Perska Odyseja XXI: Manewry w mroku  4.83/5 (40)

36 min. czytania

Christoffer Wilhelm Eckersberg, “Perseusz ratuje Andromedę”

Niebo zasnute było chmurami, przez które z trudem przenikało światło gwiazd. Parysatis uznała, że to dobry omen. Ciemna noc była porą ataków z zaskoczenia, a w tej właśnie sztuce doskonalili się jej bojownicy.

Skradała się w ciszy i gęstym mroku, ostrożnie badając podłoże, by nie potknąć się i nie upaść. W ślad za nią podążało dwustu gotowych na wszystko Persów. Tylko niektórzy byli zawodowymi żołnierzami z oddziałów Mitrydatesa czy Bahadura. Inni, znacznie liczniejsi, dopiero niedawno wzięli do ręki oręż. Dla wielu miał to być pierwszy bój, istna próba ognia, którą musieli przejść lub zginąć. Każdy zgłosił się na ochotnika do tej niebezpiecznej misji. Wykazali się tym samym stanowczością i odwagą. Modliła się o to, by w chwili próby nie zabrakło im żadnego z tych przymiotów.

Przed nimi, w ciemnościach, czerniły się fortyfikacje, z rzadka tylko rozświetlane pochodniami wartowników. Obóz, który wkrótce mieli zacząć szturmować, został wzniesiony poprzedniego dnia. Na rozkaz Hellenów zbudowali go w pocie czoła zniewoleni rodacy Jutab, chłopi porwani z okolicznych wsi i puszczonych z dymem folwarków. Okalające go wały ziemne miały zostać wzmocnione palisadą, lecz prac nie udało się skończyć przed zmierzchem. Otwierało to Persom kilka możliwych dróg ataku.

Pierwszy oddział, który wedrze się od zachodu, poprowadzi sama. Drugi, któremu nakazała uderzenie od wschodu, wiódł młody oficer, Fraortes. Wyróżnił się męstwem oraz walecznością podczas obrony Pasargadów. Teraz przyszła pora, by sprawdzić jego zdolności przywódcze. Wciąż jednak nie była to całość perskich sił. Jutab pozostawiła w odwodzie pół setki konnych. Mieli ruszyć do boju tylko w razie nadciągnięcia odsieczy z głównego obozowiska.

Persowie posuwali się naprzód, nie wywołując nadmiernego hałasu. Poleciła, by owinęli oręż w płaszcze, tak by nie zdradził ich przypadkowy brzęk stali. Nic nie wskazywało na to, by Hellenowie dostrzegli zbliżające się niebezpieczeństwo. Na umocnieniach z rzadka tylko przechadzali się strażnicy. Wciąż nikt nie podnosił alarmu. Jakieś sto pięćdziesiąt kroków przed obozowiskiem teren lekko opadał, by następnie przejść w pasmo niewysokich wzgórz – wystarczających jednak, by zapewnić osłonę przed wrogimi czujkami. Parysatis gestem przywołała do siebie Fraortesa i wyszeptała doń kilka słów. W tym właśnie miejscu mieli się rozdzielić. Skinął głową na znak, że zrozumiał. Życzyli sobie nawzajem powodzenia, a potem ona ruszyła w prawo, zanurzając się w płytką dolinę biegnącą równolegle do ziemnych umocnień. On zaś poprowadził swoich ludzi w przeciwnym kierunku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, niedługo znów się spotkają.

Było tak cicho, że dziewczynie zdawało się, iż słyszy przyspieszone bicie własnego serca. Nawet wiatr, często przemierzający perską równinę, przestał dąć, jakby wstrzymał oddech w oczekiwaniu na to, co wkrótce miało się wydarzyć. Bezkres nieba nadal skrywał się za grubą warstwą chmur. Nocne powietrze orzeźwiało swoim przejmującym chłodem. Bojownicy Jutab wyłonili się z doliny. Po lewej ujrzeli bliskie już umocnienia, których nie wieńczył jednak ostry grzebień palisady. Najbliższy zagajnik znajdował się zbyt daleko, by w ciągu dnia sprowadzić zeń wystarczającą ilość budulca. Teraz owo zaniedbanie miało się srodze zemścić na Hellenach.

Przedtem jednak należało pokonać ostatni dystans, dzielący Persów od ziemnego wału. Tu już nie było się gdzie ukryć – przez następne sto kroków będą osłonięci i wystawieni na strzały i oszczepy wroga. Parysatis odwinęła włócznię z płaszcza i cisnęła zbędny materiał na ziemię. Jej podwładni również obnażyli swoją broń. Wskazała im orężem umocnienia. Potem zaś puściła się biegiem w ich stronę.

Gdy była w połowie drogi, na szczycie wału zamajaczył jakiś czarny kształt. Ten Hellen był sprytniejszy od swoich towarzyszy. Nie wziął ze sobą pochodni, której płomień potrafił raczej oślepiać wartownika niż pomagać mu w obserwacji. Jutab zareagowała odruchowo. Uniosła ramię, wzięła zamach i cisnęła włócznią. W pełnym biegu, nie licząc nawet zbytnio na to, że trafi. A jednak trafiła. Pocisk wbił się w pierś mężczyzny i zmiótł go z umocnień. Nie zdążył nawet krzyknąć, choć jego upadek musiał wywołać sporo hałasu.

Z obozowiska dały się słyszeć zaskoczone wołania. Ktoś bardziej przytomny od innych, zadął w salpinks. Ale to już nie miało znaczenia. Persowie dopadli do wału i zaczęli się nań wspinać, przy pomocy rąk i noży wbijanych w twardą ziemię. Momentalnie znaleźli się na szczycie i tam napotkali Hellenów. Ciemność nocy ożyła szczękiem stali uderzającej o stal oraz krzykiem rannych i ginących. Napastnicy nie wzięli ze sobą tarcz – byłyby zbyt nieporęczne podczas skradania się w mroku i pospiesznej wspinaczki. Lecz ich wyrwani ze snu wrogowie też nie zdążyli sięgnąć po pelty i hoplony. Dlatego każdy cios, którego nie dało się sparować, dosięgał celu. Zaś każdy pojedynek stawał się szybki i morderczy.

Jutab dobyła szabli i rozpłatała pierwszego Hellena, który wyrósł na jej drodze. Następny zdołał zastawiać się xiphosem. Potrzebowała aż trzech cięć, by pozbawić go życia. Ktoś natarł na nią z lewej, lecz kolana ugięły się pod nim, gdy perska włócznia wbiła mu się w biodro. Tuż poniżej brzegu napierśnika. Dziewczyna nie miała czasu obejrzeć się, by sprawdzić, kto ją uratował. Dobiła wroga prędkim sztychem w gardło i ruszyła dalej.

Obrońcy nie byli zbyt liczni – większość żołnierzy wróciła na noc do głównego obozu. Tu zostali jedynie nadzorcy perskich niewolników, których nazajutrz mieli znów zaprząc do pracy. A jednak, mimo zaskoczenia i widocznej przewagi nieprzyjaciół, Hellenowie nie zamierzali złożyć broni. Zepchnięci z wałów zaczęli zbijać się w grupę i tworzyć coś na kształt falangi. Parysatis wiedziała, jak skutecznie potrafią walczyć w szyku. Nie mogła zatem pozwolić, by go sformowali.

– Łuki i oszczepy! – zawołała gromkim głosem.

Już pierwsza salwa rozerwała spoistość naprędce tworzonej falangi. Pozbawieni tarcz żołnierze nie byli w stanie długo znosić ostrzału. A gdy od tyłu uderzyli na nich zbrojni Fraortesa, całkiem poszli w rozsypkę. W tym momencie bitwa przerodziła się w jednostronną rzeź. Widząc, co się dzieje, część obrońców porzuciła oręż i skapitulowała. Daremnie. Persowie nie okazali im łaski. Jutab nawet nie próbowała się wtrącać. Ci, którzy wznosili bat nad grzbietami jej rodaków, zasługiwali jedynie na śmierć.

Kiedy starcie już się zakończyło, do Parysatis zbliżył się Fraortes. Mogła mu się teraz dobrze przyjrzeć w świetle pochodni dzierżonej przez jednego z podkomendnych. Choć jego twarz i kolczugę pokrywały plamy krwi, przystojny oficer nie odniósł chyba żadnych obrażeń. Mimo to wydawał się zaniepokojony.

– Pani – wydyszał. – Jeden z Hellenów zdołał uciec. Gdy tylko rozpętała się walka, wskoczył na konia i popędził ku południowemu wejściu do obozu. Posłałem za nim trzy strzały. Zdaje się, że raz trafiłem, ale utrzymał się w siodle.

– A więc zaalarmuje Kassandra z Ajgaj. Mamy mało czasu. Czym prędzej uwolnić jeńców! Przecież to dla nich tu przybyliśmy.

* * *

Parmys szła przez część głównego obozu, gdzie stacjonowali Tesalowie. Teraz okolica wydawała się niemal całkiem opustoszała. Nikt nie przechadzał się alejami wytyczonymi między rzędami długich namiotów. W otworach nielicznych z nich można było dostrzec wątłe światło lampy oliwnej. Przy rozpalonych tu i ówdzie ogniskach siedziało ledwie paru raczących się wieczerzą mężczyzn. Pozostali tu jedynie ci, którzy wciąż nie wyleczyli ran odniesionych w niedawnym szturmie na miasto. A także samotny wartownik pilnujący kwatery dowódcy. Na jego widok Lidyjka zwolniła kroku, a serce zabiło mocniej w jej piersi. Nie spodziewała się, że Eurytion pozostawi zbrojnego na straży swej własności. Mężczyzna wyglądał całkiem zdrowo, zaś jego oblicze było zacięte i ponure. Widać niechętnie pozostawał na tyłach, gdy jego pobratymcy ruszali w bój. Pojęła, że ten rozgniewany żołdak może uczynić to, co zamierzała, znacznie trudniejszym. Zaszła jednak zbyt daleko, by teraz się wycofać. Przyspieszyła więc znowu, w nadziei, że Tesal nie zdoła dostrzec targającego nią niepokoju.

Gdy się zbliżyła, obrzucił dziewczynę wrogim spojrzeniem. Już otwierał usta, by przywitać ją obelgą. Kim w końcu mogła być niewiasta spacerująca nocą pośród żołnierskich kwater? Jedynie szukającą zarobku porne. On zaś nie miał ani czasu, ani srebra, by kupić sobie jej ciało. Nie dalej jak wczoraj przegrał w kości ostatnie wojenne łupy. Kolejnych zaś nie mógł zdobyć tak długo, jak tkwił tutaj, pilnując oficerskiego namiotu. Wargi i język mężczyzny formowały już obraźliwe słowo. Lecz kiedy weszła w krąg światła rzucanego przez jego pochodnię, dostrzegł kosztowny błękitny himation oraz spinającą go, wykutą ze szczerego złota broszę uformowaną na kształt jaskółki. Uświadomił sobie, że nieznajoma wcale nie jest dziwką. Zaś spotwarzenie jej lub nagabywanie mogłoby się okazać wielce ryzykownym. Zmełł więc w ustach przekleństwo i rzucił jedynie oschłe:

– Kto idzie?

– Przysyła mnie pani Melisa.

Parmys nie próbowała się nawet przedstawiać. Była niewolnicą, w oczach zbrojnego osobą całkiem nieistotną. Wiedziała jednak, że miano generalskiej kochanki wywrze odpowiednie wrażenie. W ostatnim czasie Jonka stała się wszak bardzo popularna w macedońskim obozie. Wszyscy wiedzieli, że prowadzi szpital polowy, gdzie osobiście, z poświęceniem i oddaniem dogląda rannych i przynosi ulgę konającym.

– Potrzebna jest jej pomoc w lazarecie. Pogorszył się stan kilku chorych. Spodziewamy się, że wkrótce przybędą kolejni. Potrzeba nam każdej pary rąk do pracy. Moja pani prosi zatem swoją przyjaciółkę, Talię, by czym prędzej do niej dołączyła.

– Dziewka nigdzie nie pójdzie – odparł wartownik i jakby dla przydania swoim słowom wagi, wsparł dłoń na rękojeści przypiętego u pasa miecza. – Eurytion życzy sobie, by pozostała w jego kwaterze. Może ją opuszczać wyłącznie wtedy, gdy on na to pozwoli.

Parmys milczała przez dłuższą chwilę. Zastanawiała się, w jaki sposób skruszyć opór żołnierza. Ze swego, bogatego mimo młodego wieku, doświadczenia z mężczyznami wiedziała przecież, że każdy z nich ma jakiś słaby punkt. Jeden był tchórzliwy, drugi skorumpowany. Trzeci zaś gotów uczynić wszystko dla niewieścich wdzięków. Czwarty natomiast – dla szacunku towarzyszy broni. Byli i tacy, którzy łączyli w sobie wiele z tych słabości. Musiała tylko znaleźć tę, która była udziałem strażnika.

– Czy mam donieść pani, że za twoją sprawą nie otrzyma pomocy, o którą prosiła?

Dostrzegła w oczach mężczyzny błysk niepokoju. Z pewnością nie należał do najodważniejszych, skoro lękał się gniewu Melisy. A może sądził, że Jonka doniesie nań swemu kochankowi? Wrogość Kassandra z Ajgaj mogła się dla zwykłego żołnierza skończyć tragicznie. Zaraz jednak odzyskał panowanie nad sobą. Najwyraźniej był ktoś, kogo bał się jeszcze bardziej niż samego generała.

– Wykonuję tylko rozkazy, które otrzymałem. Niech twoja pani wyjaśni to z mym dowódcą, Eurytionem z Feraj.

– Z pewnością to uczyni – odparła Lidyjka, szykując się do kolejnego starcia.

Otrzymała od Jonki mieszek srebra, mogła więc sięgnąć po przekupstwo. Albo oczarować wartownika w inny sposób. Widziała przecież, że od dłuższej chwili spogląda na nią jakoś inaczej, jakby dopiero teraz zauważył zarysowane pod białym materiałem peplosu kobiece kształty oraz niewielki, acz sugerujący znacznie więcej dekolt. Ona również zaczęła go oceniać jako mężczyznę. Oblicze nieszczególnie przystojne, choć blizna na prawym policzku dodawała mu nieco zawadiackiego uroku. Był niższy od Kassandra, lecz roślejszy od jego adiutanta. Szerokie ramiona i duże dłonie świadczyły o znacznej sile. Z drugiej strony, bijąca odeń woń – o braku skłonności do poddawania się regularnym ablucjom. Na ile zdążyła się zorientować, była to przywara wielu Tesalów, którzy dzielili ją z barbarzyńskimi Trakami. Ogółem jednak mogła trafić gorzej. Uwiedzenie tego męża nie byłoby dla Parmys szczególnie przykrym zadaniem.

Mimo to, wzdragała się przed postawieniem pierwszego kroku na tej ścieżce. Wciąż pamiętała odrazę w oczach Argyrosa, gdy ten stał się świadkiem jej spółkowania z generałem. A przecież wtedy nie dano jej żadnego wyboru. Teraz było inaczej. Jeśli młody Macedończyk dowie się, co z własnej, nieprzymuszonej woli uczyniła, by wydostać Talię z obozu Tesalów, gotów całkiem ją znienawidzić. Takiej zaś ceny nie chciała płacić, nawet za oswobodzenie nieszczęsnej rodaczki. Dlatego już sięgała po otrzymany mieszek srebra… gdy nagle okazał się on niepotrzebny. Przy pobliskim ognisku wieczerzało dwóch żołnierzy. Szyję pierwszego przysłaniał bandaż. Drugi nosił opatrunki na ramieniu oraz udzie. Musieli słyszeć rozmowę Parmys z wartownikiem, bo teraz wstali i podeszli bliżej.

– Geryonie, czemu bronisz dziewczynie iść do lazaretu? – spytał ten z bandażem wokół szyi. Głos miał chropawy i mówienie chyba sprawiało mu ból, lecz mimo to nie umilkł. – Bardziej się przyda tam, przy rannych, niż tutaj, sama i zamknięta w namiocie.

Strażnik posłał mu gniewne spojrzenie.

– Nie twoja rzecz, Eumelusie. Otrzymałem jasne rozkazy!

– Moja rzecz, jak najbardziej moja! Bo kto wie, czy chodziłbym wciąż po ziemi, gdyby nie zajęły się mną Melisa i jej służki. Przemyły mi rany, oczyściły je i założyły bandaże. Codziennie zmieniają je na nowe, świeże…

Urwał, jakby nie był w stanie wyrzec nic więcej. Zastąpił go więc ten z opatrunkami na ramieniu i udzie:

– Bywając często w lazarecie, widzę, że tamtejsze niewiasty są na ostatnich nogach. Jest ich za mało, a nas zbyt wielu. Dziś, po bitwie o południowy obóz, przybędzie jeszcze więcej. Czemu im nie pomóc? Nawet Eurytion musi szanować Melisę za to, co czyni dla żołnierzy. Rozsierdzi się, gdy usłyszy, żeś odmówił jej prośbie.

Parmys czuła, że wartownik mięknie. Jeszcze przez parę chwil spierał się z towarzyszami broni, lecz wreszcie ustąpił. Uniósł zasłonę otworu wejściowego namiotu i zniknął w środku. Kiedy znowu się pojawił, prowadził ze sobą Talię. Dziewczyna szła z trudem, niemal słaniała się, wsparta ciężko na ramieniu Geryona. Czarny peplos i himation, w rodzaju tych, które wkłada się na czas żałoby, całkiem zasłaniały jej ciało. Niewolnica lękała się tego, co mogłaby ujrzeć pod tkaniną.

– Nie wiem, czy w tym stanie na cokolwiek się wam przyda – mruknął zakłopotany nagle wartownik.

– O tym zadecyduje pani Melisa.

Parmys zbliżyła się do swej rodaczki i przejęła ją z rąk żołnierza. Poczuła, jak Talia wtula się w nią całym ciałem.

– Powiedz swojej pani, by odesłała dziewkę, gdy już nie będzie jej potrzebować – rzucił na pożegnanie Geryon. – Nasz dowódca rozgniewa się, jeśli będzie musiał sam po nią iść.

– Naturalnie. Osobiście ją do was odprowadzę – skłamała niewolnica.

* * *

Jeńcy spędzali noc pod gołym niebem, skrępowani i ciasno stłoczeni w zagrodzie zajmującej jeden z narożników obozowiska. Kiedy podwładni Parysatis rozcinali im więzy, wydawali się pełni lęku i całkiem zdezorientowani. Przywódczyni buntowników potrafiła to zrozumieć. W ciągu kilku ostatnich dni monotonne życie tych chłopów z okolicznych majątków ziemskich zostało całkiem zdruzgotane. Wpierw Hellenowie najechali ich wsie. Zgwałcili kobiety, puścili z dymem domostwa, zaś mężczyzn wzięli na powróz i powiedli w nieznane. Potem zmuszono ich do morderczej pracy, nie szczędząc przy tym razów batem. Teraz los znowu się odmienił i choć odzyskali wolność, zupełnie nie wiedzieli, co z nią począć. Jeśli chciała mieć z nich jakikolwiek pożytek, musiała im to wszystko naprędce wyjaśnić. Chwyciła w dłoń pochodnię i śmiało wkroczyła w gęsty tłum umorusanych wieśniaków, którzy rozstępowali się przed nią z niemal nabożnym szacunkiem. Z pewnością pierwszy raz w życiu dane im było zobaczyć taką niewiastę. Piękną, acz twardą niczym hartowana w ogniu stal. Odzianą w łuskowy, bogato zdobiony pancerz, z szablą przy boku. Niektórzy domyślili się kim była. Wieści o Nadziei Persydy dotarły nawet do najpospolitszych mieszkańców tej krainy.

– Jutab – szeptali niektórzy. – To Jutab nas wyzwoliła!

– Dziewicza Oswobodzicielka! Patrzcie, to ona!

Ten i ów padał na ziemię i dotykał jej czołem, składając pełen szacunku, niski pokłon.

– Nie trzeba – protestowała. – Nie jestem królową…

Lecz z równą łatwością mogłaby prosić wiatr, by rozproszył zakrywające księżyc chmury. Coraz liczniejsi chłopi osuwali się na kolana. Niektórzy próbowali dokonać pełnego proskynesis, dla większości jednak zabrakło miejsca i pozostali na klęczkach. Teraz spoglądała z góry na tłum wpatrzonych w nią lub bijących pokłony mężczyzn. Zaczerpnęła tchu i zaczęła mówić:

– Tak, słusznie się domyślacie. Nazywają mnie Jutab. Walczę o wyzwolenie naszej ojczyzny. Do tego wciąż daleka droga, lecz tej nocy zdołałam przynieść wolność wam. Od chwili gdy przecięto wasze więzy, możecie się cieszyć pełną swobodą. Nie zamierzam was do niczego zmuszać. Pozwólcie jednak, że przedstawię wybór, przed jakim stoicie. Możecie wrócić do swych wypalonych wsi i zrujnowanych domostw. Spróbować odbudować to, co zostało zniszczone. Wątpię jednak, by Hellenowie na to pozwolili. Znów was pochwycą, wezmą na powróz i sprowadzą tutaj, pod mury Pasargadów. A potem zmuszą, byście pomogli w zdobyciu tego miasta i w ugaszeniu płomienia buntu przeciw ich tyranii!

W świetle pochodni widziała, jak najbliżsi z jej słuchaczy kiwają głowami. Miała ich całkowitą uwagę i pełną wdzięczności życzliwość. Teraz trzeba było wyzyskać te atuty.

– Możecie też udać się ze mną, do Pasargadów. Dołączyć do powstania. Walczyć z bronią w ręku przeciw tym, którzy wszystko wam zabrali! Wziąć pomstę za pohańbione żony i córki, za puszczone z dymem domy, za ograbione obejścia!

Uniosła głos i dobyła szabli z pochwy. Uniosła ją wysoko, a na klindze zatańczył blask płomienia.

– Każdy, kto zechce służyć pod moimi rozkazami, otrzyma oręż i nauczy się nim posługiwać! Dostanie miejsce do spania i racje żywnościowe! Ale przede wszystkim odzyska godność, tyle razy podeptaną przez najeźdźców. Hellenowie podbili nasz kraj, zbezcześcili świątynie, splugawili wszystko, co jest nam drogie! Przyłączcie się do mnie, a wspólnie, z pomocą Ahury Mazdy, pokonamy ich i przepędzimy z naszej ziemi!

Odpowiedziała jej pełna entuzjazmu wrzawa. Ci, którzy jeszcze klepsydrę temu byli niewolnikami, teraz zrywali się z ziemi i na całe gardła wykrzykiwali jej miano. Imię, które znaczyło dla nich tyle, co nadzieja, wolność, zwycięstwo i zemsta.

Parysatis spoglądała na perskich chłopów, którzy w tej właśnie chwili stawali się jej towarzyszami broni. Czuła, że ogarnia ją euforia. Tak długo, jak ma takich synów, Persyda nie może zginąć. Przecież to właśnie dla nich toczyła ów niestrudzony bój. Nie dla tchórzliwego króla królów, kryjącego się gdzieś w północnych satrapiach. Nie dla arystokratów, zawsze gotowych, by zmienić jednego władcę na drugiego, pod warunkiem, że nowy zachowa ich majątki oraz przywileje. W gruncie rzeczy liczyli się dla niej tylko oni, zwykli mieszkańcy tej ziemi, bardziej niż ktokolwiek inny cierpiący pod obcym panowaniem. Okupacją, której zamierzała wkrótce położyć kres.

W pewnej chwili dostrzegła Fraortesa z trudem przeciskającego się między wyzwoleńcami. W końcu udało mu się do niej dotrzeć.

– To była dobra przemowa, pani – rzekł na tyle głośno, by tylko ona mogła go usłyszeć. – Zdobyłaś ich serca, są twoi. Teraz jednak pora wracać do miasta. Zbyt długo tutaj zmitrężyliśmy.

Jego słowa momentalnie otrzeźwiły Parysatis. Skinęła głową i rozkazała:

– Wycofujemy się do Pasargadów. Sformuj z tych ludzi kolumnę marszową. Ja dołączę do jazdy i osłonię wasz odwrót.

* * *

Ponieważ generał oddał swą alkowę ciężko poszkodowanemu w bitwie Jazonowi, sam zaś przeprowadził się do jego namiotu, Melisa również musiała się przenieść. Obecnie sypiała w niewielkim pokoiku na piętrze willi, służącym niegdyś osobistym niewolnikom pana domu. Ledwie starczało tam miejsca na siennik, który dzieliła z Parmys, oraz niski stół do spożywania posiłków. Kiedy sprowadziła tu Argyrosa i Iszana, zrobiło się naprawdę ciasno. Była to jednak jedyna izba w całej rezydencji, gdzie mogli rozmówić się na osobności. Wszędzie indziej ulokowano rannych, kręcili się felczerzy oraz wspomagające ich dziewczęta.

– Mam tu wszystko, czego nam potrzeba – oznajmiła. – Papirus, przybory do pisania, wosk. A teraz także pieczęć Kassandra. Chcę, byście sporządzili dwa listy, po grecku oraz persku. Nie wiem, kogo spotkacie na swej drodze, Iszanie. Obydwa pisma mogą się wam przydać.

– Jak sobie życzysz. Co mamy napisać?

Melisa zaczęła mówić z pewnością świadczącą o tym, że dobrze przemyślała sobie każde słowo:

– „Generał Kassander, głównodowodzący wojsk helleńskich w Persydzie, do dowódców wszystkich garnizonów i oddziałów, pozdrowienia. Posiadacz tego listu wykonuje poufne zadania, które osobiście mu powierzyłem. Życzę sobie, by uzyskał od was wszelką pomoc, o jaką poprosi. Nie żałujcie mu gościny, srebra, prowiantu ni wierzchowców. Zarówno on, jak i towarzyszące mu osoby znajdują się pod moją ochroną. Czynię was odpowiedzialnymi za ich bezpieczeństwo.”

Macedoński oficer i elamicki eunuch usiedli obok siebie na podłodze i wykorzystując stolik jako blat do pisania, zanotowali dokładnie każde słowo. Potem Argyros opieczętował listy generalskim znakiem.

– Jeszcze tylko rozkaz dla strażników przy bramie. Niewielu żołnierzy umie czytać, a i wśród oficerów nie jest to regułą. Gdy jednak zobaczą zapisaną tabliczkę, nie powinni czynić kłopotów – rzekł adiutant. – Przyniosłem ostrakon, jakiego zwykle używamy do notowania mniej istotnych poleceń, oraz rylec.

– Myślałam, że sam wyprowadzisz ich za bramę?

– Kassander polecił mi odszukać Dioksipposa i przekazać mu dowództwo nad obozem. Muszę się tym zająć, gdy tylko tu skończymy.

– Rozkaz powinien wystarczyć – rzekł Iszan.

– W razie kłopotów powołaj się na mnie. Imię generalskiego adiutanta powinno podziałać równie dobrze, jak moja obecność.

– Miejmy taką nadzieję. – Melisa nie wydawała się przekonana. – Jeśli coś pójdzie nie tak… Obawiam się, że druga okazja już się nie nadarzy.

– Więc musimy ją wykorzystać. – Argyros przekazał zapisany ostrakon Iszanowi. – Na mnie już pora. Gdy rozmówię się z Dioksipposem, udam się pod zachodnią bramę. Liczę jednak, że już was tam nie będzie.

Po tych słowach opuścił komnatę. Jonka i Elamita niedługo cieszyli się większą przestrzenią, bo wkrótce nadeszły Lidyjki. Parmys podprowadziła swą rodaczkę do niskiego stołu i pomogła jej na nim usiąść.

– Ten bydlak znów ją skatował – oznajmiła. – Spójrzcie na nią. Ledwie trzyma się na nogach.

Talia podniosła głowę.

– Jestem wdzięczna, że mnie tu zaprosiłaś, Meliso. – Jej głos ledwie wznosił się ponad szept. – Nawet jeśli on… wkrótce sprawi, że tego pożałuję. Chcę wam się na coś przydać. Daj mi zadanie. Mogę mieszać zioła albo zmieniać opatrunki rannym… Obawiam się tylko, że nie dam rady ich nosić.

Jonka posłała niewolnicy zaskoczone spojrzenie.

– Nie powiedziałaś jej?

– Wtedy zaczęłaby się opierać. Może wcale by tu nie przyszła. Panicznie boi się swego oprawcy. Nie wiem, czy jest gotowa, by od niego uciec.

– Uciec? – Głos Talii, choć tym razem donośniejszy, wyraźnie zadrżał. – Przed nim nie ma ucieczki. Gdziekolwiek pójdę… dopadnie mnie i ukarze.

– Jeśli z nim zostaniesz, skonasz w cierpieniu – wyrzuciła z siebie Parmys. – Sama widziałam przecież sińce na twej szyi. Domyślam się, w czym on gustuje. Za którymś razem posunie się o krok za daleko.

– Co mam uczynić? Jestem w potrzasku… Nawet gdy nie ma go w pobliżu, trzymają mnie pod strażą. Choćbym się odważyła, nie zdołam zbiec daleko.

– Zdołasz, jeśli otrzymasz pomoc. – Melisa uklękła przed Lidyjką i ujęła jej twarz w dłonie. – Ja nie boję się Eurytiona z Feraj. Zamierzam sprawić, że ty także uwolnisz się od strachu.

Łzy zalśniły w szeroko otwartych oczach Talii.

– Przez wiele nocy modliłam się o to do Kybele…

– Twoje modły zostały wysłuchane – wtrącił Elamita. – Pozwól nam spełnić wolę Matki Bogów.

– Jeszcze tej nocy opuścisz obozowisko – podjęła Jonka. – Potajemnie i w przebraniu. Pod opieką mojego przyjaciela, obecnego tu Iszana. Otrzymacie srebro na podróż oraz listy, które pozwolą wam żądać wsparcia, gdziekolwiek się udacie. Waszym celem będzie Persepolis. Wielkie miasto, w którym łatwo się skryć. Chronione przez niechętnego Kassandrowi i jego podkomendnym satrapę. Nawet Eurytion nie zdoła was tam dosięgnąć.

– Potajemnie i w przebraniu? – Talia powtórzyła, jakby nie potrafiła zrozumieć tych słów.

– Eunuch i kobieta opuszczający obóz w środku nocy z pewnością wzbudziliby podejrzenia. Na szczęście mamy coś, co zapewni wam anonimowość. Potrafisz utrzymać się na wierzchowcu?

Skinęła głową.

– Herakliusz… w wolnych chwilach uczył mnie jazdy konnej. On… lubił patrzeć, jak kłusuję po równinie. Twierdził, że to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie…

Głos całkiem jej się załamał. Melisa przysunęła się bliżej i długo tuliła do siebie szlochającą dziewczynę.

– Dziś okaże się to darem cenniejszym niż wszystkie jedwabie i klejnoty – szeptała, gładząc kasztanowe włosy Lidyjki.

* * *

Z grzbietu wierzchowca Jutab spoglądała na zdążający ku Pasargadom tłum. Z frustracją uświadomiła sobie, że słowo „zdążający” nie jest najcelniejsze. Określenie „wlekący się” znacznie lepiej przystawało do rzeczywistości. Oswobodzeni jeńcy nie potrafili maszerować, poza tym byli wyczerpani po całym dniu ciężkiej pracy, po którym nie dano im nawet czasu na odpoczynek. Co rusz wchodzili sobie w drogę, z trudem pokonywali wszelkie nierówności terenu. Niekiedy wybuchały między nimi kłótnie, gdy w ciemnościach ktoś wpadł na sąsiada lub nadepnął mu na stopę. Jej podkomendni czynili, co tylko możliwe, by załagodzić spory i skłonić chłopów do pośpiechu. Ci jednak zdawali się sądzić, że Hellenowie zostali na dobre pokonani. Przecież dopiero co widzieli, jak buntownicy roznoszą ich na szablach.

– To wszystko idzie zbyt wolno – warknął jeden z towarzyszących Parysatis jeźdźców. Powinniśmy zabrać ze sobą kańczugi. Może po kilku razach ci kmiecie zaczęliby szybciej przebierać nogami…

– Sądzę, że otrzymali dziś wystarczająco wiele razów – odparła ostrzej, niż pragnęła. Wszelako myśl, że miałaby chłostać ocalonych z helleńskiej niewoli rodaków wzbudziła w niej gwałtowny sprzeciw. Koń musiał wyczuć jej furię, bo uderzył kopytami o podłoże i głośno zarżał.

Tej nocy Jutab nie dosiadała swej ukochanej, śnieżnobiałej Freni. Decyzja o ataku na południowe obozowisko zapadła nagle, przygotowania zaś były pospieszne. Wzięła pierwszego rumaka, jakiego przyprowadził jej koniuszy – gniadego ogiera o ognistym charakterze i fortunnym imieniu Nawid. Liczyła, że owo miano i jej przyniesie szczęście. Z początku koń nieco się na nią boczył, lecz okiełznała go jeszcze na dziedzińcu cytadeli. Teraz był już posłuszny, a gniew zachowywał dla wrogów swej pani. A także tego głupca, który wpadł na pomysł z chłostą. Parysatis pogładziła mu kark oraz grzywę.

– Spokojnie, mój drogi. Nikt nie będzie tu nikogo bił.

To jednak nie było prawdą. O czym już wkrótce miała się przekonać.

Nagle do jej uszu dobiegł niski, dudniący odgłos. Wsłuchała się weń, próbując ustalić, skąd pochodził. Powoli obróciła wierzchowca ku zachodowi. Jej przyboczni zaczęli dobywać szabli, ściągać z pleców łuki i sięgać po oszczepy.

– Hellenowie nadciągają! – zawołał któryś z wysuniętych naprzód zwiadowców.

Kolejni Persowie przekazywali sobie jego okrzyk, aż w końcu dotarł on do kolumny marszowej. I wywołał tam panikę. Powodowani strachem chłopi rzucili się naraz ku odległej wciąż bramie Pasargadów. W biegu wywracali się i wzajemnie tratowali. Poczucie triumfu, które przepełniało ich jeszcze chwilę temu, w jednej chwili poszło w niepamięć. Ważne stało się tylko jedno: przeżycie. Nawet kosztem pobratymców.

– Do mnie! – rozkazała Jutab. – Formować klin!

– Pani, słyszysz to dudnienie?! Tam muszą być setki koni!

– Jest nas za mało, by ich powstrzymać!

– A jednak to właśnie uczynimy! – zawołała. – Musimy dać wyzwoleńcom czas na ucieczkę! Do ataku!

Wbiła pięty w boki Navida, który zarżał głośno i wyrwał się do przodu. Po chwili galopowała po równinie, w stronę widocznych już na tle granatowego nieba czarnych sylwetek nieprzyjaciół. Zza pleców słyszała wojenne okrzyki towarzyszy broni, bez skutku próbujących dotrzymać jej kroku. Zwolniła nieco, pozwalając im się doścignąć. Klin był przecież zwartym szykiem, nadmierne rozproszenie mogło osłabić jego siłę. Dalej pędzili już razem. Zaśpiewały zwalniane cięciwy, nocne powietrze przeszyły strzały. Persowie słali je niemal na wprost, w gęstą ciżbę nieprzyjaciół. Z drugiej strony rozległo się ludzkie zawodzenie i desperacki pisk ranionych koni.

Przywódczyni buntowników pochyliła się nad karkiem Nawida i mocniej uchwyciła włócznię. Przedtem należała ona do Fraortesa. Lecz kiedy usłyszał, jakie zadanie bierze na swe barki Parysatis, bez chwili zastanowienia oddał jej swój oręż.

– Nigdy dotąd mnie nie zawiodła – oznajmił, spoglądając na okute srebrem drzewce. – Weź ją, pani. Tobie bardziej się przyda.

Stało się, jak przewidział. Grot włóczni wbił się w gardło pierwszego Hellena, który natarł na Jutab z prawej. Ostrze trafiło tuż poniżej osłony hełmu. Zręcznie wyrwała je z rany, nie pozwalając, by impet uderzenia pozbawił ją broni. Kolejny wróg otrzymał pchnięcie między żebra. Posrebrzany, oficerski pancerz ustąpił bez trudu, jakby wykonano go z papirusu, a nie blachy. Następny atak przyszedł z lewej. Wiedziała, że nie zdąży przełożyć włóczni nad łbem konia. Puściła zatem wodze i uwolnioną w ten sposób ręką dobyła szabli. Rosły Hellen natarł na nią z mieczem, wykrzykując coś niezrozumiałego. Choć znała mowę najeźdźców, to jego słowa zlewały się jej w jedno, jakby posługiwał się jakimś dziwnym dialektem. Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać. Dwie klingi starły się ze sobą, krzesząc iskry – jedyne źródło światła w opętańczej walce cieni.

Wszędzie wokół toczyły się teraz podobne pojedynki, tym bardziej chaotyczne, że w ciemnościach trudno było rozeznać, kto przyjaciel, a kto wróg. Perski klin wbił się wprawdzie w nieprzyjacielską formację i zmusił ją do zatrzymania, ale nie zdołał rozerwać. Teraz, gdy już ochłonęli z zaskoczenia, Hellenowie zaczęli brać krwawy odwet za poniesione straty. A wciąż byli przecież znacznie liczniejsi od buntowników. Ich nacisk rósł z każdą chwilą. Parysatis wymieniała szaleńcze ciosy z rosłym kawalerzystą, ich rumaki wściekle się gryzły. Przyboczni strzegli jej przed atakami z innych stron, ale płacili za to srogą cenę. Co rusz któryś zsuwał się z końskiego grzbietu, martwy bądź ciężko raniony. Nie miało to zresztą większego znaczenia – kto raz spadł na ubity kopytami grunt, już się z niego nie podnosił, momentalnie tratowany przez stłoczone wierzchowce.

Nagle zerwał się mocny wiatr, który uderzył w wojowników, rozwiewając ich płaszcze oraz grzywy koni. Gruba pokrywa chmur rozpękła się, ukazując bladą tarczę księżyca. Zalana miesięcznym blaskiem równina pojaśniała, czarne sylwetki w jednej chwili stały się wyraźne i rozpoznawalne. I wtedy Parysatis ujrzała Kassandra z Ajgaj. Wprawdzie pióropusz zdobiący wysoki hełm generała był teraz czerwony, nie czarny, to jednak nie sposób było go pomylić z nikim innym. Jak zawsze walczył na pierwszej linii, spokojny, metodyczny, bezlitosny. Zaatakował bok perskiego klina i wdzierając się weń coraz głębiej, kładł trupem każdego, kto rzucił mu wyzwanie.

Jutab spoglądała nań ledwie parę uderzeń serca, lecz i tak o mały włos nie przypłaciła tego życiem. Rosły kawalerzysta natarł na nią, z trudem powstrzymała cios jego miecza. Tym razem jednak mogła się posłużyć włócznią. Przerzuciła ją nad końskim grzbietem i pchnęła z całej siły. Grot ześlizgnął się po niewielkiej tarczy i rozorał udo Hellena. Ten sapnął i opuścił oręż. Trysnęła krew, ani chybi tętnicza. Parysatis minęła pokonanego już wroga i skierowała się ku Kassandrowi. Mogę zakończyć wojnę jednym uderzeniem, pomyślała. Nie wolno jej przepuścić takiej okazji.

* * *

W zarządzanym przez Melisę lazarecie rannym zapewniano troskliwą opiekę. Jednak wielu z nich umierało, mimo najlepszych starań felczerów i wspomagających ich pornai. Po zmarłych zaś pozostawał dobytek, z którym ich przyniesiono. Broń, odzież, pancerze. Przechowywano to wszystko w piwnicy willi, która kiedyś, w czasach pokoju, była zapewne miejscem składowania wina. Sprzęt był często uszkodzony albo niekompletny, lecz było go tyle, że zebranie pełnego ekwipunku dla dwojga ludzi nie nastręczało większych trudności.

Talia oraz Iszan przywdziewali to, co wcześniej przygotowała dla nich Jonka. Dziewczyna z początku wzdragała się przed zdjęciem czarnej, żałobnej sukni. Gdy w końcu to uczyniła, wszyscy obecni, z wyjątkiem przygotowanej na ten widok Parmys, doznali wstrząsu. Przeklęty okrutnik… Oby konał w męczarniach za to, co jej uczynił, pomyślała Melisa. Nie było jednak czasu pielęgnować zmaltretowanego ciała Lidyjki. Owinęli jedynie bandażem jej udo, by przysłonić wypalony na nim niewolniczy znak, który niechybnie wzbudziłby podejrzenia przy bramie. Następnie Talia wsunęła na siebie płócienną tunikę i spięła ją ciężkim, żołnierskim pasem. Wtedy przyszedł czas na pancerz. Otrzymała płócienny linothorax, nie byłaby zresztą w stanie dźwignąć niczego cięższego. Do tego żołnierskie sandały, nagolenniki, ciężki, kawaleryjski płaszcz, wreszcie – zasłaniający niemal całą twarz hełm typu korynckiego.

– Twoje włosy nie zmieszczą się pod nim, nawet jeśli zepniesz je w warkocz – zauważyła Parmys, unosząc w dłoni nożyce. – Trzeba je ściąć.

Jej rodaczka nie wahała się ani chwili.

– A zatem tnij.

Iszan miał na sobie oficerski kirys uformowany na kształt torsu atlety. Pancerz był nań zdecydowanie za duży, ale płaszcz powinien nieco zamaskować jego szczupłe ramiona. Tesalski hełm, który otrzymał, był prawdziwym dziełem sztuki – ciężki, masywny, skrywający oblicze, z wysokim, żelaznym grzebieniem nadającym mu szczególnie groźny wygląd. Do boku przypasał xiphosa w okutej srebrem pochwie.

– Jak wyglądam? – zapytał, a hełm stłumił jego głos.

– Imponująco – zapewniła Melisa, przyglądając mu się z satysfakcją. – Ale jeszcze lepiej brzmisz. Zza tej warstwy żelaza prawie nie słychać elamickiego akcentu.

– A więc jesteśmy gotowi?

– Bardziej już nie będziecie. – Mówiąc to, Jonka wręczyła eunuchowi obszerny tobołek. – W środku są zapasy na podróż. Minie trochę czasu, nim dotrzecie na niespustoszone wojną tereny, gdzie być może ktoś sprzeda wam żywność. A tutaj masz srebro, Iszanie. Powinno starczyć na kilka tygodni, jeśli będziesz nim roztropnie gospodarzyć. Wybaczcie, lecz nie odważyłam się zabrać więcej ze szkatuły Kassandra. Mógłby to spostrzec i nabrać podejrzeń.

– Nie ma czego wybaczać. – Talia raz po raz dotykała swoich krzywo obciętych włosów, jakby nie mogła przywyknąć do ich nowego kształtu. Mimo to, po raz pierwszy na jej ustach pojawił się blady uśmiech. – Nikt nie uczynił dla mnie tyle, co ty. Sporo przy tym ryzykując. Byłabym niewdzięczna, oczekując czegoś więcej.

– Parmys zaprowadzi was do stajni. Czekają tam wierzchowce. Rącze, lecz spokojnego usposobienia. Nie powinny przysporzyć wam kłopotu. A teraz żegnajcie. Powodzenia i bezpiecznej podróży!

Lidyjka podeszła do Jonki i mocno ją przytuliła.

– Nie zapomnę tego, Meliso. Po kres swoich dni będę się modlić do Kybele, by hojnie obdarzała cię łaskami.

Potem skryła twarz za korynckim hełmem. Obróciła się i wciąż utykając, opuściła ciasną komnatę wraz z Iszanem oraz Parmys.

– Też będę się za ciebie modliła – szepnęła przez ściśnięte gardło Melisa.

* * *

Zdążyła pokonać połowę dzielącego ich dystansu, gdy w końcu ją dostrzegł. Strącił właśnie z konia niewysokiego Persa w łuskowym pancerzu i rozglądał się za kolejnym przeciwnikiem. Ujrzawszy Jutab, roześmiał się ochryple i zasalutował jej mieczem.

– Pozdrowienia, Nadziejo Persydy! Byłem ciekaw, kiedy się zjawisz!

– Ja również cię szukałam, morderco mych rodaków.

Zbliżyli się do siebie z obnażonymi klingami. Wokół nich całkiem ustała walka, a Hellenowie i Persowie zgodnie czekali na to, co miało się wydarzyć.

– Twoi rodacy byli bezpieczni jako jeńcy… – stwierdził chłodno generał. – Dopóki nie spróbowałaś ich oswobodzić. Sądziłaś, że przynosisz im wolność, a przyniosłaś tylko śmierć. Żaden nie dotrze do bram Pasargadów. Zadba o to najwaleczniejszy z Tesalów, Eurytion!

– Kłamiesz! Zatrzymaliśmy was tutaj. Ta bitwa kupuje czas. Zanim skończymy, będą już bezpieczni.

– Zatrzymaliście prawe skrzydło mojej konnicy. Lewe, pod Eurytionem, pognało dalej. Miło tu sobie gawędzimy… podczas gdy on niweczy twój śmiały plan. Przegrałaś, tancerko z Suzy.

Jutab poczuła, że oblewa się rumieńcem. Mogła się tylko cieszyć, że większość jej podwładnych nie zna greckiego. Lecz przecież byli i tacy, którzy rozumieli mowę najeźdźców. Ci z pewnością zastanawiali się teraz, dlaczego obcy wódz zwrócił się do niej w ten sposób. Musiała zatem szybko odwrócić ich uwagę.

– Przegrałam? To się dopiero okaże!

Spięła konia i natarła na Kassandra. Odbił włócznię tarczą, cięcie szabli przyjął na ostrze xiphosa. A potem skontrował, tak szybko i mocno, że ramię zdrętwiało jej przy próbie zastawy. Minęli się i obrócili wierzchowce. Znów zaatakowała, tym razem kierując grot wysoko, w stronę gardła. Uchylił się i gdy skrócili dystans, ciął poziomo. Poczuła, jak miecz uderza ją w bok. Łuskowy pancerz wytrzymał, ale i tak żebra zapłonęły bólem. Na szczęście Nawid wyniósł ją daleko poza zasięg krótkiego ostrza, którym walczył Macedończyk.

Szykując się do kolejnego starcia, dziewczyna z trudem łapała powietrze. Zaczynała rozumieć, z kim przyszło się jej potykać. To, że Kassander okazał się silniejszy, nie zaskakiwało. Co gorsza, potrafił być też szybki. Dla Parysatis stało się jasne, że jeśli szybko nie zakończy starcia, niechybnie przegra. Lewa ręka odmawiała jej posłuszeństwa, więc wsunęła szablę do pochwy i ponownie ujęła wodze. Prawą dłoń mocniej zacisnęła na włóczni Fraortesa. „Nigdy dotąd mnie nie zawiodła”, powiedział. A zatem ona również zawierzy tej pięknej broni. I z jej pomocą zwycięży albo zginie.

Tym razem to Kassander przystąpił do szarży, zamierzając się na nią xiphosem. Jutab ruszyła mu naprzeciw. Oręż dzierżyła wysoko nad głową, jakby chciała wyprowadzić cios z góry. Była to jednak zmyłka. Gdy się zbliżyli, wzięła silniejszy zamach i cisnęła włócznią jak oszczepem. Prosto w pierś generalskiego wierzchowca. Z tej odległości nie mogła chybić. Rumak zakwiczał żałośnie. Przednie nogi załamały się pod nim i runął na ziemię. Macedończyk przeleciał nad jego łbem, przekoziołkował po ubitym kopytami gruncie i znieruchomiał.

Przez dłuższą chwilę na polu bitwy trwała niezmącona cisza. A potem ktoś zaryczał po grecku:

– Bronić generała! Wyrżnąć skurwysynów!

Bardziej przytomni Hellenowie momentalnie otoczyli ciało swego wodza. Parysatis nie czekała, aż pozostali wyjdą z osłupienia.

– Odwrót! – zawołała. – Kto chce żyć, za mną!

Spięła konia i popędziła na wschód. Pozostali przy życiu Persowie ruszyli w jej ślady. O dziwo, wrogowie nie podjęli pościgu. Może wciąż nie wyzwolili się z szoku, w jaki wprawił ich upadek Kassandra z Ajgaj.

* * *

Choć noc była rześka, Iszan pocił się obficie pod napierśnikiem oraz wełnianym kawaleryjskim płaszczem. Kirys ciążył mu, podobnie jak bogato zdobiony hełm. Obijająca się o udo pochwa miecza irytowała przy każdym ruchu. Nie mógł uwierzyć, że są ludzie gotowi, by przez większą część życia cierpieć takie niewygody. On przynajmniej znosił je w słusznym celu.

Na szczęście w pobliżu stajni nie spotkali nikogo obcego. Parmys wskazała im właściwe konie. Wyprowadzili je na zewnątrz i dosiedli. Mimo obrażeń, Talia zręcznie wspięła się na grzbiet przeznaczonego dla niej siwka, po czym na próbę pokłusowała między budynkami gospodarczymi. Jej nieżyjący już kochanek okazał się dobrym nauczycielem jeździectwa. Elamita spróbował dosiąść swej bułanej klaczy. Udało mu się to dopiero za trzecim razem – a nawet wtedy nie czuł się na niej zbyt pewnie, choć zwierzę było spokojne i posłuszne. Kurczowo trzymając wodze, skierował się na zachód.

– Na nas już pora – oznajmił. – Im szybciej opuścimy obozowisko, tym lepiej.

Talia dołączyła do niego. Oboje spojrzeli z góry na Parmys.

– Dziękuję także tobie, moja rodaczko. Niech Matka Bogów ma cię zawsze w opiece.

– I was także. Jedźcie.

Zdążając ku zachodniej bramie, nie rozmawiali zbyt wiele. Po wytyczonych między rzędami namiotów alejach wciąż, mimo późnej pory, przechadzało się wielu żołnierzy. Dziewczęcy głos dobiegający spod korynckiego hełmu mógł zwrócić uwagę któregoś z nich. Dopiero gdy znaleźli się na osobności, Lidyjka zwróciła się do Iszana:

– Myślisz, że nam się uda?

– Wyjechać przez bramę? Z pewnością. Mamy listy opatrzone generalskim znakiem i ostrakon od adiutanta…

– Uciec przed nim.

Przełknął ślinę. Jak dotąd jedynie sporadycznie zdarzyło mu się oglądać Eurytiona z Feraj. A jednak ów zwalisty mąż budził w nim głęboki niepokój. Wyczuwał, że pod cienką warstwą ogłady i żołnierskiej dyscypliny kryje się coś dzikiego, okrutnego. Nieludzkiego. Kiedy usłyszał o tym, w jaki sposób Tesal traktował oddaną mu pod opiekę niewiastę, nie doznał wcale zaskoczenia. Po prostu potwierdziły się jego nie do końca sprecyzowane obawy. Teraz zaś mieli rzucić wyzwanie temu, którego Melisa nazywała bestią w ludzkiej skórze. Odebrać mu coś, na czym bardzo mu zależało. Sprawdzić, jak daleko się posunie, by to odzyskać. Tak, Iszan bał się, ale przecież nie mógł tego wyznać Lidyjce. Wszak to w nim pokładała wszystkie swe nadzieje.

– Bez wątpienia! – odparł z pewnością, której wcale nie odczuwał. – Persyda jest rozległa, nie brak w niej miejsc, gdzie można się skryć. Eurytion nigdy nas nie znajdzie. Zresztą, Persepolis to dopiero początek. Odpoczniemy tam i nabierzemy sił. A potem… jeśli zechcesz, udamy się do mojej ojczyzny, Elamu. Twój dręczyciel może mieć długie ręce, ale nawet on nie sięga tak daleko.

– Zrobiłbyś to dla mnie, Iszanie?

– Poprzysiągłem to Melisie. Uczynię wszystko, byś była bezpieczna.

Tymczasem zbliżyli się do zachodnich wrót obozowiska. Drewniana brama wyglądała na wytrzymałą, zabezpieczał ją porządny skobel. Tuzin hoplitów pełniło tutaj nocną wartę. Jeden z nich, zapewne wyższy rangą niż pozostali, wysunął się naprzód.

– Stójcie, kto jedzie?

Elamita nie odpowiedział. Bał się, że mimo hełmu zdradzi go cudzoziemski akcent. Zbliżył się do zbrojnego i z grzbietu konia podał mu ostrakon. Mężczyzna przyświecił sobie pochodnią i przez dłuższą chwilę spoglądał na zapisaną drobnymi literami skorupę.

– Z misją od samego generała? – upewnił się jeszcze. – Dziwna to pora na wycieczki poza umocnienia. Pewni jesteście, że nie chcecie doczekać do rana? Mamy ognisko, ciepłą strawę, a i amfora wina się znajdzie. Całkiem przyzwoitego, zostało nam jeszcze z tego puszczonego z dymem pałacu.

Iszan potrząsnął głową.

– Czas nagli – rzucił, mając nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco attycko.

Hoplita jeszcze przez moment mierzył go wzrokiem. Potem przeniósł spojrzenie na Talię. W końcu wzruszył ramionami.

– Jak rozkaz, to rozkaz. Taka to już żołnierska dola. Chłopaki, podnieście skobel!

Elamita stłumił westchnienie ulgi. Nie czekał, aż podwoje zostaną całkiem otwarte. Gdy tylko nieco się uchyliły, wbił pięty w boki konia. Lidyjka podążyła tuż za nim.

Kiedy przekroczyli bramę, od razu przeszli w kłus. Wiatr rozwiał im płaszcze i na wskroś przeszył chłodem. Lecz oni wcale na to nie zważali. Poczuli się wolni i pełni życia. Zostawili niebezpieczeństwo w tyle i ruszyli na spotkanie nadziei.

* * *

Księżyc znowu skrył się za chmurami, zaś Jutab prowadziła swój zdziesiątkowany oddział coraz dalej na wschód. Wprawdzie brama Pasargadów znajdowała się na północy, lecz póki co wolała się do niej nie zbliżać. W ciemnościach mógł się kryć Eurytion z całym skrzydłem helleńskiej konnicy. Jej zaś pozostało niespełna dwudziestu jeźdźców. W większości równie poobijanych i poranionych jak ona.

Dzierżyła teraz wodze prawą ręką. Lewa wciąż była zdrętwiała, jakby nie należała do niej. Jeszcze gorzej było z oddychaniem. Każdy haust powietrza sprawiał Parysatis ból. Miecz Kassandra nie utoczył jej wprawdzie krwi, lecz musiał odkształcić pancerz, który teraz uciskał posiniaczony bok. Muszę czym prędzej wrócić do cytadeli, pomyślała. Wydostać się z tego żelastwa. Odpocząć. Jej ciało domagało się wytchnienia.

Nie miała dotąd ani chwili, by nacieszyć się zwycięstwem i zastanowić nad jego implikacjami. Czy naprawdę udało jej się zgładzić Kassandra i odkupić fatalny błąd, który popełniła w Suzie? Jeśli tak, wojna mogła być już wygrana. Pozbawieni przywódcy Hellenowie pogrążą się w kłótniach i swarach. A wówczas pobicie ich będzie znacznie łatwiejsze. Z drugiej jednak strony, generał mógł wciąż żyć. Jego przyboczni zareagowali zbyt prędko, by zdążyła się o tym przekonać. Tak czy inaczej, z pewnością nie wróci szybko na pole bitwy. W najgorszym razie kupiła sobie zatem kilka dni spokoju. To również mogło być istotne w ostatecznej rozgrywce.

Wybiegasz za daleko w przyszłość, zganiła się w duchu. Skup się na tym, co tu i teraz. Najważniejsze, to dowiedzieć się, jaki los spotkał wyzwoleńców. Czy dotarli do bezpiecznego schronienia? Czy też zostali wyrżnięci na jego progu? Przez moment biła się z myślami. W końcu postanowiła zaryzykować. Gdy tylko księżyc znów wyjrzał zza chmur, rozjaśniając okolicę swoim blaskiem, Jutab zwróciła Nawida na północ.

– Bądźcie ostrożni – poleciła niedobitkom ze swego oddziału. – Wyglądajcie niebezpieczeństwa. Nie dajmy się złapać w zasadzkę, jak ci bezmyślni Hellenowie.

Któryś z bojowników roześmiał się na te słowa. Pozostali byli zbyt wyczerpani, by zareagować choćby w taki sposób. Mimo to żaden nie odstąpił przywódczyni, gdy wyruszyła, by zmierzyć się z nieznanym.

Posuwali się naprzód powoli, czujnie przepatrując teren. Nigdzie jednak nie natknęli się na Hellenów. Najwyraźniej wróg opuścił już pole bitwy. Może wpadł w popłoch na wieść o tym, co spotkało Kassandra.

Zamiast nieprzyjaciela, odnaleźli jego krwawe dzieło. Mniej więcej trzysta kroków od miejskich bram natrafili na zwłoki pierwszego z oswobodzonych chłopów. Wkrótce zobaczyli ich więcej. Znacznie więcej. To była masakra. Większość wyzwoleńców zginęła podczas ucieczki, od ciosu w plecy. Tylko nieliczni odwrócili się, by spojrzeć w oczy swoim katom. Niektórzy zostali stratowani – przez konie albo własnych pobratymców. Z początku Jutab usiłowała liczyć trupy, lecz prędko straciła rachubę.

Sto kroków od bram Pasargadów ziemi nie zaścielały już zwłoki bezbronnego chłopstwa, lecz perskich bojowników. W tym właśnie miejscu stawili oni czoła Hellenom. Po tym, jak rozmieszczone były ciała, można się było domyślić przebiegu zmagań. Persowie sformowali ciasny szyk, by wzajemnie osłaniać się włóczniami. Truchła licznych koni świadczyły o tym, że odparli co najmniej jedną szarżę. W końcu jednak ich formacja została rozerwana. I to był już koniec.

Parysatis zeskoczyła z grzbietu Nawida i uklękła przy jednym z martwych. Fraortes wpatrywał się w niebo szeroko otwartymi oczyma. Z jego piersi wystawało ułamane drzewce lancy. W świetle księżyca twarz młodego oficera zdawała się nieziemsko wręcz piękna. Dziewczyna poczuła, że nie zdoła powstrzymać dłużej płaczu.

– Wybacz, że zabrałam twoją włócznię – załkała. – Kiedy tak bardzo jej potrzebowałeś…

* * *

Melisa towarzyszyła Erechteusowi podczas jego obchodu po lazarecie. Medyk zatrzymywał się przy posłaniach kolejnych chorych, badał ich stan, wydawał kilka dyspozycji co do dalszego leczenia, po czym dreptał dalej. Był metodyczny, uważny i niestrudzony. Jonka szczerze podziwiała owego sędziwego męża, który nigdy dotąd nie dopuścił, by wiek powstrzymał go przed niesieniem pomocy tym, którzy jej potrzebowali. Zakończyli właśnie pracę na piętrze i zstępowali na parter willi, kiedy w jej wejściu wybuchło jakieś zamieszanie. Ktoś wołał głośno: „Z drogi!”, inny głos wzywał: „Zróbcie przejście dla generała!”. Słysząc te słowa, Melisa poczuła, jak serce wyrywa jej się w piersi. Zostawiwszy Erechteusa w tyle, pospiesznie zbiegła po schodach. I wówczas stanęła oko w oko z bestią w ludzkiej skórze.

Z bliska Eurytion z Feraj wydawał się jeszcze większy. Górował nad drobną Jonką niczym mityczny olbrzym. Kiedy spojrzała mu w oczy, miała wrażenie, że zagląda w dwie bezdenne studnie. Przez krótką chwilę sądziła, że dowiedział się o wszystkim i przyszedł tu, by wymierzyć jej karę. Lecz zaraz potem dostrzegła, że wielkolud dźwiga kogoś na swych mocarnych barkach.

– To generał – oznajmił krótko. – Jest ranny. Nie możemy go ocucić.

– Zwolnić miejsce dla dowódcy! – zawołał Erechteus.

Kilku lżej rannych żołnierzy momentalnie podniosło się ze swych sienników. Eurytion podszedł do najbliższego. Zsunął sobie Kassandra z pleców i ułożył go na posłaniu. Macedończyk nie miał już na głowie hełmu. Jego skroń plamiło kilka kropel krwi, poza tym jednak wyglądał, jakby zapadł w głęboki sen.

Melisa przypadła do kochanka, osunęła się na kolana i nie zważając na obecność licznych gapiów, zaczęła obsypywać mu twarz pocałunkami. Łzy popłynęły obficie spod jej powiek, rosząc ogorzałe policzki nieprzytomnego.

– Przepraszam – szeptała drżącym głosem. – Za wszystkie kłótnie… Za obojętność, jaką cię raczyłam. Wybacz mi proszę… I nie umieraj. Słyszysz, Kassandrze? Nie umieraj! Nie chcę żyć w świecie, w którym cię zabraknie …

Ktoś stanął nad nią. Poczuła na ramieniu dotyk suchej, pomarszczonej dłoni.

– Meliso… nie ma czasu do stracenia. – Cichy głos Erechteusa wyrwał ją z dziwnego stanu, w jakim się znalazła. – Nić jego losu nie została jeszcze przerwana. Wciąż możemy ocalić mu życie. Ale trzeba przystąpić do rzeczy. Natychmiast.

Jego spokój udzielił się Jonce. Uniosła głowę i otarła łzy. Znów była pomocnicą najlepszego medyka w całym macedońskim korpusie. Jeśli ktokolwiek zdoła uleczyć Kassandra, to właśnie on.

– Co mam robić, mistrzu? – zapytała z szacunkiem.

– Wsuń palce w jego włosy. Zbadaj czaszkę. Szukaj urazów, wgnieceń, pęknięć. Ty zaś, Parmys – zwrócił się do stojącej obok niewolnicy – rozsupłaj wiązania napierśnika. Sprawdzimy, czy pod nim nie ma jakichś ran. Kirynas, przynieś ciepłej wody. Egerio, świeże opatrunki. Biegiem, dziewczęta. Tutaj liczy się każda chwila.

Polecenia zostały wydane. Trzeba je tylko sumiennie wykonać, a wszystko będzie dobrze. Pokrzepiona pewnością, jaką usłyszała w tonie starca, Melisa przystąpiła do dzieła.

* * *

Na szczęście rozmowa z Dioksipposem okazała się krótka i zwięzła. Argyros zastał go przy ognisku, gdzie biesiadował ze swymi krajanami. Przekazał mu, że z woli generała ma przejąć dowództwo nad obozem. Ateńczyk skinął głową, po czym wrócił do przerwanej dyskusji z siedzącym obok hoplitą. Młodzieniec skorzystał z okazji i czym prędzej się oddalił. Nie chciał przebywać w pobliżu pankrationisty dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Choć od zadanego mu gwałtu minęło już wiele tygodni, wciąż budził się czasem w nocy, zlany potem i roztrzęsiony. Nigdy nie zapomni o doznanym bólu oraz wstydzie. Nigdy też nie przebaczy mężczyźnie, który tak okrutnie go pohańbił.

Wypełniwszy rozkaz generała, skierował kroki pod zachodnią bramę. Nie zastał tam jednak Iszana ani Talii. Uspokojony owym faktem, stwierdził, że właściwie nie ma już żadnych obowiązków. Do powrotu Kassandra mógł czynić, na co tylko przyjdzie mu ochota. W pierwszej chwili zapragnął wrócić na kwaterę i złapać parę klepsydr snu. Zaraz jednak pomyślał, że może ten czas wykorzystać znacznie lepiej. A na pewno przyjemniej. Jeśli tylko Melisa pozwoli swojej niewolnicy, by z nim poszła… A przecież nie odmówi. Nie tej nocy. Tak więc ponownie udał się do urządzonego w willi szpitala polowego.

Już z daleka widział, że pod budynkiem tłoczą się jacyś mężczyźni. Właśnie wnoszono do środka ciężej rannych, ci zaś, którzy odnieśli lżejsze obrażenia, czekali na zewnątrz, aż ktoś się nimi zajmie. Gdy podszedł bliżej, Argyros rozpoznał w nich Tesalów – mówili bowiem między sobą z łatwo rozpoznawalnym akcentem. A zatem nocna eskapada już się zakończyła. W drzwiach willi minął się z Eurytionem z Feraj. Olbrzym zmierzył go obojętnym spojrzeniem i odszedł bez słowa.

Wewnątrz trwała wytężona praca. Medycy przyjmowali kolejnych żołnierzy, wskazywali, gdzie ich położyć i przeprowadzali wstępne badanie. Wspomagające ich pornai biegały wkoło, dźwigając garnki zagotowanej wody oraz wina, a także uśmierzającego ból ziołowego naparu. Jednym przemywały rany, drugich opatrywały, trzecim zmieniały bandaże. Młodzieniec przeciskał się przez tłum, wyglądając Melisy albo Parmys. W końcu dostrzegł je obie. Pochylały się nad nieruchomym mężem… którym okazał się Kassander z Ajgaj.

W owej chwili adiutant doświadczył dwóch sprzecznych emocji. Z jednej strony poczuł radość. Mężczyzna, od którego doznał tylu krzywd i upokorzeń, leżał powalony i bez ducha, być może wręcz konający. Argyros od dawna nienawidził generała i życzył mu jak najgorzej. Wyglądało na to, że Tyche w końcu się doń uśmiechnęła. Z drugiej jednak strony, poczuł zawód. Sytuacja w lazarecie przekreślała szanse na to, że Parmys uda się z nim do namiotu. W tych warunkach Melisa nie zwolni jej ze służby.

Niezauważony przez żadną z nich, wycofał się i wyszedł na dziedziniec. Mimo późnej pory całkiem wyzbył się senności. Przeciwnie, rozpierała go energia. Zapragnął tańczyć, pić, świętować, kochać się do upadłego. Tyle tylko, że nie miał z kim. Opuszczając willę, zostawił za sobą zarówno Parmys, jak i większą część obozowych dziwek, które mogłyby w zastępstwie Lidyjki umilić mu czas. Reszta z nich pewnie odsypia długie klepsydry spędzone przy chorych. Od czasu, gdy ateńskie pornai zaczęły pracować w lazarecie, nie miały już sił ani ochoty, by świadczyć inne usługi.

Nagle przypomniał sobie o Tekli. Rudowłosa ladacznica miała spędzić tę noc z Kassandrem. Wyruszając na bój z Persami, kazał jej czekać i grzać dla niego posłanie. Z pewnością usłuchała…

Namiot Jazona, pełniący rolę tymczasowej generalskiej siedziby, mieścił się nieopodal. Wejścia, czy może raczej zgromadzonych w nim bogactw, strzegło dwóch Traków. Znali jednak adiutanta, więc żaden nie próbował go zatrzymać. On zaś śmiało wkroczył do środka, jakby wracał na własną kwaterę. Tak jak się spodziewał, zastał Teklę w wielkim łożu z baldachimem, oświetlonym przez samotną lampę oliwną. Zdawała się pogrążona we śnie, lecz gdy podszedł bliżej, wsparła głowę na łokciu i zmysłowo westchnęła.

– Wróciłeś do mnie, panie… – zamruczała. – Jak widzisz, nigdzie się stąd nie ruszyłam…

Uniosła powieki i spojrzała na młodzieńca.

– Argyrosie – powiedziała nieco przytomniej. – Gdzie generał?

– Dziś już nie przyjdzie – odparł. – Coś go zatrzymało.

– Szkoda… Miałam wrażenie, że przypadłam mu do gustu.

– Nie tylko jemu, Teklo.

Obdarzyła go uśmiechem, po czym usiadła na posłaniu, pozwalając, by przykrywający ją koc zsunął się niżej, ukazując blade, dorodne piersi.

– Już trzeci raz zaskakujesz mnie w łóżku, całkiem nagą. Dotąd nie mogło z tego wyniknąć nic więcej, bo zawsze miałam towarzystwo…

– Lecz teraz jesteś sama. – Adiutant rozpiął pas z mieczem i pozwolił, by spadł na ziemię. – A jak to mówią, do trzech razy sztuka.

Ściągnął tunikę i cisnął ją za siebie. Ladacznica posłała mu zachłanne spojrzenie. Całkiem odrzuciła koc i uklękła na brzegu łoża, tak by i on mógł dobrze się jej przyjrzeć. Skwapliwie skorzystał z nadarzającej się okazji. W przeciwieństwie do Parmys nie goliła całkiem łona. Włoski porastające jej wzgórek były nieco jaśniejsze od tych na głowie. Argyros poczuł, że jego erekcja jeszcze się wzmaga.

Zrobił dwa kroki i stanął tuż przy niej. Śmiało wyciągnęła rękę, objęła sterczącego penisa i kilkakroć obciągnęła, wyrywając z ust młodzieńca ciche jęki.

– Jaki twardy… – oceniła z satysfakcją. – Ze wszystkich komplementów, jakimi mnie obsypują, ten cenię sobie najbardziej. Słowa mogą kłamać, ale on… On zawsze jest szczery.

– A co z twoją szczerością, Teklo? – spytał drżącym z podniecenia głosem.

Drugą ręką wzięła jego dłoń i poprowadziła sobie między uda.

– Przekonaj się sam.

Zanurzył dwa palce w ociekającej wilgocią dolinie. Tym razem to ona zajęczała.

Jeszcze przez chwilę pieścili się wzajemnie, coraz mocniej rozpalając swoje żądze. W końcu Argyros pchnął rudowłosą na posłanie. Upadła na plecy i zapraszająco rozwarła uda. Ułożył się między nimi, a ona znów ujęła członek i wprowadziła go w siebie. Stanowczym sztychem pogłębił penetrację. I znowu. I jeszcze raz. Każdy ruch młodzieńca wyrywał z ust Tekli namiętne westchnienia.

Adiutant wsparł się na jednym ramieniu i wyprostowawszy je, uniósł się nieco wyżej. Mógł teraz do woli sycić oczy widokiem bujnych półkul, rozkosznie drżących w rytm ich spółkowania. Uchwycił lewą pierś, zacisnął na niej palce. Opuszką kciuka potarł sutek, przekonał się, że jest twardy i nabrzmiały. Tekla nie pozostawała wcale bierna. Udami objęła mu boki. A potem zacisnęła mięśnie, otulając członek ciasnością. Argyros krzyknął ochryple. By nie skończyć przedwcześnie, spowolnił nieco pracę bioder. To pozwoliło mu nieco ochłonąć, choć wciąż balansował na granicy ekstazy.

Jednak Tekla nie miała dlań litości. Sądząc, że opada z sił, zaczęła wychodzić naprzeciw jego sztychom. Dłonie zacisnęła mu na pośladkach i przy każdym pchnięciu przyciągała mocniej ku sobie. W zielonych oczach porne zapłonął ogień, który nie mógł być chyba udawany. Patrząc w nie, Argyros porzucił wszelkie wątpliwości. Przyspieszył znowu tempo i puścił się biegiem, na sam szczyt rozkoszy. Dotarli do niego w jednym momencie, a przynajmniej tak mu się zdawało. Paznokcie Tekli wbiły się w pośladki Argyrosa, palce młodzieńca ścisnęły mocno pierś. Ich ciała przeszedł jeden, wspólny dreszcz. W ostatnim przytomnym odruchu adiutant cofnął biodra, wyrywając się z pochwy rudowłosej. Jego nasienie rozlało się po jej brzuchu oraz łonie.

Wyczerpany, osunął się na pościel u boku porne. Kiedy jej własna rozkosz już wygasła, obróciła się ku młodzieńcowi i otoczyła mu szyję ramieniem.

– Nie zapowiadało się… a jednak to była wspaniała noc, mój piękny chłopcze.

– Wspaniała – zgodził się. – Nawet nie wiesz, jak bardzo…

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miłe Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

Perska Odyseja powraca – tym razem naprawdę, a nie jako primaaprilisowy żart! I mam nadzieję – będzie się już pojawiać na NE z większą regularnością! Taki w każdym razie jest plan 🙂

Jak zawsze składam serdeczne podziękowania mojej drogiej Korektorce, Arei Athenie, a Was, moi Mili – zapraszam do lektury!

Pozdrawiam
M.A.

Wspaniały, trzymający w napięciu odcinek, Alexandrosie!
Stanowczo zbyt krótki, niestety – ale mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi niebawem! 5/5

Witaj, Miss!

Cieszę się, że udało się przekonać Cię do powrotu do komentowania – gorąco liczę, że po długiej przerwie wznowisz swoją regularną obecność na Najlepszej ! Dziękuję za entuzjastyczną recenzję, natomiast co do długości – w edytorze tekstu to 28 stron. A pisałem je co najmniej tyle samo godzin. Tobie udało się przeczytać to wszystko w 31 minut… no jak ja mam się ścigać z takim tempem lektury? 😀

Pozdrawiam
M.A.

Bardzo dobry, dynamiczny rozdział. I to na obydwu płaszczyznach fabularnych. Naprawdę, dużo się dzieje, a plastycznie przedstawione wydarzenia przyciągają uwagę czytelnika (co jest zresztą zasługą Autora – w szczególności przekonująco ukazane sceny walki). Zdziwiła mnie tylko odrobinę nieobecność Argyrosa, który w chwili, gdy wrogowie atakują, nie otrzymuje żadnych zadań i nie znajduje się w ogniu bitwy. To znaczy, odbywa inną batalię. 🙂
Pozdrawiam

Witaj, Neferze!

Dziękuję za przychylną ocenę – po kilku rozdziałach knucia i spiskowania trzeba było zdynamizować sytuację, cieszę się, że moje zamierzenie się powiodło. W następnych rozdziałach też będzie się sporo działo – wszystkie figury są już rozmieszczone na szachownicy, teraz pora zacząć kolejne bicia, szachowania, a w końcu – jedna strona musi drugiej dać mata.

Co się tyczy nieobecności Argyrosa na polu bitwy – młodzieniec jest adiutantem Kassandra, ale nie jego giermkiem. Jego obecność przy boku generała nie jest konieczna, jeśli akurat ma pilniejsze zadania gdzie indziej. Kassander wyruszył w bój razem z Tesalami – w nadziei, że dopadnie Jutab. Miał więc wokół siebie wielu sprawnych żołnierzy, którzy mogli pełnić rolę jego przyboczych (inna sprawa, czy się z tego wywiązali). Argyrosowi kazał znaleźć Dioksipposa i powierzyć mu dowództwo pod swoją nieobecność. Najwyraźniej było to dla niego istotniejsze, niż jeszcze jedna włócznia w walce.

Poza tym pamiętaj, że rany młodzieńca odniesione w nocnym szturmie wciąż się nie zagoiły – co obniżało jego sprawność bojową.

Pozdrawiam
M.A.

Po pół roku niecierpliwego oczekiwania wracamy pod Pasargady – i od razu trafiamy w oko cyklonu. Później jest gorzej, a jeszcze później jest jeszcze gorzej 😉

Zaś cały rozdział kończy się tak dramatycznym cliffhangerem, że jeśli szanowny Autor każe nam czekać dłużej niż miesiąc na kolejny rozdział, to rzucę go świnkom morskim* na pożarcie! 😉

* Nie żadnym kawiom domowym, tylko prawdziwym świnkom morskim. Kawie to mięczaki! 😉

Witaj, Ateno!

Obiecuję tym razem nie trzymać Czytelników tak długo w niewiedzy, jak mi się to zdarzało ostatnimi czasy. I tak miałem zamiar wrócić do regularnych publikacji (jak mi się wydaje twórcze zaparcie już mi przeszło 🙂 ), ale Twoja groźba nakarmienia mną świnek morskich (a nie jakichś tam kawi domowych) jeszcze bardziej mnie do tego przekonała 🙂

Tym bardziej, że wydarzenia pod Pasargadami nieubłaganie zmierzają w stronę kulminacji, a potem przesilenia! Już niedługo 🙂

Pozdrawiam
M.A.

No, już myślałem że nie dożyję następnego odcinka Megasie 😀 . Tekst jak zwykle świetny ale drogi Megasie nie mogę się doczekać aż poznamy wreszcie króla i inne macedońskie sławy 🙂 . Aha, no i nie byłbym bym sobą gdybym o coś nie zapytał. Tym razem padnie na scenę z Teklą i Argyrosem. Chodzi mi tu o stosunek przerywany. Czy klienci pornai rzeczywiście przejmowali się takimi, że tak to ujmę błachostkami? Czy może zbyt wiele filmów pornograficznych miało wpływ na taki a nie inny, nomen omen, finał?

Z góry dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam Cię Megasie!

Salve, Kraterosie!

Mam nadzieję, że dożyjesz jeszcze wielu odcinków Perskiej Odysei, które postaram się oddawać szybciej! Wiem, wiem, zdaję sobie sprawę, że już nie raz to deklarowałem, ale czuję, że wraz ze znoszeniem epidemicznych ograniczeń odblokowała się też moja kreatywność. Możliwe, że już niedługo trafimy też z Kassandrem na dwór Aleksandra.

Co zaś się tyczy Tekli i Argyrosa. Choć niektóre sceny erotyczne, które piszę, mogłyby się wydawać żywcem wyjęte z filmów porno (wydepilowane wzgórki łonowe, widowiskowe wytryski bohaterów), zapewniam, że dokładam starań, by jednak były wiarygodne w kontekście tego, co wiemy o greckiej starożytności.

Jak podaje Paul Carrick w książce Medical Ethics in Ancient Greece: “As has been suggested, ancient medical science neither knew nor communicated any truly reliable contraceptive methods. It is generally agreed that the most effective and widely used method available was coitus interruptus” (str. 120-122). https://books.google.nl/books?id=vcj1hq1nFWsC&printsec=frontcover&vq=infanticide+in+ancient+Greece&hl=pl#v=onepage&q&f=false

Oczywiście obok stosunku przerywanego stosowano wiele innych metod, od paranaukowych jak zalecany przez Arystotelesa olejek cedrowy (czasem, co zaskakujące, wykazujący pewną skuteczność pomimo błędnych założeń, z których wyszedł wielki filozof) po czysto magiczne, np. chroniące przed zapłodnieniem amulety.

Wiemy z wcześniejszych Opowieści helleńskich, że choćby Kassander korzystał z tej metody, by uniknąć zapłodnienia którejś ze swych licznych konkubin w Koryncie. A czemu Argyros posuwa się do tego ze zwykłą porne? Cóż, to w gruncie rzeczy dobry chłopak i najwyraźniej nie chce przysparzać jej kłopotów 🙂 Antyczni Grecy mogli być kompletnymi ignorantami w kwestii antykoncepcji, ale byli świadomi, jakie niebezpieczeństwa wiążą się z ówczesnymi metodami aborcji. Więc generalnie raczej starali się uniknąć problemu, niż potem go – w ryzykowny sposób – rozwiązywać.

Pozdrawiam
M.A.

Dziękuję Ci Megasie za odpowiedź. Od dawna mnie fascynuje starożytność ale kiedy czytam fora historyczne albo twoje odpowiedzi na moje pytania to ogarnia mnie smutek, że wiem mniej niż sobie wyobrażam 🙂 . No cóż chyba pora zacząć czytać książki na ten temat, a nie opierać swoją więdzę o wikipedie i artykuły pisane dla sensacji. Ale nie mogę sobie odmówić jeszcze jednego pytania 🙂 . Mam nadzieję, że nie masz mnie dość 😀 . Mianowicie, w jaki sposób żołnierze, niekoniecznie macedońskiej armii chociaż ona mnie najbardziej interesuje przechowywali swój dobytek? O co mi chodzi. Czy kiedy nazbierali łupów, otrzymali żołd to sami musieli się troszczyć o jego transport i o zabezpieczenie przed kradzieżą czy może było miejsce gdzie mogli swój dobytek bezpiecznie przechować? Bo wydaje mi się, że moje wyobrażenie Jazona ciągnącego swoje ogromne łoże jest dalekie od prawdy 😛 .

P.S. Trochę niepokoi niewielka liczba komentarzy pod najnowszymi odcinkami. Nie wiem jakie są statystki przeczytań ale mam nadzieję, że mała liczba interakcji nie zniechęci cię do kontynuowania przygody Kassandra. Bo inaczej parafrazując Liama Neesona z Uprowadzonej: “Znajdę cię i zmuszę do napisania reszty historii” 😀

Kraterosie,

zdecydowanie zachęcam do czytania książek historycznych – począwszy od dzieł bardziej przekrojowych, po monografie skupiające się na konkretnym wydarzeniu/mieście/aspekcie starożytności. Jeśli chodzi o początek poszukiwań, polecam monumentalną, trzytomową “Historię starożytnych Greków” Ewy Wipszyckiej i Benedetto Bravo. Wiem, że niełatwo znaleźć tom I, traktujący o epoce archaicznej (chyba najłatwiej na jakiejś aukcji na Allegro), ale tom II (epoka klasyczna) i III (epoka hellenistyczna) zostały ostatnio ponownie wydane i są szeroko dostępne. W dodatku świetnie się je czyta.

Odpowiadając na Twoje pytanie: pamiętajmy, że sytuacja polegająca na tym, że armia była “w polu” przez dłuższy okres czasu, sięgający lat lub dziesięcioleci, należała w czasach antycznych do rzadkości. Większość państw nie miało nawet stałej armii, pospolite ruszenie zwoływano, gdy zaszła ku temu potrzeba.

Macedonia Filipa i Aleksandra należała jednak do tych nielicznych krajów, które stworzyły stałą, zawodową armię (przynajmniej częściowo – nie do końca wiemy, jaki status miały formacje sprzymierzonych, np. Traków, Ilirów itd.). Tym niemniej za czasów Filipa oddziały (formowane na bazie regionalnej) wojowały przez kilka miesięcy, po czym wracały na swoje “leża zimowe” gdzie mogły spędzić nieco czasu. Stosunkowo łatwo było więc sprowadzić łupy do domu, zresztą poza szczególnymi przypadkami, jak zdobycie jakiegoś większego miasta, nie było ich zapewne zbyt wiele.

Czasy Aleksandra wszystko zmieniły. Armia wyruszyła z królem na wieloletnią kampanię, toczoną setki, a potem tysiące kilometrów od Macedonii. Praktycznie całe pokolenie opuściło swą ojczyznę – i jedynie nieliczni do niej powrócili. W dodatku kampania ta była niezwykle dochodowa. W jej trakcie zdobyto mnóstwo miast, twierdz, obozów wrogich wojsk. A zatem łupów było sporo. A nawet bardzo dużo.

Jak sobie z nimi radzono? Najpewniej wożono ze sobą. Zapewne największą popularność uzyskiwały zatem przedmioty złote czy kamienie szlachetne, kosztowne, a stosunkowo lekkie. Zrabowane bydło pędzono za wojskiem (i zjadano podczas postojów). Większych i bardziej kłopotliwych ruchomości oraz pochwyconych niewolników pozbywano się – za armią ciągnęła druga armia złożona z kupców, którzy kupowali wszystko, czego pozbywali się żołnierze – zapewne płacąc za to stosunkowo niską cenę, bo łupów było w bród, co musiało powodować spadek ich rynkowej wartości.

Czasem nadarzała się okazja do przetransportowania majątku do ojczyzny. Aleksander kilka razy podczas kampanii wysyłał część Macedończyków do ojczyzny “na zimę”. Chodziło o to, by wrócili oni do domów i nieco podreperowali siły, a tak naprawdę – spłodzili ze swymi żonami kolejne pokolenie. Macedonia nie była ludnym krajem i należało się zatroszczyć o podtrzymanie jej populacji – zwłaszcza, że całym rocznikom młodych ludzi groziło, że pozostaną w perskiej ziemi. Wtedy tacy powracający weterani mogli zostawić przy okazji w domu nie tylko brzuchate żony, ale i zgromadzony łup 🙂

Tak czy inaczej, majątek żołnierzy rósł i kumulował się. Tym bardziej, że po śmierci Aleksandra większość jego żołnierzy wcale nie wróciło do ojczyzny – wojny wybuchły między jego generałami. Armie były w polu nie przez rok, dwa, czy siedem, ale przez piętnaście, dwadzieścia lat. Weterani, którzy tyle spędzili w ruchomych miastach, w jakie przekształcały się obozy wojskowe, zdołali zgromadzić olbrzymi majątek – który nie za bardzo mieli jak w bezpieczny sposób pozostawić. Nie istniały przecież instytucje bankowe, którym można było pozostawić swoje środki (poza paroma świątyniami, które świadczyły takie usługi – ale one pozostały w Helladzie).

Przynajmniej raz w historii ten zgromadzony łup przyczynił się do upadku jednego z wodzów Aleksandra i wyniesienia innego. Podczas wojny między Antygonem Jednookim i Eumenesem z Kardii stoczona została bitwa pod Gabiene (315 rok p. n.e.). Eumenes wygrał ją, bo po jego stronie walczyły Srebrne Tarcze – falanga złożona z weteranów, którzy służyli jeszcze pod Filipem i Aleksandrem. Jednak w trakcie bitwy żołnierze Antygona pochwycili tabory armii Eumenesa i zdołali je odciągnąć w bezpieczne miejsce. W taborach tych znalazł się cały majątek Srebrnych Tarcz – zgromadzony przez prawie dwadzieścia lat ciągłego wojowania i łupienia. Chcąc odzyskać dorobek swego życia Srebrne Tarcze weszły w tajemne rokowania z Antygonem. Warunkiem oddania łupu było: wydanie Eumenesa.

Żołnierze Srebrnych Tarcz momentalnie zapomnieli o lojalności wobec Eumenesa. Pochwycili swego wodza i oddali go nieprzyjacielowi, w zamian za swoje skarby. Tak zakończyła się Druga Wojna Diadochów, w wyniku której Antygon został władcą niemal wszystkich podbitych przez Macedończyków posiadłości w Azji. A wszystko przez ciągnięty za wojskiem, skumulowany przez dekady łup.

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Podejrzewam, że spore odstępy czasowe między publikacją kolejnych rozdziałów Perskiej Odysei mogły zniechęcić niektórych Czytelników. Inni mogli popaść w apatię spowodowane naszą pandemiczną rzeczywistością – sam odczuwałem spore problemy z pisaniem i czytaniem w tych trudnych miesiącach. Cóż, mogę tylko liczyć, że fani Opowieści helleńskiej i Perskiej Odysei powrócą – i robić swoje. Oczywiście liczę, że nie sprawią mi zawodu 🙂

Jak zawsze kawał dobrej roboty!

Megasie czy zaglądasz czasem na pocztę? Czy zmieniłeś adres?

Witaj, Daeone!

Dzięki za miłe słowa! Odpowiedziałem Ci już na Twojego maila. Wybacz kilka dni zwłoki.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz