Cierpienia niemłodej Wertherówny, czyli punkt widzenia zależy od punktu służenia 2/2 (Agnessa Novvak)  3.33/5 (12)

25 min. czytania

nothing.photos, dzięki uprzejmości leatherseduction.com

Dżizas, kurwa, ja pierdolę, co za jebana lodówa! A mogłam chociaż chwilę pomyśleć, zanim wyleciałam z gołą dupą na ulicę…

Pędziłam na złamanie karku przez pokryte zbitym śniegiem chodniki. Nie zwracałam uwagi na przechodniów, odwracających za mną głowy w ciepłych czapkach. Na sygnalizację świetlną zresztą też nie. Krztusiłam się lodowatym powietrzem, rozrywającym płuca. Bose stopy paliły mnie żywym ogniem, uszy szczypały, a wystający kawałek tworzywa boleśnie obcierał uda.

Wbiegłam do klatki. Do mieszkania. Do łazienki.

– Kicio, to ty? – Usłyszałam pełen troski, starczy głos.

Odpowiedziałam jakimś nieartykułowanym chrypnięciem. Zrzuciłam płaszcz i trzęsąc się cała, weszłam do wanny. Woda, choć specjalnie puściłam najpierw letnią, parzyła mi skórę. Starając się ostatkiem sił nie zacząć wyć, sięgnęłam dłonią do stóp, by wymasować zesztywniałe palce. Powoli podążałam w górę, zdając sobie coraz wyraźniej sprawę, co mnie czekało. Po trzech nieudanych próbach bycia delikatną zacisnęłam zęby i wyszarpnęłam wibrator jednym ruchem.

Tym razem nie powstrzymałam się od krzyknięcia.

– Córuniu, co się dzieje?

– Nic, tato… – jęknęłam bez przekonania, próbując nie zacząć wyć.

– Mam wejść i ci pomóc?

Spojrzałam z politowaniem na zamknięte drzwi. Nie miałam zamiaru dyskutować, kto tu komu powinien pomagać.

– Nie, nie trzeba… albo zrób mi coś na przeziębienie, dobrze? – Jakimś cudem udawało mi się brzmieć w miarę po ludzku. – I szlafrok zawieś na klamce. Ten gruby we wzorki, co leży u mnie w pokoju. Za kilka minut wyjdę!

Pełna obaw spojrzałam pomiędzy nogi. Silikonowy kształt był cały oblepiony częściowo skrzepłym śluzem, a czerwone ślady na skórze piekły od samego patrzenia, ale na szczęście nigdzie nie dostrzegłam krwi. Na razie…

Nie powiedział słowa, gdy kuśtykałam przez pokój, siadałam przy kaloryferze przykryta kocem, ani wciąż drżącymi dłońmi unosiłam kamionkowy kubeczek do ust. Herbata z naprawdę konkretnym prądem rozgrzewała mnie powolutku, ale niestety nie zmniejszała bólu. Wręcz przeciwnie.

– Kiciu, kochanie moje. – Zaczął tak czule i cicho, jakby układał mnie do snu. – Powiesz mi, co się stało?

– Nie. Nic. – Spuściłam wzrok, gapiąc się w obłoczki pary.

– Przecież widzę! Wiesz, że mnie możesz wszystko… – Kontynuował wręcz błagalnym tonem.

– Ojciec, przestań! I nic nie zrobisz, nawet gdybyś chciał! To jest moje życie i moja sprawa, co z nim zrobię! – warknęłam na odczepne.

Westchnął ciężko.

– Rzuciła cię?

– Kto? Co? Jaka ona? – Spanikowałam. – Z nikim nie jestem, nie byłam i nikt mnie nie rzucił! Co ci w ogóle przyszło do głowy?

Westchnął jeszcze ciężej i spojrzał na mnie wymownie.

– Może jestem inwalidą, ale nie rób ze mnie idioty! Jeszcze swój rozum mam! – odpowiedział z przekąsem.

– No to powiedz, mądralo, co żeś wymyślił! – Zacietrzewiłam się.

– A proszę cię bardzo! Co jakiś czas zachowujesz się, jakbyś szła na randkę: ciągle się uśmiechasz, stroisz, malujesz… Potem wychodzisz cała w skowronkach, a kiedy wracasz, jesteś tak szczęśliwa, aż miło patrzeć! Chociaż też zmęczona, bo zwykle tylko się myjesz i od razu padasz na łóżko. Ale dzisiaj wybiegłaś nagle, po jednym telefonie. Myślisz, że nie widziałem, jakie miałaś rozpalone policzki? Jak ci się ręce z nerwów trzęsły? A teraz – posmutniał nagle – aż mnie serce boli, kiedy na ciebie patrzę.

– Rozumiem, że się martwisz – spuściłam z tonu – ale daję sobie radę. Wiesz, jak to ze mną jest. Nie mogę trafić na właściwą osobę i tyle. Taki życiowy peszek. – Spróbowałam zażartować. Bardzo marnie.

– Tak, wiem. Pamiętam doskonale, co przeżywałem, kiedy znikałaś na kilka dni. Jak wracałaś pobita – głos zaczął mu drżeć – albo jeszcze gorzej. Zrozum, nie chcę już nigdy wzywać karetki, tak jak wtedy… kiedy…

Załamał się zupełnie i schował twarz w dłoniach. A mnie zrobiło się przykro. Tak zwyczajnie, po ludzku. Po raz kolejny zawiodłam ojca, mimo że zawsze traktował mnie jak najważniejszą osobę w życiu.

Choć przecież wcale nie musiał.

* * *

Lata wcześniej mógł starać się o upragnione dziecko na szereg różnych sposobów, ale wybrał właśnie adopcję. Mógł pojechać do jednego z ładnych, wielkomiejskich sierocińców, a nie bidula w Wypiździejewicach Zadupiowskich. Mógł wybrać uśmiechającą się uroczo pyzatymi policzkami laleczkę, a nie chudzinę z krzywymi zębami i burdelem w papierach, pogardzaną przez wszystkich jako „ruska znajda” – choć w tym języku znała najwyżej zwroty grzecznościowe, typu: bladź czy inne paszoł won. Mógł dać sobie spokój, gdy po raz kolejny i kolejny przybrana córka dowodziła, jak bardzo daleko było jej do ideału. Mógł… wiele rzeczy mógł.

Ale nie chciał. Za to zawsze przy niej był. Przy mnie był. Zawsze!

Cierpliwie uczył nie tylko matematyki czy jazdy na rowerze, lecz przede wszystkim zasad dobrego wychowania oraz poprawnego posługiwania się mową, w moim przypadku wcale nie tak ojczystą. Z różnym zresztą skutkiem. Przy każdej okazji komplementował nieoczywistą urodę. Bronił do upadłego, kiedy jego żona nakryła mnie w towarzystwie koleżanki, pustej butelki po winie oraz wyjątkowo obleśnego strapona, wydzierając się na pół bloku, jaką to jestem zboczoną szmatą! Wspierał, gdy zmarła, a ja – mimo że właściwie nigdy nie odnalazłam w niej prawdziwej matki, a ona we mnie córki – nie mogłam się pogodzić ze stratą.

Nie miał pretensji, jak w trakcie rozwodu oddawałam prawa do opieki nad dzieckiem, które traktował jak własnego wnuka. Choć dobrze widziałam, że bardzo to przeżywał. Przyjął mnie do siebie, kiedy przez nałogi straciłam pracę i musiałam sprzedać mieszkanie, do którego zresztą sam sporo się dołożył. Nie winił, gdy wracałam do domu pijana. Naćpana zresztą też. Mył mnie, przebierał i kładł do łóżka, choć już wtedy ledwo chodził. Musiał widzieć ślady po krępowaniu. Siniaki od pejcza, kija czy nawet łańcucha. Oparzenia po papierosach. Rozkrwawione skaleczenia.

Świadectwa mojego ostatecznego upodlenia.

A ja cały czas go oszukiwałam. Nigdy się nie przyznałam, że nie tylko nie protestowałam, gdy kolejni przygodni faceci podnosili na mnie rękę, ale sama nadstawiałam drugi policzek. Dupę zresztą też. To ja chciałam, by traktowali mnie jak szmatę. Najpodlejszą z podłych, ostatnią kurwę! Pragnęłam być poniżana i wykorzystywana. Bez litości i jakichkolwiek zasad. Bez słów bezpieczeństwa. Aż wreszcie, kiedy nie znajdywałam już u nich zrozumienia ani tym bardziej zaspokojenia, oddawałam się kobietom. Jeszcze gorszym niż ich poprzednicy. Najbardziej zwyrodniałym sadystkom, które pod płaszczykiem bedeesemu wiązały mnie, poniewierały, gwałciły i zmuszały do najgorszych obrzydliwości. Sprawiały, bym cierpiała ponad ludzkie wyobrażenie.

Czyli robiły wszystko, czego od nich oczekiwałam. Czego pożądałam całą sobą.

Przy czym wyuzdany, zezwierzęcony seks był jedynie drobnym fragmentem masochistycznej układanki. Sukub poddaństwa wzrastał we mnie przez całe lata. Żywił się kompleksami, lękami oraz niespełnionymi żądzami, aż wreszcie zawładnął ciałem, duszą i umysłem. Do tego stopnia, że w pewnym momencie wszystkie moje myśli i czyny sprowadzały się jedynie do zaspokojenia jego nienasyconego głodu. Za wszelką cenę.

Dlaczego? A skąd ja to mogłam wiedzieć? Mimo że szukałam odpowiedzi w nieudanym małżeństwie, niespełnionych szkolnych miłościach czy kompleksach z dzieciństwa z porzuceniem przez rodziców na czele, za każdym razem dochodziłam do jednego i tego samego wniosku. Czy raczej jego braku.

Po prostu taka już byłam i nie mogłam nic na to poradzić.

Każde yin ma swoje yang, akcji towarzyszy reakcja, a ja – jako uległa, służąca, niewolnica czy inna Suka – musiałam mieć Pana. Władcę, mastera, domina… Nie obchodziły mnie akademickie dyskusje nad podobieństwami i różnicami między nimi, bo i tak sprowadzałam wszystko do jednego: bezustannej obecności nad sobą twardej ręki i jeszcze twardszego umysłu, którego rozkazy mogłabym wykonywać. Bezwzględnie potrzebowałam kogoś, kto długo i boleśnie upokarzał i łamał mnie tylko po to, by przez mgnienie oka nagrodzić ledwie gestem czy pojedynczym słowem. A potem znów sprowadzał na ziemię. Brutalnie wykorzystywał i pełen wzgardy porzucał, bym na kolanach skamlała o wybaczenie. Jeśli nikogo takiego przy mnie nie było, panikowałam. Nie byłam w stanie spać, jeść, chodzić do kibla ani choć trochę normalnie funkcjonować. Nie czułam niczego poza strachem.

Byłam nikim.

Aż w końcu stało się, co stać musiało. Po jednej z „sesji posłuszeństwa” – czyli w tym przypadku niczego innego jak bestialskiego krępowania, bicia i fistingu – dostałam takich krwawień, aż zaczęłam tracić przytomność.

I wtedy w ojcu coś pękło. Najpierw, mimo półprzytomnych protestów, wezwał pogotowie, a gdy już sytuacja została jakoś opanowana, postawił ultimatum: koniec z ćpaniem. Koniec z moimi powrotami w stanie urągającym ludzkiej godności. Koniec z nędzną imitacją życia. Jeśli nie – koniec ze mną jako jego córką. Wysłał mnie na odwyk i zorganizował terapię u psychiatry, a po jej zakończeniu czuwał dniem i nocą. Nawet pomógł w znalezieniu nowej pracy, możliwie dalekiej od poprzedniej.

Tylko co z tego? Nie byłam w stanie zmienić własnej natury. Tego, kim byłam. Pasożyt poddaństwa wciąż na mnie żerował, namawiając do powrotu na ścieżkę bez powrotu. Coraz głośniej i bardziej bezczelnie, a ja znów zaczynałam ulegać jego podstępnym podszeptom. Wiedziałam doskonale, że robię źle, ale nie mogłam się powstrzymać. Nie miałam już siły. Najpierw nieśmiało wróciłam do czytania opowiadań, później przeglądania grup dyskusyjnych, następnie ogłoszeń, aż wreszcie umawiania się na kolejne spotkania.

Nie dotarłam na żadne z nich. Z jednej strony pragnienie uległości rozsadzało mnie od wewnątrz, jednak z drugiej nie potrafiłam się przemóc. Zwykle tchórzyłam już w domu, czasami na przystanku, a bodaj raz uciekłam dosłownie w ostatniej chwili. Będąc absolutnie pewną, że postawny, przystojny brunet trzymający owiniętą celofanem różę, rozglądał się dookoła, czekając właśnie na mnie.

Nie mogąc więc się przemóc i jednocześnie szukając choćby pozorów ukojenia, zaczęłam poniżać się sama. Wyszukiwałam w najczarniejszych czeluściach netu najbardziej chore filmy i puszczałam je ukradkiem, powtarzając ich „treść” na sobie. Tylko bardziej. Mocniej. Brutalniej. Wciskałam w siebie każdy przedmiot, jaki dał się wcisnąć, na czele z tymi absolutnie do tego nieprzeznaczonymi. Drapałam się. Cięłam. Raziłam prądem. Przebijałam igłami i nie tylko, podniecając się perwersyjnie widokiem ściekającej po skórze krwi. Biłam się i krępowałam całe ciało wszystkim, co choć trochę mogło się do tego nadawać, ukrywając później przed światem sinozieloną opuchliznę.

Potrafiłam wepchnąć sobie w pizdę rozkręcony wibrator, w dupę opróżnioną wcześniej półlitrówkę, a w gardło największe dildo, jakie tylko miałam. Ale wciąż było mi mało, dlatego jeszcze zapinałam na sutkach klamerki do bielizny, zaciągałam pasek na szyi aż do omdlenia i siadałam przed lustrem z nabazgranym szminką na czole napisem „kurwa”. Zwykle w łazience, bo wtedy najłatwiej było mi zmyć wykafelkowaną podłogę ze wszystkiego, co miałam z siebie wycharczeć, wyszczać i nie powiem, co jeszcze. I w ten sposób, upokorzona daleko poza granicę ludzkiej godności, przeżywałam kolejne obrzydliwe orgazmy, wyjąc z rozsadzającego bólu i rozkoszy jednocześnie.

I właśnie wtedy, gdy pokonywałam ostatni zakręt na drodze do – ostatecznej tym razem – samozagłady, los postawił na mojej drodze Roksanę. Już nawet nie pamiętałam, kto, jak i dlaczego mnie z nią skontaktował, ale twierdził, że właśnie ona mi pomoże. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało… Wahałam się dość długo, zwłaszcza że nigdy nie miałam do czynienia z komercyjną dominą, lecz ostatecznie podjęłam decyzję. Nie mając jeszcze wtedy pojęcia, że teoretycznie wyrachowana, zimna profesjonalistka okaże się jedyną, która naprawdę mnie rozumie.

* * *

Podniosłam się ostrożnie i przyklękłam na drżących kolanach obok fotela ojca. Wytarłam mu chusteczką zaczerwienione oczy i objęłam, przeczesując resztki włosów. Chciałam obiecać, że już nigdy nie będzie musiał przeze mnie płakać. Że się zmienię. Że znajdę sobie kogoś, kogo pokocham i kto pokocha mnie. Że…

– Co. Do. Kurwy. – rzuciłam w kierunku witrynki.

Zamrugałam, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze widzę? Doskoczyłam do szklanych drzwiczek i wyjęłam zza nich fotografię młodej kobiety, młodego mężczyzny i bardzo młodego chłopczyka.

– Czy ja powiedziałam kurwa niewyraźnie, że tego gówna ma tu nie być!? – wydarłam się jak wściekła. – Wypierdalaj mi z tym! Ale kurwa już! Jak jeszcze raz to zobaczę, słowo daję, że kurwa zajebię! Ja pierdolę!

Bez namysłu otworzyłam okno i rzuciłam ramką dziesięć pięter w dół. Ostentacyjnie wyszłam do pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi, nie przestając wyzywać.

– Sam se kurwa zamknij, jak ci zimno przeszkadza! – wrzasnęłam w stronę starego inwalidy. – Co za kurwa głupi stary, głupi chłop, głupi dzieciak, głupia Roksi…

Na samą myśl o niej przypomniałam sobie telefon, wciąż tkwiący w kieszeni płaszcza z wyłączonym dzwonkiem. Zdenerwowana odblokowałam ekran…

Jedno połączenie nieodebrane, drugie i dziesiąte.

Pierwsza wiadomość: Nie powinnas tak wychodzic. Odezwij sie do mnie jak najszybciej. Kolejna: Zle mi jest bez ciebie zadzwon kiedy będziesz mogla. Trzecia: Tak bardzo Cie pragne! Chce z Toba byc chocby niewiem co! Prosze odezwij sie! Katio! Kochanie!!!

Opadłam ciężko na łóżko, marszcząc brwi. Teraz to: „Katio, kochanie”! A wcześniej… W momencie zamarłam. Jak ona do mnie powiedziała? „Jekaterino”? Przełknęłam ślinę. Przecież nigdzie poza najbardziej oficjalnymi dokumentami nie posługiwałam się tym imieniem! Na co dzień dla wszystkich byłam Kasią, Kaśką, Kasieńką… ewentualnie Katiuszką, ale to raczej w złośliwych żartach w gronie najbliższych, o czym Roksana wiedzieć nie mogła. Strzał w ciemno na zasadzie „aha, Katia to pewnie zdrobnienie” też odpadał, bo przecież mogłam przedstawić się w dowolny sposób: od Dżesiki po Karynę.

A jednak Roksana poznała, kim naprawdę jestem. Co gorsza, dowiedziała się nie tylko o Jekaterinie, ale także otczestwie, całkowicie przecież bezużytecznym w mojej nowej… jedynej ojczyźnie. Czyli musiała dotrzeć do mnie nie przez fejsa, insta czy nawet podpytując innych klimatycznych. Dokopała się znacznie, znacznie głębiej.

Zrobiło mi się zimno. Tym razem nie z powodu śnieżycy za oknem.

* * *

Budziłam się parokrotnie, za każdym razem sprawdzając telefon, jednak żadne nowe powiadomienie już się nie pojawiło. Podobnie przez całą resztę dnia. I następnego. Z każdą mijającą godziną coraz bardziej pragnęłam zadzwonić do Roksany i wybłagać drugą szansę. Tylko co z tego, skoro nie mogłam zdobyć się nawet na napisanie smsa? Marzyłam, by znów wtulić się w jej ramiona nie tylko jako uległa, ale jak sama powiedziała: kobieta. I jednocześnie ogromnie się tego bałam. Ostatecznie doszłam do wniosku, że… do niczego nie doszłam. Nawet nie dopełzłam. Byłam za to coraz bardziej roztrzęsiona, skołowana i po prostu głupia.

Wróciłam do domu nieco później niż zwykle i już w progu poczułam, że coś się zmieniło. Przez zapach wyłożonej powycieraną boazerią sieni, zadeptanej na śmierć wykładziny oraz wczorajszego prania przebijał się aromat kawy i czegoś przyjemnie słodkiego. Czyżby sąsiadka przyszła z wizytą?

Ojciec pochylał się skupiony bez reszty nad porysowaną szachownicą, sąsiadującą z talerzem pełnym rogalików. Szybko przeanalizowałam skomplikowany układ figur, świadczący o niespotykanej biegłości graczy – jedna strona atakowała śmiałym, acz mocno ryzykownym otwarciem Marianczellkova, druga zaś postawiła na konsekwentną defensywę Stokfiszoskiego. Zapowiadała się przednia partia!

Otrząsnęłam się błyskawicznie z tych głupot i przeniosłam wzrok na siedzącą do mnie tyłem przeciwniczkę. Co ciekawe, nie zastanowiło mnie, czemu przyszła bez zapowiedzi, ani przede wszystkim skąd – do ciężkiej cholery, kurwy nędzy i samego pierdolonego diaboła rogatego – znała nie tylko moje dane osobowe, ale także adres. Za to jedna informacja nie dawała mi spokoju:

– Umiesz grać w szachy? – wypaliłam.

Musiała zdawać sobie już wcześniej sprawę, że weszłam do pokoju, lecz odwróciła się dopiero na dźwięk głosu. Powolutku, dostojnie i uśmiechając się szeroko, jakbyśmy były najlepsiejszymi przyjaciółeczkami.

– Umiem, moja droga! – odpowiedziała uprzejmie. – Ty za to masz chyba jakiś problem z telefonem, bo nie odpowiedziałaś na moje wiadomości. Ale o tym jeszcze podyskutujemy. Na razie bądź tak uprzejma i daj nam parę minut, by skończyć grę. Rozmowę zresztą też. Nawet nie wiesz, ile mamy wspólnych tematów! – Mrugnęła znacząco.

Nie miałam pojęcia, co robić. Nie mogłam przecież zacząć awantury przy ojcu, o przymilaniu się nie wspominając. Ostatecznie postąpiłam jakby nigdy nic – zmieniłam ciuchy, nalałam kawy z dzbanka i zaczekałam na finał rozgrywki, pogryzając słodkości. Starając się równocześnie najwyższym wysiłkiem zachować spokój, mimo że telepało mnie z nerwów. Ojciec ostatecznie wygrał, choć nie wiem, czy Roksana w pewnej chwili celowo mu się nie podłożyła nic niedającym gambitem. Niemniej zwycięzca wylewnie podziękował pokonanej oraz zasugerował, byśmy obie poszły do mnie i „spokojnie sobie wszystko wyjaśniły”.

Przysiadłam na krawędzi łóżka, garbiąc się jak złapana na nieprzygotowaniu uczennica naprzeciwko pewnej siebie, rozpartej wygodnie w fotelu belferki. Dopiero po pewnym czasie udało mi się opanować stres na tyle, by przestać odpowiadać półsłówkami. Zwłaszcza że miałyśmy aż nadto spraw do przedyskutowania: od w gruncie rzeczy zabawnych drobiazgów w postaci przywłaszczonego przeze mnie wibratora po przyszłość wszelkich wzajemnych relacji.

Z początku myślałam, że tylko mi się zdawało, ale szybko nabrałam pewności: Roksanie na mnie zależało. Szczerze i prawdziwie. To ona prowadziła rozmowę w taki sposób, by skupić się na najważniejszych z bieżącej sytuacji tematach. Na dodatek w sytuacjach spornych podejrzanie szybko odpuszczała, jakby obawiając się, że po raz kolejny mnie spłoszy. Zgodziła się nawet, bym wciąż traktowała ją jako swoją Panią oraz tak samo do niej zwracała, choć przecież od deklaracji zakończenia mojego poddaństwa wszystko się zaczęło. W końcu, gdy nie tylko druga, ale i trzecia kawa dawno wystygły, a z rogalików pozostały jedynie okruszki, wstała i podeszła do mnie.

Poczułam kojące ciepło dłoni na szyi, palce rozczesujące włosy i miękką fakturę sukienki, w którą wtuliłam policzek. Upajałam się podkreśloną drogimi perfumami słodyczą ciała, otoczoną cichym objęciem szeptu:

– Nie bój się, moje kochanie. Niczego złego ci nie zrobię. Już nigdy. Chyba że sama będziesz bardzo chciała i poprosisz mnie, bym była wobec ciebie zdecydowana. I tylko wtedy, na twoje wyraźne życzenie…

Zagryzłam zęby do krwi, ale nie pozwoliłam, by choć jedna łza spłynęła po policzku. Musiałam być dzielna. Byłam! Bez słowa wstałam, wyszłam z pokoju i dumnie przedefilowałam przez salon, ostentacyjnie trzymając Roksanę za rękę. W sieni podałam jej płaszcz i nawet, choć nie podejrzewałam siebie o aż taką odwagę, pocałowałam w policzek. Już miałam zamiar otwierać drzwi, gdy zza pleców wychylił się ojciec.

– Pani Roksano, mogę mieć prośbę? Jedno jedyne życzenie starego człowieka.

– Tato! Ależ proszę pana! Przestań! – Przerwałyśmy mu równocześnie.

– Możecie dać mi skończyć? – Spojrzał na nas niespodziewanie poważnie. – Czy… niech pani będzie dobra dla mojej córki. Nie wiem, na ile ona to okazuje, ale bardzo panią kocha. Proszę ją też obdarzyć uczuciem. Chociaż trochę.

Tym razem nie dałam rady powstrzymać emocji, rzucając się z rykiem w objęcia obojga.

* * *

Znałam apartament Roksany tak dobrze, że wiedziałam nawet, gdzie trzyma papier toaletowy, jednak nigdy wcześniej nie byłam w tym konkretnym pokoju. Przeciągnęłam bosymi stopami po grubym, wełnianym dywanie. Odetchnęłam całkiem przyjemnie gryzącym aromatem korzennego kadzidełka. Oparłam dłoń o obitą delikatnym zamszem ramę ogromnego łóżka. Zaczęłam się zastanawiać, jakie właściwie może mieć wymiary, bo na pewno mocno niestandardowe, i właśnie wtedy dostrzegłam lustro. Całą ścianę luster.

Podziwiałam lekko zgarbioną, jakby zagubioną kobietę o krótkich, mocno wystylizowanych brylantyną włosach. Ubraną w półprzezroczystą koszulkę nocną, spływającą miękko po szczupłym ciele. Przystrojoną w wisiorek na złotym łańcuszku, kolczyki oraz bransoletkę. Uśmiechającą się nieśmiało na widok nie tylko własnej, zaskakująco seksownej powierzchowności, ale też stojącej obok, sporo postawniejszej gospodyni domu. Pani. Dominie. Damie.

Obróciłam głowę i spojrzałam na stolik. Poukładane równiutko akcesoria lśniły głębokim bordo w pełgającej poświacie świec. Na samą myśl, że wszystkie zostały przygotowane specjalnie dla mnie, zrobiło mi się gorąco.

– Zamknij oczy i wyciągnij ręce! – Grzeczny, lecz zdecydowany głos wydał polecenie.

Wykonałam je bez chwili zawahania. Poczułam miękką fakturę na brwiach i powiekach, a po kilku chwilach także nadgarstkach oraz kostkach. Zaciągałam się subtelnym, przyprawiającym o drżenie zapachem woskowanej skóry. Usłyszałam metaliczny brzęk gdzieś powyżej, po czym moje dłonie nagle zostały podciągnięte wysoko ponad głowę. Doszłam do wniosku, że pod sufitem musiał znajdować się pierścień lub bloczek, którego wcześniej nie zauważyłam. Kolejne szarpnięcie rozsunęło mi nogi na szerokość barków i unieruchomiło je sztywną poprzeczką.

Czekałam, starając się wyostrzyć zmysły, reagujące na najlżejsze nawet bodźce. Coś delikatnie prześlizgnęło się po pośladku. Czyżby palec? Po chwili uczucie łaskotania pojawiło się z drugiej strony. A może to końcówka pejcza? Nie byłam pewna.

Do czasu.

Wtem nagły świst przeszył nie tylko powietrze, ale i moje plecy. Byłam tak zaskoczona, że zdołałam tylko odruchowo spiąć mięśnie i przygryźć wargi. Dopiero drugie smagnięcie przypomniało mi z całą dosłownością, że przecież wciąż Roksana była Panią, a ja…. Za trzecim nie dałam rady powstrzymać jęknięcia. Zacisnęłam zęby, spodziewając się następnych uderzeń.

W zamian gwałtowne pociągnięcie poderwało mnie do góry. Już nie stałam, a wisiałam, nie dotykając podłogi nawet palcami.

– Jesteś moja, kochanie. I tylko moja… – Usłyszałam szept przy samym uchu.

Nie miałam czasu na jakiekolwiek analizowanie, co się właściwie dzieje. Kolejne razy, z początku miarowe i wyraźnie celowane, szybko stały się chaotyczne. Wymierzane byle jak i byle gdzie, spadały na moje pośladki, brzuch, ramiona… Instynktownie próbowałam się skulić, lecz mogłam co najwyżej bezładnie wierzgać, kręcąc się dookoła. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli wszystko zaraz się nie skończy, zacznę wrzeszczeć. Tym bardziej że Roksana nawet nie próbowała sprawiać mi czegokolwiek poza czystym cierpieniem. Nie przerywała serii mocnych ciosów czułymi pieszczotami. Nie dawała chwili oddechu, nie pobudzała palcami, nie używała wibratora, nic z tych rzeczy. Robiła krótkie przestoje tylko po to, by zmienić pozycję i narzędzie zadawania bólu.

Najpierw zrezygnowała z – mimo wszystko – dość miękkiego floggera na rzecz sztywnego pada, którego jednak po ledwie kilku zamachnięciach zastąpiła palcatem. Już wtedy zdałam sobie sprawę, że mogę nie wytrzymać do końca. Uderzenia ponownie stały się wyraźniej celowane, trafiając w najczulsze punkty. Lecz, co mnie zaskoczyło, wcale nie były tak silne, jak mogłabym się spodziewać. Jakby Roksana jedynie sprawdzała, co i w jaki sposób chce jeszcze osiągnąć.

Wiedziała doskonale. Przytrzymała mnie władczą ręką w jednej pozycji, powstrzymując chaotyczne kołysanie, po czym klepnęła kilkakrotnie czymś równie cienkim, co sztywnym. Przełknęłam ślinę. Musiała trzymać zwykłą, najzwyklejszą trzcinkę. Wydawałoby się niegroźny, całkiem niepozorny patyczek, który jednak w odpowiednich rękach stawał się najstraszliwszym postrachem każdej uległej i każdego uległego, niezależnie od ich doświadczenia oraz przekonania o własnej wytrzymałości.

Nie miałam już czasu się nad tym zastanawiać, bo idealnie wycelowany cios spadł na moją kobiecość. Po sekundzie drugi, znacznie silniejszy. Momentalnie zaczęłam wydzierać się na całe gardło. Uderzenia stawały się coraz mocniejsze, zahaczając także o wystające kości miednicy, żebra i w końcu sutki. Ostatkiem woli skamlałam o litość, zachłystując się własnymi łzami, spływającymi strumieniem do gardła.

* * *

Musiałam nie być świadoma odpięcia poprzeczki spomiędzy nóg, bo dopiero uderzenie stopami o podłogę przywróciło mnie do rzeczywistości. Próbowałam utrzymać się w pionie, ale nie byłam w stanie i bezwładnie upadłam na dywan. Roksana, tym razem z niezwykłą czułością, ściągnęła mi opaski z kostek oraz nadgarstków. Zdjęła ze mnie koszulkę – czy raczej to, co z niej zostało – i podniosła z taką lekkością, jakbym nic nie ważyła.

Przy pierwszym kontakcie zmaltretowanego ciała z chłodną satyną aż syknęłam, lecz z każdą kolejną chwilą cudowna miękkość pościeli koiła ból. Podobnie jak dotyk delikatnej dłoni na szyi i obojczykach oraz ciepły oddech, owiewający policzek. Bezwiednie rozchyliłam wargi, lecz zamiast wymarzonego języka powitałam pomiędzy nimi zakończony długim paznokciem palec. Po krótkiej chwili zniknął i on, a ja znów zastygłam w oczekiwaniu. Byłam tak umęczona i skołowana sprzecznymi sygnałami wysyłanymi przez moją Panią, że już zupełnie nie miałam pojęcia, co robić.

W przeciwieństwie do niej.

Ponownie poczułam jakby… Nie, tym razem to na pewno były usta! Ciepłe i wilgotne, objęły jeden sutek, pociągnęły go lekko i puściły z cichym cmoknięciem. Później to samo powtórzyły z drugim. Powolutku, całus za całuskiem, posuwały się wyżej, ku dekoltowi, brodzie…

Doczekałam się. Wreszcie! Po latach oczekiwania najcudowniejsze wargi na calutkim świecie zetknęły się z moimi, tak przecież zwyczajnymi i niewartymi uwagi. Przynosząc ze sobą posmak wypitego niedawno drinka, szminki oraz ledwo powstrzymywanego szaleństwa namiętności.

Pierwszy raz pocałowałam Roksanę w usta. Ona pocałowała mnie. W gruncie rzeczy było mi wszystko jedno.

– Spójrz na mnie. – Dobiegł mnie kolejny szept.

Drżącymi dłońmi rozpięłam maseczkę i przetarłam wciąż załzawione oczy. Roksana uśmiechała się tak słodko, tak niewinnie… Chwyciła mnie za dłoń, splotła palce i pogładziła po włosach.

– To był ostatni raz, Katio. Wybacz, ale musiałam to zrobić. Żebyś zrozumiała, że nie masz do czego wracać. Od teraz nie jesteś już dla mnie niewolnicą, poddaną czy Suką – nieoczekiwanie skrzywiła się na to określenie, choć przecież wcześniej regularnie go używała – lecz kobietą. I przede wszystkim jako kobietę mam zamiar cię traktować. W związku z czym, moja kobieto – trzeci raz podkreśliła to słowo – należy ci się między innymi szacunek.

– Ale Pani moja, ja… – Przerwałam nagle, obawiając się reakcji, ale ona tylko westchnęła z udawaną pretensją.

– Oj, chyba zbyt pochopnie zgodziłam się, żebyś wciąż się tak do mnie zwracała… – Przewróciła teatralnie oczami. – Wiedz, że jeśli zechcesz, będę wobec ciebie bardziej zdecydowana. Ostra, może nawet brutalna. Jednak tylko i wyłącznie na zasadach partnerskich, za twoim wyraźnym przyzwoleniem i bez przekraczania jasno wytyczonych granic. Chociaż mam wrażenie, że już o tym wszystkim rozmawiałyśmy i zaczynam się powtarzać… – Zastanowiła się. – Natomiast mam do ciebie prośbę, o której nie mówiłam wcześniej. Jest dla mnie niezwykle ważna, rozumiesz?

– Tak, moja… Damo! Może być Damo? Damo Roksano? – zaproponowałam w przypływie odwagi.

– Jak najbardziej, nawet mi się podoba! A teraz do rzeczy – westchnęła, robiąc krótką pauzę – zdaję sobie sprawę, że mnie kochasz, Katio. Nie widziałam tego wcześniej albo może nie chciałam widzieć. – Pytała bardziej samą siebie. – Lecz teraz jestem pewna twoich uczuć. Natomiast ja… nie wiem, czy kocham ciebie. A wiedz, że chciałabym. Tak prawdziwie, szczerze i mocno! Dlatego – znów zawahała się na moment – pozwól się kochać. Pozwól okazywać sobie względy. Pozwól się dopieszczać, może nawet czasami rozpieszczać. Bardzo brakuje mi kogoś, komu mogłabym okazywać takie uczucia. Może to z mojej strony naiwne i będę żałować, że ci to powiedziałam, ale i ty bądź dla mnie dobra. Proszę.

Zatkało mnie. Czy chciałam kochać i być kochana? Przez Roksanę, moją niedawną… moją wciąż obecną, niezależnie co sobie pomyśli i jak to nazwie, Panią? Co za pytanie? Oczywiście! Niczego wspanialszego nie mogłam sobie wyobrazić! Co prawda miałam wrażenie, że nie o wszystkim chciała mi mówić, bo na przykład praktycznie nigdy nie wspominała o swoim „prywatnym” stosunku do kobiet, ale…

– Cóż, skoro nie odpowiadasz, postaram się jeszcze troszkę cię przekonać.

Bez ostrzeżenia wcisnęła mi pożądliwy język między wargi, jakby wiedząc, że właśnie tak najlepiej rozwieje moje wątpliwości. Nasycała się mną długo, spijając ślinę sączącą się ze złączonych ust, po czym podążyła dalej. Obsypała całuskami policzek i zaczęła podskubywać płatki ucha, szepcząc wyjątkowo sprośne słówka. Myślałam, że odlecę ze szczęścia. Złapała mnie za drugą dłoń i tak splecione położyła na policzkach. Uśmiechnęłam się mimowolnie, odsłaniając zęby.

– Śliczna jesteś, wiesz? – Mruknęła na ten widok z nieukrywanym zadowoleniem.

Zarumieniłam się, próbując gwałtownie zaprzeczyć, ale nie zdążyłam. Trzeci z kolei, pełen namiętności, mokry pocałunek odebrał mi oddech. Ani się obejrzałam, gdy Roksana, zahaczając po drodze o piersi, leżała rozłożona wygodnie między moimi udami.

* * *

Nie mogłam sobie nawet przypomnieć, kto i kiedy ostatnim razem pieścił mnie w ten sposób. Może były mąż, gdy jeszcze w miarę nam się układało? Któreś z przygodnych kochanków obojga płci? Albo wspomniana koleżanka, z którą matka mnie wtedy przyskrzyniła? O nie! Nikt i nigdy nie lizał mi cipki tak pożądliwie i z taką pasją, jak ona w tej właśnie chwili. Moja Roksi. Moja Pani. Moja Domi… Już nie! Moja Kobieta przez duże „K”. Jedyna i ukochana. Dama mego serca.

Poczułam palce, wnikające w wilgotne wnętrze. Jeden, drugi, trzeci… Wiedziałam doskonale, jak bardzo byłam mokra. Spięłam mięśnie, starając się wypchnąć z siebie jak najwięcej namiętności. Wsunęłam palce we włosy Roksany, przyciągając ją mocno.

Wtem przyjemność ustała. Uniosłam głowę, napotykając niepewny wzrok.

– Chcesz? – spytała, uśmiechając się lepkimi ustami.

– Ale przecież ja nic… było mi tak dobrze i nagle… – Głośno pomyślałam, wciąż nie wiedząc, co się stało.

– Bo uniosłaś się tak, jakbyś chciała, żebym cię polizała w… – Opuściła znacząco spojrzenie.

Teraz zrozumiałam. Tyle razy sprawiałam jej tą najwspanialszą ze wspaniałych przyjemność, a teraz mogłam poczuć to samo. Marzyłam o tym. Pragnęłam przekroczyć kolejną, nieprzekraczalną do tej pory granicę! Natychmiast!

Tyle że…

– Nie… – wyszeptałam zawstydzona. – To znaczy tak, ale… kiedy indziej. Dzisiaj chcę się nacieszyć tym, że jesteś ze mną. Daj mi wszystko – wciąż nie było mi łatwo zwracać się do Roksany tak bardzo wprost – na co sama miałabyś ochotę. Nic więcej. Ja chyba nie jestem jeszcze gotowa, żeby czegoś żądać. Prosić cię o cokolwiek, moja Damo.

Zamrugała. Zaskoczony uśmiech znikł z posklejanej moją żądzą twarzy, ustępując miejsca grymasowi głębokiego zamyślenia.

– Weź mnie! – Rzuciła doskonale mi znanym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.

– Ale moja… jak to? Nie zrobię tego! Nie mogę!

– Katio, powtarzam ci, masz mnie posiąść! – Zmarszczyła brwi. – Rozumiesz? Czy jako twoja, jak nazwałaś: Dama, mam ci rozkazać? Rozkazuję więc!

Pogubiłam się do reszty. W końcu była moją Panią? Chciała całkowicie równorzędnego układu? Czy nie? A może powiedziała to wszystko, by mi się przypodobać? Jeszcze mocniej przywiązać do siebie? Musiałam to jeszcze raz przemyśleć… Szkoda tylko że nie miałam pojęcia po co. Roksana i tak była dużo mądrzejsza ode mnie i nawet nie próbowałam na ten temat dyskutować.

Za to wiedziałam jedno – istniał bardzo prosty sposób, by sprawdzić jej szczerość. Wystarczyło posłuchać, spełnić życzenie i wziąć ją tak, jak ona brała mnie.

Fakt, że zawsze to ja byłam krępowana, nie oznaczał, że nie potrafiłabym zrobić tego innym. Wręcz przeciwnie – wystarczyło kilka ruchów, jedno szczęknięcie kajdanek i Roksana klęczała na łóżku z dłońmi skutymi za zgiętymi kolanami. Pochyliłam się, złapałam za wypięty wysoko tyłek i… zamyśliłam. Nawet wychłostana, pozostawiona na samym skraju orgazmu i podjudzona do granic wytrzymałości, nie byłam w stanie ot tak podnieść na kogoś ręki. Zwłaszcza na nią.

Wsunęłam palce w jej cipkę, rozcierając kleistą żądzę po całym łonie, udach i nie tylko. Odetchnęłam głęboko. Nie było sensu pytać, czy myła się wczoraj, czy jeszcze wcześniej, ale pachniała tak mocno, tak ostro, tak fantastycznie! Gdybym zaczęła ją lizać, w ledwie kilka chwil przeżyłabym szaleńczą rozkosz. A tego nie chciałam. Nie tak i nie teraz. Przeciągnęłam tylko językiem od nasady wzgórka po dół pleców. Powolutku, wręcz z namaszczeniem, badałam zmieniającą się jak w kalejdoskopie fakturę ciała. Przez jędrną, wyraźnie rozbudzoną łechtaczkę, ociekające sokami pulchne płatki, do wyraźnie spiętego tyłeczka. I z powrotem. I jeszcze raz, tym razem znów ręką. Delikatnie i czule. Tylko po to, by…

Klepnęłam ją. Leciutko, jakby tylko dla sprawdzenia, czy jestem do tego zdolna. Okazało się, że byłam. I, co ciekawe, nawet mi się to spodobało. Roksana zadrżała, odwróciła głowę i uśmiechnęła się.

– Bądź taka. Taką cię chcę. Taką cię pragnę.

* * *

I wtedy mnie poniosło. Nie miałam pojęcia jak ani dlaczego, ale wszystko rozegrało się na tyle szybko, że nie miałam nawet czasu się zastanowić. Chociaż może i dobrze?

Uderzyłam ponownie. Uderzyłam Roksanę! Uderzyłam moja Damę! Panią! Tak mocno, aż pisnęła. Bez namysłu poprawiłam, tym razem jeszcze silniej. Próbowała się odsunąć, ale skrępowana nie była w stanie. A ja tylko patrzyłam. I słuchałam. Trzasków dłoni na wypiętym tyłku. Jęków nieoczekiwanej przyjemności. Okrzyków. Tym razem bólu. Plasknięć mokrej intymności. Ordynarnego odgłosu spluwania, gdy nawilżałam palce. Stęknięć, świadczących o wciskaniu ich w piczę. W dupę. Głęboko.

Musiałam odetchnąć, oszołomiona emocjami. Miotałam się, nie mając pojęcia, co dalej robić. Całą sobą pragnęłam ją zdominować i równocześnie ogromnie się tego bałam. Chciałam dać się ponieść wściekłej, wrzącej we mnie żądzy i w tym samym momencie uwolnić ukochaną, przytulić czule i zasnąć w jej ramionach.

I wtedy mnie poniosło. Znowu! Jeszcze bardziej niż wcześniej. Jednym pociągnięciem wyszarpnęłam palce i zamieniłam je na język. Jak w amoku wylizywałam rozwartą na oścież dziurę, śliniąc się wściekle. Podążyłam ręką między własne uda. Czułam, że zaraz dojdę. Jeszcze tylko parę sekund i zacznę wyć. Jeszcze tylko jedna.

W ostatniej chwili się powstrzymałam. Odetchnęłam głęboko. A jeśli przesadziłam? Jeżeli Roksana już nigdy nie pozwoli, bym taka wobec niej była? Nie da się związać? Zapanować nad sobą? Może to właśnie był ten jedyny i najwłaściwszy moment, w którym powinnam zburzyć wszystkie granice? Nie tylko swoje?

Pchnęłam ją na plecy. Zakołysała się na nienaturalnie zgiętym kręgosłupie, próbując utrzymać równowagę. Dotknęłam dłonią policzka, pozostawiając lśniące ślady. Przeciągnęłam palcami po rozchylonych ustach. Pochyliłam się.

Moja własna cielesność dawno temu przestała mnie w jakikolwiek sposób brzydzić. Nie, żebym czuła się jakoś specjalnie atrakcyjna, ale po prostu akceptowałam siebie. Znałam smak i zapach własnej skóry. Wszystkich, najbardziej nawet intymnych miejsc oraz płynów fizjologicznych. Po odświeżającej kąpieli, po upalnej nocy na ostatnim piętrze wieżowca i po wielogodzinnej sesji najbardziej wyuzdanego poniżania. Nie wiedziałam, czy Roksana była aż tak samoświadoma, więc postanowiłam się przekonać. Od razu.

Pocałowałam ją. Ustami ociekającymi sokami z jej niedomytej pizdy. Mokrymi od wylizywania spoconej dupy. Odruchowo chciała się odsunąć, ale paznokcie wbite w kark błyskawicznie ją powstrzymały.

Podniosłam głowę. Na widok zaślinionej, poczerwieniałej twarzy puściły mi resztki hamulców. Usiadłam nad nią okrakiem. Tyłem. Przycisnęłam Roksanę tak mocno, że zaczęła pode mną wierzgać. Odsunęłam się tylko tyle, by zostawić jej trochę miejsca na oddech i wbiłam pazury w łechtaczkę.

Nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że bycie dominującą może być takie niesamowite. Boskie wręcz! Byłam panią świata! Całkowicie kontrolowałam sytuację, mogąc zrobić ze swoją poddaną absolutnie wszystko, co tylko sobie wymarzyłam. Doprowadzać ją na sam skraj rozkoszy, po czym odpychać, by błagała o więcej. Lub przeciwnie – dawać orgazm za orgazmem, nie bacząc na protesty wycieńczonego ciała. Sprawiać najcudowniejszą z cudownych przyjemność, ale też i najstraszniejszy ból. Najchętniej równocześnie.

Wtem, właściwie nie mając pojęcia, dlaczego naszło mnie to akurat w tym momencie, zapragnęłam dowiedzieć się wszystkiego o Roksanie. Absolutnie wszystkiego! Kim była naprawdę? Czemu postąpiła ze mną tak, a nie inaczej? Czy w końcu była lesbijką i naprawdę zależało jej na moich uczuciach, czy traktowała mnie jedynie jako zabawkę do zaspokajania swoich wyuzdanych, biseksualnych zachcianek? A przede wszystkim – bo wciąż tego nie ujawniła – skąd wiedziała, jak się nazywam i gdzie mieszkam? A może ukrywała coś jeszcze? Czy poznała szczegóły mojej mało chwalebnej przeszłości, wprost idealnie nadające się do malutkiego, niewinnego szantażyku? Będę musiała koniecznie ją o to zapytać, a gdyby nie chciała się przyznać, wymusić to na niej siłą. Męczyć, torturować i…

Zamyśliłam się. A może tak naprawdę nigdy nie byłam całkowicie uległą? Tylko switchem, którego po prostu nikt nie potrafił przełączyć. Nie zrobił jednego, z pozoru tak prostego i banalnego „klik”. Chociaż wtedy chyba musiałabym o tym wiedzieć. Czuć jakieś wewnętrzne przekonanie, że czegoś mi brak.

Szczerze? W tej konkretnej chwili miałam na to całkowicie wyjebane! Wiedziałam tylko, że zaraz puszczą mi nie tylko nerwy, ale i pęcherz. Wbiję Roksanę w materac i będę ją dusić do momentu, aż dopadnie mnie wariacka rozkosz. Aż będę wyła ze szczęścia. Aż zeszczam się na jej twarz, cycki, cipę…

I wtedy mnie ponios… Wystraszyłam się. Tak naprawdę. Na serio. Bardziej, niż kiedy wisiałam pod sufitem, a ona okładała mnie pejczem. Gdy nie odzywała się po mojej ucieczce. Jak spotkałyśmy się pierwszy raz i nie wiedziałam, kim jest i co mam o niej myśleć.

– Roksi? – W tym momencie przestałam robić sobie dobrze i uniosłam tak, by mogła swobodnie odpowiedzieć.

– Słucham, kochanie? – spytała zaskoczona.

– Chciałabym… czy mnie pocałujesz? – Nieśmiałość zalała moje policzki palącym rumieńcem.

– Przecież wiesz, że tak.

Ponownie opuściłam biodra.

Było mi… dziwnie. Osobliwie. Jakbym to nie była ja. Do tej chwili wydawało mi się, że wiedziałam o własnym tyłku absolutnie wszystko. Zresztą nie tylko o nim. Zdążyłam w życiu spróbować chyba każdego możliwego i niemożliwego rodzaju seksu, ale najmocniej kręcił mnie właśnie anal. Zdecydowany, dominujący, wręcz brutalny. Przy użyciu palców i całych dłoni. Plugów i dild. Penisów wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów, miękkich i twardych, z bateriami albo bez… Oraz oczywiście ust i języka. Nadstawiałam dupala tak wiele razy i na tyle sposobów, że od dawna niczym nie był w stanie mnie zaskoczyć. No, może czasami tym, ile potrafił wytrzymać, gdy kolejny sadysta dosłownie rozrywał…

Wzdrygnęłam się. Dość! To już minęło i zrobię wszystko, by nie wróciło! Nigdy! Nieważne kto, kiedy i co mi zrobił. Nieistotne, czy chciałam tego, czy nie. Może i miałam swoje fetysze, fiksacje i inne mniej lub bardziej typowe skłonności, lecz właśnie dziś chciałam rozpocząć nowy rozdział życia. Nie tylko seksualnego.

* * *

Zeszłam z zaskoczonej Roksany i zdjęłam jej kajdanki. Pomogłam rozprostować nogi, czule rozmasowałam odciśnięte nadgarstki i nieoczekiwanie skradłam kolejnego całuska. Nie czekając na reakcję, położyłam się brzuchem na wielkiej poduszce, rzuconej na środek łóżka. Przymknęłam oczy.

– Zrób mi tak dobrze. Proszę… – wyszeptałam tak słodziutko, jak tylko potrafiłam.

Może i przeżyłam już dziś wiązanie, biczowanie, wylizywanie wcale nieoczywistych miejsc, próbę zrobienia ze mnie dominy… Jednak teraz pragnęłam bliskości. Czułego dotyku najwspanialszej kobiety, jaką tylko mogłam sobie wymarzyć, a która z największą delikatnością właśnie rozchylała mi pośladki. Ciepłym językiem przeciągała miękko pomiędzy nimi. Wsuwała się we mnie z początku powoli, jakby nieśmiało, lecz z każdą chwilą coraz mocniej i głębiej. Tym bardziej że doskonale wiedziałam, które mięśnie i w jaki sposób należy napiąć, by otworzyć się na całą szerokość.

Odetchnęłam głęboko. Na to przyjdzie jeszcze czas – a przynajmniej taką miałam nadzieję. Rozluźniłam się całkowicie, poddając cudownemu uczuciu delikatnego łaskotania. Przenikającemu ciało subtelnemu prądowi, podążającemu od dołu pleców aż do karku. Rozchodzącemu się po kroczu. Podsycanemu przez zakończone długimi paznokciami palce, drażniące kobiecość.

Czułam się cudownie. Czułam się kochana. Czułam się Kobietą przez największe, jakie tylko mogłam sobie wyobrazić, K.

Uniosłam powieki i przekręciłam głowę. Mimo przygaszonego światła i zalewających mnie fal rozkoszy doskonale widziałam parę kochanek, odbijających się w lustrzanej ścianie. Jedną szczupłą, żeby nie powiedzieć chudą, leżącą w półprzytomnym uśmiechu z wypiętymi wysoko biodrami. I drugą, znacznie postawniejszą, która klęcząc, wycałowywała ją od tyłu.

Usłyszałam wysoki, narastający jęk. Czyżby mój własny?

Wiedziałam, że choćby miał być to mój ostatni w życiu seks z Roksaną, już nikt nie był w stanie odebrać mi przeżywanego właśnie szczęścia. Satysfakcji. Spełnienia. Wypełniającego calutkie ciało niekontrolowanym spazmami nieziemskiego orgazmu.

Najprawdziwszej miłości, pulsującej w trzepoczącym szaleńczo sercu.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Postanowiłem wstrzymać się z komentarzem do pojawienia się zapowiadanej, drugiej części opowiadania. I okazało się to decyzją słuszną, kontynuacja zmieniła bowiem znacząco odbiór tekstu, ukazując całość zamysłu oraz pogłębiając obraz postaci. Ale po kolei, zgodnie z „formularzem ocen gwiazdkowych”.
Erotyka. “De gustibus non est diputandum”, na tym zakończę ocenę. Zastanowiło mnie tylko, dlaczego Autorka obrała za temat przewodni praktyki, w których (jak zaznaczyła w komentarzu) nie znajduje upodobania, ani też emocjonalnie ich nie odczuwa. Czyżby rodzaj ćwiczenia literackiego, niczym metoda nauczania dawnych szkół retoryki, kiedy to uczniom nakazywano argumentować w dyskusji najpierw za, a następnie przeciwko takiej czy innej tezie? Jeżeli tak, to dla mnie osobiście wypowiedź wypadła „przeciw”. A może próba ukazania wszechstronności? Moim zdaniem, zbędne udziwnienie.
Pomysł. Część pierwszą uznałem za narracyjnie przeciętną, w istocie pozbawioną fabuły czy szerszego zamysłu. Obszerniej przedstawiona postać Roksany wypadła sztucznie, Katia natomiast zbyt enigmatycznie, by powiedzieć o niej coś więcej. Dużą zmianę widać w części drugiej opowiadania, w szczególności osoba Katii została zdecydowanie i wiarygodnie rozbudowana, poznaliśmy jej skomplikowaną przeszłość i równie nietypowe stosunki rodzinne. Stała się postacią z krwi i kości, zdecydowanie „dominując” (jakkolwiek ironicznie może to zabrzmieć) nad nadal dość szablonową Roksaną. W tym ogólnie pozytywnym obrazie zwróciły moją uwagę dwa, drugorzędne w sumie dla fabuły, ale mało prawdopodobne szczegóły: uległa płacąca za spotkania erotyczne w klimacie BDSM – raczej rzadko spotykana sytuacja; osoba planująca adopcję dziecka i mogąca „przebierać” w wychowankach placówek opiekuńczych – w obecnych czasach to już zupełne “science fiction”.
Warsztat. Tutaj daję ocenę wysoką, bez żadnych uwag. W dyskusji z jednym z komentatorów, zarzucającym zbyt częste używanie „wzmacniaczy emocjonalnych” (wykrzykniki, trzykropki itp.) przyznaję zdecydowanie rację Autorce. To uznane w języku polskim środki wyrazu, dlaczego więc z nich nie korzystać? Oddają w większym stopniu i bardziej zdecydowanie stan emocjonalny niż sugerowane przez Komentatora didaskalia, a przy tym nie rozbijają i nie wydłużają kwestii w dialogach.
Pozdrawiam

Po kolei więc Neferze – po pierwsze dziękuję za obszerny i merytoryczny komentarz. A po drugie odniosę się do uwag:
– postać Roksany jest oparta nie 1:1, ale mocno inspirowana prawdziwą, znaną mi kobietą Najpierw i “odnalazła siebie w bdsm”, ale niedługo potem się w tym zupełnie zagubiła, m.in niszcząc swój waniliowy zwiazek. Motyw odkrywania własnej biseksualności też jest oparty na faktach.
– co do płacenia za usługi – patrz: domina komercyjna. Powiedzenie, że jedną znam osobiście to pewne nadużycie, bo utrzymujemy raczej luźny kontakt korespondencyjny, jednak takie kobiety jak najbardziej istnieją. Podobnie jak ich klienci,
– zdanie o “przebieraniu w kandydatkach na dziecko” faktycznie wyszło nieco niezręcznie. Zamysł był taki, że ojciec Katii wcale nie musiał wybrać jej, bo pozwalała mu na to choćby jego status społeczny. Tak teraz myślę sobie, ze brakuje o tym choćby akapitu, ale zapamiętam na przyszłość.
– no i na koniec: dlaczego piszę o czymś, czego “nie czuję”? A czy autorzy westernów biegaja z rewolwerem po prerii, ganiając za bizonami? 😀 Po części pewnie w powodów, które Neferze wymieniłeś – chęci sprawdzenia się literacko, zajęcia stanowiska z innej perspektywy (bo znam osoby klimatyczne, niektóre naprawdę blisko, ale jestem osobiście wanilią), no i… dlaczego nie? Poza tym pisanie ciągle tego samego mnie najzwyczajniej w świecie nudzi. Wiem, że wielu autorów, gdy już trafi na “swój temat i styl”, ogranicza się do odcinania kuponów. Nie mnie oceniać czy to lepiei czy gorzej, zwłaszcza że moje eksperymenty pisarskie też nieraz kończą się fiaskiem, ale to po prostu nie jest moja droga. I tyle 🙂

Ja również doprecyzuję moje uwagi szczegółowe, które być może wypadły nie dość jasno.
Płacenie za seks BDSM – oczywiście, że wiem o istnieniu „domin komercyjnych” i nie musisz mnie o tym przekonywać. Powszechnie wiadomo, że tego rodzaju „usługi” (jakkolwiek paradoksalnie to brzmi) oferowane są chociażby na różnych, tematycznych portalach netowych. Wątpliwości dotyczyły kobiety-niewolnicy płacącej za spotkania. Zazwyczaj płacą niewolnicy płci męskiej, których spora liczba deklaruje się na necie. Kobiety o podobnych upodobaniach ujawniają się o wiele rzadziej i tym samym znacznie łatwiej znajdują potencjalnych Pana lub Panią (czy dobrze trafią, to już inna sprawa, ale w pratyce mogą wybierać), stąd dziwne wydało mi się to, że Katia (niezbyt przy tym zamożna, jak wspomniano w tekście) płaci Roksanie za spotkania.
Problemy z przeprowadzeniem adopcji we współczesnej Polsce (i nie tylko) są tak kolosalne, że domniemana pozycja społeczna bohatera nie ma większego znaczenia. No chyba, że jest wyjątkowo ustosunkowaną „szychą”, uruchamia znajomości, rozdaje łapówki i ogólnie działa na granicy prawa. A ojciec Katii na takiego nie wygląda, w przeciwnym razie nie mieszkałby w bloku (wzmianka o 10 piętrze, wątpię, by chodziło o luksusowy apartamentowiec), a i Katia nie zostałaby przedstawiona jako osoba raczej niezamożna.
Jak już wspomniałem, to w sumie drobiazgi o drugorzędnym znaczeniu dla fabuły, wprowadzające jednak rysy nieautentyzmu ogólnego tła.

Więc tak – wydawało mi się, że kwestia dlaczego Katia przychodzi do Roksany została wyjaśniona dość dobrze. Dla Katii Roksana była pierwszą dominą komercyjną i mimo że ta stawała się dla niej coraz ważniejsza, wciąż nie potrafiła (Nie chciała? Bała się? Może wszystko razem?) przejść na układ niezwiązany z pieniędzmi. A sama Roksana – cóż, Katia była dla niej taka trochę zabawką jako kobieta-uległa pośród mężczyzn i też nie czuła do niej na tyle osobistej więzi, by zaangażować się uczuciowo, a nie “zawodowo”.

Co do zaś adopcji i sytuacji Katii i jej ojca, to po przemyśleniu faktycznie widzę, że zbyt wiele jest tam niedopowiedzeń i dziur logicznych. Popracuję nad tym, ale nie obiecuję, kiedy poprawki się pojawią.

Rzeczywiście w tej części Katia wypada dużo bardziej interesująco niż Roksana. Jeśli by Ci się chciało kiedyś to opowiadanie rozwinąć, to może spróbuj szerzej opisać także Roksanę – jej przeszłość i codzienność.
Przy okazji, to ja czegoś nie kumam: Roksana kilka razy podkreśla, jakim wstrętem napełnia ją zakładanie nieświeżej bielizny, brak własnej higieny (np. w scenie pocałunku w trakcie zbliżenia w II części), ale wciąż to robi. I nie z powodu braku pieniędzy (to by bardziej pasowało do Katii), ale właśnie dlaczego? Jakoś tego z tekstu nie wyłapałem.
Pozdrawiam.

Co do rozwinięcia opowiadania, to powiem tak – już moje drogie betaczytaczki 😉 usilnie mnie namawiały, żeby koniecznie powstał dalszy ciąg tej historii. Natomiast jaki on będzie (i czy w ogóle), to ciężko mi powiedzieć na ten temat. Jakiś plan ramowy jest, ale… niczego z tym planem chwilowo nie planuję. I tak mam za dużo niezrealizowanych projektów.

Co zaś się tyczy motywacji, to właściwie mogę zrobić tak, jak (bardzo lekko licząc) 80% autorów i autorek opowiadań klimatycznych, czyli skwitować wszelkie wątpliwości w sposób: “dom to dom, więc robi, co chce, a sub to sub, więc robi to, co dom mu każe. BO TAK!” 😀 Natomiast bez złośliwostek, to akurat to jest wyjaśnione wprost: Roksana wie o fetyszach Katii, i wykorzystuje je do ściągnięcia jej do siebie w momencie, w którym Katia za bardzo nie może przyjechać. A zaraz później mamy przemyślenie Roksany: “Oczywiście mogłam obrócić obietnicę w dowcip lub w ogóle z niczego się nie tłumaczyć, lecz chciałam być uczciwa wobec obu stron. Wsunęłam palce w spodnie, po czym przytknęłam je do nosa. Byłam spocona. Bardzo. I bardzo dobrze!”

Napisz komentarz