.

Mimo pewnych słabości uważam “Emancypację” za Twoje najlepsze jak dotąd opowiadanie. Zastanawia mnie tylko tytuł. Czy jest ironiczny? A może ma dawać nadzieję na przyszłość? W chwili swego zawodu i załamania bohaterka ma, o ile dobrze liczę, dwadzieścia jeden lat. To stanowczo zbyt wcześnie, by stawiać na niej krzyżyk. Nawet ci, których dusze zostały rozbite na tysiąc kawałków, mogą się kiedyś, szczęśliwym zrządzeniem losu, poskładać w całość. Twa heroina nie miała w życiu szczęścia – ale posiada upór, by wciąż próbować na nowo. Kto wie, może kiedyś jej się uda? I wtedy emancypacja naprawdę się urzeczywistni? Chciałbym w to wierzyć, w taki – nieopisany, bo póki co nieistniejący, lecz potencjalny happy end.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie,
czekałam na Twój komentarz. Nastawiałam się na burę, a Ty mnie zaskoczyłeś. 🙂 Dziękuję za Twoje słowa.
Już wiem, że ilość wątków to nie zawsze jest dobry pomysł, ale jak wspomniałam, chciałam pokazać jakby przegląd życia bohaterki i to co zauważyłeś, że jedne zdarzenia wynikają z drugich. Są efektem pewnych decyzji, ale najbardziej skutkiem traumy.
Tekst był trudny do napisania właśnie dlatego, że chciałam w najbardziej możliwie autentyczny sposób go przedstawić. Mam nadzieję, że to się udało.
Co do tytułu, to poniekąd masz rację. Początkowo, w prawie rzymskim, oznaczała wyzwolenie się spod władzy ojcowskiej i tutaj miała dla mnie właśnie takie znaczenie. Czy udało się jej wyzwolić?
Każdy może odpowiedzieć po swojemu.

Uściski,
SheWolf

Hmm….. co do owej mitycznej kropki…. fabuły prawdziwych książek są trudne, precyzyjnie skonstruowane i zaplanowane, a jednocześnie skomplikowane; staram się zawrzeć w tych jakże nierealnych historiach maksymalną dozę realizmu (podobnie mam z erotyką), dlatego pracuję nad nimi do ostatniej chwili, coś zmieniam kombinuję itp. Oczywiście czym bardziej skończona historia tym poprawki są mniejsze, bardziej kosmetyczne – tak, aby nie naruszyć osi fabularnej.

Niektórzy pisarze zaczynając pisać książkę już wiedzą jak się skończy. Ja nigdy tego nie wiem. Pozwalam aby historia tworzyła się sama i często koniec jest zaskakujący, nawet dla mnie samego.

Nie wierzę w natchnienie; siadając do pisania mam pomysł na… czasami nawet kilkaset stron do przodu. Niemniej jednak czasami zdarza mi się wymyślić coś fajnego już w trakcie pisania, a od czasu do czasu coś…. hmm.. zgoła magicznego. Jakby moje postacie żyły na kartach historii i one decydowały o wielu rzeczach, nie ja. I właśnie to w pisaniu podoba mi się najbardziej.

Zdarza mi się również wziąć własną książkę i czytać z zainteresowaniem. Potrafię się wciągnąć w historię, którą sam napisałem! Wariactwo…

Tak, poświęciłem temu sporo czasu, ale…. Pierwotny tekst powstał, gdy miałem 17 lat, liczył sobie, o ile pamiętam, 34 strony. I swoją naiwnością, tudzież nachalną erotyką przypominał teksty… pewnej, skądinąd bardzo sympatycznej, publikującej tu osoby:)

Już wtedy było wiadomo, że opowiadanie będzie większe, dużo większe. Z biegiem lat zaczęło się rozrastać, przybywało bohaterów (głównie bohaterek) no i końca nie widać.

To żadna powieść, ot zwykłe, nieco większe opowiadanie. Opisuję własne fantazje erotyczne – czy to moja wina, że jest ich tak dużo i ciągle powstają nowe?

Generalnie są to historie kilku (kilkunastu? chyba jeszcze nie) kobiet, nie mających ze sobą nic wspólnego. Łączy je osoba pewnego mężczyzny i pewnej organizacji, którą on reprezentuije. Wszystkie bohaterki spotkają się w scenie finałowej, o ile takowa powstanie – co osobiście uważam za mało realne.

Nad tak rozbudowaną historią trudno zapanować – piszę wtedy, gdy mam czas (a czasu mam mało, bowiem oprócz pisarstwa mam też inne, pozaliterackie pasje) i ochotę na pisanie erotyki.

“Powieść” nigdzie się nie ukazała, ale wczesną, 526 stronicową wersję czytało kilku znajomych. W wersji beta, czyli w żaden sposób niepoprawianą.

Obecnie piszę nielinearnie, wątkami, które przeplatają się wzajemnie (docelowy plan jest taki, aby wątki tyczące się tej samej bohaterki nie następowały po sobie); jako że mogę robić co chcę to piszę wątki, które nawiązują do wydarzeń, które nie zostały jeszcze opisane. Ba, mam nawet wątek fantasy. Jak się bawić, to się bawić!

Co do publikacji tutaj….. da się zrobić. Wątek każdej z kobiet stanowi jakby odrębną historię i niektóre z nich, zwłaszcza te, które zaczynają historię danej kobiety, można traktować jako odrębne opowiadanie. A niektóre z wątków mają powyżej stu stron.

A teraz pytanie konkursowe – w jaki sposób udalo mi się przemycić wątek fantasy do współczesnej (zaczyna się w 2012 roku) historii?

“Co do publikacji tutaj….. da się zrobić. Wątek każdej z kobiet stanowi jakby odrębną historię i niektóre z nich, zwłaszcza te, które zaczynają historię danej kobiety, można traktować jako odrębne opowiadanie. A niektóre z wątków mają powyżej stu stron.”

Aureliusie, Najlepsza Erotyka jest zachłanną bestią, zawsze spragnioną nowych treści. Jeśli chciałbyś wysłać do nas próbkę Twej twórczości – zapraszamy, adres znasz 🙂

Pozdrawiam
M.A.

P.S. gdybyś jednak nie pamiętał, to ne.redakcja@gmail.com

Napisz komentarz