Lustro nieprawdę ci powie (Karel Godla)  3.58/5 (4)

12 min. czytania

Crysco Photography, “Model: Varla Va Voom”, CC BY-NC-ND 2.0

Kolejny fragment opowieści o Franciszku, bezpośredni sukcesor mojej ostatniej publikacji “Czy to się dzieje naprawdę?”

Następnego dnia pojawiła się Zofia, a przed nią jak zawsze wtargnął do salki odór dymu tytoniowego, zaraz przyćmiony niesamowitym zapachem kobiecego ciała. Wejście dziewczyny spowodowało u Franciszka wiadomą, ciągle się odnawiającą, dolegliwość. Dzień nie mógł zacząć się lepiej. Aniołek wyglądał świetnie. Musiała w wolny dzień odwiedzić stylistę.

„Czyżby przefarbowała i zmieniła fryzurę dla mnie?”

– Jak ty ślicznie wyglądasz. Nie widziałem nigdy piękniejszych włosów – komplementował, choć świeży zapach chemii: lakieru i innych fryzjerskich przykrych dla nosa specyfików, że nie wspomnieć o smrodzie papierochów, nieco go raził. Te nieakceptowalne wonie nie znalazły się jednak na pierwszym planie. Mieszały się z bukietem, który rozsiewała zdrowa, atrakcyjna kobieta, i nikły w jego bogactwie. Męskie zmysły pacjenta potrafiły skoncentrować się przede wszystkim na bogatej tęczy dziewczęcych zapachów, które otaczały niebieskiego anioła.

– Bajerant z ciebie, Franiu. – Promieniała jak nigdy przedtem, najwidoczniej świadoma dobrego wyglądu i przez to pewniejsza siebie.

– Stęskniłem się. Nie mogłem się doczekać.

–Taaa … mów do mnie jeszcze. – Trzymała się z daleka, aby nie mógł jej chwycić. Męska, pożądliwa ręka tylko prześlizgiwała się po fartuchu. Poróżowiała na twarzy i wyglądała jeszcze ponętniej, niż w chwili gdy wkroczyła do salki.

Status pod pieluchą nie zaskoczył pielęgniarki. Chwilę się wahała, co zrobić, ale nim podjęła decyzję, Franciszek oznajmił, że z jej pomocą chce spróbować dotrzeć do łazienki.

– W żadnym wypadku! Chcesz sobie zrobić krzywdę?… No, puszczaj!

Nieopatrznie, a może celowo, zbliżyła się zbyt blisko i zdołał pochwycić jej rękę. Pociągnął i w jednej chwili z piskiem wylądowała na jego piersi.

Nie śpieszył się, delektując ciepłem, bliskością i własną przewagą, bo Zosia bezskutecznie walczyła, aby się wyrwać.

– Puszczaj, draniu, bo ci oczy wydrapię! – Groźby nie brzmiały poważnie, a po chwili szarpanina ciągnęła się już tylko dla pozoru.

– Franek, zaraz ktoś wejdzie – ostrzegała pogodzona z losem, bo nie dobierał się do niej, tylko gładził uspokajająco po plecach i szeptał swoje zaklęcia o tym, że bardzo tęsknił, że jej dotyk go uleczy, że marzy o gorącym, kobiecym piecyku, który ma między nogami. Nawet to ostatnie wyznanie przełknęła bez protestu, w końcu kładąc mu głowę na piersi i ciężko oddychając. Czuł zapach na pewno już wilgotnych genitalii i nadszedł czas, by przystąpić do kolejnej próby.

Opierała się tylko proforma, gdy trzymając ją asekuracyjnie za kark, drugą ręką pogładził włosy i policzek, a potem uniósł małą głowę. Miała zamknięte oczy i przyjęła pocałunek biernie. Potem jakby ochłonęła i znowu, dla pozoru lub z przekory, próbowała uciekać ustami, ale nie pozwolił jej uniknąć kolejnych całusów. Mruczała niby oburzona, ale nie była w stanie opanować własnego ciała. Wargi przestały się zaciskać i bronić. Powilgotniały i nabrzmiały. Rozpoczęły się obopólne psoty, w których początkowo wzięły udział także jej zęby, najpierw niedelikatnie, aż ścisnął mały pośladek w odwecie, a potem już pieszczotliwie. Zapamiętała się w pocałunkach.

Jak to w chwilach szczęśliwych bywa, stracili rachubę czasu. Dziewczyna nie zaciskała ud, chętnie przyjmowała pieszczoty i Franciszek miał wkrótce całą dłoń wręcz mokrą od wilgoci, którą przesiąkły majtki dziewczyny. Opięte przemoczonym materiałem krocze otarło się kilkukrotnie o kutasa, a potem trzydziestolatka w szale testowała wytrzymałość bielizny, próbując się instynktownie nadziać. Straciła poczucie rzeczywistości. Jakby znajdowała się pod wpływem narkotyków.

Przez cały czas blokował jej ręce. Nie pozwalał jej ani dotykać i pieścić swoich klejnotów, ani manipulować przy majtkach, bo domyślał się, że chce odsunąć na bok przeszkadzający materiał i poczuć kutasa w środku.

– Weź mnie! Wsadź go! Franek, proszę! – szeptała gorączkowo w szale wciąż te same błagania, kiedy na moment uwalniała się od kneblujących ust i natrętnego języka.

Miał inne plany i choć z trudem, oparł się pokusie. Uwolnił jej ręce dopiero, gdy jęknęła owładnięta skurczami orgazmu. Trwało to niemal bez końca. Teraz on czuł zniecierpliwienie i nie mógł się już doczekać, kiedy wcieli własny zamysł w życie. Przez to nie pozwolił jej wystarczająco długo dochodzić do siebie po rozkoszy. Odsunął dziewczynę i usiadł. Całkiem pewnie. Żadnych zawrotów głowy, mroczków przed oczyma.

– Chodź, proszę, aniele. – Pociągnął ją za łokieć. – Pomóż mi przejść do łazienki. Przy tobie dam radę to zrobić.

– Kolana się pode mną uginają, Franuś – skarżyła się, powstawszy w końcu na nogi i ze stukiem zrzuciwszy z lewej kończyny biały drewniak. Dla symetrii, bo prawy straciła wcześniej i ze stopy, i z oczu. Służbowe białe obuwie ukryło się albo w pościeli, albo spadło gdzieś pod łóżko.

Bez triumfu odbył z pomocą nadal oszołomionej, bosej trzydziestolatki drogę do łazienki. W innej sytuacji może poczułby radość i dumę, że znowu stawia kroki, ale teraz przepełniało go tylko jedno pragnienie. Jego żądło zaraz zapuści się w ten tak pięknie i intensywnie, niemal dusząco, pachnący kwiat.

Tak też się stało w małej, białej łazience. Jeszcze nie przekroczyli progu, gdy zadarł dziewczynie fartuch i jęknął niczym głodomór, aby się nadstawiła. Wybrali optymalną w jego stanie pozycję: Zosia wypięła się oparta o wannę, a on o jej plecy. Lecz i tak skończyli na podłodze, bo nogi Franciszka były jeszcze zbyt słabe. Nie dał rady pracować z ugiętymi kolanami, zmuszony dopasować się do położenia pochwy niewysokiej dziewuszki, którą na dodatek brak drewniaków obniżył o kilka centymetrów. Kopulowali jak dzicy. Jakiś kobiecy głos – pewnie inna pielęgniarka zajrzała do sali zaniepokojona długą nieobecnością koleżanki – pytał, czy potrzebna pomoc, ale Franciszek nie odpowiedział, a do Zosi pogrążonej w ekstazie pewnie ten głos w ogóle nie dotarł. Na szczęście taktowna pracownica, słysząc jęki dochodzące z łazienki, domyśliła się, że przeszkadza i odeszła.

W łazience oprócz wanny zamocowano nad umywalką lustro. Uznał, że jego izolatka była najwyraźniej dostosowana do goszczenia chorych, o których ordynator chciał lepiej zadbać. Trafiło się ślepemu kogutowi ziarno. Być może dzięki służbom. Przez głowę przemknęła myśl, że może dzięki Preto.

Wysikał się, korzystając z rzadkiej okazji, kiedy kutas nie sterczał. Niebieski anioł podtrzymywał go, patrząc z uwielbieniem to na Franciszka, to na silny strumień moczu, który wytryskał z męskości jej spełnionego kochanka.

– Teraz ja, Franiu – oznajmiła, kiedy skończył i oparł się o fajansową misę umywalki.

Wtedy po raz pierwszy od wielu dni spojrzał w lustro i zamarł.

Przed sobą miał zupełnie obcą twarz. Młodą, przystojną, jakby kogoś mu przypominającą, kogoś dawno nie widzianego, ale obcą. Zarośniętą jak cholera. Żadnego siwego włosa ani na głowie, ani na brodzie. Przez dłuższą chwilę zamierał w bezruchu osłupiały, gapiąc się w lustro. Może nawet obejrzał się za siebie, aby sprawdzić, czy nikt za nim nie stoi. Szok zdusił na moment logiczne myślenie i samokontrolę.

Całkowicie zapomniał o kobiecie siedzącej na desce. Hałas sikającej trzydziestolatki docierał do niego jakby z oddali. Nie rzucił żadnego rubasznego żartu, aby skomentować fizjologiczną aktywność dziewczyny.

Zaniepokojona Zosia o coś pytała i pośpiesznie manipulowała pod fartuchem, aby wysuszyć krocze. Za chwilę poczuł na ramieniu jej uścisk. Odkręciła kran i myła ręce swoje oraz kochanka, a on jej na to pozwolił, podróżując nadal przez czas, cofnięty w swojej wędrówce o jakieś dwadzieścia lat.

– Franuś, wracaj do łóżka, bo mi tu zemdlejesz – zażądała pełna obaw pielęgniarka. Interpretowała nieruchome zastygnięcie mężczyzny przy umywalce jako efekt przemęczenia osłabionego chorobą partnera, któremu pozwoliła harcować z sobą zbyt ostro. Twarz w lustrze wyglądała na pobladłą, więc opadły ją wyrzuty sumienia.

Kiedy wrócili do salki, wyjawił aniołowi, że ktoś ich podsłuchał, gdy zabawiali się w łazience. Najprawdopodobniej koleżanka ze zmiany, zaniepokojona długą nieobecnością Zosi, zajrzała z korytarza i coś powiedziawszy, uciekła, bo stropiły ją hałasy dochodzące z zamkniętego pomieszczenia. Zasygnalizował aniołkowi ten incydent najwcześniej jak to możliwe. Po chwili czułego przytulania, gdy siedzieli na łóżku. Nie chciał ryzykować uznania przez pielęgniarkę jego słów za niedelikatne czy zbyt niecierpliwe. Nie chciał zranić jej swoim nagłym chłodem.

Po prostu musiał coś powiedzieć, żeby zostać sam. Radość męskiego zdobywcy została zgaszona szokiem, który spowodował widok własnego odbicia w lustrze. Myśli Franciszka szalały daleko, próbując znaleźć wytłumaczenie tego, co stało się z jego fizjonomią, którą pamiętał. Gębą starego faceta.

Wysuszona przez lata, acz jeszcze bez bruzd, twarz mężczyzny, który zaczynał tracić swój męski czar albo wręcz już go stracił i to kilka lat temu, nagle odzyskała młodość. Teraz już wiedział, kogo ujrzał, patrząc w lustro. Siebie sprzed co najmniej dwudziestu, a może więcej lat. Siebie w najlepszej formie, z czasów optymizmu i wiary, że podbije świat.

„Co potrafi zrobić kilka tygodni wypoczynku, szpitalne kroplówki i stadko młodych dupek kręcących się wkoło”, pomyślał. „Nie do wiary.” Zastanawiał się nad konsekwencjami zmiany i powątpiewał, czy zdoła podtrzymać znakomitą formę na długo. Za szpitalnymi murami czekał świat, który skoczy mu do gardła i wyssie odmłodniałe soki.

Rekonwalescencji ciąg jeszcze dalszy

Spędził w szpitalu jeszcze trochę czasu, ale od dnia, kiedy wykonał pierwsze samodzielne kroki i zatańczyli we dwoje z Zosią ewolucyjnego kontredansa, wszystko toczyło się już z górki, z każdym dniem szybciej i bardziej optymistycznie. Nabierał sił. Następnego dnia, po swojej krótkiej spacerowej premierze, był już w stanie tuptać po korytarzu z szybkością dziarskiego osiemdziesięciolatka. Czasem zdarzało mu się zachwiać, ale uniknął katastrof.

Zapadł późny wieczór. Siostrzyczki zdążyły ostatni raz tego dnia obejść pacjentów i rozdać leki. Na korytarzu, którym powoli dreptał, panowała cisza. Już z dala widział przez szklaną ścianę, że dyżurka pielęgniarek jest pusta. Drzwi obok stały otworem i płynęła przez nie zmieszana smuga dymu tytoniowego i kobiecych woni. Odgadł, że mieścił się tam pokój wypoczynkowy personelu. Zajrzał przez drzwi.

– Dzień dobry, dziewczyny. Przyszedłem was odwiedzić i zapytać, co słychać.

Na sofie przed małym stoliczkiem siedziały same młódki: Beata, Ula i Małgorzata. Wyglądały na zdziwione, że zdołał wstać z łóżka i samodzielnie doczłapał do ich szpitalnego azylu.

– Cześć, Franiu. Ty już na nogach? – Beata uśmiechnęła się radośnie. – Oj, Ulcia, spójrz! Nasz oddziałowy jebaka strasznie szybko dochodzi do zdrowia. Mam obawę, że długo się nim nie nacieszymy, bo go lada dzień zwolnią do domu.

Urszula zaśmiała się. Małgorzata, która tak jak koleżanki powitała go uśmiechem, wyglądała na zdegustowaną głośną i obcesową oceną jurności pacjenta dokonaną przez Beatę. Franciszek także zdębiał. Dzisiejsze młode pielęgniarki potrafią kompletnie zaszokować. „Oddziałowy jebaka! Rany gościa. Awansowałem na stare lata.”

– Małgoś, korzystaj z okazji, póki go mamy pod ręką na oddziale. Będziesz potem żałowała, bo taka okazja już się nie powtórzy – kontynuowała teatralnym szeptem dziewczyna, zerkając spod oka na gościa. Fakt, że jedna z koleżanek nie uległa dotąd czarowi Franciszka, został tym samym upubliczniony i skrytykowany.

„O rany, one muszą o mnie często gadać w swoim gronie. Pewnie dzielą się doświadczeniami na temat mojej pyty. Och, te młódki! Kto by pomyślał!”

Uśmiechnięta Ulka klepnęła Beatę karcąco w udo, a zarumieniona Małgorzata spojrzała badawczo na Franka, chcąc sprawdzić, jak mężczyzna reaguje na pełne krytyki sugestie dotyczące braku seksualnej relacji między nimi.

Niecałą godzinę później pełen pożądania dopadł albo jak kto woli został dopadnięty przez Beatę w pokoju zabiegowym, a potem, niewiele później, przeleciał Urszulę w łazience, opartą łokciami o zlew i radośnie kołyszącą tyłkiem. Nocą na oddziale możliwości spółkowania były nieograniczone.

Do końca pobytu w szpitalu kontynuował intensywną passę seksualną. Jego libido utrzymywało się na poziomie z czasów młodzieńczych. Dymał pielęgniarki nieznużenie we wszelkich możliwych miejscach, które zapewniały minimum dyskrecji, nawet w gabinetach lekarskich. Szczerze powiedziawszy, wręcz nie mógł się od młodych siostrzyczek opędzić. Nabrał przekonania, iż podczas seksu z nim kobiety osiągają wielką satysfakcję. Chyba dlatego prawie nigdy nie trzeba było ich do niczego namawiać. Same prosiły się o kolejny dobry orgazm, a fama o świetnym „jebace” niosła się wśród młodej, żeńskiej załogi oddziału.

Jego oddziałowy haremik rozrósł się do pięciu kobiet, z których faworyta Zosia była najstarszą. Aniołek zapewne jako jedyna nie miała w pełni świadomości, że należy do tak licznego stadka, aczkolwiek mogła się co nieco domyślać, zwłaszcza że wiedziała, iż młodsze pielęgniarki pomagały pacjentowi w niekonwencjonalny sposób, gdy ten miał problem z oddaniem moczu i jeszcze nie potrafił chodzić. Pozostałe siostry nigdy nie wspominały w zabarwionych erotyką żartach o Zosi. Może nie znały całej prawdy na temat jej relacji z Franciszkiem, wiedząc za to wiele o wyczynach młodszych koleżanek ze ścisłego grona, bo w jego obecności często między sobą dowcipkowały, że podopieczny obłapia ich rówieśniczki. Widocznie najmłodsza czwórka dzieliła doświadczenia między sobą, a do starszej koleżanki docierały jedynie okruchy prawdy.

Dla młódek problem wierności i wyłączności w seksie zdawał się nie istnieć. Nie potępiały również seksu zbiorowego. Zosia z kolei nigdy nie wspominała o konkurentkach, nie sprawiała wrażenia zazdrosnej. Może się czegoś domyślała, ale raczej nie miała pojęcia o skali rozpusty na oddziale.

Zaspokajał je zwykle wczesnym rankiem i wczesnym wieczorem, kiedy oddział świecił pustką i nie wałęsali się po nim lekarze, salowe ani rodziny pacjentów. Sesje z kobietami trwały zwykle długo, wiele energii kosztowało go doprowadzenie każdej partnerki do błogostanu, więc zmęczony spał twardo w nocy i odpoczywał także za dnia, o ile nie zabierali go na coraz rzadsze kontrolne badania.

Lekarze szybko zniechęcili się do niesfornego pacjenta. Wyjątkowa mobilizacja z ich strony miała miejsce tylko wtedy, gdy zaczął skarżyć się na nieznośny i uporczywy ból szczęki w okolicy wyrwy po straconych podczas wypadku zębach. Pełni zaskoczenia stomatolodzy odkryli, iż właśnie wyrasta mu kolejna generacja zębów stałych. Dwa nowe, widoczne na zdjęciu, raźnie się wykluwające przedtrzonowce wzbudziły medyczną sensację. Był to jedyny pozytywny wyjątek w relacji pacjent – lekarz, jaki wydarzył się do końca pobytu. W innych sytuacjach konsekwentnie serwował konowałom tylko jedną i zawsze tę samą śpiewkę: „czuję się zajebiście i możecie mnie już puścić do domu.” Nie ściemniał, rzeczywiście czuł się w formie i uważał, że nie powinien blokować szpitalnego łóżka bardziej potrzebującym. Jednak przetrzymali go na oddziale przynajmniej o dwa tygodnie za długo.

Gdy się zastanawiał, dlaczego nie pozwalają mu wrócić do domu, przychodziło mu na myśl, że może dziać się tak z powodu nacisków służb. Gdzieś w tyle głowy zakładał taką możliwość, aczkolwiek nie potrafił sam sobie wyjaśnić, dlaczego agenci mieliby ingerować w termin wypisu pacjenta ze szpitala, nawet jeśli ten bardzo ich interesował.

Wpływ na przemyślenia o służbach miały opowieści Beaty o Prestonie i jej bezkrytyczny, a wręcz bałwochwalny stosunek do przystojniaka. Aż dziw! Preto tak dziewczynę oczarował, że z wdzięczności była gotowa zrobić wszystko dla jego rzekomego brata. Podczas namiętnych spotkań zawsze podkreślała, że zgodzi się na każdy seks i każdą odmianę pieszczot, byle tylko poprosił. Zostawiła mu swój numer telefonu i deklarowała przyjazd do szpitala w wolne dni, jeśli będzie miał ochotę na jej towarzystwo, bo „te inne” go nie zadowolą.

„To najbardziej czarujący facet, jakiego spotkałam w życiu. Dla niego mogłabym popełnić przestępstwo, gdyby poprosił. Przepraszam, Franuś, że ci to mówię. Mam nadzieję, że się nie obrazisz. Jesteś super gościem, ale twój brat…”

Gdy wygadywała takie pochwały, przestawał słuchać i traktował ją dość bezceremonialnie, niby nie będąc zazdrosny, lecz jednak poirytowany jej zachwytami.

Kilka dni przed – wreszcie – wypisem ze szpitala Beata przyszła do niego wniebowzięta.

– Franuś, wyobraź sobie, że dzwonił do mnie prawnik w imieniu twojego brata.

– No i co? – zdziwił się. Nigdy nie negował swojego pokrewieństwa z Prestonem. Uznał, że skoro facet przedstawiał się jako członek jego rodziny, miał do tego powód i w niczym to Franciszkowi nie przeszkadzało.

– Zaprosił mnie na spotkanie. Zaproponował mi… dasz wiarę… nowe mieszkanie… notarialny akt własności… byliśmy oglądać… dwa duże pokoje, gustownie umeblowane, spora widna kuchnia… łazienka marzenie… w pięknych kafelkach… jeszcze nie mogę w to uwierzyć… twój brat to anioł… Bosz!… jestem cała w skowronkach. W przyszłym tygodniu podpisuję u notariusza papiery. I dostanę klucze. A podatek od darowizny fundacja za mnie zapłaci. I wszystkie opłaty.

– Gratulacje, Baśka. – Tak od pewnego czasu zwracał się do niej żartobliwie, twierdząc, że nie cierpi imion obcego pochodzenia, woli swojskie, lokalne. – Co to za fundacja?

Zaskoczyła go rewelacja Beaty. Potem, skoro wkrótce miała się wprowadzić do własnego mieszkania, przelotnie przyszedł mu do głowy udział w parapetówce. Nie poruszył jednak tego tematu, słuchając piąte przez dziesiąte jej wyjaśnień o jakiejś organizacji, która pomaga samotnym kobietom.

Służby, nie wiedzieć czemu, zainteresowały się Beatą. Kilka razy była wzywana na przesłuchanie. O pierwszych dwóch przypadkach dowiedział się jeszcze w szpitalu, o kolejnych informowała mimochodem Zosia, jedyna, której zostawił numer komórki po wypisie. Mógł się tylko domyślać, że służby badały związki Beaty z Prestonem. Nic nie wiedział na pewno, bo ani przesłuchiwana, ani Zośka nigdy nie zająknęły się na temat głównych wątków dochodzenia. Po opuszczeniu szpitala zdumiony usłyszał od aniołka, że Beata została aresztowana. Znikła na kilka dni i wróciwszy, opowiedziała koleżankom o przejściach. A potem nagle porzuciła pracę, nowe mieszkanie i zostawiwszy tylko krótką informację o tym, że wyjeżdża z kraju, zniknęła. Ślad po niej zaginął, telefon komórkowy zamilkł. Wszystkie kumpele pielęgniarki łącznie z Zośką zgodnie potwierdzały brak jakichkolwiek wieści o Beacie.

Temat tajemniczej fundacji przewinął się także w telefonicznych rozmowach z Zosią. Najpierw wspomniała o wielkich wydarzeniach w życiu pozostałych koleżanek z haremiku Franciszka. Według jej relacji, w ciągu tygodnia od jego wypisu ze szpitala, sukcesywnie kontaktował się z pielęgniarkami ten sam prawnik, przedstawiciel tej samej fundacji i składał im wszystkim podobną ofertę jak Beacie. W kolejnej rozmowie Zosia oznajmiła radośnie, że i do niej los się uśmiechnął. Będzie mieszkać we własnym, wygodnym mieszkaniu w tej samej kamienicy co pozostałe koleżanki. Dziewczyny widziały w tym zasługę zaginionej pielęgniarki. Prawnik, nawiązując z każdą kontakt, powoływał się na udzielone przez Beatę informacje o ich trudnej sytuacji życiowej.

Franciszek szczerze Zosi pogratulował. Zapytał kiedy parapetówka, licząc po cichu, że weźmie w imprezie udział, ale o dziwo, rozwijając wątek wspólnego świętowania z koleżankami, pielęgniarka nie zająknęła się na temat zaprosin. Szkoda. Miał nadzieję na kontynuację znajomości z aniołkiem. Czuł jednak, że romantyczna, zazdrosna dziewczyna jakby nagle nabrała do niego dystansu. Pierwsze zmiany w jej nastawieniu zauważył jeszcze nim opuścił oddział. Ot, pewnie zrobiła analizę sytuacji, oceniła wiek kochanka i uznała, że relacja nie ma przyszłości. Takie wytłumaczenie wymyślił na własny użytek.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Pięć młodych pielęgniarek na jednym oddziale?! W polskim szpitalu?! Tak, ten fakt tłumaczy dodanie etykiety “fantastyka” 😉

Ateno, dziękuję za dowcipny, uroczy wręcz komentarz. Niemniej akcja dzieje się nieco wcześniej niż myślisz – to raz. Po drugie, podejrzewam, iż personel oddziału, gdy tylko wylądował tam Franciszek, został szybko wzbogacony o kadry, nie tylko młode ale i z interesującą budową genomu. Możliwości i wpływy użyte przez niejakiego Preto vel Prestona, aby tak się stało, były wielkie…
Uśmiechy dla Ciebie i Czytelników,
Karel Godla

Kolejny ciekawy odcinek opowieści o Franciszku, pielęgniarkach i jego nowych, tajemniczych mocy.

Na pochwałę zasługuje dobry styl, w którym jest napisany. Niektóre zdania mnie wręcz zachwyciły, jak to skaczącym do gardła świecie za murami szpitala. W ogóle scena przed lustrem świetna. Erotyka jakby odeszła na drugi plan, opisy zbliżeń nie są aż tak rozbudowane, natomiast większą rolę odgrywa fabuła.

Ciekaw jestem o co chodzi ze służbami i czemu interesują się głównym bohaterem. Bo przecież nie za sprawą wyrosłych w cudowny sposób nowych zębów – na tym co najwyżej karierę naukową zrobi któryś z lekarzy ze szpitala. Zaintrygowało mnie też, jak pielęgniarki straciły zainteresowanie Franciszkiem, gdy znalazły się poza jego polem hipnotycznego wpływu. Najwyraźniej jego moce mają ograniczony zasięg, a ich efekt słabnie z czasem, gdy nie jest stale odnawiany.

Ten cykl fragmentów tworzy ogółem bardzo ciekawą zagadkę. Wobec tego muszę zapytać: czy dane nam będzie poznać kolejne? Jeśli o mnie chodzi, jestem zdecydowanie za!

Pozdrawiam
M.A.

Cóż, służby nie interesują się głównym bohaterem, ale jego wiedzą nt. wypadku, który był dość nietypowy. Być może wiązały incydent z niezidentyfikowanym obiektem/obiektami, które nagle pojawiły się na radarach czy innych urządzeniach monitorujących przestrzeń powietrzną i równie nagle znikły. Również ślady katastrofy drogowej wskazują na zderzenie z czymś co zleciało z góry i wyrzuciło samochód dostawczy na pole, zabijając cztery osoby na miejscu i przygniotło dach samochodu Franciszka, który jako jedyny został na miejscu i nieprzytomny trafił do szpitala.
Tyle mogę zdradzić.
Nie hipnoza a oddziaływanie biochemiczne – podejrzewam. Tak samo również w późniejszych relacjach z kobietami, nawet lesbijkami.
O przyszłości nie chcę się wypowiadać. Opowieść głównie tkwi w głowie (od dziesięcioleci) i jej spisanie nie posuwa się naprzód.
Dziękuję za komentarz, Megasie
Uśmiechy,
Karel Godla

Gdy już zaakceptuje się fantastyczną moc sugestii Franciszka, która zmienia jego pobyt w szpitalu w scenariusz filmu porno o pielęgniarkach, znacznie łatwiej przychodzi śledzenie fabuły i poszukiwanie odpowiedzi na różne pytania, które są w niej sygnalizowane. Opowiadanie jest bardzo przyjemne i również chętnie poznam cd.

Thorinie,
Nie moc sugestii ale oddziaływanie biochemiczne – podejrzewam.
Opowiadanie jest nieerotyczne jako całość. WIęc nawet gdy powstanie, nie będzie się nadawało do publikacji tutaj.
Dziękuję za komentarz,
Uśmiechy,
Karel Godla

Kolejna odsłona przygód Franciszka, tym razem stanowiąca bezpośrednią kontynuację poprzednio opublikowanej. Ciekawość bierze, kiedy i w jakich okolicznościach bohater zorientuje się w swoich niezwykłych zdolnościach oraz źródle ich pochodzenia. Bardzo dobrze napisane.
Pozdrawiam

Neferze,
Do końca nigdy się nie dowie. Natomiast Szikaradon coś mu później szepnął o Igłach, więc choć tyle się dowiedział. Franciszek używał też czasami eliksiru Szikardona, aby ułatwić sobie podboje.
Uśmiechy,
Karel Godla

Napisz komentarz