Perska Odyseja XX: Nadciąga ciemność (Megas Alexandros)  4.8/5 (10)

28 min. czytania

Andrei Belloli, “Judyta”

Szalejący na zewnątrz wiatr raz po raz uderzał w płócienne ściany namiotu, nie wyrządzając jednak szkód jego solidnej konstrukcji. Chłód nocy wsączał się do środka przez liczne szpary, lecz na posłaniu, pod przykryciem z futer było cudownie ciepło. Mimo to dziewczyna mocniej wtuliła się w ciało leżącego u jej boku mężczyzny. On zaś, wciąż rozleniwiony po przeżytej niedawno rozkoszy, drżącym głosem wymruczał jej imię.

– Parmys…

– Jestem tu, najdroższy – odpowiedziała, przesuwając dłonią po wilgotnym od potu torsie kochanka. Ręka zanurzyła się pod futro, spłynęła po umięśnionym brzuchu i sięgnęła niżej. Powieki młodzieńca uniosły się.

– Nienasycona… – jęknął, kiedy objęła palcami miękkie przyrodzenie i zaczęła zręcznie pobudzać je do życia.

– Myślałam, że tego chciałeś, uwodząc Lidyjkę – odparła wesoło.

On również się uśmiechnął, a co najważniejsze, nie kazał jej przestać. Już po kilku ruchach poczuła, że starania przynoszą skutek. Pod dotykiem kobiecej dłoni członek zaczął momentalnie twardnieć. Może Argyros pochodził z leżącej na dalekiej północy, surowej Macedonii, lecz był przecież równie pożądliwy jak ona. – Poza tym nie mamy wiele czasu. Niedługo muszę wracać do rannych.

– Ja też jestem ranny – zauważył nie bez racji. Choć od tragicznego szturmu na Pasargady minęło już kilka dni, wciąż doskwierały mu cięcia pozostawione na szyi oraz udzie przez perskie szable.

– Dlatego tak troskliwie cię doglądam.

Oboje błogosławili nieraz te bolesne, acz niezbyt groźne draśnięcia. To właśnie zmiana opatrunków pozwalała Parmys na częste wizyty w namiocie młodego oficera. Wizyty, które przeciągały się do późnej nocy. Jej pani zdawała sobie doskonale sprawę z tego, co się dzieje, ale jak dotąd nie zakazała niewolnicy schadzek z Macedończykiem. Musiała chyba docenić ofiarność Lidyjki, która codziennie, od świtu do zmierzchu, a zwykle i dłużej, niosła pomoc i ukojenie najciężej poszkodowanym żołnierzom. A może po prostu, z natury życzliwa, nie chciała stać na drodze rodzącemu się uczuciu. Tak czy inaczej, kochankowie skwapliwie korzystali ze sposobności do regularnych spotkań. I nie marnowali żadnej z chwil, która została im dana.

Nie przerywając powolnych ruchów dłoni, Parmys zsunęła się niżej, a potem całkiem zanurkowała pod przykrywające posłanie futra. Argyros rozchylił uda, robiąc jej więcej miejsca. Ułożyła się między nimi i pochyliła głowę nad kroczem młodzieńca. Członek prężył się już w pełnej erekcji – nie widziała go wprawdzie, lecz przecież czuła, ściskając w dłoni. Tym razem nie złożyła czułego pocałunku na żołędzi. Nie przywitała się z nią serią delikatnych liźnięć. Naprawdę mieli mało czasu. Nabiła się więc ustami na penisa i wciągnęła go głęboko. Z satysfakcją przyjęła zaskoczony jęk Macedończyka.

Przez dłuższą chwilę poruszała szybko głową, jednocześnie zaciskając wargi na trzonie męskości. Żołądź ani na moment nie opuściła jej ust. Jedna ręka przesunęła się na jądra, druga gładziła wewnętrzną stronę uda. Argyros drżał na całym ciele, obmywany coraz wyżej spiętrzonymi falami doznań. I choć balansował na skraju ekstazy, Parmys nie pozwoliła mu się w niej zatracić. Jeszcze nie. Zmniejszyła tempo oraz natarczywość pieszczot, pozwoliła, by nieco ochłonął przed kolejnym atakiem. Dopiero wtedy wypuściła go spomiędzy warg i uniosła się, tak że koc spłynął z niej, odsłaniając młode, wiotkie ciało. Panujący w namiocie chłód nie był w stanie przygasić płonącego w niej ognia. Podsyconego jeszcze przez urzeczonego widokiem mężczyznę.

– Jesteś piękna – zdążył powiedzieć, nim uklękła w szerokim rozkroku nad jego biodrami i osunęła się na wzwiedzioną męskość. Westchnęła głęboko, czując, jak wchodzi w nią i wypełnia po brzegi. Na parę chwil zastygła w bezruchu, następnie pochyliła się do przodu i oparła ręce o tors młodzieńca. Zaraz też poczuła mocne dłonie zaciskające się na pośladkach.

W ciemnościach rozjaśnianych przez wątły płomyk jednej tylko oliwnej lampy ich ciała rozpoczęły gorączkowy taniec. Parmys unosiła się i opadała na młodzieńca, on zaś wychodził jej naprzeciw mocarnymi sztychami. Spieszno im było – do wspólnie doświadczonej ekstazy, ostatecznego, niezrównanego zespolenia. Pędzili ku niemu zgodnym krokiem, by zdążyć, nim znów zostaną rozdzieleni. Namiot wypełniły jęki i spazmatyczne westchnienia. Powietrze zgęstniało od pożądania. W szale Macedończyk rzucił parę słów w twardym dialekcie swej ojczyzny. Roznamiętniona, odpowiedziała mu po lidyjsku. Jakimś cudem wzajemnie się zrozumieli. A potem nie mówili już nic, choć przecież wcale nie byli cicho. Przeciwnie, musiało być ich słychać w sporej części obozowiska. A może i na murach Pasargadów.

Później niewolnica długo jeszcze dogasała, otulona silnymi ramionami kochanka. W końcu jednak musiała się z nich wyswobodzić.

– Czy naprawdę już pora? Zostań jeszcze trochę.

– Egeria i Kirynas już od wielu klepsydr doglądają rannych. Potrzebują zastępstwa. Nie chcę sprawić im zawodu. Ani też rozczarować mojej pani. Wiesz, jaka jest dobra… dla mnie i dla ciebie.

Z tym musiał się zgodzić. W milczeniu obserwował, jak Lidyjka przywdziewa biały peplos. W kilku miejscach zbrukany krwią żołnierzy, którym przemywała rany i zmieniała bandaże. Nim nadejdzie świt, suknia z pewnością pokryje się następnymi plamami. Ten widok musiał mu coś przypomnieć, bo rzekł cicho:

– Widziałem znowu Talię. Wczoraj, na naradzie u Tesala. Nie wiem, czemu generał zwołuje je właśnie u niego… Rozporządza przecież znacznie okazalszą kwaterą. Tak czy inaczej, kolejny raz podawała wino. Do starych sińców dołączyły nowe. Na twarzy, szyi, ramionach… Wydaje mi się, że nieco utykała. Kassander i Dioksippos… udawali, że tego nie widzą. A ja… z całych sił musiałem się powstrzymać przed natarciem na tego skurwysyna. Mogłem go dopaść, Parmys, przysięgam, było tak blisko…

Słuchając jego słów, poczuła, jak coś ciśnie ją w piersi. Brzemię, o którym zapominała w ramionach Argyrosa, naraz powróciło. Choć przez ostatnie dni była świadkiem cierpienia oraz śmierci niezliczonych mężczyzn, to właśnie los rodaczki poruszał ją najmocniej. Talia niczym nie zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Wpadła w szpony bestii i każdy upływający dzień tylko utwierdzał tę niesprawiedliwość.

– Nic byś w ten sposób nie osiągnął. – W końcu zapanowała nad głosem na tyle, by odpowiedzieć młodzieńcowi. – Jest wyższy stopniem, generał go ceni. Przecież już raz próbowałeś oskarżyć go przed Kassandrem.

– A on kazał mi się wynosić do Tartaru. Pamiętam. Dlatego teraz chciałem rozstrzygnąć sprawę przy pomocy miecza.

– Może zdołałbyś zranić Tesala, ale zaraz by was rozdzielono. A potem… Nie chcę, byś tak ryzykował. Nie mogę cię stracić.

– Eurytion w końcu ją zamorduje. Przecież zdajesz sobie z tego sprawę. A wówczas… okażemy się nie lepsi od tych, którym od początku było to obojętne.

– Moja pani na to nie pozwoli – zapewniła i w tej samej chwili poczuła, że naprawdę wierzy w Jonkę i jej plan.

– Pytanie, kiedy wreszcie zacznie działać? Wszak wie, że może na mnie liczyć.

Przed paroma dniami niewolnica zaaranżowała ich spotkanie, w jednym z niewielu ustronnych zakątków willi. Tam generalski adiutant przyrzekł Melisie swoją pomoc. Ona zaś podziękowała mu serdecznie i poprosiła o cierpliwość. Parmys musiała przyznać, że od tamtej chwili niewiele się zdarzyło.

– Czeka na właściwy moment. Bądź pewien, że gdy ten nadejdzie, pani zażąda, byś dotrzymał słowa.

– Nie mogę się doczekać! – odparł żarliwie.

– Ja również… Ale teraz muszę cię opuścić.

– Wiem, wiem… Egeria i Kirynas padają już pewnie z nóg. Swoją drogą, kto by pomyślał, że dziwki potrafią być tak czułymi opiekunkami…

– Proszę, nie mów tak o nich. To moje… – Zastanowiła się nad właściwym słowem. Przyjaciółki? Towarzyszki w ciężkiej i zwieńczonej często niepowodzeniem pracy? Przecież dopiero od niedawna współdziałały w lazarecie. Z drugiej jednak strony, przeżywane razem małe zwycięstwa nad śmiercią, jak i znacznie częstsze porażki szybko zbliżyły je do siebie. W końcu wybrała: – …siostry. Są dla mnie jak siostry.

– Niech ci będzie. – Macedończyk uśmiechnął się do niej, jakby chcąc zatrzeć wrażenie niedawnej obcesowości. – Idź ratować życie i zdrowie moich towarzyszy broni. Odwiedzisz mnie wieczorem?

Narzuciła na włosy i ramiona himation z szarej wełny. Uchroni ją przed chłodem podczas niedługiej wędrówki do willi.

– Jeśli tylko zdołam.

– Będę cię zatem wyglądał. Bywaj, nienasycona Lidyjko!

– Do zobaczenia, najdroższy.

Patrzył, jak jego niewolnica opuszcza namiot. Wkrótce sam podniósł się z posłania. Obmył twarz w misce zimnej wody i zaczął się ubierać. On również nie miał wiele czasu. O świcie miał się stawić w kwaterze generała.

* * *

W owym czasie Kassander nie mieszkał już w znajdującej się w samym centrum obozowiska willi. Wyniósł się z niej wkrótce potem, jak Melisa zamieniła budynek w szpital polowy. Wprawdzie nikt nie ważył się wnieść rannych do generalskiej sypialni, lecz ich bolesne jęki oraz krzyki nie pozwalały mu na odpoczynek. Zresztą, komnata ta służyła teraz za miejsce rekonwalescencji dla jego przyjaciela i zastępcy, Jazona. Sam, na zasadzie wzajemności, przeniósł się do namiotu zhellenizowanego Traka. Zastał tam mnóstwo dzieł sztuki zrabowanych od Sardis aż po Isztahr, a także ogromne łoże z kolumnami oraz baldachimem. Przedtem nieraz drwił ze swego druha, że taszczy ów masywny i niepraktyczny mebel przez pół Azji. Obecnie jednak był mu za to bardzo wdzięczny.

Wyprowadzka z willi miała jeszcze jeden atut. Macedończykowi łatwiej było teraz unikać spotkań ze swą niewdzięczną nałożnicą. Od czasu kłótni w zdobytym pałacu Mitrydatesa praktycznie nie mieli okazji porozmawiać. Najpierw, śmiertelnie obrażona, traktowała go z chłodną obojętnością, potem skupiła się na zarządzaniu lazaretem. Kassander przyjął to z niemałą ulgą. Źle znosił pretensje Melisy i jej absurdalne żądania. Domagała się, by odebrał Eurytionowi niewiastę, którą ten ponoć źle traktował. Nie potrafiła pojąć, że upokarzając jednego z najlepszych oficerów, zaszkodziłby kampanii przeciw buntownikom. Skoro zatem nie zamierzał spełnić jej żądań, lepiej, by przez pewien czas nie wchodzili sobie w drogę. Niech Jonka spełnia się, przywracając do zdrowia rannych żołnierzy. On tymczasem miał wojnę do wygrania.

Owszem, chętnie zaprosiłby ją do jazonowego łoża. Wszak dysponując takim meblem, nie godzi się spędzać samotnych nocy! Melisa wciąż jednak pozostawała niechętna i oziębła. Więcej czułości miała dla pacjentów niż dla niego, mężczyzny, który dał jej wolność i zapewnił pozycję, o jakiej większość niewiast mogło tylko marzyć! Kassander był zbyt dumny, by pełzać u jej stóp i błagać o rozkosz. Tym bardziej że wokół było tyle kobiet chętnych, by mu ją ofiarować. Tak więc posłanie, które dotąd znało jedynie ciała efebów, w których gustował Trak, teraz zaczęło gościć dziwki Macedończyka. Najczęściej spędzały w nim jedną noc. Generał szybko się nimi nudził i posyłał po następne. Na szczęście, za macedońskim korpusem ciągnęło niemal dwa tuziny pornai, więc miał w kim przebierać.

Tego dnia, gdy o brzasku adiutant wkroczył do kwatery Kassandra, zastał u jego boku rudowłosą ladacznicę. Miała lekki sen i otworzyła oczy, gdy tylko zbliżył się do łóżka. Zupełnie niespeszona, nie próbowała ukryć przed nim swej nagości. Przeciwnie, wsparta na ramieniu, przeciągnęła się, wypinając okazały biust. Do tego zamruczała zmysłowo.

– Witaj, piękny młodzieńcze… Powiedz proszę, jak ci na imię?

– Argyros… – szepnął zmieszany, sam nie wiedząc czemu.

– Z pewnością zapamiętam. Trudno zapomnieć kogoś takiego jak ty. Mnie zaś wołają Tekla.

– Ja do generała…

– Domyśliłam się. – Uraczyła go promiennym uśmiechem, który z pewnością by docenił, gdyby nie gapił się nieco niżej. – Bądź tak dobry i nie budź go jeszcze. Tej nocy dał z siebie wszystko. Należy mu się solidny wypoczynek.

– Milcz, kobieto… – Kassander usiadł na łożu i potrząsnął głową, jakby chciał rozpędzić nocne majaki. Po chwili rzekł już mniej grubiańskim tonem – Poleciłem, by zbudził mnie o wschodzie słońca i tak też uczynił. Argyrosie, podaj mi wina.

Kiedy adiutant napełniał puchar, generał wstał i podszedł do otworu wejściowego namiotu. Przez dłuższą chwilę stał w nim nagi, wyglądając na zewnątrz i pozwalając, by chłodne powietrze całkiem go orzeźwiło. Dopiero wtedy przyjął naczynie i upił kilka solidnych łyków. Za jego plecami Tekla zbierała rozrzucone po ziemi fatałaszki. Kassander jednak nawet na nią nie spojrzał.

– Szykuje się długi, słoneczny dzień – zawyrokował. – A więc zaczynamy!

I zaczęli. Rozciągająca się wokół Pasargadów równina obróciła się w wielki plac budowy. Dwa dni wcześniej generał objechał wraz z licznym orszakiem całą okolicę, osobiście wskazując lokalizację każdego z trzech nowych obozów. Miejsce ich założenia wybrał zarówno przez wzgląd na walory obronne, jak i bliskość miejskich bram. Następnie do pracy przystąpili inżynierowie, których powinnością było mądre rozplanowanie owych żołnierskich siedlisk i wytyczenie linii obwarowań. Dzisiaj spędzono tam tłumy perskich jeńców, uprowadzonych przede wszystkim we włościach Mitrydatesa. Im to właśnie nakazano urzeczywistnić zamysły Hellenów. Pod czujnym okiem zbrojnych w bicze wartowników, zniewoleni kopali suche fosy, sypali ziemne wały, które potem umacniali głazami, ścinali drzewa w pobliskim zagajniku, z których miały wkrótce powstać palisady.

Wszystkie te prace prowadzone były pod osłoną uszykowanych jak do bitwy wojsk. Kassander spodziewał się, że buntownicy mogą spróbować wypadu za mury, by zburzyć to, co już wzniesiono i wyzwolić chociaż część jeńców. Jeśli wszakże roili sobie takie plany, musiał ich zniechęcić widok stojących przed każdym placem budowy równych szeregów macedońskiej falangi, flankowanej z obu stron przez hoplitów oraz Traków. Tesalska jazda patrolowała przestrzeń między powstającymi obozami, zapewniając też ochronę rozproszonym po okolicy łucznikom. W świetle dnia nikt nie mógł się wymknąć z Pasargadów. A kiedy obozowiska zostaną już połączone umocnieniami polowymi, pułapka całkiem się zatrzaśnie. Jutab musiała zdawać sobie z tego sprawę.

Ciekawe, czy żałuje teraz drwin, jakie rzucała mu w twarz podczas ostatniej rozmowy. Czy rozważa propozycję, którą wówczas jej złożył. „Twa uległość oraz kapitulacja Pasargadów… a także niewysoki trybut. Powiedzmy, dziesięć tysięcy talentów w srebrze”… Kassander uśmiechał się na myśl o rozterkach targających młodą Persjanką. Coraz poważniej też rozważał, jak postąpi, gdy buntowniczka już odda się w jego ręce. Czy zatrzyma dla siebie tę urodziwą wprawdzie, lecz śmiertelnie niebezpieczną niewiastę, która zgładziła Tiridatesa i o mały włos nie uśmierciła również jego? Czy też powiedzie ją na złotym łańcuchu przed oblicze Aleksandra. Byłby to iście królewski dar, który władca Macedonii musiałby docenić. W grę wchodziło również przekazanie dziewczyny Arsamesowi, satrapie Persydy, albo Widarnie, pierwszemu z kapłanów Wiecznego Ognia. Generał wzdragał się jednak przed takim rozwiązaniem problemu. Choć Jutab potrafiła doprowadzić go do furii, nie pragnął wcale jej okrutnej śmierci. Wątpił zaś, by cokolwiek innego mogło ją spotkać z rąk owych nikczemników.

Na razie zadowalał się myślą, że jego przeciwniczka niepokoi się i waha. Skryta za wysokimi murami, wcale nie czuje się bezpiecznie. Przeciwnie, obserwując postępujące prace oblężnicze, drży z lęku oraz bezradności. Powoli zaczyna w niej dojrzewać jedyna słuszna w tej sytuacji decyzja. O porzuceniu beznadziejnej walki i zdaniu się na łaskę macedońskiego wodza…

* * *

Początek dnia upłynął Parysatis w jednym z pałaców, jeszcze niedawno należącym do króla królów, Dariusza, obecnie zaś oddanym mieszkańcom tych dzielnic, które najbardziej ucierpiały podczas helleńskiego szturmu. Chciała na własne oczy ujrzeć, jak egzystują ci, co stracili wszystko oprócz życia. Planowała jedynie krótką wizytację, niespodziewanie jednak spędziła wśród tych nieszczęsnych, lecz niepoddających się rozpaczy ludzi kilka porannych klepsydr. W tym czasie poznała dziesiątki mężczyzn i kobiet, którzy wylewnie dziękowali jej za doznaną łaskę. Wzięła też na ręce z pół setki dzieci, w tym co najmniej tuzin dopiero co urodzonych dziewczynek – którym nadano jej przybrane miano. Młoda dowódczyni pojęła, że bez względu na to, czym skończy się rebelia, Persja już wkrótce zaroi się od małych Jutab. Kto wie, może niektóre z nich pójdą nawet w jej ślady.

Mimo początkowego sprzeciwu, Szahnaz co do joty wypełnił jej wolę. Ogromne sale pałacu zostały zmyślnie podzielone, przy pomocy masywnych mebli oraz lin i rozwieszonych na nich zasłon, na mniejsze komnaty, oferujące choć minimum prywatności przebywającym tam rodzinom. Dzięki wprowadzonemu przez eunucha systemowi dystrybucji żywności i opału, żaden z pogorzelców nie chodził zziębnięty ani głodny. Zanotowała w pamięci, by przy najbliższej okazji pogratulować swemu wezyrowi. Po raz kolejny przekonała się, że był człowiekiem o nieprzeciętnych talentach organizacyjnych. Już dawno przestała się dziwić, że Dariusz wybrał go niegdyś na zarządcę swego bajecznego skarbca.

Opuszczała pałac w wyśmienitym nastroju, uskrzydlona tym, co tam zobaczyła. Nie mogła wprawdzie zwrócić pogorzelcom utraconych domów, sklepów i zakładów rzemieślniczych. Zdołała jednak – z wydatną pomocą Szahnaza – uczynić ich dalsze życie znośnym. Przynajmniej w krótkiej perspektywie. Oto bowiem na schodach, po których stąpali niegdyś Cyrus Wielki, Kambyzes oraz Kserkses, znów dopadła ją wojna.

– Bądź pozdrowiona, czcigodna Jutab! – zawołał dawny Nieśmiertelny, kornie pochylając przed nią okoloną siwymi włosami głowę.

Towarzyszący mu oficerowie jak jeden mąż, z chrzęstem pancerzy opadli na kolana. Dziewczyna stłumiła ciężkie westchnienie. Wiele razy prosiła, by nie oddawali jej czci należnej królom. Jak widać, bezskutecznie.

– Bahadurze, panowie. – Zstąpiła z kilku jeszcze schodów i weszła między zbrojnych. – Z czym przychodzicie?

Zastępca zameldował jej o najnowszych ruchach nieprzyjaciela.

– A więc Hellenowie rozdzielili swoje siły – ucieszyła się Parysatis. – Bardzo dobrze. W ten sposób łatwiej ich pokonamy!

Bahadur skinął głową. Nie podzielał wprawdzie optymizmu swojej przełożonej, lecz musiał docenić jej determinację i gorącą wiarę w zwycięstwo. Miał świadomość, że taka postawa bywa zaraźliwa. Inspiruje zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Zaś oblężeni w na wpół spalonym mieście Persowie bardzo potrzebowali podniesienia na duchu. Euforia, jaka przyszła po pierwszej wygranej potyczce, należała już do przeszłości. W miarę jak do obrońców Pasargadów docierała groza ich położenia, morale zaczęło pikować. Dlatego tak ważne były autorytet i niezłomność ich przywódczyni. Jutab należało się publiczne wsparcie, nawet gdy błądziła. Stary oficer nie spieszył się więc z przedstawianiem swych wątpliwości.

– Czy zechcesz przejść się ze mną ku wschodniej bramie, czcigodna? Chciałbym, byś ujrzała to, o czym ci doniosłem.

– Zatem prowadź, Bahadurze.

Dał znak swym oficerom, by podążając za nimi, trzymali się na dystans.

– Po prawdzie i ja bym tak uczynił – przemówił, gdy miał już pewność, że słyszy go wyłącznie Parysatis. – Hellenowie usiłują otoczyć miasto nierozerwalnym kordonem. Wpierw wybudują obozy, następnie połączą je umocnionymi palisadą wałami. Rozdzielenie sił było konieczne, by zrealizować naraz wszystkie zamierzenia.

– Kassander jest przebiegły. – Dziewczyna nie próbowała się z nim spierać. – I postępuje zgodnie z prawidłami wojny. Nie zdaje sobie jednak sprawy ze wszystkich okoliczności…

– Mówisz o twych wojskach, obozujących na przedgórzu Zagrosu.

– Mówię o wojskach, które opuściły już przedgórze Zagrosu. I teraz, na mój rozkaz, zmierzają ku Pasargadom.

– Skąd możesz to wiedzieć, pani? Od wielu dni nie docierają do nas żadne wieści z zachodu. Siły, w których pokładasz tak wielkie nadzieje, to nie regularna armia, lecz coś na kształt pospolitego ruszenia. Mogły rozpierzchnąć się po drodze albo zostać rozbite.

– Taki los spotkał regularne armie, którym przewodził sam król królów. Moi gerylasi nie pozwolą się rozproszyć. Zwłaszcza gdy prowadzi ich Mitrydates…

Bahadur nie pozwolił, by na jego twarzy odmalowała się jakakolwiek emocja. Parysatis nie panowała nad sobą aż tak dobrze. Już któryś raz obserwował w jej zachowaniu subtelne zmiany, kiedy wspominała o owym arystokracie. Wargi układające się w coś na kształt uśmiechu, lekkie drżenie głosu… Sam postrzegał Mitrydatesa jako oportunistę, z ochotą wysługującego się nowym, helleńskim panom. Lecz ta, którą zwano Nadzieją Persydy, zdawała się widzieć w nim kogoś więcej. Kogoś… jedynego w swoim rodzaju. Słuchając, z jak wielką estymą o nim opowiada, stary oficer czuł wręcz coś na kształt zazdrości.

– Mam nadzieję, że słusznie go oceniasz, czcigodna.

* * *

Zawsze, gdy wzrok Mitrydatesa kierował się ku obróconym w ruinę pałacom Persepolis, mężczyzna doznawał niemal fizycznego cierpienia. Podobnie było i dziś. Serce arystokraty wypełniło przemożne poczucie straty, jakby po śmierci ojca czy ukochanego dziecka. Uświadamiał sobie po raz nie wiedzieć który, że nawet jeśli uda się przegnać najeźdźców z Persydy, miną lata, a może i dekady, nim dawne piękno powróci do jej splądrowanych stolic. Zresztą, możliwe, że nigdy się to nie stanie. Ogromne królewskie siedziby wzniesiono przecież dzięki wysiłkom sięgającego po krańce świata imperium. Zaś wyrwanie go z rąk Hellenów zdawało się zadaniem ponad ludzkie siły. Nawet jemu, przywódcy powstańców walczących przecież o wolność dla perskiej ojczyzny.

Siedział na grzbiecie swego ulubionego wierzchowca, bułanego ogiera noszącego dumne imię Bahram. Miał na sobie pyszną zbroję o łuskach w barwie miedzi oraz wysoki kawaleryjski hełm zdobiony końską kitą. Spoglądał na pozostałości wspaniałego niegdyś kompleksu. A także na skryte jakby w jego cieniu miasto. Z tej odległości wyglądało na wymarłe. I może w istocie takie było. Niewiele czasu minęło wszak od krwawej łaźni, jaką urządził mieszkańcom nieprzyjacielski wódz, Kassander z Ajgaj.

Już wkrótce skrzyżuję z nim ostrza, pomyślał Mitrydates. Wówczas odpłacę mu za wszystkie krzywdy wyrządzone Persom. A potem, gdy Macedończyk umrze, wezmę znów w ramiona Parysatis… Z trudem otrząsnął się z fantazji o zemście, triumfie i nagrodzie, czekającej go po wszystkich trudach oraz poświęceniach. Wojna jeszcze się nie skończyła, a zwycięstwo wcale nie było pewne. Oto bowiem na drodze ku niemu wyrosła pierwsza poważna przeszkoda – Persepolis. Nawet spustoszone i do szczętu ograbione miasto nadal stanowiło zagrożenie. Za jego wysokimi murami krył się bowiem podstępny Arsames oraz liczny helleński garnizon. Maszerujący na Pasargady powstańcy nie mogli po prostu wyminąć tak znaczących sił wroga. Wystawiliby w ten sposób plecy na śmiertelny cios. Rada wojenna od dwóch dni roztrząsała ten problem.

Rada wojenna… Te dwa słowa potrafiły wzburzyć krew w opanowanym zwykle arystokracie. Wojska, które zastał u podnóża gór Zagros nie miały jednego generała, lecz licznych oficerów, z których każdy dowodził własnym oddziałem i uznawał jedynie zwierzchność Jutab. Przez kilka pierwszych dni po przybyciu do obozowiska Mitrydates próbował narzucić im jakąś hierarchię. Dzięki listowi, który przywiózł, został uznany przez tych mężczyzn za równego im – tylko tyle i aż tyle. Dopuszczono go do udziału w podejmowaniu decyzji, lecz na radzie był tylko jednym spośród wielu. Nawykły do wydawania poleceń możnowładca niełatwo się z tym godził.

Tak czy inaczej, rozkaz zapisany ręką Parysatis na egipskim papirusie podziałał dyscyplinująco. Uchwalono, że połączone siły powstańców ruszą na Pasargady. Udało się nawet opracować wspólną trasę przemarszu. Armia, czy raczej zbieranina najróżniejszych formacji, toczących dotąd w odosobnieniu wojnę podjazdową, teraz zaś po raz pierwszy usiłujących współdziałać, opuściła zimowe leża. Szybko też zaczęła rosnąć i to w sposób niekontrolowany. Młodzież z mijanych wsi tłumnie garnęła się pod sztandary wyzwolicieli. Zwłaszcza tych najbardziej popularnych. Każdy chciał dołączyć do oddziału któregoś ze słynnych poruczników Jutab: Chyżego Oksartesa, Krwawego Naudara czy też Farboda, zwanego Przebiegłym. Chłopscy synowie zgłaszali się z lichym orężem i jeszcze gorszym koniem, a czasem wręcz pieszo. I byli przyjmowani w szeregi. Pomimo faktu, że nie umieli walczyć, a podczas marszu nie było ich jak i kiedy wymusztrować.

Naturalnie Mitrydates protestował przeciw takim praktykom. Przekonywał na radzie wojennej, że wojsko mniej liczne, lecz bardziej doświadczone lepiej poradzi sobie z Hellenami niż horda całkiem zielonych młokosów. Klęska pod Isztahr – dowodził – wykazała ponad wszelką wątpliwość, że nie da się wygrać samą tylko przewagą liczebną. Niektórzy oficerowie zgadzali się z nim, lecz większość nie zaprzestała zaciągów. Armia licząca początkowo niespełna sześć tysięcy ludzi prędko urosła do ponad dziesięciu tysięcy, tracąc przy tym wiele ze swych bojowych walorów. Nic jednak nie dało się na to poradzić.

Ponieważ wszystkie drogi w Persydzie prędzej czy później prowadziły do Persepolis, również i powstańcy musieli wreszcie stanąć u jego bram. Jak dotąd nikt nie próbował ich powstrzymać ani nawet spowolnić. Podczas przemarszu mijali nieobsadzone wojskiem twierdze i opuszczone posterunki. Wyglądało na to, że Arsames wycofał do miasta wszystkie siły, jakimi rozporządzał. Pytanie, czy zamierzał użyć ich tylko do obrony.

Niegdyś Mitrydates mienił się przyjacielem satrapy Persydy. Dlatego teraz zaoferował swe usługi parlamentariusza. Po długich dyskusjach rada wojenna w końcu przychyliła się do jego propozycji. Najpierw do miasta wysłano jednego z niższych rangą oficerów, by wynegocjował warunki spotkania. O dziwo, powrócił żywy. Najwyraźniej Arsames również chciał paktować. Rozmowy miały się odbyć w połowie drogi między murami Persepolis a obozowiskiem powstańców. Obydwaj dostojnicy otrzymali prawo do trzech przybocznych. Wybór Mitrydatesa padł na Krwawego Naudara, niezrównanego szermierza, Artabana, przedniego łucznika oraz Mihraba, mistrza włóczni i oszczepu. Spodziewał się, że satrapa również wybierze najlepszych spośród swoich ludzi.

Na razie jednak, choć nastała już ustalona pora, Arsames wciąż się nie pojawiał. Mitrydates słyszał, jak członkowie jego eskorty rozmawiają ze sobą po cichu. Wyczuwał ich napięcie. Sam jednak nie spodziewał się zasadzki – zresztą, nie wydawała mu się możliwa. Miejsce spotkania zostało dobrze wybrane, w pobliżu nie było żadnego zagajnika albo chociaż skalnej szczeliny, w której można by ukryć zabójców. Nie, to coś innego. Satrapa spóźniał się celowo, by upokorzyć posła drugiej strony. Zapewne sądził, że w ten sposób dowodzi swej przewagi. Zdaniem arystokraty, była to raczej oznaka słabości.

W końcu bramy Persepolis otwarły się na oścież, wypuszczając czterech jeźdźców. Ci zaś niespiesznie ruszyli na umówione miejsce. Gdy się zbliżyli, okazało się, że Arsames również postanowił przywdziać zdobny, wręcz ciężki od ornamentów pancerz. Jednak w przeciwieństwie do niegdysiejszego druha, który zachował młodzieńczą sylwetkę, otyły satrapa wyglądał w nim cokolwiek komicznie. Zostawił w tyle przybocznych, którzy na dany gestem rozkaz osadzili konie. Arystokrata zmusił Bahrama, by ten ruszył naprzód. Dawni przyjaciele zbliżyli się do siebie.

– Nie powiedziano mi, kogo chcą wysłać buntownicy – wycedził obrońca Persepolis. – Masz czelność stawać przed moim obliczem, zdrajco?

To nie był dobry początek negocjacji. Być może należało załagodzić konflikt, lecz Mitrydates zaryzykował konfrontację.

– Łatwo ci ferować wyroki, Arsamesie. Pamiętam jednak czasy, gdy obaj służyliśmy temu samego panu. Królowi królów, ukochanemu przez Ahurę Mazdę Dariuszowi, trzeciemu tego imienia. Dzisiaj ja walczę o wolność Persydy, ty zaś sprawujesz rządy otrzymane z rąk najeźdźcy. Powiedz mi zatem, stary druhu, który z nas zdradził, a kto dochował wiary?

Po tym, jak zmieniła się twarz satrapy pojął, że trafił celnie. Jego rozmówca poczerwieniał i zaczął ciężko dyszeć. Przez chwilę wydawało się, że spadnie z konia, rażony apopleksją. Albo dobędzie szabli z pochwy i uderzy na powstańczego wysłannika. W końcu jednak zdołał nad sobą zapanować. Był jednak wytrawnym politykiem.

– Obaj służymy ojczyźnie tak, jak uważamy za najlepsze – rzekł koncyliacyjnie, choć spojrzenie nadal miał pełne nienawiści. – Czas pokaże, który z nas miał rację.

– Skoro już to wyjaśniliśmy, pora przejść do konkretów.

– W takim razie spytam: po co przybyliście pod moje mury? Uprzedzam, że Persepolis jest dobrze przygotowane do obrony. Mam pełne spichlerze i mało mieszkańców do wyżywienia. Kassander zadbał o to podczas swego pobytu w mieście. Co zaś się tyczy garnizonu, składa się z samych Hellenów, więc nie liczyłbym na to, że jakiś tajemny sympatyk otworzy wam nocą bramy…

Mitrydates uniósł dłoń, by przerwać ową tyradę.

– Zapewniam cię, że nie zamierzamy szturmować Persepolis. Na pierwszy rzut oka widać przecież, jak mocno się tu okopałeś. Poza tym miasto dość już wycierpiało z rąk kolejnych zdobywców. Naszym celem są Pasargady.

– Chcecie przerwać oblężenie! – pojął satrapa. – Ocalić Jutab…

– …i rozbić korpus Kassandra z Ajgaj. A potem ścigać niedobitków tak długo, aż wytracimy ich do ostatka. Pozwól zatem że i ja zadam pytanie: co zamierzasz uczynić w tej kwestii?

Wyraźnie odprężony Arsames po raz pierwszy pozwolił sobie na uśmiech.

– Absolutnie nic. Nie będę was szarpał podczas przemarszu pod murami Persepolis. Nie ruszę waszym śladem. Nie uprzedzę też helleńskiego generała. Rozkażę garnizonowi w Isztahr, by pozostał w mieście. Tym ostatnim zresztą nie musicie się zanadto kłopotać. Zadbałem o to, by składał się wyłącznie z Persów.

Te słowa zaskoczyły Mitrydatesa. Jadąc na rozmowy chciał wybadać intencje satrapy i wynegocjować parodniowe zawieszenie broni, które pozwoliłoby wojskom powstańców oddalić się na bezpieczny dystans od Persepolis. Tymczasem otrzymał od niego deklarację neutralności w nadchodzącej kampanii!

– Po czyjej stronie stoisz, Arsamesie? – spytał z niedowierzaniem.

– Po własnej. Zarówno ty, jak i Kassander, jesteście moimi nieprzyjaciółmi. Skoro chcecie się pozabijać, nie będę wam przeszkadzał.

– Liczysz, że przeczekasz tę burzę za swymi murami?

– Otóż to. Bez względu na to, kto zwycięży, będzie poważnie osłabiony. Zatem to ja urosnę w siłę.

Negocjacje dobiegły kresu. Obywaj osiągnęli swoje cele. Wracając do obozowiska powstańców, arystokrata rozważał wszystko, co usłyszał. Zaczynał rozumieć, że w przeszłości nie doceniał Arsamesa. I że maszerując na Pasargady, pozostawia za sobą niebezpiecznego wroga. Być może nawet groźniejszego niż cudzoziemski wódz, oblegający najstarszą z imperialnych stolic. Na to jednak nie można było nic poradzić. Złożył wszak przyrzeczenie Nadziei Persydy. „Utrzymaj miasto przez dwa tygodnie, miła Parysatis, a ujrzysz, jak pod jego murami roznosimy Hellenów na lancach!” Z tym nie wolno było zwlekać. Już i tak będzie spóźniony.

* * *

Szahnaz nie kłamał. Hinduskie niewolnice, które Parysatis otrzymała od niego w darze, naprawdę potrafiły czynić cuda.

Do cytadeli wróciła już po zmroku, po długim dniu spędzonym na wizytowaniu poszczególnych dzielnic, długich rozmowach z mieszczanami, oficerami oraz doradcami, podejmowaniu niezliczonych decyzji, których dalekosiężnych skutków nie potrafiła nawet przewidzieć. Głowa pękała jej od nadmiaru meldunków, doniesień oraz pospolitych plotek. Nogi bolały od chodzenia, ramiona zaś – od ciężaru pancerza, w którym występowała publicznie, by dodać rodakom otuchy. Lud wyobrażał sobie Jutab jako wojowniczą księżniczkę, nie mogła zatem sprawić mu zawodu. Nawet jeśli poruszanie się po mieście w pełnym rynsztunku było uciążliwe i poza bitwą zupełnie niepraktyczne.

Cierpienia nieco wynagradzała jej świadomość, jak wiele zostało dziś zrobione. Przed południem, po wizycie w kompleksie pałacowym i obserwacji pozycji wroga, Parysatis awansowała kilkunastu żołnierzy, zasłużonych podczas bitwy o miasto. Bohaterowie nocnych zmagań zostali nagrodzeni okutymi złotem włóczniami Nieśmiertelnych – znalezionymi wcześniej przez Bahadura w królewskiej zbrojowni w cytadeli. Prócz tego otrzymali również dowództwo nad świeżo powołanymi kompaniami. Składały się one z przeszkolonych pospiesznie mieszczan, którzy zastąpić mieli poległych podczas helleńskiego szturmu.

Godziny popołudniowe upłynęły jej na objeździe pierwszej stolicy. Wysłuchiwała próśb i postulatów, rozsądzała lokalne spory. Przede wszystkim jednak wytyczała linie barykad, które już wkrótce miały przeciąć najważniejsze arterie komunikacyjne miasta. Wprawdzie zapowiadało się na to, że Hellenowie szykują się do jego blokady, lecz nie sposób było wykluczyć ponownego, zuchwałego szturmu. Gdyby znów udało im się sforsować mury, muszą napotkać na swej drodze kolejne pierścienie umocnień. Ich wojska były niezwyciężone w otwartym terenie, Persowie dołożą więc starań, by w Pasargadach było jak najmniej takich miejsc.

Na krótko przed zmierzchem usiadła ze swoim wezyrem nad raportami o stanie zaopatrzenia. Tu sytuacja nie wyglądała dobrze. Sporo żywności utracono w pożarze, który nie oszczędził magazynów ani spichlerzy. Wykarmienie stu tysięcy mieszczan, a także zbrojnych z garnizonu pochłaniało codziennie wiele tysięcy min zboża, mięsa oraz ryżu. Jeśli mieli przetrzymać co najmniej parotygodniowe oblężenie, będą zmuszeni zacząć racjonowanie owych dóbr. Praktyczny i bezwzględny Szahnaz proponował, by w pierwszej kolejności skazać na śmierć głodową cudzoziemskich niewolników. Ich wartość dla obronności miasta zniknie wszak po wzniesieniu barykad. Następnie prawo do przydziałów miały stracić dzieci, a zaraz potem także kobiety. Rzecz jasna, z wyjątkiem Parysatis. Ona jednak wzdragała się przed takimi decyzjami. Poprosiła eunucha, by przygotował plan powszechnego ograniczenia konsumpcji. Zgodził się, choć znowu nie wyglądał na zachwyconego.

Dotarła do swych komnat obolała i zmęczona. Tam zaś od razu wpadła w ręce trzech troskliwych opiekunek. Odziane w różnokolorowe sari Hinduski wyswobodziły ją z niewoli pancerza, następnie zaś powiodły do gorącej kąpieli, która, sądząc po tym, jak zaparowana była łaźnia, musiała na nią czekać już od paru klepsydr, regularnie zasilana kolejnymi miskami ukropu. Gdy zanurzyła się w parującej wodzie, z ust Parysatis dobył się rozkoszny jęk. Bez wątpienia pierwszy od nocy spędzonej z Mitrydatesem. To jednak nie był jeszcze koniec przyjemności.

Niewolnice pozbyły się egzotycznych kreacji i dołączyły do swej pani w wannie. Szorowały ją długo i pieczołowicie, nie omijając żadnego miejsca. Po wyjściu z kąpieli Persjanka została dokładnie wysuszona miękkimi ręcznikami. Następnie Darszwana, pełniąca rolę nieformalnej przywódczyni służek, poprowadziła wciąż nagą Persjankę w stronę kamiennego łoża. Przykryła je ręcznikiem i poprosiła panią, by ta położyła się na brzuchu. Druga z Hindusek przyniosła tymczasem misę wypełnioną wonnym olejkiem.

Darszwana ruchem głowy poleciła swoim koleżankom, by opuściły łaźnię. Uczyniły to bez słowa sprzeciwu. Wówczas pochyliła się nad Parysatis i zaczęła masować jej plecy, ramiona oraz kark, jednocześnie rozcierając po nich olejek. Powstańcza dowódczyni czuła, jak jej ciało opuszcza skumulowane w ciągu dnia napięcie, zaś dusza uwalnia się od frustracji oraz zmartwień. Póki umiejętne dłonie sunęły po jej skórze, ugniatając i gładząc wszędzie, gdzie należało, czuła się wolna, swobodna, odprężona… Było to euforyczne doznanie, którego smaku zdążyła już niemal zapomnieć w długich, mrocznych miesiącach, jakie minęły od helleńskiego podboju.

Ręce Hinduski schodziły coraz niżej i niżej, bezbłędnie odnajdując kolejne strefy przyjemności i sprawiając, że Persjanka mruczała, jak wielce zadowolona kotka. Dotarły na sam dół pleców, po czym śmiało przesunęły się na pośladki oraz tylną część ud. To, co z nimi robiły… to już nie był relaksacyjny masaż, mający wywołać rozluźnienie mięśni. Pieszczotliwe ruchy i lekkie, niemal przypadkowe muśnięcia… zaczęły budować coś innego, dalekiego od odprężenia, lecz niezmiennie rozkosznego.

– Zechcesz się obrócić, pani?

Drżąca od nowych, nieznanych przedtem doznań Parysatis usłuchała i położyła się na plecach. Kiedy otwarła oczy, mogła wreszcie w całej okazałości podziwiać stojącą nad nią niewolnicę. Natura obdarzyła Darszwanę nieskazitelną, oliwkową cerą, obfitym biustem oraz lekko wypukłym brzuchem. W pępku Hinduski lśnił czerwienią klejnot, zapewne wart znacznie więcej niż ona sama. Ciekawe, kto ufundował jej tak kosztowną ozdobę. Czyżby Szahnaz? A może miała przedtem jeszcze innego właściciela?

Niestety, nie było czasu się nad tym zastanawiać. Ani też oddawać się przyjemności dalszego masażu. Do łaźni powróciła bowiem druga z hinduskich niewolnic. Była wyraźnie wystraszona. Stanęła w progu i skromnie opuściła spojrzenie, by nie widzieć pani w stanie, w którym ta mogła nie chcieć być oglądaną. Mimo to zaznaczyła swą obecność dyskretnym zakasłaniem. Najwyraźniej to, z czym przyszła, nie mogło czekać.

Darszwana cofnęła się o parę kroków. Persjanka wstała z kamiennego łoża, zarumieniona z podniecenia oraz zupełnie irracjonalnego wstydu.

– Co się stało? – spytała nowoprzybyłą, odruchowo zasłaniając ręką piersi, na które przecież tamta zdążyła się napatrzeć przy kąpieli.

– Dostojny Farzin życzy sobie, byś udzieliła mu audiencji. Czeka w twoich komnatach. Gdybym nie zastąpiła mu drogi, mógłby tutaj wejść…

Dopiero teraz Nadzieja Persydy ujrzała na policzku dziewczyny ciemniejący siniec. Zeskoczyła z łoża, czując, jak wzbiera w niej złość. Farzin był najważniejszym kapłanem Wiecznego Ognia w Pasargadach i bliskim doradcą, lecz to nie dawało mu prawa, by podnosić ręki na jej niewolnice.

– Podaj mi jakieś odzienie – rozkazała. – Nie musi być szczególnie uroczyste. Mój niezapowiedziany gość przyszedł późno, nie może więc oczekiwać, że przyjmę go w najprzedniejszych jedwabiach.

Ostatecznie wystąpiła przed magiem w prostej, białej sukni egipskiego kroju, nieprzezroczystej, acz podkreślającej jej figurę oraz wszelkie kobiece krągłości. Postanowiła zakłopotać świętego męża i nieco pozbawić go pewności siebie. Choć byli sojusznikami, szczerze nie lubiła jego arogancji, kaznodziejskiego tonu i chłodnych spojrzeń, które posyłał jej zza kryjącej twarz zasłony. Dziś również nosił ceremonialne, czarno-czerwono-złote szaty i nie pokazywał swego oblicza. Mogła się zatem jedynie domyślać, jakie wrażenie na nim wywarła.

– Wybacz proszę mój niedbały strój, dostojny – przemówiła, czyniąc wszystko, by nie zdradzić się z drwiną. – Zaskoczyłeś mnie, udawałam się właśnie do łoża.

– Do łoża… – powtórzył, jakby właśnie wyznała mu jakiś bardzo wstydliwy grzech. – Zamierzasz spać, gdy nasi rodacy cierpią niewolę? Kiedy zginają karki pod helleńskim batem?

– Nasz naród został zniewolony wiele miesięcy temu. Czy chciałbyś, bym przez cały ten czas nie zmrużyła oka? Wątpię, by przysłużyłoby się to sprawie…

– Nie mówię o całym narodzie, lecz o naszych braciach i siostrach, tu i teraz! Gnieżdżących się o dwa strzały z łuku od murów tego miasta!

– O czym mówisz, Farzinie?

– W jednym z powstających obozów, tym na południu, zbyt długo zmuszano perskich jeńców do pracy. Wojsko powróciło do głównego obozowiska, lecz nikt nie zadbał, by odprowadzić tam również niewolników. Spędzą więc noc pilnowani przez nieliczne straże, za nieukończoną jeszcze palisadą. Tam może być i z tysiąc naszych pobratymców. To twoja szansa, Jutab. Uderz prędko i śmiało, korzystając z zaskoczenia oraz nocy. Uwolnij ich i pozwól, by dołączyli do obrońców Pasargadów.

Już teraz nie mam jak wyżywić wszystkich obrońców, pomyślała Parysatis. On zaś chce, bym sprowadziła jeszcze tysiąc wygłodniałych ludzi… Nie mogła jednak powiedzieć tego Farzinowi.

– To może być pułapka. – Spróbowała innej drogi. – Hellenowie pragną wziąć odwet za poniesioną niedawno klęskę. Jeśli damy się sprowokować, podarujemy im łatwy triumf. Nie wolno mi szafować krwią żołnierzy…

– Nie wolno ci zostawić Persów w zniewoleniu! Przecież po to właśnie wzniosłaś sztandar buntu. Czyż lud nie nazywa cię Dziewiczą Oswobodzicielką? Musisz dowieść, że nie jest to fałszywe miano!

W połowie już jest fałszywe, przebiegło jej przez myśl. Ale tego również nie mogła wyjawić magowi.

– Zwycięstwo z pewnością podniosłoby nastroje – przyznała. – A chłopi, których uprowadził nieprzyjaciel, stanowią lepszych kandydatów na żołnierzy niż mieszczanie. Naprawdę mogliby się tu przydać.

– Rad jestem, że podzielasz moje zdanie, córko. – Ton Farzina wyraźnie złagodniał, stał się niemal życzliwy. – Będę się modlił, by Ahura Mazda wsparł cię w szlachetnym zamierzeniu. Musisz jednak działać szybko! Zaklinam cię, nie zwlekaj ani chwili!

Parysatis uświadomiła sobie, że tej nocy nie będzie jej dane zaznać snu. Po odprężeniu, jakiego doświadczyła dzięki staraniom niewolnicy, nie został już żaden ślad. Czuła za to przypływ świeżych sił, koniecznych, by zmierzyć się z niebezpieczeństwem. Ani przez moment nie zakładała przecież, że ktoś wyręczy ją w tej groźnej misji. Poprowadzi żołnierzy sama, do triumfu lub na zgubę. Nadchodzę, Kassandrze z Ajgaj – pomyślała – bez względu na to, czyś gotów, czy nie.

* * *

Ruda porne musiała przypaść Kassandrowi do gustu. Oto bowiem Argyros zastał ją znowu w generalskiej kwaterze. Tak jak poprzednio – w ogromnym łożu. Tym razem jednak nie była pogrążona we śnie. Wsparta na kolanach i łokciach, z opuszczoną głową i włosami rozsypanymi po pościeli, przyjmowała stanowcze pchnięcia macedońskiego wodza. Wydawała przy tym głośne jęki i westchnienia, z których przynajmniej niektóre brzmiały niewymuszenie oraz autentycznie. Adiutant potrząsnął głową z niesmakiem. Po raz nie wiedzieć już który przekonywał się, że jego przełożony był niewolnikiem najniższych żądz. A także głupcem niepotrafiącym docenić skarbu, jaki mu się trafił w osobie Melisy.

Pomimo zdegustowania, w innych okolicznościach pewnie wycofałby się cicho z namiotu i pozwolił im dokończyć. Jednak wieści, które przyniósł, nie mogły czekać ani chwili. Stanął więc przed olbrzymim posłaniem, wyprężył się na baczność i zawołał:

– Dostojny generale! Południowy obóz błaga o wsparcie! Zaatakowały go poważne siły buntowników. Lada chwila sforsują palisadę i wedrą się do środka.

Kassander zaprzestał pracy bioder, zaś jęki i westchnienia Tekli umilkły jak ucięte nożem. Na dłuższą chwilę kochankowie zastygli w bezruchu, podobni posągom wyrzeźbionym przez nadzwyczaj lubieżnego artystę. Wreszcie głównodowodzący obrócił się ku adiutantowi. Jego szerokie oblicze wykrzywiał gniewny grymas.

– Sprowadź tutaj Eurytiona. Natychmiast! Albo nie, szkoda czasu, obaj do niego pójdziemy. No, nie mitręż chłopcze! Przyszykuj mi odzienie oraz pancerz! Co zaś się tyczy ciebie, Teklo…

Rudowłosa usiadła na łóżku, twarzą do obydwu Macedończyków. Bezwstydnie prezentując im wszystkie swe atuty.

– Czy mam sobie pójść, dostojny panie? – spytała pokornym tonem.

– W żadnym razie. Grzej dla mnie łoże. Wrócę niebawem, gdy tylko nauczę tych dokuczliwych Persów szacunku dla helleńskiego oręża!

Wyszli z namiotu, w mroczną i rześką wiosenną noc. Dowódcę tesalskiej konnicy znaleźli przy ognisku, gdzie wieczerzał ze swymi krajanami, obficie racząc się winem. Wszyscy oni poderwali się na widok generała. Argyros ukradkiem spojrzał w stronę pobliskiego namiotu Eurytiona. Strzegło go dwóch zbrojnych. Przez moment miał wrażenie, że w otworze wejściowym dostrzegł jakiś ruch. Zupełnie jakby ktoś obserwował go z ciemności, a potem nagle zląkł się, zrozumiawszy, że został dostrzeżony. Nie obawiaj się, Talio – pomyślał. Akurat mnie nie musisz się bać.

Generał zwrócił się do kawalerzystów krótko, konkretnie i dosadnie. Przedstawił im sytuację i kazał szykować się do drogi. Oznajmił też, że osobiście poprowadzi ich w bój. Tesalowie przyjęli tę deklarację wybuchem entuzjazmu. Niektórzy już mieli na sobie pancerze, inni szybko je przywdziali. Pospiesznie siodłane konie rżały, zirytowane faktem, że nie pozwala się im odpocząć po całym dniu spędzonym na patrolach. Eurytion przyprowadził Kassandrowi jednego z własnych wierzchowców – potężnego ogiera o siwym umaszczeniu. Macedończyk skwapliwie przyjął dar – wszak w całym zamieszaniu nie wydał polecenia, by oporządzono jego ulubionego Kambyzesa. Kiedy znalazł się już na końskim grzbiecie, spojrzał jeszcze na Argyrosa.

– Pod moją nieobecność obozowiskiem dowodzi Dioksippos. Przekaż mu to.

– Tak jest. Generale…

– Tak, chłopcze?

– Czemu nie poślesz samego Eurytiona? Po co narażać się w byle potyczce?

– To nie jest byle potyczka. Jeśli nie myli mnie przeczucie, niebawem skrzyżuję oręż z Jutab.

– Skąd pewność, że tam w ogóle będzie?

– Nie wygląda mi na taką, co kryje się za plecami innych.

– Podobnie jak ty, panie. Powodzenia w boju!

Adiutant patrzył, jak kilkuset jeźdźców oddala się w stronę głównej bramy. Na długo potem, jak rozpłynęli się w mroku nocy, wciąż słyszał tętent ich wierzchowców. Dopiero gdy i ten ucichł, odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie udał się jednak do kwatery Dioksipposa. Wpierw skierował kroki w stronę szpitala polowego. Kiedy odnalazł Melisę, zajęta była pojeniem rannych uśmierzającym ból wywarem. Parmys i jedna z obozowych dziwek, rzucająca się w oczy czarnoskóra Nubijka, dźwigały kocioł z parującym i pachnącym ziołami trunkiem. Jonka raz po raz zanurzała w nim kubek, następnie podawała go żołnierzom. Niektórzy byli w tak złym stanie, że musiała im pomagać. Na widok Macedończyka natychmiast oddała naczynie niewolnicy i zbliżyła się do niego.

– Z czym przychodzisz, Argyrosie?

– Generał wraz z Tesalem właśnie wyjechali z obozu. Wątpię, by wrócili przed świtem. Lepsza okazja już się nie nadarzy.

Melisa zastanawiała się przez krótką chwilę.

– Przyniosłeś generalską pieczęć?

– Nigdy się z nią nie rozstaję – odparł.

– A więc chodź ze mną. Parmys – uniosła głos, by i Lidyjka ją usłyszała – odszukaj Iszana. Pewnie czuwa przy łóżku Jazona. Zaraz spotkamy się wszyscy w mojej izbie. Mamy sporo do omówienia. I nieco do napisania. Hebe, kontynuuj proszę. Niech któryś z lżej rannych żołnierzy pomoże ci z kociołkiem. Obiecuję, że niebawem wrócę. Muszę tylko rozwiązać pewien… nurtujący mnie problem.

I narazić się pewnemu bardzo groźnemu mężczyźnie, pomyślał Argyros. On zaś już nie mógł się doczekać, by wziąć w tym udział.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór, Najlepsza Erotyko!

Wbrew głosom krytyków kolejny rozdział Perskiej Odysei udało mi się opublikować jeszcze w tym roku – także dzięki pomocy nieocenionej Ateny, która w rekordowym czasie przeprowadziła korektę. Zobaczymy, czy w przyszłym miesiącu uda mi się ponownie dokonać tej sztuki – powyższy rozdział powinien możliwie płynnie przejść w kolejny, który dokończy, tudzież rozwinie zapoczątkowane w nim wątki.

A teraz życzę Wam przyjemnej lektury!

Pozdrawiam
M.A.

Otrzymaliśmy kolejny odcinek opowieści o losach Kassandra, obfitujący zarówno w przygody erotyczne bohaterów (nader smakowite), jak i w rozgrywki militarne. Sprawa z atakiem na słabo broniony obóz Macedończyków wydaje się dziwnie podejrzana. Dlaczego akurat kapłan (i to niezbyt lubiany przez Parysatis – z wzajemnością zresztą) przynosi wiadomość o rzekomej okazji i wręcz wymusza natychmiastowe działanie? Chociaż Kassander wydawał się zaskoczony wypadem. Do tego tajemniczy plan Melissy, zapowiada się ciekawie.
Rozdział czyta się szybko i dobrze, rzemiosło literackie jak zwykle na wysokim poziomie. Pozostaje czekać na szybki ciąg dalszy.
Pozdrawiam

Witaj, Neferze!

Dziękuję za miły komentarz. Cieszę się, że rozdział przypadł Ci do gustu biorąc pod uwagę jego znaczenie w szerszej fabule – stanowi wszak nieco spokojniejszy łącznik między bardziej emocjonującymi wydarzeniami. Co do słabo bronionego obozu – należy pamiętać, że na wojnie pomyłki się zdarzają, nawet doświadczonym żołnierzom. Mam wrażenie, że spora część antycznej wojskowości to historie kompromitujących wpadek ludzi, którzy naprawdę powinni wiedzieć lepiej – by przywołać choćby zachowanie Ateńczyków, które doprowadziło do ich klęski w bitwie u ujścia Ajgospotamoj czy nieumiejętność ustawienia macedońskiego lewego skrzydła, które doprowadziło do rzezi pod Kynoskefalaj. Z drugiej strony, nie sposób na tym etapie wykluczyć jakiejś zasadzki. Obawiam się, że zagadka ta zostanie rozwiązana dopiero w kolejnym rozdziale, za którego pisanie właśnie się zabieram 😉

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Znakomity rozdział. Ciekawe jaki jest plan Argosa i Melisy

widzę tutaj kilka możliwości.

1) Uriasz czyli posłać tego generała tesalskiego naprzeciw odsieczy perskiej a równocześnie wystawić go do walki, z której nie ma szans wyjść żywy.

2) Na Tuchaczewskiego czyli spreparować pismo sugerujące jego współpracę z Persami a następnie dostarczyć Kassandrowi.

To są dwie możliwości ale są też inne.

Z drugiej strony ciekawe czy będziemy mieli powtórkę z Alezji czyli sytuację gdy Kassander i Macedończycy będą oblężeni a równocześnie będą oblegali Parysatis

Anonimie:

Dziękuję za entuzjastyczną recenzję 🙂 Muszę przyznać, że kreślisz bardzo interesujące scenariusze. Szczególnie dotyczy to “powtórki z Alezji”. Choć biorąc pod uwagę chronologię, to byłby raczej pierwowzór Alezji. A Juliusz Cezar planując rozprawę z Galami mógłby się wzorować na znanej mu z literatury wojskowej kampanii Kassandra z Ajgaj 🙂

Zgodnie ze scenariuszem z Alezji armia Kassandra musiałaby wznieść dwa pierścienie umocnień polowych – wał ziemny wokół Pasargadów (by trzymać Jutab w środku), a następnie drugi, dłuższy wał ziemny dookoła pierwszego, by bronić się przed nadciągającą odsieczą dla Parysatis. Armia helleńska pozostawałaby na obszarze między tymi wałami, jednocześnie oblegając i będąc obleganymi. Tak właśnie Cezar zwyciężył Galów Wercyngetoryksa – z jednej strony zmusił owego wodza do kapitulacji w odciętym od świata grodzie, z drugiej powstrzymał napór nieprzeliczonych mas Galów, którzy próbowali go oswobodzić.

Przyznaję, myślałem o tym kreśląc scenariusze dla Kassandra z Ajgaj. Na przeszkodzie stanęły czas i przestrzeń. Persepolis, Pasargady oraz Isztahr znajdują się sercu Persydy i są bardzo blisko siebie – to są dystanse od kilku do 30 kilometrów. Dystanse do pokonania w dzień, dwa, najdalej trzy. Natomiast wzniesienie choćby jednego pierścienia umocnień polowych trwać musi wiele dni wytężonej pracy. Zatem, gdy Kassander dowie się już o nadciągającej odsieczy dla Jutab, nie zdąży przygotować dwóch pierścieni. Dobrze, jeśli ukończy ten pierwszy.

Słowem, Macedończyka czeka niełatwa przeprawa. Wygląda na to, że Persowie będą mieć przewagę liczebną, on zaś nie może do końca ufać waleczności wszystkich swych żołnierzy – szczególnie byłych podwładnych Peliasa z Olintu, który jak dotąd nie dowiedli swego bojowego kunsztu (za to chętnie pierzchali przed wrogiem). No, ale to już materia kolejnych rozdziałów, z których nie chcę zdradzać zbyt wiele 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz