Na pięciolinii życia (MRT_Greg) Brak ocen

22 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 26 października 2015 roku.

* * *

Cheri, cheri lady
Going through a motion
Love is where you find it
Listen to your heart.

Dobiegło od strony magnetofonu. Czym prędzej założyłem słuchawki stereofoniczne na uszy. Trochę się mocowałem z kablem, poskręcanym jak wąż cierpiący na rozwolnienie. Przez chwilę słuchałem piosenki, wyobrażając sobie, jak tańczę z moją ukochaną lejdi. Gdy tylko piosenka się skończyła, nim usłyszałem pierwsze słowa spikera, prędko zdjąłem słuchawki z uszu, zerwałem się z łóżka i dopadłem biurka. Ołówek był na miejscu. Szybki szkic, potem kolor naniesiony kredkami i po niecałych pięciu minutach wybranka mojego serca jak malowana. Zgiąłem dół kartki i postawiłem obok pozostałych, opartych o ścianę. Były niemal identyczne i każdy przedstawiał tę samą dziewczynę, co w tym okresie nie było takie oczywiste. Ale ja byłem stały w uczuciach. Zresztą… miałem zamiar jej to udowodnić już następnego dnia. Miała bowiem urodziny, podczas których chciałem jej dać mój superfajny prezent, który zamierzałem kupić jutro w mieście. Trzeba było tylko namówić mamę, by się tam wybrała. Jazda autobusem jakoś nie bardzo mnie pociągała. Dobra. Jakoś to będzie.

Niestety, nie wszystko wówczas poszło po mojej myśli. Mama nie dała się namówić. Urodziny, zamiast u Moniki w domu, jej mama zorganizowała w szkole, której zresztą była dyrektorką. Zamiast więc romantycznej, kameralnej imprezki zrobiło się disco, na które zwaliła się cała chmara dzieciaków z okolicy. Żeby jeszcze bardziej mi utrudnić zadanie wyznania mych uczuć (a przecież miałem już gotowy plan: kochamy się, bierzemy ślub i mieszkamy u moich rodziców na piętrze – czyż mogło być coś lepszego?), zaraz na wstępie Monia postanowiła przyjmować prezenty. Nim dopchałem się do kolejki, przede mnie wrąbał się Marcin Chechra z 7b. W zasadzie to on już dawno powinien był skończyć szkołę, wąs mu się sypał, miał rozrośniętą klatę i palił papierosy. Krótko mówiąc: dorosły facet.

Monia pisnęła z radości. Podskakiwała, trzymając w ręku białego misia wielkości piłki do nogi. Skrzywiłem się. Że też sam na to nie wpadłem.

Biały miś, biały miś,
Dla dziewczyny, aha
Którą kocham i kochać będę wciąż…

Zabawa się zaczęła. Monia, zapomniawszy o reszcie prezentów, ruszyła do tańca, trzymała za ręce Marcina i wirowała po sali do w-fu. Z marsową miną przestępowałem z nogi na nogę w kącie obok skrzyni. Prezent położyłem na wierzchu, mając nadzieję, że spadnie za kaloryfer i nikt nie zobaczy, jakie beznadziejne dziadostwo jej przyniosłem. Wszystko przez mamę. Weź dukaty (czekoladowe, owinięte w złotko z symbolem dolara), na pewno się spodoba, dziewczyny lubią takie świecidełka. No dobra, przyznaję. Część zżarłem po drodze, ale dokupiłem gum Turbo i było super. Było do bani. Choć wtedy nie znałem tego słowa. Znienawidziłem ją. Monię oczywiście. Mamę kochałem bezgranicznie.

Właśnie zamierzałem cichcem opuścić salę, gdy tanecznym krokiem doskoczyła do mnie Fifi. Nie chciałem z nią tańczyć, ale ona nie puszczała. Dobra, jeden utwór.

Gdy minęła siódma, siedziałem z Fifi w kącie za materacami i wpatrzony w jej ledwie widoczny profil, czułem, jak moje serce ponownie zaczyna bić szybciej. Jej kocie ruchy, śmiech i to, jak zabawnie wymawiała moje imię, sprawiały, że moja miłość do Moni została całe lata świetlne w tyle. Zakochałem się w Fifi.

Brzęk na sali. Zerwaliśmy się. Fifi odwróciła głowę w moim kierunku. Stanąłem prawą nogą na piłce lekarskiej i poleciałem do przodu. Nie było innej opcji. Runęliśmy z powrotem na materac. Moje usta znalazły się na jej ustach. I w chwilę potem, gdy poznałem smak pierwszego pocałunku, dostałem pierwszy raz z liścia. A zaraz potem zostałem wyśmiany przez tłoczące się w półokręgu dzieciaki. To już akurat nie pierwszy raz. Fifi wygramoliła się znacznie szybciej i ruszyła raźno w kierunku wyjścia, goniona śmiechem chłopaków.

Zakochana para, Jacek i Barbara.

Fifi, czyli Mariola, nie była Barbarą – ani ja nie byłem Jackiem. Mimo to od tej pory byliśmy niemal nierozłączni. Tylko konieczność powrotu do domu przed zmrokiem sprawiała, że przez te kilka godzin musieliśmy żyć w separacji. Aha, no i w czasie zajęć lekcyjnych. Fifi chodziła już do ósmej klasy, ja rok niżej, co jednak żadnemu z nas nie przeszkadzało. Spacerowaliśmy poza szkołą, trzymając się za ręce, biegaliśmy jak szaleni po mokrych łąkach, wspinaliśmy się na drzewa w lesie. Tam wymyśliliśmy zabawę w spadochroniarzy – po wejściu na szczyt cienkiego drzewa, puszczaliśmy je nogami, w następstwie czego drzewko powoli gięło się ku ziemi. Frajda była nieziemska, do czasu aż przyłapał nas któryś z właścicieli lasu i pogonił gromkim: Kurwa, wypierdalać, gówniarze! Że niby łamaliśmy drzewa. No dobra, czasem któreś pękło i lądowaliśmy boleśnie na tyłku. A wieczorem spotykaliśmy się na łąkach, gdzie zagrzebani w stogu siana poznawaliśmy siebie nawzajem.

Słodkie dzieciństwo bez tajemnic. Bez wiedzy też, to prawda. Chociaż Fifi była dorosła. Miała śniadą cerę, charakterystyczną dla jej cygańskiej rodziny. W jej wieku dziewczynki wychodziły już za mąż i nie było to nic bulwersującego. Niemniej ich mężowie zazwyczaj byli nieco starsi niż ja wówczas. A mój organizm dopiero rozprawiał się z pierwszymi falami dojrzewania. Łomotanie serca na widok jej zaokrąglonych piersi pod flanelową koszulką było najłagodniejszą reakcją organizmu. Najczęściej, gdy całowałem jej mięsiste usta, wdychając zapach lata, ziół i jej młodości, krewetka poniżej mojego pasa stawała się pytongiem rozrywającym rozporek. Nigdy się jej do tego nie przyznałem. Podobnie jak do systematycznego walenia konia po każdym spotkaniu, bo inaczej musiałbym wracać z namiotem do domu, co nie było ani wygodne, ani przyjemne.

Nasze chodzenie skończyło się niestety wraz z jej wyjazdem do dziadków w Rumunii. Zostałem sam. W drugim miesiącu wakacji pojechałem na kolonie do Międzyzdrojów. Snułem się tam z kąta w kąt, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Gdy któregoś razu na dyskotece jakaś dziewczynka chciała ze mną zatańczyć, odtrąciłem ją bezmyślnie. Zyskałem przydomek odludka i dziwaka. W sumie było mi z tym nawet wygodnie. Co noc śniłem o mojej Fifi. Budując zamki z piasku, spacerując po wydmach, wyobrażałem sobie, że jest ze mną, że trzymamy się za ręce i biegnąc po falach, łapiemy wiatr we włosy.

Plaża, dzika plaża, morze dookoła…
Z wysokiego brzegu wieczór mewy woła…
Twarz przy twarzy, dłonie w dłoniach…
Przytuleni, zamyśleni, zakochani
idą brzegiem ku jesieni.

– Gdzie mi tu? Uważaj!

Ale było już za późno. Jej stopa utknęła dokładnie pośrodku zamku wysokiego. Mało tego: przewracając się, zdemolowała cały pałac królewski, ostrokół wokół grodu oraz część zewnętrznego bastionu obronnego. Wpadła w głęboką fosę z nogami zadartymi ku górze. Gdy już miałem zamiar wyrazić swój niepomierny gniew z powodu zniszczenia najwspanialszej budowli, której poświęciłem blisko trzy dni kolonii, na głowę spadł mi kolorowy latawiec, a za nim zwój sznurka. Zaplątany, zamiast spokojnie zdjąć z siebie niechcianą uprząż, kopnąłem nogą. Zahaczywszy o resztki wieży, wywinąłem orła tuż obok pierwszego dewastatora. Usłyszałem chlipanie. Odsunąłem potargane resztki materiału zabawki i ujrzałem anioła. Upadłego – żeby nie było. Upadł dokładnie na mój zamek, na moje pojemniczki służące do budowy co większych obiektów, na kanapki z drugim śniadaniem i na zeszyt z rysunkami. Upadł też na moje serce.

Trzymała się za nadgarstek, wykrzywiając w grymasie usta. Złość szybko mi przechodziła. Czym prędzej pomogłem jej wstać i, wydostawszy się spomiędzy zwojów sznurka, zaprowadziłem do kolonijnej pielęgniarki. Patrzyłem, jak kobieta bada rękę dziewczyny, następnie smaruje jakąś maścią i owija bandażem. Opierając się o drzwi, nieświadomie uchyliłem je nieco.

– Nic ci nie będzie. – Uspokoiłem się, słysząc słowa kierowane do dziewczyny. – To tylko stłuczenie. Ale zanim cię wypuszczę, muszę jeszcze odkazić te zadrapania na nogach. Gdzie ty się tak urządziłaś? Przeciskałaś przez jeżyny czy co? A ty tu czego?!

Ledwie umknąłem przed gąbką rzuconą w moim kierunku. Patrzyłem jednak dalej przez szybę, jak pielęgniarka przemywa rany na jej nodze. Widziałem, jak od czasu do czasu dziewczyna zaciska palce na prześcieradle kozetki. W pewnym momencie rozchyliła szerzej usta. Chyba krzyknęła, bo pielęgniarka szybko się podniosła i uspokoiła ją. Pomogła jej zejść z leżanki i podprowadziła do drzwi.

– No dobra – usłyszałem w momencie otwierania drzwi – przyjmijmy, że wierzę, że on cię uratował.

Groźne spojrzenie pielęgniarki nie wróżyło niczego dobrego. Starałem się jak najszybciej zejść jej z oczu.

– Dziękuję – usłyszałem po wyjściu z gabinetu. – Przepraszam, że zniszczyłam ci twój zamek.

– Nic się nie stało – machnąłem ręką i zaszurałem butami. Rysa w piasku ułożyła się w kształt serca. Czym prędzej ją zamazałem. – Zbuduję następny.

– Naprawdę? – wykrzyknęła – A mogę ci pomóc?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Z jednej strony bardzo chciałem, bo mi się strasznie podobała i jej bliskość sprawiała, że zacząłem wreszcie odczuwać istnienie słońca. Z drugiej strony… baba na budowie?! Zaraz będzie chciała przyozdabiać muszelkami, wodorostami i na końcu zażyczy sobie ogrodu obok pałacu. W moich militarnych założeniach nie było miejsca na takie dziwactwa.

– Dobra – odrzekłem – ale budujemy według mojego planu.

– W porządku – uśmiechnęła się promiennie.

Oczywiście, że w porządku. Sprzeciw byłby nie do przyjęcia.

– Ale dziś już późno. Zobaczymy się jutro? Tam gdzie budowałeś?

– Dobrze. – Byłem zadowolony, że nie muszę daleko drałować.

Następnego dnia, tuż po śniadaniu, apelu i wysłuchaniu szeregu durnych przykazów, popędziłem prosto na plażę. Nie było jej. Siadłem zniechęcony, po czym uświadomiłem sobie, że w zasadzie to nie umawialiśmy się na konkretną godzinę. Pewnie będzie po południu – mruknąłem zniechęcony.

Patykiem wyrzuconym przez nocny przypływ zacząłem rysować fantasmagorie na piachu. Po godzinie wyłonił się spośród nich zarys ogromnego urbanistycznego założenia. I właśnie miałem zetrzeć połowę projektu, gdy usłyszałem pełne zachwytu:

– Łaaa…!

Odwróciłem się zaskoczony, ale i szczęśliwy. Przyszła. Wygląda jeszcze piękniej niż wczoraj. W zwiewnej sukience, przez która przezierał jej kostium kąpielowy. Wodna nimfa otulona w szatę z morskiej piany. Moje serce znów zabiło mocniej, a wspomnienie szkolnej miłości znikło w jednej chwili.

Zamek zbudowaliśmy wspólnymi siłami oraz z pomocą jej rodziców, z którymi spędzała wakacje nad morzem, w niespełna cztery dni. Wieczorem w trakcie inauguracyjnego otwarcia, na które, za namową jej rodziców, zaprosiłem inne dzieci i opiekunów z kolonii, jej tato wygłosił mowę, po której z odludka stałem się kimś naprawdę ważnym. Było tam coś o mistrzostwie, projekcie, architekturze, ponadczasowości, tradycji i szeregu innych, mało dla mnie zrozumiałych rzeczy. Niemniej wszystko to było niczym w porównaniu z wieczorem, który spędziłem z nią po zakończeniu uroczystości. Siedzieliśmy przytuleni na molo i co chwila się całowaliśmy, połykając nawzajem. Poznałem smak jej języka i warg, jej policzków, szyi i płatków uszu. Poczułem jej gorący oddech na mojej twarzy i ciepło dziewczęcego ciała. Jej dłonie pieszczące mnie po głowie, szyi i ramionach. Gładkość jej ciała i ciężar młodych piersi. Byłem szczęśliwy. Gdy żegnaliśmy się wieczorem, sięgnęła do torebeczki i wyciągnęła z niej króliczą łapkę.

– To na szczęście – rzekła cicho. – Mi zawsze pomagała.

Przyjąłem z wdzięcznością, choć nie miałem nic w zamian do zaoferowania. Postanowiłem zatem, że następnego dnia zabiorę ją do lunaparku, który rozłożył się niedaleko, i ustrzelę jej jakiegoś misia.

Lubię nosić buty z wielkim czubem
Moje długie włosy to jest coś, co lubię
Lubię pić piwo i palić skręty
Ale nie, nie ucieknę stąd.

Plany mają to do siebie, że lubią się spierdolić w najmniej oczekiwanym momencie. Po mojej kolonijnej miłości z czasów podstawówki zostało tylko wspomnienie. Anioła, który wyzwolił mnie z okowów niespełnionej miłości, tego pamiętnego wieczoru widziałem po raz ostatni. Następnego dnia nie zastałem jej w ich domku letniskowym. Wyjechali – rzekł ogrodnik, nie chcąc tłumaczyć powodu.

Wróciłem do domu, wkrótce potem wyjechałem do miasta. W liceum poznałem nowe koleżanki, nowych kolegów. A że byłem ze wsi, co wówczas miało mocno pejoratywne znaczenie, znów byłem odludkiem i dziwakiem.

W drugiej klasie liceum pojechałem z klasą w góry. Miało to się nazywać obóz integracyjny. Nie wiem, kto miał się integrować – na pewno nie nauczyciele z uczniami. Ci już sami zadbali o odpowiednią oprawę. Gdy o północy jeden z mniej nawalonych kolegów zaczął jeździć na mokrej szmacie po wyłożonym linoleum korytarzyku, nauczycielka pełnym bólu głosem oznajmiła, że dzwoni na policję.

– Dajcie jej Centertela! – zadudnił gdzieś głos z boku. Ryk śmiechu przetoczył się przez kolibę. Baca wyszczerzył pożółkłe zęby, po czym polał samogonu.

Kompletnie pijany wylądowałem w łóżku obok Agnieszki Polko – córki tego senatora, o którym chyba nie muszę wam mówić. Niecierpliwymi dłońmi pozbyliśmy się ubrań, po czym bez zbędnych ceregieli wepchnąłem swojego, nie całkiem stwardniałego penisa między jej wargi sromowe. Dopiero po kilku ruchach lędźwiami stał się na tyle sztywny, że nie musiałem pilnować go ręką. Uniosłem do góry jej nogi i wbiłem się z całej siły. Jej jęk dołączył do chóralnego skowytu innych dupczących się w tym samym czasie par. W wysoki pisk co chwila wbijał się niski, basowy pomruk Cześka rżniętego przez Maćka.

Istnienie dwóch pedałów w tej samej klasie było mocno zauważalne. Stop. Teraz powiecie: gejów. Wtedy to były pedzie i nikt się nie obrażał. Nie było gender, srendel, równouprawnienia, odmienności, tolerancji płci. Byli za to pedzie lub homosie, były lesby i inne trudne do określenia dziwaki, którzy również nie obrażali się za nazwanie ich zbokami. W Berlinie odbywała się techno-impreza zwana Love Parade pod hymnem Love 2 Love, a w kraju wciąż królowały IRA, Kult, Piersi oraz inne zespoły rockowe i punkowe. Polska trawka, polski klej, polska hera, polski żywiec i polska wyborowa. Z importu. Kto brał, ten brał. Mnie nie wciągnęło. Może dlatego, że wystarczała mi sama trawka, by mieć spoko odjazd.

Wtedy na wyjeździe w górach główną rolę rozpizgacza przyjął samogon gazdy. Postawił emaliowaną bańkę na stole w zamian za dupę Doroty. Później każdy musiał oddać swój dług. W naturze. Dora lubiła się dupczyć. Gdyby mogła, to spędzałaby całe dnie z rozłożonymi nogami albo wypiętymi pośladkami, pozwalając chłopakom na swobodny wjazd w jej piczę. Gazda swoje wziął szybko. Dora nawet podobno nie poczuła mrowienia na sutach, gdy trysnął jej na plecy. Potem jeszcze jakiś czas pił z młodzieżą, aż w pewnym momencie stracił kontrolę nad tym, co się dzieje. A było tego… Cała noc chlania, dupczenia, chlania, rozrabiania, dupczenia, chlania, rzygania, kpienia z nauczycielek, które koniec końców zamknęły się w swojej izbie, chlania, dupczenia, rzygania…

Gdy rano, zmęczeni jak świnie po wiosennej rui, ruszyliśmy na Babią, gazda zastał chałupę całą w ogórkach, chipsach, na wpół przetrawionych jogurtach i kiełbasie. Żeby przejść do kuchni, musiał odgarnąć dziesiątki puszek po piwie, butelek po wódce i uważać żeby nie przykleić się do jakiegoś kondoma. Te zresztą wisiały w każdym możliwym miejscu. Współczuję mu mycia izby, w której „spaliśmy”. Zmycie spermy z drewnianej porowatej ściany zapewne nie było łatwe. Najprościej w sumie byłoby mu odkryć dach i pozwolić jakieś nawałnicy przemknąć przez wnętrza.

Mimo upojnej nocy z koleżanką, po której notabene obudziłem się z czyimś kutasem na ryju, nic się nie zmieniło w moich stosunkach z ludźmi. Nadal byłem odmieńcem. Chuj wam w dupę – myślałem sobie wtedy. Zapuściłem włosy, zacząłem jarać marlboro, ubierałem się na czarno i brzdąkając na gitarze wieczorem na Plantach, zbierałem na skórzane spodnie. Miast nich kupiłem glany, pod koniec trzeciej klasy ściąłem włosy po bokach, zafarbowałem i zacząłem wagarować. Ledwie przeszedłem do następnej klasy.

W wakacje uciekłem z domu. To było ostatnie lato punkowego Jarocina. Niewielu wie, jak mocno odcisnął on swoje piętno na psychice ówczesnej młodzieży. Ta dynamiczna i agresywna muzyka stała się dla mnie odskocznią od kretyńskiej, zniewolonej regułami rzeczywistości, jarzma narzucanego wciąż przez rodziców, nauczycieli i innych dorosłych. Mogłem robić, co chciałem. Paliłem trawkę, hektolitrami piłem piwo i dupczyłem się z każdą napotkaną dziewczyną. A festiwal sprzyjał temu w stu procentach. Przestałem zwracać uwagę na imiona. Odkryłem za to w sobie pasję do poznawania cipek. Byłem zaskoczony ich różnorodnością, wielkością warg czy szybkością reakcji na bodźce. Nauczyłem się wtedy, że język w procesie dogadzania pełni równie ważną jeśli czasem nie ważniejszą rolę niż kutas. Czasami było to wręcz nieodzowne, gdy nawalony jak bela nie byłem w stanie doprowadzić chuja do erekcji. Pozostawał język i palce. I śniada picza z wnętrzem różowym jak majtki nauczycielki geografii z podstawówki. Gdy trzeciego poranka z rzędu obudziłem się wtulony w śniadoskórą niunię, stwierdziłem, że przestaję wierzyć w przypadki. Znając już dolne partie jej ciała, postanowiłem poznać resztę.

Twarz była dziwnie znajoma.

We’re breaking the rules
Ignore the machine
You won’t ever stop this
The chase is better than the catch!

Fifi. Kochana słodka Fifi. Teraz już dorosła, młoda kobietka o pełnych, acz nadal niewielkich piersiach, talii, którą można było swobodnie złapać bez obawy, że połamie się jakieś kostki, kształtnej pupie i nogach, które chciałoby się, by nigdy się nie kończyły. Gdy owego pamiętnego dnia podniosłem głowę i spojrzałem na nią przekrwionymi oczami uznałem, że to musi być najwyraźniej jakiś znak. Spała z otwartymi ustami i włosami rozrzuconymi w nieładzie na mojej skórzanej kurtce. Jedną ręką nakrywała nagą pierś, druga niknęła gdzieś w bałaganie namiotu. Nogami ściskała mój śpiwór. Lekko pochrapywała, co chwila mrucząc coś niezrozumiale.

Powoli wysunąłem się z namiotu. Co rusz się zataczając podążyłem w kierunku budki z kebabami. Po drodze zahaczyłem o toi-toie, jednak z wiadomych względów do środka nie wszedłem. Oparty o plastikową zabudowę sikałem po prowizorycznym ogrodzeniu, bacząc tylko, by nie pod wiatr. Rześkie powietrze ocuciło mnie na tyle, bym doczłapał do fastfooda. Sprzedawca podał mi rozpaćkaną bułkę z czymś, co przypominało kotlet, ale chyba, kurwa, ze szczura! Zastanawiałem się, kiedy mi spierdoli z kanapki. Kawa w plastikowym kubku parzyła palce, udało się jednak trzy czwarte donieść na miejsce.

Zamek namiotu był zapięty po szczyt. Zacząłem go rozpinać, gdy usłyszałem melodyjne:

– Wypierdalaj stąd!

Kochana Fifi. Mruknąłem, że to ja, po czym pokazałem dłonie, w których trzymałem śniadanie. Odebrała jedzenie i pozwoliła, bym wsunął się do namiotu. Zagapiłem się na nią. Dopiero po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak. Spotkaliśmy się spojrzeniami.

Zapomniała o kanapce, o kawie, o chłodzie przenikającym przez cienki materiał namiotu. Wyskoczyła spod śpiwora, którym zdążyła się nakryć podczas mojej nieobecności i wpadła mi w ramiona. Tuliłem ją bez słowa, pieszcząc jej ciało, zjeżdżając dłońmi coraz niżej, aż oparłem je na jej mocnych udach. Przełożyła nogi ponad moimi biodrami i przysunęła się bliżej. Jej srom, już wilgotny, otwierał się równie pożądliwie co jej usta, pragnące moich pocałunków. Zatopiłem się w niej. Mój język błądził po jej podniebieniu, penis penetrował ciasną pochwę. To ona nadawała tempo. Oparta dłońmi o moje uda pocierała kroczem o moje podbrzusze, zataczała niewielkie kręgi, dzięki czemu zwiedzałem każdy zakamarek jej wnętrza. Raz po raz zaciskałem dłonie na jej pośladkach i wtedy z jej ust wyrywało się głębokie westchnienie. W pewnym momencie przez jej ciało przebiegło drżenie, a zaraz potem zaskoczony skonstatowałem zaciskające się na moim członku mięśnie jej pochwy. To już? – przemknęło mi przez myśl. Dotychczas to ja pstrykałem w niunie, zanim one same osiągały orgazm. Fifi zacisnęła mocno oczy. Równie mocno co swoją szczelinkę. Ja też chciałem to przeżyć. Spojrzałem na jej drobne piersi, zamknąłem je w swoich dłoniach, po czym ścisnąłem mocno jak dwie świeże bułeczki. Jęknęła ponownie. Na chwilę rozluźniła się, raz czy dwa razy nabiła na mój sztywny pal, po czym ponownie zacisnęła z całą mocą swoich lędźwi. Tyle mi wystarczyło.

W 1998 roku mieszkałem sam we własnym mieszkaniu odziedziczonym po dziadku. Na pożyczonym od starych telewizorze śledziłem losy paszportu Polsatu, obok telefonu leżała kartka z numerem telefonu, zaczynającym się od 0-700 z napisem Lola. Mój współlokator, któremu wynajmowałem jeden pokój, zafascynowany postępem technologicznym, z radością instalował sobie Windowsa 98 oraz z uwagą śledził doniesienia o starcie nowej platformy, zwanej Google.

Skróciłem włosy tak, że sięgały mi ledwo ramion. Nadal goliłem głowę po bokach, dodatkowo skracając nieco pas pośrodku. Swoisty double irokez miał być na długie lata moją wizytówką. Nie mam pojęcia, na ile byłem prekursorem nowej mody, która miała coraz więcej postaci. W Polsce nastała epoka techno. I disco polo. Ale to akurat uwielbiał mój stary. Ja zaś ubrany w srebrne spodnie z materiału gumopodobnego, koszulkę w oczojebnym odcieniu zieleni, różowych trampkach i postawionym na cukrze – a jakże! –double czubie bulwersowałem ludność mojego miasta. Niedługo. Wkrótce zaczęli się pojawiać naśladowcy. Niedawne jeansy, zamienione na obcisłe spodnie z lycry, uwidaczniały każdą część ciała pod nimi. Idealnie dopasowane nie dopuszczały wręcz stosowania bielizny. Przejazd na rolkach w tamtym okresie po Bulwarach mógł oznaczać tylko jedno: robiło się gorąco. Niezależnie od panującej temperatury. Obserwowanie dziewcząt z odciśniętym w kroczu pierożkiem było obowiązkiem każdego szanującego się faceta. O ile akurat jego dziewczyna patrzyła gdzie indziej.

Fifi nie była zazdrosna o moje spojrzenia. Ubrana identycznie jak otaczające nas anorektyczne piękności, eksponowała to, co miała najsmaczniejsze. Jeśli doliczyć do tego jej ziemistą cerę i wiecznie rozchylone w rozmarzeniu usta, można było mieć orgazm od samego patrzenia. Ja miałem codziennie rano i co najmniej raz wieczorem. Gziliśmy się w każdej możliwej pozycji, na każdym meblu w mieszkaniu. Gdy pralka osiągała maksymalne wibracje, Fifi unosiła nogi do góry, ukazując wyzwolony otwór, w który czym prędzej się wbijałem. Aż po same jądra. Nie sposób było dogonić rytmu maszyny piorącej, wystarczało jednak, byśmy po kilku minutach eksplodowali, drżąc w ekstazie.

Gdy kolega wyjeżdżał na dłużej – ferie zimowe, przerwa świąteczna, długi weekend – chodziliśmy nago po mieszkaniu, podszczypując się nawzajem. Syciliśmy spojrzenia naszymi ciałami, podziwialiśmy się wzajemnie. Uwielbiałem obserwować ją, gdy nieświadoma mojego podglądania leżała na sofie, przeglądając kolorowe pismo z modą. Prześlizgując się wzrokiem po jej ciele, nieodmiennie kończyłem na zaciśniętych wargach sromowych. Gdy skupiałem wzrok na tym jednym jedynym miejscu, jawiła mi się młodziutką nastolatką, która jeszcze nie poznała smaku mężczyzny. A potem Fifi odrywała wzrok od gazety, dostrzegała moje spojrzenie i zaraz otwierała się jak świeża ostryga. Ja zaś z głuchym pomrukiem rzucałem się na nią i przykrywszy ciałem, ocierałem, aż była tak mokra i chcąca, że dłużej nie mogliśmy się opierać.

W połowie trzeciego roku przerwaliśmy studia. Postanowiliśmy pozwiedzać świat, uznając, że po ukończeniu edukacji zajmiemy się pracą i nie będziemy mieli ochoty ani czasu na włóczenie się po świecie. I tak w niespełna dwa lata odwiedziliśmy niemal każdy zakątek kuli ziemskiej. Nie dotarliśmy do Australii ani do Chile czy Peru. Byliśmy za to w Kanadzie, na Wyspach Owczych, w Kenii i u wuja Fifi w RPA. Byliśmy w Monte Carlo podczas wyścigów Formuły. Byliśmy w Watykanie, widzieliśmy papieża i naznaczeni jego błogosławieństwem spędziliśmy tydzień w Rzymie, z czego dwa dni w łóżku. Byliśmy w Grecji, Finlandii i Portugalii. Słowem, byliśmy wszędzie tam, gdzie akurat zabrała nas dalekosiężna ciężarówka. Połączenia lotnicze były wówczas koszmarnie drogie ale… czego student nie potrafi?

W Kazachstanie mieszkaliśmy u rodziny, która udostępniła nam cały parter, przenosząc się na piętro. Początkowo uznaliśmy to za nieco dziwne: zazwyczaj gościom oferuje się właśnie wyższe kondygnacje, z widokiem na okolice. Już po pierwszych dwunastu godzinach zrozumieliśmy, na czym polega wschodnia gościnność. Parzące wręcz powietrze za dnia i duszne w nocy ledwo pozwalało na jako taką egzystencję. Mury domostwa na parterze były na tyle grube, że dobrze izolowały przed skwarem. Po dwóch dniach uznaliśmy, że nie możemy dłużej narażać naszych dobrodziei na niewygodę. Odtąd przez blisko dziesięć kolejnych dni spaliśmy wszyscy w przyziemiu. Za dnia upijaliśmy się wyśmienitym winem, którego hektolitry gospodarz trzymał w piwniczce pod kuchnią, wieczorem graliśmy do upadłego w karty, rozbierając nasze dziewczyny. Gospodarz miał o tyle lepiej, że u jego boku prócz żony były jeszcze dwie prawie dorosłe córki. Gdy po pierwszym wieczorze Fifi musiała pożegnać się z całą bielizną, następnego postanowiliśmy podjąć lepszą współpracę. Skończyło się na tym, że oboje jak niepyszni przeparadowaliśmy nago przed gospodarzami, kierując się w stronę przepierzenia, za którym spaliśmy. Nie wiem, czy to widok naszych ciał, czy może ogólnie atmosfera temu sprzyjała – w każdym razie tej nocy nie byliśmy jedyni, z których posłania dochodziły głośne kobiece jęki, zakończone głębokim westchnieniem przeżywającego orgazm samca.

I love to see you walk,
Up and down the floor
When you talking to me,
That baby talk
I like it like that
When you talk like that
You knocks me there
Justify off of my feet.

Po dwóch latach beztroskiej żeglugi po kontynentach, wróciliśmy do ojczyzny, gdzie przebumelowaliśmy kolejne dwadzieścia miesięcy. Któregoś razu, gdy kupowałem zgrzewkę Desperadosa, sprzedawczyni zażądała gotówki.

– Przecież dałem pani kartę – rzekłem zaskoczony.

– Jest nieważna.

To mówiąc, na moich oczach wyciągnęła nożyczki i przecięła kartę na pół. Oddała mi ją, po czym żując bezczelnie gumę, wyciągnęła rękę po szmal.

– Spierdalaj – odrzekłem wkurwiony, po czym zadzwoniłem do banku.

– Źródełko wyschło. – Usłyszałem od matki, do której w końcu się dodzwoniłem po porażce w rozmowie z bankiem. – Stwierdziliśmy z ojcem, że dłużej nie będziemy finansować twojego życia. Od teraz sam się martw.

Odłożyłem telefon, po czym schowałem głowę w dłoniach. Fifi usiadła obok mnie i objęła mnie ramionami.

– Damy sobie radę – rzekła. – Nie ma takich rzeczy na świecie, których razem nie osiągniemy.

Przez chwilę jeszcze siedziałem w bezruchu, po czym podniosłem głowę i spojrzałem w jej oczy, na jej rozchylone usta, prześlizgnąłem się po smukłej szyi, zerknąłem w zagłębienie między piersiami i wreszcie wpatrzyłem się w niknący w dole niewielki czarny kłębuszek.

– A będziesz nadal uprawiać ze mną seks? – spytałem z nadzieją w głosie.

– Oczywiście. Chcesz się przekonać?

Chciałem. Przekonałem się dwukrotnie. Raz pozwalając się ujeżdżać niczym na rodeo, drugi raz dociskając ją do pustej lodówki. Odwrócona tyłem wypinała swoją pupcię, a ja namacawszy mokrą szczelinkę, wpychałem się w nią, zmuszając dziewczynę, by ugięła nogi. Zgniatając jej piersi w uścisku swych dłoni, pocierając co chwilę twarde brodawki, powoli dochodziłem wraz z moją ukochaną, by uzyskawszy spełnienie, dyszeć jej wprost do ucha. Drżała, ledwo utrzymując się na nogach. Gdy tylko się uspokoiła, odwróciła się przodem w moim kierunku. Przez jakiś czas patrzyliśmy sobie w oczy, upewniając się, że naprawdę chcemy teraz sami zadbać o siebie.

Skończyliśmy studia. Kupiliśmy Volkswagena Garbusa, rocznik 67`, którym dojeżdżałem do pracy, a w weekendy odwiedzaliśmy znajomych z początku studiów. Potem pojawił się new beetle, na którego nie byłoby nas stać, gdyby nie kumpel pracujący w banku, który przejął dobra upadającej firmy. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji.

Rok później Fifi dostała intratną posadę w Londynie. Dwa lata – mówili – a potem możesz wracać do Polski i otwierać filię w ojczyźnie. Siedzieliśmy cały wieczór, nie rozmawiając o ofercie, tylko kochając się niespiesznie, odkrywając nieznane dotąd fragmenty naszych ciał. Miała niewielka bliznę pod prawą pachą.

Pijany kolega jej ojca próbował zmusić ją, by poddała się tradycji, oddając swoje dwunastoletnie ciało dużo starszemu mężczyźnie. Gdy słowne formy przekonywania nie odniosły skutku, chwycił za nóż. Jej ojciec za maczetę. Odrąbał tamtemu niemal wszystkie palce prawej ręki i musiał wyprowadzić się wraz z całą familią z rodzinnej wsi. Niedługo potem, w ramach zadośćuczynienia, pijany po imieninach zarządcy fabryki ojciec zażądał, by mu obciągnęła. Uciekła z płaczem. Przepraszał ją następnego dnia, a kolejnego wieczorem złapał ją za rękaw, usiłując rzucić na łózko. Wyrwała mu się, osłaniając strzępem materiału, i uciekła w najdalszy zakamarek domu. Przełykając ślinę, zwalił konia, wpatrując się w struchlałą ze strachu córkę. Tydzień później jego ciało, dyndające nad skrajem urwiska, znaleźli miejscowi rybacy.

Wioska zaopiekowała się rodziną. Od tej pory nikt nie próbował jej skrzywdzić.

– Poznałam tu kogoś. – Jej głos w słuchawce był nieledwie głośniejszy od szeptu.

this is mother fucking touch her
Glowstix, Neon and blood
checkerboard in as it break it up
Glowstix, Neon and blood
checkerboard in as it break it up
Glowstix, Neon and blood
checkerboard in as it break it up
Glowstix, Neon and blood
checkerboard in as it break it up
damage!

Po dwóch latach spędzonych w Londynie zdążyła zmienić się do tego stopnia, że nie przywiązywała wagi do naszego wspólnie spędzonego przez ostatnie lata czasu. Rzuciłem telefonem w kąt, patrząc, jak rozpryskuje się na dziesiątki małych kawałków. Tego samego wieczoru urżnąłem się do nieprzytomności, a następnego poszedłem na Pigalak. Niewielki placyk na Podgórzu nie od parady nosił tę nazwę. Moją zdobyczą jednak nie miała być zasłużona pracowniczka najstarszego zawodu świata, lecz młode dziewczę, których wieczorem kręciło się tam mnóstwo. Nie potrzebowałem dużo czasu. Od słowa do słowa przylgnęła do mnie niska brunetka o zielonych oczach, w bawełnianej spódniczce mini i lekkim płaszczu. Poszliśmy do Drukarni, gdzie spędziliśmy cały wieczór, popijając jabłkowego drinka i tańcząc w rytmie bluesa. Przytulona do mnie dzieliła się swoim młodzieńczym żarem. Nie mogłem pozwolić, by spaliła się tam na parkiecie. Wyszliśmy z knajpy i poszliśmy do mojego mieszkania.

Była bardzo szczupła i wąska w talii. Podniosłem ją lekko i posadziłem na biurku. Rozłożyłem szeroko nogi i przez chwilę delektowałem wygoloną, zaciśniętą cipką. Podrażniłem ją palcem, przeciągając wzdłuż, w górę i w dół. Nacisnąłem guziczek, na co zareagowała głębokim westchnieniem.

– Zerżnij mnie – mruknęła.

Zesztywniałem. Nie byłem przyzwyczajony, by dziewczyna posługiwała się takim słownictwem, wulgarnym i sprośnym. Mimo to wbiłem się w nią, patrząc na reakcję jej ciała. Jej cycki falowały z każdym uderzeniem, wydawała się jednak nie zwracać na to uwagi. Przygryzała wargę, wpatrzona w kąt naszych ciał.

– Tak, tak, mocniej, rżnij mnie mocniej – powtarzała jak mantrę, aż w pewnym momencie poczułem, że mam tego dosyć.

– Zamknij się! – syknąłem przez zęby.

Podniosła spojrzenie.

– Dobrze, kotku. Jak chcesz – odrzekła, dysząc mi prosto w twarz.

Aż do mojego orgazmu nie powiedziała już ani jednego słowa. Zamiast tego jęczała, wzdychała, piszczała i wydawała setki innych dźwięków, za które najchętniej bym ją zajebał, gdybym akurat bardziej nie potrzebował spuścić sobie z krzyża. Gdy ejakulowałem w jej wnętrzu, patrzyła na mnie oskarżycielskim wzrokiem, pełnym niechęci i zniesmaczenia. Cofnąłem się dwa kroki na trzęsących nogach i siadłem zmęczony w fotelu. Przez chwilę spoglądała na mnie, po czym wsadziła sobie palce w piczkę i szarpiąc nią na boki, doprowadziła do własnego orgazmu. Jęknęła nieco głośniej niż wcześniej, trysnęła niewielką strugą, po czym zsunęła się z mebla i podciągnęła majtki. Nie patrzyłem, jak się ubiera i wychodzi z mieszkania.

Dziś jest piątek. Siedzę „pod Adasiem” na rynku w Krakowie i przypatruję się przechodzącym obok dziewczynom. W ubraniach jak po apokalipsie, w markowych butach i z torebkami błyskającymi złotymi łańcuszkami. Idą obok siebie i gadają przez smartfony. Siadają na betonowej ławeczce i odkładają zakupy, bez przerwy wpatrując się w niebieski ekranik.

Rozprawiają zawzięcie z wirtualnym bytem, nie dostrzegając samotnego faceta, siedzącego naprzeciw nich, z butelką wody mineralnej w dłoni. Nosi ciężkie buciory na gigantycznej podeszwie i skórzane spodnie z wszytymi elementami, najczęściej spotykanymi w analogowych zegarkach. Spod materiałowej kurtki, przeszytej wszelkiej maści paskami, rurkami peszlowymi i zamkami błyskawicznymi niczego nie otwierającymi, wyłania się masywny pas zakończony metalową klamrą, wyglądającą jak futurystyczne drzwi do skarbca. Na głowie podwójny irokez spięty szeregiem klamer błyszczących chromem spływa na plecy splatanymi z szerokimi agrafkami cienkimi warkoczykami. Ze słuchawek na uszach dobywają się dźwięki muzyki elektronicznej. Znawcy doszukają się tam dźwięków Incubite, dla innych to po prostu nowa moda.

Dla mnie nie. Dla mnie to kompilacja tego, co przeżyłem. Świat, który przestaje istnieć w spojrzeniach, zmienia się w cybernetyczny steampunkowy ekwiwalent rzeczywistości. Na nowo przeżywam pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk dziewczęcego ciała na moich odkrytych ramionach, pierwszy łyk spirytusu. Jak w transie przechodzę przez kolejne fazy mojego istnienia, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej. Towarzyszy mi muzyka. Odległe rzępolenie dawnych muzycznych bóstw. Zamykam na chwilę duszę i widzę siebie stojącego nad otchłanią. Spoglądam w dół i dostrzegam kłębiący się fraktalny wir złożony z ludzkich ciał. Geometryczny wzór układa się na kształt smoka. Wznosi się z rozdziawioną paszczą najeżoną tysiącami nagich cip. Rozprostowuję palce zaciśniętych do tej pory pięści i rzucam się w otchłań. Porywa mnie elektroniczne tornado, wiruję w jego kręgu, coraz szybciej i szybciej – i gdy czuję, że zaraz rozerwie mnie na strzępy, ląduję w oku cyklonu. Spoglądam przed siebie. Blondynka przestała już rozmawiać. Wpatruje się we mnie z mieszaniną ciekawości i fascynacji. Jeszcze przez moment niepewna, ale już po chwili wstaje i rusza w moim kierunku.

– Hej, mała! Pohalsujemy na harfie Neuromancera?

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czuję się trochę wywołany do tablicy. ( no dobra wypchnięty =]) Co nie zmienia faktu, że lubię smaczki cyberpunkowe.

Jak każdy pewnie zauważył mamy tu jazdę przez epoki, takze muzyczna. Od wczesnego dzieciństwa, pierwszych fascynacji i szkolnych dyskotek, przez trochę mniej dziecinne marzenia na koloniach ( swoja drogą ja w tym wieku jeszcze bardziej niewyględny byłem niż dziś i moja jedyna rozrywką pozostawało zachlewanie się w pinezkę i gry planszowe). Przypomina mi to znalezienie się w retrofilmie w rodzaju amerykańskiej komedii z lat 70tych czy 60tych. Gdzie był spokój, rodzinne wartości, a dolar wart był dolara.

Jeśli bywałeś na takich Jarocinach to zazdroszczę także tego, oglądania narodzin polskiego punka, może byłeś też świadkiem jedynego w historii zhakowania polskiej telewizji publicznej i puszczenia koncerty Ga-Gai ( nie lady )
Jeśli wtedy była naprawdę tak świetna zabawa i wyzwolenie seksualne to naprawdę spóźniłem się o jedno pokolenie, bo moje ma wyraźne odchyły w kierunku dewocji i bycia nudnymi za wszelka cenę.
Troche zmieniłeś swoje dotychczasowe podejście. Miałem wrażenie, że do tej pory skupiałeś się zazwyczaj na drobnych szczegółach, dostrzegałeś w nich nieistniejące wymiary i opowieści wyryte na ziarnku piasku, a tu grzejesz jak szalony Max przez postcyberpunkowe ( przynajmniej dla niego) piekło.

Trochę zabawne, że bohater skończył właśnie jako cyberpunk, bo obie subkultury mają inne korzenie i rodowody. Często także inny światopogląd! Jednak to jedyny minus lub jeśli wolisz uproszczenie, którego nie rozumiem.

Yyy – ale gdzie 2 subkultury? Post- i cyberpunk? Czy coś jeszcze, czego nie dostrzegam?
Poza tym… fikcja Koperku. To tylko opo, nie autobiografia 😉 Ale by było… 😮 🙂

http://media.giphy.com/media/xTiTntNMVDUMO1EyNa/giphy.gif – próbuję na wszystkie sposoby umieścić ten gift tu tak, aby działał. Miał być w poprzednim komencie, ale coś go nie wyświetla ( zła komenda html podejrzewam). Wpienia mnie ten brak edycji komentarzy jak jasny szlag.
*p.s. Ga-Gi nie Ga-Gai;]

Garbi… skąd wiedziałeś? Właśnie wrócił do mnie od mechanika… yyy szukam blacharza lakiernika. Może ktoś z czytelników zna? :p

Jak to nie możesz edytować? Właśnie to zrobiłem… Co nie zmienia faktu, że gifa nie wrzuci… 🙁

Lekka opowieść z przymrużeniem oka, ale też z nutką goryczy, w sam raz, tak aby historia nie uleciała z głowy zaraz po przeczytaniu.

Tylko…
„Potem pojawił się new beetle…”
…to znaczy co się pojawiło?

Ach, to trzeba było napisać, że chodzi o brykę. Za 10 lat nikt nie będzie już tego pamiętał, no, chyba że przeczyta ten post 😉

Tekst to cały Ty, Panie Grzegorzu. Tu ciepnięta młodzieżówka, tu sarkazm i humorek, końcówka – w mojej opinii najlepsza – to niby ciąg zdań mający spiąć klamrą owe opowiadanie. Takiego Ciebie lubię. W pogmatwaniu myśli jesteś Mistrzem. “Janko” i “Lulu” to idealne przykłady. Czekam na coś w tym stylu, bo – prawdę powiedziawszy – nastoletnio-młodzieńcze teksty, hmm, to nie moja bajka.

Pozwolisz, że zwrócę uwagę na dwa zdania:
“… upadła na kanapki z drugim śniadaniem” – pewnie przeoczenie, ale warto poprawić.
“… po czym wsadziła sobie palce w piczkę i szarpiąc nią na boki, doprowadziła do własnego orgazmu” – zdanie budzi moje wątpliwości.
Często używasz zaimka “jakoś”. W wielu przypadkach można z niego zrezygnować bez uszczerbku dla tekstu, ale równie łatwo jest go zastąpić skonkretyzowanym określeniem.
Co do zaimków, to sporo ich w scenie zbliżenia namiotowego z Fifi.

Pozdrawiam,
kenaarf

Świetnie opowiadanie. Wiele wątków i różnych historii. Do technicznej strony opowiadania nie będę się czepiał, skupiałem się tylko na fabule.

Piękne. Żywe. “Jakoś” mnie nie razi – wszak cały tekst to monolog wewnętrzny bohatera, musi być pisany językiem potocznym, aby nie stracił wiarygodności.
Teksty piosenek natychmiast rozbrzmiewają w uszach znajomymi głosami i towarzyszą lekturze jak ścieżka dźwiękowa.
A po ostatnim znaku zapytania znajduję siebie, zadumaną z lekkim, smutnym uśmiechem, bo i ten panczor, co może dorabia na życie jako grabarz, jakoś znajomy.
Dziękuję, Autorze.

PS: Czy pałac królewski w średniowiecznym zamku to nie donżon? 😉

Donżon to centralna wieża w zamku. Nie ma czegoś takiego jak “pałac królewski w średniowiecznym zamku”. Masz albo zamek, albo pałac.

Witam!
Czytając ten tekst zazdrościłem dwóch rzeczy:
1. Umiejętności tworzenia naturalnie brzmiących monologów i dialogów. Wszystko o czym czytałem nie było ani trochę napompowane czy filozoficznie wydumane. Ot, zwykły człowiek pozwala uciec myślom ku przeszłości.
2. Tekst bez fabularnych fajerwerków, a zostaje w pamięci. Lektura lekka i łatwa, a jednocześnie jako Czytelnik już od pierwszych linijek czułem pewną solidarność z narratorem. Taki efekt, jak wyżej trzeba umieć wywołać.

Nabrałem ciekawego zwyczaju ostatnimi czasy. Wynotowuje sobie na własny użytek ciekawe porównania, tym razem do mojego notesu wpadło zdanie: “Gdy rano, zmęczeni jak świnie po wiosennej rui”. Warte zapamiętania i szerokiego uśmiechu.

Nie wszystkie odniesienia do lat 80 i 90 rozumiem. Ale to też jest urok tego tekstu, pozwolił mi się nauczyć czegoś nowego.
Kłaniam się,
Foxm

Świetne opowiadanie. Gdyby nie ponowne zamieszczenie, zapewne sam bym na niego nie trafił. Dotad byłem sceptyczny wobec retrospektyw i traktowałem je trochę jak zapchajdziury. Chyba pora zrewidować osąd!

Napisz komentarz