Czekolada (Ania)  4.63/5 (19)

14 min. czytania

klara klara, “Want some chocolate”, CC BY-ND 2.0

Zawsze ceniłam sobie proste rozwiązania i krótki skład. Zamiast sałatki wolałam spożyć osobno przewidziane na nią składniki, nie cierpiałam zbędnego mieszania smaków. Gdy byłam dzieckiem, mamę do szału doprowadzało, że nie zjadałam ziemniaków, jeśli nasiąknęły sosem albo wodą, która pociekła z kiszonej kapusty – każdy element posiłku musiał mieć swoje miejsce, całkiem odseparowany od reszty. Delektowałam się tą odrębnością i wyrazistością smaków. Nikt inny tego nie rozumiał, w kółko słyszałam, że w żołądku wszystko i tak się wymiesza. Nie wiem jak żołądek, ale moje kubki smakowe były zupełnie innego zdania. Zresztą nie tylko kubki, zmieszana żywność ma gorszą konsystencję, to co chrupkie, namoczone staje się rozmiękłe, a całość zmienia się w rozlazłą breję bez wyrazu. Nigdy nie lubiłam grysików, kaszek i innych papek. Poza tym kwaśne miało być kwaśne, a słodkie słodkie. Nie przepadałam za wymyślnymi połączeniami. Choć uwielbiałam zarówno żółty ser, jak i marmoladę, nigdy nie spróbowałam ubóstwianej przez najlepszą przyjaciółkę kanapki z oboma tymi przysmakami naraz – na samą myśl przechodziły mnie nieprzyjemne ciarki.

Kolejne moje dziwactwo stanowiła wrodzona niechęć do jednorazowości. W czasach, gdy wszyscy na potęgę wyrzucali stare meble, żeby mieszkania urządzać tymi z Ikei, rozpadającymi się po roku czy dwóch, ja upierałam się przy odnawianiu wszystkiego, co się tylko da, nawet różnych socjalistycznych koszmarków. Czyściłam tapicerki, oklejałam drzwiczki, szyłam, cerowałam, łatałam… Na zakupy zawsze nosiłam własne siatki, choć inni patrzyli na mnie jak na kosmitkę, ewentualnie jak na koszmarną sknerę żałującą pięćdziesiąt groszy na lśniącą nowością reklamóweczkę. I przy tym wszystkim uważałam, że moje podejście jest praktyczne: nie marnuję zasobów własnych ani planety.

Nigdy nie byłam minimalistką pełną gębą, z filozofią stojącą za każdym gestem, niemniej unikałam posiadania zbędnych przedmiotów, otaczając się w zamian rzeczami solidnymi. Nie pięknymi czy modnymi, a właśnie solidnymi. Nie wymagałam, by pełniły jakiekolwiek funkcje poza swoimi podstawowymi, nie miały świadczyć o moim statusie, poprawiać nastroju ani wrażać osobowości. Krzesło miało służyć do siedzenia, a nóż do krojenia. Z czasem zorientowałam się, że z ludźmi postępuję podobnie: przypisuje im w moim życiu konkretne role. Patrzyłam na nich bez uprzedzeń i wielkich oczekiwań, próbując brać tylko to, co chcieli i mogli mi dać.

Koniec końców zostałam z kilkoma bliskimi przyjaciółmi wyspecjalizowanymi w konkretnych obszarach. Edyta zawsze poprawiała mi nastrój, Mateusz miał wyśmienity gust filmowy, a Ala zawsze dobrą książkę do polecenia, z Judytą i Kacprem jeździłam w góry, a z Arturem przytulaliśmy się godzinami, żeby od czasu do czasu zrobić coś więcej. Friends with benefits. Wszystko układało się idealnie, dopóki ten ostatni nie przyjął propozycji pracy w Szwajcarii…

Już wcześniej zdarzało mi się używać Tindera i choć kilka razy miło spędziłam czas (Ba! W trzech przypadkach nawet doszłam!), większość randek nadawałaby się na scenariusz filmowy, nie wiem tylko, czy raczej komedii, czy horroru. Nie żebym kiedykolwiek pałała wielką sympatią do rodzaju ludzkiego, ale po takich spotkaniach zdarzało mi się stracić nadzieję, że cokolwiek jeszcze z nas będzie i zaczynałam wyczekiwać asteroidy, która raz na zawsze zakończy męczarnie Ziemi, oczyszczając ją definitywnie z plugawego robactwa, które stanowimy. W skrócie: na dłuższy czas odechciewało mi się seksu.

Dużo większą skuteczność miałam, umawiając się z chłopakami poznanymi zupełnie przypadkowo, podczas przeróżnych internetowych dyskusji. Czasem byli trochę młodsi, czasem trochę starsi, ale zwykle padało na nieśmiałych intelektualistów w okularach, o chudych, bladych torsach i długich kościstych palcach. Większość była uroczo nieporadna i przy tym bardzo zaangażowana, więc po kilku uwagach, zaczynali ogarniać temat. Siłą rzeczy w tym temacie też odrzucałam jednorazowość, bo pierwsze razy, nawet z dobrze rokującymi partnerami, nigdy w pełni mnie nie satysfakcjonowały. Dopiero po kilku spotkaniach dogrywaliśmy się na tyle, żebym mogła otworzyć się na doznania i czerpać pełnymi garściami z wszystkiego, co aktualny kochanek oferował. W końcu każdy ma inne upodobania i talenty, do tego różnice anatomiczne wymagają czasem odrobiny kreatywności.

Problem w tym, że żaden nie zapełnił luki powstałej po emigracji Artura, choć niektórzy również byli pieszczoszkami, gotowymi wylegiwać się godzinami w wyrku, przytulać i miziać, bez parcia na jakikolwiek finisz. Przyjaciel miał jedną ważną cechę, rzadką w dzisiejszych czasach: słuchał. Słuchał. Zapamiętywał. Wyciągał wnioski. Dzięki temu, nawet jeśli serwowałam mu jedynie strzępki informacji, zawsze potrafił mnie rozgryźć. No i wyśmienicie odgadywał moje nastroje.

Mniej lub bardziej przygodni partnerzy, z którymi miło spędzałam czas, nie przywiązywali większej wagi do moich pozałóżkowych upodobań. Właśnie to czasem mnie irytowało. Niby nie chcieli źle, byli mili, starali się, ale jak przychodziło co do czego, ich wysiłki spełzały na niczym. I tutaj rada dla Was wszystkich: jeśli dajesz komuś prezent, zastanów się dobrze, co może go ucieszyć.

Jako, że bezsprzecznie jestem kobietą – choć nie wybrałam tego, podobnie jak niskiego wzrostu czy koloru oczu i tylko zaakceptowałam ten fakt, zamiast w pełni utożsamić się z wszystkim, co kultura próbuje wmusić mi wraz z genitaliami, które dała mi natura – cała masa ludzi, mniej lub bardziej przypadkowych, zakłada, że cieszyć będą mnie do niczego nieprzydatne świecidełka, kolorowe skrawki materiału czy bestialsko wyrywana ze swoich naturalnych siedlisk roślinność. Nic bardziej mylnego. Sprawiania mi takich niespodzianek udaje mi się jednak większość ludzi oduczyć, znacznie bardziej kłopotliwe okazuje się moje zamiłowanie do czekolady. Kocham czekoladę. Powiecie, że każda kobieta kocha, ale to zupełnie nie to, ja kocham prawdziwą czekoladę, czego za cholerę moi kochankowie nigdy nie potrafili zrozumieć. Poza Arturem oczywiście, on wiedział wszystko.

Pozostali, gdy tylko dowiadywali się o moich upodobaniach, a chcieli zrobić mi przyjemność (swoją drogą czasem odnoszę wrażenia, że mężczyźni czują się w obowiązku wynagradzać kobietom poświęcenie, jakim jest rozłożenie przed nimi nóg, ja tymczasem wolałabym, żeby to nie było poświęcenie, a czysta przyjemność i tylko tego oczekuję od partnerów seksualnych: orgazmów), kupowali mi najprzeróżniejsze bombonierki, nie zawsze zresztą wybrane w supermarkecie, czasem drogie, uchodzące za prawdziwe rarytasy, sprzedawane w specjalistycznych sklepo-kawiarniach. Tyle, że dla mnie czekolada zaczyna się od siedemdziesięciu procent kakao wzwyż, wcześniej to raczej cukier z dodatkami, doceniam też robotę rzemieślniczą, która, owszem, kosztuje, ale pozwala z ziaren wydobyć istne bogactwo smaków, zupełnie inne zależnie od gatunku kakaowca, rejonu upraw, sposobu suszenia ziaren i późniejszego ich przetwarzania. Prawdziwa czekolada może smakować soczystymi owocami, szczególnie ta z ziaren z Madagaskaru, dymem, jak większość z Oceanii, ale też kawą, tytoniem, orzechami… Nie poczujesz tego, kiedy nadziejesz ją obrzydliwie słodkim karmelem albo wypełnisz alkoholem. Tylko naga, bezbronna, powoli rozpuszczająca się na języku, odkryje przed tobą wszystkie tajemnice.

Bombonierki zatem zawsze w przedziwny sposób mnie przygnębiały, wiedziałam, że darczyńca chciał dobrze, ale czułam, że wykazał się kompletnym brakiem zrozumienia. Zarówno relacji, pozbawionej zbędnych oczekiwań, jak i mnie. Sama sobie wydaję się szalenie prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, ale inni najwyraźniej odbierają to inaczej, skoro mało komu łatwo przychodzi odgadnąć, co takiego mogłoby mnie ucieszyć. Moje łóżkowe relacje są znacznie lżejsze i radośniejsze, gdy do kochanków dociera, że powinni starać się wyłącznie na jednej płaszczyźnie i nie próbować uszczęśliwiać mnie w żaden inny sposób. Niektórym wystarczy to zakomunikować, inni potrzebują paru niepowodzeń (być może zakładają, że mówiąc, że niczego od nich nie chcę, kłamię).

Kornel miał być jednym z takich chłopaków wyłącznie do łóżka, chłopaków od których oczekiwałam relaksu i orgazmów, nie zrozumienia czy wsparcia. Napatoczył się przy okazji napierdalanki na temat rzekomej szkodliwości czekolady w którejś społecznościówce. Zdaje się, że jako pierwszy zrozumiał, że czekolada czekoladzie nierówna i to nie ja robię z siebie idiotkę, a dietetyk, który do jednego wora wrzuca składające się z samego cukru, a raczej syropu glukozowego i sztucznych dodatków smakowych, ulepki ledwie muśnięte z wierzchu czymś o zawartości kakao poniżej czterdziestu procent i szlachetne tabliczki wytwarzane wyłącznie ze starannie wyselekcjonowanych ziaren kakaowca z odrobiną nierafinowanego cukru trzcinowego. Nie żebym jadała same setki czy dziewięćdziesiątki, czekolada musi być jednak choć odrobinę słodka, ale już przy siedemdziesiątkach zbawienny wpływ kakao przeważa nad szkodliwością cukru. Prawdopodobnie. Takie czekolady mogą jeść nawet diabetycy, oczywiście w ograniczonych ilościach i odpowiednio wkomponowane w dietę, sęk w tym, że wszystko jest dla ludzi, nawet cukier…

A jak jesteśmy przy tym „wszystko”, tamtego dnia w dyskusji uczestniczyłam trochę dla sportu, bo lubię, nie targały mną żadne emocje, raczej bawiły gwałtowne reakcje innych i ich okopywanie się na stanowiskach nie do obronienia. Niemniej znajdowałam się akurat w środku rui, gotowa przelecieć pierwszego lepszego chętnego, więc gdy zobaczyłam, że po mojej stronie staje ktoś o męskim nicku i intrygującym zdjęciu profilowym, nie oparłam się pokusie, kliknęłam. Rozczarowały mnie same, choć trzeba przyznać, że bardzo dobre, świadczące o wyśmienitym oku i nietypowej wrażliwości, zdjęcia przyrody. Chciałam zobaczyć jego, nie kwiatki i ptaszki. Mimo wszystko skomentowałam ostatnią focię, nie pamiętam już jak, ale bez wątpienia nie było to nic wyszukanego, tak czy siak szybko przeszliśmy na priva. Gdy okazało się, że mieszka w tym samym mieście, zaproponowałam spotkanie. Już. Teraz. Spontanicznie. Przecież widzę, że się nudzisz – napisałam, bo wyczułam, że potrzebuje odrobiny motywacji.

Nie wiedziałam, ile ma lat ani jak wygląda, poszłam na żywioł. Wybrałam park, okolice rowerowej kawiarenki, dwadzieścia minut pieszo od mojego mieszkania. Nie wybrzydzał, powiedział tylko, że potrzebuje czterdziestu minut. Odświeżyłam się szybko, włosy zamiast uczesać, zmierzwiłam jeszcze bardziej i wyszłam pospiesznie, żeby zająć dogodną ławkę. Chciałam patrzeć, bawić się w zgadywanie, obserwować ludzi i ich reakcje. W dobie pandemii, każda rozrywka w cenie…

Trochę zdziwiło mnie, że trafił do mnie jak po sznurku, nie rozglądał się, nie wahał, choć nie sprawiał wrażenia pewnego siebie. Nieco młody, zdecydowanie młodszy ode mnie, ale bardzo w moim typie. Wysoki, szczupły, z dużymi dłońmi o wyraźnie widocznych żyłach i błękitnymi oczami, w których można zatonąć, ale które często płochliwe spuszczał, chowający za zasłoną długich, ciemnych rzęs. Cichy i poważny.

Niemal natychmiast zapragnęłam wziąć go do siebie. Środek rui, pamiętacie? Bałam się tylko, że ucieknie, jeśli rzucę się na niego zbyt gwałtownie. Niby wydawał się zainteresowany (inaczej tak by się nie peszył!), ale przecież mogłam mieć pecha i trafić na oazowca pragnącego zachować cnotę aż do ślubu.

Dobrze nam się spacerowało, słowa padały rzadko, jakieś takie poetyckie i wydumane, co napawało mnie jeszcze większym lękiem. Po godzinie kluczenia, również po rodzących się w mojej głowie rozterkach, staliśmy pod moją kamienicą.

– Może usiądziemy nad kubkiem herbaty? – zaproponowałam.

– Ale przecież knajpy są zamknięte. – Rozejrzał się po okolicy z niedowierzaniem, nie dostrzegł zapewne nawet żadnej zamkniętej, bo nie miał szans. Pomyślałam, że pewnie jest spłukany i przeraża go myśl, że mogłabym chcieć wyłudzić od niego posiłek.

– Mieszkam tutaj. – Wskazałam drzwi, przy których staliśmy. – Wejdziesz?

Zamrugał kilka razy, uroczo zdezorientowany, po czym lekko skinął. Gaduła. Moja ekscytacja narastała z każdą chwilą, w końcu byłam na polowaniu i z trudem powstrzymywałam się przed wulgarnym dobraniem mu się do rozporka. Z doświadczenia wiedziałam, że większość to lubi, ale czy akurat ten?

Uwierzcie lub nie, ale naprawdę zaparzyłam tę herbatę, nawet dałam mu upić kilka łyków, później odstawiłam swój kubek, wstałam, podeszłam, stanęłam z jedną nogą między jego rozstawionymi nogami (nie dość rozstawionymi, by zmieściły się tam obie moje), wyjęłam kubek z jego rąk, odstawiłam i kciukiem musnęłam dolną wargę. Dużą i miękką. Przymknął oczy i odchylił głowę. Cały lęk prysł, już wiedziałam, że jest mój i będę mogła z nim zrobić, co tylko zechcę.

Okazał się szalenie wrażliwy na dotyk, drżał pod moimi palcami, policzki mu się zaróżowiły, oddech spłycił i prawdopodobnie zupełnie mimowolnie nadstawiał się na kolejne pieszczoty. Co prawda swój stan określiłam mianem rui, ale bynajmniej nie pragnęłam szybkiej penetracji, chciałam dotykać i być dotykana, sycić się obecnością drugiego człowieka w tych szalonych, odhumanizowanych czasach, czasach pierwszego roku pandemii, więc jego łaknienie pieszczot jak najbardziej mi pasowało.

Siadłam okrakiem na kolanach chłopaka, chwyciłam w garść gęste, jasnobrązowe włosy, pociągnęłam i wpiłam ustami w pięknie wyeksponowaną szyję. Czasami czuję się niczym wampirzyca głodna krwi i właśnie ta część ciała mnie wręcz hipnotyzuje, zwłaszcza jabłko Adama. Upojona jego słonawym smakiem i przyjemnym ziołowym zapachem, ledwie odnotowałem, że położył dłonie na moich pośladkach i zapalczywie je ugniatał. Cóż, każdy ma własne kinki.

Zostawiałam na bladej skórze ślady ugryzień i malinki, ale on zdawał się nie zwracać najmniejszej uwagi na moją niedelikatność. Ani wobec szyi, ani uszu, ani w końcu wobec ust, pełnych, miękkich i przyjemnie ciepłych, nadal smakujących herbatą. Dopiero po dłuższej chwili natarczywego i mlaszczącego całowania jedną dłoń wplątał w moje włosy. Ależ to na mnie zadziałało! O ile wcześniej wydawało się, że wolę go zjeść, niż przelecieć ten drobny gest, zdecydowany i pewny, zmienił wszystko. Spragnione zwierzę między moimi udami zapulsowało, dobitnie o sobie przypominając. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak cholernie mokra i gotowa jestem, choć przecież byłam jeszcze przed spotkaniem, przed dostrzeżeniem go, przed zamienieniem pierwszych słów. Szukałam okazji, chętnego ciała, po prostu się napatoczył, a później sprawił, że zachciało mi się jeszcze bardziej i wyszło mu to tak szalenie naturalnie…

Naprężyłam się cała, przyciągnęłam jego głowę do własnej szyi i zaczęłam robić kroczem niewielkie kółeczka, pocierając wargami o nabrzmiały organ przez dwie warstwy grubego dżinsu i licho wie czego tam jeszcze. Zapewne jęczałam, choć zupełnie tego nie pamiętam, znacznie później poczułam zdarte gardło. Opuszkami palców delikatnie masował skórę mojej głowy i jedocześnie zamaszystymi ruchami języka lizał od obojczyków aż po ucho. Najpierw ciepło, potem chłód. Drżałam, też bardziej wrażliwa na pieszczoty niż się spodziewałam, pozwoliłam sobie na sycenie się tym stanem. Długo, naprawdę długo, ale przygodny kochanek na szczęście nie okazywał zniecierpliwienia, nawet sprawiał wrażenie, że mu się to podoba.

Koniec końców rozpięłam rozporek własnych spodni i wsunęłam sobie w majtki jego dłoń. Jak zwykle musiałam udzielić kilku krótkich wskazówek: delikatniej, wolniej, mniejsze kółka, trochę wyżej… szybko jednak załapał i dotarliśmy, gdzie trzeba. Orgazm był intensywny, jednak nie na tyle, bym musiała długo regenerować siły. Pocałowałam go, po czym ześlizgnęłam się na podłogę, między jego nogi. Próbował mnie powstrzymywać, gdy dobierałem się do paska, twierdził, że nie muszę, ucięłam krótkim:

– Ale chcę. – I uśmiechnęłam się ciepło. Nie stawiał oporów.

Błyszczący od soków penis wyprężył się niespodziewanie uwolniony, chudy i długi wyraźnie skręcał w lewo, zamiast równo trzymać się pionu, miał wyraźnie odznaczającą się główkę i odrobinę beczułkowaty kształt – szerszy pośrodku niż u nasady i tuż pod koroną. Wyglądał uroczo i smakowicie. Idealnie do niego pasował. Rozchyliłam usta i spojrzałam właścicielowi prosto w oczy. Były zamglone, ale szeroko otwarte. Trysnął z głośnym warknięciem, jeszcze zanim całego wzięłam w usta. Uśmiechnęłam się: musiał napalić się nie mniej niż ja, uznałam to za słodkie, on jednak wyraźnie się speszył i zaczął przepraszać. Niemal siłą usadziłam go na miejscu, znów dosiadłam i przytuliłam. Niełatwo wyrwać się z mojego uścisku…

Nawet nie wiem kiedy oboje zasnęliśmy w tej niewygodnej pozycji, przebudziłem się ze zdrętwiałymi karkiem już późnym wieczorem. Cholernie chciało mi się pić, więc choć miałam małe skrupuły (nie lubię budzić innych, bo nie lubię, gdy budzą mnie), wstałam zaparzyć świeżej herbaty. Chyba zareagował na nagły chłód, bo najpierw zdawał się próbować naciągnąć na siebie kołdrę, a dopiero później otworzył oczy. Słodziak!

– Chcesz koc? Albo przenieść się do łóżka? – zaproponowałam już z korytarza.

– Mogę zostać? – Wyraźnie się zdziwił.

– Jeśli chcesz… – W żadnym wypadku nie zamierzałam naciskać, choć lubię czasem wtulić się w dużego, ciepłego pluszaka i poczuć tak jakoś bezpiecznie. Bywa za ciepło, niewygodnie, czasem któryś chrapie, ale od czasu do czasu taka odmiana jest potrzebna.

– Pewnie. – Uśmiechnął się ciepło.

Wypiliśmy po kubku Earl Greya, zjedliśmy lekką kolację i w końcu w sypialni zobaczyłam go całkiem nago, gdy tak zupełnie zwyczajnie, bez krygowania się, zdejmował ubranie, żeby położyć się do łóżka. Miał smukłe blade ciało, owłosione praktycznie tylko od pasa w dół i cholernie apetyczne, krągłe pośladki. Aż ślinka mi poleciała! Też siliłam się na naturalność, choć rozbieranie się pierwszy raz przy obcej osobie zawsze mnie krępuje, szczególnie już po seksie. Gdy to się dzieje wcześniej, po prostu emocje biorą górę i nie w głowie mi wstyd ani wątpliwości.

Najpierw po prostu się przytuliliśmy, próbując zasnąć, jednak gdy sen długo nie przychodził, może trochę z nudów, a może właśnie dlatego, że to obecność u boku drugiego ciała była zbyt ekscytująca, żeby zasnąć, zaczęliśmy się całować. Tym razem leniwie i niespiesznie, jednocześnie przylegając do siebie coraz bardziej, ocierając, chwytając nawzajem za pośladki, aż w jakiś przedziwny sposób przeszliśmy do sześćdziesiąt dziewięć i to w poprzek łóżka, więc oboje musieliśmy się obrócić. Nie mam pojęcia jak i kiedy, serio, grunt że synchronizacja wyszła nam nad wyraz dobrze. Uwielbiam, gdy kutas pęcznieje mi w ustach i tym razem mogłam się tym odczuciem nasycić, bo kiedy zaczęłam lizać go i całować, znajdował się dopiero w półwzwodzie, twardy, ale jeszcze daleki od maksymalnych rozmiarów.

Trzeba przyznać, że zapału nie brakowało mu ani trochę, techniki za to bardzo, co momentami cholernie frustrowało, bo czułam się jak na pieprzonej kolejce górskiej: raz w górę, raz w dół. I znów nie miałam jakiejś wielkiej ochoty na penetrację, pomyślałam jednak, że to może droga na skróty. W zasadzie nigdy nie wiadomo, dochodzę może raz na pięć stosunków, najczęściej zajmując pozycję na górze, jeśli partner mnie nie wyprzedzi, na dodatek praktycznie nigdy „na pierwszej randce”, ale jego talenty oralne prowadziły donikąd. Raz kozie śmierć, pomyślałam i wmanewrowałam go tak, żeby położył się grzecznie na plecach.

– Chcę cię w sobie poczuć – wyszeptałam prosto do ucha, usiadłszy na nim okrakiem. Znowu. Po tym pierwszym spotkaniu musiał uznać, że mam słabość do oplatania mężczyzn nogami, choć w sumie tak naprawdę wolę od tyłu. – Mogę? – Sięgnęłam do szuflady po prezerwatywę, na wszelki wypadek nielateksową. Raz trafił mi się facet uczulony na lateks, od tamtej pory zdecydowanie wolę płacić trochę więcej i nie oglądać wysypki na genitaliach.

– Uhym… – wymruczał coś niezrozumiałego, ale wyjął mi gumę z ręki, wprawnie rozerwał opakowanie i ubrał kapoczek. Jeśli to nie jest entuzjastycznie wyrażona zgoda, to ja za cholerę nie wiem co nią jest!

Po prostu skorzystałam z przygotowanego instrumentu, nadziewając się na niego powoli acz metodycznie. Muszę przyznać, że ta wyraźnie odznaczająca się żołądź to strzał w dziesiątkę, Matka Natura spisała się na medal! Kornel po prostu leżał i starał się na przeszkadzać, a ja zrobiłam sobie dobrze jego kutasem. O dziwo, tym razem nie skończył za wcześnie, choć mój galop wyraźnie wywierał na nim wrażenie. Duuuuże wrażenie. Lubię zresztą, gdy partnerzy są głośni, każda informacja zwrotna w cenie.

Skończywszy, zachęciłam go do przejęcia inicjatywy. Bujaliśmy się chwilę ze zmianami pozycji. A to po bożemu, a to na pieska, większości konstelacji nie potrafiłabym zresztą nazwać. Koniec końców doszedł, klęcząc i wykonując szybkie płytkie pchnięcia z jedną moją nogą przełożoną między jego, a drugą uniesioną i wspartą na jego przedramieniu. Kto zna nazwę? Śmiało!

Później przyznał się, że nigdy wcześniej nie doszedł dwa razy z rzędu i że w gruncie rzeczy jego łóżkowe doświadczenie było jeszcze uboższe, niż mogłam się spodziewać: jedna niezbyt ruchawa i nie ucząca go niczego partnerka. Biorąc pod uwagę te okoliczności łagodzące, poradził sobie całkiem nieźle. Nie dziwicie się chyba zatem, że wzięłam go na przeszkolenie, co? Okazał się wdzięcznym i otwartym na eksperymenty uczniem. Nie to jednak zaskoczyło mnie najbardziej, nie tym mnie kupił.

Na drugie spotkanie przyszedł z czekoladą. Dał mi ją, gdy odpoczywaliśmy na podłodze po intensywnych zmaganiach, jakby dopiero sobie o niej przypomniał. To nie była pierwsza lepsza tabliczka, o nie, to była Dick Taylor Straight Bourbon Whiskey 70%, limitowana plantacyjna tabliczka z ziaren pochodzących z Belize, leżakowanych pięć miesięcy w beczce whiskey, cholernie droga i cholernie ekskluzywna, do tego piękna, kunsztownie wykonana. Ręka mi drżała, gdy łamałam tę piękność, smakowała niesamowicie, choć pewnie znaczenie miał tu również świetny orgazm, dobre towarzystwo i euforia związana z tym, że choć raz ktoś trafił w mój gust. Nigdy wcześniej nie jadłam czekolady z tej amerykańskiej manufaktury, ale na kilka ich wyrobów ostrzyłam sobie ząbki, zawsze jednak powtarzałam, że następnym razem, bo przecież tyle jest do spróbowania…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre, krótkie opowiadanie, ciekawie nawiązujące do wyrafinowanego smaku prawdziwej czekolady. Zgadzam się, że tylko ta ostatnia warta jest konsumpcji, reszta to „wyroby czekoladopodobne”, gorsze nawet obecnie niż w dawnych, złych czasach (z których owa nazwa pochodzi). Porównania dotyczące doznań erotycznych i smakowych nasuwają się same. Czyta się dobrze, język bez zarzutu (gdzieś tam zwróciłem uwagę na dwukrotne użycie zaimka „mi” w jednym zdaniu). Skróciłbym tylko trochę partie wstępne, przypominające nieco specyficzny autoreferat CV. Ogólnie, gratulacje

Masz jakąś szczególnie dobrą czekoladę do polecenia? Ciągle szukam tej jedynej 😉

Cieszę się, że lektura była przyjemna

A.

Aż tak wybitnym koneserem czekolady nie jestem. Nadprogramowe kalorie przyjmuję zwykle pod postacią piwa. 🙂 Zadowalam się więc (od czasu do czasu) klasycznymi wyrobami marki Lindt, 80-90%. Polecam natomiast, przy dogodnej okazji, wizytę w muzeum czekolady w Kolonii tejże firmy (niezbyt długi spacer wzdłuż Renu od katedry). Sama wystawa trochę propagandowa – ukazuje, jak to przedsiębiorstwo dba o środowisko i pracowników, a jego plantacje kakao przyczyniają się do wzrostu dobrobytu w różnych egzotycznych krajach. Ale główna atrakcja to degustacja świeżych wyrobów, prosto z taśmy. Ile kto zdoła zmieścić… 🙂 Miałem też okazję kosztować 100% czekolady na plantacji na Jukatanie, nie wypadła najlepiej – sucha i gorzka. Masz rację, czekolada potrzebuje odrobiny dodatków: mleka i tłuszczu – podkreślają smak. Podobnie jak, wracając do porównań erotycznych, czystej nagości dodają smaku właśnie dodatki.
Pozdrawiam.

Przyznam, że lubię niektóre wyroby Lindt, choć bilet wstępu na takiej wyżerce pewnie by się nie zwrócił 😉 Jem czekoladę niemal codziennie, ale raczej w małych ilościach, nie traktuję tego nawet jako nadprogramowych kalorii, tylko jako część zrównoważonej diety. Niemniej wysokoprocentowy Lindt bynajmniej nie jest szczególnie dobry, nie jest to też czekolada rzemieślnicza. O ile w mlecznej czekoladzie wiele rzeczy można “ukryć”, o tyle przy wysokiej zawartości kakao wychodzi każda niedoskonałość – rzemieślnicze są wykonywane z ręcznie selekcjonowanych ziaren, często też z innych odmian kakao, niż masowo produkowane tabliczki. Większości ludzi nie mieści się w głowie, jak bardzo może się różnić smak poszczególnych ziaren, ale czy na przykład wszystkie jabłka smakują tak samo?

Czy czekolada potrzebuje mleka i tłuszczu? Cóż… jedyny tłuszcz, który powinien znajdować się w czekoladzie to tłuszcz kakaowy, te najlepsze zazwyczaj mają tylko dwa składniki: masę kakaową i cukier, bo prawdziwej czekolady bynajmniej nie robi się z kakao w proszku 😉 Mleko to kwestia gustu, przy bardziej gorzkim (i/lub zbyt mocno wyprażonym) kakao mleko łagodzi smak, ale kiedy mamy do czynienia z ziarnami z natury łagodnymi w smaku i nieobrobionymi zbyt brutalnie, nawet wielbiciele mlecznej czekolady mogą zapomnieć o mleku…

Serdecznie pozdrawiam

A.

W przeciwieństwie do Nefera mi spodobały się właśnie partie wstępne, charakteryzujące bohaterkę – jej zarysowany na chłodno portret własny pozwala nam uwierzyć, że mamy do czynienia z osobą skończenie analityczną, systematyczną, zapewne lokującą się gdzieś na spektrum autyzmu, choć w miejscu, które nie utrudnia jej codziennego funkcjonowania, a jedynie, być może, budowanie głębszych związków. Narratorka szczerze przyznaje, że traktuje ludzi jako środki do osiągania określonych celów, nie ma złudzeń co do siebie i tego, co inni mogą zrobić dla niej. Przyznam, że przypadła mi do gustu taka kreacja postaci. Jest inteligentna, całościowa i konsekwentnie prowadzona.

Później też jest nieźle, sposób w jaki cały czas bada i ocenia swego kochanka jest wiarygodny, a do tego niekiedy bardzo zabawny. Jeśli czegoś mi zabrakło – to w finale. Sądziłem, że zakończenie będzie bardziej dobitne, a tu jak w europejskim ambitnym filmie – fade to black w chwili, gdy chciałem się dowiedzieć czegoś więcej. Przez to pod koniec lektury poczułem pewien niedosyt. Również dlatego, że Ania od początku rozbudowywała spore oczekiwania 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ciekawe, czy gdyby to mężczyzna został podobnie opisany, też uznałyby, że lokuje się gdzieś w spektrum autyzmu, bo czasem odnoszę wrażenie, że panom wybaczamy więcej “chłodu” i “analityczności” 😉

Fakt, że pierwotny zamysł był odrobinę inny, ale bohaterowie potrafią żyć własnym życiem, a każdy tekst kiedyś trzeba skończyć. Przyznam, że jestem ciekawa, jak daleko dowiózłbyś tę historię. Czyżby aż do końca relacji? Bo przecież wszystko się kiedyś kończy…

Serdecznie pozdrawiam

A.

Myślę, że podobnie skonstruowanego bohatera płci męskiej też uznałbym za osobę mniej lub bardziej autystyczną. Co więcej, w życiu prywatnym mam kilku kolegów, co do których podejrzewam, że lokują się gdzieś na spektrum. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jestem z zawodu psychologiem, więc moja ocena ma charakter czysto amatorski 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Moja też 😉

Świetny portret psychologiczny i dobre opowiadanie! No i ta ilustracja… aż dreszcz przechodzi po plecach 🙂

Ilustrację akurat wybrałam spośród propozycji przedstawionych przez Megasa. Chwała mu za to, że tym razem trafił nawet w mój gust 🙂

Serdecznie pozdrawiam

A.

Popieram główną bohaterkę w kwestii wyboru czekolady, potępiam ją za łamanie imperatywu praktycznego staruszka Immanuela Kanta 🙂

Opowiadanie niezłe, choć do najlepszych Ani trochę mu brakuje, dlatego postawiłem 4. Chętnie jednak przeczytam kolejne dzieło tej świetnej autorki!

Znów pozwolę sobie na prywatę: masz jakąś wyjątkowo dobrą tabliczkę do polecenia? 🙂

Jeśli zdradzisz, które z moich opowiadań uważasz za te lepsze, może uda mi się w przyszłości lepiej wpasować w Twój gust… choć przyznam, że jeśli chodzi o wybór tematów bywam kapryśna 😉

Serdecznie pozdrawiam

A.

Kolejny bardzo dobry tekst, z pomysłem, przemyślany, umiejętnie skonstuowany, technicznie prawie bez zarzutu.

Sceny erotyczne…… niby szczególowe, bardzo techniczne, ale jednocześnie lekkie, podane w takiej formie, że czyta się szybko i przyjemnie.

Jako że do czegoś muszę się przyczepić, więc…

“że nie zjadałam ziemniaków, jeśli nasiąknęły sosem albo wodą, która pociekła z kiszonej kapusty”

Mam podobnie. Nie lubię gdy ziemniaki naciekają ową wodą z kapusty. Tylko że… to nie jest woda. Nie wiem czy Cię dobrze rozumiem – jeśli masz ziemniaki na talerzu, a za dodatek kapustę to… z kiszonej kapusty jest kwas, ewentualnie sok. Nawet nie wygląda jak woda, bo jest mętna.

” na samą myśl przechodziły mnie nieprzyjemne ciarki.”

A znasz jakieś ciarki, które byłyby przyjemne?

“– Ale chcę. – I uśmiechnęłam się ciepło. Nie stawiał oporów.”

Nie stawiał OPORU. Opór to nie wątpliwości, rzadko występuje w liczbie mnogiej, A już na pewno nie w tym kontekście.

“Koniec końców doszedł, klęcząc i wykonując szybkie płytkie pchnięcia z jedną moją nogą przełożoną między jego, a drugą uniesioną i wspartą na jego przedramieniu. Kto zna nazwę? Śmiało!”

Nożyce.

Generalnie bardzo ciekawie i umiejętnie przedstawiasz tajemnice natury męskiego przyrodzenia:)

Aureliusie, pewnie że w wielu miejscach masz rację, tyle że opowiadanie nie jest pisane z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora, tylko jest opowieścią snutą przez bohaterkę. Większość znanych mi ludzi używa określeń w stylu “woda po ogórkach” albo “woda po kapuście”, bez względu na to jak jest mętna czy kwaśna. Zbyt precyzyjny język zabija naturalność, powinieneś mieć to czasem na uwadze. W tekstach literackich liczy się wrażenie, płynność czytania, rytm. Masz rację, że wystarczyłby jeden “opór”, jako przeciwstawianie się czyjeś woli lub nieuleganie jakiejś sile, ale to słowo posiada jednak liczbę mnogą i jest ona jak najbardziej poprawna. Kornel mógł protestować na różne sposoby, nie zaprotestował na żaden, więc dyskusyjne jest czy nie stawił jednego, czy wielu oporów… Ja zdecydowałam się na wiele, Ty byś obstawiał jeden, to naprawdę kwestia gustu.

Przyznam, że “nożyce” kojarzą mi się z konkretnym ćwiczeniem niemającym nic wspólnego z żadną pozycją seksualną – z partnerem między udami go po prostu nie wykonasz. Ja miałam na myśli coś, co czasem określa się mianem “miłosny szlak”.

Tak swoją drogą znam doznanie, które określiłabym jako przyjemne ciarki…

Uśmiechy

A.

Megas Alexandros ubiegł mnie swoim komentarzem. To się chyba nigdy dotąd nie zdarzyło. A to już tyle lat. Dodam, że podoba mi się narracja Autorki i rzeczowy, dojrzały język jakim mierzy się z opisem życia, erotyki, itp.
Niby takie od niechcenia popełnione opowiadanko, ale mocno osadzone w nurcie feministycznym. Ja w nim widzę wymachiwanie sztandarem. Co mi jakoś nie przeszkadza. Niech sobie Autorka wymachuje. Może coś z tego wymachiwania wyniknie. Aaaa… I muszę pochwalić zdjęcie. Miodzio-czekoladzio 🙂
Uśmiechy i pozdrowienia dla wszystkich Czytelników oraz Autorów Najlepszej Erotyki.

Karel Godla

P.S. Tak mi przyszło do głowy, że chyba żadnego aktualnego pandemicznego tekstu jeszcze tu nie widziałem. A szkoda.

No nie! Sam robiłeś korektę “To nie dżuma, do cholery!”, był aktualnie pandemiczny jak nic…

I chyba musisz mnie oświecić co tak feministycznego jest w tym tekście, bo chyba nie to, że bohaterka nie poluje na kandydata na męża, co?

Od-uśmiechy :’D

A.

Nie był pandemiczny na tyle, abym to uznał. Pandemia w ciągu przyczynowo-skutkowym (splątana z losem bohaterów) – to mam na myśli, Aniu. W tekście, o którym mówisz, pandemia stanowi tło i to nieostre, odległe, niemal nieistotne. Myślę, że w spokojniejszym czasie byłabyś w stanie coś naprawdę pandemicznego stworzyć. Jestem przekonany.
Uśmiechy,
Karel
P.S Jesteś oświecona, nie muszę pełnić żadnej misjonarskiej posługi (tfu, tfu – na samą myśl). Obstaję przy swojej opinii nt. feministycznego wydźwięku. Ale nikogo nie będę przekonywać. Autorki takoż. Widać gołym okiem.

Bo ja wiem… może byłabym w stanie, tylko czy chcę?
Bieżączka nigdy nie dominowała w moich tekstach i chyba póki co nie czuję potrzeby tego zmieniać.

Od-uśmiechy

A.

P.S. Chyba przeceniasz poziom mojego oświecenia 😉

Karelu, oczywiście, że zamieszczaliśmy na NE “pandemiczne” teksty. Zarówno formy bardzo krótkie – zbiór miniatur “Miłość w czasach zarazy”: https://najlepszaerotyka.com.pl/2020/03/19/bitwa-na-milosc-w-czasach-zarazy/ jak i dłuższe opowiadanie Nefera, “Wybawiciel” https://najlepszaerotyka.com.pl/2020/03/23/wybawiciel-opowiesc-na-czas-zarazy-nefer/ .

Pod obydwoma publikacjami zamieszczałeś komentarze, domyślam się więc, że jesteś już po ich lekturze. Nowszych rzeczy chyba faktycznie nie mamy. Może sam spróbujesz zmierzyć się z tematem?

Pozdrawiam
M.A.

Aniu,
Jeden sprzeciw. Nie nazwałbym pandemii bieżączką. Trwa już kilkanaście miesięcy i jeszcze się nie skończyła. A zakładając nieskończone mutacje, tudzież przekręty i kontynuację fałszywych kampanii informacyjnych z przyczyn biznesowych i nie tylko, zostanie z nami na długo. Namieszała w życiu ludzi, nie tylko erotycznym. I jeszcze namiesza.
Uśmiechy dla Wszystkich,
Karel

Karelu,

koronawirus pewnie zostanie z nami na zawsze, sam w sobie jest jednak mało erotyczny ;p

Od-uśmiechy

A.

Napisz komentarz