Nowy świat czarownic 54-57 (Nefer)  4.57/5 (7)

43 min. czytania

Jules Joseph Lefebvre, “Diana łowczyni”

54

Gdy tylko zjechał z przeklętej przełęczy i ominął ogarnięty już chaosem obóz, znalazł się w obliczu sięgających końskiego brzucha zasp śnieżnych. Szlak został całkowicie zasypany i nawet Demon nie był wstanie kontynuować galopu, czy chociażby przebić się przez zwały białego puchu. Nie bacząc na nic, Marcus odruchowo użył mocy. Żywioł powietrza z łatwością wymiótł śnieg spod kopyt wierzchowca, otwierając drogę. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że znowu może skutecznie posługiwać się magią, siła i zdolności wróciły! Myśl, by zawrócić, spróbować uwolnić Berenikę i Sudrun, zgasła równie szybko, jak się pojawiła. W obliczu wiedźmy okazał się bezradny niczym dziecko, niczym zwykły wieśniak z ludu albo pozbawiony jakiejkolwiek wiedzy, szlachetnie urodzony pan. W jakiś sposób zablokowała jego moc, chociaż nie wyczuwał żadnej magicznej aktywności z jej strony. Nie wątpił, że potrafiłaby uczynić to raz jeszcze, gdy tylko ponownie znajdzie się w pobliżu Lady Berengarii. Jak tego dokonała? Przecież na początku bitwy bez wysiłku rozpoznawał splatane przez starą księżną węzły żywiołów i skutecznie je niszczył, podobnie jak i Berenika. Potem żadne z nich nie zdołało ani wykryć, ani powstrzymać potężnych splotów ognia, powietrza oraz ziemi, które otwarły przełęcz dla wrogów i wstrząsnęły szeregami armii Siedmiu Bram, zanim jeszcze ujawniła się wśród nich zdrada. Generał czegoś takiego właśnie oczekiwał i zawczasu przygotował się na taką sytuację. Otrzymał zresztą stosowne rozkazy, wiedźma musiała więc wszystko zaplanować. Tyle, że ogarnięty nienawiścią do szlachetnego pana z Południa, podważającego tradycję oraz autorytet dowódcy armii, Harold złamał te polecenia i chciał zabić Marcusa, co sam przypłacił życiem, komplikując przy okazji zadanie podwładnym. A na koniec pojawiła się Lady Berengaria, ponownie blokując ich magię i unieruchamiając obydwoje z Bereniką własnymi czarami. Skoro czyniła to obecnie bez żadnego wysiłku, to jakim cudem stawiali jej czoła na początku starcia? Udawała? To niemożliwe, moc nie działała w taki sposób. Nie dało się używać jej częściowo albo na niby. Za tym wszystkim musiało kryć się coś więcej.

Porzucił te jałowe rozważania, zaprzątnięty ważniejszym w tej chwili pytaniem, dokąd uciekać? Wielkiego wyboru nie miał, drogę na południe zamykały wrogie armie, a obecnie za wrogów musiał uważać zarówno żołnierzy z Międzyrzecza, jak i Siedmiu Bram. A więc, pierwszy cel to zamek Złotej Bramy. Berenika wykrzykiwała coś w ostatniej chwili o tym, że pozostawiła rozkazy czyniące go jej namiestnikiem albo zastępcą i dające władzę nad garnizonem. Na dzień lub dwa może to wystarczy, zdobędzie przewagę dzięki Demonowi oraz magii żywiołów, otwierającej drogę przez śniegi. Później wieści o bitwie dotrą do fortecy, zresztą wiedźma z pewnością zechce jak najszybciej zająć stolicę i będzie musiał uciekać dalej. Dokąd? Odpowiedź znowu nasuwała się sama z bezlitosną, nie pozostawiającą wyboru logiką. Dalej na Północ, do barbarzyńców i Aurory. Tylko ona mu pozostała i tylko tam moc wiedźmy łatwo go nie dosięgnie. W jakiś sposób przekona dziewczynę, że to nie on zabił tana Arnolda. Po prostu będzie musiała uwierzyć w niewinność Marcusa. W Złotej Bramie odpocznie, zbierze zapasy, wymyśli jakiś sposób. Przyszło mu do głowy, że korzystając z władzy otrzymanej od Bereniki mógłby uwolnić przetrzymywanych tam więźniów z Ludu Północy. To na początek. Wprawdzie podobny gest z jeńcami wziętymi podczas bitwy nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, ale może Aurora zdążyła trochę ochłonąć? I tym razem zwróci wolność nie zwykłym wojownikom, ale członkom klanów dysponującym mocą, szczególnie cennym, wydawanym przez lata wiedźmie jako okup za chwilowy rozejm.

Dopiero po pewnym czasie, gdy zagłębił się już w mroczniejący zmierzchem las, nadal odruchowo przecierając szlak mocą żywiołów, wspomnienie o tanie Arnoldzie postawiło przed oczyma chłopaka okropną scenę śmierci Tamary, jeszcze jednej ofiary przeklętej wiedźmy. Gwardzistka nie żywiła może wobec podopiecznego uczuć równie żarliwych jak Sudrun, o której kolejnym poświęceniu wolał tymczasem nie myśleć, nie wszystko naraz, ale otrzymane niegdyś rozkazy rozbudzania męskich instynktów młodego panicza wykonywała ochoczo i bez przykrości. A teraz z całą pewnością chciała mu pomoc, nadjeżdżała z ostrzeżeniem, wołała coś o śmierci matki. I w tejże chwili sama zginęła, spopielona przez czarownicę. Właśnie, czy Lady Miranda rzeczywiście nie żyła? Wydawało się to niepojęte, przez całe lata uważał ją w naturalny sposób, świadomie lub nie, za niezniszczalną opokę, zawsze urodziwą, nie ulegającą wpływowi czasu – teraz już wiedział, jakim sposobem – potężną i wszechwładną panią zamku oraz całej marchii Międzyrzecza, której słowo stawało się prawem. A teraz miałaby, tak po prostu, znaleźć przypadkową śmierć w jakiejś bitwie, oszukana, walcząc nawet nie o własną sprawę? Nigdy matki nie kochał miłością prawdziwie serdeczną, pojmował już, że nie dopuszczała do tego, trzymała na dystans, wiedząc, że prędzej czy później sprzeda syna dla zaspokojenia takich czy innych, własnych ambicji. Co też uczyniła, gdy tylko nabrał wartości na targu mocy, władzy i polityki. Nie, nie kochał margrabiny Międzyrzecza, ale jej odejście burzyło cały świat dzieciństwa i wczesnej młodości Marcusa. Trudno było przyjąć to do wiadomości. Ale przecież Tamara nie okłamywałaby chłopaka w podobny sposób, ani też nie przynosiła niesprawdzonych wieści takiej wagi. Jej własna śmierć czyniła je tym bardziej prawdopodobnymi. Musiała mieć pewność, a należąc do osobistej gwardii, może nawet stała się świadkiem ostatnich chwil pani Międzyrzecza. Gdyby nie zesłana przez wiedźmę kula ognia, zdążyłaby pewnie powiedzieć więcej.

Z przerażającą jasnością uświadomił sobie ten fakt. Dlaczego wiedźma zabiła dziewczynę tak szybko i bezlitośnie? W jednej chwili przerywając wykrzykiwane przez nią ostrzeżenia. Przecież i tak w żaden sposób nie zdołałaby pomóc więźniom, wystarczyło rzucić jeszcze jeden czar unieruchomienia. Odpowiedź nasuwała się tylko jedna. Może Tamara miała do powiedzenia coś jeszcze? Coś, o czym nie powinien dowiedzieć się panicz Marcus, o czym nikt nie powinien się dowiedzieć? Cóż takiego mogła ujrzeć gwardzistka, pełniąca straż przy osobie poległej margrabiny Międzyrzecza? Straszliwe podejrzenie przeszyło umysł chłopaka. Czy stara czarownica byłaby zdolna do tak wielkiej zdrady? Oczywiście, że tak, gdyby tylko dostrzegła w tym jakąś korzyść. Ale jaką korzyść mogła osiągnąć, pozbawiając podstępnie życia najważniejszą sojuszniczkę? Czy podobnie jak w przypadku Tamary posłużyła się ogniem? Wątpliwe, to wzbudziłoby zbyt wiele podejrzeń, skoro cały jej plan opierał się na oskarżeniu prawdziwej Bereniki o oszustwo i podszywanie się pod nową panią Siedmiu Bram, a dowód miała stanowić rzekoma nieumiejętność posługiwania się magią. Zresztą doświadczona pani mocy nie powinna dać się zaskoczyć w taki sposób. Wiedząc, że staje do boju z równorzędna przeciwniczką, powinna zachować szczególną czujność. Co innego cios sztyletem w plecy w bitewnym zamieszaniu. Matka nie była żadną wojowniczką, nigdy dotąd nie widział jej w pancerzu, nawet podczas przyjmowania oficjalnych parad wojska występowała w eleganckich, dworskich sukniach. Po cóż więc udała się na pierwszą linię, czego szukała na tej przeklętej, zasypanej śniegiem przełęczy? Dlaczego właściwie tak ochoczo wsparła niejasną sprawę wiedźmy? I najważniejsze, cóż takiego mogła zyskać Lady Berengaria na śmierci pani Międzyrzecza akurat w chwili, gdy szale zmagań przechylały się na ich korzyść?

Podejrzenie rodziło się powoli, kolejne elementy układanki wskakiwały na swoje miejsce. Opowieść sir Adriana o zaginięciu prawdziwej Lady Berengarii, dziwny przebieg dzisiejszej bitwy, a zwłaszcza zmagań mocy. To, że wiedźma uparcie dążyła do tego, by zawsze stać się pierwszą panią szlachetnej krwi, która czerpała magiczną siłę od błękitnokrwistych mężczyzn z jej otoczenia, by stać się ich pierwszą, prawdziwą kochanką. A gdy z powodu tajemniczej Anity nie udało się to w przypadku Marcusa, dołożyła wszelkich starań, by ją odnaleźć, co ostatecznie kosztowało nieszczęsną służkę życie. Pomimo, że zaklinała się, iż to nie ona uwiodła chłopaka tamtej wiosennej nocy, przed nałożeniem przez matkę ochraniacza. Sama wiedźma też to zresztą potwierdziła, przy okazji zarzucając Marcusowi kłamstwo. I wreszcie, w jaki sposób pani mocy mogłaby przebywać ukradkiem na zamku margrabiny, udając zwykłą służkę i nie zwracając uwagi władczyni fortecy? Nawet wymysł o siostrze, uczącej brata zaklęć w zamian za oddawanie magicznej siły, wykorzystany niegdyś wobec Aurory i bez zdziwienia przyjęty przez barbarzyńską księżniczkę, nabrał obecnie ponurej wymowy. Czy matka znała czary bitewne o wystarczającej potędze, by rozbić śnieg, lód i skały na przełęczy? Wiedźma to potrafiła, sam widział coś takiego na własne oczy, a podczas starcia przez pewien czas skutecznie blokował podejmowane przez nią próby, ale szlachetnie urodzone panie z Południa od dawna nie posiadały takiej wiedzy i oficjalnie ją potępiały, jako domenę szalonych mężczyzn-czarodziejów z dawnych czasów. Wiedzy o magii można jednak nauczyć, a zapłata za dostarczyciela mocy o sile takiej jak on sam, jakoby zupełnie wyjątkowego, musiała być wysoka. Na pewno wyższa, niż kawałek pokrytego górami, lasami i śniegiem pogranicza pomiędzy marchią, a księstwem Siedmiu Bram, co wpisano w oficjalnym kontrakcie ślubnym. Przypomniał sobie teraz, że pomimo pośpiesznie organizowanej ceremonii, obydwie panie szlachetnej krwi znalazły wtedy czas, by w leśnych ostępach oddawać się rozrywkom łowieckim, w których margrabina zwykle nie gustowała, a którym nie sprzyjała również wczesna pora roku. Matka sprzedała go za przekazywane jej w sekrecie czary bitewne. Czy przy tej okazji otrzymała również umiejętność przedłużania życia? Wątpliwe, coś takiego wiedźma powinna utrzymywać w tajemnicy i zachowywać wyłącznie na własny użytek. Chyba, że zmusiła ją wielka potrzeba… Potrzeba natychmiastowego pozyskania silnej armii przeciwko rzekomej uzurpatorce. I dostała wojska Międzyrzecza, ale w zamian za bardzo wysoką cenę. Mogło to stanowić istotny powód zamachu na życie margrabiny. A jeżeli Lady Miranda od samego początku, od złożenia i przyjęcia oferty małżeństwa Marcusa, nie ufała księżnej, to mogła zapragnąć dodatkowego zabezpieczenia, łatwego wtedy do uzyskania. Oczywiście, bez wiedzy wiedźmy i samego chłopaka również. Może pani Siedmiu Bram domyśliła się sama tego, co obecnie podejrzewał, a może matka nieopatrznie ujawniła sekret, chcąc zapewnić sojuszniczkom szybkie i łatwe zwycięstwo. To ostatecznie przesądziło o jej losie. I kto wie, czy jednak nie dała się zaskoczyć atakiem mocy, skoro nie spodziewała się oporu ze strony syna i jego małżonki? Oczywiście, dla niepoznaki i tak należało na koniec wbić jej ostrze w plecy, co zapewne ujrzała nieszczęsna Tamara.

Zajęty tymi ponurymi rozmyślaniami posuwał się przez zasypany śniegiem las, nadal korzystając z mocy. Odrzucił myśl o postoju i odpoczynku. Wprawdzie żaden zwykły patrol nie byłby w stanie dogonić go lub pojmać, ale sama wiedźma uczyniłaby to bez trudu. Na szczęście, w zaistniałej sytuacji nie mogła raczej natychmiast opuścić armii i pola bitwy. To dawało trochę czasu, ale musi się pospieszyć, by jak najlepiej wykorzystać ten dar od losu. Nadal bił się z myślami, rozważając, czy nie ma innego wytłumaczenia niedawnych wydarzeń niż to, które zdawało się wprawdzie wszystko wyjaśniać, ale wywracało cały świat Marcusa. Wiedział już wprawdzie, że panie szlachetnej krwi gotowe są dla mocy i władzy do każdej zbrodni, postępek margrabiny nie mieścił się jednak w głowie. Co innego czyny zdeprawowanej, żyjącej w pogranicznej dziczy wiedźmy, ale tutaj chodziło o jego własną matkę, wyrafinowaną panią jednego z najświetniejszych dworów Królestwa. Czy potrafi znaleźć jakiś dowód? Wysilał na próżno zmęczony umysł, wreszcie równie wyczerpane ciało dało o świcie znać, że nie wytrzyma dłużej gorączkowej galopady. Demon także musiał odpocząć, a zresztą pierwszy małżonek zwycięskiej Lady Bereniki, wysłany z wieściami o zwycięstwie, a tak zamierzał przedstawić powód swego przybycia, nie powinien pojawić się u wrót Złotej Bramy jako wymizerowany rozbitek. Odnalazł więc jakieś zaciszne miejsce, pomagając sobie mocą przygotował schronienie dla siebie i wierzchowca, a odpierając zimne powiewy wiatru żywiołem powietrza oraz ogrzewając się odrobiną żywiołu ognia, zdołał po chwili zasnąć.

Przerażony, uświadomił sobie, że przespał większość krótkiego, zimowego dnia. Oby wiedźma, zajęta porządkowaniem wojsk, nie zdołała tego wykorzystać. Przynajmniej świeża myśl podsunęła pomysł rozwiązania dręczącego Marcusa pytania. Tak, może zdoła odnaleźć dowód, zachował go kiedyś nieświadomie jako sentymentalną pamiątkę, niczym niedoświadczony młodzieniec, po pierwszej dziewczynie, która w pełni otwarła przed nim świat rozkoszy zmysłów. Już wtedy powinien zwrócić na to uwagę, ale wydarzenia potoczyły się tak szybko, że podobne sentymenty wyleciały z głowy chłopaka. Chyba nie wyrzucił jednak tego drobiazgu, zabrał ze sobą do Złotej Bramy i spoczywa on teraz gdzieś w osobistych apartamentach Marcusa?

Pobudzony tą myślą, przełknął jakieś znalezione w sakwach przy siodle resztki jedzenia, Demon musiał zadowolić się wytopioną ze śniegu wodą, po czym ruszyli oboje w stronę zamku. Tym razem posuwał się rozważniej, oszczędzając siły i obiecując sobie solennie, że wytrzyma aż do końca tej podróży i wyprzedzi wiedźmę.

W okolice Złotej Bramy dotarli późnym porankiem następnego dnia, nie najgorsza pora na powrót szlachetnego pana z udanej, wczesnej przejażdżki, czy w tym wypadku, ze zwycięskiej wyprawy wojennej. Gdy tylko ujrzał pokryte śniegiem, strome dachy wież i budynków przystanął jeszcze, by doprowadzić do porządku wygląd własny oraz Demona, w czym przydatne okazały się poznane niedawno od Bereniki czary zmiany postaci. Użył ich oszczędnie, usuwając najbardziej widoczne ślady walki i zmęczenia. Ostatecznie, mógł się odrobinę przeforsować, byle jak najszybciej dostarczyć dobre wiadomości.

Obawiał się trochę, czy aby czarownica nie zdołała go w jakiś sposób wyprzedzić. Teraz dopiero zrozumiał, co musiała odczuwać Sudrun, przeprowadzając swoją niebezpieczną misję. Nie, o Sudrun nie będzie w tej chwili myślał. Wszystko poszło jednak gładko, rozpoznano Marcusa bez problemu, a wiadomości o rzekomym zwycięstwie przyjęto ze szczerą radością. To nie mogła być żadna pułapka, zwykli żołnierze, pachołkowie i służba nie potrafiliby aż tak dobrze udawać. Zresztą wiedźma nie musiałaby tym razem organizować podobnego przedstawienia. Gdyby wyprzedziła chłopaka, pojmałaby go w chwili, gdy przejechał przez bramę. Zarządcy dworu wydał polecenie przygotowywania uroczystości powitalnych, trudno, skorzysta na tym Lady Berengaria, zapowiedział, że gdy tylko wykona rozkazy, z którymi przybył, wyrusza ponownie na spotkanie pani i małżonki, zażądał zapasów, oporządzenia Demona oraz podstawienia dodatkowych koni na zmianę, po czym, z trudem panując nad niecierpliwym pragnieniem poznania prawdy, pod pretekstem odpoczynku udał się do swoich pokojów, odrzucając propozycję przygotowania kąpieli.

Nie miał głowy do żadnych kąpieli, a obecność służących tylko by przeszkadzała, nawet gdyby nie przysłano zachowujących się uwodzicielsko młodych dziewcząt, z którą to praktyką Berenika na szczęście skończyła. Rozległy, luksusowy apartament złożony z kilku komnat już dawniej irytował Marcusa, gdy przebywał tam niemal jako więzień, padając ofiarą podstępnej gry prowadzonej przez wiedźmę oraz ulegającą wówczas jej wpływom księżniczkę. Tamte uczucia okazały się jednak niczym wobec obecnej frustracji, gdy przeklinając w cichej furii przetrząsał szuflady, komody, szafy i wszelakiego rodzaju inne schowki w kolejnych pokojach. Przecież musi to gdzieś tutaj być, nie wyrzucił tej „pamiątki”, służba też nie miałaby powodu, aby ukraść coś tak bezwartościowego, nawet gdyby ktokolwiek ośmielił się na taki czyn pod bokiem surowej Lady Berengarii. Może jednak zgubił? Wreszcie znalazł, wrzucony do jednej z szuflad, razem z nożem myśliwskim, odłamanym grotem strzały, którą trafił pierwszego jelonka oraz portretem Bereniki, ciśniętym niegdyś w gniewie i zapomnianym. Jest… Nie mógł się mylić, zachował jak dotąd tylko jeden kosmyk kobiecych włosów, a włosy potrafiły, jak sam się przekonał, zdradzić niejedną, podstępną panią mocy. Tak, jak zdradziły niegdyś samą Lady Berengarię. Długie i bujne, a takimi lubiły przyozdabiać swą urodę szlachetnie urodzone damy, łatwo wypadały pod dotykiem namiętnej dłoni kochanka, a potem, nie objęte już czarami zmiany postaci, powracały do naturalnego stanu, zazwyczaj niezauważone i zapomniane. Ale pewien sentymentalny dureń zachował kosmyk pierwszej dziewczyny, z którą trafił do łoża, a który odnalazł później w pościeli. Zachował, chociaż brał ją za zwykłą służącą. Jak mógł tego wtedy nie zauważyć? Jak mógł sądzić, że te długie, połyskujące brązem kosmyki należały do Anity, śmiałej, krótkogrzywej i czarnowłosej służki, na którą sprowadził nieszczęście, a w końcu okropną śmierć? Nie, miał w tym wprawdzie udział, wynikający z głupoty i naiwności, ale rzeczywistymi winowajczyniami były dwie błękitnokrwiste panie mocy, wielkie damy Królestwa. Jedna z nich to, oczywiście, Lady Berengaria, ale druga, to właścicielka tego kosmyka, długowłosa, olśniewająca urodą brunetka. Szlachetnie urodzona Lady Miranda, margrabina Międzyrzecza, jego własna matka.

55

Już w drodze do Złotej Bramy domyślił się, cóż takiego musiało zajść i jakie może być jedyne wytłumaczenie wypadków, które spotykały go od chwili, gdy na porządku stanęła sprawa małżeństwa z Bereniką, następczynią tronu Siedmiu Bram, jednak odkrycie dowodu machinacji własnej matki, bo kosmyk jej włosów uznał za dowód aż nadto wystarczający, która nie tylko sprzedała własnego syna w zamian za wiedzę o podejrzanych i potępianych oficjalnie zaklęciach, ale chcąc się następnie zabezpieczyć przed Lady Berengarią, której najwidoczniej do końca nie ufała, chwyciła się występnych środków i nie zawahała przed wykorzystaniem naiwności oraz nasienia i mocy Marcusa, uwodząc chłopaka pod postacią służącej, mocno nim wstrząsnęło. Tym bardziej, że za nieświadomy udział w intrygach wielkich dam Królestwa nieszczęsna Anita zapłaciła ostatecznie życiem. Nie miał już wątpliwości, że za tak wysoką cenę odkrył jedno z praw posługiwania się mocą, znane zapewne nielicznym tylko czarownicom. Ta, która jako pierwsza zaczerpnęła magicznej siły od dojrzewającego pana szlachetnej krwi, która jako pierwsza uczyniła go swoim kochankiem, krótko mówiąc, stawała się następnie na tę moc niewrażliwa oraz mogła ją zablokować. Zablokować zarówno wtedy, gdy sam próbował jej użyć, co nie mogło zdarzać się zbyt często, skoro błękitnokrwistych paniczów od wieków nie uczono posługiwania się magią, jak i w sytuacji, gdy mocy tej używała inna dama czy też wiedźma, która w wiadomy sposób mogła pozyskać ją z lędźwi mężczyzny. Ta całkowita blokada działała chyba tylko w bezpośredniej obecności pierwszej kochanki, a przynajmniej na ograniczonym dystansie, dzięki czemu odzyskał następnie swoje zdolności, ale w zupełności wystarczała dla sprawowania kontroli. To dlatego stara księżna nie szczędziła trudu, by zawsze stać się tą pierwszą, wykorzystując pradawny zwyczaj osobistego sprawdzania kandydata na męża córki czy innej podopiecznej. Kto wie, może zresztą w tej praktyce tak naprawdę chodziło właśnie o to, by zabezpieczyć się przed niecierpliwą następczynią, ale wiedza o tych niuansach została z czasem zapomniana? Nie przez wszystkich jednak, jak miał okazję się przekonać. Dzięki takiemu zabezpieczeniu, wiedźma mogła nie obawiać się zaklęć rzucanych przez córkę, wnuczkę czy prawnuczkę i wyjaśniało to sposób, w jaki poradziła sobie z prawdziwą Berengarią, chociaż los rzeczywistej nosicielki tego imienia pozostawał nieznany.

Ostatnia myśl przypomniała mu o innych sprawach, którymi musiał się zająć jako chwilowy pan zamku Złotej Bramy. Sir Adrian, nie wolno pozostawić go na łasce wiedźmy. Ta wprawdzie raczej nie pozbawi byłego pana Trzeciego życia, ale stary arystokrata na pewno już nigdy nie opuści swojej szczególnej kwatery. Przynajmniej temu można jeszcze zaradzić.

Znając drogę, pospieszył do tajemnych lochów i zażądał otwarcia wrót celi sir Adriana przez pełniącą akurat służbę panią Olgę. Ta, również otrzymawszy zapewne stosowne rozkazy od Bereniki, wykonała polecenie. Z pewnym zdziwieniem Marcus przekonał się, że starszy pan rozlewa właśnie wino do trzech kielichów, bo w stanowiącej jego właściwą kwaterę tylnej części pomieszczenia zasiadała w fotelu pani Edyta, odziana swój szczególny strój gwardzistki. Drzwi w dzielącej celę kracie pozostawały otwarte.

– Zostawicie nas samych – rzucił niecierpliwie Marcus.

– Witaj, młody książę. – Sir Adrian postawił napełnione naczynia na srebrnej tacy przykrytej białą serwetą. – A wy, zostańcie jeszcze przez chwilę, łaskawe panie. Wzniesiemy toast za zwycięstwo szlachetnej lady Bereniki, prawowitej księżnej Siedmiu Bram i mojej wspaniałej córki. Wieści o waszym triumfie rozeszły się już po całym zamku i trafiły nawet do mojej celi, sir Marcusie. Przyniosła je pani Edyta, wspaniałomyślnie dostarczając również to wino.

Nieoczekiwanie upadł na kolana przed powstającą z fotela strażniczką i podał jej trunek. Przyjęła naczynie, spoglądając cokolwiek niepewnie na chłopaka, ale pozostała w miejscu. Sir Adrian zaoferował kolejny kielich Oldze, która w ślad za Marcusem weszła do kwatery byłego więźnia. Trzecie naczynie trafiło w dłoń nieoczekiwanego gościa. Tym razem pan Trzeci poprzestał na głębokim ukłonie. Nie znajdując wolnego kielicha, napełnił dla siebie zwykły, gliniany kubek.

Marcus miał ochotę zakończyć niecierpliwie to przedstawienie, nie chciał jednak wzbudzać podejrzeń, przerywając celebrowanie toastu na cześć rzekomego zwycięstwa, za którego fałszywego zwiastuna przecież się podawał.

– Wypijmy za pomyślność księżnej Bereniki, pani Siedmiu Bram oraz jej tu obecnego, pierwszego małżonka, sir Marcusa.

Wprawdzie sir Adrian wzniósł tylko zwykły kubek, uczynił to jednak w sposób najbardziej naturalny i elegancki spośród wszystkich obecnych. Chłopaka trawiła niecierpliwość i poczucie absurdalności całej sytuacji, a obydwie gwardzistki pamiętały przecież, że zamierzał bezceremonialnie wyprosić je za drzwi.

– Musimy teraz obydwie cię zostawić, sir Adrianie – oświadczyła Edyta, kiwając głową w stronę Olgi.

– Oczywiście, moje panie. Wróćcie jednak, gdy tylko okaże się to możliwe.

Arystokrata z pewnym żalem odprowadził spojrzeniem wychodzące z pomieszczenia wojowniczki. Marcus odczekał jeszcze, aż ucichły odgłosy ich kroków. Na szczęście, metalowe końcówki obcasów nie pozwalały im raczej na skradanie się po kamiennej posadzce. To, co miał do powiedzenia, przeznaczył wyłącznie dla uszu sir Adriana.

– Raz jeszcze przyjmij moje gratulacje, chłopcze. Miałeś z pewnością wielki udział w zwycięstwie naszej pani.

Pan Trzeci ponownie napełnił dwa naczynia, a Marcus odruchowo opróżnił kielich. Przecież miał do przekazania tylko złe nowiny.

– To wszystko kłamstwa, obliczone na zmylenie dworzan, żołnierzy i służby. Przegraliśmy! Przegraliśmy bitwę, Berenika w niewoli, a ja cudem uciekłem dzięki szczęściu i dobremu rumakowi pod siodłem. Musimy jak najszybciej opuścić zamek, lady Berengaria wkrótce tu powróci pod postacią twojej córki, rzecz jasna.

– Co się stało?

– Magia zawiodła, tak samo, jak w twojej opowieści. Wiedźma rozbiła śnieżne zaspy na przełęczy i obezwładniła naszą moc. Unieruchomiła Berenikę, mnie udało się ujść. Nie potrafiliśmy jej powstrzymać, w żaden sposób nie wyczuwaliśmy żywiołów, które splatała. Generał Harold zdradził, obwołał Berenikę oszustką, która jakoby nie potrafi posługiwać się czarami. Ta zdrada musiała zostać przygotowana wcześniej i armia przeszła na stronę Berengarii. Zabiłem tego szczura, ale to niczego nie zmieniło. Musimy uciekać, albo wpadniemy w ręce wiedźmy.

– Nie potrafiliście jej powstrzymać? Oboje? Ty również próbowałeś, młody panie?

– Tak, Berenika nauczyła mnie posługiwania się mocą, jeśli już koniecznie musisz wiedzieć, ale to i tak nic nie dało. Moja moc jest silna, naprawdę silna, możesz mi wierzyć, ale przeciwko starej czarownicy nie zadziałała. Pokonała nas w taki sam sposób, jak twoją panią i małżonkę, prawdziwą lady Berengarię.

Sir Adrian nie okazał większego zaskoczenia, pomyślał najwidoczniej o czymś innym

– Byliście tacy pewni siebie i swojej siły, ostrzegałem was… Nasza historia powinna stać się dla was przestrogą.

– Tak, powinna. Ale moja moc zawsze działała, także przeciwko wiedźmie. Miałem okazję wiele razy się o tym przekonać.

– Więc jakim sposobem? Zastanawiałem się nad tym od lat. Odkąd zniknęła moja Berengaria.

– Chyba wiem, dlaczego. Pani szlachetnej krwi przejmuje kontrolę nad magiczną siłą błękitnokrwistego pana, dla którego stała się pierwszą prawdziwą, pierwszą czerpiącą moc kochanką. Potem tej mocy nie można już użyć przeciwko niej, nawet gdy posługuje się nią inna kobieta. Tak stało się w przypadku twoim i twojej  Berengarii, która brała moc głównie od ciebie i jeszcze od sir Waldemara oraz sir Rogera. Ty sam opowiadałeś, że ówczesna lady Beatrycze poddała cię tej szczególnej, przedślubnej próbie, ich obydwu zapewne również. Musiała czynić tak od dawna.

– A ciebie pominęła, młody książę?

– Nie, nie pominęła. Ale jednak przeliczyła się w swoich planach. Nie była tą pierwszą, inna szlachetnie urodzona pani wyprzedziła ją w moim łożu.

– Któż to taki?

– Przez długi czas nie wiedziałem, brałem ją za zwykłą służkę…

– Ale okazała się władczynią mocy?

– Tak, to była moja matka! – wyrzucił wreszcie z siebie to wyznanie. – Moja własna matka, lady Miranda, szlachetna i wspaniała margrabina Międzyrzecza uwiodła mnie w moim łożu, udając jedną z służek! Uczyniła to, gdy tylko stałem się zdolny do usłużenia damie, następnego dnia nałożyła ochraniacz, a wkrótce później sprzedała księżnej Siedmiu Bram. Ta przybyła po obiecany towar, uiściła umówioną zapłatę, ale okazał się napoczęty i wybrakowany. Myślę, że Dostojna Margrabina sama chciała zabezpieczyć się przed moją mocą w ręku wiedźmy, bo podobno dysponuję nadzwyczajną siłą. Dzięki temu mogliśmy dotąd, razem z Bereniką, skutecznie się jej opierać.

– Dlaczego czarownica podjęła takie ryzyko? I w jaki sposób pokonała was obecnie?

– Na przełęczy pokonała nas margrabina, to ona rozbiła śnieg, lód i skały, używając wojennej magii, otrzymanej od Berengarii w zamian za moją osobę. Nic dziwnego, że nie potrafiliśmy się jej przeciwstawić i nawet nie wyczuliśmy splotów, które tworzyła. Jest, była odporna ma moją moc, a Berenika… Berenika od pewnego czasu nie wzywała do łoża sir Lucjusza. Obiecała to z miłości dla mnie i dotrzymała słowa. Dotrzymała słowa na zgubę własną i nas wszystkich.

– Powiedziałeś jednak, książę, że to wiedźma ostatecznie pozbawiła was mocy i pojmała Berenikę?

– W tej sprawie jest coś jeszcze. To, o czym mówiłem, podejrzewałem już wcześniej, nie wiedziałem tylko, że uwiodła mnie własna matka, niech przeklęte będzie imię Międzyrzecza! Ale to nie wszystko. Lady Berengaria wyczuła, że towar został naruszony, podstępem skłoniła mnie do wyjawienia imienia tej służki, Anity, a następnie kazała porwać nieszczęsną dziewczynę i zabiła na moich oczach. A raczej, uczynił to ten zwyrodnialec, sir Oswald, ale to nie ma teraz większego znaczenia. Dlaczego aż tak bardzo jej na tym zależało? I dlaczego okazała wielkie niezadowolenie, gdy przekonała się, że Anita to zwykła dziewczyna z ludu? Nieszczęsna, zapłaciła życiem za moją własną głupotę i intrygi margrabiny, ale o co chodziło wiedźmie? O zwyczajną zemstę? Wątpię.

– O cóż więc?

– Podejrzewam, że kontrolę nad mocą błękitnokrwistego mężczyzny przerywa śmierć tej pierwszej, szlachetnie urodzonej pani, której usługiwał w łożu.

– To chyba oczywiste.

– I ta władza przechodzi na następną w kolejce damę, niczym porządek dziedziczenia wielkiego lenna Królestwa.

– I myślisz, młody panie…

– Wiem, że margrabina Międzyrzecza znalazła śmierć w tej bitwie. Nie widziałem tego na własne oczy, ale usłyszałem z ust kogoś, komu wierzę. I kto również zapłacił własnym życiem za przekazanie tej wiadomości. Wiedźma na moich oczach spaliła kulą ognia Tamarę, jedną z osobistych gwardzistek lady Mirandy. Uczyniła to, zanim dziewczyna zdążyła powiedzieć coś więcej.

– I przypuszczasz, Marcusie…

– Tak… Czarownica zabiła kiedyś Anitę, bo zamierzała odzyskać kontrolę nad moją mocą, dlaczego nie miałaby postąpić tak samo w przypadku margrabiny, gdy ta wykonała już swoje zadanie i tylko by przeszkadzała? Berengaria musiała zapłacić lady Mirandzie za pomoc, uznanie jej wątpliwych roszczeń i dostarczenie wojsk, zapłacić bardzo wysoką cenę…

– Zapłaciła wiedzą o czarach przedłużających życie?

– Nie widzę innej możliwości. To tym bardziej popchnęło wiedźmę do zabójstwa, gdy sojuszniczka przestała być potrzebna i stała się niewygodna.

– I uważasz, że od tej chwili to ona kontroluje twoją moc, podobnie jak i moją własną?

– Tak, jak już powiedziałem, szlachetnie urodzone panie dziedziczą tę władzę niczym księstwo czy hrabstwo.

– I następna w kolejce jest Berenika?

– Oczywiście! Ale to nie ma obecnie żadnego znaczenia.

Pomyślał przelotnie, że za Bereniką stoją jeszcze Aurora oraz Ragnega, ale to już naprawdę było nieistotne.

– Jeżeli to wszystko prawda…

– To musi być prawdą, nie widzę innego wytłumaczenia tego, co spotkało nas oboje z Bereniką, a także i ciebie razem z prawdziwą Berengarią.

– Jeżeli to prawda, to co zamierzasz uczynić, młody Marcusie? Co w ogóle możesz zrobić?

– Musimy uciekać. Musimy uciekać do barbarzyńców, do Ludu Północy. Mam tam przyjaciół, zdobyłem ich podczas ostatniej wyprawy, pomogą nam – zapewnił, cokolwiek na wyrost. – Zabieram cię ze sobą, panie.

– Może i wiedźma tam cię nie dosięgnie, przynajmniej nie od razu. Ale co dalej?

– Zamierzam też wziąć ze sobą sir Lucjusza, za jego zgodą lub bez. W tej chwili to chyba jedyny szlachetnie urodzony pan w okolicy, którego mocy stara księżna nie kontroluje. Nie licząc barbarzyńskich lordów, rzecz jasna, ale oni zbierają magiczną siłę długo i powoli.

– W jaki sposób zdołasz tę moc wykorzystać? W jaki sposób nakłonisz sir Lucjusza do współpracy? O ile rozumiem, to nie darzycie się wielką przyjaźnią.

– Jeszcze nie wiem. Może jego siłę przejmą czarownice z Ludu Północy, mam tam… – Ugryzł się w język.

– Przyjaciół, jak powiedziałeś. A może i przyjaciółki? – Sir Adrian nie wydawał się zgorszony. – Zapomniałeś jednak o czymś, młody książę. Ty sam nie nosisz ochraniacza, moja Berenika obdarzyła cię takim przywilejem, ale sir Lucjusz zapewne tak.

– To nauczę go rzucania czaru ognia i podsunę wiedźmie. Nie wiem zresztą, coś wymyślę. Tutaj nie mamy na to czasu!

– Prędzej użyje magii przeciwko tobie.

– Nie wiem! – powtórzył niecierpliwie Marcus. – Ale na pewno nie zostawię Lucjusza czarownicy niczym kolejny łup wojenny, by mogła z niego korzystać, gdy już zmusi Berenikę do zdjęcia ochraniacza. Dopóki tego nie uczyni, moja pani i małżonka, a twoja córka, ma zresztą jakiś atut wobec Berengarii, inny niż tylko noszoną w łonie następczynię tronu. Którą to ochronę za jakiś czas utraci i co wtedy?

– To szalony plan, Marcusie. O ile twoje pomysły można w ogóle nazwać planem. Życzę ci jednak powodzenia, z całego serca życzę powodzenia.

– Nie zamierzasz udać się razem ze mną na Północ?

– Jestem już na to za stary, mamy zimę, a to zły czas na taką podróż.

– Otworzę nam drogę mocą.

– Nie, Marcusie. Zostanę tutaj i poczekam na Berengarię. Może w jakiś sposób zdołam pomóc Berenice?

– Chcesz oddać się w ręce wiedźmy, której nienawidzisz? Kto wie, czy z miejsca cię nie zabije?

– Nie sądzę. Pomimo wszystko, zbieram trochę mocy, a ona pożąda jej ze wszystkich sił. Podobnie jak i ja…

Chłopak odniósł wrażenie, że tym razem to pan Trzeci ugryzł się w język. Przypomniał sobie dziwaczną scenę, której świadkiem i mimowolnym uczestnikiem stał się po przybyciu do kwatery sir Adriana, przypomniał sobie spojrzenie, którym arystokrata odprowadził Edytę i Olgę, jego wyrażane kilkakrotnie przywiązanie do obydwu strażniczek.

– Chcesz tu zostać ze względu na te dwie gwardzistki? Nie wierzę! A zresztą, jeśli koniecznie tego pragniesz, a one się zgodzą, to możemy zabrać je ze sobą.

Starszy pan uśmiechnął się smutno.

– Nie o to chodzi, młody książę. Lubię je, ale nie aż tak bardzo. Chociaż i tak nie chciałbym narażać ich na tułaczkę oraz gniew lady Berengarii. Pewnych rzeczy nie doświadczyłeś jeszcze  nigdy w takim stopniu jak ja, pewnych rzeczy nie rozumiesz.

– Masz na myśli swoje dziwne upodobania? Każdy ma takie czy inne.

– Nie, młody panie. Nie nosisz teraz ochraniacza, nosiłeś wprawdzie przez jakiś czas, ale twoje przerwy w oddawaniu mocy nie trwały nigdy dłużej niż kilka dni, prawda?

– Tak, to prawda, jeśli się nad tym zastanowić. Lady Berengaria czerpała z niej bardzo często.

– No widzisz, a ja już od kilku miesięcy nie miałem okazji ofiarować nasienia. Ostatnim razem uczyniłem to w twojej obecności, sam wiesz, ile dni upłynęło od tamtej chwili. A może nie pamiętasz, ale ja zliczam je obecnie co do jednego. Pragnę uwolnić się od mocy, pragnę tego całym sobą.

– Chcesz oddać tę moc wiedźmie?

– Tylko ona może zdjąć ochraniacz. I z pewnością to zrobi, prędzej czy później, bo pożąda każdej kropli magicznej siły. Panie Edyta i Olga, ich obecność, pozwalają zapomnieć na chwilę o trawiącym mnie cierpieniu, ale ono powraca z coraz większą natarczywością. Wybacz mi, moja Berengario, wybacz Bereniko, wybacz i ty, Marcusie, ale nic na to nie poradzę. Jestem słaby.

– Nauczę cię rzucania czarów, pozbędziesz się w ten sposób nadmiaru mocy.

– Nie, młody książę. To nie wystarczy, moc jest w tych sprawach tylko dodatkiem. Dodatkiem, który nie ma dla mnie znaczenia. A jeżeli ulegnę pokusie próby rozładowania w ten sposób napięcia, to gdy lady Berengaria uzna, że spisuję się gorzej niż dawniej, zacznie odwiedzać mnie jeszcze rzadziej.

– Może zdołasz jej w jakiś sposób zaszkodzić!

– Moja moc na nią nie działa, zapomniałeś?

– Otwórz umysł, panie!

– Nie, Marcusie.

– Dam ci czar ognia, czy tego chcesz, czy nie. Może znajdziesz okazję.

Chłopak otworzył własne myśli, podobnie jak czynił to z Bereniką i Aurorą, ale tym razem natknął się na obronny mur, którego nie potrafił przebić. Nie potrafił, pomimo własnej siły i podejmowanych starań. Sir Adrian nie chciał wiedzy o magii, zamykał się przed nią, a może zresztą przekazywanie jej pomiędzy niechętnymi mężczyznami okazywało się trudniejsze, niż pomiędzy kobietą a jej kochankiem? Ostatecznie, czyż sam przy takich okazjach nie łączył się zawsze w szczególny sposób z obydwiema nauczycielkami? Zrezygnował.

– Wybacz mi, młody Marcusie. Jestem stary i słaby.

– Mimo wszystko, życzę ci powodzenia, panie. Jeśli spotkasz kiedyś Berenikę, powiedz jej…

– Powiem, że ma wspaniałego pierwszego męża, powiem, by nie traciła nadziei, powiem, że ją kochasz.

Marcus w milczeniu uściskał starego arystokratę i opuścił celę. Miał jeszcze wiele do zrobienia, zanim porzuci zamek Złotej Bramy.

56

W pierwszej kolejności polecił odszukać Edytę i Olgę. Stawiły się, nadal odziane w swoje szczególne uniformy, wzorowane wprawdzie na ekwipunku bojowym, ale bardziej przydatne do oddziaływania na mężczyzn, mężczyzn o specyficznych upodobaniach, jak sir Adrian. Przypomniał sobie, że podobnie ubierała się niekiedy lady Berengaria i wywierało to niegdyś pewne wrażenie również na nim samym. Odegnał te myśli, takimi prostymi manewrami wiedźma nie zdobędzie nad nim władzy, zwłaszcza teraz, gdy poznał już jej prawdziwe oblicze.

– Przekonałem się, że dobrze opiekujecie się sir Adrianem, księżna Berenika przyjmie to z zadowoleniem.

– Staramy się jak najlepiej wykonywać rozkazy szlachetnej pani – odparła starsza, Edyta.

Pomyślał, że równie ochoczo dręczyły pana Trzeciego na polecenie czarownicy, ale jednak w tym wszystkim nie o to chyba tylko chodziło, skoro stary arystokrata zdawał się odczuwać w stosunku do swoich strażniczek pewne przywiązanie. Nieważne, obecnie ma dla tej dwójki inne zadanie i powinny wykonać je jak najlepiej.

– Wszyscy służymy księżnej Siedmiu Bram. – Nie omieszkał przypomnieć, że działa jakoby jako wysłannik pani i małżonki. – Sir Adrian prosił, abyście jak najszybciej ponownie dotrzymały mu towarzystwa, ale macie też inne, ważne obowiązki. Zajmujecie się więźniami z Ludu Północy i pilnujecie, by nie zebrali mocy na tyle, by zdołali nam zagrozić.

– Czyniłyśmy tak pod nieobecność lady Berengarii, a nowa pani zleciła nam te same obowiązki.

 „Mam nadzieję, że również tylko na czas własnej nieobecności.” – Pomyślał Marcus, ale zaraz zawstydził się tych podejrzeń. Jeżeli jego przypuszczenia były słuszne, to otrzymał niedawno niezbity dowód na to, że zgodnie ze złożoną obietnicą Berenika czerpała magiczną siłę tylko z lędźwi pierwszego małżonka.

– Ilu przebywa obecnie w lochach i jak często musiałyście odbierać im moc?

– Jedenastu… sir Marcusie. Wypadało to różnie dla każdego z nich, ale odbywałyśmy procedurę, ja albo Olga, co dwa tygodnie. Tak na wszelki wypadek, powinno wystarczyć na dłużej, ale szlachetna księżna Berengaria zalecała ostrożność.

– Rozumiem, nowa pani również pochwala takie podejście. Kiedy zajmowałyście się nimi ostatnio?

– Jakieś dziesięć dni temu… sir Marcusie. – Edyta miała najwyraźniej kłopot z określeniem pozycji rozmówcy, nie kwestionowała jednak prawa chłopaka do wydawania rozkazów. Przynajmniej w tej chwili, nie należało więc tracić czasu.

– W takim razie zróbcie to dzisiaj jeszcze raz, ze wszystkimi. – Będą niegroźni przez dwa albo trzy tygodnie, może dłużej, więcej nie potrzebuje. – Potem każcie przygotować ich do podróży, konie, odpowiednie zapasy, wyposażenie, kilku żołnierzy straży. Na rozkaz mojej pani i małżonki zabieram tych ludzi z zamku. Pospieszcie się, chcę wyjechać jeszcze przed zmrokiem.

– Razem z Olgą poradzimy sobie, panie.

– Nie wątpię. I dbajcie o sir Adriana, z jakichś powodów was lubi.

– Oczywiście, młody panie. Słyszymy to z radością. – Tym razem przyjęcie rozkazu potwierdziła druga z wojowniczek.

Załatwiwszy tę sprawę i odprawiwszy obydwie gwardzistki do ich szczególnych obowiązków, mógł zająć się najważniejszą rozmową, którą odkładał na koniec.

Tak jak się spodziewał, sir Lucjusza zastał w przydzielonych mu apartamentach. Przekonał się, że nie ustępowały jego własnym, ktoś zadał sobie sporo trudu, by urządzić je wygodnie i z dobrym smakiem. – „Berenika?” – Pomyślał z ukłuciem zazdrości. Chyba jednak nie miała na to ani głowy, ani czasu. Najprawdopodobniej, pozostawiony samemu sobie trzeci małżonek księżnej Siedmiu Bram zabijał w ten sposób nudę, zgodnie zresztą z oczekiwaniami wobec szlachetnie urodzonych i dobrze wychowanych panów błękitnej krwi.

– Czemu zawdzięczam tę wizytę, panie Wielki? Zapewne zamierzasz osobiście przekazać mi wieści o zwycięstwie naszej pani? Już o tym usłyszałem i możesz mi wierzyć, że podzielam powszechną radość. – Zabrzmiało to raczej sztywno. – Może jednak dostojna lady Berenika zechciała zaszczycić swego oddanego i posłusznego małżonka osobistym przesłaniem i wybrała ciebie, panie, na posłańca?

– Częściowo tak, sir Lucjuszu. – Z przyjemnością podszedł do dobrze rozpalonego kominka. – Z polecenia naszej pani i małżonki mamy niezwłocznie opuścić zamek Złotej Bramy. Szykuj się do drogi.

– Szlachetna księżna Siedmiu Bram wzywa mnie do swego boku?

Gdyby podjął tę grę, może wszystko przebiegłoby łatwiej, ale oparł się pokusie, musiał wstrząsnąć tym chłopakiem, który niezależnie od własnej woli i zamiarów stał się obecnie największym potencjalnym zagrożeniem dla wiedźmy. A raczej może się nim stać, jeżeli jego własny, nieokreślony jeszcze do końca plan się powiedzie.

– Niezupełnie, panie. Z rozkazu lady Bereniki udamy się w inne miejsce, do Ludu Północy.

– Oszalałeś, sir Marcusie? Do tych dzikusów i to w środku zimy? To niemożliwe!

– Zapewniam cię, panie, że poradzę sobie ze wszystkim. A ty będziesz mi towarzyszył, z własnej woli, albo pod przymusem.

– Nie pojadę! Nasza pani nie mogła wydać takich rozkazów!

– Wiem lepiej od ciebie, co porabia oraz co planuje nasza pani i małżonka.

– Tak, odkąd przybyłeś faworyzowała cię na różne sposoby, mnie zupełnie pomijając. Ale z pewnością nie wiesz wszystkiego, panie Wielki!

– Wiem, że od dawna nie wzywała cię do łoża.

– Takiś tego pewien, panie Pierwszy?

– Tak, jestem tego pewny.

– Takiś pewien, że szlachetna księżna Siedmiu Bram tylko ciebie obdarzała wyjątkowymi łaskami?

– Na pewno od dawna nie korzystała z twojej służby w łożu – powtórzył.

– Mylisz się, panie Wielki.

– Kłamiesz, z pewnością kłamiesz.

– To spójrz na to. – Sir Lucjusz nieoczekiwanie zaczął zdzierać z siebie eleganckie szaty, a raczej dolną ich część. – Wiem dobrze, że nasza pani nie nakłada ci pierścieni wierności i cieszysz się jej szczególnym zaufaniem. Ale i mnie obdarowała podobnym przywilejem, zobacz sam!

Pan Trzeci usunął ostatni element odzienia okrywający przyrodzenie i rzeczywiście, oczom Marcusa ukazały się genitalia chłopaka, wolne od przeklętego ochraniacza.

– Kiedy…

– Przed wyruszeniem na wojnę. I wtedy…

– Tak, zdjęła pierścienie, temu nie mogę zaprzeczyć. – Przy swoim nieprzewidywalnym charakterze oraz szczególnym poczuciu sprawiedliwości Berenika istotnie mogła postąpić w tak nieoczekiwany sposób. Ale na pewno nie posiadła sir Lucjusza w łożu, po prostu nie mogła tego uczynić, nie tylko z powodu obietnicy danej Marcusowi, ale przede wszystkim dlatego, że podważałoby to wszystko, czego domyślił się na temat funkcjonowania daru mocy, przyczyn ich własnej klęski oraz zniweczyłoby rysujący się w głowie chłopaka plan działania. Gdyby przed opuszczeniem zamku istotnie skorzystała z usług trzeciego męża, to znowu stanąłby przed zasłoną tajemnicy, nie wiedząc, co dalej. Nie, żeby te zamierzenia zostały dokładnie sprecyzowane, nadal czekało mnóstwo trudności i niewiadomych, ale wtedy miałby przed sobą tylko wszechogarniającą ciemność. Musi założyć, że Berenika dotrzymała słowa, a ten tutaj niedowarzony młokos kłamie, aby tylko dopiec rywalowi. – Ale nie wierzę, żebyś się z nią pokładał, panie Trzeci.

– Wierz sobie w co chcesz, panie Wielki.

– Tak właśnie zrobię. Ale jest jeszcze jedna kwestia, którą muszę poruszyć. W jaki sposób wysyłasz wiadomości swojej matce? – Przeszedł do najważniejszego etapu rozmowy

– W jaki sposób co robię?

– W jaki sposób przesyłasz wieści swojej matce, hrabinie Lawinii z Wysokiego Lasu?

– Niczego takiego nie uczyniłem!

– Zapewne robisz to potajemnie, skoro nie chcesz się przyznać. Ale wiem, że musiałeś przekazywać jej wiadomości.

– Nie przesyłałem lady Lawinii żadnych listów!

– Kłamiesz w tej sprawie, podobnie jak twierdząc, że księżna Berenika wzięła cię do łoża przed wyruszeniem na ostatnią wyprawę. Wiem to z całą pewnością. – Istotnie, tego akurat również musiał być pewien, tylko w  taki sposób dało się wytłumaczyć postępowanie ich przeciwniczek.

– Skąd ta pewność? Nie zdradziłem naszej pani!

– Nie obawiaj się, Lucjuszu, wcale nie twierdzę, że popełniłeś zdradę. Wiem, że nie przekazałeś hrabinie żadnych informacji o planach księżnej Bereniki, ani o stanie wojsk Siedmiu Bram – złagodził zarzuty. – Po prostu, skarżyłeś się, że nasza pani i małżonka nie bierze cię do łoża, nie korzysta z twoich usług i nie zdejmuje ochraniacza, bo o to żaliłeś się matce jeszcze przed wybuchem wojny. Żaliłeś się, że lady Berenika faworyzuje mnie, swojego pierwszego męża, ciebie zupełnie odsuwając i za nic mając twoje służby. Może zwracałaś się o radę i pomoc.

– Ale jak…

– A lady Lawinia udzielała ci pewnie rad, chociaż pomóc w żaden sposób nie potrafiła. Prosiła jednak o wieści, jak na dobrą matkę przystało. Czyż nie tak, Lucjuszu?

– Skąd… skąd możesz o tym wiedzieć?

– Mnie również wysłano na obcy dwór, bym poślubił nieznaną sobie małżonkę, która stanie się moją nową panią. Wiem, co czułeś… – Tutaj Marcus przerwał, odrobinę zawstydzony. Owszem, wiedział, ale w tamtych upojnych chwilach po połączeniu się z uwolnioną Bereniką, po ich pogodzeniu się, gdy buzowała w nim moc i z rozkoszą obdarzał nią ukochaną, gdy trwali w przekonaniu, że mają cały świat u stóp, a wiedźma w niczym im już nie zagraża, niewiele obchodziły go uczucia sir Lucjusza. Oboje popełnili błąd, straszliwy błąd. Gdyby już wtedy potrafił skojarzyć to, co wiedzieli na temat poczynań lady Berengarii… – Tak, Berenika skrzywdziła cię, Lucjuszu. Miała prawo postąpić tak, jak postąpiła, a ja okazałem zadowolenie z jej decyzji, ale nie powinna cię odsuwać.

– Tak jak powiedziałeś, miała do tego prawo, jako nasza pani i małżonka. Nie musiała i nadal nie musi przed nikim się tłumaczyć. Ale i ja nie muszę, przynajmniej przed tobą. I nie chcę twojego współczucia, panie Pierwszy.

– Rozumiem, sir Lucjuszu. Nie zmienia to jednak faktu, że przesyłałeś wieści swojej matce. Nie musisz wyjaśniać, jak to dokładnie robiłeś, przynajmniej nie mnie. Nie ma to zresztą większego znaczenia, gołębie, zaufani posłańcy czy w inny sposób.

– Nie mam zamiaru niczego ci mówić, panie Wielki.

– A ja wcale tego nie żądam. Wymagam tylko, byś zastosował się do rozkazów naszej pani i małżonki, szlachetnej lady Bereniki, księżnej Siedmiu Bram i przygotował do wyjazdu na Północ. Na początek możesz na nowo się ubrać. – Wskazał ruchem głowy na wciąż obnażone przyrodzenie sir Lucjusza. – I przy okazji wybierz prostsze, za to cieplejsze odzienie. Nie pakuj zbyt wielu rzeczy, wyruszamy jeszcze dzisiaj i będziemy podróżować szybko.

– Nie pojadę w śniegi, do tych dzikusów!

– Obawiam się, sir Lucjuszu, że twoja zgoda nie jest konieczna.

– A ty nie obawiasz się, panie Wielki, że powiadomię o tej najwyraźniej potajemnej podróży moją matkę, szlachetną lady Lawinię? W końcu masz mnie za szpiega, panie Pierwszy?

– Nie uważam cię za zdrajcę, sir Lucjuszu, już to powiedziałem. Jeżeli chcesz przesłać wieści hrabinie Wysokiego Lasu, nie mam zamiaru ci w tym przeszkadzać. Możesz na nowo wylać swoje żale, poskarżyć się, że zabieram cię wbrew twojej woli do dzikich barbarzyńców, prosić matkę o pomoc i interwencję u księżnej Bereniki. Może nawet tym razem odniesie to jakiś skutek. Nie dbam o to i nie ma to większego znaczenia.

Wygłosiwszy to ostatnie kłamstwo, Marcus opuścił komnatę, by samemu przygotować się do drogi. Rozpierała go niecierpliwa chęć działania. To, czego dowiedział się podczas rozmowy z sir Lucjuszem, otwierało nowe możliwości.

57

Wyruszyli pomimo zbliżającego się już zmierzchu. Nie najlepsza pora na zimową wyprawę, ale Marcus wolał nie ryzykować. Wiedźma również potrafiła podróżować pomimo śnieżnej, niepewnej pogody, mogła też przesłać w jakiś sposób wieści i rozkazy załodze zamku. W tym drugim przypadku zdołałby zapewne uciec, korzystając z mocy, ale pojawienie się samej Lady Berengarii oznaczałoby katastrofę. Chciał jeszcze tej nocy oddalić się od Złotej Bramy, a przynajmniej przebyć przełęcz i ominąć wysunięte posterunki. Posługując się ostrożnie żywiołami powietrza i wody powstrzymywał nawrót śnieżycy, przecierał też z pewnym wyprzedzeniem szlak, usuwając zawczasu najgorsze zaspy. Dzięki temu posuwali się szybko i jeszcze przed północą opuścili górskie przejście, wkraczając na ziemie barbarzyńców. Jakiś czas później Marcus zezwolił na rozbicie obozu. Nie zapomniał o zasypaniu przebytej drogi, przed normalną pogonią mógł więc czuć się bezpiecznie. Gdyby ścigała go osobiście wiedźma, wtedy i tak nie miałby w obecnej chwili żadnych szans. Pozostawało liczyć na łaskawy uśmiech Dobrej Bogini oraz zaabsorbowanie Lady Berengarii porządkowaniem armii i przejmowaniem władzy. O świecie musieli ruszać dalej. Pozostawała jednak do załatwienia jeszcze jedna sprawa. Żołnierze eskorty zorientowali się już, w jakim kierunku podąża niewielki oddział. Dosiadając Demona chłopak wezwał dowodzącego strażą dziesiętnika.

– Tu się rozstaniemy – oznajmił podoficerowi – Wracajcie do zamku, pomimo śniegu powinniście dotrzeć przed zmrokiem przynajmniej do strażnicy na przełęczy.

– A ty, panie?

– Ja ruszam dalej.

– Nie możemy cię zostawić, sir Lucjusza również.

– To rozkaz! Poradzę sobie ze wszystkim.

– Nie możemy was zostawić.

– Masz słuszność, dziesiętniku! – wtrącił się do rozmowy pan Trzeci. – Ale ja nie chcę jechać dalej, zabierz mnie z powrotem do Złotej Bramy.

Marcus zaklął w duchu. Powtarzał się dylemat z pamiętnej wyprawy na niedoszłe spotkanie z Aurorą. Nie zamierzał ciągnąć żołnierzy do osady barbarzyńców i musiał się ich pozbyć, zwłaszcza po nieproszonej interwencji Lucjusza, ale nie chciał po prostu zabijać, ogniem czy w inny sposób. Podobnie jak wówczas, pozostawało użycie żywiołów powietrza i wody, już wcześniej przygotował odpowiednie sploty. Tym razem nie uda się chyba uniknąć podejrzeń, że posłużył się magią, ale nie dbał już o takie szczegóły. Posiadając siłę, wiedzę i doświadczenie zesłał nagły atak śnieżycy, skierowany przede wszystkim na zbrojnych z Siedmiu Bram. Oberwało się również sir Lucjuszowi i więźniom, bo chłopak nie był jednak w stanie aż tak precyzyjnie kierować  zawieruchą, ale jednak w mniej porażającej sile. Pana Trzeciego obezwładnił za to czarem unieruchomienia, poganiając jednocześnie jego wierzchowca. Podjechali razem ku przygotowanej do drogi kolumnie barbarzyńców.

– Zabieram was do waszych ludzi i zamierzam uwolnić, ruszajcie za mną!

Okrzyk Marcusa porwały porywy wiatru, a może otępiali długotrwałą niewolą więźniowie nie potrafili zdobyć się na żadne działanie. Nieważne, ich konie powiązano w szereg, wystarczyło więc zmusić do ruchu pierwszego, by pozostałe podążyły jego śladem. Podobnie postąpił z kolumną dźwigających juki z zapasami luzaków. Nie zdołałby utrzymać długo aż tak precyzyjnej kontroli nad śnieżycą i zwierzętami, gdy tylko oddalili się od smaganych wichrem żołnierzy mógł jednak poprzestać na ogólnym wzmaganiu zawieruchy przy zachowaniu wolnej drogi przed własną grupą. Po pewnym czasie zaprzestał zresztą zsyłania kolejnych tumanów śniegu. Zasypani do cna strażnicy stracą dużo czasu, zanim zdołają wygrzebać się spod zwałów białego puchu i zorganizować w zdolny do działania oddział wojska. Liczył, że odnajdą się wszyscy, a następnie podejmą rozsądną decyzję zaprzestania pościgu i powrotu do zamku. Nie mieli zresztą żadnych szans, by sprostać władającemu mocą przeciwnikowi i nawet Lady Berengaria nie mogła wziąć im tego za złe. Oczywiście, o ile nie będą szerzyli plotek o tym, co rzekomo spotkało ich na dzikich, śnieżnych pustkowiach. Spodziewał się, że wiedźma ma jeszcze wobec niego własne plany, a ujawnienie magicznych umiejętności pierwszego małżonka również i jej samej nie będzie na rękę.

Tymczasem miał na głowie inne sprawy. Gdy ustabilizował już sploty żywiołów i dziwny orszak poruszał się sprawnie, bez konieczności skupiania całej uwagi Marcusa, podjechał do sir Lucjusza.

– Co ze mną zrobiłeś? – spytał gniewnie więzień.

– Unieruchomiłem cię splotami powietrza. – Nie widział już potrzeby dalszego ukrywania posiadanych umiejętności.

– Musisz znać zaklęcia mocy! Ale skąd… Oczywiście, nauczyła cię lady Berenika. – Lucjusz nie okazał się głupcem.

– Tak, tak właśnie uczyniła. – Nie zamierzał wchodzić we wszystkie szczegóły.

– To sprzeczne z wszelkimi zasadami! – wyrzucił z siebie pan Trzeci. – Nie powinienem krytykować własnej pani i małżonki ale to… Nie ujdzie jej to płazem. Damy Królestwa nie pozwolą na coś takiego. Tobie również nie!

– Być może, teraz jednak mamy wszyscy inne problemy.

– Właśnie! Dlaczego wleczesz mnie przez śniegi do tych dzikusów? I jeszcze w takim pośpiechu? Nie wierzę, by to nasza pani wydała takie rozkazy. Chociaż, po tym, gdy nauczyła cię władać mocą, wszystkiego można się po niej spodziewać.

– Tym niemniej, nadal pozostaje naszą panią i małżonką, a my winniśmy jej posłuszeństwo. Ty również, sir Lucjuszu z Siedmiu Bram, trzeci mężu szlachetnej księżnej Bereniki. Winien jesteś lojalność własnej żonie, a nie matce. Od chwili, gdy oddała cię Berenice w ceremonii zaślubin. A tymczasem, potajemnie przekazywałeś wiadomości lady Lawinii, chociaż wystąpiła przeciwko naszej pani oraz Siedmiu Bramom.

– Nie zdradzałem żadnych tajemnic, prosiłem tylko o radę.

– Radę, w jaki sposób wkraść się w łaski małżonki oraz do jej łoża. A ostatnio użaliłeś się na tę podróż do dzikich barbarzyńców, czyż nie?

– Owszem, jeśli już o tym mówimy. To nie miejsce dla szlachetnie urodzonych panów.

– Nie ty będziesz o tym decydował. Nie chcę jednak wlec cię niczym więźnia, jak sam się wyraziłeś. Mógłbym, ale to kłopotliwe. Proponuję układ, uwolnię cię, a ty nie będziesz próbował ucieczki i odbędziesz resztę podróży na tyle wygodnie, na ile to możliwe.

– Dlaczego miałbym zgodzić się na coś takiego?

– Spójrz, gdzie jesteśmy. Bez użycia magicznej siły nikt z nas nie przeżyje tej podróży, a ty nie zdołasz już wrócić samotnie do zamku. Ci tutaj, owszem, potrafią posługiwać się magią, ale pozbawiono ich niedawno mocy, a gromadzą ją powoli. Nie ufam im do końca i wolałem się zabezpieczyć. Tylko ja chronię nas wszystkich przed zimnem i śniegiem.

– A mnie ufasz?

– Nie we wszystkim, ale wierzę, że nie okażesz się głupcem. Nie będziesz próbował uciekać, ani nie wbijesz mi noża w plecy. Nie przeżyłbyś w tej zawierusze nawet jednego dnia. Musisz teraz jechać ze mną, a potem może interwencje lady Lawinii odniosą skutek i księżna zechce sprowadzić cię z powrotem. A barbarzyńcy nie tacy straszni, sam się przekonałem. Kto wie, czy i tobie się u nich nie spodoba?

– Nie sądzę, sir Marcusie.

– Przyjmujesz moje warunki?

– Tak, przyjmuję – wyrzucił niechętnie Lucjusz.

Chłopak uwolnił pana Trzeciego od krępujących splotów mocy i pozwolił na swobodne powodowanie koniem. Oczywiście, swobodne na tyle, na ile pozwalała wolna od śniegu i wichru bańka powietrza kontrolowana przez Marcusa. Sam mógł teraz zająć się barbarzyńcami. Powtórzył, że zamierza odprowadzić ich w ojczyste strony i uwolnić. Przyjęli to z niedowierzaniem, widzieli jednak przecież, że orszak zmierza na północ. Pojęli też bez zdziwienia, że Marcus posługuje się magią i tylko on chroni ich wszystkich przed śmiertelnym uściskiem zimy. Okazało się, że jeden z więźniów pochodził z klanu tana Arnolda i znał nawet niegdyś Aurorę, jeszcze jako dorastające dziecko. Chłopak zdjął również sploty ograniczające swobodę poruszania się Ludzi Północy, mimo wszystko ufając ich słowu bardziej niż zapewnieniom sir Lucjusza. Nie rezygnując z zachowania czujności mógł wreszcie nieco się odprężyć, ciągłe użycie wielu splotów mocy okazywało się wyczerpujące. Musiał też kiedyś spać, a zresztą potrzebował tych ludzi do rozbijania obozowisk, przygotowywania posiłków i zajmowania się końmi, a w tym wszystkim trudno było raczej liczyć na pomoc pana Trzeciego.

Reszta dziesięciodniowej podróży przebiegła w miarę spokojnie. Wyczerpany zachowywaniem nieustannej czujności Marcus odczuwał jednak zmęczenie i ucieszył się, gdy dotarli na skraj znajomej równiny, z pamiętnym strumieniem oraz poturbowanym przez żywioły dębem. Tylko potężne drzewo górowało obecnie nad zaspami pokrywającymi zamarzniętą strugę oraz kości Orła. Rozbili obóz i spędzili noc pod osłoną lasu, ranek powitał niedobraną kompanię słonecznym blaskiem. W ciągu nocy chłopak użył mocy, by odmienić pogodę. Wydobył przechowywany starannie bukiet nadpalonych stokrotek, który w tym samym miejscu pozostawiła niegdyś dla niego Aurora i wręczył każdemu z barbarzyńców po jednym, wolnym od śladów ognia kwiatku.

– Ruszajcie do grodu tana Arnolda, rządzi tam teraz jego córka, pani Aurora. Powiedzcie jej, że dobro zawsze powraca, a zło i nienawiść służą tylko naszym wspólnym wrogom. Sir Marcus z Siedmiu Bram czeka tu, aby raz jeszcze prosić o pomoc i udowodnić prawdziwość tych słów.

Odjechali, odprowadzani wzrokiem obydwu szlachetnie urodzonych panów z Królestwa.

– Kim jest ta Aurora? – spytał sir Lucjusz.

– To przywódczyni tutejszego klanu barbarzyńców i moja przyjaciółka. A przynajmniej mam taką nadzieję, w obydwu sprawach.

– Przyjechaliśmy tutaj, aby prosić o pomoc jakąś barbarzyńską księżniczkę?

– Nie lubi, gdy nazywać ją księżniczką, chociaż musi mieć w żyłach szlachetną krew, ponieważ potrafi posługiwać się magią. I tak, potrzebujemy pomocy Aurory. Przede wszystkim, potrzebuje jej lady Berenika. Ty również odegrasz w tym ważną rolę, dlatego cię tutaj sprowadziłem.

– Nie wierzę, żebyś zrobił to na jej rozkaz. I nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mogłoby to pomóc naszej pani, naszej prawdziwej pani. Bo zaczynam wątpić w twoją lojalność, panie pierwszy mężu księżnej Bereniki z Siedmiu Bram.

– Przekonasz się w swoim czasie, panie Trzeci. Tymczasem nie masz innego wyjścia, jak czekać. Ja zresztą także – dodał w myślach.

Czekali dwa kolejne dni. Na wszelki wypadek Marcus ponownie sprowadził złą pogodę, otaczając obóz zawieruchą. To ostudzi wszelkie pomysły sir Lucjusza, a Aurora poradzi sobie z każdą śnieżycą, w kierowaniu pogodą, zwłaszcza zimową, barbarzyńcy okazywali dużą biegłość. Nie zdziwił się więc, gdy drugiego popołudnia powiał łagodniejszy wiatr, a przez pękającą pokrywę chmur przebiły się promienie słońca, oświetlające pokrytą śniegiem równinę. Wyczuł oczywiście sploty mocy, ale nie zamierzał przeszkadzać Aurorze, o ile to ona odmieniła pogodę. Zachował czujność na okoliczność, że mógłby szukać go w złych zamiarach jakiś inny władca magii, porzucił jednak obawy, gdy ujrzał pojedynczą sylwetkę wynurzającą się z przeciwległej ściany lasu i podążającą powoli ku samotnemu dębowi. Polecił sir Lucjuszowi, by schronił się w jednym z namiotów i na wszelki wypadek unieruchomił żywiołem powietrza, po czym dosiadł Demona i ruszył naprzeciw. Tak, w odzianej w futra postaci rozpoznał dosiadającą Stokrotkę Aurorę. To, że wybrała właśnie tę klacz uznał za dobrą wróżbę. Podjechał do drzewa i zeskoczył z konia, dziewczyna pozostała w siodle. Wyczuwał, że otoczyła się gotowymi do użycia splotami żywiołów.

– Dziękuję, że  przybyłaś, Auroro.

– Zamierzasz urządzić kolejną próbę przejażdżki na Demonie? W przeciwieństwie do pań i gwardzistek z Południa nie jestem zbyt wprawna w dosiadaniu koni i z pewnością nie podołam takiemu wyzwaniu. A może chcesz i mnie spalić ogniem?

– Widzę, że zabezpieczyłaś się mocą żywiołów, ale nie używasz czaru zmiany postaci. I to nie ja spaliłem tana Arnolda.

– Powtarzasz się, taką wiadomość przesłałeś już przez jeńców wziętych w bitwie. Nabrałeś nowego zwyczaju uwalniania pojmanych Ludzi Północy? I każdemu z nich ofiarowujesz na drogę stokrotkę, oto dowód dziwactwa szlachetnie urodzonych z Południa. Chociaż tym razem musiałaby dać na to zgodę twoja pani, księżna Berenika.

– Uczyniłem to sam. Berenika, prawdziwa Berenika, wpadła ponownie w ręce wiedźmy, a ja musiałem uciekać. Waszych ludzi zabrałem ze sobą.

– W jaki sposób zdołała was pokonać? Z twoją siłą oraz wiedzą szlachetnie urodzonej małżonki? A i ty coś tam przecież wiesz o magii.

– Tylko dzięki tobie, Auroro. Oszukała nas, to długa i skomplikowana historia. Ona zna się na działaniu mocy lepiej niż my wszyscy razem wzięci i wykorzystała to. A także nasz egoizm oraz głupotę, moją i Bereniki.

Przypominając o swojej roli nauczycielki, nie zarzuciła tym razem Marcusowi zamordowania jej ojca. Czy tylko z mimowolnej ciekawości, czy może nie była już do końca przekonana o winie chłopaka? Podszedł do nadal dosiadającej końskiego grzbietu dziewczyny i padając na kolana podał wyciągniętą z zza pazuchy wiązkę nadpalonych stokrotek.

– Oto prawdziwe dziwactwo szlachetnie urodzonego pana z Południa, składa w pokrytej śniegiem dziczy zgodny z najlepszym wychowaniem hołd barbarzyńskiej księżniczce, która nie cierpi, gdy nazywać ją księżniczką, ale ofiarowuje tylko bukiet starych, polnych kwiatków.

– Jesteś niemożliwy, sir Marcusie z Królestwa.

Roześmiała się mimo woli i przyjęła dar. Zmarszczyła jednak brwi, widząc ślady po ogniu. To była decydująca chwila. Rzuciła bukiecik na wiatr, stokrotki rozsypały się na śniegu.

– Nie chcę wierzyć, że mogłeś spalić mojego ojca. Ale widziałam to na własne oczy!

– Widziałaś kulę ognia, która go spopieliła. To nie ja ją posłałem, to ukrywająca się w lesie wiedźma!

Zeskoczyła z siodła i chwyciła w dłonie twarz chłopaka. Poczuł chłód przylegającego do jej rękawic śniegu.

– Udowodnij to! Nie wierzę, że to byłeś ty, ale potrzebuję dowodu!

– Nie potrafię, mogę tylko prosić, żebyś jednak uwierzyła. Mogę okazać, że ufam ci i oddam się w twoje ręce. Jeśli zechcesz, możesz wtedy dokonać zemsty.

– Wstań wreszcie. – Silnym szarpnięciem podniosła Marcusa z kolan. – To nie żaden z bogatych dworów Południa, gdzie damy i panowie bawią się w takie gry. Tu chodzi o lojalność, zaufanie i zdradę, jak sam powiedziałeś. O życie i śmierć.

– Tam, na Południu, chodzi dokładnie o to samo. A te zabawy to tylko zasłona, mająca zamaskować walkę o władzę. Wiedźma nie cofnie się przed niczym, dowiedziałem się o niej strasznych rzeczy. Ona znowu więzi Berenikę i zabije ją zaraz po tym, gdy tylko urodzi córkę. Mam pewien pomysł, ale musisz mi pomóc. Musisz pomóc nam wszystkim, bo pozostając u władzy, lady Berengaria na pewno będzie kontynuowała wojnę i najazdy.

– A o nasze dziecko nawet nie zapytałeś, Marcusie?

– Mam nadzieję, że wszystko w porządku, z tobą i z nim? – Zaskoczony, tylko na tyle zdołał się zdobyć.

– Ech, mężczyźni. – Aurora ponownie natarła mu twarz śniegiem. – Tak, oboje mamy się dobrze. A Ragnega jednak nie otrzymała swojej nagrody, nie urodzi syna ani córki z twojej krwi.

– To nie jest moja wina ani zasługa. – Darował sobie nasuwającą się odpowiedź „Ech, kobiety.”

– Wiem, Marcusie. A skoro już mowa o zaufaniu, to w jaki właściwie sposób zamierzasz dowieść swojej dobrej woli i sprawić, bym ci zaufała?

– Wiesz dobrze, w jaki… Pozbywając się mocy, oddając ją tobie, a siebie w twoje ręce.

– Nie potrzebuję takich dowodów.

– To dlaczego tu przyjechałaś?

– Sama nie wiem. W końcu chciałam chyba otrzymać stokrotki bezpośrednio od ciebie. Potrafisz być uparty.

– Robi się późno, może zechcesz jednak odebrać ten dowód zaufania?

– Tutaj, w śniegu?

– A dlaczego nie? Potrafię ogrzać wystarczająco dużo miejsca i nie potrzebuję do tego namiotu. – Nie chciał kochać się z Aurorą w bezpośrednim sąsiedztwie pozostającego w obozowisku Lucjusza, przynajmniej jeszcze nie teraz. – Sądziłem, że barbarzyńcy to twardzi ludzie, gotowi parzyć się choćby w przerębli.

– Jeszcze zobaczymy, kto jest tutaj prawdziwym człowiekiem śniegu, a kto mięczakiem i pałacowym pieskiem z Południa.

– Ostatnio awansowałaś mnie na mastiffa.

– Bierz się więc do roboty i pokaż, co potrafisz, niezdarny uczniu.

Tym razem cisnęła mu w twarz garść śniegu, używając żywiołu powietrza. Nie dał się zaskoczyć i stworzył na czas ochronną barierę. Rozszerzył ją następnie, osłaniając oboje przed zimnem i wiatrem. Ogrzał nieco powietrze, pamiętając jednak, by nie roztopić śniegu wewnątrz ochronnej bańki. Ostatecznie, nie chciał przecież kochać się z Aurorą w czymś przypominającym przerębel. Dziewczyna zdjęła tymczasem futro i rozścieliła je na grubej warstwie białego puchu. Pomagali sobie wzajemnie przy zdejmowaniu zimowej odzieży, w końcu stanęli nadzy, chronieni tylko magiczną barierą przed narastającym na zewnątrz mrozem. Niecodzienny widok wśród zimowego pustkowia. Objęli się i opadli na przygotowane przez dziewczynę posłanie. Złączyli się ustami, poszukał dłonią sutków Aurory, pieszcząc je na zmianę palcami. Ona sięgnęła od razu po penisa, zaciskając uchwyt i drażniąc przyrodzenie chłopaka posuwistymi ruchami. Fallus stwardniał niemal natychmiast.

– Wolniej, moja pani. – Jęknął, przesuwając wolną dłoń ku jej dolinie rozkoszy i wyczuwając dopiero zaczątki wilgoci.

– Chcę jak najszybciej otrzymać ten dowód zaufania, pamiętasz?

Wzmocniła tempo, wzbudzając znajome drgnięcie żaru w trzewiach chłopaka. Żar ten narastał i wzbierał razem z kolejnymi poczynaniami dziewczyny, która uchwyciła też zębami płatek ucha Marcusa. On sam także przyspieszył, kwiat jej rozkoszy ślizgał się między opuszkami palców, w końcu zdołał pochwycić go niczym płochliwego ptaka i nie pozwolił już na ucieczkę. Ale nadal przegrywał, czy też zwyciężał w tych zawodach, zależy jak na to spojrzeć. Bo żar stał się uczuciem przemożnym, pochłaniającym wszystko inne, jeszcze chwila i przebije się na zewnątrz, tryskając gorącą lawą. Nie potrafił już zatrzymać tego przypływu i w tej chwili wcale zresztą tego nie pragnął. Aurora wyczuła właściwy moment, puściła fallusa, sięgając ręką gdzieś w bok i jednocześnie mocno przygryzła ucho chłopaka. Zanim zdążył jęknąć z bólu, poczuł na przyrodzeniu nagły, lodowaty chłód. Dziewczyna nabrała wolną dłonią śniegu i wcierała go teraz w rozpalone genitalia kochanka. Szarpnięcie głową przyniosło tylko nowy paroksyzm w uwięzionym płatku ucha. Uwolniła jednak w końcu zdobycz i wspaniałomyślnie przyłożyła do cierpiącego miejsca garść zimnego, na wpół stopionego śniegu, którym ostudziła uprzednio przedwczesne zapały chłopaka. Ulga w obydwu wrażliwych miejscach okazała się prawdziwie oszałamiająca.

– Mimo wszystko, nie spiesz się aż tak bardzo, książę. Mogę trochę poczekać z tymi dowodami twojego zaufania, ale sam nie przestawaj, proszę.

– Nie wiem, czy to tobie można w czymkolwiek zaufać, barbarzyńska księżniczko.

– Ogień i woda, czyż pan mocy powinien lękać się żywiołów?

– Może jednak należało poddać cię tej próbie przejażdżki na Demonie?

– Wolę inną jazdę, mój książę.

Ujmując fallusa wolną od śniegu i ciepłą dłonią sprawiła, iż pomimo niedawnej, lodowatej przygody, nie utracił na długo twardości. Uniosła się i zgodnie z zapowiedzią dosiadła chłopaka, pomagając mu wsunąć penisa w miejsce, w którym znalazł wreszcie bezpieczne, wilgotne ciepło.

– A teraz ruszaj, skoro tylko przejażdżki ci w głowie!

Nie dał sobie tego powtarzać i podjął energiczną pracę biodrami, do której również Aurora dostosowała rytm własnej jazdy w siodle. Okazało się, że wygnany chwilowo lodem i śniegiem żar wcale nie wygasł, ukrył się tylko w głębinach, z których obecnie wypływał równie szybko jak poprzednio. Jeszcze kilka chwil galopady i amazonka wydała z siebie okrzyk rozkoszy, po czym pochyliła się i ponownie chwyciła Marcusa za uszy, podczas gdy jej ciałem targały dreszcze. On również nie utrzymał ognia pod kontrolą i tryskał lawą, dodając własne jęki do spazmatycznych oddechów dziewczyny. Znajome ssanie i nieuchronne osłabienie potwierdziło dokonujące się przekazanie mocy. Na nowo poczuł lodowate zimno, gdy zniknęła chroniąca ich miłosne gniazdo niewidzialna bariera.

– Widzisz, wygrałam! – zawołała Aurora, puszczając uszy Marcusa i triumfalnie wyrzucając ręce w górę. – Wygrałam wyścig jazdy konnej z najlepszym jeźdźcem Królestwa!

– Tak, moja pani. Dowiodłaś swoich umiejętności ponad wszelką wątpliwość. – Poczuł kąsające nagie ciało, lodowate podmuchy wiatru. – Ale teraz przywróć, proszę, osłonę.

– Wcale nie jest mi zimno, sir Marcusie, wręcz przeciwnie, płonę od żaru, który ofiarowałeś.

– Ale ja umieram z chłodu, księżniczko.

– Widzisz, nie muszę nawet używać ognia, by wywrzeć zemstę. Wystarczą śnieg, lód i wiatr naszej północnej krainy.

Raz jeszcze nabrała białego puchu i zasypała nim twarz chłopaka. Osłabiony, nie potrafił się temu sprzeciwić, ani też wydostać spod dosiadu, którym nadal unieruchamiała jego biodra. Poczuł lekkie drgnienie niepokoju.

– Przecież tego właśnie chciałeś, po to tutaj przybyłeś, po to słałeś moich ludzi z zaproszeniami. Aby udowodnić swoją niewinność, oddając moc i stając przede mną bezbronnym. – Kolejna porcja śniegu spała na głowę Marcusa, zakrywając usta i uniemożliwiając odpowiedź. – A raczej leżąc, ściśle rzecz biorąc.

Nie potrafiła jednak odgrywać dłużej przyjętej roli i ostatnie słowa zakończyła szczerym wybuchem śmiechu. Zmiotła biały puch z twarzy chłopaka i wpiła się wargami w jego usta. Przynajmniej w tym miejscu poczuł przypływ gorąca. Po długiej, naprawdę długiej chwili, w trakcie której szaleńczo zmagały się ich języki, przerwała pocałunek i uczynionym od niechcenia splotem powietrza postawiła własną osłonę przed wiatrem, mrozem oraz śniegiem. Chłopak wyczuł to zarówno rozpoznając sploty żywiołu, jak i korzystając z błogosławionej ulgi od najgorszego zimna.

– Tak, wierzę ci Marcusie. Wierzę, że to nie ty zabiłeś mojego ojca. Może oślepia mnie sympatia dla ciebie, ale morderca nie zdobyłby się na złożenie takiego dowodu wobec nieobliczalnej, barbarzyńskiej czarownicy. A teraz wstawaj wreszcie i ubierz się, bo nie zamierzam tracić z twojego powodu zbyt wiele mocy. – Powstała i sama rozejrzała się za porzuconym odzieniem.

– Moja moc odradza się ostatnio szybciej niż niegdyś. – Drżąc nadal z chłodu, pospiesznie nakładał fragmenty garderoby.

– Ale jeszcze nie w tej chwili. Skoro takiś pewny siebie, to zdejmę ochronę.

– Powstrzymaj się, proszę. Wygrałaś. – Na znak poddania uniósł ręce. – W tej chwili zamarzłbym tutaj bez ciebie.

– W takim razie ruszajmy. Może zaprosisz mnie do swojego obozowiska? Trochę już za późno, żeby wracać po nocy do grodu.

– Oczywiście, jedźmy.

W tej chwili przypomniał sobie jeszcze o czymś. Skoro po utracie mocy nie był w stanie utrzymać osłony przed zimnem, rozpadły się też więzy powietrza, którymi unieruchomił sir Lucjusza. Miał nadzieję, że nie wykorzystał on tej okazji, by uczynić coś głupiego.

– Jedźmy tym bardziej, że chciałbym ci kogoś przedstawić.

– Wiem już, że przywiozłeś ze sobą jeszcze jednego, szlachetnie urodzonego pana.

– To sir Lucjusz, mój brat i towarzysz w małżeństwie z lady Bereniką.

– Ciekawe macie zwyczaje na tym waszym cywilizowanym Południu, bo nie wyczuwam szczególnie braterskich uczuć w twoim tonie głosu.

– Istotnie, nie darzymy się z sir Lucjuszem wielką przyjaźnią.

– To po co go tutaj przywiozłeś?

– Bez niego nie zdołamy pokonać wiedźmy. Odgrywa wielką rolę w moich planach i zmusiłem go do tej wyprawy, ale będę też potrzebował twojej i nie tylko twojej pomocy.

– Pomogę, na ile tylko zdołam.

– To może okazać się niełatwe i wymagać ofiar.

– Poniosłam już wiele ofiar, podobnie jak i mój lud. Ale co z tym Lucjuszem? Jak skłonisz go do udziału w twoich planach, skoro niezbyt się lubicie i przybył tu pod przymusem?

– Znajdę sposób, by zmusić go również do innych rzeczy. Ale teraz ruszajmy do obozu.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witaj Neferze!

Kolejna część Nowego świata czarownic (czy raczej: kolejne trzy rozdziały) dostarcza odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od czasu ostatniego cliffhangera. Deprawacja czarownic – władczyń tego świata jest doprawdy niezmierzona. Mam głęboką nadzieję, że gdy historia Marcusa dobiegnie kresu, specyficzny matriarchat Królestwa zostanie rozbity w puch i pył, a władza wróci w ręce jej prawowitych dzierżycieli – magów płci męskiej 🙂

Cieszy mnie również ponowne spotkanie naszego bohatera z dzikuską z północy. Zawsze wolałem ją od sztywnej i pełnej rezerwy Bereniki. Chciałbym, by Aurora i Marcus mieli szansę na wspólne, szczęśliwe zakończenie, ale znając już nieco Twoją twórczość, Neferze, wątpię, byś chciał im je dać. O biednej Sudrun nawet nie wspominam – mimo wielu dowodów oddania, jakie złożyła u stóp Marcusa, wydaje się być jedynie pionkiem, a nie figurą. Podejrzewam, że dasz jej co najwyżej bohaterską śmierć. Ale cóż, zawsze mogę się mylić i wówczas z pewnością się ucieszę 🙂

Jestem bardzo ciekawy, jak to się wszystko skończy. Czy wiedźma mordująca kolejne kobiety z rodu Bereniki zdoła raz jeszcze dopełnić cyklu. Kiedy i jak zostanie pokonana. Czy zmieni się polityczna struktura świata, którego podstawy nagle zostały zagrożone powrotem czarodziejów-mężczyzn. Czuję, że odpowiedzi są tuż tuż, na razie jednak pozostają mi spekulacje. Bynajmniej nie jałowe, bo takie ćwiczenie umysłu nigdy nie jest stratą czasu!

Pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej!
M.A.

Jak widzisz, wiele spraw ujawnia swoje prawdziwe oblicze, co stanowi niedwuznaczną zapowiedź, iż cała historia zbliża się do końca. Mam nadzieję, że uda się ją w przewidywalnym czasie dokończyć. Marcus nie przybył na Północ jedynie z myślą o ucieczce. Sądzi, że potrafi przewidzieć kolejne posuniecia wiedźmy i przygotować odpowiedź. Mam pewne plany zakończenia opowieści dla niektórych spośród wymienionych przez Ciebie bohaterów (bohaterek), ale może nie zechcą się im podporządkować, jak to niekiedy bywa. Czy rozwiązania te okażą się wobec nich okrutne? Sadzę, że ulokują się gdzieś pośrodku.
Dzięki za wizytę i pozdrawiam.

Stwierdziłem, że nie będę czytał tego tasiemca na bieżąco, odcinek po odcinku, już dawno temu. Rozpocznę lekturę, gdy pojawi się całość. Wtedy jakieś słowo albo nawet recenzję wrzucę. Powodzenia, Autorze
Uśmiechy przedweekendowe,
Karel Godla

Niestety, lubię dłuższe formy. Rozumiem jednak doskonale, że lektura rozłożona na miesiące i lata może okazać się zadaniem trudnym. Tym bardziej, że nie brakuje na NE tekstów porzuconych w środku fabuły i niedokończonych, które zapewne już nigdy dokończonymi nie zostaną. To zawsze duże ryzyko dla Czytelnika, staram się wiec przynajmniej zamykać moje opowieści. Podobnie mam nadzieję uczynić i z obecną.
Dzięki za wizytę i pozdrawiam.

Napisz komentarz