Lizbona – wersja 2014 (seaman) Brak ocen

29 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 16 kwietnia 2014 roku.

* * *

Czasem miała już dość. Wszystkiego. Tej pracy, własnej twarzy. Choć tak naprawdę nie pamiętała już, jak wygląda naprawdę. Albo raczej, jak wyglądała kiedyś, przed tym wszystkim. Bo mimo, że minęły tylko trzy lata, zmieniła się nie do poznania. Gdyby istniał ktokolwiek, kto mógłby i chciałby ją rozpoznać.

Łazienka była urządzona nowocześnie, po męsku. Brak ozdób, chłodna szarość betonowych ścian i prostota kształtów armatury wywoływały przygnębiające wrażenie.

To pewnie dlatego, pomyślała. Ale wiedziała, że oszukuje samą siebie. Zbyt dobrze znała to uczucie. Gorycz, którą czuła w ustach, towarzyszyła jej coraz częściej. To nie przez otoczenie. Które niemal co miesiąc było inne. Powodem była twarz, która patrzyła na nią z tafli lustra. Jej własna twarz, która już dawno przestała wyglądać znajomo. Kolor i długość włosów zmieniały się tak często, że przestała zwracać na to uwagę. Kształt ust i rysunek oczu również zdążyły zmienić się nie do poznania. Wszystko wyglądało inaczej, niż kiedyś. Na studiach. Przed tym wszystkim.

Zanim została zwerbowana.

***

Nie wierzyła w przeczucia. Zbyt mocno stąpała po ziemi, by przejmować się takimi głupotami. Rozsądek niejeden raz ratował jej życie. Nie mogła pozwolić sobie na kierowanie się emocjami. Szóstym zmysłem. Śmiechu warte.

Tego dnia, już od samego rana, czuła niepokój. Otworzyła oczy i odruchowo zerknęła na wyświetlacz budzika. Zawsze to samo, pomyślała. Za pięć szósta. Jakby jej ciało miało wewnętrzny alarm, nakazujący pobudkę o tej samej porze. A jednak nie miała racji. Lodowata bryła, tkwiąca w żołądku, była czymś nowym. To nie był lęk. Dobrze znała strach, ten barometr utrzymujący ją przy życiu w trudnych chwilach. A dziś… jakby za chwilę miało wydarzyć się coś niespodziewanego. Wstając z łóżka, uśmiechnęła się do własnych myśli. Starannie złożyła prześcieradło, służące jej za przykrycie podczas snu, i zerknęła przez okno. Nie bądź idiotką, stwierdziła. Cokolwiek miałby przynieść ten dzień, nie będzie zaskoczeniem. Mimo, że minęły tylko trzy lata, kobiecie czasem wydawało się, że widziała już wszystko. No, może nie do końca. Póki co miała szczęście, nie musiała nikogo krzywdzić, przynajmniej fizycznie.

Nie rozumiała własnych emocji. Przecież to nie pierwszy raz, nie dziesiąty. Nic nowego, powtórzyła. I to chyba było najgorsze. Jestem egoistką, stwierdziła. Powinnam się cieszyć, że nie muszę wykonywać innego rodzaju… roboty. Nawet jeśli zadzwoni telefon, nie będzie to oznaczało końca świata. Po prostu kolejne zadanie. Następny pierdolony rozkaz.

Daj spokój, zrugała się w ciszy. Nie można tak myśleć, to nic nie da. Było już jednak za późno. W ustach pojawiła się znajoma gorycz. A węzeł w brzuchu nie znikał. Nawet gorący prysznic nie pomógł. Szorując zęby zrozumiała, że spieprzyła sobie humor na dobre.

– Koniec, kurwa! – warknęła niewyraźnie, wycierając twarz ręcznikiem. Potem z ociąganiem przejechała miękką tkaniną po zaparowanym lustrze. Wpatrzyła się we własne odbicie. – Odpuść już, dobrze? – poprosiła tę drugą kobietę, wpatrującą się w nią z uwagą. – Nie ma co się wściekać.

Kawa. Może to poprawi nastrój. Ożywiona nadzieją, nałożyła szlafrok i przeszła do kuchni. Proste, kanciaste meble i neutralne kolory ścian działały uspokajająco, nie na tyle jednak, by wypędzić złe myśli. Ktokolwiek urządził ten dom, miał gust, stwierdziła. Nalała wody do ekspresu i włączyła urządzenie, wybierając latte. Młynek zaterkotał głośno, mieląc ziarna. Przeszła do przedpokoju i zerknęła do zawieszonej na drzwiach skrzynki na listy. Nie oczekiwała żadnej poczty, szukała gazety. Świeże wiadomości zaszeleściły w dłoni. Podgrzane kafle podłogi miło pieściły jej bose stopy, gdy wróciła do kuchni. Wyciągnęła jedyny kubek z szafki.

Mieszkam tu, a jakby mnie w ogóle nie było, stwierdziła nagle, rozglądając się dookoła. Rzeczywiście, nigdzie nie było widać żadnych śladów normalnego życia; na stalowych relingach smutno wisiały nietknięte ścierki, panel piekarnika wciąż oklejony był ochronną folią. Zaskoczona własnym zdziwieniem, postawiła kubek na podstawce ekspresu. Spienione mleko przelało się bezgłośnie do naczynia, ciemny płyn popłynął chwilę później. Wciągnęła powietrze, delektując się zapachem kawy. Usiadła przy szklanym stole, rozłożyła gazetę. Przelatywała wzrokiem po tytułach artykułów, lecz mimo najszczerszych chęci nie mogła skupić uwagi na tym, co czyta. Głowę miała pełną ponurych myśli. Nadal nie mogła pozbyć się wypełniającej ją złości. Ani bryły lodu z żołądka. Nawet pyszna kawa nie pomagała.

Odłożyła pokryte drobnym drukiem stronice i spojrzała przez okno. Zapatrzyła się na stalowoszarą powierzchnię morza, które pod wpływem silnego wiatru pokryło się tysiącem zmarszczek. Niemal słyszała szum fal, bijących jednostajnie o piaszczysty brzeg. Gdyby wstała i podeszła do szklanych drzwi tarasu, mogłaby poczuć zapach słonej wody, który tak bardzo lubiła. Nie ruszała się jednak. Sam widok jej wystarczał. Taki jednostajny, monotonny. Uspokajający.

Myślała o tym, jak mogło wyglądać jej życie. Gdyby nie zgodziła się przyjąć pewnej propozycji. Nie mogła obciążać winą nikogo, poza sobą. Dokonała wyboru raz, potem drugi i niezauważalnie znalazła się w tym domu. Sama. Samotna. Amerykańskie powiedzenie dobrze odzwierciedlało jej samopoczucie: wyglądasz jak Kalifornia, czujesz się jak Minnesota. Ktokolwiek był w Minnesocie, wiedział, jak się czuła.

Kim mogłaby zostać, podejmując inne decyzje? Co osiągnąć? Czy jest już za późno na zmianę? Czy faktycznie musi robić to, co robi? Pamiętała słowa pewnego człowieka, którego poznała kiedyś, na początku. Nic nie musisz, powiedział wtedy. Człowiek ma wolną wolę, nawet wtedy, gdy wydaje mu się, że jest inaczej. Coraz częściej myślała o jego słowach.

I wtedy jej uszu dobiegł cichy dźwięk. Przymknęła oczy. A jednak. Znała go dobrze. Kiedyś nawet wyczekiwała. Teraz nie, a może raczej żyła nadzieją, że już nigdy go nie usłyszy. Śmieszne, jak pragnienia mogą się zmienić.

Z ociąganiem wyciągnęła dłoń i podniosła telefon komórkowy, niespokojnie wibrujący na ciemnym kamieniu kuchennego blatu.

***

Lizbona. Słowo-klucz. Zostało przypisane do niej zaraz po zakończeniu szkolenia. Po sześciu miesiącach męczących, czasem niebezpiecznych ćwiczeń, które miały uczynić z niej skuteczny środek do zdobywania informacji. W jakikolwiek sposób. Instruktorzy nauczyli ją, jaki jest najboleśniejszy sposób złamania palca. W które miejsce uderzyć, by pozbawić człowieka przytomności. Co na siebie nałożyć, by żaden mężczyzna nie był w stanie oprzeć się jej urokowi. Trzy dni tygodnia spędzała w leśnej chacie, w głębi głuchej puszczy, ucząc się technik przeżycia, wschodnich sztuk walki i ćwicząc ciało. Wracała na pozostałe cztery do szarego, betonowego budynku szkoleniowego. Szlifowała lokalne akcenty tak, by rodowity Anglik dał się oszukać. Albo Francuz, Amerykanin czy Rosjanin. Poznawała zagadnienia z psychologii, szkolenia militarnego i historii sztuki. A potem całe godziny spędzała na strzelnicy albo za kierownicą różnych samochodów, wgryzając się w niuanse jazdy terenówką lub driftowania.

Musiała umieć to wszystko, by być skuteczną. Miała jedno zadanie: bronić bezpieczeństwa ojczyzny i, choć nie była patriotką, odnajdywała dumę w tym, do czego ją przygotowywano. Ale przede wszystkim pociągało ją niebezpieczeństwo. Nie łudziła się, że zostanie drugim Jamesem Bondem. A jednak, gdy odkrywano przed nią tajniki sztuki manipulacji, czuła nieokiełznane pragnienie przeżycia jakiejś przygody. Nie rozumiała tego, że jej praca nie będzie miała nic wspólnego z kolorową wizją hollywoodzkich reżyserów. No, może nie do końca. Bo w ciągu tych kilku lat pracy odwiedziła kilka ciekawych miejsc. Poznała smak luksusu. I, na szczęście, nie musiała jak dotąd korzystać z umiejętności bolesnego łamania palców. Okazało się, że miała inne talenty. Dla firmy bardziej cenne. Pozostawiające jednak posmak metalicznej goryczy w ustach. Czy tego właśnie chciała, przystając na udział we wstępnym szkoleniu eliminacyjnym, które miało pokazać, czy ma szansę na pracę w wywiadzie? „Chyba nie do końca”, skonstatowała z rozgoryczeniem, podnosząc płaski telefon. Nacisnęła gładką powierzchnię aparatu, otwierając przesłaną wiadomość. Jak zwykle, dwa słowa.

Lizbona Grenouille.

Pierwsze było potwierdzeniem, ze wiadomość jest dla niej. Drugie – jednorazowym hasłem, umożliwiającym otwarcie skrzynki mailowej i odczytanie szczegółów nowego zadania.

Kobieta przez chwilę wahała się. Miała ochotę otworzyć przesuwane, szklane drzwi i z całych sił rzucić telefonem z nadzieją, że ten doleci do brzegu morza i na zawsze zniknie z jej życia. Wraz ze wspomnieniami, rozczarowaniami i niesmakiem w ustach. I ludźmi, od których dostała ten aparat.

Grenouille, westchnęła w myślach. Tak dobrze ją znali. Co samo w sobie nie dziwiło. Zaskoczył ją fakt, że właśnie teraz jako hasło wykorzystali nazwisko bohatera z książki, której analizę przeprowadziła w pracy magisterskiej. Czyżby wiedzieli o jej wątpliwościach? Chcieli przypomnieć, jaka była przedtem, zanim sprawne dłonie trenerów ukształtowały ją tak, jak należy, niczym garncarz wytwarzający z niekształtnej, mokrej bryły wspaniały dzban? Pokręciła głową. Niemożliwe. Cały czas była pod obserwacją, to oczywiste. Jak każdy agent. Ale z tego, co wiedziała, telepatów do wywiadu jeszcze nie zatrudniano.

Zwykły zbieg okoliczności.

***

Wstrzymywała się ze sprawdzeniem treści zadania tak długo, jak tylko mogła. Udawała, że ma do zrobienia inne, bardzo ważne rzeczy. Wytarła kurze z mebli. Umyła łazienkę. Przeszła się po plaży, wsłuchując w jednostajny, kojący szum fal i wdychając słonawe powietrze. Od zawsze uwielbiała morze, jak każdy chyba człowiek, który wychowywał się z dala od wybrzeży. Nieważne, czy świeciło słońce, dzięki czemu woda nabierała specyficznej, pięknej barwy lazuru, czy – tak jak dziś – niebo zasnute było ołowianymi chmurami, chłodny wiatr szarpał za poły kurtki i rozwiewał włosy, a zamiast kojącego błękitu rozpościerała się przed nią lekko przerażająca, grafitowa równina, poprzecinana białymi grzywami piany. Liczył się tylko szum, zapach i smak soli na ustach.

W końcu jednak musiała wrócić do domu. Wzniesiony na niewielkim wzgórzu, kilkadziesiąt metrów od piaszczystej plaży, odcinał się jasnym kolorem ścian od ciemniejącego nieba. Otaczające budynek krzaki wysokiej trawy kłaniały się, gdy kobieta przechodziła między nimi, jakby cieszyły się z jej powrotu. Nie ma powodu, pomyślała, bo zapewne niedługo wyjadę i już nigdy tu nie wrócę. Jak zwykle. Ile to już mieszkań i domów zdążyła zaliczyć? Przynajmniej tyle samo, co wykonanych zadań. Czyli szesnaście. A może i więcej, już nie pamiętała. Za to każde zlecenie tkwiło w jej wspomnieniach jak drzazgi w skórze, piekąc przy najmniejszym dotyku. A najgorszy był pierwszy raz. Bądź co bądź, ten zawsze najbardziej boli, przemknęło jej przez głowę, gdy uruchamiała komputer.

***

Zdolna studentka, jedna z najlepszych na roku. Dwa kierunki na raz, bez szkody dla ocen, filologia francuska i psychologia. Oprócz czterech języków, którymi posługiwała się niemal tak płynnie, jak natywni, znała jeszcze włoski, hiszpański i portugalski. Być może dlatego zwrócili na nią uwagę. Tak myślała na początku. Potem doszła do wniosku, że tytuł Miss Wydziału też miał znaczenie.

Przyszło do niej dwóch jednakowych ponuraków. Gości przedstawił jej promotor, starszy i przemiły profesor literatury francuskiej.

– Panowie mają dla ciebie bardzo ciekawą ofertę pracy – powiedział, nim wpuścił ją do własnego gabinetu, w którym czekali przybysze. – Kiedyś też z nimi współpracowałem, ciekawe to były czasy – dorzucił z rozrzewnieniem. Miała mu za złe, że nie ostrzegł jej, kiedy miał możliwość. Że nie powiedział: nie zgadzaj się na nic, co ci zaproponują. Odmów i żyj własnym życiem, poznaj jakiegoś miłego chłopaka, zrób sobie dwójkę dzieci, roztyj się i pomarszcz. Bądź normalna. Nie chcesz mieć nic wspólnego z firmą, którą reprezentują. Ale nic takiego nie usłyszała, więc z entuzjazmem zgodziła się na dwutygodniowy wyjazd, podczas którego miała poznać szczegóły ewentualnej pracy i przejść kilka sprawdzianów, które pozwolą ocenić, czy nadaje się na pracownika wywiadu. Na początku myślała, że czeka ją rola konsultantki, może tłumaczki. Biurowa praca. Okazało się jednak, że testy wydolnościowe i siłowe wypadły na tyle korzystnie, iż zaproponowano jej coś więcej. Oczywiście ofertę sprytnie opakowali w patriotyzm, tajemniczość i wizję wielkiej, niekończącej się przygody. Połknęła haczyk, podpisała papiery lojalnościowe, pozbawiające ją niemal wszystkich obywatelskich praw i głową naprzód wskoczyła w świat wywiadu.

Sześć miesięcy później otrzymała legitymację oficera, którą musiała natychmiast oddać do służbowego sejfu. Tajemnica zawodu, jak powiedział pracownik, wpisując w ewidencję jej dokument. Od tamtego dnia nie widziała legitymacji ani razu.

Zwierzchnicy wysłali ją do pięknego, ekskluzywnego apartamentu i kazali czekać na rozkazy. Te nadeszły po tygodniu, który zniecierpliwionej kobiecie wydawał się wiecznością. Sprawa wyglądała dość prosto. Jako nowicjuszka miała spotkać się z doświadczonym wywiadowcą, a jej obecność służyła za przykrywkę – mieli udawać małżeństwo. Razem polecieli na południe Europy, na spotkanie z konsulem jednego z bliskowschodnich państw, który współpracował z wywiadem, sprzedając sekrety własnego kraju za walizki wypchane plikami banknotów. I za coś jeszcze, ale o tym miała przekonać się dopiero na miejscu.

Spotkanie odbyło się na jachcie Araba: pięknej, smukłej łodzi koloru kości słoniowej, zacumowanej przy głównej kei portu w Monako. Dwoje agentów przyjechało na nabrzeże limuzyną i zostało wprowadzonych na pokład przez ochroniarza, potężnie zbudowanego, czarnoskórego mężczyznę o głowie łysej jak kolano. Gospodarz czekał na swoich gości w salonie, wygodnie rozparty na obszytej białą skórą sofie. Przywitał się z mężczyzną po arabsku, rzucając młodej agentce jedynie zdawkowe spojrzenie. Kobieta nie czuła się komfortowo podczas tego spotkania – nie rozumiała ani słowa z rozmowy. Jedyne, co jej pozostało to siedzenie w rogu kanapy i popijanie wody ze szklanki, przyniesionej przez ochroniarza, który najwyraźniej był również służącym. Po piętnastu minutach mężczyźni wstali i uścisnęli sobie dłonie, po czym starszy agent skinął na towarzyszkę.

Obydwoje skierowali się do wyjścia, gdy arabski dyplomata odezwał się niespodziewanie:

– Bardzo przepraszam – powiedział nienaganną francuszczyzną – że rozmawialiśmy w moim języku ojczystym, ale jak pani słyszy, niezbyt dobrze znam mowę Napoleona. – Zrozumiała, że Arab zwraca się do niej i spojrzała na konsula, lekko zmieszana. Nie spodziewała się, że zostanie zaczepiona, rozkaz określał ją jako „biernego” uczestnika spotkania.

– Proszę nie być tak krytycznym wobec siebie – odparła, skrywając zaskoczenie za uśmiechem. – Mówi pan świetnie po francusku.

– Och, wszystko dzięki szczodrości moich rodziców – odparł, skłaniając lekko głowę. – Czy zechciałaby pani przejść ze mną na taras, mam tam coś bardzo wyjątkowego…

Zerknęła badawczo na starszego kolegę z agencji, który delikatnym, niemal niezauważalnym skinieniem dał jej znać, jak powinna postąpić. Ujęła wyciągniętą dłoń dyplomaty i dała się poprowadzić przez szerokie przejście, prowadzące na wyłożony drewnem pokład. Pośrodku tarasu stał duży stół, dookoła którego ustawionych było kilka szerokich krzeseł. Prowadzący ją mężczyzna zatrzymał się przy krawędzi szklanego blatu i sięgnął do niewielkiego pudełka, leżącego pośrodku gładkiej tafli. Gdy odwrócił się ku kobiecie, trzymał w dłoniach kunsztownie wykonany naszyjnik, mieniący się w świetle portowych lamp od dziesiątków drobnych kamieni, którymi był przyozdobiony.

– To diamenty – powiedział Arab, pokazując kolię bliżej. – Łącznie dwieście dwanaście karatów. Trzeci najdroższy naszyjnik na świecie. Właśnie odkupiłem go od siostry księżnej Monako. Prawda, że piękny?

Zawahała się. Nie rozumiała, dlaczego mężczyzna pokazał jej to drogie cudo. Przytaknęła więc w milczeniu, uważnie przypatrując się twarzy rozmówcy.

– Doskonale – mruknął, gdy dostrzegł jej spojrzenie. – Błyskotki pani nie interesują. Brawo. Choć pięknie wyglądałby na tej zgrabnej szyi, nie mogę pani podarować tego naszyjnika. Kupiłem go dla mojego króla, płacąc państwowymi pieniędzmi. Za pokwitowaniem, ma się rozumieć. Ale nie o tym chciałem porozmawiać.

Pochylił się jeszcze bliżej. W napięciu zacisnęła dłonie. Nie wiedziała, co ma robić. Jedyne, co jej pozostało, to słuchać.

– Proszę zerknąć na naszego wspólnego przyjaciela – kontynuował śniady mężczyzna. – Proszę mu uspokajająco pomachać dłonią, bo wygląda na lekko zaniepokojonego.

Niemal bezwiednie, wbrew sobie, wykonała polecenie. Wiedziała, że coś jest nie w porządku. Słowa dyplomaty potwierdziły jej obawy.

– Bardzo dobrze, kochana – powiedział Arab. – Widzi pani, mój ciemnoskóry przyjaciel jest gotów w każdej chwili skręcić pani… mężowi… kark. Wystarczy, że dam mu znak. Ale obydwoje wiemy, że żadne z nas tego nie chce. Prawda?

Kiwnęła głową. Czuła narastającą panikę i z trudem panowała nad sobą. W tym samym czasie słuchała słów stojącego przed nią człowieka i starała przypomnieć sobie, jak powinna postąpić w takiej sytuacji. Czego uczyła się na szkoleniu. Nic, pustka.

– Ja tego nie chcę – ciągnął konsul – bo dzięki niemu zarobiłem już niezłą fortunę. I chciałbym dalej zarabiać. Tobie powinno zależeć na jego dobrym samopoczuciu, bo, po pierwsze, po powrocie do domu, ten człowiek wystawi ci ocenę z pierwszej akcji. A po drugie, gdyby coś mu się stało, zostałabyś tu sama… Bezbronna, uwięziona na jachcie, który oczywiście należy do terytorium mojego państwa. Zdana na łaskę króla… i moją.

Zaczęła lekko drżeć. Gorączkowo zastanawiała się, co ma zrobić. Widziała masywną sylwetkę ochroniarza, piętrzącą się za plecami nieświadomego niebezpieczeństwa szpiega. Ani przez chwilę nie zwątpiła w szczerość słów konsula. Miała krzykiem ostrzec towarzysza i sama spróbować ucieczki? Jak? Skacząc do wody? W sięgającej ziemi, obcisłej sukni, na dziesięciocentymetrowych obcasach, nie zdążyłaby dobiec do stalowych relingów. Zapewne skończyłoby się to bardzo nieprzyjemnie. Postanowiła czekać, zobaczyć, o co chodzi dyplomacie.

– Słuszna decyzja – zauważył ten, błyskając w półmroku zębami. – Zniszczyłabyś ten piękny strój, a daleko nie uciekła. Zapewniam. Zresztą – ciągnął, oglądając trzymany w dłoniach naszyjnik – twój towarzysz, tak samo jak przełożeni, wiedzą, co za chwilę powiem. Mam ich przyzwolenie. Ba, można by rzec: błogosławieństwo.

Popatrzył na znieruchomiałą kobietę.

– Tak, tak – mruknął, chowając kolię do pudełka. – Częścią zapłaty jesteś ty. Jeśli nie dostanę tego, co chcę, ostatecznie zerwę współpracę z twoim rządem. Nie muszę chyba mówić, co w takim przypadku czeka was oboje.

Podszedł blisko i poczuła korzenny zapach jego perfum. Nadal nie była w stanie się poruszyć. W zdumieniu i przerażeniu słuchała jego słów.

– To nie pierwszy raz – wyjaśniał Arab spokojnym tonem. – Mam… niecodzienne potrzeby. Ty jesteś wyjątkowo piękna, bez dwóch zdań. Gwarantuję, że włos ci z głowy nie spadnie. Nie dojdzie do niczego, na co byś się nie zgodziła. Jest tylko jeden warunek.

Zawiesił głos na chwilę, po czym powiedział spokojnie:

– Muszę usłyszeć, jak mówisz, że chcesz ze mną pójść. Dobrowolnie. To bardzo ważne. I on – wskazał dłonią na czekającego cierpliwie agenta – też to usłyszy.

W końcu odzyskała mowę.

– Dobrowolnie? – syknęła, z trudem opanowując chęć odsunięcia się od konsula. – Czy ty wiesz w ogóle, co to znaczy? Nie jestem jedną z twoich nałożnic, nie ma mowy!

Uśmiechnął się lekko.

– Właśnie na tym polega nasza gra. Musisz przełamać własne opory. Zaufać wrogowi. Wygraną jest życie was obojga, a do tego wykonanie zadania. Zastanów się przez chwilę, połóż na szali obie te rzeczy. Czy proszę o tak wiele? Czy nie chcę jedynie tego, co oddałaś już komuś innemu? Bo przecież nie chcesz mi powiedzieć, że jesteś dziewicą.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.

– To nie twoja sprawa – odparła z wściekłością.

– Zgadza się, nie moja – rzekł szczerze. – Ale chciałem się upewnić, że wiesz, o co cię proszę. Nie chcę niczego wymuszać. To musi być twoja świadoma decyzja. Wolna wola.

– Wolna wola, dobre sobie – warknęła. – W takiej sytuacji?

Przysunął się jeszcze bliżej. Czuła jego ciepły oddech na policzku.

– Człowiek tym różni się od zwierzęcia, że zawsze, w każdej sytuacji, może podjąć niezależną decyzję. Czasem jest to trudne. Ale nawet z nożem na gardle, z dłońmi gwałciciela na szyi, każdy z nas jest w stanie wybrać: śmierć czy uległość. Zwierzę, bez względu na okoliczności, wybierze życie, choćby za cenę poddania się woli silniejszego. My mamy wolną wolę, mimo że czasem brakuje siły na podjęcie słusznej decyzji.

– To znaczy, że teraz też mam się nie zgodzić? Wybrać śmierć z ręki gwałciciela?

– A gdzie tu gwałciciel? – spytał z ironią. – Dobijamy targu. Ja sprzedaję towar, który wy kupujecie. I chcę połączyć interes z przyjemnością. Ale to musi być obustronna przyjemność, a żeby tak się stało, musisz przystać na to z własnej, nieprzymuszonej woli.

– Obustronna? Nie bądźmy śmieszni.

– Proponuję ci przeżycie czegoś wyjątkowego. Zapewniam, że będziesz zaskoczona. Wspominając o konsekwencjach odmowy pragnę jedynie ci uświadomić, jak ważna dla mnie jest twoja zgoda.

Poczuła, że zaraz roześmieje mu się w twarz. Dość już miała pokrętnej logiki tego człowieka, nie rozumiała, do czego zmierzają jego argumenty. Ale podjęła decyzję, bo – wbrew słowom dyplomaty – nie miała wyboru. Panicznie bała się skutków własnej decyzji, lecz nie mogła postąpić inaczej. Przeżyje jakoś tę noc, a potem wróci do domu, zmyje z siebie cały ten brud i zapomni.

Powoli skinęła głową. Śniadoskóry mężczyzna uśmiechnął się szeroko, po czym ujął kobietę pod ramię. Swobodnym krokiem poprowadził ją do salonu. Stanęli przed agentem, który spojrzał na nią pytająco. Raz jeszcze przytaknęła ruchem głowy.

– Zostanę tutaj na noc – powiedziała cicho. – Nie musisz czekać, wrócę sama.

– Mój szofer odwiezie panią z samego rana – zapewnił dyplomata.

Szpieg skrzywił twarz w uśmiechu, wydawało się, że poczuł ulgę.

– Dobrze, skoro tego chcesz – westchnął, pocierając dłońmi. – Nie będę czekał.

Była wściekła na niego i jednocześnie ciekawa, czy konsul mówił prawdę. Czy naprawdę miał przyzwolenie jej przełożonych, którzy postanowili zadysponować jej ciałem jak jakimś towarem, nie pytając nikogo o zgodę.

Cóż, w sumie dobijali właśnie targu.

***

Wiele razy zastanawiała się, dlaczego wtedy, za pierwszym razem, zgodziła się zostać. W sumie przyznawała rację arabskiemu dyplomacie. Mogła powiedzieć „nie” i sprawdzić, czy konsul nie blefował. Czy zrobiła to tylko ze strachu? Bo z patriotyzmu na pewno nie. A może, w tamtej chwili, kierowało nią coś innego? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Została. Tylko to było ważne. Jej partner opuścił jacht, zostawiając kobietę na pastwę nieznanego mężczyzny. I, jak się później okazało, jego ciemnoskórego ochroniarza.

Zaprowadzili ją do ogromnej sypialni. Wyłożone ciemnym drewnem ściany kontrastowały z bielą pościeli. Murzyn podsunął kieliszek szampana, który posłusznie wypiła. Musieli dosypać coś do alkoholu, być może narkotyk, bo bardzo szybko poczuła, jak jej ciało ogarnia błogi spokój. Ramiona i nogi zaczęły nieznośnie ciążyć, musiała usiąść na skraju idealnie zaścielonego łóżka. Nieprzytomnie rozejrzała się dookoła siebie. Śniady dyplomata wpatrywał się w kobietę z przeciwległego rogu pokoju, wygodnie rozparty w skórzanym fotelu. Trzymał w dłoni własny kieliszek i uśmiechał się nieznacznie.

– Bardzo dobrze – powiedział, zmuszając kobietę, by skupiła na nim uwagę. – Widzę, że jesteś już gotowa. – Nieznacznie skinął dłonią, wskazując na ochroniarza. – Pozwól zatem, że nasz wspólny przyjaciel pozbawi cię zbędnych akcesoriów.

Nie miała sił protestować. Poddała się sprawnym dłoniom rozbierającego ją mężczyzny, który szybko zdjął sukienkę i buty, pozostawiając otumanioną kobietę jedynie w stringach. Delikatnie położył ją na łóżku w taki sposób, że ramiona miała założone nad głową. Nadgarstki związał miękkim materiałem, który okazał się zaskakująco wytrzymały, gdy w ostatnim przebłysku świadomości szarpnęła rękami, próbując zerwać więzy. Po chwili poddała się ostatecznie i już bez walki pozwoliła, by rozłożył jej nogi szeroko niczym nożyce i również unieruchomił. Leżała naga, rozciągnięta na łóżku przez dwóch nieznajomych mężczyzn, bezbronna i niezdolna do obrony, zdana na ich łaskę. Nie pamiętała za bardzo, co działo się później. Na pewno jej nie zgwałcili. Czarnoskóry olbrzym o łysej głowie był ostrożny, miał zaskakująco ciepłe i delikatne dłonie. Nie rozumiała, o czym rozmawiali między sobą, ale była pewna, że ochroniarz wypełnia życzenia Araba, rzucane zachrypniętym głosem. Gładził jej ciało, wędrując palcami po każdym zakamarku. Na początku omijał krocze i piersi, drażniąc brzuch i uda związanej kobiety. Potem, ponaglony niecierpliwą komendą, rozerwał jeden z pasków od majtek i ściągnął ostatni skrawek ubrania z uwięzionej. Niczym nauczyciel demonstrujący uczniom jakiś ciekawy okaz, rozgarnął fałdy sromu na boki, pokazując różowe wnętrze jej ciała konsulowi, który raptownie zamilkł. Pamiętała dotyk Murzyna wewnątrz siebie, wypełniający zaciśniętą pochwę bardziej, niż członki niejednego z wcześniejszych kochanków. Nie wiedziała, czy w tym momencie odczuwała jakiekolwiek podniecenie, ale na pewno nie broniła się przed pieszczotą. Była za to pewna, że gdy pochylił błyszczącą głowę i polizał tam, gdzie wcześniej wkładał palce, jakikolwiek opór znikł, wyparty przez narastające napięcie. Chciała, by kontynuował, miał miękki język i dobrze się nim posługiwał.

– Nie… przerywaj… – jęknęła, całkowicie ulegając klęczącemu przed nią mężczyźnie. Pragnęła orgazmu, gotowa była oddać wszystko za moment ekstazy. Szarpnęła niecierpliwie więzy, chciała docisnąć głowę kochanka do siebie, wskazać mu gdzie powinien dotrzeć, by doprowadzić ją do orgazmu. – Błagam… jeszcze…

Po chwili wygięła ciało w niekontrolowanym odruchu, głośno jęcząc. Poddała się orgazmowi, przyjęła jego nadejście z ulgą. Nie doszła jeszcze do siebie, oddychała ciężko, nieprzytomnie zapatrzona w sufit, gdy nagle poczuła korzenne perfumy tuż obok siebie.

– Powiedz, że chcesz – szepnął dyplomata, przysiadając na łóżku obok niej. – Chcesz poczuć jego twardego, czarnego kutasa w sobie. Powiedz to głośno, a spełnię twoją prośbę.

– Tak… – odpowiedziała niewyraźnie. – Chcę… proszę…

Intensywny zapach rozpłynął się w powietrzu.

– Dobrze – usłyszała odpowiedź. Potężna sylwetka ochroniarza pochyliła się nad łóżkiem. Kobieta miała wrażenie, że jakaś olbrzymia góra opada na nią, że zaraz ją przygniecie i udusi. Ale tak się nie stało, mężczyzna sprawnie ułożył się na kochance, sięgnął dłonią w dół i nakierował członka na właściwe miejsce. Jęknęła rozdzierająco gdy wszedł w nią płynnym, powolnym ruchem.

– Tak, wiem – odezwał się Arab. – Mój kochany Aziz ma dużego kutasa. Potrafi zaskoczyć. Ale to chyba dobrze, prawda? Czujesz, jak wypełnia cię tym swoim… drągalem? Głęboko wszedł? Boli? Mam nadzieje, że trochę boli, bo co to za seks bez odrobiny cierpienia, prawda?

Nie miała sił na odpowiedź. Murzyn poruszał biodrami w jednostajnym, obezwładniającym rytmie, pozbawiając kobietę oddechu. Ponownie szarpnęła rękoma, choć sama nie wiedziała: by go odepchnąć czy przytulić. Chciała, by choć na chwilę położył się na niej całym ciężarem ciała, by przydusił ją do łóżka, na ułamek sekundy pokazał, jaki jest silny i masywny.

– Jeszcze… – wyjęczała między jednym pchnięciem a drugim. – Szybciej…

Nie posłuchał błagania. Nie zmieniał tempa, nie spieszył się, tłok pracujący wewnątrz niej nie zmienił częstotliwości. Doprowadzał tym kochankę do szaleństwa, zdawała się tracić jakiekolwiek hamulce. Wiła się pod ciemnym ciałem jak wąż, raz po raz szarpiąc za krępujące jej ramiona więzy.

Drugiego orgazmu nie pamiętała, ale z jakiegoś powodu miała przeczucie, że na jednym się nie skończyło.

Nie wiedziała również, czy ochroniarz doszedł, bo kiedy otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła, ze zdumieniem rozpoznała własny pokój hotelowy. Zerwała się z łóżka, z przerażeniem uświadamiając sobie, co zaszło. Spojrzała na nadgarstki, szukając śladów po krępujących ją więzach, nie znalazła jednak ani jednego siniaka czy zadrapania. Jej elegancka suknia wisiała na drzwiach szafy, szpilki stały tuż obok. Jedynie brak majtek potwierdzał, że nie zwariowała, że poprzedniej nocy coś jednak zaszło.

***

Wiele razy roztrząsała, co tak naprawdę zdarzyło się na jachcie arabskiego dyplomaty. Doszła do wniosku, że był to egzamin końcowy, mający jednocześnie uświadomić młodej agentce charakter jej przyszłych zadań. Ktoś tam, na górze wywiadowczego łańcucha pokarmowego, zdecydował, że ta osoba nadaje się do dawania dupy. Choć różnie można to nazywać, ostatecznie kończyło się na tym samym. Rozkazy były różne – od odebrania i wywozu jakichś dokumentów do zaszantażowania jakiegoś nieuświadomionego urzędnika pikantnymi zdjęciami – ale wszystko zawsze kończyło się na łóżku. Na tylnej kanapie samochodu. Albo w kuchni na blacie stołu. Zawsze osiągała cel, wykonywała zlecone zadania ze stuprocentową skutecznością, coraz bardziej nienawidząc tego, co następnego dnia widzi w lustrze.

Bardzo często zastanawiała się, dlaczego to robi. Czemu po prostu nie zrezygnuje. Przecież niewątpliwie miała tego dość. Do szału doprowadzała ją myśl o tym, jak skończyła dobrze rokująca studentka znanej uczelni. Została zwykłą dziwką. Można dać temu inne imię, ubrać w narodowe barwy i tłumaczyć wyższymi celami, ale to nie ukryje prawdy. Była dziwką. Elegancką, udoskonaloną kilkoma zabiegami chirurgicznymi – ponoć dla ukrycia jej prawdziwej tożsamości – i nie dającą za pieniądze, ale jednak.

Co jest ze mną nie tak, że właśnie ja zostałam wybrana do takiej roboty, myślała przed zaśnięciem, na próżno szukając wyjaśnienia. Czy powodem była jakaś rysa charakteru, której nie była w stanie zauważyć u samej siebie? A może po prostu dała się zmanipulować, bo była naiwna i głupia?

Jakiekolwiek znajdowała wyjaśnienie, zawsze bolało. I wywoływało gorycz w ustach. Którą coraz trudniej było wypłukać płynem przeciwbakteryjnym. Przez ponad dwa lata żyła od esemesa do esemesa. Towarzyszył jej stres podczas wykonywania zadania i narastający żal po jego zakończeniu. Z jednej strony cały czas miała nadzieję, że w końcu o niej zapomną, nie wyślą kolejnej wiadomości i odzyska spokój. Z drugiej, po kilku tygodniach ciągłego zadręczania samej siebie, zarywania nocy, spędzanych na roztrząsaniu tych samych wątpliwości, dźwięk telefonu był wybawieniem. Rzucała się na kolejną ofiarę, z wściekłością wyładowując na niej własne rozżalenie. Najszczęśliwsza była, kiedy pojawiała się szansa, by wykazać się odrobiną brutalności. Na szczęście nie musiała nigdy nikogo skrzywdzić, obawiała się, że mogłaby to polubić. Ale odreagowywała na partnerach stresy z przyjemnością, przy każdej sposobności.

Nie była jednak w stanie oszukiwać siebie w pewnej kwestii. Coś musiało być z nią nie tak, bo kiedy leciała gdzieś, na drugi koniec świata, wcielając się w kolejną, fikcyjną postać, czuła podniecenie. Lubiła ten dreszczyk. Męskie pożądanie, widoczne w pożerających jej ciało spojrzeniach. Ich namiętność, której nie potrafili opanować, drżenie rąk, niczym dżuma atakujące każdego z mężczyzn na sam jej widok.

Była niczym jin i jang. Biała i czarna zarazem, przemieszana i nie do rozdzielenia. Miała dość tej pracy, a jednocześnie nie mogła bez niej żyć. Aż w końcu, pewnego dnia, poczuła niepokój wstając rankiem z łóżka. Nie wiedziała, skąd się u niej wziął. Nie wierzyła w zabobony. Ale tamtego dnia, podczas spaceru brzegiem stalowoszarego morza, postanowiła skończyć z wywiadem. Miała dość.

I wtedy przyszła kolejna wiadomość. Lizbona. Kobieta miała nadzieję, że po raz ostatni widzi to słowo, wyświetlone na ekraniku telefonu.

***

Zebrała się na odwagę i zadzwoniła do oficera prowadzącego. Był nim bardzo uprzejmy człowiek po pięćdziesiątce, łysiejący pan z lekko zarysowanym brzuszkiem i podwójnym podbródkiem. Kobieta wątpiła, czy kiedykolwiek brał udział w jakiejś prawdziwej akcji, obstawiała raczej, ze całe życie spędził w klimatyzowanym pokoju, siedząc wygodnie za biurkiem.

Była asertywna i spokojna. Powiedziała mu, że ma dość. nie zrzucając winy na nikogo, stwierdziła, że to jej ostatnie zadanie. Tak, jest pewna własnej decyzji. Nie, nie potrzebuje czasu do namysłu. Oczywiście, że może wykonać zadanie. Nie, jeszcze nie sprawdzała szczegółów. Nie ma problemu, poczeka do jutra. Tak, będzie pod telefonem.

Prośba oficera wydawała się zrozumiała, choć ona wiedziała, że nie ma takiej siły na świecie, która zmieniłaby jej postanowienie. Może czekać choćby tydzień, już podjęła decyzję. Jednego była pewna: to już koniec.

***

Oddzwonił do niej następnego dnia. Miał miły, ciepły głos, w którym pobrzmiewało zrozumienie.

– Nie dziwię się – stwierdził. – Ten ciągły stres. Dobrze, przekazałem pani decyzję wyżej, do dyrektora wydziału. Ma pani oficjalną zgodę na odejście z terenówki. Co to oznacza w praktyce? Cóż, po tym, ostatnim zadaniu, wróci pani do domu. Przyda się nam w departamencie osoba z pani doświadczeniem. Jako analityk. Może trenerka. Na pewno znajdziemy coś ciekawego, co by pani odpowiadało.

Przytakiwała uprzejmie. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego, wiedziała jednak, że nie czas i nie pora, by to omawiać. Zrobi to potem, po powrocie.

Poczuła lekką nadzieję w sercu i nie pozwoliła jej umknąć. Jest szansa, by to skończyć, pomyślała. Zrobiła błąd. Uwierzyła.

***

Włączyła komputer, otworzyła przeglądarkę. Wbiła podane hasło w okienku deszyfrującym i weszła do systemu. Nie miała dostępu do niczego, poza szczegółami najbliższego zadania. Zawsze tak było. Miała tylko dziesięć minut na zapoznanie się z treścią rozkazu. Dokumenty, potwierdzające fikcyjną tożsamość były już spreparowane i następnego dnia miały być jej dostarczone, wraz z biletami lotniczymi. Tym razem Los Angeles. Nie ma znaczenia, była tam już kilka razy. Najważniejsze, że jeśli następnym razem odwiedzi to miasto, to tylko w charakterze turystki.

Miała podszyć się pod prostytutkę. Cóż za oryginalność, pomyślała z rozżaleniem. Celem był rosyjski biznesmen, bliski współpracownik prezydenta. Spotykał się w Kalifornii z przedstawicielem jednego z południowoamerykańskich karteli narkotykowych. Przewoził coś cennego, zbyt wartościowego by schować w hotelowym sejfie. I za dużego na skrytkę w pokoju. Rozkaz wyjaśniał dokładnie, co należało zdobyć – obszyty czarną skórą neseser, wyposażony w niecodzienny zamek z czytnikiem linii papilarnych. Mężczyzna zamówił wizytę call-girl w jednym z lepszych burdeli w mieście, a agencja – dla której burdel był jedną z wielu przykrywek – tylko czekała na taką okazję. Zadanie było proste, nie musiała zbytnio wczuwać się w rolę i uwodzić Rosjanina. Miała stawić się na miejscu, zrobić swoje i, uśpiwszy kochanka, ukraść mu neseser. Co było w środku, nie interesowało jej ani trochę. Robota była łatwa i szybka. Zerknąwszy na zdjęcie biznesmena, stwierdziła – choć wstyd było się do tego przyznać – że nie będzie nawet tak strasznie, bo lubiła taki typ mężczyzn: szczupła, pociągła twarz o ciemnej karnacji, długie, czarne włosy i zwierzęcy błysk w oczach.

Jak zwykle, odczuwała radość. Podniecenie. Dreszcz emocji, jaki wywoływała myśl o nadchodzącej akcji, zagłuszał nawet wcześniejsze poczucie niesmaku. Nieważne. Jeszcze tylko jeden facet i po wszystkim.

Będzie wolna.

***

Kopertę z dokumentami i biletami lotniczymi dostała następnego dnia, z samego rana. Wylot o czwartej po południu, spotkanie z klientem jutro, o szóstej wieczorem. Cały dzień w Los Angeles. Jakoś wytrzyma. Nie lubiła tego miasta, pełnego wiecznie uśmiechniętych, idealnie opalonych ludzi, ich obrzydliwych, nowobogackich domów i jasnoniebieskich Bentleyów.

Na szczęście miała przenocować w niewielkim hoteliku na przedmieściach Long Beach, z dala od wielkiej aglomeracji. Przynajmniej tyle.

Wstała późno, zamówiła lunch do pokoju i zaczęła się malować. Nie moje usta, pomyślała patrząc na siebie w lustrze. Nie moje włosy. Zaraz założę kolorowe szkła kontaktowe i oczy też będą obce. Jeszcze jeden dzień. Potem wrócę do dawnej „ja”. Choć na usunięcie silikonu z ust się chyba nie zdecyduję, podobno bardzo bolesny zabieg. Jeszcze dzień.

Założyła obcisłą, krótką sukienkę i wysokie szpilki od Louboutina. Bez bielizny. By za bardzo nie rzucać się w oczy, narzuciła lekki płaszczyk z obszernym kapturem, za którym, niczym za parawanem, skryła twarz. Nie chciała wścibskich spojrzeń obcych ludzi. Miała zadanie do wykonania, tylko to się liczyło. Do torebki włożyła prawo jazdy z fałszywym nazwiskiem, płytę z odpowiednią muzyką i szminkę, w której zamiast wkładu zamontowano malusieńką ampułkę ze środkiem usypiającym wraz z igłą. No i telefon komórkowy, ustawiony tak, że wciskając jakikolwiek przycisk wzywała uzbrojony po zęby oddział wsparcia. Niczego nie można było pozostawić przypadkowi. Sprawdziła, czy igła w szmince wysuwa się lekko i płynnie. Zerknęła na wyświetlacz telefonu, upewniając się czy bateria jest naładowana. Wszystko w porządku, była gotowa. Rzuciła spojrzenie na budzik, wyświetlający karmazynowymi cyframi godzinę. Kierowca, który miał ją zawieźć na spotkanie z Rosjaninem, powinien zjawić się lada chwila. Był oczywiście agentem, członkiem grupy wsparcia. Nie znała go, zawsze się zmieniali, ale procedury były stałe. Żadnych imion, wyłącznie kryptonimy. Używanie telefonu jedynie w skrajnych przypadkach, bo gdy czyściciele wkraczali do akcji, przeważnie nie było co zbierać. Ale czasem ich obecność stawała się niezbędna. Na szczęście ona nigdy nie musiała wzywać wsparcia. Jak do tej pory nie było zadania, podczas którego straciłaby kontrolę nad przebiegiem zdarzeń. Była dobra w tym, co robiła, bez dwóch zdań. Po prostu miała dość tej pracy, niesmaku na dzień po robocie. Widoku własnej twarzy w lustrze. Koniec biadolenia, skarciła się w duchu. Dziś ostatni dzień. Nie spieprz niczego, a jutro zaczniesz nowe życie.

W tej chwili zadzwonił telefon hotelowy. Podniosła słuchawkę.

– Dobry wieczór, Philip z recepcji – przedstawił się mężczyzna po drugiej stronie, sądząc z głosu dość młody. Wyczuła w jego głosie nutę zaskoczenia i tremę. – Limuzyna przyjechała po panią.

No tak, oczywiście. Nie mogli przysłać po nią po prostu Priusa, musieli pójść na całość. W sumie to Hollywood, więc nie powinna się dziwić. Zapewne nie wróci już do tego hotelu, a podjechać pod Four Seasons w samym środku Beverly Hills w czymś innym niż cadillac czy lincoln nie wypadało. Mimo mody na ekologię pewne zasady pozostawały niezmienione.

– Dziękuję, już schodzę – odparła bezbarwnym głosem. Już czas. Ścisnęła pas od płaszcza i zawiązała supeł. Zerknęła w zawieszone na ścianie lustro, nałożyła na głowę kaptur, schowała pod jego skraj nieposłuszny kosmyk włosów i odchrząknęła. Już czas, przedstawienie czas zacząć.

***

Kierowca okazał się szczupłym, na oko trzydziestoletnim mężczyzną. Trudno było powiedzieć coś więcej, bo pół twarzy skrywał za modnymi, oversize’owymi aviatorami, a resztę zasłaniał daszek szoferskiej czapki. Oni zawsze wyglądali tak samo; dość młodzi, szczupli, małomówni. Każdy z nich był doskonale wytrenowanym, sprawnym zabójcą, mimo niezbyt imponującej muskulatury. Ale to nie wojskowi komandosi, nie musieli posiadać sylwetki kulturysty. Kobieta wiedziała, jak są szkoleni. Nie pokonają cię w walce na pięści, wcześniej zasztyletują bądź uduszą garotą. Zdawała sobie sprawę, że byli niezbędni. Ale i tak bezgranicznie przerażały ją bijące od tych ludzi chłód i bezduszność.

W milczeniu otworzył tylne drzwi czarnego cadillaca, po czym zasiadł za kierownicą. Włączył silnik i ruszyli.

Po chwili wyjechali na szczyty pasma wzgórz, otaczającego leżące w dole Beverly Hills. Kobieta zapatrzyła się na błyskające tysiącem świateł miasto, wyglądające jak szkatułka pełna klejnotów. Było olbrzymie, ciągnęło się po sam horyzont.

Drgnęła, gdy kierowca niespodziewanie włączył radio. Cicha, powolna muzyka, sącząca się z głośników, pasowała do jej nastroju. Niepokojący wokal i ciężki, zgrzytliwy dźwięk syntezatorów stanowiły dobre tło dla morza błyszczących światełek, w kierunku których jechali.

– Co to za piosenka? – spytała, zaskakując tym samą siebie. Żadnych rozmów, jedna z podstawowych zasad. Mężczyzna zerknął we wsteczne lusterko, patrząc na nią, po czym opuścił wzrok na wyświetlacz radia. Nie odpowiedział jednak, a gdy jego przedłużające milczenie wymownie dało jej do zrozumienia, co sądzi o pytaniu, odwróciła głowę. Nie ma znaczenia, co o mnie myślisz, stwierdziła w duchu. Jutro już mnie tu nie będzie.

***

Hotel Four Seasons był brzydkim, masywnym budynkiem z piaskowca, otoczonym szpalerem wysokich palm. Samochód podjechał na podjazd przed głównym wejściem, szerokim i jasno oświetlonym. Kobieta wysiadła z auta i przeszła między dwoma młodymi bellboyami, na których nie zrobiła większego wrażenia ani wielkość jej cadillaca, ani ona sama. To dobrze, anonimowość była jak najbardziej wskazana. Podeszła do majordomusa, szczerzącego zęby zza wysokiego stolika.

– Dobry wieczór – odezwała się, naśladując kalifornijski akcent. – Do pana Karczatowa, pokój dwieście dwanaście.

– Apartament prezydencki, oczywiście – odparł mężczyzna, nie odrywając od niej wzroku. – Pan Karczatow oczekuje pani.

Jego dłoń powędrowała do niewielkiego przycisku, wmontowanego w blat jego stanowiska. Spod okazałej, szerokiej recepcji podbiegł ku nim chudy chłopak, ubrany w lekko za dużą marynarkę hotelową.

– Zaprowadź panią do apartamentu prezydenckiego – zaczął majordomus, ale przerwała mu uprzejmym tonem:

– Dziękuję bardzo, trafię. Proszę tylko wskazać mi windy i podać numer piętra.

Obaj posłusznie, niemal jednocześnie skinęli głowami.

– Doskonale – odpowiedział majordomus. – Proszę za nim.

Nie potrzebowała przewodników, ani ich ciekawskich spojrzeń. Poczuła ulgę, gdy zamknęły się za nią obłożone lustrem drzwi windy. Pomknęła w górę, na najwyższą kondygnację budynku.

***

Karczatow okazał się dokładnie taki, jak przewidywała. Inteligentny i wykształcony, ze złotym rolexem na nadgarstku, w środku pozostał tym samym zwierzęciem, którym musiał być za młodych lat. Tylko tacy ludzie osiągali sukces we współczesnej Rosji. Bezwzględni, inteligentni i brutalni, umiejący przypodobać się władzy. Potrafiący przekuć własną agresję w oszałamiający sukces finansowy. Jak krwiożercze bulteriery, posłuszni jedynie swemu panu.

A do tego był diabelnie przystojny. Co ułatwiało wykonanie zadania. Weszła do apartamentu, oszałamiającego wielkością. I zaskakująco ładnie urządzonego. Mężczyzna zadbał o wszystko. Lekko przytłumione, nastrojowe światło, dobre perfumy i butelka szampana na stole świadczyły o tym, ze nie pierwszy raz korzystał z usług drogiej prostytutki. Zagryzła wargi. Doszło do tego, że sama tak o tym myślę, stwierdziła niewesoło. Koniec, przestań, warknęła na siebie w myślach. Ostatni dzień. Powtarzała to, jak mantrę, zdejmując płaszcz, słuchając komplementów i pijąc szampana. Gdy mężczyzna podszedł, by ją objąć, odepchnęła go delikatnie i stanowczo.

– Nie – powiedziała, rzucając mu spojrzenie spod przymrużonych powiek. – Jeszcze nie. Poczekaj.

Wyjęła z torebki dysk z muzyką. Rozejrzała się po pokoju, szukając odtwarzacza. Tak naprawdę wypatrywała czarnego neseseru. Nie zostawił go na wierzchu, co oznaczało, że musiała bardziej się postarać.

Popłynęły pierwsze dźwięki z płyty, którą przyniosła. Posadziła Karczatowa na wielkim fotelu, stojącym na środku pomieszczenia, i zaczęła tańczyć. Uwielbiała ten etap, w którym traciła kontrolę nad własnym ciałem, reagującym na rytm i melodię. W takich momentach pozwalała sobie na odrobinę spontaniczności, uchylała na moment gardę. To była bardzo ważna chwila, właśnie wtedy omamiała ofiary, jako przynętę pokazując im kawałek siebie. Prawdziwy. Niekontrolowany. Żaden z nich nie potrafił się temu oprzeć.

Karczatow nie był wyjątkiem, poruszył się niecierpliwie, pożerając tańczącą kobietę wzrokiem. Nie przerywał jej zbędnymi pytaniami, nie psuł nastroju. A ona, choć wsłuchana w muzykę, nie przestawała szukać neseseru. W pewnym momencie pochyliła się przed Rosjaninem, zaglądając pod łóżko. Wiedziała, co zrobić, by odwrócić jego uwagę. Mężczyzna zamruczał niespokojnie, gdy skraj sukienki wysoko się podwinął, odsłaniając pupę i nagie, wydepilowane krocze. Nie zwracała na niego uwagi, dostrzegła bowiem to, czego szukała. Płaski, obszyty błyszczącą skórą przedmiot leżał na podłodze, wsunięty głęboko pod ścianę. Wyprostowała się, zamarła na moment z wypiętym tyłkiem, pozwalając Karczatowowi nacieszyć się widokiem. Usłyszała skrzypnięcie fotela, gdy wstał. Nim obróciła głowę, był tuż przy niej. Objął kobietę ramieniem, drugą ręką niecierpliwie sięgnął w dół. Zacisnął rozgorączkowane palce na odkrytej kobiecości. Szybko odnalazł wargi sromu, wcisnął się do środka. Przymknęła oczy. Najgorsze w tym wszystkim było uczucie podniecenia, które zawsze, niczym choroba, rozprzestrzeniało się po całym ciele pod wpływem męskiej pieszczoty i w końcu, pokonując wszelkie bariery ochronne, zdobywało ostatni bastion – jej umysł. Zabijało tym samym resztki wolnej woli i zmuszało do podporządkowania się tylko jednemu, bardzo prymitywnemu impulsowi. Przestała myśleć, chciała jedynie, by ją posiadł. Pokrył, jak koń klacz. Jak pies sukę. Była własnością tego nieznajomego mężczyzny, nawet jeśli tylko przez chwilę. Dała mu o tym znać głośnym jękiem. Nakryła dłoń kochanka swoją, nakierowała palce na właściwy punkt. W odpowiedzi przywarł ustami do jej szyi, wywołując kolejny dreszcz pożądania. Nie mogła dłużej czekać, ponownie pochyliła się, tym razem po to, by oprzeć ręce na skraju łóżka. Karczatow bez wahania szarpnął za sukienkę, odkrywając kobiecie plecy. Po chwili poczuła sztywnego członka, napierającego na wejście do jej wnętrza. Sięgnęła pod siebie i nakierowała nabrzmiałą żołądź na właściwe miejsce. Wszedł w nią gwałtownie i niecierpliwie, przycisnął biodra do swoich. Jęknęła ochryple. Nie odpuścił, wbijał się głęboko i coraz szybciej, silnym uchwytem nie pozwalając na odrobinę swobody. Odpowiadała na kolejne pchnięcia coraz głośniejszymi okrzykami, aż do bólu zaciskając palce na ramie łóżka. Tak właśnie lubiła. Gdy silny samiec zdobywał jej ciało, traktował jak swoją własność. Dominował. A Rosjanin dokładnie tak robił.

Poczuła wpychający się do pupy palec. Poddała się ulegle, przyjęła tyle, ile zdołał wcisnąć. Przez cienką warstwę mięśni czuła, jak drażni sam siebie, wbijając się pod ostrym kątem w jej wnętrze. To było takie… zwierzęce. Proste. Nie wymagające myślenia. Bezbolesne, przynajmniej dla umysłu. Wystarczyło, że sprawny kochanek nadział ją na kutasa, a pozbywała się jakichkolwiek wątpliwości. Może tak było dobrze. Bez zobowiązań. Niepotrzebnych komplikacji. Animalistycznie. Bezpiecznie.

Orgazm nadszedł niespodziewanie, gwałtowny i intensywny. Szarpnął kobietą, pozbawił tchu. Zamarła na moment, z szeroko otwartymi ustami, wczepiona w skraj łóżka, nieprzytomna z rozkoszy.

Po chwili wróciła do rzeczywistości. Łapczywie zaczerpnęła powietrza, jęknęła przeciągle i pochyliła się jeszcze mocniej, opierając czoło na dłoniach. Karczatow nie dał jej odsapnąć, pchnął kochankę na złocistą narzutę i obrócił twarzą ku sobie.

– Teraz – sapnął, zdejmując koszulę – pokażę ci, co to znaczy dobre rżnięcie.

***

W końcu zasnął, zaspokojony, a kobieta mogła zabrać się za drugą część zadania. Ostrożnie wstała i wyciągnęła z torebki szminkę. Prawdopodobnie nie było to potrzebne, ale i tak potraktowała Rosjanina środkiem usypiającym. Dla pewności. Szybko założyła sukienkę i wyciągnęła teczkę spod łóżka. Neseser był zaskakująco ciężki, jego niewielkie rozmiary sugerowały coś przeciwnego. Powoli wyślizgnęła się z pokoju i boso pobiegła do windy. Dopiero jadąc na dół nałożyła szpilki i nasunęła na głowę kaptur. Majordomusa na szczęście nie było już na posterunku, chudy bellboy spod recepcji również poszedł do domu. Kobieta szybko przemierzyła hol i zastukała obcasami, wychodząc na podjazd. Rozejrzała się, czując ogarniającą ją niecierpliwość. Udało się, jestem wolna, przemknęło jej przez głowę. Jeden z ciemnych samochodów po drugiej stronie ulicy ożył, zawarczał włączony silnik. Przebiegła przez szeroką jezdnię i podeszła do auta. Drzwi z przodu uchyliły się lekko. Wsiadła, nie zastanawiając się nawet, dlaczego tym razem usiądzie obok kierowcy. Przekazała mężczyźnie w aviatorach neseser. Jego twarz nie drgnęła, gdy chował cenny przedmiot pod nogami.

Rozluźniła się, rozsiadła wygodniej. Samochód ruszył, błysnęły przednie światła. Fajnie by było, gdyby włączył tę samą muzykę, pomyślała.

Nie poczuła ukłucia igły, wbitej w odsłonięty fragment szyi. Nie miała szans zareagować, po prostu odpłynęła w pustkę. Siedzący z tyłu napastnik nie dał jej nawet chwili na refleksję. Bo przecież powinna wiedzieć lepiej.

Z firmy się nie odchodzi. Można, co najwyżej, zostać zwolnionym.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Wow. Mocne, zwlasza pod koniec. I doskonale, dojrzale napisane. Czytalem z zapartym tchem. Ostatnia scena erotyczna za krotka, mozna to bylo dalej pociagnac, ale sama fabula, pomysl – palce lizac, uczta. No i bohaterka: realistyczna, sugestywna, na swoj sposob tragiczna.

Lurker

Witam!
Właśnie przysiadłem, by napisać kilka słów wyjaśnienia, a tu pierwszy komentarz.
A więc na wstępie – dziękuję, Lurker, za Twoją opinię. Bardzo się cieszę, że odebrałeś tekst – i bohaterkę – tak, jak chciałem je nakreślić.
Teraz wyjaśnienie. Lizbona była moim debiutem na DE, sam nie wiem ile lat temu. Pewnie ze trzy, może troszkę więcej… Nie chciałem do Lizbony wracać, dać jej obrosnąćj kurzem. Megas nie pozwolił na to, a ja – nieopatrznie – zgodziłem się na jego propozycję, by ten tekst umieścić na NE. Jednak, po przeczytaniu pierwszego akapitu, stwierdziłem, że nie dam rady ;-). Musiałem coś z tym zrobić. Opowiadanie było naprawdę słabiutkie, dziwię się dziś, że czytelnicy starej DE nie przepędzili mnie z Lizboną na cztery wiatry.
Tak więc, kończąc ten przydługi wywód: ten tekst z tamtym ma wspólne chyba tylko tytuł i żeńską bohaterkę. Wszystko inne jest… nowe i premierowe, więc mam nadzieję że nasi czytelnicy, żądni premier, będą zadowoleni.

Odnośnie mało rozbudowanej sceny erotycznej – nie chciałem (a może nie potrafiłem) tak jej napisać, by nie zepsuć klimatu całego opowiadania.

Zapraszając do lektury, pozdrawiam.

seaman.

Cudne opowiadanie. Seaman znowu zaskakuje. Oby tak dalej!
Marksista

Dzięki, towarzyszu! Zawsze staram się zaskoczyć.
Seaman.

Seamanie!

Co tu dużo gadać: urzekła mnie Twoja Lizbona!
Fabuła to dobry materiał na scenariusz filmowy dla amerykańskich producentów. Jest blichtr, jest przepych, są tajemnice, elegancka kobieta osadzona między problemem raczej ciężkiej i nieprzyjemnej roboty a szukaniem w tym wszystkim siebie, skorumpowani politycy, etc. Tyle, że oni by to po prostu schrzanili rozwijając coś, co tak fantastycznie opisałeś, o kolejne sceny. Już widzę jak wyspecjalizowana agentka walczy o życie, jak w trakcie swej ucieczki spotyka nieziemsko przystojnego pana, który bezinteresownie stara się pomóc, bo przecież tak wypada. Brawurowe wybuchy, wartka akcja, jakieś bzykanko wciśnięte niesmacznie pomiędzy sensację i oczywiście happy end. Wszystko jest gładkie i oczywiste. Do dupy z takimi scenariuszami.
Świetnie nakreśliłeś postać bohaterki, dałeś coś do zrozumienia, jednak pozostawiłeś kilka luk, aby sprawna wyobraźnia mogła sama te puste miejsca uzupełniać. Owszem, są to jedynie domysły Czytelnika, ale jak ja takie lubię.
Koniec opowiadania… palce lizać.
Opisana erotyka odgrywa tutaj dla mnie rolę drugoplanową, mimo, że właśnie dzięki zabiegom seksualnym, kobieta dostaje to, na czym jej (a właściwie jej pracodawcom) zależy.
Bardzo dobre opowiadanie. Gratulacje za odwagę i chęci powrotu do zakurzonego tekstu.

Pozdrawiam,
kenaarf

Ech, Keenarf, Hollywood spieprzyłby to na pewno 😉 chyba że reżyserem byłby ktoś z Europejczyków. Na marginesie dodam, że pisałem ten tekst cały czas słuchając jednej piosenki z filmu Drive i jeśli Lizbonę reżyserowałby Refn, wtedy ok, zgadzam się na ekranizację haha. (Na marginesie polecam film).

Pozdrawiam, seaman

Tak! o tak! Film godny polecenia.
I nie wiem czemu, ale odnoszę wrażenie, iż wiem, o którym utworze piszesz 😉

Jak Refn,to Valhalla Rising ;-)tylko koniecznie z odmiennym stanem swiadomosci(wysoka gorączka,alkohol itd.)

Jestem pod wrażeniem. Jak daleko odszedłeś, Seamanie od pierwszej wersji tego tekstu! (uwaga, dalej mogą być spoilery).

Twoja Lizbona została opublikowana na DE pod koniec 2010 r. Tak więc minęło raptem 3,5 roku… i zmieniłeś się, jako Autor, nie do poznania. Opowiadanie jest znacznie mroczniejsze, pesymistyczne, przede wszystkim jednak – świetnie napisane. Niektóre fragmenty – np. wtedy gdy bohaterka słyszy szum morza – ocierają się o lirykę. Czytałem je po kilka razy, sycąc się ich urodą.

Zmieniła się też warstwa fabularna. W Lizbonie AD 2010 Edyta była bardzo zadowolona z roli, jaka jej przypadła. Uwielbiała swój zawód, a o pracodawcach, którzy przelewali jej sute honoraria myślała: "Głupcy, mogłabym to robić za darmo". Swą bohaterkę odmieniłeś prawie nie do poznania. To zupełnie inna kobieta, choć przecież jej historia jest do pewnego momentu zbieżna z historią życiową heroiny ze starej Lizbony.

Zamiast jednej akcji mamy dwie – pierwszą i ostatnią. Zamiast tajemniczego szpakowatego mężczyzny – arabski konsul, jego czarnoskóry ochroniarz i rosyjski biznesmen. Zamiast nieustającej jazdy – refleksyjność i przemyślenia. Choć i akcji tu przecież nie brakuje.

Ten sam tytuł, a jakże inna treść. Zgadzam się z poprzednimi Komentatorami. Urosłeś, Seamanie! Różnice między tymi dwoma Lizbonami pokazują jak długą drogę przeszedłeś jako Autor. Na Twoim miejscu zamieściłbym tutaj (np. w komentarzach) tekst starej Lizbony, by mogli się o tym przekonać i młodsi Czytelnicy, którzy nie mieli do czynienia z pierwszą wersją opowiadania. A myślę ,że warto byłoby, by się przekonali.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie.
Masz rację, tylko ci czytelnicy, którzy znają oryginalną wersję, widzą różnicę w treści i – mam nadzieję – w stylu. Lecz wstyd by mi było wrzucić tu starą wersję. Taka prawda…
Zmieniłem spojrzenie na "styl" pisania, na bohaterów i bohaterki – myślę że na bardziej realne, choć może mniej optymistyczne. I nie ukrywam, że ta wersja Lizbony o wiele bardziej mi się podoba.

seaman

Warto było popracować nad nową wersją, zdecydowanie! Przeczytałam z ogromną przyjemnością, choć szkoda mi było bohaterki… ale cóż… w filmach z Jamesem B. piękne panie wykonujące tę niebezpieczną profesję również są neutralizowane przez pracodawców…
Bardzo dobre opowiadanie.

Tylko dzięki Tobie, Miss…

Pozdrawiam Cię, seaman.

Przede wszystkim dzięki Tobie, Autorze, i nie bądź zbyt skromny:-)))

Seamanie,
to chyba pierwsze opowiadanie, które tu skomentuję. Bardzo mi się podoba. Dobrze się czyta, język, którego używasz jest przemyślany. Podoba mi się niezmiernie klimat, ktòry wprowadzasz subiektywizując świat przedstawiony, przez ukazanie go oczami bohaterki. Odbierany jest przez nas przez pryzmat jej doświadczeń i celów, do których dąży. Tworzysz postać tragiczną, która cokolwiek by nie zrobiła doprowadzi ją to do katastrofy. Choć może ja tak na to tylko patrzę, bo od momentu jak pierwszy raz pojawiła się informacja, że to ostatnie zadanie, domyśliłem się finału. W międzyczasie były elementy, ktòre mi to jeszcze bardziej sugerowały, a pomimo tego czytałem z zaciekawieniem jak do tego dojdzie.
Z chęcią, jak tylko czas pozwoli zapoznam się z innymi Twoimi pracami.
Dodam jeszcze tylko, że bardzo mi się podoba to, że seks jest tylko elementem, tłem dobrego opowiadania.
Smok

Seks jest tu elementem opowiadania,peryferyjnym .Nie tłem.
Nie czekalam na erotykę,co jest swoitym absurdem,zważywszy na charakter bloga.Well played,Mr .Seaman.

Witajcie, Smoku i Zu.
UWAGA SPOILERY
Już w trakcie pisania wpadłem na pomysł, by nie nadawać imienia bohaterce. To z kolei wymusiło taki a nie inny styl – by uniknąć miliona zamków musiałem bawić się językiem. Wyzwanie, jakie lubię. Podobnie było np. w Colombianie. I nie chciałem za bardzo ukrywać zakończenia, fatalizm miał towarzyszyć bohaterce od początku…

Pozdrawiam, seaman

Nie będę się spierał o nomenklaturę, bo nie o to tu chodzi, choć sądzę, że jest także tłem, motywem przewodnim, który po części determinuje postawę bohaterki, pomimo, że nie jest najważniejszy to stanowi właśnIe tło, przewija się nie tylko w akcji, ale też w retrospekcji czy przemyśleniach bohaterki, towarzyszy jej cały czas, nawet jeśli nie dzieje się w danej chwili. Dlatego tło 🙂

"Świeże wiadomości zaszeleściły w dłoni" – pięć razy przeczytałam to zdanie. Piękne!
"Ktoś tam, na górze wywiadowczego łańcucha pokarmowego…" kolejny cukierek.
Od początku czekałam na takie właśnie zakończenie.
Całusy Sea (widać, że lubisz patrzeć na morze)

Gdy zaczęłam czytać opowiadanie, stanął mi przed oczami teledysk do "Who is it" Michaela Jacksona. Jackson jak Jackson, ale ten krótki filmik jest dobrze wyreżyserowany. Skojarzenie oczywiście nietrafione.

Nie znam pierwszej wersji "Lizbony", ale oczekiwałam pesymistycznego zakończenia. Nie spodziewałam się tylko, że będziesz aż tak brutalny. Uczyniłeś tę kobietę duchem, żyjącym poza realnym światem, co jakiś czas tylko przywoływanym do niego seansem sms-a. I odmówiłeś jej imienia. Piękno doskonałego okrucieństwa.

Artimar

Mistrzu seamanie,
wielki szacunek za smaczek z Kalifornią i Minnesotą. Dobrze wiedzieć, że autorzy nie tylko z literaturą obcują.

Witajcie!
Czasem coś mi w głowie zaświta, i nie ma siły – muszę to na papier/komputer przelać, Mika – i tym razem się udało, kilka rzeczy mi wyszło ;-). Cieszę się, że mój tekst ściągnął Cię do nas, choćby na komentarz.
Artimar, opowiadanie miało być ponure i pesymistyczne, ale okrutne? tego nie planowałem… nie ukrywam, taki typ zakończenia odpowiada mi o wiele bardziej, niż jakakolwiek forma happy endu. Jako ciekawostkę dodam, że w realu nie jestem pesymistą, ponurakiem czy okrutnikiem. Za klimat odpowiada piosenka, o czym napisałem wcześniej. Kenaarf, powiesz, jaka?
Ten tekst znam z piosenki Soundgarden, choć wydaje mi się, że jest dość popularny w stanach, Cosmo.

W tym miejscu chciałbym zrobić to, o czym zapomniałem wcześniej. Dziękuję Miss za korektę, standardowo uważną i dokładną, pozastandardowo szybką i wykonaną na wyjazdach ;-*
A Megasowi za dopełnienie opowiadania bardzo… pasującą fotką.

Pozdrawiam, seaman.

Za podziękowania dziękuję, ale żeby nie było tak, że wszyscy chwalą, a nikt nie marudzi, dodam jednak łyżkę dziegciu 🙂

* * * Ostrzeżenie o spoilerach! Czytać na własną odpowiedzialność! * * *

Po namyśle stwierdziłem, że zabicie naszej bohaterki na koniec opowiadania jest może i efektowne, ale zupełnie nierealistyczne i nielogiczne z punktu widzenia służb specjalnych 🙂 Co więcej, to strata zasobów. Dziewczynę szkolili przez pół roku, zapewne wiele w nią inwestując. Miała za sobą szesnaście akcji, a więc była dobra w tym co robi i doświadczona. I takiego kogoś zabija się przy pierwszej okazji, gdy tylko wyrazi wątpliwości co do swej roboty? Bez sensu. Służba z pewnością chciałaby ją zatrzymać. Przeprowadzając kolejne rozmowy, oferując lepsze warunki, a w najgorszym wypadku – naprawdę przenosząc ją do działu szkolenia, gdzie mogłaby przekazywać swą wiedzę kolejnym agentkom. Dopiero w ostateczności rozważono by być może morderstwo. A tak? Jakoś w to nie wierzę – żaden wywiad tak nie działa, może z wyjątkiem GRU z czasów sojuza 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Seamanie,

Z największą przyjemnością odgrzebałam ten sountrack i przerobiłam w nocy kilka razy. I wiesz co? Nie jestem pewna, o który dokładnie utwór może Ci chodzić 😉
Wszystkie Martineza raczej odpadają. Chromatics ze swoim "Tick of the clock" pasują, utwór mimo, że bez tekstu, jest mroczny i taki jakiś tajemniczy. Wybierałabym jeszcze pomiędzy Kavinsky "Nightcall", Desire "Under Your spell" i College "A real hero" (to jest mój prywatny faworyt). 😉

Seamanie.
Bywam tutaj często i czytam na bieżąco.
Nie zamierzam tego ukrywać, jak wielu, którzy nie przyznają się do czytania moich pisadeł ;-). Trudno.
Mam NE w ulubionych :D.
Dobrze, że ją zabiłeś. Inne zakończenie byłoby naciągane.

Jesteś bez serca, Mika 😉
I czemuż zaprzeczyłaś mojej teorii, że to JA przyciągam najwięcej gości do NE?
😉

Toż to oczywiste!
Ex aequo z Ritą!
Mika ,ty figlaro!

***UWAGA SPOILER***
Megasie, a gdzie tam jest napisane, że została zamordowana :). To już dorobiła Twoja wyobraźnia i intuicja czytelnicza. Przyznam szczerze, że moje pierwsze skojarzenie (szczególnie w kontekście ostatniego zdania opowiadania) było takie, że nie pozwolą jej odejść i wstrzyknięcie jej czegoś ma w tym pomóc. Skierują ją, posłuszną teraz, bo nieprzytomną na jakieś pranie mózgu, na dodatkowe przeszkolenie, zrobią coś czym będą mogli ją potem szantażować itp. Refleksja o tym, że to mogło być zabójstwo przyszła mi dopiero potem. Dlatego też tak mi się podoba to opowiadanie, bo zostawia pole do interpretacji i dopisania ciągu dalszego.
Nie wiem jaki był zamysł seamana, ale jak już widać, są osoby, które interpretują to tak, a są takie, które interpretują to inaczej 🙂

Dlatego lubię niby jasne, choć nie do końca określone zakończenia; vide film Drive. Niby wiadomo, co się stało, ale jednak mamy nadzieję, że bohaterce uda się jakoś wybrnąć z tarapatów…

Rozmawiałem o takim zakończeniu w trakcie pisania. Zgłaszano mi podobne wątpliwości. Myślę, że odpowiedź jest jedna – trzymanie przy życiu agentki niezadowolonej ze swojej roli , osoby posiadającej zapewne dużą, "drazliwą" wiedzę o 16 tajnych operacjach było zapewne zbyt ryzykowne. Niezadowolona osoba łatwiej ulegnie ewentualnym naciskom. Lepiej, bezpieczniej zlikwidować zagrożenie w zarodku. A że wyszkolona i utalentowana? Zapewne mają więcej takich osób… obojga płci.
Tak myślę.

Pozdrawiam, seaman

Kenaarf… proszę, proszę… trafiłaś bez pudła, bo lubię (i to bardzo) wszystkie trzy piosenki, ale "inspiracją" był Kavinsky i jego mroczny beat – tej piosenki słucha kierowca wożąc bohaterkę po Los Angeles…

Tak myślałam, że o ten utwór chodzi, ale nie chciałam dać ciała 😉

Ja podejrzewałam jeszcze "Goodbye"

Dopiero teraz przeczytałem "Lizbonę". Bardzo podoba mi się sposób narracji – oszczędny ale soczysty zarazem, nakreślający starannie to co ważne, pozostawiający jednak sporo pola wyobraźni. Jak dla mnie – super! Co do zakończenia… Nie widzę problemu by w przypadku chęci kontynuacji, skorzystać ze starych, wypróbowanych wzorów (opisanych przez Hłaskę) i nowy tekst rozpocząć od słów "Nadludzkim wysiłkiem woli nasza bohaterka wydostała się z opresji…" 😉

Cieszę się, żeś swój komentarz umieścił pod moim właśnie tekstem, dowodzi to aktywizacyjnych mocy moich tekstów haha 😉
Język sam mi się "pisał", bo chciałem uzyskać jakiś tam klimat – myślę, że po części udała się ta sztuczka. I bardzo się cieszę, że podoba się Tobie i innym czytelnikom. Nadludzkich wysiłków woli (haha, uśmiałem się, tego u]ze strony Hłaski akurat nie pamiętam) chyba nie przewiduję, skłaniam się raczej ku mrocznym zakończeniom…

Pozdrawiam, seaman

Seamanie,

Odłożyłem sobie czytanie Twojego dobrego tekstu, co sygnalizowały komentarze, na odpowiedni moment. Czas na lekturę wypadł dzisiejszego ranka. Określenie wrażenia końcowego jędrnym, popularnym dzisiaj słówkiem na z… ciśnie się na usta czy raczej palce. Ale go nie użyję, aby nie trywializować wypowiedzi.

Ja także wyłapałem różne smaczki, w tym ten, o którym wspomniał Czytelnik Cosmo.

Jedyna słabość, którą widzę, to sposób przedstawienia rozterek bohaterki. Banalny i jakoś nie do końca przekonujący. Kulturowe przekleństwo kobiety z jakby nieco wcześniejszej epoki, a nie dnia dzisiejszego. Choć to oczywiście również kwestia wychowania – nie wszyscy płyną z nurtem teraźniejszości równie swobodnie omijając rafy i płycizny rozmaitych tabu.

No i oczywiście, ostatnie zdanie w tekście było całkowicie zbędne, a nawet – powiem szczerze – nieopatrznie chciało zniszczyć warstwę realiów utkanych w fabule. To najsłabsze zdanie w całym opowiadaniu, bo i duża była mu przypisana odpowiedzialność. Określam takie zdania przymiotnikiem – tanie. Niektórzy z tutejszych autorów już mieli okazję zetknąć się z tą moją złośliwostką.

Ale i tak – super kryminał, na poziomie dobrej literatury sensacyjnej. Dużo lubików dla Ciebie, Seamanie. Mam wrażenie, choć to zwykły domysł, że rytm życia na pokładzie sprzyja pisaniu, gdy przyroda nie stawia nadzwyczajnych wyzwań załodze. Rozwijasz się z każdym tekstem, powiedziałbym nawet, że, postęp zachodzi ruchem jednostajnie przyśpieszonym.

Ukłony dla Wszystkich Czytelników,
Karel

Dziękuję bardzo, Karelu, za tak miły komentarz. Cóż, chciałem jakoś urealnić bohaterkę, bo ta z pierwowzoru miała się do rzeczywistości, jak pięść do oka. Chciałem pokazać… takie uczucie, które czasem nachodzi większość z nas – co mogłem zrobić kiedyś, dawniej, żeby mieć lepsze, bardziej satysfakcjonujące życie. Ci, którzy tak nie pomyśleli, są szczęśliwcami. Tutaj – oczywiście – przekoloryzowana sytuacja i dylemat również przejaskrawiony, ale myśl przewodnia była całkiem przyziemna.
Ostatnie zdanie… cóż, banalne, oczywiste wiem. Prawdopodobnie masz rację, że w stu procentach zbędne. Ale napisałem i tak już musi zostać ;-).
I chyba masz rację z tym dobroczynnym wpływem pływania na pisanie. Mam kilka godzin dzienne tylko dla siebie, przeważnie nie chce mi się ich marnować na miałkie rozmowy z kolegami-marynarzami, więc – jeśli z czystego lenistwa nie przebimbam czasu na jakieś głupoty – piszę. I daje mi to troszkę radości.
I możesz być złośliwy, kiedy tylko chcesz – dzięki temu człowiek może się dowiedzieć, co można było napisać lepiej.

Pozdrawiam, seaman.

Napisz komentarz