Entropia (SheWolf)  4.76/5 (32)

21 min. czytania

Źródło: Pixabay

Poznały się ponad cztery lata temu, gdy Dominika przejęła pod opiekę terapeutyczną jej synka. Bartuś potrzebował rehabilitacji rączek ze względu na obniżone napięcie mięśniowe. Gdy pojawiła się Dominika, Aleksandra wreszcie nabrała przekonania, że będzie dobrze. Terapeutka złapała doskonały kontakt z dzieckiem i w pół roku udało im się osiągnąć zaskakujące efekty. Ola stosowała się do wszelkich zaleceń, ćwiczyła z synem w domu, nagrywała filmy, aby lepiej obserwować postępy w rehabilitacji. Widziała mocne zaangażowanie terapeutki. Była stanowcza, wytrwała, momentami surowa, ale przy tym ciepła i delikatna. Bartek ją uwielbiał, co stanowiło najlepszy dowód na to, że jest dobra w tym, co robi. Kontakty kobiet jednak ograniczały się do cotygodniowych spotkań na zajęciach. Niestety po niespełna roku Dominika oznajmiła, że odchodzi z ośrodka. Poleciła oczywiście inną osobę, ale na tym skończyła się ich współpraca. Aleksandra żałowała, jednak miała ważniejszy cel – usamodzielnić syna. Na tyle, na ile to tylko możliwe.

Od zawsze wszystko skrupulatnie planowała, uwielbiała poczucie kontroli. Zaplanowany związek, zaplanowane narzeczeństwo, a później ślub. Po nim określony czas na własny rozwój, podróże, a następnie ciąża, która też miała rozwijać się według ściśle określonego planu. Jak się okazało, jednak nie nad wszystkim miała kontrolę. Poród przebiegł z komplikacjami, mimo że nic tego nie zapowiadało, ciąża była prawidłowa, wręcz podręcznikowa.  Niestety syn urodził się niedotleniony i  wdało się zakażenie. Chłopiec co prawda szybko się pozbierał i nie wymagał długiego pobytu na oddziale intensywnej terapii noworodków, ale konsekwencje nie były zaplanowane. Ani chciane. Kamil, mąż Oli, na początku bardzo się starał we wszystkim pomagać. Opieka nad dzieckiem wiotkim, z problemami właściwie na każdym podłożu z czasem jednak zaczęła go przerastać. Oddalali się od siebie. Ona pochłonięta opieką, rehabilitacją, pielgrzymkami od lekarza do lekarza, od terapeuty do terapeuty – grafik zapełniony od rana do wieczora – nie dopuszczała do wiadomości, że mogłaby mieć niepełnosprawne dziecko. Kamil natomiast coraz bardziej odcinał się od rodziny i zostawał po godzinach w pracy. W weekendy zawsze starał się znajdować sobie zajęcie. A to jakiś remont, pilna praca, wyjazd z kolegami. Wyrzutom i kłótniom nie było końca. Nie sypiali ze sobą od urodzenia Bartka.

Dopiero gdy syn poszedł do przedszkola, do Oli dotarło, co zrobiła ze swoim małżeństwem. Ono umarło, nie istniało. Nie miała pojęcia co Kamil robił przez te lata. Sama niemal straciła sens istnienia, zostając w pustym domu. Pierwszy tydzień snuła się po mieszkaniu bez celu. Nie miała nic swojego, całe życie, całą przestrzeń poświęciła dziecku. Jego rozwojowi i rehabilitacji. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania i lekarze nie mogli wyjść z podziwu, ale zapłaciła za to wysoką cenę. Czy żałowała? Oczywiście, że nie, ale uświadomiła sobie, że nadszedł czas powalczyć o siebie i swoje życie. Najbardziej zależało jej na samodzielności dziecka, ale ono przecież nie będzie z nią ciągle i bez przerwy. Musiała mieć coś swojego, coś własnego.

W pierwszym odruchu chciała wrócić do pracy. Poukładać swoje życie emocjonalne, wyjść do ludzi. Pragnęła uratować małżeństwo i siebie. Znaleźć swoje miejsce, swoje pasje, ale też wyrównać siły w związku. Zaangażować Kamila bardziej w opiekę nad Bartkiem, nie wyręczać męża we wszystkim, a dać mu pole do manewru. Odciąć się nieco od kontroli i przewidywania wszystkiego, co może się wydarzyć. Wymagało to mnóstwa pracy i jeszcze więcej rozmów. Nie było łatwo, ale przynajmniej na polu rodzicielskim znalazła jako taką równowagę. Kamil również. Niestety, ich relacja nie rozwijała się dobrze. Oddalenie wpłynęło na wiele stref. Stali się bardziej przyjaciółmi aniżeli kochankami. Miała poczucie, że jako przykładana żona winna ofiarować mężowi swoją kobiecość, nawet gdy nie czerpała z tego przyjemności. Seks stał się obowiązkiem, nawet jeśli nadal zdarzały się miłe momenty. Nie trzęsienie ziemi ani tsunami. Brakowało pożądania, ognia. Nie pomogły zabawki, bielizna, filmy porno. Swoje potrzeby potrafiła zaspokajać wyłącznie sama. Uznała wtedy, że problem tkwi we niej. Bo skoro sama umiała doprowadzić się do rozkoszy, to dlaczego z mężem nie wychodziło… Nie potrafiła otworzyć się na intymność i namiętność z nim. Nie pociągał jej, nie kręcił i tylko w niewielkim stopniu mógł podniecić. Natomiast fantazjowanie o innych samcach powodowało przyjemne mrowienie i ucisk w podbrzuszu. Wyobrażenia o zdradzie, krótkim, acz intensywnym romansie rozpalały do czerwoności.

Wiedziała jednak, że się im nie podda. Zawsze twierdziła, że nigdy nie zdradzi. To nie leżało w jej naturze. Wierność stała się najważniejsza. Mąż wprawdzie był którymś z kolei partnerem, ale gdy go poznała, wiedziała, że zostanie tym ostatnim. Miłość, która ich połączyła odzwierciedlała marzenia o księciu z bajki i cudownym życiu. Po wielu perturbacjach mogła powiedzieć, że była prawie idealna. Właśnie prawie, bo w tej jednej, jedynej materii nie stykało, chociaż seks zawsze mieli dobry, ale bez fajerwerków. Raczej grzeczny, choć spełniający. Do pewnego momentu. Kamil nigdy nie lubił eksperymentować, a jej propozycje przyjmował z pewną dozą ostrożności i zażenowania. Ze swoimi potrzebami nie znajdowali zrozumienia w seksie – ona bardziej wyzwolona, pragnąca kosztować coraz to nowych rzeczy, on – spokojny, stonowany i preferujący klasyczne rozwiązania. Gdy na wspomnienie seksu analnego zrobił wielkie oczy, a na twarzy wykwitło obrzydzenie, uznała, że więcej o tym nie wspomni. Tłumaczyła sobie, że przecież nie seks jest najważniejszy. Nie walczyła o zrozumienie swoich potrzeb. Wstydziła się własnych myśli o bardziej niegrzecznych zabawach i powoli chowała kobiecość oraz pragnienia głęboko w czeluściach duszy.

Po latach małżeństwa i rodzicielstwa, podczas których uśpiła tę część siebie, nagle poczuła dotkliwie, że natura upomina się o swoje. Jako kobieta po trzydziestce, z w miarę ustabilizowanym życiem, bezpiecznym i wygodnym, na tej jednej płaszczyźnie zaczęła odczuwać pustkę. Pustkę tak rozdzierającą, że wręcz nienaturalną. Świadomość potrzeb nie przyszła od razu. Odkrywała siebie powoli, ale metodycznie. Była spragniona, niespełniona, żądna dzikiego seksu. Uniesień na miarę, których nie potrafiła zaspokoić w małżeństwie. W swoim pragnieniu była samotna i opuszczona. Wiedziała, że nie dostanie od losu cudownej różdżki, żeby zmienić męża w ogiera. Uświadamiała sobie, że tkwiąc w niespełnieniu, skazuje się na pewne, acz bliżej nieokreślone cierpienie. Rozdzierający brak czułości, miłości, tej fizycznej, i rozkoszy…

***

 –  Muszę znaleźć jakiś ośrodek hipoterapeutyczny dla Bartka albo przynajmniej terapeutę, który wziąłby go na zajęcia indywidualne – powiedziała do męża mimochodem, popijając kawę i przeglądając poranną prasę.

– Mam ci pomóc czy sobie poradzisz? – zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź.

– Wiesz, że muszę sama  – rzuciła, nawet na niego nie patrząc.

– Wiem. Jak chcesz. Do wieczora. – Wyszedł z kuchni w pośpiechu.

Spojrzała w jego kierunku, ale go nie było. Poczuła ulgę, że już wyszedł do pracy.

Napisała szybko ogłoszenie na Facebooku o poszukiwaniu hipoterapeuty lub ośrodka i odwiozła Bartka do szkoły. Pierwsza klasa to nie lada wyzwanie, ale w ogólnym rozrachunku dla syna kamień milowy, którego potrzebował. Chociaż nie każdy chciał dać zielone światło, by chłopak poszedł ze swoim rocznikiem, jednak po konsultacji uznali, że to najlepsze wyjście. Duma ją rozpierała i wreszcie się uspokoiła. Teraz jedynie zostało znalezienie terapeuty i będzie idealnie.

Nie musiała długo czekać. Po odwiezieniu Bartka na zajęcia, ledwo wróciwszy do domu, odebrała telefon od pani Dominiki. Tej Dominiki.

Zaoferowała swoją pomoc. Od jakiegoś czasu pracowała w ośrodku jeździeckim. Miała swoje konie, użytkowała obiekty do jazdy i stajnie. Zaproponowała, żeby przyjechali najpierw na rekonesans, zaznajomić się z miejscem, przypomnieć Bartkowi dawną terapeutkę. Oczywiście Ola przystała na tę propozycję z wielką radością i ulgą. Nawet nie spostrzegała, gdy rozmowa przeciągnęła się i zahaczyła o odleglejsze tematy. Dominika opowiedziała trochę o swojej ścieżce zawodowej, ale również była ciekawa co u nich. U niej i Bartka. Jak przebiegł jego rozwój, terapia oraz, co ją zaskoczyło, pytała jak sobie poradziła i obecnie sobie radzi. Aleksandra zmieszała się, słysząc tak osobiste pytania. Cieszyła się, że ktoś zainteresował się również nią, że nie postrzega jej jedynie przez pryzmat niepełnosprawności dziecka i opieki nad nim, dostrzega, że jest kimś więcej niż tylko matką. Poczuła rozczulenie i pewną więź z Dominiką. Przypomniała sobie, że zawsze wyzwalała w niej bardzo pozytywne emocje, mimo że w tamtym okresie terapeutka była nieco mniej otwarta. Teraz stała się bardziej przebojowa, bezpośrednia. Od ich ostatniego spotkania minęły już cztery lata…

– Dziękuję, pani Dominiko, za telefon. Podjadę z Bartkiem jutro po zajęciach tak, jak się umówiłyśmy – podsumowała, kończąc tę niemal czterdziestominutową rozmowę.

– Nie ma sprawy, do zobaczenia jutro pani Olu. Pozdrawiam – dodała terapeutka i rozłączyła się.

Ola nie miała pojęcia, dlaczego czuła się taka rozedrgana. Czy to ulga, że syn trafi w dobre ręce, czy może raczej ciekawość i zainteresowanie ze strony Dominiki? Uświadomiła sobie nagle, że już dawno nikt nie zapytał co u niej. Owszem, pytali w kontekście rodziny, ale nigdy jako indywidualnej jednostki. Jakby została przyspawana do męża i syna, pozbawiona odrębności i indywidualności. Brakowało Aleksandrze przyjaciółki, takiej od serca, której będzie zależało na niej jak na człowieku i dla której będzie ważne, co czuje, co myśli i jak postrzega świat. Poczuła tęsknotę za taką osobą. Najbardziej podczas rozmowy z Dominiką…

Następnego dnia, zgodnie z ustaleniami, stawiła się z synem w ośrodku jeździeckim. Zabrali ze sobą kilka marchewek dla koni, aby było mu łatwiej zaprzyjaźnić się ze zwierzakami. Ola odczuwała niepokój, który starała się ukryć pod warstwą nieco sztucznego uśmiechu. Zastanawiała się co w niej powoduje poruszenie i nie mogła dociec przyczyny, co również wyprowadzało ją z równowagi. Czekali, aż Dominika skończy zajęcia. Widziała w oddali sylwetkę kobiety kroczącej tuż przy majestatycznym zwierzęciu.

Ośrodek znajdował się na skraju miasta, otoczony lasami i rzeką. Gdzieś nieopodal powstawało osiedle domków jednorodzinnych, ale mimo wszystko panowała względna cisza i spokój. Synek bawił się w małej piaskownicy, a Ola starała się wyciszyć wzbierające w niej emocje. Nie zauważyła, gdy terapeutka podeszła. Włosy miała w kolorze czekolady, opadające falami na plecy. Cerę w odcieniu delikatnego różu, a w głęboko brązowych oczach dawało się dostrzec filuterny błysk. Zmieniła się. Z cichej i raczej skromnej terapeutki, stała się pewną siebie kobietą. Postawna, ale raczej o symetrycznych kształtach, z dużymi i pełnymi piersiami. Nogi w absurdalnie kobiecym kształcie. W obcisłych bryczesach z pewnością stawały się obiektem męskiego pożądania. I ten uśmiech, który potrafiłby zawstydzić najbardziej wytrawnego podrywacza. Rozbrajający i rozczulający. Pełen sprzeczności. Potrafiła zawrzeć w nim cały ogrom emocji.

Ola czuła się zachwycona, zawstydzona i oniemiała. Obie się zmieniły, ale wiedziała, że do pewnej siebie Dominiki nigdy nie dorośnie. Za dużo w niej konfliktów wewnętrznych, by mogła stać się chociażby w połowie równie śmiała. Uchodziła raczej za cichą i spokojną, chociaż potrafiła walczyć o swoje, gdy sytuacja tego wymagała. Ze swoją delikatną urodą, jasnymi włosami i drobniejszą posturą, czuła się niemal jak szara myszka. Dominika roztaczała nieokreśloną aurę, blask, zagarniała całą uwagę dla siebie. To na niej skupiła się Ola, nie mogąc opanować przyspieszonego bicia serca. Ten jeden moment okazał się przełomowy. Pragnęła stać się dla Dominiki centrum, zwrócić na siebie jej uwagę, zainteresować. Przynajmniej na chwilę.

Przywitały się serdecznie, wymieliły kilka grzecznościowych zdań i terapeutka zajęła się Bartkiem. Chciała nawiązać z nim kontakt, zbudować nić porozumienia, więź. Chłopiec chętnie wszedł w interakcję i szybko udali się w kierunku stajni. Nie przeszkadzała im, nie ingerowała, chociaż chciała być blisko. Dyskretnie się przyglądała, ale po chwili jej wzrok zatrzymał się na wspaniałym koniu. Zachwyt, wręcz fizyczny, ogarnął ciało. Poczuła, że przenosi się kilkanaście lat wstecz, do czasów, gdy sama jeździła. Miała osiem lat, gdy ojciec odkupił od gospodarza konia. Ogier miał już wtedy cztery lata. Piękny wierzchowiec o gniadym umaszczeniu z czarną, błyszczącą grzywą. Pamietała, że cały błyszczał, niczym obsypany brokatem. Marzyła o własnym koniu odkąd tylko pamiętała. Pokój wypełniła zabawkami, plakatami, książkami dotyczącymi koni. Zafascynowana tymi zwierzakami, śniła w dziecięcych latach o królewnie przemierzającej świat na rumaku.

Ten koń wyglądał niemal identycznie jak Kortez, którego kochała bezgranicznie, a który został sprzedany przez rodziców wbrew jej woli. Pamiętała dokładnie ten dzień. Wtedy serce małej dziewczynki po raz pierwszy umarło. Od tamtej pory nie wsiadła już więcej w siodło. Jej przygoda skończyła się wraz z odejściem Korteza. Teraz to przepiękne zwierzę zmierzało w jej kierunku. Kroki pełne gracji i mocy sprawiły, że Oli zrobiło się gorąco i słabo. Parsknął kilka razy i podszedł, by mogła dotknąć cudownie aksamitnego miejsca między nozdrzami. Patrzył na nią, przenikając do szpiku kości, pozwolił się głaskać i dotykać, obserwując uważnie. Lekko posiwiały pysk, sierść przyszarzała i mniej elastyczna skóra. Ola wiedziała, że zwierzak musiał mieć ponad dwadzieścia lat, tyle, ile mniej więcej powinien mieć teraz jej ukochany koń. Drżała, nie zdając sobie sprawy, jak mocno tkwi w niej wspomnienie z dzieciństwa. Wtuliła twarz w pysk i już się nie powstrzymała. Łzy płynęły strumieniami. Szlochała niczym małe dziecko, które po latach udręki, a następnie wyparcia, odzyskało najlepszego przyjaciela. On rozumiał, wiedział. Konie to niesamowite zwierzęta. Najlepsze.

– Czy to możliwe? – pytała samą siebie, patrząc ogierowi w oczy. Myśli przelatywały przez głowę, powodując wątpliwości.

Nie zdawała sobie sprawy, że całej scenie przyglądała się Dominika. Podeszła dopiero w momencie, gdy twarz Oli rozświetliła się w uśmiechu.

– Widzę, że polubiliście się z Kortezem – powiedziała terapeutka, podchodząc teraz bardzo blisko.

– Jak pani powiedziała? Z Kortezem? – Na twarzy Oli malowało się niedowierzanie.

– Tak, koń ma na imię Kortez. Tak jak ten piosenkarz, na pewno pani zna. – Kobieta roześmiała się i poklepała konia po karku.

– To nieprawdopodobne, to niemożliwe…

– Co takiego? Czy coś się stało?

– Skąd go macie?

– Dokładnie nie wiem, podobno został odkupiony od gościa, który chciał go przeznaczyć na rzeź, a ten odkupił go od osoby prywatnej. Ale to było lata temu – powiedziała terapeutka, wnikliwie obserwując rozmówczynię.

Bartek biegał z innymi dziećmi za kotami, które przechadzały się po obiekcie. Ola czuła, że życie zatoczyło właśnie jakiś bliżej niewyjaśniony krąg. Jakby w tym momencie wszystkie trybiki wskoczyły na właściwe miejsce. Jakby odzyskała swoje życie. W jednej sekundzie. Koń pchał chrapy pod pachę kobiety, chciał by nadal go głaskała. Terapeutka zrobiła wielkie oczy.

– On raczej jest wycofanym zwierzakiem, a przy pani…

– Bo to jest mój koń.

– Ale jak to? Nie rozumiem…

– Kortez był mój, gdy byłam dzieckiem.

– To możliwe?

– Sprzedali go…

Terapeuta wybałuszyła oczy, nie dowierzając w historię, jaką Ola zaczęła opowiadać. Łzy płynęły strumieniami, ale nikły na sierści Korteza, w którego wtulała się bez przerwy.

– I później rodzice popadli w kłopoty finansowe. Nie było ich stać na utrzymanie i sprzedali go, łamiąc przy tym moje serce…

– To możliwe, że mnie pamięta? – wychlipała Ola.

– Jasne, że tak…

– Od razu poczułam, że to on… – wyznała Aleksandra drżącym i pełnym wzruszenia głosem.

Dominika podeszła i przytuliła ją, ogromnie tym zaskakując. Ola stała przez moment, nie rozumiejąc, co się dzieje. W końcu jednak poddała się bliskości, którą zaoferowała terapeutka. Potrzebowała jej. Ściskały się mocno, jakby chciały wniknąć w siebie. Ola czuła, że jest bezpieczna. Pierwszy raz od wielu lat poczuła się… bezpiecznie. Wyzwalające, pełne oczyszczenie.

– Odnaleźliście się, teraz będziesz mogła go tutaj odwiedzać – Dominika szeptała do ucha, gładząc jasne włosy.

Ola odsunęła się powoli.

– Dziękuję pani… to znaczy…

– Mówmy sobie po imieniu, dobrze? – Terapeutka wyciągnęła dłoń.

– Oczywiście, będzie mi bardzo miło. Ola. – Niepewnie uścisnęła dłoń kobiety.

– Dominika – powiedziała i posłała przy tym swój najbardziej czarujący uśmiech.

Rozmawiały jeszcze jakiś czas. Ola uświadomiła sobie, że się zasiedziała, było jej jednak tak dobrze w towarzystwie Dominiki, że cały świat mógłby przestać istnieć. Wiedziała, że tego dnia odzyskała nie tylko konia, ale przede wszystkim siebie. Zyskała też ciekawą i inspirującą znajomość. Dominika wyzwalała w niej same pozytywne odczucia. Zabawna i piekielnie inteligentna. Poznała ją odrobinę z innej strony. Śmiały się, żartowały i rozumiały w pół słowa. Była zszokowana, jak wiele je łączy, nie tylko pasja do koni, ale też muzyka, filmy, książki. W krótkim czasie chciały opowiedzieć sobie wszystko. Nie szczędziły również dotyku, mimochodem, w trakcie rozmowy, co wyszło bardzo naturalnie. Jednak na pożegnanie, gdy Dominika przytuliła Olę i pocałowała w policzek, ta zadrżała. Czując zapach kobiety, jej oddech i bliskość ciała, mimowolnie zadrżała. Przyjemne mrowienie rozlało się po całym ciele. Czuła, że rumieniec zalewa policzki. Nie rozumiała, nie wiedziała co się dzieje. Z nią i w niej. Zapragnęła pozostać w uścisku i czuć bliskość o jakiej marzyła tygodniami, bliskość, której tak bardzo jej brakowało, a która boleśnie rozdzierała ciało i duszę…

Tuż przed zaśnięciem dostała esemesa: Dziękuję za dzisiaj. Liczę na więcej. D

Przyłożyła telefon do ust, uśmiechając się rozczulona i zasnęła spokojnym snem. Śniła o jej splątanych, kasztanowych włosach unoszących się i falujących na wietrze…

***

Ich znajomość rozwijała się dwutorowo. Spotykały się co tydzień na zajęciach hipoterapeutycznych i esemesowały do siebie nieustannie. Poznawały się, eksplorowały swoje umysły i dusze. Rozprawiały na tematy trudne, kontrowersyjne. Skrzętnie jednak unikały rozmów o małżeństwie Aleksandry i związkach Dominiki. W tej materii nie wiedziały o sobie zbyt dużo. Chciały jednak wiedzieć coraz więcej i spotykać się częściej. W końcu Dominika zaproponowała, by Ola spróbowała dosiąść Korteza. Obiecała, że będzie jej towarzyszyć i we wszystkim pomoże, przekonana, że przyjaciółka poradzi sobie doskonale. Twierdziła, że z jazdą konną jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina. Tym bardziej, że Kortez należał do niej. I czekał. Kobieta bała się go dosiąść, ale to był bliżej nieokreślony strach. Wręcz irracjonalny, wynikał z doświadczeń dzieciństwa. W głębi serca chciała wrócić do tego, co było, na nowo rozpocząć przygodę z jeździectwem, ale lęk przed utratą tkwił w niej niewyobrażalnie głęboko. Wiedziała, że drugi raz nie zniesie takiej straty.

Umówiły się pewnej soboty późnym popołudniem, gdy stadnina raczej pustoszeje i tylko pojedyncze osoby zajmują się swoimi podopiecznymi. Dominika czekała na Olę z Kortezem na ostatnim, największym wybiegu. Z sercem niemalże w gardle szła w ich kierunku. Obraz dookoła ścierał się w jednolitą maź. Nie czuła nic poza ekscytacją i strachem. Po raz kolejny nie potrafiła zapanować na sobą. Wymykała się spod własnej kontroli. Czuła, że nie ma wpływu na to, co dzieje się dookoła. Zamęt, rozproszenie, chaos – najlepiej określały stan w jakim się znajdowała. Ujrzawszy Dominikę ujmującą głowę Korteza, uświadomiła sobie, że spotykają się pierwszy raz sam na sam. Dotarło do niej, że emocje, które przejmowały kontrolę nie dotyczą wyłącznie zwierzęcia, ale w dużej mierze mają związek z terapeutką. Przyjaciółka przywitała Olę niezwykle czułym uściskiem. Zapach jej włosów oszałamiał świeżością, przywołując na myśl skoszoną trawę i lekkość, a orzechowe oczy, przepełnione blaskiem, odebrały kobiecie na moment dech w piersiach. Przenikały się spojrzeniami, jakby mówiły bezgłośnie, jak bardzo cieszą się ze spotkania.

– Chodź mała – powiedziała Domi.

Już wcześniej zdarzyło jej się mówić w ten sposób. Mała. Ola oczywiście się oburzała, ale w gruncie rzeczy czuła się z tym niesamowicie dobrze. Żartowały, że skoro Domi jest wyższa niemal o dwie głowy od Oli, to ta jest mała i bez dyskusji. Śmiały się wtedy do rozpuku, ale czuły, że nie chodzi wyłącznie o wzrost. Ich relacja opierała się trochę na opiece, którą terapeutka roztaczała nad Olą. Samoistnie i naturalnie ułożyła się w ten sposób i obie czuły się z tym bardzo dobrze. Momentami wyrzucała sobie, że za mało daje Dominice, że wkłada mniej energii w tę znajomość, ale przyjaciółka nigdy nic jej nie zarzuciła, wręcz przeciwnie, rozumiała, że mając męża i dziecko, dysponuje mniejszą ilością czasu i swobody.

Ola wtuliła się w konia i gładziła go z czułością. Mówiła do niego, przepraszała. Wzruszenie ponownie ścisnęło gardło. Nie chciała jednak się rozpłakać. Musiała to przewalczyć i zwyciężyć. Dominika pomogła jej wsiąść na konia. Najważniejszy moment dla niej i ukochanego zwierzaka. Kortez czekał. Był nadzwyczaj spokojny, jakby chodziło tylko o ten moment. Wyczekiwany przez lata. Koń, który należał raczej do jurnych, stał się oazą spokoju. Dominika umieściła nogę Aleksandry w strzemieniu i gładząc oraz delikatnie ściskając łydkę kobiety, patrzyła w jej lazurowe oczy. Obie wiedziały, że ta chwila scali je na długo. Pieszczota sprawiła, że Ola drżała od natłoku emocji. Dotyk stał się emanacją. W mowie ciała wychodzi wszystko, co w słowach jest jakoś przetworzone albo niedopowiedziane. Wymyka się kontroli i nazywaniu. Spontaniczny dotyk obnaża to, czego nie zauważamy lub to, co świadomie lub nie, chcemy ukryć. Stał się wyraźny. Pełen czułości i namiętności. W tej jednej, jedynej chwili zawarły całą swoją wolność. Wolność odczuwania i nieudawania. Były szczęśliwe i spełnione.

Odprowadziwszy Korteza do boksu, Ola została jeszcze chwilę. Gładziła go z wdzięcznością. Dziękowała, że dał jej szansę na odbudowanie relacji. Bała się, że koń nigdy nie zaufa, pamiętając, co go spotkało. Myliła się. On wiedział, że to nie była jej wina. Czekał. Czekał całe lata na swoją pierwszą i jedyną prawdziwą właścicielkę. Wzruszenie ponownie chwyciło za gardło. Nie mogła się rozsypać. Nie teraz i nie tutaj. Czuła, że Dominika się przygląda. Jej wzrok potrafił przeszyć na wskroś. Jakby czytała w myślach. Weszła bez słowa do boksu, pogłaskała Korteza i podeszła do Oli. Ujęła twarz przyjaciółki i musnęła usta. Najdelikatniej jak potrafiła. Niczym szept na skórze, muśnięcie wiatru. Szukała w spojrzeniu przyzwolenia, odpowiedzi. Nie miała pewności czy może pójść dalej. Ponowiła pocałunek, odrobinę śmielej, czekając na reakcję, odpowiedź. Ola rozchyliła usta i na jedną sekundę zapomniała o wszystkim. Jej oczy stały się szkliste od łez. Dreszcz wzniecił ciało i bez słowa wybiegła z boksu. Pędziła do samochodu, ile sił w nogach.

Przestraszyła się, przeraziła. Nie pocałunku, ale tego, co poczuła. Tego, jak bardzo pieszczota ją podnieciła, jak fala gorąca wlała się w trzewia i rozpaliła do granic. Tego, że zapragnęła więcej i bardziej. Nie mogła przyznać, że pragnęła dotyku przyjaciółki. Stanowił zakazany owoc, bo przecież nigdy, przenigdy, nie czuła żadnego pożądania wobec kobiet. Dla Oli kobiety nie były obiektem seksualnym. Nigdy. Nie fantazjowała o kobietach, nawet w trójkącie. W związku z tym pocałunek powinien mieć jedynie konotacje przyjacielskie, nie erotyczne. Nie zdarzyło się jej nawet śnić o kobietach, nie zwracała uwagi na nie w kontekście erotycznym. Przy Dominice wielokrotnie pojawiły się odczucia, których nie znała, nowe i nieokreślone. Nie potrafiła ich nazwać, umiejscowić. Tłumaczyła sobie, że to wynika ze specyfiki relacji, z tego, że dawno nie była z nikim tak blisko i czuje się zagubiona. Docierało do niej powoli, że w pewien sposób przyjaciółka stała się obiektem fascynacji o podłożu seksualnym. Do czego oczywiście się nie przyznała. Szczególnie sama przed sobą. Nie mieściło się to w jej pojmowaniu. Erotyczna relacja z kobietą wydawała się czymś równie nierealnym i abstrakcyjnym, co udany seks z mężem. Nawet przez myśl nie przeszło jej, że mogłaby dotykać i być dotykaną przez kobietę. Nie obrzydzało jej to, ale w pewnym stopniu napawało lękiem i obawą, że nie będzie wiedziała co i jak zrobić. Kobiety stanowiły zagadkę i raczej powodowały brak wiary w siebie. Lęk. Zawsze czuła się przy nich gorsza, oceniana, lustrowana. Krępowała się, wycofywała i unikała bliższych relacji. Chowała w cieniu. Dominika stanowiła wyjątek. Wyjątek, który zburzył cały dotychczasowy pogląd na relację z kobietą.

Przepraszam Cię. Zagalopowałam się. Obiecuję, że nigdy więcej tego nie zrobię. Proszę odezwij się. Nie chcę Cię stracić… D.

Ola też nie chciała, ale w jej złudnie uporządkowanym świecie nie było miejsca na takie historie. Dominika dzwoniła kilka razy, aż w końcu napisała wiadomość i zamilkła.

Następnego dnia Ola pojechała do stadniny. Nie miała pojęcia czy spotka tam Domi. Wiedziała natomiast, że nic nie zastąpi rozmowy twarzą w twarz. Nie chciała załatwiać takich spraw przez telefon.

Przyjaciółkę znalazła w stajni. Porządkowała siodła oraz inne sprzęty. Dostrzegła w niej piękno, które przecież aż biło po oczach. Magnetyczne piękno. Cudownie kasztanowe, miękkie włosy. Silne, ale zarazem kobiece ciało – piersi, biodra, wcięcie w tali i jędrne, kształtne pośladki. Takie, jakie mają ludzie uprawiający jeździectwo. Oczy, które wielokrotnie roztapiały upór Oli. No i usta. Wcześniej myślała o uśmiechu, teraz jednak dostrzegła wyrzeźbione starannie, pełne i delikatne wargi. Podeszła do przyjaciółki i wplotła swoją dłoń w jej. Dominika przytuliła Olę z całych sił. Szeptała przeprosiny do ucha, gładząc jasne włosy i bujając się rytmicznie. Ocierały się o siebie, a pełne piersi terapeutki drażniły przez materiał drobne sutki Aleksandry, wciskając się z całą stanowczością w tors. Gorący oddech przyjaciółki przyprawił o dreszcze i wlewające się między uda podniecenie.

–  To ja cię przepraszam… zaskoczyłaś mnie, ale to było… bardzo przyjemne –  powiedziała Ola niemal niesłyszalnie.

Dominika ujęła jej twarz i spojrzała w ogniste oczy. Pogłaskała przyjaciółkę po policzku, zawadzając kciukiem o dolną wargę. Usta Oli rozsunęły się odruchowo, a terapeutka oblizała się mimowolnie. Zadrżały. Fala gorąca rozlała się w podbrzuszu Aleksandry. Nagle poczuła, że chce się temu poddać. Zatracała się w dotyku, spojrzeniach i bliskości. Serce dudniło w piersiach, a oddech stał się niespokojny. Odpływała. Zagłębiała się. Chłonęła. Chciała tylko jej. W tej jednej chwili.

– Przejedziemy się? – zapytała Dominika, biorąc ponownie siodła w dłonie.

– Yyyy… taaa… jasne. Czemu nie… – odpowiedziała skonfundowana.

Las, łąki, rzeka. Przestrzeń, piękno natury. Ona na Kortezie, Dominika na Junaku. Gnały przed siebie, śmiejąc się i czując wyłącznie przemożne szczęście. Wolność. Siłę. Wzniosłość. Wiatr we włosach przyjemnie smagający twarz. Nie ma niczego piękniejszego aniżeli gnanie bez ograniczeń, z pełną świadomością bycia sobą. Naprawdę i bez reszty – sobą.

Tego wieczoru, leżąc na sianie, dotykały się i całowały szaleńczo. Kosztowały swoich ust niczym najlepszego trunku, uczyły się wzajemnego dotyku i pieszczot. Przepełnione doznaniami zapomniały o całym świecie. Dominika, niczym mentorka, odkrywała przed Olą tajniki kobiecego ciała. Pokazała, jak można pieszczotami sprawić niewyobrażalną przyjemność. Swoją stanowczością nie pozostawiła miejsca na wątpliwości. Roztarła lęki i puściła w niebyt. Ola poddała się pragnieniom pełna wzniosłości i kipiącego pożądania, o które się nie podejrzewała. Upajała się ustami przyjaciółki. Delektowała ich delikatnością, gorącem i malinowym posmakiem. Syciła. Dotykała rozgrzanej skóry, kosztowała lekko słonego smaku. Wplatała palce, zachwycona miękkością i zapachem włosów Dominiki. Zapalczywie błądziła dłońmi, ucząc się ciała kochanki. Nieporadnie pieściła piersi, ale ta nakierowała ją na odpowiednie tory, pokazując, w jaki sposób chce być dotykana. Terapeutka odwdzięczyła się, doprowadzając kobietę na skraj. Wprawne usta Dominiki, zwinny język błądzący po szyi i zmierzający w kierunku piersi, rozpalił w Oli ogień. Wplotła ponownie palce we włosy kochanki, przyciągając ją do siebie i całując bez opamiętania. Ocierały się na przemian kroczami o swoje uda. Dociskały, czując przemożne pragnienie, by pójść dalej. I mimo, że nie zdjęły ubrań, doprowadziły się wzajemnie na skraj rozkoszy. Lawa pod skórą. W swojej zapalczywości nie chciały przekroczyć niewidzialnej granicy, pozostając wyłącznie przy pieszczotach, ale czerpiąc niewymuszenie równie silne doznania, albo nawet silniejsze, niż w klasycznym seksie. Spragnione, błądziły po zakamarkach, ściskały i ugniatały, podsycając ogień, by za moment wrócić do delikatności powiewu wiatru na skórze. Namiętność nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. Stały się jednością, splecione w żelaznym uścisku. Wiedziały, że to początek ich wspólnej, pięknej przygody.

Spotykały się, gdy tylko było to możliwe. Zwykle najpierw jeździły konno, a później oddawały szaleństwu pieszczot. Czasami tylko leżały wtulone i rozmawiały, bawiąc się swoimi dłońmi. Dominika potrafiła patrzeć na Olę w taki sposób, że ta prawie się rozpływała. Tego wieczora zauważyła, że kochanka przygląda się jej intensywnie, co sprawiało niewyobrażalną przyjemność, ale też stanowiło ciężar nie do udźwignięcia. Serce obijało się brutalnie o żebra. Analizowała swoje zachowanie, by znaleźć powód, dla którego przyjaciółka tak bardzo się w nią wpatruje. Nie chciała jej spłoszyć swoim zachowaniem, było jej dobrze tak, jak było. Wygodnie. Bezpiecznie. Nie chciała nic zmieniać. W jej małym, kontrolowanym światku mogła na moment się nie kontrolować. Znajdowała ujście dla uniesień i szaleństw, nadal pozostając w bezpiecznej ostoi.

– Wiesz, że cię pragnę? – Dominika zapytała nazbyt poważnie.

Ola uśmiechnęła się łobuzersko. Chciała zażartować, powiedzieć coś zabawnego, ale spojrzenie kochanki na moment ją zmroziło.

– Ej, mała, mówię poważnie. Pragnę cię. Chcę się z tobą kochać, pójść dalej. Dalej niż szalone pieszczoty na sianku w stajni. Rozumiesz? Potrzebuję cię więcej i bardziej – słowa Dominiki brzmiały poważnie i dostojnie. Nie pozostawiały miejsca na obrócenie w żart. Jej oczy płonęły pożądaniem i czymś jeszcze. Czymś, czego Ola nie chciała określać. Bała się usłyszeć słowa, które mogłyby wszystko zniszczyć.

– Przepraszam, ale… nie jestem jeszcze gotowa. Nie wiem czy kiedykolwiek będę… – powiedziała niepewnie.

– To nieprawda. – Domi uniosła się, tym samym sprawiając, że Ola się odsunęła. – Chcesz tego, przecież widzę, co się dzieje. Widzę, jak reagujesz, jak twoje ciało reaguje. Płoniesz od dotyku, mimowolnie pchasz swoje łono, chcesz bym cię tam dotykała. Nigdy na to nie pozwoliłaś, ale przecież ja czuję…

– Nic nie wiesz! – zagrzmiała Ola, przerywając Dominice. Oddychała szybko po niespodziewanym wybuchu. – Nie może zostać tak, jak jest? Przecież jest dobrze, po co to zmieniać? – dodała już nieco łagodniejszym tonem.

– Dla ciebie jest dobrze, wygodnie i bezpiecznie. – Pierwszy raz zobaczyła łzy w oczach Dominiki. Jej łamiący się głos momentalnie wywołał u Oli wyrzuty sumienia. Chciała dotknąć przyjaciółkę, pocieszyć, przeprosić. Zrobić cokolwiek. Lecz ta wstała i wyszła. Bez słowa. Domek z kart runął. Ola siedziała oniemiała. Nie rozumiała, co się wydarzyło i dlaczego. Nie chciała stracić tego, co miała, ale też nie chciała nic zmieniać. Była wygodna? Wyrachowana? Bawiła się uczuciami przyjaciółki? Nie mogła przyznać sama przed sobą, że właśnie tak było. Nie mogła…

Dni mijały. Snuła się po domu niczym ćma, obijała o kąty i zakamarki. Unikała męża. Zresztą, ich relacja ponownie przechodziła kryzys, miała go serdecznie dość. Nie mogła na niego patrzeć. Syn na szczęście potrafił w dużej mierze zająć się sobą. Jeździła do stadniny, by „przypadkiem” spotkać Dominikę, ale nie było jej. Wzięła urlop i wyjechała. Nie mogła uwierzyć, że przez taką rzecz ich relacja po prostu się skończyła. Przecież to było coś więcej niż pieszczoty na sianku. Ola roztrząsała ostatnią rozmowę wielokrotnie, doszukiwała się w zachowaniu kochanki sygnałów zapowiadających katastrofę. Czuła, że powoli wariuje od tych rozmyślań. Nie potrafiła przyjąć do świadomości istotnych kwestii. Nie chciała nawet o tym myśleć, brnąć w rejony, które oznaczałyby koniec ostoi. Złudnej, ale nigdy tego nie przyznała. Nie mogła. Nie chciała.

***

W ledwie oświetlonym hangarze, w półmroku, rozlegały się jedynie miarowe uderzenia. Stukot kopyt niósł się złowrogo. Niczym uderzenia bata. Biczowanie. Za karę, za grzechy. Za krzywdę. Ciężkie, mocne, ale paradoksalnie, posiadające dozę gracji i delikatności. Kortez galopował niesiony porywem serca. Oddany całkowicie, bez reszty.  Stukot, który wyciszał swoją pewnością i oddaniem. Drobinki kurzu unoszące się w powietrzu dające wrażenie zadymienia. Ciszę przerywa zapalczywy dźwięk majestatycznej siły. Mocny i sprawczy. Napięte mięśnie, błyszcząca skóra i wzrok pełen oddania. Cel wyznacza jego drogę. Nie zwolni, nie zawaha się, nie zwątpi. Ich spojrzenia spotykały się na moment. Zrozumiała, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo.

Nie potrafiła oderwać od niego oczu. Zahipnotyzowana wpatrywała się w zwierzaka. Wolny, piękny i nareszcie jej. Na miejscu, na wyciągnięcie ręki. Prawdziwy i oddany. Zupełnie szczery. Pełen dobroci i piękna. Czuła, że dosięga ją wewnętrzna siła. Coś pchało dalej. Coś kazało odrzucić założenia i wygodne tezy. Odrzucić ułudę udanego małżeństwa, które nazywała ostoją. Docierało do niej, że nigdy nie będzie w stanie żyć pełnią życia w tym, w czym tkwiła obecnie. Nie nazwie się szczęśliwą, bo szczęśliwa czuła się tylko przy Dominice. Dla Oli stało się jasne, że kontrolowanie uczuć i emocji innych osób nie jest możliwe. Nad swoimi, też nie zawsze potrafiła panować. Wolność dawało bycie z Dominiką, wspólne chwile, pasje. Uświadomiła sobie, że to coś więcej niż przelotny flirt, zabawa czy nawet przyjaźń. Kortez spojrzał wnikliwie i ruszył z impetem przed siebie. Kolejne kółko i następne. Pył spod kopyt unosił się, tworząc coś na kształt mgły. Popiołu, z którego mogłaby się otrzepać, ruszając w końcu przed siebie. Poczuła nagły spokój. Niczym olśnienie. Wiedziała, co musi zrobić. Podjęła decyzję.

Dominika stała nieopodal, w cieniu, i przyglądała się. Ola ujrzawszy przyjaciółkę, ruszyła w jej kierunku. Podeszła, ujęła twarz kobiety i pocałowała. Tym razem przejęła inicjatywę. Zrobiła to pewnie i stanowczo. Z głębi serca tak, jak czuła.

– Kocham cię Domi – wyszeptała, drżąc od emocji. Szczęście rozsadzało ją od środka.

– Ja ciebie też, moja mała – odpowiedziała przyjaciółka, przytulając jak zwykle, na swój silny, nieznoszący sprzeciwu sposób.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Cóż… napisane jest więcej niż dobrze, nawet bardzo dobrze. Gdyby poprawić drobne błędy stylistyczne (nad którymi nie będę się pastwił) byłby to już poziom wydawniczy.

Nie jestem miłośnikiem konkurencji “kobieta plus kobieta”, ale sceny erotyczne są przyjemne, takie naturalne, kobiece. Generalnie cały tekst (napisany prosto – i dobrze), tchnie autentycznością. Jestem skłonny uwierzyć, iż rzecz wydarzyła się naprawdę. To znaczy.. nie mam argumentów aby temu zaprzeczyć:)

Ale żeby nie było tak słodko..

“Przyjaciółkę znalazła w stajni. Porządkowała siodła oraz inne sprzęty”

Inne czyli jakie? Pisz konkretnie, albo nie pisz wcale. Jak nie wiesz, to się dowiedz. Zostawianie takich niedomówień to brak szacunku dla czytelnika.

“Żartowały, że skoro Domi jest wyższa niemal o dwie głowy od Oli, to ta jest mała i bez dyskusji”

Hmm… Niemal dwie głowy (nawet uwzględniając fakt, że kobieca głowa jest nieco mniejsza), to będzie ze 40 centymetrów. Czyli jeśli Ola ma 150 (bardzo malutka), to Dominika 190 (bardzo wysoka).. Jeśli 160, to Dominika prawie dwa metry. Naprawdę chodziło Ci o takie proporcje czy (używając końskiej terminologii) z lekka się zagalopowałaś?

“Wyczekiwany przez lata. Koń, który należał raczej do jurnych, stał się oazą spokoju. ”

Do jurnych? A nie narowistych?

Aureliusie,
Bardzo dziękuję za komentarz. Jak zwykle celnie wyciągnąłeś niedociągnięcia. Jak najbardziej zgadzam się z tym, co tutaj przytoczyłeś i mogę obiecać większą wnikliwość oraz autentyczność. 🙂
Pozdrawiam serdecznie,
SheWolf

Ja wiem, że większość ludzi może obecnie nie być w rozrywkowym nastroju, ale dziwna ta cisza, szczególnie, że opowiadanie tchnie optymizmem, bo nawet z wyjątkowo opresyjnej sytuacji można znaleźć drogę ucieczki… a przynajmniej wentyl bezpieczeństwa. Azyl.

Bardzo dobrze, że jest trochę nie na czasie, neutralne i wyważone, a przy okazji ciepłe, że sytuacja nie jest skrajna…

Pozdrowienia dla autorki

A.

Aniu,
Dziękuję Ci za dobre słowo. Myślę, że obecne czasy nie nastrajają w ogóle do czytania opowiadań z działu erotyki, chociaż to przyjemna odskocznia. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko trafi tam, gdzie trzeba.
Również pozdrawiam i ściskam.
SheWolf

Pięknie napisane opowiadanie.

Jak zauważyła Ania, z optymistycznym przesłaniem, pozwalającym mieć nadzieję, że to, co najlepsze jeszcze przed bohaterkami. Olę z pewnością czeka na tej drodze jeszcze sporo wyzwań i cierpienia (rozwód, poradzenie sobie z uczuciami dziecka, które w takich chwilach ma najtrudniej) ale u kresu owej ciernistej drogi czeka jednak nagroda – życie prawdziwe, szczerze wobec siebie i świata, spełnione. Dominice będzie nieco łatwiej – ale przecież to ona musiała zrobić pierwszy krok, zaryzykować, postawić wszystko na szalę. A potem uczynić to jeszcze raz, by zmusić kochankę do decyzji.

Podczas lektury moje wrażenie zwrócił styl w jakim pisze Wilczyca. Zarówno wydarzenia, jak i uczucia bohaterki relacjonuje w ten sam umiejętny i precyzyjny sposób, bez stylistycznych udziwnień i uciekania w zwodniczą poetykę. Bierze emocje i czyny pod lupę, przygląda się im i wyraża słowami prostymi, lecz celnie trafiającymi w istotę rzeczy. Czyta się to bardzo szybko i łatwo, a przecież czasem warto się zatrzymać, cofnąć i zachwycić urodą tego czy innego zdania, pochylić nad przenikliwością spostrzeżenia.

Bardzo się cieszę, że zachęcony komentarzem Ani przeczytałem te opowiadanie właśnie dziś, w ten dość ponury wieczór w jeszcze bardziej ponurym kraju. Zdecydowanie było warto!

Pozdrawiam
M.A.

Megasie,
Cóż mogę powiedzieć… Po prostu dziękuję. Bardzo dziękuję. Takie komentarze jak Twój czy Ani, Aureliusa są najlepszą motywacją do tego, by nadal pisać. Cieszę się niezmiernie, że opowiadanie Ci się spodobało. 🙂
Pozdrawiam serdecznie,
SheWolf

Podobało mi się i mam nadzieję przeczytać jeszcze niejedno Twoje dzieło 😉

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz