Czas grozy. Rozdział drugi: Nałożnica (Historyczka)  4.05/5 (13)

34 min. czytania

Anders Zorn, “Freya”

Tutaj przeczytasz poprzednią część.

Martha zatrwożyła się. „Boże! Któż to?!” Chwyciła suknię, by osłonić swą nagość, lecz zbyt późno. Brodaty woj wtłoczył się przez drzwi, sprośnie gapiąc na nagie piersi i łono niewiasty.

– Hej panno, chyba spóźnisz się na wieczerzę.

– Jak tak można podglądać nagą białogłowę?! – obruszyła się Martha, zakrywając materiałem sukni biust i brzuch. „Pewnie huncwot słyszał wyraźnie jak jęczę i jak wykrzykuje te sromotne słowa… co za wstyd!”

– Panienko… słyszałem cóś jak krzyk, a to mój obowiązek baczyć, co się dzieje. A że spotkał mnie tak miły oczu męża widok… nie moja to wina…

„No tak… to moja wina, że wystawiłam ci na widok moje gołe cyce… winnam pomnić, że wartownik pełni straż… Ale, cóż on dalej się na mnie tak gapi?”

– No tak… dzięki ci panie za baczenie, ale pozwól mi się teraz przebrać… i nie wchodź proszę bez pukania, by nie narażać mnie na taką sromotę…

– No niechaj tak będzie… ale… cóż to za sromota? Jaki wstyd?! Masz panienko czym dychać… takie prawdziwe dynie, to na miły Bóg, widok niepospolity.

Martha ubóstwiała wprost komplementowanie jej biustu. Spłoniła się. Zwłaszcza przypomniwszy sobie „propozycję” komendanta.

„No tak… ja tu się zawstydzam, że wojak zobaczył sobie moje gołe cycki, a tymczasem kroi się na to, że będą do mnie przychodzić dzień w dzień, a właściwie noc w noc, żeby nie tylko mnie sobie oglądać…”

Założyła najstrojniejszą suknię, jaką miała. Była niezwykle dopasowana, uwydatniała szerokie biodra, zwłaszcza gdy idąc, kołysała nimi. Rękawy miała poszerzane i wydłużone, a zakończenia rękawów i wycięcie przy szyi przyozdobione misternie haftowanym obszyciem. Suknia iście godna możnej damy. Największy efekt robiła góra stroju, bo wyraźnie eksponowała biust.

Gdy Martha znalazła się na wieczerzy, usadzoną ją w poślednim miejscu, jako córkę służki, w dodatku nieślubną, nie mogły czekać jej splendory, honorowe stolce… Siedzący obok, wyraźnie pośledniejszego stanu, nie praktykowali tak dworskich manier, jak bliskie otoczenie księcia. Toteż nie tylko łypali oczami w jej stronę, sprośnie się uśmiechając, lecz także, co rusz, rzucali rozpustne żarty. Z jednej strony drażniło ich luksusowe odzienie Marthy, godne księżnej, a z drugiej podniecało… tak bardzo eksponujące kobiece walory.

Prostaczkowie nie wiedzieli nic na temat Marthy, nie dotarła do nich jej sława, a zwłaszcza opinie o nieprzeciętnej cnotliwości, dlatego w swych wszetecznych szyderstwach dworowali sobie z niej, sugerując, że na takie fatałaszki musiała czymś zasłużyć. Kobietę deprymowały tego typu kąśliwości. Odniosła wręcz wrażenie, że dwóch chudopachołków uwierzyło w tę narrację i uznali ją za niewiastę lekkich obyczajów. Jeden z nich, po wypiciu głębszego hausta miodu, wręcz zaproponował białogłowie, by udała się z nim w ustronne miejsce. Gdy ta stanowczo odmówiła, próbował nawet chwytać ją za biust, ale ta zdecydowanie odepchnęła niechcianego zalotnika.

Niektórzy jednak nie dawali za wygraną. Gdy Martha w pewnym momencie musiała udać się na stronę, dwaj niczym cienie podążali za nią. Dopadli ją w wąskim i ciasnym przejściu.

– Cichaj dziewko! W sali gromka wrzawa, to i tak cię nikt nie usłyszy! – syknął niedoszły konkurent kobiecie do ucha.

Obaj schwycili Marthę tak krzepko, że nie mogła się uwolnić.

– Poniechajcie mnie nicponie! – protestowała, lecz poczuła, że są zbyt silni i zdeterminowani, by zdołała się uwolnić.

Najwyraźniej już wcześniej obmyślili plan działania, gdyż jeden trzymał kobietę za nadgarstki, a drugi mógł wówczas swobodnie zająć się jej biustem. Stojąc za plecami Marthy, chwycił od tyłu jej półkule przez materiał sukni.

– Nie, nie… – prosiła.

Lecz rozochocony łajdak ściskał piersi, delektując się ich rozmiarami i kształtem.

Marthę zaskoczyło, że poczucie bezradności, tego, że nie może przeciwdziałać, cholernie ją podnieciło. Czuła, że chce zostać wymacana…

I tego właśnie doświadczała… Napaleniec obmacywał ją jak opętany. Wreszcie zsunął suknię w dół i dzięki temu w jego łapy trafiły zupełnie nagie piersi Marthy. Krzyknęła.

– Nie! Jak możesz!

W półcieniu zdołali dostrzec jej nagi biust. Obaj się tym nakręcili. Drugiemu z mężczyzn już nie wystarczało trzymanie kobiety za nadgarstki. Rzucił się na jej cycki jak szalony. Żeby je gnieść, miętosić. Ściskać sutki.

Tymczasem jego kompan uniósł suknię Marthy i wepchnął po nią rękę.

– Ojej! – krzyknęła, gdy poczuła ją na udzie, sunącą w jasno określonym kierunku. W stronę kobiecości…

Niewiasta podjęła próbę wyrwania się, ale przyniosło to wręcz przeciwny skutek. Dłonie ciemięzców zacisnęły się na piersiach i kroczu…

Macali ją brutalnie, nie zważając, że może ją to boleć.

– No dzierlatko! Nie próbuj nam się wywinąć! I tak nic nie wskórasz!

– Masz cyce stworzone do uszczęśliwiania mężów.

– I piczę takoż samo. Zaraz nas nią uszczęśliwisz!

W tym momencie poczuła brutalną jazdę palców agresora po wargach sromowych.

Jęczała.

– Nie… ach… nie…

Wówczas poczuła siarczystego klapsa na pośladku.

– Nawet nie próbuj nam się przeciwstawiać!

Napastnik, jakby chcąc dodać powagi swym słowom, wepchnął dwa palce w głąb jej pochwy.

– Auuaaa! Nie! Co wy mi robicie?

– Dopiero zrobimy. Ha ha ha!

Palce penetrowały cipkę, suwały się w tą i z powrotem, symulując ruchy frykcyjne. Coraz szybsze i mocniejsze.

– Tylko nie myśl paniusiu, że na zmacaniu się skończy!

Potwierdził to ciemięzca z tyłu, który cały czas pastwił się nad biustem, mietosząc go niemożebnie. Co raz zjeżdżając do pośladków.

– To dokąd ją zgarniamy?

– Dawaj ją do tej izdebki! Tam zajmiemy się nią porządniej!

Martha nie miała złudzeń co do tego, co ci łotrzykowie zamierzają uczynić jej w owej izdebce.

– Olaboga! Olaboga! – wykrzykiwała, zdając sobie sprawę, że i tak jej nikt nie usłyszy.

Prześladowcy, chwyciwszy półnagą niewiastę pod pachy, poczęli ją wlec, mimo, że ta starała się zapierać nogami.

– Nie opieraj się damulko, nic ci to nie da i tak zostaniesz solidnie przechędożona! Jak na taką wypindrzoną dziewkę przystało!

– A juści! Nie po to, zapewne, tak się stroiłaś, żeby nie nadstawić zadka jakiemuś panu! Ha ha ha!

– Jeno, nie na możnego pana trafiłaś, a na chudopachołków! Ha ha ha!

Wtem, jak na zawołanie, niemal spod ziemi, wyrósł wojownik, ten sam, który pełnił straż pod drzwiami komnaty Marthy. Ten sam, co już raz zobaczył jej nagie piersi. Teraz zobaczył po raz drugi.

– Wynocha obwiesie! Bo was przeżegnam mieczem!

W jednej chwili rozpłynęli się w powietrzu. Zawstydzona kobieta na oczach rycerza naciągała suknię na biust. Poprawiała ją, bo łotrzyki srodze ją pognietli.

– Nie wiem, jak mam łaskawemu panu dziękować… Niechybnie ci niegodziwcy pohańbili by mnie…

– Widziałem jak śmignęli za panną. Od razu było jasne, co im się roiło w głowach. Wcześniej nie spuszczali z panienki oczu…

„Ty chyba też nie spuszczałeś, skoro tak to łacnie wyłowiłeś… Pewnie już ci komendant mnie przyobiecał, więc pilnowałeś jak swojej własności… i własności swoich kamratów…”

– Cóż za nikczemnicy! Jak tak można… Zszargać cześć niewieścią…

– Ano. Poszargali cześć białogłowią… poszargali takoż suknię. O tu, rozerwało się.

Martha spostrzegła teraz, że naderwali materiał, akurat na dekolcie, przez co większą część biustu dało się teraz zobaczyć. Jeszcze mocniej skonfundowała się kobieta, gdy wtem, jak spod ziemi, pojawił się sam Theodor.

– A więc to jest ta piękna i sławna towarzyszka córek Philipa! Ale cóż to za czmychanie z wieczerzy? Zapraszam natychmiast do stołu. I to musi pani usiąść koło mnie! Taka urodziwa niewiasta! Palce lizać…

– Ależ panie… toż to byłby dworski skandal… – Ukłoniła się Martha.

– A ja właśnie jestem, można tak rzec… specjalistą w dworskich skandalach! – zarechotał otyły syn księcia. – Zapraszam!

Dłonią pokierował kobietę w stronę sali. Specjalnie tak, by móc dotknąć jej pleców i… tyłka. Gdy zasiedli za stołem, ręce Theodora co rusz błądziły w okolicach Marthy. A to ujął ja za ramię, a to za kolano. Miał już mocno w czubie, toteż z łatwością zdobył się na odważne słowa.

– A czy panna wie, co to jest prawo pierwszej nocy?

Kobieta struchlała.

– Tak… gdy ma dojść do ślubu…

– No taaa, ale ja u siebie to prawo, że tak rzeknę… rozszerzyłem. Ha ha ha! – rechotał obleśnie grubas. – Każda panna, która znajdzie się na moich włościach, winna mi ofiarować swój wianek!

Martha zadrżała, ale próbowała nie dać po sobie nic znać.

– A co jeśli panna nie miałaby wianka?

„Ach… jakbym zasugerowała, że ja jestem panną, którą już ktoś pozbawił wianuszka…”

– To nic by jej nie dało… i tak musiałaby się przewinąć przez moją łożnicę! Obowiązek każdej damy tam się zameldować.

– Ależ mości panie… pono w większości ziem, możnowładcy nie korzystają z tego prawa…

– To ich strata! Ha ha ha! A ja zamierzam sobie z niego korzystać! I każdą niewiastę, oczywiście taką do rzeczy, wykorzystać! Ha ha ha!

Martha domyśliła się do czego pije. Chce zasugerować, że liczy, iż także ona stawi się w jego łożu… „Zasugerować…? On wręcz tego ode mnie zażąda! Ach ja nieboga! Wszyscy, od chudopachołka, przez rycerzy do syna księcia… wszyscy… wszyscy tylko czekają, by mnie wykorzystać…”

Theodor nakazał Marcie, żeby pochyliła się w jego stronę, by mógł jej coś powiedzieć. Kobieta wzdrygnęła się, oczekiwała słów na podobieństwo: „Po tym tańcu oczekuję cię w mojej łożnicy. Rozodziej się i czekaj na mnie w stroju Ewy.” Jednak przerwał im sam książę Karol.

– A cóż to?! Mój syn zaprasza do swego stołu najpiękniejszą pannę w królestwie?! – zaśmiał się.

Martha kornie ukłoniła się, cicho dziękując za wysublimowany komplement.

– Panie… niegodnam twych łaskawych słów…

– Panno Martho, pani sława dobiegła tu przed panią! Wiem, że jeździła pani do samego arcybiskupa, by zażegnać spór o jakoweś ziemie, czy tam łąki… Ksiądz arcybiskup mocno pannę wspominał… że gościła pani u niego parę ładnych dni… że jest urodziwa i… wielce przekonująca! – śmiał się, licząc, że dwuznacznością zawstydzi niewiastę.

I tak się stało istotnie. Kobieta spuściła wzrok i zarumieniła się. Często wszak wspominała pobyt na dworze arcybiskupa.

– W takim razie, skoro już tu pannę mamy, proszę ją do tańca! Grzech byłoby taką dziewoję niepowyobracać! Ha ha ha!

W tańcu Martha ukazywała swoje liczne walory: gibkość, zgrabne i dystyngowane ruchy. Cały czas uśmiechając się, patrzyła księciu w oczy. Ten z góry spozierał w jej dekolt. Nieco rozerwany materiał umożliwiał księciu staranne obserwowanie piersi Marthy. Książę skwapliwie korzystał z tej sposobności. Potężnie wpłynęło to na jego podniecenie. Wreszcie nie opanował się i szepnął partnerce do ucha:

– Chętnie przekonałbym się o panny licznych talentach, dokładnie tak samo, jak ksiądz arcybiskup… Moja panno, za dwa pacierze oczekuję cię w mojej komnacie.

Martha zdębiała.

„Zatem zanim Theodor wykorzysta swe naciągane prawo pierwszej nocy, już znajdę się w łożu jego ojca… zostanę tu wyobracana szybciej, niż się spodziewałam…”

Białogłowa zadumała się nad swym losem. Pieśni trubadura ulatywały gdzieś poza nią.

„A może… warto zostać nałożnicą tak możnego pana? Nałożnicą… jak to brzmi! No, jakby nie patrzeć, lepiej niż „ladacznicą”, czy „sprzedajną dziewką”… A jeśli już nawet sprzedajną, to nie za drobne miedziaki, a za jakoweś wpływy na dworze… No właśnie. Będąc nałożnicą Karola, posiadłabym wiedzę i dostęp do ucha władcy… „posiadłabym” – jak to zacnie brzmi, wszak to on by mnie posiadł… Ponadto, gdybym spała z tym możnym panem, uchroniłabym się tym samym od conocnych wizyt wartowników… a wszak Karol to dworniś, tamto – prostacy… no i poza tym, co dałoby mi sypianie z nimi?”

Dwa pacierze umknęły niczym z bicza strzelił. Martha pomykała cichcem do komnaty władcy. Ten już tam był. Jego oczy żarzyły się jak węgielki.

– Nie mogłem się ciebie doczekać, pani.

– Miło mi słyszeć tak dobrotliwe słowa, o panie… – Kobieta dygnęła, kornie kłaniając się nisko.

Podszedł do niewiasty, żeby w świetle pochodni przyjrzeć się jej lepiej.

– Sława twej urody tak wielka, ale nijak się ma do tego, co widzę. Jesteś jeszcze urodziwsza! Twe lico! Twe anielskie kształty!

Martha była w siódmym niebie. Zawsze ubóstwiała pochwały, ale te, pochodzące z ust równie możnego, działały na nią, jak żadne inne. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, spuściła oczy i jedynie łopotała rzęsami.

– Czy wiesz, w jakim celu cię tu przywołałem, pani?

Niewiasta doskonale to odgadła, lecz cóż miała rzec?

– Panie… domyślam się jeno… – odparła stremowana sytuacją.

W duchu dodając: „Ano po to, cobyś mógł mnie mieć… coby uczynić mnie nałożnicą…”

Karol uśmiechnął się, mrużąc oczy, ujął jej dłoń i obrócił kobietę dokoła, aby móc się dokładnie przypatrzeć jej kształtom.

– To dobrze, że się domyślasz… – powiedział zadowolony, myśląc już o tym, jak będzie napawać się jej krągłościami.

„Co za zadek! Co za cyc! Nie wypuszczę cię gołąbeczko z mego łoża zbyt chybko!”

– Ale panie… wiedz, że ze mnie porządna i cnotliwa niewiasta…

Osłoniła się dłońmi, jakby chcąc chronić swą cnotę.

– A tak… wiem… wiem… taka sława też za panią podąża. Słyszałem aż o dwóch mężach, którzy pono chcieli wtargnąć do pani alkowy i zostali z niczym… Mimo, że byli to możni i majętni panowie. To się rozeszło po kraju, że Martha przed nimi swą cnotę uchroniła. Ale… ja znam też inne opowieści… Choćby taką, jak to do arcybiskupa pani posłowała…

Kobieta zarumieniła się. „Psiajuchy! Ach te chłopy! Chwalą się swymi zdobyczami. Nawet jeśli jest to Jego Ekscelencja ksiądz biskup… Nawet on nie omieszkał…”

Kontynuował:

– Wiem, że spędziła pani tam kilka dni… i nocy. – Uśmiechnął się porozumiewawczo. – Ksiądz arcybiskup wielce sobie chwalił pani towarzystwo… obcowanie z tak miłą niewiastą… Pono dysputy z panią trwały w jego prywatnych apartamentach aż do świtu!

– Nnno tak…

– I nie wypuścił pani klecha, dopóki się nią… to jest ową dysputą, należycie nie nacieszył?!

„Wypuścił cię pewnikiem dopiero, jak już zupełnie z sił opadł!”

– Wielce gościnny okazał się dla mnie ksiądz biskup… to prawda…

„No tak… on gościł mnie… a ja gościłam jego…”

– No to ja chcę panią ugościć tak samo, a może lepiej, niż ksiądz arcybiskup…

Dłoń księcia masowała plecy Marthy. Kobieta pomyślała, że nie ma najmniejszego sensu zgrywać dziewicy w sytuacji, gdy ten stary klecha wypaplał wszystko o swych bezeceństwach. Dlatego powiedziała wprost:

– Panie… a zatem zamierzasz uczynić mnie swą nałożnicą? – Aż zdziwiła się sobie samej, że z taką łatwością wypowiadała te słowa. – Wiedz, że niewielu mężów gościło w mym łonie…

Zdania wypowiadane przez Marthę podniecały go. Arcybiskup zdradził mu, że nie była dziewicą w chwili, gdy ją posiadł, ale też wyjawił mu, że była „anielsko ciasna”.

– Mądra i domyślna z ciebie niewiasta.

Jedną ręką dotykał delikatnie jej podbródka, a drugą położył na biodro. „Samica! Rozłożysta, stworzona do rodzenia dziatek!” Przygarnął ją do siebie i pocałował w usta. Martha początkowo, podczas pocałunku patrzyła mu w oczy, lecz szybko spuściła wzrok. Spodobała mu się nieśmiałość dziewczyny.

– Wiedz, żem już nie młody, miecz już nie taki twardy i nie tak prędko unosi się do boju. Dlatego najprzód, opowiedz mi o tym, jak to było u arcybiskupa? Pono żądał pobożności… byś klęczała na kolanach.

Martha zadrżała. Przypomniała sobie, jak rozpasany biskup kazał jej uklęknąć.

– Co potem nakazywał książę kościoła? Byś ucałowała jego dłoń i jego… ha ha… pastorał!

Kobieta zarumieniła się. Doskonale pamiętała wyłaniający się z szat biskupich… pastorał. Pamiętała, jak dziś, jakie czuła upokorzenie.

– I ten pastorał, musiałaś i ucałować i… wypolerować… ha ha ha!

Poczuła ten sam rodzaj pohańbienia, co wtedy.

– Biskup prawił, moja damo, że nauczyłaś się tej sztuki w kraju Franków…

Marta uniosła głowę w geście zaskoczenia. „A to papla! Wszystko o mnie powiedział, co wiedział! A może jeszcze co więcej?!”

– Ksiądz arcybiskup obdarzony jest łaską wielkiej wyobraźni…

Karol wpatrywał się w nią bacznie. „Ciekawe, kto ją tego wyuczył?! Czyjego kutasa gościły te duże i rozkoszne usteczka? Wojownika? Duchownego?! Zapewne go zgrabnie ssały…”

– Ależ przyznaj się turkaweczko… jakoś takom rad wiedzieć…

Kobietę podniecało, takie przypieranie jej… wyciąganie z niej informacji… „Ach… gdyby on wiedział, kto mnie natenczas zbałamucił… komu tak dobrze robiłam ustami…”

– Nieważne panie… to był pośledni dworzanin – skłamała.

– Zatem gołąbeczko zapewne i mi zgrabnie wypolerujesz moje berło – zaśmiał się. – Moje insygnia władzy!

„Ach, ty stary capie, zapewne to berło to sflaczała kiszka, ale moja korność, gotowość i uległość zdziałają cuda.”

– Cóż panie… wedle twojego życzenia… czy mam takoż przed wami, panie, uklęknąć?

Zaświeciły się oczka staremu. Ta damulka klęcząca przed nim, to nie to samo co służki, ani tym bardziej sprzedajne dziewki. O tak! Chciał ją mieć przed sobą na kolanach! Z ustami gotowymi do przyjęcia jego berła!

– A pewnie!

Delektował się tym, jak wytworna Martha, zgrabnymi ruchy, zbliżyła się, z niepewnym, ale jednak, uśmiechem na twarzy. Podwinąwszy lekko suknię, uklękła najpierw na jedno kolano, po czym dołączyła drugie. Podniecał ją ten akt uległości, zwłaszcza, że wykonywany wobec tak znacznego władcy. Aura władzy zdecydowanie wzmacniała podniecenie. Wpatrywała się w mężczyznę grzebiącego przy swym ubraniu. Gdy wydobył z niego swą męskość, otworzyła szeroko usta i wysunęła język, jakby w oczekiwaniu na smakołyk.

„Niby stary fiut, a jednak tak mnie to kręci, że będę mogła go objąć, polizać… possać…”

Władca sapiąc, podszedł i ulokował swą „miękką kiszkę” w buzi Marthy. Przyjęła to z oddaniem. Nie odrywając wzroku od oczu mężczyzny, pieściła ustami jego klejnot. Najpierw czyniła to niezwykle delikatnie, potem coraz intensywniej. Męskość powiększała się i twardniała.

Karol wzdychał zrazu płytko, potem coraz głębiej. Nie odrywał oczu od prześlicznej twarzyczki cudnej białogłowy. „Nie dziwię się temu klesze, arcybiskupowi, że tak zachwalał jej towarzystwo… pięknie ją w tym kraju Franków wyuczono! Ciekawe co za mistrz dorwał ją w swe łapy?”

Martha bardzo sprawnie pracowała ustami, wspomagając się dłonią. Starała się połknąć miecz rycerza jak najgłębiej, ale oręż już jednak nie rósł. Był co najwyżej sztylecikiem, i to nie za twardym. Władca nie był zadowolony.

– Przestań… na razie… Chyba bardziej będą mnie rajcowały opowieści z twojego pobytu na dworze biskupim…

Kobieta wypuściła z ust męskość Karola i wstała z kolan. „Czego on ode mnie chce? Żebym opisywała, jak chędożył mnie tamten stary cap?”

– Jestem wielce ciekaw, jak do tego doszło, że arcypobożny duchowny, wielce cnotliwą pannę, zbałamucił! Ha ha ha!

Martha spuściła oczy.

– I czy w istocie prawda to, że trzy razy jednego dnia brał cię pani w posiadanie?

„A to pofantazjował stary pryk! No raz, rzeczywiście dwa razy mnie dosiadł… pierwszy po obiedzie… a potem wgramolił się do mojego łoża w nocy. Upojony winem, acz wtargnął nie tylko do mojego łoża, ale także we mnie…”

– Cóż panie mam ci rzec… ano prawda… wiele męstwa drzemie w jego ekscelencji… zmógł mnie trzy razy… w jeden dzień…

„A niech tam, niech księżulo ma sławę. A Karol niech zazdrości…”

– A to jurny klecha! Powiedz Martho, prawda li to, co gadał, że jak już wlazł na ciebie… to długo nie złaził…?”

„A to księżulo – bajarz! Przecie bywało, że ledwie wszedł we mnie, a już kończył… ale trzeba przyznać, że w niedzielę, po długich celebracjach w katedrze, to jak na mnie legł, to myślałam, że nie przetrwam nocy… ależ wtenczas był jurny! Dał mi popalić! Myślałam, że zemdleję, tak mnie wyobracał… cały kolejny dzień, ledwie mogłam chodzić…”

– Ano… – Kobieta spuściła wzrok. – Prawda to… jego wielebność miał moc, za przeproszeniem, jako byk, jak buchaj… gdy zagościł w mym łożu… to dopiero gdy kur zapiał, schodził ze mnie…

Karol słuchał z błyskiem w oku. Niezmiernie rozpalała go ta rozmowa.

– Ano chwalił się sługa boży, że, jak to mówił „jego pastorał wojował nie zgorzej niż miecz”. Że srodze dźgał w cel… i że ty, turkaweczko, musiałaś długo nogi rozkładać i że dał ci do wiwatu.

– Och… tak…

– I że potem cały dzień ledwo przy stole mogłaś usiedzieć! Ha ha ha! Tako ciebie przećwiczył! Prawda to?

Oczka władcy świdrowały Marthę.

– Ano cóż… jam jeno słaba białogłowa… A jego wielebność, to, za przeproszeniem, chłop na schwał…

Karol wizualizował sobie tę piękną damę, w łożu biskupim, szeroko rozkładającą nogi, pod tłustym cielskiem sługi kościoła, raźno pracującym lędźwiami. Ciężkie, solidne łoże, a i tak skrzypi! „Jakoż to prawił ojczulek? Że ta nobliwa damulka przyciśnięta, jęczy tak jakoś dystyngowanie, tak uroczo… zrazu cichutko, ale jakby oddawała hołd swemu zdobywcy… Psia krew! Jak ja chcę to usłyszeć!”

– Nasz wspólny znajomy, sługa ołtarza, chwalił twój głos… zwłaszcza w afekcie…

„A to łachudra! Gadzina! Wszystko musiał wypaplać! Ględził, jak to uwielbia słuchać, jak stękam, dopraszał się, żebym stękała głośniej… Ale… wychodzi teraz na to, że opisywał to, jak jęczę, innym mężom? Cóż to dla mnie za wstyd!”

– Martho, a czy prawda to, że wielce pobożny ojczulek, także w łożu, dowodził swej żarliwości religijnej? Pono kazał ci się w nocy spowiadać?

„Ach! Tego upokorzenia nie zapomnę do końca życia! Przepytywał mnie z tego, jak grzeszyłam… Jak straciłam cnotę… Ilu mężczyznom się oddałam… Lubieżnik! Po klika razy musiałam to samo opowiadać. Komu nadstawiłam zadka… Kiedy ostatni raz byłam chędożona… I musiałam opisywać to ze szczegółami… Choćby to, gdy spowiadałam się z mojego spotkania z rzeźnikiem, z tego, jak zaciągnął mnie na przęterek… Ileż wstydu się wtedy najadłam! Ojciec ołtarza? Stary, sprośny wieprz!”

– Cóz ci rzec panie… Zaiste, żarliwie pobożny jest jego wielebność… A że mnie spowiadał, to takoż prawda… bardzo drobiazgowo.

Karol zamyślił się. „Ależ taki, nawet pośledni, księżulek to ma raj! Może wszystkie dziewki przepytywać z tego, jak były chędożone! Ależ bym sobie posłuchał!”

– Martho, bardzom tego ciekaw. A, jakoż ocenił to, żeś grzeszyła?

„A to jucha! I to też musiał opowiadać! To, że po tym, gdy przyznałam się do tego, że sypiałam z innymi mężami, ilu mnie posiadło i w jakich okolicznościach, począł mnie nazywać – a to wszetecznicą, a to sprzedajną dziewką. Grzmiał: nadstawiałaś zadka, komu popadło, to teraz mi go nadstawiaj na pokutę i prał mnie sążniście dłonią po pośladkach. Puszczałaś się! Jesteś dziewką lekkich obyczajów!”

– Cóż panie, widzę, że ksiądz arcybiskup raczył ci wiele opowiedzieć. Zapewne i to, jak się srożył, jak nieprawnie huczał na mnie, że się źle prowadzę. Nawet, przykro to gadać, nazywał mnie ladacznicą… Cóż… chyba to taka jego słabostka…

– A to wyborne! Klecha chędożył cię sam, a jednocześnie wyzywał od dziwek!

„Ciekawe panie, jakie ty masz słabostki? Bo pachniesz mi takim gagatkiem, co miewa dziwaczne zboczenia…”

Martha szybko miała się o tym przekonać. Okazało się, że władca mimo, iż podniecił się jej opowiadaniem i tak nie stanął na wysokości zadania, jego miecz ani drygnął. A tak bardzo chciał posłuchać jęków Marthy. Tak bardzo chciał zobaczyć ją z zadartą suknią i rozłożonymi nogami. Dosiadaną, kłutą raźnie męską włócznią. Dlatego rychło przedstawił swą propozycję.

– Coś mi się zdaje, że nie stanę na wysokości zadania, ale mam na to sposób. Nie obrazisz się Martho, gdy przywołam swego giermka?

Kobieta znieruchomiała. „Jak to?! Mam oddać się jakiemuś giermkowi? Słudze, którego zobaczę pierwszy raz w życiu?”

– Niewiasto, pytam jedynie z grzeczności. Nie myśl, że ci odpuszczę! Zresztą, jak bym ci odpuścił, i tak wpadłabyś w łapska tego opasłego huncwota, mojego syna. A tego bym, na kroćset diabłów, nie zdzierżył! Ten łapserdak udumał sobie, że każda białka, czy to młoda dziewuszka, czy stateczna matrona, ma przejść przez jego łoże! Takie pokrętne tłumaczenie prawa pierwszej nocy, które nawet jeśli, to mi przysługuje! Dlatego nie dopuszczę, żeby pierwszą łożnicą, do której trafisz w tym zamku, była ta Teodoryka!

Martha, potwornie speszona, z trudem wydobywała z siebie słowa.

– Ależ panie… wiesz, że nie jestem taką pierwszą, lepszą, która sypia z kim popadnie… Wstydziłabym się rozebrać przed nowopoznanym giermkiem, a co dopiero mu się ulec…

Karol jednak nie nawykł do przyjmowania odmów.

– W takim razie… rozbierz się teraz, przede mną.

Kobietę przeszły dreszcze. „To nawet byłoby ekscytujące, zsuwać przed władcą powoli swą suknię… najpierw obnażyć przed nim biust, potem biodra i wreszcie łono… moja suknia ległaby na posadzce, a ja stałabym przed nim nagusieńka, jak Ewa w raju… Ale… to wszystko tylko po to, żeby wszedł jakiś sługa i od razu miał mnie, jak na tacy?!”

– Mój panie, jeśli tego chcesz, odkryję przed tobą wszystkie swe niewieście sekrety, ale błagam… nie pozwól, by wtedy pojawił się tu jakiś pachołek. Nie chcę zostać przez niego splugawiona, choćby wzrokiem…

Karol tak bardzo pragnął ujrzeć Marthę nagą, że nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Władczym wzrokiem wskazując dla dobitności palcem, nakazał:

– Moja damo. Już!

Kobietę niezwykle ekscytowało takie stanowcze, wręcz bezwzględne potraktowanie. Oto nie ma wyjścia. Jest przyparta do ściany, a pożądliwy wzrok władcy czeka na widok jej intymnych sekretów. Stanęła przed nim i drżącym, niepewnym głosem, zaproponowała:

– Panie, a może… sam zechcesz mnie obnażyć?

„Ach… czyż nie byłoby to oszałamiające… poczuć jego dłonie, zdzierające ze mnie suknię! Łapczywie szukające mych skarbów?!”

– Nie. Rozodziewaj się. Chcę to widzieć, jak sama otwierasz się przede mną, jak rozchylasz swe wrota w geście uległości przed zdobywcą…

„Ach! On ma rację! To nie mniej rozpalające! Odkrywanie się samej! Akt poddania, a zarazem wyjawienia swych tajemnic…”

Powolnymi ruchami rąk rozpięła broszę. Delikatnie upuściła ją na podłogę. Dżwięczny brzęk metalu, jak uderzenie w dzwony, obwieścił kapitulację. Chwyciła za górę sukni i stopniowo zsuwała w dół. Obnażyła górę piersi, tak, że nie widać jeszcze było brodawek. Karol zagryzł wargi. Z jednej strony chciał zakrzyknąć: już, by zobaczyć jej nagi biust. Z drugiej, niezwykle podobało mu się wolne tempo, w jakim działała kobieta.

Wreszcie obnażyła piersi, lecz wtedy, niemal natychmiast, zakryła je obiema dłońmi.

„Znam was mężczyzn! Wiem, jak was ten gest podnieca! Już jesteście w domu, już witacie się z gąską, a tu jeszcze nie jest wam dane napawać się naszymi kulami… A z drugiej strony już wiecie, że to akt bezbronności niewiasty, że już łania wam się nie wymknie z waszych drapieżnych szponów!”

Karol zazgrzytał zębami. Czekał. Widok kobiety osłaniającej rękami nagie, wielkie dzbanki, gdy jej suknia osunęła się i zawisła na biodrach, wywierał na nim piorunujące wrażenie. Lecz spokojnie czekał.

Wreszcie Martha, teatralnym gestem, odsłoniła swe wdzięki. Zdawała się mówić: „Otom twoja!” Władca szeoko rozdziawił usta, niczym szczupak łapiący oddech. Ależ mu się spodobały okazałe i kształtne piersi! „Jakież ona ma zgrabne, mimo, że wielkie, te swoje puchary! Nic, tylko z nich pić!” Bez słowa podszedł do niej i chwycił biust w dłonie.

– Są boskie!

Kobieta uwielbiała pochwały mężczyzn dotyczące jej dużych walorów. Bezwiednie, sama prężyła się przed księciem.

– Są boskie! – powtórzył. – Jakie kształtne! Jak zamorskie puchary! Podobnież jako i one stworzone do picia!

W tym momencie pochylił się. Najpierw ucałował jedną pierś prosto w brodawkę, potem drugą. Wreszcie przyssał się do sutka, silnie, jak niemowlę. Martha wzdychała głęboko.

– Ach… mój panie… proszę… nie tak mocno… wyssiesz mnie całą…

– A tak! Wyssę. Wyssę. Wydoję!

Po tej deklaracji książę przystąpił do jej urzeczywistniania. Ustami ssał zachłannie, a dłońmi ujął cycki i począł je namiętnie ściskać.

– Ach… panie… błagam, nie tak mocno… jestem delikatną białogłową… – Martha wzdychała, lecz tak naprawdę, schlebiała jej admiracja księcia.

– Delikatna białogłowa, a cyce jak dynie!

Karol gniótł piersi zapamiętale, atakował jak rozjuszony odyniec.

– Ach… panie… ach… litości…

– Nie mów dzieweczko, że arcybiskup oszczędzał twoje bimbały! Mówił, żeś cycatka, jakich mało! Prawił, że złożył swój pastorał między twe kielichy! Prawił, że najpierw z nich pił, ale potem lał w owe puchary swój nektar!

– Ach… a więc pochwalił się?

„Cóż za sprośny wieprz! Wyzywał mnie od wszetecznic, a sam wszelakie swawole na mnie eksperymentował! Istotnie wtargnął swą buławą między moje cycki! Ścisnął mi je, po czym posuwał, jakby był w piczy!”

– I to jak pochwalił! Twierdził, że nie tylko siedzieć nie mogłaś, ale i położyć się na brzuchu, ha ha ha!

– Panie, racz nie dworować sobie z biednego dziewczęcia… Auua! – krzyknęła Martha, gdy poczuła jak uszczypnął ją w sutek.

– Biedne dziewczę się ociąga i jeszcze nie odkryło przed władcą swych skarbów! Nuże paniusiu, zrzucaj swe śliczne, damulkowe fatałaszki!

Kobieta z każdą chwilą podniecała się coraz żarliwiej, dlatego chciała tego. Chciała obnażyć się przed władcą. W geście uległości. Uchylić przed nim rąbka swej tajemnicy… Nie! Odsłonić przed nim całą kotarę!

– Dobrze panie… po to jesteś władcą, by białogłowie, tak pośledniego stanu jak ja, dekretować rozkazy…

Karol pławił się swą władzą. „Warto rządzić! Choćby po to, by mieć w swej mocy taką dziewkę! By delektować się jej usłużnością…” Gapił się jak urzeczony na to, jak Martha ujęła dłońmi materiał sukni na biodrach, po czym, powolnym ruchem zsunęła. Ubranie legło na posadzce, a przed księciem stanęła zupełnie naga kobieta. Zawstydzona, okryła rękami łono.

„Ależ uroczo to wygląda! Zdrowa dziewka! Ze zdrowym zadkiem, osłania swoje najsekretniejsze skarby! Ale do czasu! Do czasu! Zaraz się mi pięknie obnaży!”

– Jesteś śliczna i zgrabna jak rusałka! Unieś ręce do góry i obróć się ze wszystkich stron. Chcę się tobą nasycić!

Martha opuściła wzrok, zaś uniosła ręce. Wstydziła się. Ledwie dziś poznała księcia, a już stoi przed nim nagusieńka. „Ależ on się na mnie gapi! Jakby chciał mnie pożreć! Ach… teraz mam się okręcić naokoło… jak w tańcu… Nie! Jak niewolnica na targu!”

Martha, kusząco kręcąc tyłkiem, obróciła się wokół swej osi. Książę nie mógł się powstrzymać, doskoczył i niemal z całej siły, klepnął kobietę w pośladek.

– Auuuaa! – żachnęła się panna.

– Damulko, pewnie nie raz w tłoku, jakiś, czy to możny, czy to pachoł, podszczypnął cię, albo przyrżnął klapsa!

Martha wzniosła oczy ku niebu. „A pewno! Zwłaszcza mocno zakrapiane uczty służą temu, by mężowie szukali okazji by złapać tu, czy tam, lubo uszczypnąć czy klepnąć… Skaranie boskie z tymi chłopami!”

Napalony rycerz parł do jednego celu.

– Pani, legnij teraz na tym łożu, na plecach.

Marthę ciekawiło, czy książę podniecił się na tyle, by chcieć ją posiąść. Ona bardzo tego chciała. Wręcz pragnęła. Dlatego, tylko krótko pozorując ociąganie się, kierowała kroki ku łożu.

– Panie… pomnij, żem cnotliwą białogłową… jedynie ze względu na twój majestat, idę do twego łoża…

Karol z lubością przypatrywał się damie, która, zupełnie naga, kładła się na skórze niedźwiedzia.

– A teraz, moja panienko, rozłóż nóżęta!

Martha udawała bardziej skonfudowaną, niż była.

– Panie… sromotnie zawstydzasz biedną i skromną białogłowę…

Mężczyzna jednak syknął przez zęby:

– Nuże! Chcę widzieć twe skarby!

Sytuacja podniecała kobietę. Oto przed możnym władcą rozkłada się, rozkłada szeroko nogi, by ukazać swe niewieście sekrety. Widziała blask w jego oczach, gdy rozchylała uda. Dostrzegła drżenie jego ust, gdy wpatrywał się w jej, niczym nieosłonioną, szparkę. Podszedł bliżej, by mieć łono tuż przed twarzą.

– Pozwól, że złożę pocałunek na kwiecie twej kobiecości, o pani.

„Cóż za dworski z niego rycerz! Pełen ogłady romantyk… Niech całuje me płatki! To musi być rozkoszne! Jak wtedy, w kraju Franków…”

Karol językiem i ustami „oddawał hołd wonnej lilii”, jak raczył to określić. Nasłuchiwał przy tym emocjonujących westchnień kobiety, która nie kryła odczuwanej rozkoszy.

– Aaaa… panie… cóżże ty ze mną wyczyniasz… aaaa… jestem tam taka wrażliwa… aaaaa!

Tym zapamiętalej pieścił książę srom Marthy. Wbił język najgłębiej, jak potrafił. Penetrował cipkę tak, jakby wylizywał najsmakowitszy nektar z wąskiego pucharka.

– Aaaach… panie… odlatuję ku niebiosom! Dowodzisz tego, że mąż… achhhh… może niewiastę wychędożyć… achhh… nie tylko swym przyrodzeniem…

Karola to ogromnie ekscytowało, ale jednocześnie potwornie drażniło. Jego miecz nie uniósł się ani trochę! Rozjuszony Karol głośno klasnął w dłonie. Dla kobiety zabrzmiało to złowróżbnie. Domyślała się, że to wezwanie giermka.

– Panie, co czynisz?!

Książę uśmiechną się tylko, jakoś tak złośliwie, szyderczo.

Martha nie wiedziała co robić. Spanikowana wyskoczyła z łoża, schwyciła leżącą na posadzce suknię i czym prędzej zaczęła ją na siebie ubierać. Ledwie skończyła, w progu stanął chłop wielki jak tur.

– A wiesz damulko, dlaczego jego wybrałem?

Martha patrzyła na niego z przerażeniem. „Gdybym się pod nim znalazła… gdyby mnie przygniótł… ani bym pisnęła!”

– Bo mężny i silny?

– W istocie, ale nie to było głównym powodem, a to, że ma wielkiego kutasa! Ha ha ha!

Kobieta zadrżała. „Ani chybi, książę dopnie swego… Z góry trafnie odgadłam, że zboczone pragnienia targają tym władcą…”

– Dlatego wiedz panienko, że uwielbiam patrzeć, jak mój Eryk, Norman z pochodzenia, wbija swą dzidę w dzierlatkę, którą mu wskażę!

– O Boże… Panie… oszczędź mnie… kornie proszę…

– Niewiasto, nawet nie próbuj! Za bardzo wpadłaś mi w oko, bym nawet rozważał oszczędzenie ciebie.

Po czym zwrócił się do przybocznego rycerza:

– Eryku, czyń swą powinność! A jeśli ta białka będzie stawiać opór, czeka nas tylko ciekawsza nocka.

Martha struchlała. „Uciekać? Przecie ten drągal jest we drzwiach. Chronić swą cześć? Nie mam najmniejszych szans wobec tak potężnego wojownika… Jedyne co mi zostaje, to protestować lub błagać… Co obu ich jedynie podnieci…”

– Panie… jam dla cię wierna służka… gotowam ci była oddać swą cześć niewieścią… ale nie… pachołkowi… błagam…

– Eryk nawykł na wojnach słuchać zawodzeń i jęków kobiecych. Rozsmakował się w nich tylko. Nawet nie zliczyłby, ile białogłów pohańbił, ile branek wziął w niewolę i ile potem sprzedał.

„Pogańskie ziele… słyszałam o nich… litości dla niewiast nie mają… Lepiej mają mężowie, bo w boju giną, a nas, białogłowy, czeka jeno sromota…”

Normański giermek ruszył w stronę Marthy. Ta poprawiając jeszcze materiał sukni na biuście, cofała się przed nim. A że jedyną drogą odwrotu był kierunek w stronę łoża, zmierzała do celu pożądanego przez mężczyzn.

– Nie… nie… panie… – szeptała.

Eryk tylko uśmiechał się, pewny swego. Nic już mu nie odbierze zdobyczy. Podczas uczty przypatrywał się Marthcie, ponieważ wydała mu się o wiele urodziwsza i strojniej ubrana, niż jakakolwiek inna kobieta na sali. Obserwował jak pląsała podczas tanów, rozmarzył się wtedy, że to tę damulę obierze na swój cel Karol. Ale też nie zamierzał na to bezczynnie czekać. To on podszepnął księciu, że na wieczerzy jest niewiasta do rzeczy. Wiedział, że władca polega na nim, zarówno w kwestii wojskowości, jak i jeszcze bardziej w kwestii płci pięknej.

Okoliczni pieśniarze sławili już zmagania wojenne i miłosne Normana. Jego moc była znana w obu tych dziedzinach. Toteż Martha zdała sobie sprawę, kogo dotyczyła pieśń guślarza podczas uczty o rycerzu, co pięciu wikingów zmógł w pojedynku i pięciu dziewkom dał radę. Przeżegnała się, co tylko wywołało większy uśmiech na twarzy giermka.

– Kładziesz się panno po dobroci? – tubalnym głosem zapytał wielkolud.

Nie wiedziała co ze sobą począć, nie chciała oddać się poganinowi, nie pozorując choćby oporu, a jednocześnie ekscytowało ją to niepomiernie, że taki byk, buhaj, będzie próbował zdobyć ją siłą.

Gdy delikatnie pokręciła głową, Eryk uradował się. Wszak nie była to dlań pierwszyzna. Schwycił Marthę za dłoń i poprowadził do łoża. Kobieta próbowała się zaprzeć, ale jedynie po to, by przekonać się, jak wielka przewaga jest po stronie siłacza. Szła, ciągnięta jak na rzeź.

Następnie popchnął ją, niczym piórko i panna poleciała na łoże. Znów znalazła się na plecach, na niedźwiedziej skórze. Próbowała jeszcze odkręcić się i czmychnąć w drugą stronę komnaty, lecz okazało się, że chłop wielki jak góra, dysponuje zręcznością rysia! Natychmiast dopadł swą ofiarę, przyciągnął do siebie, po czym legł na niej całym swym ciężarem.

„O Matko! Nic mnie już nie uratuje… Mogę już się pogodzić ze swą dolą… dolą nałożnicy nie księcia, a sługi, i to poganina!” Martha szeptała tylko cicho:

– Nie… nie… litości…

Ale nawet nie pozorowała już zbytnio, że się broni. Trzymała się za poły sukni, lecz Eryk i tak podciągnął ją wysoko. Natychmiast chwycił Marthę za krocze.

– Sprawdzimy, czy prawda to, żeś taka ciasna!

„Cham! Prostak! Będzie mnie macał i oceniał!”

Gruby, środkowy palec giermka z impetem wjechał w niewieścią norkę.

– Auuaa! – zakrzyknęła.

Odpowiedział jej rechot Normana.

– Co? Już palec jest dla ciebie panienko za gruby?! To spotka cię coś jeszcze większego! Ha ha ha!

Wtórował mu śmiech Karola, choć władca nie rechotał równie grubiańsko. Starał się udawać, że zachowuje dworskie maniery.

– Cóż, pani Martho… może to lepiej, że miast książęcego berła, spotka cię normański taran? Dzięki temu na długo zapamiętasz swój pobyt w mym łożu.

Skonfundowana Martha nie wydobywała z siebie głosu. Poczuła, że właśnie do pierwszego palca, dołączył drugi. Za to sprośny giermek miał wiele radości z konsternacji kobiety.

– Ano popamięta, pewno do końca życia! Bo już nie będzie taka ciasna! Ha ha ha! To pewno tak, jakby ją wianka pozbawić? Czyż nie, wielmożny książę?!

Martha była skrajnie zawstydzona sytuacją, lecz, ku jej zdziwieniu, podniecało ją to niepomiernie bardziej, niż mogła sobie wyobrazić. Jeszcze większa ekscytacja ogarnęła ją, gdy zobaczyła oręż Normana. Istną maczugę, wielką i długą.

– Nie! – krzyknęła. – Panie nie czyń mi krzywdy!

Wiedziała, że nic tym nie wskóra, że jedynie dodatkowo nakręci Eryka, który potraktuje to jako wyraz pochwały dla swej dumnej męskości. Giermek rozszerzył jej nogi, po czym skierował swój taran miedzy płatki.

– Nie… nie… – szeptała już, nie krzyczała, pogodzona z losem Martha.

Obawa przed ogromnym narzędziem konkurowała z olbrzymią ciekawością. „Jak to będzie, poczuć w sobie takiego olbrzyma? Jak bardzo zdewastuje moją norkę?”

Czub tarana nie tak łatwo wdzierał się do celu. Potężny wojownik wspomagał się palcami.

– Szerzej nogi, dzieweczko!

Dopiero pomoc palców pozwoliła, z trudem, wcisnąć łeb potężnego zwierza w ciasną jamkę. Nie obyłoby się bez udziału Marthy, która posłusznie rozkładała szeroko uda, bojąc się, że w przeciwnym wypadku stanie się jej krzywda.

Działaniom giermka, żywo sekundował Karol.

– Dasz radę! Byleby wlazł!

Książę z bliskiej odległości obserwował „akt zdobywania bezbronnej świątyni” – jak opisywał to sobie w duchu. Wsłuchiwał się, jak jego przyboczny sapie, a nowa nałożnica pojękuje. Była to dla niego najświetniejsza muzyka. Eryk po usadowieniu czubka swej męskości w wilgotnym zagłębieniu, natychmiast przystąpił do energicznego naporu.

– Aaaa… aaach… panie, boję się… – biadoliła Marta, lecz nie przeciwstawiała się, jakby mimo ewidentnego bólu, odczuwała rozkosz.

Norman przypomniał sobie pierwszy swój najazd na ziemie Anglosasów. Pamiętał doskonale blondynę pochwyconą w palonym grodzie. Anna. Ależ była ciasna! Ależ zawodziła, gdy szturmował jej dziewiczą szparkę. Z trudem się w nią wbijał, ale to jak mu wtedy było dobrze, zapamięta do końca życia. Z wielkim żalem sprzedawał ją potem kupcom, ale zanim zabrał ją na targ, trzy dni i trzy noce delektował się swą własnością. Wspomnienie spowodowało, że tę damulkę w jakiś sposób scalił w jedno ze swą pierwszą branką.

Myślał, że jego kutas eksploduje. Stał się twardy, jak ze stali. Już wiedział, że dzisiejszej nocy stać go będzie na wiele.

Martha nie spodziewała się, że jej cipka będzie w stanie rozciągnąć się aż tak bardzo. Nie była wstanie opisać tego, co czuła. Gdy wbił się w nią do połowy, zatrzymał się, jakby chciał, żeby oswoiła się z nim, dostosowała do niego. Kobieta głęboko wzdychała: och… och…, co szalenie ekscytowało Karola.

– Wepchnij jej całego! Do końca!

Chciał to mieć jak na tacy. Napawać się tym.

Eryk delikatnie wycofał się. Oczywiście nie po to, by odpuścić… Martha widziała, jak bierze zamach, by tym potężniej naprzeć. Wreszcie dotarł do końca pochwy. Zdobył ją. Kobieta jęknęła nieco głośniej i przeciągle.

– Aaaaaa….

Jakby chciała obwieścić światu, że oto została w pełni zdobyta. Wzięta w posiadanie.

„Jest moja!” – pomyślał Eryk.

– Jest nasza! – Zaklasnął w dłonie książę Karol.

„Jestem nałożnicą dwóch mężów? Tegom się nie spodziewała, udając się na ten zamek…”

Martha jeszcze nigdy w życiu nie była równie podniecona. Z jednej strony przez tę dziwną sytuację, to że jest w łożu księcia, podglądana przez niego, z drugiej przez rozmiar oręża nacierającego wojownika. Czuła się cała wypełniona. Rozciągnięta. A przecież to dopiero początek nocy…

Giermek wiedział, że nie musi się spieszyć. Powoli wycofywał się, po czym powoli napierał. Delektował się ciasnością „świątyni”, w której grasował jego „grabieżca”, wsłuchiwał się w delikatne, rzekłby kto – nadobne jęki, dystyngowanej niewiasty. Podziw, widoczny w oczach Karola, także sprawiał mu radość.

„Dawno, nie: nigdy, nie chędożyłem tak wspaniałej damulki.” – myślał w duchu. – „Trzeba przedłużać to w nieskończoność!”

Natomiast twarz księcia wyrażała rozkosze chyba większe niż jego giermka. Karol przybliżył się maksymalnie, by jak najlepiej słyszeć stękania kobiety. Aby wpatrywać się w akt płciowy, chwycił pochodnię i trzymał ją, oświetlając poczynania kochanków. Deprymowało to Marthę, jednocześnie bardziej podniecając, zdawało się jej bowiem, że jest brana przez dwóch mężczyzn na raz. Najpierw dziwiły ją własne reakcje, z czasem jednak zaczynała doceniać perwersyjne niuanse sytuacji.

„Cóż… jestem w łożu najpotężniejszego pana tych ziem, a jednocześnie mam w sobie największego spośród wszelkich wojowników…” Kręciło ją to. Chciała też podniecić bardziej mężczyzn.

– Ach… nigdy nie byłam nałożnicą… achhh… dwóch mężów na raz… – wydobyła z siebie pochwałę, miedzy postękiwaniami. Jednocześnie starała się, by jej jęki brzmiały niczym hołd oddawany panom. Suwerenom.

Chyba suwerenem i zdobywcą bardziej czuł się jednak książę, niż Eryk, bo to on bardziej sapał i dosadniej komentował.

– O tak! Popamiętasz, jak to być moją nałożnicą! Eryku, do oporu!

– Aaaa! Aaaa! – odpowiedziała cichymi krzykami Martha, gdy poczuła gwałtowny napór.

„Zaraz przebije mnie na wylot. Chyba rozumiem teraz skazańców nawlekanych na pal! Dlaczego by im teraz tego nie wyjęczeć? Przecież to ich jeszcze bardziej rozpali!”

– Ach… Dzielni rycerze… czuję się jak nabijana na pal! Czuję się, jakbym miała zostać przebita na wylot! Aaaaa!

Karol sapał i syczał.

– Pchaj! Mój przyboczny rycerzu, napieraj!

– Aaaaa aaaa – jęczała Marta.

Było jej dobrze jak nigdy. „Ależ to boskie doznania, czuć w sobie takiego męża! Czuć jego ruchy w środku, jego wielkość! Niech ta noc trwa wiecznie! Niech ze mnie nie wychodzi!”

– Jęcz pannico! Jęcz i stękaj! Jęcz głośniej, niż pod arcybiskupem! – dyszał książę.

Martha, jakby wzięła sobie rozkaz do serca, natychmiast zaczęła wydawać głośniejsze stęknięcia. Władca był przeszczęśliwy.

– Eryku, chwyć ją za cyce!

Giermek, posłuszny rozkazom suwerena, nie zaprzestając ruchów frykcyjnych, chwycił potężną dłonią pierś Marthy.

– Ochhh! – zakrzyknęła, czując dodatkowy bodziec.

Wojownikowi spodobały się duże piersi. Z rozkoszą obmacywał je przez materiał sukni.

– Ściśnij mocniej! – nakazał jego pan.

Więc posłuszny wasal chwycił piersi bardziej krzepko.

– Ojej! Ach… – stęknęła Martha.

Rycerz zsynchronizował swe ruchy, silniej gniótł biust i silniej, szybciej wbijał się w kobiece łono.

– Tak! Tak! – wykrzykiwał Karol. – Mocniej ją chędoż!

Kobieta czuła się bardzo dziwnie, była oto rżnięta według poleceń. Z jednej strony wydawało jej się to wielce cudaczne, wręcz błazeńskie, z drugiej zdawało jej się, że jest używana przez dwóch mężczyzn jednocześnie.

„Ciekawe co jeszcze zleci mu jego wódz?! Chędożyć mnie już kazał… zmacać, także… Żeby tylko nie nakazał mu zalania mnie nasieniem… Bo wtedy właściwie przez kogo zostałabym zbrzuchacona?”

Tymczasem rycerz spolegliwie wykonywał rozkaz książęcy. Pracował lędźwiami jeszcze mocniej. Wsłuchany w miarowe, kobiece jęki, raźno miętosił dorodne cyce.

– Zedrzyj jej suknię z cycków! Zobacz jakie to wielkie i zgrabne doje! Specjalnie przyświecę ci pochodnią, byś mógł je admirować!

Eryk niemal natychmiast spełnił polecenie władcy. Suknia na górze, na biuście, była sznurowana. Z jednej strony ukazywała nieco dekoltu, wabiąc mężczyzn podczas uczty i tańców, z drugiej była praktyczna, gdyż nie była rozdzierana przez mężczyzn, a rozsznurowywana…

Właśnie to spotkało kieckę teraz. Uwolnione piersi, wylały się z sukni, w pełni dowodząc słuszności opinii księcia – były dorodne i kształtne.

– Och! Do stu tysięcy diabłów! – zakrzyknął milczący dotychczas przyboczny Karola.

Pochwycił cycki najpierw dłońmi, a zaraz potem ustami.

– Panno Martho, jesteś boska! Dosiadać cię, to prawdziwy zaszczyt!

„No tak… jestem dosiadana… jestem ujeżdżana… przez znakomitego rycerza. Ciekawe czy lubi on także galop?” Karol, jakby czytał w myślach Marthy. Zakomenderował szybko.

– Eryku, a teraz przystąp do istnego galopu! Pamiętasz tamtą służkę, co potem zemdlała?! To teraz też nie oszczędzaj naszej nadobnej dzierlatki!

Przyboczny nie zwykł mitrężyć czasu, natychmiast przystąpił do wypełniania woli władcy. Zaczął dźgać kobietę bardzo szybko, najszybciej jak potrafił. Karol z lubością wsłuchiwał się w dźwięki klaśnięć wydawanych przez jądra, uderzające w pośladki Marthy. A jeszcze bardziej w kobiece jęki, próbujące dorównać tempu rycerza, wydawane krótko i głośniej niż poprzednio.

–Aaa! Aa! Ach! – zawodziła ujeżdżana panna.

Uwielbiała tak jęczeć. Wiedziała doskonale, jak to działa na mężczyzn.

– A! A! A! – „Posłuchajcie sobie mojego babskiego stękania!” – A! A! A! – „Wiecie dobrze, że oddaje ono stan, w którym się znajduję.” – A! A! A! – „Wiecie dobrze, że to oddawanie hołdu waszej męskości… waszej dominacji…”

Karol wręcz wpadł w trans.

– A teraz obróć ją tyłem do siebie!

Martha ledwie się spodziała, a wielkolud już chwycił ją za biodra, uniósł, po czym ustawił tyłem do siebie.

– Nuże dziewczyno! – Książę nie maskował swej ekscytacji. – Wypnij się i podciągnij znowu kieckę, a wysoko, tak, żeby nam odsłonić swój piękny zadek.

Pannę podnieciło wydane polecenie. Bez ociągania się chwyciła drżącymi rękami za materiał sukni i podwinęła do góry.

– Klepnij ją, Eryku! Kto wypina tego wina! Ha ha ha!

Próbowała zaprotestować, lecz nie zdążyła. Ledwie wypowiedziała „nie”, już dwa siarczyste smagnięcia trafiły oba pośladki.

– Auuaaa! Auuć!

– Wypnij się mocniej, damulko! – Karol nie chciał pozostawiać domysłom kwestii tego, kto tu rządzi.

Martha także nie planowała kwestionować jego władztwa. Potwierdzając, kornie:

– Tak panie, wedle twojego życzenia. – Wysunęła swój tyłek jeszcze bardziej.

– A ty, mój olbrzymie, czyń swą powinność! – Książę nie mógł się doczekać nowego widoku.

Eryk jedną rękę położył kobiecie na biodrze, po czym przyciągnął do siebie, a drugą nakierował męskość na wejście do pochwy.

„Tym razem nie będę go widziała, tylko czuła jego ogromną kuśkę! Czy teraz wbije się jeszcze głębiej? Czy przebolcuje mnie jeszcze ostrzej?” Dość szybko znalazła odpowiedź na oba pytania. Już pierwszy sztych pokazał, że potężny woj lubi tę pozycję i jest gotów się w niej wyżywać na kruchej damulce.

– Achhh! Aaaa! – zakrzyknęła Martha.

Karol zaklasnął w dłonie.

– Jakoż ja lubię tę pozycję! Mój ty piekielniku! Dupcz ją teraz, jak wyposzczony żołdak dupczy dopadniętą dziewkę! Dupcz, jakbyś chędożył pospolitą dziwkę!

Eryk wziął sobie polecenie pryncypała do serca. A raczej do innej części ciała… Ujeżdżał pannę niczym w amoku.

Marthcie zdawało się, że wdarł się w nią jeszcze głębiej. Czuła, że pchnięcia są tak potężne, że poleciałaby daleko do przodu po którymkolwiek z nich, gdyby nie trzymał jej za biodra, niczym w stalowych szponach.

– Aaaa! Aaaaa! Aaaaa! – teraz na wpół jęczała, na wpół krzyczała. Kobiece dźwięki głośno roznosiły się po komnacie, odbijane przez surowe, kamienne ściany.

Karol zbliżył się do niej, od strony jej głowy, z pochodnią.

– Ależ pięknie dyndają te cycki! Żeby się tylko nie urwały w takim galopie! Ha ha ha!

Po pewnej chwili rycerz spowolnił. „Czyżby dbał, by nie wytrysnąć już teraz. Ach! Byle nie we mnie! Nie byłby to miły widok na przyszłość – zostać zbrzuchaconą…”

– Złap ją teraz za cyce! Zobacz jak urokliwie dyndają! Ależ się wyskakały!

Eryk, wykonując już wolniejsze pchnięcia, chwycił od tyłu, wiszące w tej pozycji piersi i obejmował zachłannie.

– Co sądzisz Eryku? Czy nie nadają się do tego aby wypełnić je mlekiem?

„Cóż ten stary cap kombinuje?! Czy przypadkiem nie mami mu się w głowie zmajstrowanie mi dziecięcia?”

– Tako jest, jako książę prawi – przytaknął ochoczo przyboczny druh. – Są stworzone do tego, by być wypełnione mlekiem.

– Prawda? Podoiłoby się wtedy taką damulkę! Podoiło! Wyimaginuj sobie, że jej mleczne piersi, byłyby jeszcze większe!

Martha zaniepokoiła się nie na żarty.

– Mój panie… azali nie chcesz aby przypadkiem, uczynić mnie brzemienną?!

Karol delektował się zaniepokojeniem kobiety.

– Droga pani, ale nawet jeśli owocem miałby być osesek, to wszakże poczęty w książęcym łożu! Ha ha ha!

Nie uspokoiło to Marthy ani trochę.

– Panie… błagam! Nie…

Zdawała sobie sprawę, że może jedynie błagać, że nie wymsknie się potężnemu goliatowi, który właśnie dzierży ją za piersi, a jednocześnie panoszy się w jej łonie.

Władca jeszcze sobie podworował na temat eleganckiej damuli z potężnym bębnem – „No bo cóż innego mógłby wymajstrować taki kolos!” Wkrótce jednak przekonały go biadolenia przerażonej panny.

– Eryku, mój mocarzu, chcę widzieć teraz to, co zwał ten muzykant obieżyświat miłością iberyjską! Pamiętasz?!

Marta szukała w myślach – „Miłość iberyjska? No tak, słyszałam o tym w kraju Franków… Mąż wkłada niewieście swe przyrodzenie między piersi! Chyba teraz chce wykorzystać fakt, że mam duże…”

Dryblas nie zastanawiając się, wyszedł z kobiety i obrócił ją przodem do siebie. Jego drąg prężył się w gotowości.

– O tak! – Zaklasnął w dłonie książę. – Ależ szykuje się przednia jazda! Wielki kutas, w wielkie cycki!

Eryk przyciągnął damulkę do siebie. Z lubością gapił się na jej biust. Ujął w dłoń swą tykę i umiejscowił ją w rowku miedzy pięknymi półkulami. Martha zacisnęła zęby. Niezwykle podniecająca wydała jej się scena, w której łeb wielkiego węża wyłaniał się spośród jej piersi. Rzucał wielki cień, gdyż Karol stał blisko i przyświecał pochodnią.

– Niewiasto, chwyć się za swe dojki i przyciśnij je do siebie! Niech Eryk także tu poczuje ciasnotę!

Uczyniła co kazał. Trzymała się mocno za piersi. Patrzyła na główkę zwierza, to wyskakującą, to chowającą się jak w jamie. „Jakby mi wąż wtargnął do sukni! I próbował wyłazić między cyckami!” W tym momencie głębszy sztych Normana uderzył ją w szyję.

– Tak, mój woju! Mocniej! Przeszoruj jej cyce!

Osiłek naparł i pracował wytrwale. Kolejne pchnięcie uderzyło Marthę w podbródek.

– Ależ to włócznia co się zowie! A ty niewiasto uchyl swe piękne, nadobne usteczka! Powitaj gościa! Powitaj rycerza!

Pochyliła głowę. Kolejne dźgnięcie trafiło w jej wargi i szybko wycofało się. Następne wjechało do jej ust. Kobieta poczuła lepki śluz na główce normandzkiego członka. Po kolejnym sztychu nie wycofał się, a zagościł w jej buzi na dobre.

Karol jeszcze bliżej przystawił pochodnię. Chciał widzieć potężny trzon w ustach ślicznej damulki.

– O tak! Bosko! A teraz paniusiu, ssij go! Ssij, a porządnie!

Z trudem obejmowała tak obszerną główkę. Polizała ją delikatnie, po czym zaczęła ssać. Postawny woj poruszył się i westchnął z podniecenia. Zmobilizowało to Marthę do jeszcze bardziej usilnych starań. „Possę mu jak dziwka. A nich ma. Niech zapamięta chwile rozkoszy ze mną.”

Karol przełykał ślinę, obserwując podniecający akt. Omal nie upuścił pochodni.

– Staraj się dzierlatko! Połykaj go, połykaj, choćbyś miała się krztusić!

Martha spełniała polecenia ochoczo. Rozszerzała usta jak mogła, a gdy wojownik jeszcze naparł, zaczęła się dławić.

Eryk nie wytrzymał podniecenia. Jęknął głośno, po czym wylała się z niego lawa spermy. Zalała buzię kobiety i w chwili, gdy ta cofnęła głowę, trysnęła obficie na twarz, włosy, biust i suknię. Martha poczuła się zbrukana, ale i spełniona. Książę promieniał. Trzymał pochodnię tuż przy twarzy dziewczyny.

– No damulko! A tośmy cię naznaczyli! Jak nałożnicę książęcą przystało!

Panna dziękowała w duchu Bogu, że ten wulkan nasienia nie wybuchł w niej, w środku.

„Znowu jest szansa, że uniknę pohańbienia.”

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Udana kontynuacja pierwszej części opowiadania, fabuła rozwija się, a całość przechodzi od pastiszu romansu rycerskiego do opowieści łotrzykowskiej. Napisana została przy tym lekko i potrafi rozbawić. Szczególnie zabawne wydały mi się wspomnienia wizyty u arcybiskupa. Przypuszczam, że na obecnych „niedolach” przygody Marthy wcale się nie skończą. Może gdzieś, wśród nocnego morza, czekają już na swoją kolej dzicy Wikingowie?
Technicznie tekst napisany żywo i dynamicznie, z dominacją dialogu, co ułatwia lekturę. Pewnym zgrzytem wydaje się tylko zbyt współczesne, niekiedy, słownictwo. Przy zastosowanych w większej części opowiadania archaizmach językowych, lepiej lub gorzej, ale ogólnie dostosowanych do epoki, pojawiające się w różnych miejscach zwroty typu: „nakręcić się”, „wizualizacja”, „uwierzyć w tę narrację” itp. stają się dysonansem.
Pozdrawiam

Dziękuję za miłą ocenę. Co do archaicznego języka, zobowiązuję się do poprawy 🙂
Nie wpadłam wcześniej, żeby poczytać jakiś słownik staropolski, teraz przedsięwzięłam już takowe postanowienie 🙂

Historyczko,

nie tracisz formy. Drugi odcinek cyklu jest równie zajmujący – i bawiący – jak poprzedni. Martha zostaje pierwszy raz niecnie wykorzystana i już widać, że na tym się nie skończy. Cieszyły mnie szczególnie wspomnienia z “negocjacji” z biskupem. Mimo pewnych niezręczności językowych czyta się to doskonale. A teraz, do następnych rozdziałów!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz