Cierpienia niemłodej Wertherówny, czyli punkt widzenia zależy od punktu służenia 1/2 (Agnessa Novvak)  3.6/5 (16)

21 min. czytania

nothing.photos, dzięki uprzejmości leatherseduction.com

Serdeczne podziękowania za konsultacje merytoryczne otrzymują: AnonimS, MrHyde, JoAnna i LizzyCrow, a także Tadeusz Przełóż z leatherseduction.com oraz ladysith.pl za udostępnienie zdjęć.

* * *

Czy kojarzycie owo osobliwe, niedające się logicznie wytłumaczyć uczucie, gdy pozornie wszystko idzie po waszej myśli? Plany oraz marzenia spełniają się z nawiązką, do pełni szczęścia nie brakuje absolutnie niczego i jesteście królami, względnie królowymi życia… a jednocześnie macie dosyć całego świata? Kiedy satysfakcja miesza się z wypaleniem, szczęście z obojętnością, poczucie stabilizacji z chęcią zerwania z całym dotychczasowym życiem i wyjechania nie w Bieszczady, a przynajmniej na Antarktydę? Bo ja tak właśnie miałam.

Pierwsze symptomy dostrzegłam w okolicach wakacji, zaś wydarzeniem, które nadto wyraźnie uświadomiło mi skalę problemu, były jesienny event w bardzo zaufanym gronie, okrzyknięty szumnie – choć po prawdzie niezbyt trafnie – jako Femdom party. Zgadza się – jestem klimatyczna, czego nie mam zamiaru ukrywać. Tak – wzięłam udział w spotkaniu, choć dołączenie do listy gości nie było wcale proste. Nie – nie żałowałam ani przez chwilę! Przechadzałam się pomiędzy stoiskami sponsorskimi, oferującymi bogaty wybór wyszukanych akcesoriów wszelkich rodzajów, wielkości i kolorów. Podziwiałam kompetentne prezentacje teoretyczne oraz zapierające dech w piersiach pokazy praktyczne. Przede wszystkim zaś spotkałam fantastycznych ludzi: od doświadczonych domin, przez początkujących uległych – oraz, co ciekawe, także uległe, które wbrew pozorom nie pojawiały się przy takich okazjach zbyt często – po autorów blogów, powieściopisarzy i sama nie wiedziałam kogo jeszcze.

Opuściłam imprezę późną nocą. Rozweselona nadmiarem szampana, mądrzejsza o fachową wiedzę, zaopatrzona w pliczek potencjalnie cennych wizytówek… oraz nieludzko wręcz wykończona. Wszelkie motywacje, pragnienia i cała wewnętrzna siła pchająca mnie do przodu, nagle jakby się ulotniły. Do tego stopnia, że na pewien czas musiałam odpuścić nie tylko sesje, ale nawet wziąć wolne w normalnej, etatowej pracy.

Co, zdziwieni? Że niby bedeesemowcy do śniadania siadają przystrojeni w skórę i ćwieki, przy obiedzie okładają się pejczami, a zamiast kolacji chadzają na marsze równości, wolności czy dowolnej innej ości? No, nie bardzo.

W międzyczasie jesienne liście szczęśliwości ustępowały powoli, lecz nieubłaganie, zimowej plusze marazmu. Z pozoru nie miałam powodów do narzekania, jednak gdzieś wewnątrz czułam pustkę, której nijak nie potrafiłam wypełnić. Dostałam solidną premię za zakończenie projektu przed czasem, którą mogłam wydać choćby na byczenie się w tropikach? Rewelacyjnie, ale miałam to gdzieś. Zapoznani na wspomnianym spotkaniu ulegli okazali się równie posłuszni, co nieliczący z kosztami? Super, było mi z tego powodu bardzo wszystko jedno. Jeden z wystawców wysunął nieoczekiwanie konkretną propozycję współpracy reklamowej? O jakaż doceniona się poczułam… przez ledwie jeden wieczór. Nawet prywatnie nic mnie nie cieszyło – święta upłynęły niby rodzinnie, a bal sylwestrowy w gronie dobrych znajomych, lecz ani jednym, ani drugim nie mogłam się zbytnio zwierzyć.

Nokautujący cios trafił mnie w urodziny. Ostatnie przed czterdziestką. Spędzane w przeraźliwie pustym mieszkaniu, w którym nie musiałam już nikogo udawać. A może nie chciałam? Czy raczej nie miałam siły? Co się w ogóle ze mną działo? Miałam przecież wszystko! Wrodzoną urodę zimnej, nordyckiej piękności, odziedziczoną wraz z nazwiskiem. Dyplom doktorski jednego z lepszych uniwersytetów w kraju. Godne pozazdroszczenia, poważane stanowisko w międzynarodowej korporacji. Wreszcie budowaną latami listę oddanych, pewnych i zaufanych uległych, zabiegających jeden przez drugiego o spełnianie mych zachcianek, za które na dodatek wyjątkowo sowicie mi płacili! A przecież w głębi wciąż byłam roztrząsającą wszystko do przesady, skrajną introwertyczką z gigantycznymi kompleksami, która otwarcie nienawidziła nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie.

Jednak nie to bolało mnie najbardziej. Byłam sama. I nawet życzenia, spływające w tym dniu zaskakująco szerokim strumieniem, nie były w stanie niczego zmienić. Ostatnią bowiem osobą, której naprawdę na mnie zależało, był mój narzeczony. Były. Co ciekawe, to właśnie jego nieśmiała propozycja urozmaicenia pożycia wywróciła życie nas obojga do góry nogami. Nie, żebym nie zdawała sobie wcześniej sprawy z istnienia pojęcia BDSM, lub tym bardziej uprawiała jedynie grzeczniutkie bara-bara pod kołderką, ale… Zaczęłam, jak chyba wszyscy, od coraz odważniejszych zabaw łóżkowych. Jednak z każdym kolejnym artykułem, książką, filmem czy vlogiem rozumiałam coraz wyraźniej, że ostry seks stanowił zaledwie część rozległego, coraz mocniej wciągającego mnie świata.

Aż wreszcie uświadomiłam sobie prawdę – przecież tak bardzo lubiłam dominować! Od zawsze! W każdej dziedzinie!

Ani się obejrzałam, jak z całkiem zwyczajnej kobiety koło trzydziestki stałam się… potworem. Skupionym jedynie na sobie, rozkazującym wszystkim i we wszystkim oraz zdolnym zadeptać bezlitośnie najmniejszą nawet próbę sprzeciwu. Możecie się więc domyślić, że w pewnym momencie to, co dla partnera było nieprzebijalnym sufitem, dla mnie stało się ledwie podłogą. Przez jakiś czas prosił mnie jeszcze i błagał, żebym „opamiętała się i znów była taka, jak kiedyś”, lecz wszystkie te daremne żale odczytałam jako oznakę słabości i wyrzuciłam go z mojego życia. Nieodwołalnie i z hukiem.

Czułam się panią świata! Tym bardziej że dookoła niespodziewanie pojawili się nadskakujący oferenci, chętni zamienić nadmiar swoich środków na moją atencję. Z czego, po początkowych oporach, szybko zaczęłam korzystać pełnymi garściami. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów, lecz z czasem jasno określiłam nienaruszalne zasady: żadnych seksów z uległymi i przekupstw w rodzaju „dam pincet za lodzika”, używek, niehigienicznych fetyszy, otwartej przemocy i tym podobnych. Niby nic oryginalnego, niemniej ich skrupulatne przestrzeganie pozwoliło mi wyrobić sobie pewną pozycję w klimatycznym półświatku, jako – jak nazwała mnie jedna z doświadczonych profesjonalistek – entry level mistress. Może i nieco kpiarsko, czego zresztą byłam w pełni świadoma, niemniej całkowicie zgodnie z charakterem moich usług.

Ależ ja byłam wówczas z siebie dumna… i głupia. Dziś bez chwili zastanowienia zamieniłabym wszystkich sprzedajnych niewolników za jedną jedyną osobę, która byłaby przy mnie, bo tego chciała! Dwa wielkie mieszkania w dobrych lokalizacjach za choćby kawalerkę w bloku, byle z wygrzanym ciepłem ukochanego ciała łóżkiem. Wszystkie brudne pieniądze za czyste, wypełnione szczerością uczucie.

* * *

Zmarszczyłam brwi, poddając się mało optymistycznemu rozważaniu: czy naprawdę nie pozostał mi już nikt? A może jednak był ktoś ze środowiska, z kim zbudowałam relację opartą nie tylko o pieniądze i przyjemności? Rozsiadłam się wygodnie w fotelu, przeglądając listę kontaktów w telefonie: A, B, C… zatrzymałam się na dłużej dopiero na literze K. Czyżby kogoś takiego było mi teraz trzeba? Osoby aż do przesady wiernej oraz oddanej, lecz nie jedynie ślepo posłusznej? Ba, niebojącej się czasami naginać zasad lub wręcz jawnie przeciwstawiającej się poleceniom? Godnej prawdziwego zaufania i z którą udało mi się zbudować zaskakująco trwałą… relację? Zależność? Nawet coś zbliżonego do prawdziwego związku? Możliwe. A nawet bardzo prawdopodobne.

Podumałam jeszcze chwilę, przeciągnęłam po ikonce słuchawki i zaczęłam bezgłośnie odliczać kolejne sygnały.

– Dzień dobry? – Głos był wyraźnie zaskoczony.

– Katio, żebym nie musiała ci przypominać, jak masz się do mnie zwracać! Dobrze? – zabrzmiałam bardziej obcesowo, niż miałam zamiar, lecz musiałam szybko przypomnieć uległej, gdzie jej miejsce.

– Ależ oczywiście, przepraszam! Dzień… dobry wieczór, moja Pani Roksano!

Powtórka powitania znacznie bardziej mi odpowiadała. Uśmiechnęłam się zarówno z powodu siły własnej perswazji, jak i użytego imienia. Nie tylko dobranego idealnie do postaci, którą wykreowałam, ale – co jeszcze ciekawsze – prawdziwego. Tak bowiem miałam na imię. Drugie. Może i dobrze, bo w połączeniu z nazwiskiem brzmiałabym jak… Roxanne Werther’s Original? Nein, nein… NEIN!

– Już lepiej. Tylko dlaczego tak bez entuzjazmu? Nie cieszysz się, że dzwonię? Ale nieistotne, porozmawiamy o tym we właściwym czasie. Tak sobie pomyślałam, że ostatnio byłaś wyjątkowo grzeczną i niezwykle posłuszną dziewczynką! – kusiłam. – W zamian chciałam przygotować coś specjalnego tylko dla ciebie i…

– Dziękuję! Jesteś, Pani, taka dobra dla mnie…

– Katia, czy ty się nie zapominasz? Nie przerywaj swojej Pani, bo zamiast na nagrodę zasłużysz na karę! Bardzo, ale to baaardzo nieprzyjemną. Zrozumiałaś, Suczko?

– Tak. Błagam o wybaczenie! Będę już posłuszna! – Wyczułam przestrach.

– Tym bardziej zastanów się nad odpowiedzią, bo drugi raz nie będę tak hojna. – Zaczęłam powoli, badając grunt. – Masz przyjechać do mnie w ciągu godziny i być dyspozycyjna calutką noc. Do samego rana, jeśli tylko zechcę. Spotkamy się we dwie: tylko ty i ja. Razem. O – zerknęłam za zegarek – równo dwudziestej taksówka podjedzie na ten parking, co zwykle. Oczywiście już zapłacona.

– Ja… dziękuję za wszystko, ale nie mam tyle… nie stać mnie na to. Poza tym dzisiaj muszę się zająć… – zamilkła, wyraźnie nie chcąc powiedzieć zbyt wiele.

– Uspokój się wreszcie i nie nadużywaj mojej dobroci! – podniosłam głos. – O pieniądze nie musisz się martwić. I nie kontynuuj już tego tematu, bo rozzłościsz mnie jeszcze bardziej! Zamiast tego przygotuj się odpowiednio: weź kąpiel w tym różanym płynie, co ostatnio. Podoba mi się, gdy pachniesz tak słodziutko! – wyliczałam stanowczym, choć wciąż możliwie spokojnym głosem. – Załóż czerwoną sukienkę bez ramiączek. I bez majteczek. Nie muszę chyba mówić, że sprawdzę cię już na samym początku, prawda?

– Pani, jesteś taka dobra! Ukarz mnie, jak tylko chcesz! Wiem, że zawiniłam, ale nie dam rady! Przepraszam! – Zaczęła otwarcie panikować, niemal pokrzykując do słuchawki.

Tak emocjonalnej reakcji nie przewidziałam i musiałam się szybko zastanowić, co dalej. Mogłam oczywiście jeszcze mocniej dokręcić śrubę i zagrozić nawet zerwaniem układu, gdyby nie wykonała polecenia. Założyłam jednak, że niewiele by to pomogło.

Prosić nie tylko nie chciałam, lecz przede wszystkim nie mogłam. Miałam rozłączyć się bez słowa? A co by to zmieniło? Ją najpewniej dopadłaby histeria, mnie zaś ostre wku… poirytowanie, połączone z chęcią wyrzucenie z siebie zdecydowanie niegodnych damy inwektyw, co nie posłużyłoby żadnej z nas. Postanowiłam więc uciec się do fortelu, czy raczej kilku: wpierw dodatkowo jej dopiec, później wzbudzić poczucie winy, a na koniec użyć argumentu, o którym wiedziałam, że mu się nie oprze. Nazbyt dobrze poznałam bowiem ją i jej skłonności. Fetysze. Perwersje.

– Dość! Dosyć, powiedziałam! Może jednak nie jesteś tak oddana, by zasłużyć na moje względy? Myślałam, że bardziej ci zależy. Cóż, najwyraźniej się myliłam. I to nie pierwszy raz! – Powoli zmieniałam ton z agresywnego na czuły, wręcz płaczliwy. – Musisz wiedzieć, że dziś jest dla mnie szczególny dzień i chciałam spędzić go tylko z tobą! Tak się starałam, by sprawić ci przyjemność i przygotowałam coś naprawdę wyjątkowego! Katio, Suniu moja najdroższa, specjalnie dla ciebie – ściszyłam głos do szeptu i powolutku wycedziłam każde słowo – nie podmywałam się od wczoraj. A może i wcześniej. Chciałabyś sama sprawdzić i się przekonać?

Usłyszałam w słuchawce ciężki, nerwowy oddech, przerywany pojękiwaniami. Wygrałam starcie jednogłośnie, choć przeciwniczka nawet jeszcze tego nie podejrzewała. Teraz tylko musiałam wyprowadzić finalny cios. Nie czekając na odpowiedź, rzuciłam w słuchawkę:

– Pamiętaj, że zostały ci tylko trzy kwadranse do wyjazdu. A jeśli się spóźnisz, albo co gorsza nie przyjedziesz, zapomnij o mnie. Bo ja na pewno sobie nie przypomnę o twoim istnieniu.

* * *

Rozłączyłam się i z miejsca wybrałam drugi numer. Zamówiłam dwie taksówki: jedną po Katię, a drugą dla siebie, i dopiero wówczas zastanowiłam się nad istotą blefu. Oczywiście mogłam obrócić obietnicę w dowcip lub w ogóle z niczego się nie tłumaczyć, lecz chciałam być uczciwa wobec obu stron. Wsunęłam palce w spodnie, po czym przytknęłam je do nosa. Byłam spocona. Bardzo. I bardzo dobrze! Jakby tego było mało, skorzystałam z toalety, podtarłam się majtkami z poprzedniego dnia i z nieukrywaną odrazą założyłam je na siebie.

Po ledwie paru minutach jazdy wysiadłam pod nowoczesnym punktowcem. Wbiegłam na ostatnie piętro i możliwie cicho poprzekręcałam klucze w kolejnych zamkach. Już wewnątrz wpisałam sobie tylko znany kod alarmowy i szybko przejrzałam zdjęcia z zainstalowanej bez czyjejkolwiek zgody fotopułapki, lecz poza biurwami z wynajmowanej naprzeciwko kancelarii nie zauważyłam nikogo podejrzanego. Zapaliłam korzenne kadzidełko w jednym z pokoi, gdzie pośród spiralek aromatycznego dymu zaczęłam przeglądać bogatą zawartość szafy. Podziwiałam wszelkiej maści floggery i palcaty, uprzęże, kajdanki oraz sznury, plugi, dilda i strapony, że o wibratorach nie wspomnę… czyli nic, co byłoby mi dzisiaj potrzebne. Owszem, miałam ochotę na coś ostrzejszego, niemniej z zachowaniem odpowiedniej dozy delikatności. Wyciągnęłam jedynie kilka rolek miękkiej, lecz mocnej szarfy i spryskałam je kwiatowymi perfumami.

Nie zdejmując wysokich kozaków przysiadłam na sporej, stylowej sofce i wysłałam wiadomość: „Drzwi sa otwarte wejdz i zamknij za soba”. Założyłam przysłaniającą oczy maseczkę karnawałową, wyjątkowo starannie związując tasiemkę pod koczkiem, w który spięłam długie, falujące włosy. Niby wszyscy zainteresowani dobrze znali adres, co uważniejsi zapewne zauważyli także tatuaże, skryte we wcale nieoczywistych miejscach, lecz nikt nie musiał mnie od razu rozpoznać w kolejce po kartofle. Na czele z Katią.

Miałam jeszcze przynajmniej piętnaście minut, więc postanowiłam spożytkować je odpowiednio do sytuacji: położyłam dłoń na majteczkach i zaczęłam się przez nie masować. Powoli, leciutko, bardziej by dodatkowo nasączyć schodzony materiał intensywną wilgocią niż naprawdę się pobudzić. No, może troszkę… Pomyślałam o spieszącej ku mnie służącej. Poddanej. Najwierniejszej z wiernych Suczce. Suni. Suce. Tylko czy naprawdę musiałam wciągać ją w tak osobiste problemy? A jeżeli spotkanie nie tylko nie przyniesie mi spodziewanej ulgi, lecz wręcz zniszczy naszą relację? Jeśli Katia odejdzie ode mnie lub – co stawało się coraz bardziej prawdopodobne – to ja brutalnie ją odrzucę? Kto mi wówczas zostanie?

Wciąż nie mogąc dojść do żadnego sensownego wniosku, usłyszałam metaliczny szczęk klamki. Odgłos drobnych kroczków. Chrobot zamka. Szuranie, świadczące o zdejmowaniu ubrania i butów. Znów kroki. Ujrzałam sylwetkę niewysokiej, chudej dziewczyny. Mimo że w zaparowanych okularach nie mogła widzieć mojej twarzy, dodatkowo skrytej w półmroku, uśmiechnęłam się szeroko na powitanie.

– Dobry wieczór, Pani Roksano! Przepraszam, nie mogłam szybciej… – Była nieco zadyszana i wyraźnie niepewna mojego nastroju.

– Dobry wieczór, Katio! Nie ukrywam, że bardzo mnie cieszy twe przybycie. Podejdź bliżej, niech cię zobaczę! – Starałam się zachowywać luz, jakby nic szczególnego się nie działo. – Czyżbyś podcięła włosy? Ładniutko ci! Tak trochę chłopięco, ale uroczo!

– Proszę mi wybaczyć, moja Pani, ale czy – spuściła zawstydzony wzrok – mogę pójść jeszcze do łazienki? Przed wyjazdem trochę za dużo wypiłam i…

– Przygotowałaś się, tak jak ci kazałam?

– Oczywiście! – Rozpromieniła się dumnie.

Podeszła do sofy, oparła bosą stopę na oparciu i podciągnęła sukienkę do góry, odsłaniając wygolone łono. Raz i drugi przesunęłam paznokciem po gładkiej skórze, po czym jednym ruchem wsunęłam dłoń pomiędzy uda.

– Przyznaję, postarałaś się! Ejże, a ty dokąd? – fuknęłam. – Czy ci pozwoliłam? Rozbieraj się!

– Pani, ale ja muszę…

– Powiedziałam: do naga, Suko! – wyrzuciłam z siebie złość. – A teraz się obróć! Wolniej, dawno się nie widziałyśmy i mam ochotę najpierw cię pooglądać! Weź szarfy ze stolika. Krótsze zawiąż sobie na nadgarstkach, a dłuższe mi podaj. Aha, klamerki też możesz przypiąć. Tylko solidnie! Wiesz, że sprawdzę!

Powstałam. Zaczęłam metodycznie oplatać Katię: od szyi, przez płaski dekolt, po niewielkie piersi o nieproporcjonalnie dużych sutkach. Nabrzmiałych, rozpulchnionych… czy mamy jakiś własny, sensownie brzmiący odpowiednik puffy nipples? Chyba nie bardzo. Przeplotłam pasy dookoła chudego brzucha i zawinęłam je na wystających kościach miednicy, by podążyć dalej w dół, aż do nasady ud. Skończyłam… prawie, bo zostały mi jeszcze mniej więcej półmetrowe końcówki, zwieszające się swobodnie z bioder. Nim z powrotem usiadłam, złapałam za łańcuszek łączący brodawki i pociągnęłam. Nieco zbyt mocno, na co obwiązywana aż syknęła.

– Ciszej! Będziesz jeszcze miała okazję pokrzyczeć, nie martw się! – skwitowałam z nieukrywaną satysfakcją.

Sięgnęłam ponownie ku biodrom, na co odsunęła się o pół kroku. Niezbyt mi się to spodobało.

– Ja… nie mogę, Pani moja. Jeśli będę związana za mocno, boję się, że…

– Rozumiem. Odwróć się więc i pochyl. Szerzej nogi! – rozkazałam.

Spojrzałam na wypięte, szczupłe pośladki i rozchyloną lekko kobiecość, w którą bez ceregieli wsunęłam palec. Drugim zaczęłam lekko pocierać ewidentnie rozbudzoną łechtaczkę, a kciukiem krążyć dookoła tyłeczka, na którego wypieszczenie naszła mnie nagła ochota.

– Pani, proszę! Błagam! Ja naprawdę muszę… – powtórzyła rozpaczliwie.

Poderwałam się z sofy, w złości chwytając Katię za krótkie włosy. Bez pytania ściągnęłam okulary o – jak na mój gust – zbyt grubych oprawkach i odrzuciłam je niedbale na łóżko. Powinnam zatkać jej usta, lecz wiedziałam, jak może się to skończyć. Owszem, Katia była bardzo posłuszna oraz jeszcze wytrzymalsza, niemniej zupełnie nie tolerowała niczego, co przeszkadzało jej choć trochę w oddychaniu. Z miejsca się dusiła lub wręcz wpadała w panikę tak gwałtowną, że mogłam zapomnieć o każdej próbie jej siłowego uciszenia. Co nie znaczyło, że nie mogłam zablefować.

– Jeśli odezwiesz się jeszcze raz bez pozwolenia, słowo daję, że cię zaknebluję! – syknęłam. – I zapamiętaj, że im częściej będziesz mi przerywać w jakikolwiek sposób, tym dłużej wszystko potrwa! A teraz idź do kuchni i zrób mi drinka. Dużego i mocnego. No, pospiesz się!

Wróciła błyskawicznie, chwiejąc się na wyraźnie ściśniętych udach. Widziałam doskonale, jak bardzo była pełna i teoretycznie mogłam wykorzystać ową nieoczekiwanie nadarzającą się okoliczność, lecz nie lubiłam tego typu praktyk. Bo nie. Zdarzało mi się zrywać kontakty z całkiem obiecującymi – a na pewno dochodowymi – uległymi, jeśli tylko „zapomnieli” uprzedzić mnie o swoich fetyszach. Niby w przypadku Katii także nie byłam zachwycona niektórymi jej preferencjami, niemniej zdarzyło mi się kilka razy doprowadzić ją do szczytowania, połączonego z… może bez dosłowności! Za to z wręcz powalającym efektem.

Kazałam jej ponownie obrócić się oraz schylić. Bez ostrzeżenia wsunęłam głęboko w kobiecość niepozorne, lecz potrafiące naprawdę zaskoczyć, jaskraworóżowe jajeczko z długim uchwytem. Ściągnęłam ostatnie paski znacznie ciaśniej, niż powinnam, po czym skorzystałam z dobrodziejstw nowoczesnych technologii i odpaliłam odpowiednią aplikację na smartfonie. Powolutku sączyłam mieszaninę niewiele młodszego ode mnie single malta z kruszonym lodem – doprowadzając koneserów samą jego obecnością do palpitacji serca – i co kilka łyków rzucając doprowadzonej już do porządku poddanej kolejne polecenia:

– Uklęknij i zdejmij mi buty! Ostrożnie z rajstopami, bo porwiesz! Nie rzucaj, a zwiń, będą mi jeszcze potrzebne! Wymasuj mi palce… dokładnie, pojedynczo… tak dobrze! Teraz wyżej, mam dziś ciężkie łydki. Ściągnij spódnicę, tylko złóż równo! Majteczki zostaw! Czujesz, jak mocno pachnę? Jaka jestem mokra? To wszystko specjalnie dla ciebie! Teraz bluzkę… gdzie ci tak spieszno? Najpierw zegarek! I pierścionki! Po kolei! Ustami! Uważaj, masz naprawdę ostre ząbki, moja Suczko! Bardzo dobrze!

Po każdym kolejnym elemencie stroju podkręcałam delikatnie siłę wibracji. Tak, że w momencie dojścia do bielizny praktycznie skończyła mi się skala, co było aż nadto widocznie zarówno po ruchach, jak i odgłosach wydawanych przez Katię.

– Pięknie się spisałaś! Czy teraz mam ci pozwolić się wysikać?

– Ta… – przerwała w pół słowa, najwyraźniej pamiętając o zakazie, i zaczęła kiwać głową jak oszalała.

– A czy jesteś wystarczająco pobudzona?

Spojrzała może półprzytomnym z podniecenia, lecz także wyraźnie zaskoczonym wzrokiem. I również potwierdziła.

Podkręciłam wibrator do oporu. Wstałam i unieruchomiłam jej ręce za plecami, dodatkowo przywiązując je luźnymi końcówkami do pasa oplatającego biodra. Przywarłam do pleców, jedną dłonią szarpnęłam za łańcuszek zwieszający się z sutków, drugą zaś jakimś cudem wcisnęłam pomiędzy splątane szarfy a kobiecość. I wyszeptałam wprost do ucha:

– Teraz już możesz. Nie w toalecie, tylko tutaj. Rozumiesz? Pozwalam ci przeżyć orgazm. I zsikać się na podłogę. W tym samym…

Nie zdążyłam dokończyć. Ciepłe strugi trysnęły spomiędzy palców. Ściekały po nogach nas obu, zalewając parkiet w akompaniamencie pojękiwań. Ulgi, nie ekstazy.

– Zawiodłaś mnie, moja droga… – rzekłam głośniej i z przesadną pretensją. – Miałaś to zrobić równocześnie, a tymczasem widzę, że do rozkoszy trochę ci jeszcze brakuje. Czy mam ci dać drugą szansę?

Znów pokiwała głową, tym razem z wyraźnym zawstydzeniem. Miałam ochotę jeszcze się z nią podroczyć, lecz ostatecznie znów pociągnęłam mocno za klamerki i wbiłam mokre palce w łechtaczkę, orząc ją paznokciami. Szybko poczułam znajome dygotanie, podkreślone rwanymi stęknięciami. Katia szczytowała. Na dodatek, najwyraźniej chcąc zadośćuczynić wcześniejszemu niepowodzeniu, ponownie naparła na pęcherz.

Przeciągnęłam ociekającą nie tylko namiętnością dłonią po całym jej ciele, aż do ust. Wsunęłam palce głęboko, niemal dotykając migdałków, i pozwoliłam się długo wylizywać.

– Możesz mi podziękować… – dodałam słodko.

– Jesteś cudowna, moja Pani! – Zalała mnie kolejnym potokiem, tym razem słów. – Było mi tak wspaniale! Niesamowicie po prostu! Jestem tylko twoja i zawsze będę! Ja… – Wtem spojrzała ku podłodze, zamilkła na moment i nieoczekiwanie wybuchnęła płaczem. – Przepraszam, Pani! Wybacz mi! Zaraz wszystko posprzątam!

– Katio, uspokój się! – Odwiązałam jej ręce i obróciłam, uśmiechając szeroko. – Zrobiłaś dokładnie to, co ci kazałam. I jestem bardzo, ale to baaardzo dumna z mojej wiernej Suni! – Położyłam dłoń na rozedrganym policzku. – Powiem ci więcej, mam dla ciebie nagrodę! Chociaż faktycznie trzeba tu najpierw ogarnąć. Weź…

Zawahałam się. Przez moment naszła mnie wybitnie złośliwa zachcianka, by kazać jej wyczyścić wszystko własną sukienką i tym samym postawić przed dylematem: albo wróci do domu zasikana, albo w samym tylko płaszczu. O wcześniejszym wylizaniu parkietu nie wspominając.

* * *

Ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepiej zmywa się podłogę ściereczką, na kolanach oraz kręcąc wysoko wypiętym tyłeczkiem, z którego wciąż sterczała giętka antenka wibratora. Tym razem pracującego powolutku, jedynie dla podtrzymania pobudzenia.

– Pięknie, moja ulubiona, mała służko! Pokojóweczko ty! Muszę cię chyba częściej angażować do takiej pracy! – Zaśmiałam się. – Jestem dzisiaj z ciebie bardzo zadowolona! A teraz idź, zrób sobie drinka i wróć do mnie!

– Dziękuję ci, Pani moja, ale… czy naprawdę? – dopytała szczerze zdziwiona. – Cokolwiek będę chciała?

– Tak! Byle prędko!

Po paru naprawdę dłuższych, wypełnionych dobiegającymi zza drzwi podejrzanymi hałasami chwilach, wpadła do pokoju. Całą rozpromieniona, z błyskającymi w oczkach kurwikami i całkiem sporą szklanicą, wypełnioną… mojito? Wyglądającym tak orzeźwiająco, że nie odmówiłam sobie spróbowania, z nieukrywaną przyjemnością oblizując wargi. Wolałam się nie przyznawać, że mająca opinię co najwyżej rozweselacza dla wsiowych modniś mikstura smakowała mi znacznie bardziej niż ekskluzywny łyskacz. Bez zwłoki rzuciłam Katii poduszkę – ostatecznie dominacja dominacją, lecz miała się skupić na mnie, a nie cierpnących kolanach! Kazałam jeszcze tylko zdjąć sobie biustonosz i narzucić na ramiona koszulkę z półprzezroczystego, jedwabnego szyfonu, spływającego miękko po ciele.

– Teraz dostaniesz prawdziwą nagrodę! Uklęknij! – nakazałam.

Stanęłam nad jej twarzą w lekkim rozkroku.

– Wiesz, co masz robić. Tylko na początku delikatnie. Tak, jak lubię.

Poczułam krążący dookoła kobiecości przyjemnie chłodny język, który wciskał się delikatnie pomiędzy opięte cieniutkim materiałem płatki. Ciepłe dłonie sunące przez łydki i uda ku górze. Palce coraz odważniej chwytające pośladki. Usta ssące mnie tak intensywnie, że…

– Hola, hola, nie tak szybko! Teraz zdejmij mi majteczki. Gdzie rękami? Katio, jak możesz mnie tak traktować! – Udałam oburzenie.

Chwyciła krawędź stringów zębami i zsunęła je aż do kostek, po czym powróciła, wciskając twarz w kobiecość. Nie była to może najwygodniejsza poza, lecz pozwalała mi poczuć się prawdziwą królową. Ma poddana pieściła mnie dokładnie w taki sposób, jaki od niej oczekiwałam: z pełnym zaangażowaniem, lecz także niezwykłą czułością. Może dlatego, że jej samej sprawiało to nieukrywaną przyjemność?

I wówczas, ni stąd ni zowąd, przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Nie kojarzyłam już, z czyjego polecenia przyjęłam Katię, za to zapamiętałam niezbyt dobre wrażenie, jakie na mnie wywarła. Pomijając, że nigdy nie przepadałam za spotykaniem się z kobietami, dostrzegłam w niej jedynie kłębek nerwów. Niezbyt ładny zresztą, o rozbieganym spojrzeniu i któremu trzeba było niektóre rozkazy powtarzać zdecydowanie więcej niż raz. W pewnej chwili byłam nawet skłonna zwrócić zwitek wymiętych pięćdziesięciozłotówek, byle nie pokazywała mi się więcej na oczy, lecz ostatecznie dałam jej drugą szansę. Potem trzecią, piątą, aż w końcu stała się moją najwierniejszą, choć i dość nieregularną klientką. Oraz bodaj jedyną osobą, z którą pozwalałam sobie na… seks. Nie jakieś przedstawienia, udawane afekty i wysilone pojękiwania, a właśnie szczery, otwarty i niczym nieskrępowany – może poza samą Katią – stosunek seksualny między dwiema kobietami.

Właśnie taki, jak teraz. Niby mogłam określić swoją orientację jako raczej hetero, z co najwyżej z nieregularnymi skłonnościami biseksualnymi, lecz dla Katii stawałam się zadeklarowaną lesbijką. Złapałam ją za szyję i złączyłam nasze wargi. Czułam, że w takim tempie spotkanie skończy się szybciej, niżbym chciała, do czego nie chciałam dopuścić. W końcu coś jej obiecałam. A może i sobie?

– Katio, wystarczy! – odetchnęłam.

Odsunęła się wyraźnie niechętnie, lecz bez słowa sprzeciwu.

– Wiem, na co tak czekasz, moja droga! Czy chciałabyś dostać ode mnie malutki prezencik? – zachęciłam wybitnie nieprzyzwoicie.

– Oczywiście, moja Pani! – Aż krzyknęła z radości.

Spojrzałam z góry w pełne ufności oczy i uśmiechnięte szeroko, mokre usta, oczekujące niecierpliwie, bym się ku nim odwróciła. Nie kazałam im długo czekać. Odwróciłam się na lekko zgiętych nogach, przytrzymując za kark klęczącą poddaną, która bez dalszych wstępów zaczęła całować mnie od tyłu.

– Dopieść mnie! Mocniej, nie bój się! Wiem, że cię to podnieca! Lubisz to, Suko! – Nie próbowałam się już nawet powstrzymywać.

Czułam, że zaraz dosłownie odlecę. Gibki, pełen pasji język wciskał się głęboko we wnętrze tyłeczka, a pożądliwe palce rozpychały ociekającą żądzą kobiecość. Nagle poczułam ucisk w podbrzuszu i zapragnęłam zrobić coś, na co nigdy do tej pory się nie odważyłam: na powrót ustawić się do Katii przodem, kazać jej szeroko otworzyć usta i – czego nie mogłam inaczej nazwać – nasikać na twarz. A potem dopiero kazać, by wylizała mi… wszystko, co tylko zapragnęłam.

Podnieconą ową perwersyjną, niewprowadzoną jednakże w czyn myślą, przeżyłam nieziemski orgazm.

* * *

Byłam wykończona. Najchętniej wzięłabym prysznic, wskoczyła do łóżka i, nie dbając o żadne zasady czy konwenanse, zasnęła. Nie namyślając się zbyt długo, uwolniłam Katię z oplatających ją wciąż zwojów i zaprowadziłam do łazienki, gdzie czekały już: gąbka, olejek do kąpieli oraz wygrzane na kaloryferze ręczniki. Pachnąca karmelizowaną gruszką, spływająca po ciele gorąca piana sprawiła, że poczułam się cudownie. Wspaniale. Bosko. Długo by wymieniać.

I wówczas spojrzałam na dwie kobiety, odbijające się w lustrzanych drzwiach kabiny prysznicowej. Jedną z nich była wysoka blondynka, lat od paru godzin trzydzieści dziewięć, obdarzona całkiem sporym, lekko opadającym biustem, krągłymi biodrami i niedającym się ukryć bez bielizny modelującej brzuszkiem. Skrzywiona w grymasie całkowitego bezsensu, podkreślanego dodatkowo przez przysłaniającą połowę lica, cokolwiek tandetną maseczkę z wyciętymi otworami, za którymi miast zmrużonych w rozmarzeniu źrenic, widniała jedynie bezdenna pustka.

Druga zaś – sporo niższa, z krótko przystrzyżoną, pomarańczoworudą fryzurką i chudym ciałem o ledwo zaznaczonych kształtach – na pierwszy rzut oka wyglądała jak studentka, obejmująca w dziękczynnym uścisku ulubioną profesorkę. Dopiero uważniejsza obserwacja ujawniała zapadniętą twarz, poszarzałą skórę, a zwłaszcza niestarannie zagojone blizny w dających sporo do myślenia miejscach. Świadczące, że ich posiadaczka miała za sobą znacznie dłuższe i cięższe życie, niż mogłoby się wydawać.

Obróciłam twarz Katii ku sobie i spojrzałam jej w oczy. Zwierciadełko mówiło prawdę: ona była autentycznie i szczerze szczęśliwa! Pomimo wielokrotnych, poniżających sesji nieprzyzwoicie wyuzdanego seksu, które kupowała za ledwo odłożone ze skromnego budżetu środki. Nie zważając na wszystkie moje zachcianki – chwilami jedynie złośliwe, lecz bywało, że otwarcie urągające ludzkiej godności i mające jedynie sprawdzić odporność na upokorzenie – jakie musiała bez słowa skargi wykonywać. Mimo zadawanych jej wymyślnych, psychicznych oraz fizycznych cierpień…

A może właśnie dzięki nim Katia czuła się tak dobrze? Dawno temu porzuciłam jakiekolwiek logiczne próby wyjaśnienia całej złożoności relacji pomiędzy władczynią a niewolnicą, domem a subem, Panią i jej Suką… mną a nią?

Przyklękłam i przytuliłam twarz do znaczonego szeroką szramą brzucha. Złapałam za nadgarstki z wciąż widocznymi od spodu jasnymi prążkami cięć. Przesunęłam wzrok wyżej i zastanowiłam się po raz kolejny, czy niewielkie plamki w zgięciu łokcia były jedynie przypadkowymi znamionami, czy raczej śladami dawnych nakłuć?

I w tym właśnie momencie coś we mnie pękło. Nagle. Bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia całe moje jestestwo posypało się jak domek z kart.

Przez kilka sekund starałam się jeszcze powstrzymywać słone krople, wzbierające gwałtownie w kącikach oczu, lecz nie byłam w stanie. Ni mniej, ni więcej, tylko zaniosłam się płaczem. Teoretycznie profesjonalna, komercyjna domina krztusiła się własnymi, spływającymi spod maski łzami. Przytulając się do uległej, którą tego samego wieczoru zmusiła do… dalece wykraczających poza ogólnie przyjęte normy praktyk seksualnych.

A niechże to wszystko jawnogrzesznica jasna trafi! Jaka znowu domina? Jaka profesjonalna? Chyba mnie pogździło! Owszem, rządzenie innymi sprawiało mi nieukrywaną przyjemność. Zgadza się, pobierałam za swoje usługi pieniądze i to niemałe, natomiast nie było to moje jedyne, ani nawet najważniejsze źródło utrzymania. Ponadto nawet nie próbowałam zbliżać się poziomem zaangażowania, oddania oraz klasy do prawdziwych, zawodowych Pań – a że poznałam niektóre z nich osobiście, doskonale zdawałam sobie sprawę, kim są i co robią. Poza tym rządzenie rządzeniem, lecz w sprawianiu innym bólu naprawdę nie dostrzegałam niczego satysfakcjonującego.

Tym bardziej że znacznie dłużej, niż chciałam przyznać, traktowałam uległych zbyt emocjonalnie. Przejmowałam się ich problemami, które chcąc nie chcąc pojawiały się w nawet szczątkowych, ale jednak rozmowach. Niby ich poniżałam i dominowałam, lecz coraz częściej tylko w taki sposób, na jaki sami mieli ochotę, jedynie pozorując zdecydowanie.

Dlatego powiedziałam sobie: dość! Koniec! Dzisiaj był ostatni raz! Chędożę pieniądze, budowane latami kontakty i pożal się Boże „pozycję” w „środowisku”. Nie będzie już Lady Roxy. Nie i wuj! A jeśli komuś się to nie podoba, niech się ode mnie odstosunkuje i uda pospiesznie na z góry ustalone pozycje!

* * *

Złapałam zdezorientowaną Katię za rękę i zaciągnęłam do pokoju, nie zwracając większej uwagi na ściekającą z nas obu wodę. Posadziłam ją siłą na sofie, która tyle co była świadkową naszych nieprzyzwoitości. Dopiłam duszkiem rozwodnioną resztkę whisky i przykucnęłam naprzeciwko w taki sposób, by nasze spojrzenia znalazły się na tej samej wysokości.

– Katio, mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia! – przemówiłam niczym matka strofująca dziecko i tak się w sumie czułam. Chyba, bo nie miałam dzieci. – Dziś ostatni raz…

– Ale co się stało, moja Pani? Może mogłabym jakoś wszystko naprawić? Powiedz tylko, co mam dla ciebie zrobić! – Zaczęła panikować.

Powolutku, celebrując każdy gest, rozplątałam sznureczki maski, pierwszy raz odsłaniając przed kimkolwiek swą prawdziwą twarz. Teatralnie rozerwałam ją na oczach zszokowanej Katii i jeszcze pretensjonalniej rozrzuciłam strzępy po podłodze.

– Posłuchaj mniej, Jekaterino Aleksiejewno! Ja – zawahałam się ułamek sekundy, postanawiając jednak pozostać przy drugim imieniu – Roksana Werther, przestaję być twą Panią. Od teraz. A ty nie jesteś i nie będziesz już moją służącą, poddaną, niewolnicą ani tym bardziej Suką. Nie! – Mimo niemych protestów kontynuowałam tyradę. – Już nigdy cię do niczego nie przymuszę i nie będę od ciebie niczego żądała! Za to chcę się z tobą nadal spotykać, lecz na równych prawach. Nie jak domina z uległą, lecz kobieta z kobietą. Zrozumiałaś?

Najwyraźniej nie. Zatrzepotała tylko nerwowo powiekami, otworzyła szeroko usta i gwałtownie odskoczyła. Stała jeszcze przez moment, jakby tocząc nierówny bój z samą sobą, po czym wybiegła do przedpokoju. Zanim zdążyłam zareagować, była już na korytarzu. Bez okularów, sukienki i butów. Jedynie w płaszczu, narzuconym na nagie, wciąż wilgotne ciało. I z wibratorem w…

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przyznam, że bdsm to coś, czego nigdy nie zrozumiem i nawet nie chcę tego rozumieć. Widać za mało europejski jestem.
Ciekaw jestem, co dalej? Na ile części zaplanowałaś to opowiadanie? Bo jeśli część druga ma być ostatnią, to ani Roksana, ani Katia nie zdążą raczej się rozwinąć w pełnokrwiste bohaterki.
Przy okazji, chyba zbędne jest kończenie każdego zdania w wypowiedzi wykrzyknikiem. Nie lepiej po prostu napisać w części opisowej: “unosząc głos”, “podniesionym głosem” itp?
Pozdrawiam.

Tak szczerze, to mój też nie. Nie przepadam za bdsm w prawdziwym życiu, a pisanie tak klimatycznej fikcji literackiej było wbrew pozorom konkretnym wyzwaniem – zwłaszcza pod względem merytorycznym, żeby nie popaść w grejoblankopodobne klisze i uproszczenia (a wręcz zakłamania). Mam nadzieję, że w miarę mi się to udało.
Co zaś do wykrzykników, to pewnie to kwestia podejścia do zapisu. Ja akurat używam dość często “wzmacniaczy emocjonalnych” w postaci ! ? … i szczerze nie wiem, czy jest to końca zgodne z kanonem. Po prostu to lubię. Niemniej dziękuję za sugestię, przemyślę.
A epizody są dwa, finalny ukaże się już jutro. Wiem, że to niewiele, jednak mam nadzieję, że po lekturze całości bohaterki nabiorą głębi. Zwłaszcza Katia.

Napisz komentarz