Serbski film. Reportaż. (Ravenheart) – Publikacja nr 1.000!  4.23/5 (100)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 107 minut/-y    

Flickr, licencja Creative Commons

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia”

Fallout, 1997

Boeing 737 jest samolotem demokratycznym. Latają nim wszyscy: europejscy oficjele, biznesmeni, globtroterzy i niedzielni turyści. Te poczciwe, zapracowane maszyny bezustannie kreślą podniebne drogi nad Europą, Afryką, Azją i obu Amerykami. Wykorzystuje je wiele linii lotniczych na świecie, więc 737 można spotkać na wielu połączeniach krajowych i międzynarodowych. Ten, którym właśnie lecę, należy do Lufthansy. Wszystko jest w nim przepełnione spokojnym, niemieckim Ordnungiem – od eleganckich, złotowłosych stewardes po gustownie podane menu w postaci kolorowej książeczki. Ja jednak nie decyduję się na posiłek. Moje myśli krążą wokół półmilionowego, liczącego ponad pół tysiąca lat miasta, ku któremu zmierzam.

Tymczasem pode mną faluje spokojna panorama pól i rzek południowych Niemiec. Kraj to zurbanizowany, uprzemysłowiony, urządzony z bawarskim przywiązaniem do porządku i racjonalnego gospodarowania. Serce kapitalistycznej Europy. Warto dodać, że Bawaria jest landem katolickim i może właśnie dlatego tak cenią ją sobie Polacy. Poza tym jest tu pochowany Wit Stwosz; stąd pochodziło wielu wybitnych teologów chrześcijańskich, no i kardynał Ratzinger, który w swoim czasie został następcą Jana Pawła II. To tu wydano drukiem najbardziej znane dzieło Kopernika. Piękny, zasobny i uporządkowany kraj.

Samolot nabiera wysokości. Pod nami zaczynają się wspinać ku niebu potężne Alpy. Słońce podpala białym ogniem śnieżnych czap górskie szczyty. Gdzieś tam, pode mną, znajduje się malownicze Bertechsgaden. Tam, w obrosłej złą sławą willi Berghof führer Tysiącletniej Rzeszy planował anschluss Austrii. Tam decydowały się losy sudeckiej części Czech. I tam po raz pierwszy Niemcy zażądały przyłączenia Gdańska. Czy pogoda w marcu 1939 roku była podobna do tej, którą mamy dzisiaj, osiemdziesiąt lat później? A ludzie, którzy gdzieś tam, na dole, pomiędzy tymi plamami bieli i zieleni zajmują się własnymi sprawami, nieświadomi przelatującego nad nimi skrzydlatego boeinga – czy są tacy jak wówczas? Czy rodzi się wśród nich nowy Dürer – czy może nowy brunatny zbrodniarz?

Lot nad tą sielską dziś i odległą ziemią prowadzi moje myśli ku skomplikowanym losom Europy. Przymykam oczy i przypominam sobie zasłyszane jeszcze w szkole historie: Hannibal, przekraczający Alpy w drodze na Rzym; Suworow śpieszący, by pobić Francuzów; Hitler – szalony Austriak z przerażającym ogniem w oczach, ze słowami pełnymi nieludzkiej nienawiści, wyrzucanymi spod chaplinowskiego wąsika. I nieco podobny wąsik Gavrilo Principa, który gdzieś tam, ponad wiek temu, w ciemnej izbie czyścił broń, którą potem wymierzył w arcyksięcia Ferdynanda…

Przyglądam się współpasażerom. Obok mnie miejsce zajął wysoki, tęgi biznesmen. Natychmiast po starcie otworzył laptopa i zanurzył się w plątaninie excelowych tabelek. Przegląda je z namaszczeniem i powagą. Przez chwilę próbuję odgadnąć ich znaczenie. Może właśnie jednym pociągnięciem palca zaplanował przeniesienie fabryki z Czech na Ukrainę? A może poprawia prognozę sprzedaży, dzięki której dziesiątki menedżerów średniego szczebla dostaną kwartalną premię? A może w chwili, gdy nacisnął klawisz Enter, skazał na bezrobocie połowę pracowników chorwackiej firmy? O czym teraz myśli?

Albo ta siedząca opodal para młodych ludzi. Ona – na oko dwudziestoletnia – sympatyczna dziewczyna o ciemnej karnacji. Hiszpanka? Greczynka? On jest od niej zapewne trochę starszy, wygląda na świeżo upieczonego magistra dobrej uczelni. Jakaż zachcianka splata ich drogę z moją? Jadą odwiedzić tani i atrakcyjny turystycznie kraj? A może to tylko punkt przyziemienia i za chwilę ruszą dalej, ku starożytnej Helladzie, by szukać śladów półbogów i herosów? Może śni im się wspólny, beztroski czas gdzieś na greckich wyspach, pośród nieskalanego lazuru Morza Egejskiego?

Przed nimi siedzi grupka ciemnowłosych, rozgadanych i wyglądających na powracających do domu robotników Bośniaków. A może właśnie nie Bośniaków tylko Boszniaków? Bałkany, ku którym zmierzam, to obszar, gdzie nic nie jest proste.

Weźmy choćby słowo używane na samookreślenie, na deklarację swojej tożsamości. Wydaje się, że nic prostszego niż takie słowo mieć. Słowo, którym określa się swoje korzenie, swoje pochodzenie, swój naród. Ale tu wszystko jest skomplikowane. Jeśli ktoś uznaje się za Bośniaka, to mówi tylko tyle, że jest obywatelem Bośni i Hercegowiny. Nic więcej. Może być muzułmaninem, katolikiem, prawosławnym – lub zgoła niewierzącym. Z kolei Boszniak – to już zupełnie inna para kaloszy. Boszniak wyznaje islam. Musi go wyznawać, bo to jest cecha, która wyróżnia go od innych lokalnych Słowian, z którymi łączy go pochodzenie etniczne: Serbów i Chorwatów. Boszniacy przeszli na islam pod wpływem Ottomanów, którzy rozpanoszyli się tu za czasów świetności swojego imperium. Traktowali oni innowierców raczej dobrze i nie przeszkadzali w sprawowaniu kultu – pod warunkiem płacenia specjalnych podatków.

W tym słowiańskim kotle żyją też Macedończycy. Z nimi oczywiście też jest problem, bo współcześni Macedończycy (wbrew własnej mitologii) nie mają nic wspólnego z Grekami, Aleksandrem Wielkim ani jego podbojami. Są Słowianami i chrześcijanami – tyle, że prawosławnymi.

Jak żyć w takim tyglu, gdy każdy wydaje się mieć dziesięć twarzy, piętnaście tożsamości i ze dwadzieścia życiorysów. A co z małżeństwami mieszanymi? Jak oni patrzą w lustro? Kogo tam widzą? Kogo widzą ich wspólne dzieci?

Te rozważania przerywa mi zapalenie się światełek ostrzegawczych nad moim fotelem. Wreszcie nadchodzi koniec podróży! Samolot obniża lot i spokojnie spływa ku lądowisku.

Bywają porty lotnicze nowoczesne i intrygujące. Odważna myśl architekta zamieniła je w pomniki innowacji, przywodzące na myśl futurystyczne miejsca startowe niosące Ludzkość w epokę podboju kosmosu. Wszystko jest tam chromowane, szklane i silikonowe. Pasażerowie poruszają się w nich jak liście niesione wartkim prądem czystej i nieskalanej rzeki. Bywają porty lotnicze ciche i zapomniane, jakby wysiadły gdzieś na przystanku z odwiecznie pędzącego pociągu postępu. Mają w sobie ducha starości, który przywołuje miłe wspomnienia i nostalgię za czasami, kiedy byliśmy młodzi, a świat był prosty i zrozumiały. Ale takie porty lotnicze są też często zapyziałe i brudne, na pierwszy rzut oka odstraszające i odstręczające. Ludzie korzystający z nich są zwykle biedni, smutni i wyprani z kolorów. Nie dla nich ultranowoczesne Dreamlinery i Airbusy, nie dla nich kosmiczna czystość nowej epoki. Mnóstwo takich lotnisk jest na terenach dawnego Związku Radzieckiego. Zakurzone i zapomniane, są tylko echem Świetlanej Przyszłości, która nigdy nie nadeszła.

Međunarodni Aerodrom Sarajevo nie należy ani do pierwszej grupy, ani do drugiej. Zbyt duży, by być lotniskiem zapomnianym, jest zbyt mały i zbyt prowincjonalny, aby zbliżyć się do standardów, które panują na zachodzie Europy. Jest portem stojącym w rozkroku, czy może nawet w jakimś rozdarciu pomiędzy smętną socjalistyczną przeszłością a nieosiągalną kapitalistyczną przyszłością. Lotnisko Sarajewo cierpi bowiem na chorobę tej części Europy – zastygłej w nagłym niezdecydowaniu.

Miasto, w którym Aerodrom się znajduje, też jest wyrzutem sumienia kontynentu. To właśnie tu, jeszcze niedawno temu, rozegrał się potworny dramat ludzkości. Dramat, który przez sytą, zachodnią część społeczeństwa jest zupełnie zapomniany. Wyparty ze świadomości. Bo choć działo się to zaledwie ćwierć wieku temu, to my, w naszej zadowolonej z siebie Europie wolimy myśleć, że ostatnia groza wojny wiąże się ze znikającą już z pokoleniem naszych dziadków traumą Hitlera. Z traumą nieludzkich wynaturzeń, które są lekcją już dawno odrobioną i przepracowaną.

Jak łatwo zapomnieć. Jak łatwo nie wiedzieć. Jak łatwo uznać, że to nas nie dotyczy.

Dla Polaków zmitologizowaną grozą i mitem założycielskim jest Powstanie Warszawskie, które trwało 63 dni. Oblężenie Sarajewa trwało bez przerwy czterdzieści siedem miesięcy.

*

Hotel, a właściwie hotelik jest taki jak sama Serbia. Trochę zapyziały, a trochę dumny ze swojej przeszłości. Na ścianach staromodne, czy może nawet: zupełnie przestarzałe zdobienia, które trącą myszką, ale są całkowicie pozbawione uroku czasów minionych. Zbyt młode, by porosnąć szlachetną patyną jak ramy konterfektu dziadka z czasów CK monarchii; zbyt stare, żeby je polubić. Ten wystrój za jakieś pół wieku będzie pewnie mógł uchodzić za stylowy skansen, przyciągający amerykańskich turystów i amatorów nostalgii za latami zimnej wojny. Dziś jest tylko przepełnionym stęchlizną wspomnieniem po socjalizmie.

Recepcjonista jest znudzonym, starszym mężczyzną, którego nie interesuje nic więcej niż wielkie pudło telewizora, pamiętającego chyba jeszcze czasy komuny. Kiedy patrzę na jego pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami twarz, wąsko osadzone, wodniste oczy i niedogoloną szczękę, przychodzą mi na myśl filmy grozy klasy B. Ale może ta zmęczona twarz nie kryje mrocznych tajemnic, tylko po prostu stanowi płótno, na którym życie odmalowało wszystkie swoje niedostatki, zwątpienia i frustracje. Przez chwilę zastanawiam się, czy to właściciel czy wynajęty pracownik? W każdym razie wydał mi klucze do pokoju z miną, która stanowiła jeden, wielki wyrzut o zakłócanie spokoju.

Myślę o tym, czy mój dziennikarski, albo raczej: reporterski obowiązek nie powinien mi kazać zająć się losem tego człowieka, rzuconego przez historię w sam środek Sarajewa przełomu wieków. Ale czy jego historia jest w czymkolwiek szczególna? W stolicy Bośni i Hercegowiny mieszka czterysta tysięcy ludzi… czy akurat jego życie warte jest opowiedzenia?

Dziwne pytanie sobie zadaję. Reporter powinien rozumieć, że każdy człowiek jest niepowtarzalny. A przecież jest nas tyle miliardów… Każdy jest, na swój sposób, wyjątkowy. Życie każdego jest – subiektywnie rzecz biorąc – najważniejszym istnieniem w całym Wszechświecie. I tylko my, dziennikarze, staramy się mówić o tych, którym nie dane jest mówić za siebie.

Weźmy takiego Steve’a McCurry’ego. Był 1984 rok, gdy ten słynny fotoreporter znalazł się w Pakistanie, w obozie dla afgańskich uchodźców. Od pięciu lat trwała wojna. Upiorna, mordercza, okrutna wojna. Ta wojna, o której światowa opinia publiczna niewiele wiedziała. A przecież ten konflikt trwał w sumie dwa razy dłużej niż druga wojna światowa…

I oto w tym obozie McCurry podszedł do młodej, siedemnastoletniej Pasztunki (któż z nas, Europejczyków, potrafiłby coś powiedzieć o tym narodzie?!). Nazywała się Sharbat. Sharbat Gula. Fotograf poprosił ją o możliwość zrobienia zdjęcia… I tak świat poznał niesamowite oczy dziewczyny, która znalazła się na okładce National Geographic. Chyba każdy to zdjęcie zna: młoda, ciemnowłosa, piękna dziewczyna, spowita w karminowoczerwony zawój. Spod kaptura patrzyły na czytelników przenikliwe, magnetyczne oczy. Zielone z ciemną, tajemniczą obwódką. Oczy, w których odbijało się wszystko: dramat wojny, przerażenie, fascynacja i lęk przed tym, co przyniesie następny dzień. Te oczy hipnotyzowały.

To jedno zdjęcie sprawiło, że tysiące ludzi zaczęło pytać: kim jest siedemnastoletnia piękność? Jakie są jej losy? Jakie są losy jej ludu? Zaczęli pytać o jej historię…

Reporterzy National Geographic spróbowali odszukać Sharbat, choć było to jak próba znalezienia igły w stogu siana. Wojna, upływający czas, brak administracji państwowej, zmiana ustroju… A przecież udało się. Po prawie dwudziestu latach fotograf i modelka spotkali się znowu. Ona miała już męża i trójkę dzieci. A on – dziesiątki pytań. Ale spotkanie potoczyło się bardzo zwyczajnie. Okazało się, że piękne, zielone oczy przygasły. Trudy życia odcisnęły swoje piętno na dziewczynie. Przestała być magiczną istotą o niesamowitym spojrzeniu, a stała się jedną z wielu. Z bardzo wielu.

Zawsze zastanawiam się, czy McCurry zrobiłby to zdjęcie, gdyby wiedział, co stanie się po dwudziestu latach. I w takich chwilach zawsze stawiam sobie pytanie, czy świat chce usłyszeć opowieść o spotkanym właśnie przeze mnie człowieku.

Czy ktokolwiek chciałby posłuchać o życiu zmęczonego recepcjonisty z Sarajewa? Czy kogoś będzie obchodziło, dlaczego siedzi tu sam, z trudem usiłując związać koniec z końcem?

Te niewesołe myśli towarzyszą mi do momentu, gdy otwieram drzwi mojej kwatery. O dziwo, pokój jest wyposażony w telewizor z płaskim ekranem. To jakby element niepasujący do tego postsowieckiego hotelu, dwudziestowiecznego pokoju i zmęczonego życiem portiera. W sumie jednak muszę przyznać, że wnętrze jest zadziwiająco schludne – przynajmniej jeśli nie zagląda się do łazienki, która chyba nie widziała nigdy środka czyszczącego. Odczuwam instynktowny opór przed wejściem pod prysznic – a kiedy się przełamuję, okazuje się, że woda jest jedynie letnia i w najlepszym wypadku smętnie sączy się ze słuchawki. Wzdycham i rezygnuję.

Jestem zmęczona, więc szybko kładę się spać. Przed zaśnięciem patrzę na zawieszoną na ścianie olbrzymią mapę dawnej Jugosławii. Jestem w Bośni i Hercegowinie, w samym sercu tego regionu. Na północy i zachodzie, zakręcony rogalik Chorwacji podchodzi aż pod Węgry. Jeszcze dalej jest Słowenia, którą wojna potraktowała w sumie najłagodniej. Południe to najmniejsza spośród tych krajów Czarnogóra. Stare ziemie, pamiętające czasy Imperium Romanum, ale ciążące ku Bizancjum, w którego granicach ostatecznie się znalazła. Na wschodzie – wielka, groźna, niebezpieczna Serbia. Od razu przychodzi mi na myśl Gavrilo Princip. I rozciągający się nad krajem, ciemny, złowrogi cień putinowskiej Rosji.

A może to tylko klisze? Może to tylko uprzedzenia? Wszak kiedyś polscy dziennikarze rozpisywali się o rozrzucających stonkę Amerykanach. I o ciemnych interesach CIA.

Wzdycham. Jutro zmierzę się z tematem. Jutro spotkam tu kogoś, z kim starałam się porozmawiać przez ostatnie dwa lata. Czy będzie to nowa Sharbat? A może to po prostu jedna z setek tysięcy osób, której wojna przetrąciła życie?

Jutro się dowiem.

Sen nadpływa niepostrzeżenie.

*

W całej Bośni jest jedynie 15 więzień. To, do którego zdążam, jest teoretycznie najbardziej nowoczesne, bo zbudowane w większości z funduszy europejskich. Otacza je niewysoka, dwu– lub trzypiętrowa zabudowa pamiętająca jeszcze chyba czasy Josifa Broz-Tito. Aby się tu dostać i przeprowadzić wywiad, musiałam odbyć istną pielgrzymkę między urzędami, biurami i adwokatami. Wiedziałam jednak, na co się ważę. A procedury, jak to w bałkańskim kraju, zawsze dłużą się niemiłosiernie.

To jeszcze dziedzictwo czasów sowieckich, gdy człowiek w zetknięciu z Władzą musiał zrozumieć swoją małość. Lenin, a potem Stalin zaszczepili to podejście swoim satelitom. Człowiek, który musi prosić, musi w uniżony sposób zdobywać przychylność decydującego o wszystkim urzędnika, nie ma czasu, aby myśleć o buncie. Całe jego jestestwo pochłania jedna myśl: jak zadowolić system; jak sprawić, aby system nie okazał mu zbyt wielkiego zainteresowania.

Dlatego załatwiając coś w postsowieckim kraju, trzeba przywdziać maskę uniżoności. Tak, rozumiem, że trzeba przynieść jeszcze zaświadczenie. Czy będzie można dosłać je elektronicznie? Nie? Dobrze, w takim razie przyślę pocztą. Tak, oczywiście w trzech kopiach. I z pismem przewodnim od sekretarza wiceministra. Nie, jeszcze nie mam, ale na pewno zdobędę. Tak, dziękuję za pomoc. Do zobaczenia i życzę miłego dnia.

Także tu, u kresu drogi, w tym bośniackim więzieniu każdy urzędnik, każdy oficer dokładnie sprawdza wszelkie moje papiery. Każda pieczątka, każde pełnomocnictwo jest tu trzykrotnie kontrolowane. Każdy przystanek na tej biurokratycznej drodze musi przystawić własny stempel. Wykreować swoją własną, potwierdzoną kopię; dać zajęcie komuś, kto zaniesie papier do archiwum, wprowadzi do systemu, nada numer i odnotuje. To jest jak wielka, sapiąca, warcząca, samonapędzająca się urzędnicza fabryka. Tu każde ogniwo, każdy – najmniejszy nawet trybik – czuje przemożną potrzebę, by uwiarygodnić i uprawomocnić własne istnienie.

Wreszcie – koniec męczarni. Prowadzą mnie do wydzielonego, odizolowanego pokoju o przygnębiającym wyglądzie. Ściany, chyba betonowe, jakby żywcem przeniesione z reportażu o zimnowojennych bunkrach. Brak okien. Przede mną tylko szeroki, drewniany stół. Dwa plastikowe, odrapane krzesła. I chłodne oczy kamer podwieszonych pod sufitem. Oficer wskazuje mi, abym siadła. Wykonuję polecenie i kładę na stole dyktafon. Także trzykrotnie sprawdzony. Zastanawiam się, na czym polegał ten przegląd? Co miałabym przemycić? Drabinkę sznurową? Pilnik? Sprzęt nagrywający ukryty w dyktafonie?

Kiedy wprowadzają aresztantkę, pierwszą moją myślą jest: jak ona staro wygląda. Wedle danych Milica Dragunovic urodziła się w 1975 roku. Dziś ta czterdziestoparoletnia kobieta na pierwszy rzut oka dobiega sześćdziesiątki. Jest ubrana w czerwony, więzienny strój zarezerwowany dla najgroźniejszych przestępców. Oto i ona. Milica, zwana Serbską Wilczycą. Zastanawiam się, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Nasza rozmowa. Dotychczas kontaktowaliśmy się jedynie przez jej prawników. Teraz jestem z nią sam na sam.

Twarz Milicy jest poorana bruzdami zmarszczek. Usta są suche i popękane. Serbka ma głęboko osadzone, ciemne oczy. Ich źrenice są nieprzeniknione, niespokojne i błyszczące – jakby na przekór szarości ziemistej, zmęczonej skóry twarzy. Kobieta lustruje mnie jednym spojrzeniem. Taksującym, oceniającym, niosącym zawoalowaną groźbę. Jest jak polująca, dojrzała lwica. Ma w sobie mądrość wielu polowań, siłę zahartowaną w niekończących się próbach. Widziała wiele. Nieszczęścia, krew, wojnę i gwałt. Była świadkiem zła i sama zło zadawała. Czy sama w sobie jest zła? A może po prostu nie zaznała nigdy dobra? Czy gdybym ja była na jej miejscu – podążyłabym jej drogą czy też inną? A może załamałabym się w którymś momencie i zginęła. Bo taki był jej świat – zabijaj albo będziesz zabity. Litość była słabością, na którą nie można było sobie pozwolić.

Dwie kobiety. Dwa światy. Dwie historie. Łączy nas zbliżony wiek. Dzieli – prawie wszystko.

Milica zajmuje miejsce naprzeciw mnie. Siedzimy w milczeniu, skupione i nieruchome. Badamy się wzrokiem. Próba sił? Charakterów? A może po prostu nie wiemy jak zacząć.

– Dzień dobry – chowam się za konwenansem, mając świadomość, że mój głos brzmi sztucznie. Sama zastanawiam się, jak nawiązać rozmowę.

– Katarzyna, tak? – pyta Milica po chwili milczenia. – Jekaterina?

– Katarzyna – potwierdzam. – A jak mam się zwracać do ciebie?

Chwila ciszy. Jak przełamać lody? W końcu uciekam się do najstarszego i najprostszego sposobu. Wyjmuję paczkę papierosów i podsuwam ją Milicy. Cienkie chesterfieldy pomagają przekroczyć granicę. Serbka przyjmuje prezent. Wyciąga jeden papieros, chwilę mu się przygląda i wkłada do ust. Podaję ogień. Błyska płomień i po chwili otacza nas siwy obłok dymu. XXI-wieczna fajka pokoju.

– Jestem Milica, mów mi po imieniu.

Kobieta zaciąga się długo.

– Słaby – ocenia krytycznie. – Wy, na Zachodzie nie wiecie, co to są papierosy. Ale dziękuję. No i do rzeczy. Masz to?

– Mam.

Kładę przed sobą białą kopertę. Biały prostokąt odcina się jasną plamą od politurowanego na czarno stołu. Siedzimy w ciszy, przyglądając się sobie w wyczekującym milczeniu. W końcu Milica odwraca wzrok i z wahaniem przyciąga kopertę do siebie. Potem zagląda do środka, a następnie wysypuje zawartość na stół. Jej wzrok przykuwa zdjęcie przedstawiające młodą dziewczynę. Stoi nieco zamyślona przed białym domkiem, typowym dla przedmieść Wschodniego Wybrzeża USA. Serbka długo wpatruje się w fotografię. Nie przerywam jej rozmyślań. Wreszcie, moja rozmówczyni wzdycha i odzywa się nienaturalnie spokojnym głosem:

– Dobrze, czas na moją część umowy. Zaczynaj. Co chcesz wiedzieć?

– Będę nagrywać, nie przeszkadza ci to?

– Nie – potrząsa głową. Uruchamiam więc dyktafon i kładę go między nami.

– Jak to się zaczęło? Opowiedz mi o sobie. Skąd jesteś? Jakie było twoje dzieciństwo?

– Urodziłam się w 1975 roku, w małej wiosce. I już na samym początku wszystko było popierdolone. Mój ojciec… No cóż. Moją matkę zgwałcił własny brat. Miała wtedy czternaście lat, a on – dwadzieścia. I już za pierwszym razem zaszła w ciążę. Pieprzony brak farta. Trzeba mieć pecha. I tak oto pojawiłam się na świecie. Matka mogła mnie wyskrobać – takie rzeczy zdarzały się w końcu dość często i nikt by się nie dziwił. Ale nie chciała. Zawsze zastanawiałam się dlaczego.

Milica ponownie zaciąga się papierosem. Milknie. Jej oczy na chwilę zachodzą mgłą, jakby Serbka przeniosła się w czasie do tamtych dni, w chłopskiej, siermiężnej izbie gdzieś na końcu cywilizowanego świata. A może nawet poza jego granicami.

– Mój dziadek, taki typowy stary Serb i głowa rodu, oczywiście się wściekł, gdy usłyszał o ciąży. Wrzeszczał, że wyrzuci moją matkę z domu. Moją matkę, rozumiesz? Tak jakby to była jej wina. Bo oczywiście sprawcy ciąży nic się nie stało, poza obiciem po pysku. Że co, że niesprawiedliwe? Na wsi takie sprawy widziało się inaczej. Gdyby mnie matka wyskrobała, nikt by nie pisnął złego słowa. Ludzie by udawali, że nic się nie stało. Ale ona nie chciała. I na złość wszystkim, ona się postawiła i mnie urodziła. Ale tego już było za wiele – dla tych ludzi byłabym żyjącym wyrzutem sumienia i jawnym dowodem hańby. Więc oddali mnie do domu dziecka. Tak po prostu. Jakbym była niepotrzebnym sprzętem, którego nikt nie chce.

Milica pali z lubością, namiętnie i łapczywie, za każdym razem głęboko wciągając dym do płuc. Mam wrażenie, że w jej oku coś błysnęło. Łza? Od gryzącego dymu czy może od wspomnień?

– W Jugosławii była wtedy potworna bieda. Kryzys zaczął się już w latach 70-tych. Byliśmy zawieszeni między Wschodem a Zachodem – choć tak naprawdę wszyscy mieli nas w dupie. Nikt nas nie lubił, a już na pewno nie Ruscy, bo Tito stale przeciwstawiał się wszystkim moskiewskim kacykom. Ale za tę jego zabawę w niezależność płaciliśmy wszyscy. A Zachód niby nam sprzyjał, ale cały czas uważano nas za komunistów z jakiejś zapadłej, europejskiej dziury.

– U nas też było wtedy ciężko – pozwalam sobie na wtrącenie.

– Gówno prawda. Mieliście swoją Solidarność, mieliście papieża, mieliście kontakty z USA. Mieliście paczki z Niemiec albo od waszych emigrantów, tych z USA. Nawet u nas, na zadupiu zadupia się o tym mówiło. Co wy, kurwa, wiecie o biedzie? U nas wówczas zdarzało się, że ludzie umierali z głodu. Z głodu i z beznadziei. W domu dziecka, do którego mnie posłano, przez cały czas było ciemno i zimno. Ogrzewanie w zimie nawalało, więc w największym pomieszczeniu ustawiono taki wielki piec, w którym się rozpalało co rano. Węgiel z piwnicy nosili wszyscy. Zaczęłam, gdy miałam pięć lat. Bo to było jedyne ciepłe miejsce, a swój kąt przy piecu mieli tylko ci, co nosili te cholerne wiadra.

Milczę. Co mogę powiedzieć? Ja w wieku pięciu lat całymi dniami bawiłam się w pociąg, w jasnym, ciepłym przedszkolu. Pamiętam Wojtka, chłopaka, który miał rodziców, jak to się mówiło, “wysoko stąd”. Czasem przynosił zachodnie czekoladki. Pamięć o ich smaku niosę ze sobą przez życie od czterdziestu z górą lat… A potem był obiad, przy którym strasznie grymasiłam, i leżakowanie. W końcu, po dniu pełnym zabaw, po południu, przyjeżdżała po mnie mama. Pachnąca ładnymi perfumami, które dostawała od ojca-marynarza.

– W 1980 roku zmarł nasz ukochany przywódca. Znaczy Tito. Stary kutafon miał blisko 90 lat i rządził Jugosławią od samej wojny. Tej wielkiej, światowej. A rządził, skurwiel, żelazną ręką. Więc jak go zabrakło i zniknął bat znad głowy – ludzie zaczęli skakać sobie do gardeł. Zaczęło się oczywiście w Kosowie. Potem były demonstracje studenckie, rozpędzone przez wojsko. Było sporo rannych. Ja oczywiście byłam za mała, żeby wiedzieć, czemu to wszystko się dzieje, ale zamieszki w całym kraju sprawiły, że nawet z żarciem były problemy. I znowu często szłam spać głodna. Głód pamiętam. Więc, kurwa, nie mów mi, że wiesz, co to znaczy kryzys.

Zapada milczenie. Milica przymyka oczy i ponownie przenosi się w czasie. Parę lat zaledwie. Ale te dni już przecież dobrze i świadomie pamięta, tak jak ja pamiętam swój pierwszy tornister. Nie nosiło się wtedy plecaków, tylko tornistry. Skórzane, ciemne z pięknymi odblaskami z Pewexu, których zazdrościło mi pół klasy. Tymczasem Serbka zaczyna znów mówić, chrapliwym i urywanym głosem.

– Pierwszy raz zgwałcili mnie, jak miałam siedem lat. To był jeden z pracowników domu. Wielki, gruby facet. Ten jego tłusty, owłosiony brzuch wylewał mu się ze spodni, więc musiał nosić szelki. Obleśny typ, choć na początku wydawał się miły. Tego dnia kazał mi wieczorem stawić się u siebie. Zrobił kolację. Ciepłą, pożywną kolację. A potem poczęstował winem. Słodkim. Kręciło się po nim w głowie, czułam się bardzo dziwnie, ale nie miałam siły protestować. A on po prostu wsadził mi rękę pod koszulkę i zaczął macać. Chyba podniecało go to, że nie miałam jeszcze piersi. Dyszał obleśnie i mówił do mnie rzeczy, których nie rozumiałam. Sapał. Zwłaszcza wtedy, jak wepchnął mi rękę do majtek i zaczął tam gmerać. Pewnie bym uciekła, ale u niego w pokoju było tak ciepło… No i kręciło mi się w głowie od tego wina. On rozebrał się i wciągnął mnie ze sobą do łóżka. Nie zgasił światła. Wtedy pierwszy raz w życiu zobaczyłem kutasa dojrzałego faceta. Wydawał mi się dziwny. Gruby, pękaty i czerwony. Ale nie przypatrywałam się długo, bo facet wcisnął mnie pod kołdrę, a potem sam się tam wpakował. Pamiętam tylko, że wsadził mi najpierw swój ośliniony palec, poczułam ból, a potem przygniótł mnie sobą i zgwałcił. Do dziś pamiętam jego ciężar, cholerne, miarowe skrzypienie metalowego łóżka i jego język w moich ustach. Śmierdział tytoniem. I sapał. To sapanie pamiętam najbardziej, wiesz? Kiedy skończył, nie pozwolił mi nawet się umyć. Przytulił mnie i powiedział, że jestem jego śliczną dziewczynką. Że chciałby mieć taką córeczkę jak ja i odtąd on będzie o mnie dbał. I żebym się nie bała, bo za drugim razem już nie boli. Dał mi jeszcze wina i poszliśmy spać.

– Powiedziałaś o tym komuś?

– Ty chyba nie rozumiesz, o czym ja mówię – prycha Milica. – Komu niby miałam powiedzieć? Kierownikowi? Przecież on robił to samo, tyle tylko że wolał chłopców. Chyba każdego zaliczył. Ślinił się na samą myśl o nowym wychowanku. Tak to wyglądało. To był kurewsko zapomniany przez wszystkich dom dziecka, na zabitej dechami prowincji. I nikogo to nie obchodziło. Tak po prostu było. A ludzie w Jugosławii mieli wtedy swoje własne problemy. Nikogo nie obchodziły sieroty z domu dziecka. Brakowało jedzenia, paliwa, ubrań – wszystkiego.

– Nawet dla dzieci?

– Nie byliśmy dziećmi. Byliśmy towarem. Niczym więcej niż seksualnymi zabawkami. Chwilą przyjemności dla pracowników i opiekunów w długie, beznadziejne dni. I nie tylko dla nich. Czasem przychodzili do nas ludzie z zewnątrz. Wtedy kierownik ustawiał nas rządkiem w sali, a oni wybierali sobie do woli. Starsze dziewczyny szły chętnie, bo jeśli dobrze się sprawiły, mogły liczyć na jakieś ciuchy, a nawet kosmetyki. Bywało też, że przyjeżdżali do nas chętni klienci z zagranicy. Ale oni wybierali najczęściej najmłodszych. Dziewczynki i chłopców. Po takich wizytach kierownik naszej placówki pił dużo lepsze wódki, opłacane niemieckimi markami.

– Co było dalej?

Znowu chwila ciszy. Milica zapada się w sobie, jakby chcąc zaczerpnąć głębiej z przeszłości. Czy przed jej niewidzącymi oczami, utkwionymi w dawnych dniach przesuwają się teraz obrazy brutalnej rzeczywistości, która była jej najwcześniejszym doświadczeniem?

– W 1987 roku znowu wybuchły walki w Kosowie. Albańczycy bili tam Serbów. Widzisz, musisz zrozumieć, że Kosowo jest dla nas kurewsko ważnym miejscem. I zajebiście popapranym. Tam od wieków mieszkała taka zbieranina, że nigdy nie wiadomo było, czyja właściwie jest ta ziemia. Serbowie, Albańczycy, Grecy, Ormianie, Bułgarzy i pełno Cyganów. No i mieszańce we wszelkich konfiguracjach. Ale to my, Serbowie, byliśmy tam najsilniejsi – mieliśmy tu swojego pierwszego cara. Kosowo to nasze gniazdo rodowe. Tam powstała serbska dusza i serbski honor. Ale po śmierci cara wszystko poszło w pizdu. I wtedy przyszli Turcy. Pierwsza wielka bitwa z nimi to właśnie bitwa na Kosowym Polu. Tu każde dziecko o niej wie. Serbowie są z niej bardzo dumni. W bitwie zginął nasz król Lazar I, ale zatłukliśmy im tam sułtana Murada I. Tyle, że potem Turcy przyszli większą kupą i narzucili swoje prawa. Sporo naszych przeszło na islam. Ale, co gorsza, osiedliło się mnóstwo Albańczyków. Przybłędów. Poczuli się jak u siebie – bo rdzenni Serbowie odeszli na zachód. Ale i tak co parę dziesiątków lat wybuchały wojny… Przez kilkaset lat, rozumiesz? Ludzie tu się wyrzynali przez kilkaset lat. Systematycznie. To, kurwa, musi mieć jakiś wpływ na nasze geny, nie? Mordowanie wchodzi w krew. No i oczywiście, kto akurat był górą, gwałcił kobiety wszystkich pozostałych. Rosły im brzuchy, przychodziły nowe pokolenia… a rachunki krzywd nabrzmiewały. W takich warunkach krew robi się śmiesznie tania i powszednia. I tak się to toczyło, aż do czasu gdy przyszli komuniści i złapali wszystkich za mordę. Jedno im trzeba przyznać – spokój był. Bieda, aż piszczało, ale spokój był. Ale jak zmarł Tito, to znowu ludzie skoczyli sobie do gardeł. Wiesz, dlaczego ci o tym mówię? Bo bez tego nie zrozumiesz mojej historii. Bo ja jestem dzieckiem tych pierdolonych walk plemiennych. Gwałtów, rabunków, biedy i zacofania. Przez całe wieki. Gdybym przyszła na świat w tej twojej Polsce, we Francji czy w Szwecji, to nawet w najbardziej prowincjonalnym domu dziecka dostałabym opiekę. I może nawet zachowałabym dziewictwo do chwili, kiedy sama chciałabym się bzykać. Może, kurwa, wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Więc powiedz, czy to moje gówniane życie to jest moja wina, czy tego, że mój brat zgwałcił moją matkę, w kraju w którym gwałcenie słabszych jest pierdoloną historyczną tradycją?

Patrzę na palce mojej rozmówczyni. Zaciska je konwulsyjnie, jakby chciała pobielałymi pięściami kogoś za chwilę uderzyć. Ale poza mną nie ma w pokoju nikogo. Tylko cienie przeszłości i bezsilna złość.

Kim jest ta siedząca przede mną kobieta? Jest przedziwną konfiguracją, niespotykanym złożeniem tak różnych osobowości… Z jednej strony widzę w niej prostą dziewczynę, której los poskąpił wszystkiego: dzieciństwa, miłości, szkół. Ta Milica jest rozżalona, przegrana i przepełniona gorzką rezygnacją. Pali papieros za papierosem, przeklina, nie zwraca uwagi na swój wygląd ani to, co się z nią dzieje. Gdyby nie wojna, skończyłaby pewnie jako niedouczona żona, harująca dniami i nocami, pijąca rakiję i zajmująca się dziewięciorgiem dzieci. Cierpliwie znosząca prostackiego męża, który uważa ją za swoją własność, bije i wyzywa. Druga Milica ma zaskakująco szerokie horyzonty, sypie szczegółami z historii najnowszej swojego kraju, jest niczym działaczka nacjonalistycznej partii. Jest energiczna, zaczepna, w obronie godności swojej Serbii jest gotowa kłócić się, a nawet skoczyć do bitki. A przecież jest jeszcze w niej Milica-Wilczyca, bezwzględna, zimna członkini najbardziej brutalnych grup przestępczych. Gdzieś tam, jak sądzę, jest też w niej dziecko. Kilkuletnia dziewczynka, odepchnięta przez najbliższych, wielokrotnie gwałcona przez zwyrodniałych opiekunów; od najmłodszych lat systematycznie niszczona, deprawowana, odzierana z szans na normalne życie. Która z nich jest prawdziwa? Każda? A może żadna?

– W 1990 miałam 15 lat. Byłam już całkiem zgrabną nastolatką, ładną i z cyckami, które już szybko rosły. I wtedy zostałam kupiona. Jak krowa na targu. Jak niewolnica.

Milica przełyka ślinę.

– Sprawnie to załatwili. Zresztą, kurwa, mieli doświadczenie. Najpierw przyjechała jakaś para. Wydawali się sympatyczni. Facet w wieku na oko trzydziestu paru lat i jego żona, chyba trochę młodsza. Powiedziano mi, że mam szansę na adopcję i mam być miła, bo to jest dar od losu. Zabrali mnie na wycieczkę. Że niby mamy się poznać. Po raz pierwszy ktoś mi wtedy kupił obiad. Prawdziwy obiad w jebanej restauracji. Czułam się jak królowa. Wygrałam życie. A potem pojechaliśmy nad jezioro. Takie ładne, dzikie jezioro w środku lasu. Moi przyszli rodzice kazali mi pójść po wino do takiego jednego sklepu w głuszy. Zrobiłam to, oczywiście. Jaka byłam, kurwa, dumna, że mnie traktują jak dorosłą. Tylko że to chodziło o to, żeby mnie ktoś w tym sklepie zapamiętał. Jak wróciłam, nie było już miło i grzecznie. Facet uśmiechnął się obleśnie. Bardzo obleśnie. Pchnął mnie na maskę samochodu i pocałował. Dyszał. Dyszał tak samo jak ten w ośrodku. I tak samo wodził rękami po moim ciele. Potem kazał mi zdjąć ubranie. Zbaraniałam. Potem próbowałam prosić, żeby dał mi spokój. Ale jak strzelił mnie w twarz, to przestałam protestować. Więc zaczęłam się rozbierać. Majtki też kazali mi zdjąć. Ubranie rzucili na brzegu jeziora, a ja, zupełnie goła, musiałam wsiąść do auta. Bałam się wtedy. Bałam się, że mnie zabiją. Nawet nie wiesz, co to jest – taki potworny, zwierzęcy strach. On sprawia, że zrobisz wszystko, czego od ciebie chcą.

– Chcieli? Czego? – w momencie, gdy wypowiadam to pytanie, zdaję sobie sprawę z jego absurdalności. Ale sposób, w jaki moja rozmówczyni mówi – beznamiętny, zimny i wyzuty z emocji – w przedziwny sposób mnie hipnotyzuje. Jakbym oglądała kronikę filmową. Ta celuloidowa taśma, na której zarejestrowano tajemnice zbrodni w Katyniu, przekazuje fakty, pozostawiając emocje w otchłani historii. Ktoś powiedział, że jedna śmierć to tragedia, zaś milion śmierci to statystyka. Czy to samo odnosi się do zła? Jeden gwałt to zbrodnia, dziesięć – to już po prostu życiowy pitawal?

Moje pytanie, moja fascynacja grozą nie robi na Milicy żadnego wrażenia. Nie boli. Równie dobrze mogłabym spytać, czy lubiła chodzić do zoo albo jaki jest jej ulubiony kolor. A przecież usiłuję przeniknąć najbardziej traumatyczne wydarzenia jej młodego życia!

– Pytasz, czy mnie zgwałcili? Oczywiście. Odjechaliśmy kawałek, w jeszcze bardziej ustronne miejsce. On prowadził, ona siedziała ze mną z tyłu. Nie broniłam się, strach mnie zupełnie sparaliżował. Dotykała mnie, wkładała ręce między nogi. Potem robiła sobie dobrze, szepcząc mi do ucha jakieś zboczone rzeczy. W końcu zatrzymaliśmy się i musiałam wyjść. Nie wiem, czy dygotałam bardziej ze strachu, z przerażenia czy z obrzydzenia. Facet kazał mi się położyć na masce samochodu, kobieta trzymała mnie za ręce. Byłam już oczywiście zupełnie naga, więc tylko zaszedł mnie od tyłu, klepnął w dupę na dobry początek i ulżył sobie we mnie. Płakałam – a jemu się to chyba podobało. Ale płakałam nie dlatego, że mnie rżnął, tylko dlatego, że bałam się śmierci. Bałam się, że po wszystkim mnie po prostu zabije. I że będę tak leżeć w tym lesie, zupełnie naga, ze spermą wylewającą się ze mnie, a po moim zimnym ciele będzie chodzić robactwo. Kiedy skończył, kobieta zajęła moje miejsce na masce, a on zmusił mnie, żebym wylizała jej cipę. Trzymała mi głowę i mówiła, jak mam jej wkładać język. Pamiętam do dziś, jak wiła się pode mną. Pamiętam każdy pieprzony centymetr jej wygolonej cipy. A mój adopcyjny “tatuś” podniecił się znowu. Jeszcze zanim dolizałam kobietę do końca, chwycił mnie za tyłek i ponownie wsadził mi kutasa. W tym czasie jego żona tylko silniej przyciskała moją twarz do swojej cipki i wyzywała od dziecięcych kurew. Po wszystkim znowu wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą podróż. Nawet jakieś ciuchy mi dali, zamiast tych, które zostały nad jeziorem.

– Po co to wszystko było?

– O, to było wszystko bardzo zgrabnie zaplanowane i zorganizowane. Do domu dziecka już nie wróciłam. Od razu zabrali mnie do takiego lokalu przejściowego. Potem się dowiedziałam, jak to działa. Kierownictwo domu dziecka ogłosiło, że uciekłam. Oczywiście, powiadomiono milicję, były nawet poszukiwania. A potem odnalazły się moje ubrania. Pracownica sklepu zeznała, że kupiłam alkohol. I że byłam sama. Uznano więc, że upiłam się i poszłam pływać. No i cóż, jednej głupiej dziewczyny mniej na świecie. Prokurator umorzył sprawę.

– Nie miał żadnych podejrzeń?

– Pan prokurator był częstym gościem w naszym domu dziecka. Szczególnie upodobał sobie dwunastolatków. Kazał im się malować, przebierać w sukienki i rżnął aż miło.

– I nikt się w tym nie zorientował?

– Mówiłam ci, że to było zorganizowane. To była mafia. A domy dziecka to były doskonałe miejsca pozyskiwania towaru. Dziewczynek i chłopców. Sprzedawano nas klientom albo do burdeli. Niektóre, zwłaszcza najmłodsze dzieci szmuglowano na Zachód. U nas nie było to aż tak modne, u nas liczyły się takie jak ja – najlepsze były piętnastolatki – ale pedofile z Niemiec i Austrii mogli spokojnie wybierać jak w ulęgałkach. Płacili twardą walutą, a za nią można tu było dostać wszystko. Zresztą, podobno parę starszych dziewczyn przerobili nawet na organy. Może zresztą tylko tak nam mówiono, żeby nas zastraszyć?

Milica kontynuuje opowieść. Zimnym, beznamiętnym głosem opowiada o lokalu przejściowym. To był wielki dom, stojący na odludziu i strzeżony przez strażników z psami. Trafiały tam kobiety i dziewczyny kupione, porwane albo pozyskane w inny sposób. Tu już była selekcja – chłopcy trafiali w inne miejsca.

Najpierw było mycie i strzyżenie. Jeśli któraś z nowych dziewczyny miała wszy – ją i wszystkie jej towarzyszki strzyżono na zero. Nazywało się to doprowadzeniem towaru do stanu używalności. Potem krótka lekcja przystosowawcza.

Spędzały miesiąc w wygodnych, czystych i przytulnych pokojach, gdzie była nawet telewizja. Niektóre z nich po raz pierwszy widziały pościel, która nie była brudna i pełna robactwa. Do dyspozycji miały także cztery wielkie łazienki, a w nich kosmetyki, ciepłą wodę do woli oraz wspaniałe, grube i kolorowe szlafroki. Do tego w pokojach, w których spały, był barek z winem, czipsami i świeżymi owocami. Wiele z dziewczyn myślało, że właśnie trafiły do nieba.

Kiedy już zasmakowały luksusu i dobrego traktowania, wyciągano je w środku nocy i pokazywano, co dzieje się, gdy nie są posłuszne.

– To był środek nocy. Drzwi otworzyły się z hukiem i do naszego pokoju wpadli strażnicy. Pamiętam łomot ich buciorów na podłodze i wściekłe ujadanie ich psa. Światło paliło mnie w oczy. Wywlekli nas wszystkie… Brutalnie, na siłę. Jak któraś natychmiast nie wstawała, dostawała pasem. Takim grubym, twardym, wojskowym pasem. Wyłamywali nam ręce, ciągnęli za włosy. Wtedy znowu przypomniałam sobie, co to jest strach. Taki pierwotny, zwierzęcy.

– Taki jak wtedy, w lesie?

– Tak. A może nawet gorszy… Bo przez ten miesiąc myśmy myślały, że wszystko, co złe, jest już za nami. Miałyśmy gdzie mieszkać, było nam ciepło… Nie byłyśmy głodne. Była ciepła woda, wanna, pachnące szampony… A potem – to. Nigdy nie zapomnę tego dławiącego przerażenia, że to już się wszystko kończy. Wiesz, to zabawne – był taki moment, że nie bałam się, że po raz kolejny mnie zgwałcą, nie bałam się nawet, że mnie zabiją. Bałam się, że już nigdy nie wejdę do łazienki, nie wykąpię się w gorącej wodzie, że nie będzie czereśniowo pachnącej piany i grubego ręcznika po myciu.

– Dali wam tego zakosztować, żebyście miały do czego tęsknić. Żebyście bały się to stracić.

– Właśnie. Ale wtedy tego nie rozumiałam. Kiedy mnie wyciągnęli na korytarz, stanęłam jak sarna w nocy oślepiona reflektorami. Nie potrafiłam się ruszyć. Nawet, gdyby ktoś wtedy otworzył drzwi, wyrzucił na dwór, gdybym wtedy mogła uciec, nie zrobiłabym tego.

Milica sięga po kolejnego papierosa. Spostrzegam, że drżą jej ręce. Usiłuję przez chwilę uzmysłowić sobie, co czuła ta przerażona piętnastolatka, zastygła w panice na korytarzu pomiędzy innymi dziewczynkami. Bita, zastraszona, przekonana, że za chwilę umrze.

– Nie miałam czasu na myślenie. Trzech bydlaków wrzuciło mnie do piwnicy. To była mała, brudna klitka, wilgotna i zatęchła. Na podłodze była jakaś ciemna kałuża, przez chwilę pomyślałam, że to krew. Na środku stał stół, zbity z grubych desek. Facet, który był najsilniejszy, rzucił mnie na niego, przycisnął do blatu i kazał dwóm pozostałym trzymać mnie za ręce.

Milica relacjonuje to beznamiętnie, jakby nie były to jej własne wspomnienia, ale streszczenie książki. Książki, która opowiada o strasznych czasach, ale tak odległych, że wydają się one tylko historią. Jak opis gwałconych Trojanek przez wojów Achillesa, który nie jest już świadectwem zadawanego cierpienia, ale zwykłym, literackim opisem.

– Trzymali mnie mocno i bardzo wprawnie. Nie miałam najmniejszych szans, żeby się poruszyć. W dodatku jeden chwycił mnie za głowę i przycisnął do blatu tak, że drzazgi wbiły mi się w skórę. Ten z tyłu zadarł do góry koszulę, którą miałam na sobie, nachylił się i zasyczał mi do ucha: “Kwiatuszku, teraz poznasz, co to znaczy spełniać swoją powinność jako analna kurwa. Ucz się i korzystaj z każdej sekundy.” Do dziś zdarza mi się budzić w środku nocy, bo śni mi się ten głos.

Czuję, że zaschło mi w gardle. Przez myśl przenika pokusa, żeby zawołać strażnika, żeby przynieśli choć szklankę wody. Ale boję się, że Milica przestanie mówić. Więc milczę.

– Poczułam tylko zimne ostrze noża na udzie… Pociągnął nim wolno, od kolana w górę. Bałam się, że za chwilę wbije mi go w plecy. Nie mogłam się ruszyć, więc tylko szlochałam i błagałam o litość. Ale cios nie nadszedł. Miałam na sobie śliczne, nowiutkie majtki… przeciął je jednym ruchem, chwycił za pośladki i wbił się we mnie. Jednym ruchem, prosto w dupę. Wrzasnęłam tak, że prawie sama ogłuchłam. Byłam młodą, ciasną dziewczyną, a to był wielki spaślak z wielkim, tłustym chujem. Wszedł we mnie bez żadnego nawilżenia, nawet nie splunął. Jego kumple rechotali, ja wyłam z bólu, a ten bydlak rżnął mnie, jak chciał.

Milica przez chwilę nic nie mówi. Bawi się zimnym petem, obraca go w palcach i miętosi z nachmurzoną twarzą. Po chwili wraca do swojej relacji.

– Mój płacz chyba go podniecał… a może tak działał na niego mój ciasny tyłek? Doszedł szybko. Głęboko we mnie. Potem, dysząc mi w kark, warknął, że bardzo chce, abym była niegrzeczna. Bo wtedy właściciele burdelu oddadzą mnie na ponowne przeszkolenie, a wtedy nie będzie już tak delikatny. Wtedy ukarze mnie przykładnie. On, jego kumple i jego pies. Zapytał, czy wiem, jak to jest z psem? Bo jeśli tylko dam jakikolwiek pretekst, to on pokaże mi, jak pies potrafi dogodzić dziewczynie.

Potem zmieniali się na mnie, choć żaden nie był tak brutalny. Ale skorzystali ze wszystkich moich otworów. Kiedy skończyli, z cipki i z tyłka leciała mi krew. Z ust wypływała mi sperma, której wtedy nie potrafiłam jeszcze tak szybko łykać.

Na koniec rzucili mnie na jakiś spleśniały siennik, gdzie zwinęłam się w kłębek i na chwilę zasnęłam, zbyt sponiewierana, żeby płakać. Dziwne, ale pamiętam te wydarzenia dokładnie, mogłabym odtworzyć każdą sekundę. Te sceny są jak zdjęcie z rodzinnego albumu. Wystarczy chcieć, a pojawiają się przede mną – w każdym detalu, mimo upływu lat.

Spałam krótko – a może tylko tak mi się wydawało? Drzwi do piwnicy otworzyły się i pojawili się nowi mężczyźni. Większość z nich wyglądała jak bandyci i rzeczywiście nimi byli. To byli początkujący żołnierze mafii, ustawieni najniżej w hierarchii. Dla nich możliwość bezkarnego zgwałcenia mojego ciała była nagrodą. I zachętą.

Pieprzyli mnie na tym sienniku. Po kolei. Nie miałam siły, aby się bronić czy protestować. Byłam tylko cipką do zaspokojenia chuci. Nie kobietą, nie człowiekiem, tylko kawałkiem mięsa.

Nie wiem, ile czasu mnie tam trzymali. Pewnie kilka godzin. Kilka razy straciłam przytomność. Byłam tylko ochłapem, strzępem ludzkiego ciała, zupełnie bez woli, bez świadomości, bez cienia tego, kim byłam wcześniej.

Potem ktoś przyszedł, chlusnął na mnie wiadrem lodowato zimnej wody i kazał mi się podnieść. Nie miałam siły, więc zawołał jakiegoś typa, który pomógł mi wstać. Byłam ranna, naga, bolało mnie całe ciało i czułam przeraźliwe zimno. A jednak jakimś cudem na wpół weszłam, na wpół wgramoliłam się po schodach na górę. Ustawili nas w rzędzie, na korytarzu. Było tam nas trzynaście. Brakowało trzech. Nigdy ich już nie widziałam.

Przyszła do nas kobieta, która zarządzała domem, i zrobiła nam wykład. Powiedziała, że przed nami są dwa wyjścia. Albo będziemy posłuszne i chętne do współpracy – wtedy będziemy żyć szczęśliwie tak jak wcześniej, albo popełnimy błąd. I wtedy dzisiejsze przeżycia będą niczym w porównaniu z tym, co nas spotka. Potem każdej z nas wypalono na ramieniu znak. Małe litery PV. Nigdy się nie dowiedziałam, co znaczą.

Serbka odsłania ramię i pokazuje znamię. Nigdy go nie usunęła.

Patrzę na tę kobietę, beznamiętnie relacjonującą mi scenę brutalnego gwałtu i usiłuję sobie wyobrazić, co wtedy czuła. Dyktafon rejestruje jej słowa, ale ja chłonę każde drgnięcie jej oczu, każdy mimowolny gest. Próbuję być z nią tam, wówczas, gdy ludzkie bestie dokonywały spustoszenia w jej psychice.

Miała wówczas piętnaście lat. W jej wieku chodziłam po ulicach ciepłej, słonecznej Warszawy i szeroko otwartymi oczami podziwiałam ten dziwny czas po pierwszych polskich, na wpół wolnych wyborach. Ludzie na ulicach mieli spojrzenia jasne, bo choć wokoło była bieda, to jednak kierowała nimi jakaś nadzieja. Runął berliński mur, rozpadła się wizja sowieckiego świata, można było myśleć i mówić otwarcie.

Pamiętam jesień tego roku. Ciepłą, słoneczną, zażółconą liśćmi, w których tak lubiłam brodzić. Tego roku poznałam chłopca, nieco starszego ode mnie. Był świeżo upieczonym studentem polonistyki, poetą i marzycielem. Mnie, zakochanej po raz pierwszy w życiu piętnastolatce, imponowała jego erudycja, tkliwe spojrzenia zielonych oczu, romantyczna wizja nowej Polski, którą przede mną roztaczał. Wpadłam w tę pierwszą miłość po uszy, nie widząc świata wokół. A w tej samej chwili, gdy Paweł czytał mi egzaltowanym głosem swoje najnowsze wiersze, gdzieś na Bałkanach trzech dorosłych facetów, w zimnej i wilgotnej piwnicy dokonywało zbiorowego, analnego gwałtu na mojej rówieśniczce.

Milica nie pozwala mi się otrząsnąć. Wraca do swojej opowieści.

– W domu przejściowym nie pozostałam zbyt długo. Kilka miesięcy później zostałam znowu kupiona. Trafiłam do domu Antona, który był lokalnym bossem. Miałam szesnaście lat, a on właśnie skończył pięćdziesiątkę. Zajmował się kradzieżą i handlem samochodami. No, właściwie jego ludzie się tym zajmowali. Anton tylko zarządzał. Kupił mnie sobie jako zabawkę i kochankę, choć byłam jakieś dwa lata młodsza od jego własnej córki. Ale traktował mnie dobrze. Po raz pierwszy w życiu miałam swój własny pokój, jedzenia i picia do oporu, mogłam robić, co tylko chciałam – oczywiście, o ile nie opuszczałam domu. Bo w świetle prawa nie żyłam. Nie miałam dokumentów, praw… nawet legitymacji szkolnej. Bo oczywiście do żadnej szkoły nie chodziłam. Dla mojego kraju nie istniałam.

Anton miał wielki brzuch i ze trzy podbródki, ale był czysty i ładnie pachniał. Większość czasu spędzał zajmując się swoimi sprawami. Wieczorami musiałam tylko go odpowiednio obsłużyć. Najczęściej chciał, żebym mu robiła loda. Najlepiej przebrana w łachy jego córki. Byłam do niej bardzo podobna. Nigdy jej co prawda nie spotkałam, ale widziałam jej zdjęcia. Zastanawiałam się czasem, czy myślał o niej, gdy wylizywałam mu kutasa z resztek spermy. Kilka razy zwrócił się do mnie jej imieniem.

Czasem chciał się pochwalić mną przed przyjaciółmi. Pamiętam jedno takie wydarzenie – piątka mafiozów grała w pokera. Na stole mnóstwo pieniędzy, rakija i whisky. Kazał mi siedzieć z nimi, a na dany znak musiałam wejść pod stół, klęknąć przed nim, rozpiąć mu spodnie i zrobić mu dobrze. Trzymał mnie jedną ręką za głowę, a drugą grał w karty. Pamiętam rechot jego kumpli. Bałam się, że ich też będę musiała obsłużyć… ale tak się nie stało. Anton naprawdę o mnie dbał. Byłam tylko jego. Jego prywatnym marzeniem na uprawianie seksu z własnym dzieckiem.

– Nienawidziłaś go?

– Ja? Zgłupiałaś? Dlaczego miałam go nienawidzić? Ja go lubiłam. Był dla mnie dobry, był troskliwy. Och, oczywiście, byłam jego kurwą, ale pozwalał mi na wiele. To był dla mnie bardzo szczęśliwy czas. Poza tym… widzisz, to Anton odkrył przede mną moją własną historię. Nie wiem, jak to zrobił, ale swoimi metodami sprawdził, skąd jestem, jak nazywali się moi rodzice i czemu wysłali mnie do domu dziecka. Któregoś dnia przyszedł do mnie, oznajmił, że musimy porozmawiać i wszystko mi opowiedział. Pokazał mi zdjęcia mojego domu rodzinnego, zdjęcia rodziców.

– Co wtedy czułaś?

– Nie potrafię tego dobrze opisać. Złość? Nienawiść? Nie wiem. To gorzało we mnie, paliło żywym ogniem. Nienawidziłam mojej matki, że uległa rodzinie. Nienawidziłam ojca, który ją zgwałcił. I dziadka. Nienawidziłam swoich, bo nie czułam, że jestem ich częścią. Rozryczałam się wtedy i wykrzyczałam, że nie chcę ich znać, że są podli. Anton próbował mnie przekonać, żebym odpuściła, żebym pojechała i spróbowała ich poznać…

– A ty jak zareagowałaś?

– Otarłam łzy, otrząsnęłam się i podchodząc do niego, powiedziałam mu bardzo wyraźnie, patrząc w oczy, że to on jest moim prawdziwym ojcem. A potem pchnęłam go na łóżko i prawie zgwałciłam. Rzuciłam mu się na fiuta, wpakowałam sobie do gardła, jednocześnie się rozbierając. Chciałam, żeby naprawdę zrozumiał, że go kocham. Tego dnia to ja jego pieprzyłam, a nie on – mnie. Chyba mu się podobało, bo był twardy jak kamień. A ja, dziko ruszając biodrami, całowałam go i mówiłam, że tylko on jest moim ojcem, tylko jego kocham i tylko jemu chcę rodzić dzieci.

– Naprawdę tego chciałaś?!

– Nie wiem… Wtedy… byłam naprawdę jak pijana. Nienawiścią. Rozpaczą. Poczuciem, że chcę kogoś mieć. Tak, myślę, że wtedy chciałam mieć z nim dziecko – choć oczywiście sama nim byłam i nic z tego nie rozumiałam. Wiesz… zabawne. Myślę czasem, że byłby dobrym ojcem. To znaczy, naszych dzieci. Dobrym, choć pewnie surowym.

– Bił cię?

– Czasem, ale rzadko. I zawsze dzień później jakoś mnie przepraszał. Nawet jeśli nie słowem, to kupował mi coś na otarcie łez. No i życie w domu Antona było bezpieczne, czego nie dało się powiedzieć o życiu w kraju. Zwłaszcza na prowincji. To była końcówka 1990 roku. Od ponad dziesięciu lat w całej Jugosławii wrzało. Wiadomo było, że prędzej czy później coś się wydarzy, że poleje się krew. Dużo krwi. Kosowo kipiało. Co rok wybuchały zamieszki. Trzy lata wcześniej albańskie bojówki ciężko pobiły przedstawicieli serbskiej mniejszości. A przecież Kosowo było zawsze serbskie. Slobo to wykorzystał.

– Slobo?

– Slobodan Milosevic. Nasz przywódca. Miał facet jaja. Już wcześniej, w 1987 wstawił się za nami, Serbami. I głośno powiedział: “Nikt nie ma prawa was bić!” To chwyciło. Na jego wiec przyszło raz milion ludzi, blisko dziesięć procent ludzi mieszkających w kraju. Pewnie u was przychodziło tylu na papieża.

Milica mówi dalej, a ja śledzę jej monolog, jakbym sama była częścią tej historii. Jakbym oglądała ją własnymi oczami.

– W kraju panował totalny rozpiździej. Była reforma waluty, była inflacja, firmy nie płaciły pracownikom albo padały jak muchy. Tylko bandyterka miała się dobrze. Anton też. On dawał nam poczucie władzy, bezpieczeństwo i pieniądze. Wiesz, że tylko pod koniec 1989 roku zginęło u nas tysiąc osób? Od kul, od noża, od pał. A u was co się działo wtedy? A, prawda. Wybory. Wolna Polska. Skąd wiem? Co ty, kurwa, myślisz, że jak byłam prywatną dziwką gangstera, to nie oglądałam telewizji? Nie wiedziałam, co się dzieje na świecie? Zazdrościliśmy wam. I każdy wiedział, kto to jest Wałęsa.

U nas wszyscy rwali się do wojny. Ludzi wkurwiało, że banda albańskich przybłędów zabiera nam nasze ukochane Kosowo. Chcieliśmy się bić. Odpłacić za zniewagi. W takim kraju jak nasz kupić broń jest naprawdę łatwo.

W 1990 Kosowo ogłosiło niepodległość. Chyba nie muszę mówić, co się stało. Wszyscy chcieli krwi. Początkowo zresztą zależało nam wyłącznie na utrzymaniu Jugosławii. Bo jak była Jugosławia, to się z nami jednak jakoś liczono. Wspierała nas w tym Czarnogóra, ale skurwiele Chorwaci już też chcieli iść na swoje. Wielka, kurwa jego mać, Chorwacja. Ale oni tak zawsze, przecież nie muszę ci mówić, co ich ustasze robili w czasie wojny.

Widzisz, Jugosławia jest jak mozaika. Na wschodzie rozciąga się Serbia. Mój kraj. Kosowo, nasze gniazdo rodzinne jest na południu Serbii, to obszar graniczący z Albanią. Na południowy zachód jest Czarnogóra. To takie zadupie nad morzem. Adriatykiem, znaczy. Region mały, niewiele większy od Kosowa. Na zachód od nas leżą Słowenia, Chorwacja i oczywiście Bośnia z Hercegowiną. Słowenia zawsze była trochę z boku, pewnie dlatego, że graniczy z Austrią, Węgrami i Włochami – więc zadziera nosa, że jest taka zachodnia. Ale prawdziwy wrzód na dupie to Chorwacja i Bośnia. Chorwaci od wieków byli wrodzy wobec nas. Są katolikami, więc gardzą prawosławiem. No i współpracowali z hitlerowcami. Na terenie Chorwacji, a właściwie na granicy Chorwacji i Bośni leży Krajina – region zamieszkany prawie wyłącznie przez Serbów. Z kolei w Bośni mieszkają Serbowie, Chorwaci i oczywiście Boszniacy, czyli muzułmanie. Żeby było śmiesznie, trzymają sztamę z katolikami przeciwko nam, Serbom. Niezły pasztet, nie? Ale przez lata komunizmu był tu spokój, bo Tito trzymał wszystkich za mordę.

Nasza Jugosławia rozpadła się na początku roku 1991. W czerwcu Słowenia i Chorwacja powiedziały, że mają wszystko w dupie i Jugosławię trzeba rozpieprzyć. To znaczy – ogłosili niepodległość. My, Serbowie próbowaliśmy jeszcze ratować naszą wspólnotę, choć już wtedy padało hasło odbudowy Wielkiej Serbii. I to powoli docierało do naszej świadomości. Armia jugosławiańska – ale tak naprawdę to my – przejechaliśmy się wówczas po faszystach z Chorwacji. Widziałam to w telewizji u Antona. Byłam taka dumna. Czułam się Jugosławianką, czułam się Serbką. Czułam się silna.

A potem wybuchła wojna w Bośni. Był 1992 rok, a ja byłam doświadczoną, siedemnastoletnią kurwą z marzeniami o Wielkiej Serbii.

Potem wszystko się spierdoliło. Nie, żeby wcześniej było wszystko w porządku, oczywiście. Ale w marcu odbyło się referendum nad dalszym podziałem Jugosławii. Chciało się odłączyć Sarajewo, czyli to, co dzisiaj nazywa się Bośnią i Hercegowiną. Oczywiście referendum było nieważne i nielegalne, ale nikogo to nie obeszło. My, Serbowie, w ogóle nie głosowaliśmy, więc w tej farsie uczestniczyli tylko ci, co chcieli śmierci Jugosławii. Oczywiście Europa oszalała ze szczęścia, bo przecież Serbia jest zawsze ta zła, Serbia trzyma z Rosją, Serbia jest prawosławna… Miesiąc po wyborach ogłoszono tę niby niepodległość.

Armia – to znaczy wojsko jugosławiańskie – natychmiast zareagowało. Ty byś nie reagowała, jakby połowa twojego kraju powiedziała, że się odłącza? I że ma was w dupie? Więc ruszyliśmy. Najpierw zaczęliśmy czyścić z chorwackich faszystów tereny prowincji. Przeciwko nam byli też muzułmanie. Nasi w Krajinie też ogłosili, że są niepodlegli i że powstaje Serbska Republika Krajina. I wtedy, kurwa, Wujek Sam uznał niepodległość Bośni i Hercegowiny. Pierdoleni Amerykańcy ciągnęli druta islamistom, rozumiesz? Jebany chichot historii. Jak Osama wyjebał wam w te wieże, świętowałam. Za kwiecień 1992 roku.

Stopniowo armia zajmowała utracone w referendum terytoria. Odbieraliśmy wioski. I miasteczka. Była połowa 1992 roku i wszystko szło dobrze – faszyści w Chorwacji zbierali cięgi, na ich terytorium powstała Serbska Krajina. Został im tylko skrawek na północy i trochę ziemi nad Adriatykiem. W Bośni i Hercegowinie odzyskaliśmy większość terenów. Wreszcie zdecydowaliśmy się odzyskać Sarajewo.

Naprzeciw nam stanęły terrorystyczne bojówki, doskonale wyposażone i opłacane przez Europę. No i mafie. Ludzie pokroju Antona, tyle że stojący po drugiej stronie szybko zwietrzyli interes.

Stanęliśmy pod Sarajewem, ale skruwysyny zadążyły się przygotować. Zaczęło się regularne oblężenie.

– Gdzie wtedy byłaś?

– Wszystko po kolei. Pamiętasz, jak mówiłam ci, że wszystko zaczęło się pierdolić? W maju 1992 mój świat znowu runął. Jakiś skurwysyn podłożył ładunek wybuchowy pod samochód Antona. Nie było co zbierać. Tak straciłam jedyną bliską mi osobę. Jedyną, która się mną opiekowała. I jedyną, którą mogłam nazywać tatą.

Kiedy przez chwilę myślę, że znalazłam klucz do tej kobiety, nagle okazuje się, że tracę grunt pod nogami i wszystko wywraca się do góry nogami. Nie potrafię tego pojąć. Dla mnie, wychowanej w spokojnej, statecznej Polsce, która od dziesięcioleci nie zaznała grozy wojny, w której żyje się jakoś tak… normalnie, opowieść Milicy jest jak rozmowa z kosmitą. Widzę ją przecież jako ofiarę, jako skrzywdzoną przez wszystkich nieletnią; jako zmuszaną do prostytucji dziewczyneczkę; a ona mówi o wykorzystującym ją gangsterze jak o bliskim przyjacielu. Ba, o ojcu! Dla niej nie ma żadnego dysonansu w tym, że nazywała tego człowieka swoim tatą, choć uprawiał z nią seks, trzymał w zamknięciu i uważał za swoją własność. W jej słowach, w jej emocjach nie ma nawet krzty wyrzutu, poczucia krzywdy czy niechęci. To brzmi tak, jakby ona całkowicie akceptowała ten układ, odnajdowała się w nim. A może nawet: była w nim szczęśliwa!

– No i co z tego? Opiekował się mną. Był koło mnie. A seks z nim przynajmniej był przyjemny. On mi czasem robił minetę. I, kurwa, dzięki niemu miałam pierwszy orgazm! Zresztą, mówiłam ci już: on tak naprawdę chciał pieprzyć swoją prawdziwą córkę. A jak mówiłam w łóżku “tatusiu”, to odlatywał. Mnie to nie przeszkadzało, a jemu sprawiało frajdę. I zawsze potrafił mi podziękować.

Milczę. Próbuję zrozumieć. Milica podejmuje opowieść, a ja znowu zanurzam się w nurt jej wspomnień.

– Żona Antona w dniu pogrzebu wyjebała mnie na bruk. Tak po prostu. Nie mogłam nawet wziąć moich rzeczy. Kazała swojemu gorylowi wywieźć mnie do jakiejś wsi i wysadzić na drodze. Nie miałam nic. Złamanego dinara. Nawet dokumentów. Ja nawet nie istniałam. Przecież oficjalnie kilka lat temu utopiłam się w jeziorze. Daj jeszcze fajkę.

Podaję na wpół już opróżnioną paczkę. I myślę o tym, co ja robiłam w maju 1992 roku. Chyba znowu byłam zakochana. Tym razem w Krzyśku, studencie skandynawistyki. Zawsze miałam słabość do humanistów. Krzyś był miłym, dobrze ułożonym chłopakiem z dobrego domu. Jego rodzice byli lekarzami, właścicielami jednej z pierwszych prywatnych przychodni. A ja ich potencjalną synową. To był szczęśliwy czas…

– Byłam sama. Na środku skrzyżowania, w jakiejś zapomnianej wiosce. W środku kraju ogarniętego wojną. Paskudną, partyzancką wojną domową. Co było robić, wybrałam sobie jakąś chałupę. Zapukałam. Otworzył mi jakiś facet, stary. Na oko – koło siedemdziesiątki. Spytał, czego chcę. Więc powiedziałam po prostu: jestem sama. I głodna. Nie mam domu. Krewnych, rodziny. Niczego. Jeśli przyjmie mnie pod dach, mogę mu sprzątać, pomagać w pracy, a jeśli będzie chciał, może mnie pieprzyć. I że umiem robić loda tak jak żadna inna. Przez chwilę się wahał, ale wpuścił.

– Nie bałaś się?

– Nie miałam nic do stracenia. A chciałam jeść. Stipe – tak miał na imię – był wdowcem. Pół-Chorwat, pół-Serb. Mieszaniec. Posadził przy stole, dał jeść, a potem kazał iść do łóżka. Chyba dawno nie miał baby, bo mimo wieku zerżnął mnie trzy razy. Pamiętam to dobrze. Nie chciał nic wielkiego, tylko po prostu, żebym leżała pod nim i rozkładała nogi. Żadnej gry, żadnej finezji. Mogłam leżeć jak kłoda, a jemu to i tak wystarczało.

– Długo tam wytrzymałaś?

– Niedługo. Ale nie odeszłam przez to, że było ciężko. Pod koniec lata do wioski wpadł jakiś oddział. Nie armia, raczej jakaś bojówka czy inni maruderzy. Wtedy po obu stronach barykady częste już były takie prywatne grupy. Po prostu, wjechali na ciężarówkach i rozleźli się wokoło. Serbowie. Niby moi rodacy. Stipe był katolikiem. Czyli, wiadomo: Chorwat. Tacy byli rozstrzeliwali na miejscu. O ile mieli szczęście. Mnie zresztą też chcieli rozwalić, ale jeden gość z oddziału, powiedział, że mu się jego kurwa znudziła i chce nowej. Więc mnie oszczędzili. Nie powiedziałam, że jestem Serbką, bo miałabym przejebane jako zdrajczyni narodu. Serbce nie wolno sypiać z brudnym Chorwatem.

Zapada milczenie. Usiłuję pojąć, co mogła czuć rzucana z miejsca na miejsce nastolatka, którą wydzierano sobie z rąk tylko po to, aby mógł gwałcić ją kto inny. Nastolatka, która straciła dziewictwo w wieku siedmiu lat w łóżku zwyrodnialca z domu dziecka. Z rąk człowieka, który miał zapewnić jej opiekę. Która od tej pory była niczym więcej niż tylko seksualną zabawką. I nagle nachodzi mnie przerażająca konstatacja, że ta młoda dziewczyna wiedziała więcej o życiu niż ja dziś, choć jestem reporterką z dużym stażem, której jeszcze wczoraj wydawało się, że nic nie jest w stanie jej zaskoczyć.

– Zabrali mnie ze sobą do swojej bazy. Jechałam osobnym samochodem, było nas tam w sumie z dziesięć kobiet. W różnym wieku. Najmłodsza nie skończyła jeszcze dziesięciu lat. Najstarsza, wielka cycata baba miała chyba ze sześćdziesiąt. Śmiali się z niej, że mają w obozie takiego porucznika, który lubi staruszki. I żeby się cieszyła, bo u zmierzchu życia jeszcze zakosztuje ostrego seksu. Tych żołdaków było kilkudziesięciu, uzbrojonych po zęby i napompowanych testosteronem.

Obóz mieścił się w szkole, w opuszczonym miasteczku. Na pierwszym piętrze były sypialnie żołnierzy, na drugim – regularny burdel. Łącznie z przywiezionymi z moim transportem było nas ze trzy tuziny. Robili z nami, co chcieli. Dzień po dniu. Noc po nocy.

Pamiętam jedną taką scenę… przyszli w środku nocy. Trzech zwalistych facetów i jeden chłopak, przyjęty tego samego dnia do oddziału. Nie wiem, ile miał lat. Może czternaście. Nie więcej. Wyglądał śmiesznie w za dużej kurtce z demobilu, z szerokim żołnierskim pasem.

Wszyscy byli już pijani. W ogóle, rakija lała się tam strumieniami. Mieli też chyba narkotyki, bo weszli w układy z jakąś grupą przestępczą. W każdym razie wpadli do nas i zaczęli szukać odpowiedniej ofiary. Mówili, że ich młody żołnierz musi zmężnieć.

W końcu wybrali kobietę, która mogłaby być jego matką. Pamiętam, że miała na imię Vedrana. Ładna blondynka. Chyba była nauczycielką. Była popularna między nimi, bo miała piękny biust. Taki, co to podoba się facetom – duże, jędrne cycki. Wyciągnęli ją na środek, zaspaną, przerażoną i kazali się rozebrać. Ten chłopiec – też już pijany – patrzył na wszystko szeroko otwartymi oczami. Miał takie piękne, wielkie oczy… Zielone.

Błagała, żeby się powstrzymali, ale oczywiście to było bez sensu. Włączyli jakąś muzykę i musiała robić striptiz. Dla niego, dla tego młodzika. I naprawdę musiała się postarać, bo w przeciwnym wypadku spotkałaby ją kara. Nam wszystkim kazali patrzeć.

Więc siedziałyśmy na podłodze, drżące, zestrachane, a Vedrana, kołysząc się i przeginając jak turecka tancerka, rozbierała się przed chłopakiem, który mógłby być jej synem. Kiedy była już naga, kazali jej zrobić mu loda. Pamiętam wyraz jego twarzy, gdy rozpięła mu spodnie i wzięła go do ust. Absolutne szczęście. Pamiętam ciszę, przerywaną tylko tym obleśnym mlaskaniem, gdy mu obciągała.

A potem kazali jej wstać, położyć się na szkolnej ławce i dać się zerżnąć. Chłopak niepewnie włożył jej sterczącego kutasa… to był jego pierwszy raz, na pewno. Ale natura szybko mu podpowiedziała, co robić. Kumple bili mu brawo. Krótko to trwało, bo spuścił się bardzo prędko. Gratulowali mu i poili wódą. A potem każdy z nich zaliczył turę i poszli sobie. Byłam jedną z tych, co pomagały Vedranie wstać. Prosiła tylko, żebyśmy dały jej się czymś przykryć. A potem położyła się gdzieś z boku i zwinęła się w kłębek. Chciałam dać jej pić, ale nie przyjęła. Nie miała nawet siły płakać.

Gwałcili wszystkie – i tę grubą sześćdziesięciolatkę z wielkimi, obwisłymi piersiami, i tę dziesięciolatkę. Dzielne z niej dziecko było. Nawet nie płakała. Ale największą popularnością cieszyły się takie dwie siostry, bliźniaczki. Faceci dostawali na ich punkcie istnego pierdolca. I często brali je na noc do oficerów. Tam przynajmniej można się było przespać w znośnych warunkach. U nas, w sali było gorzej. I ciągle przychodził ktoś, żeby skorzystać. Nikt, kurwa, się nie hamował. Jak się któraś stawiała albo jak się znudziła, szła do piachu. Albo sprzedawali ją innej bandzie. Byłyśmy walutą, za którą można było kupić papierosy, broń, paliwo albo narkotyki. A zdobyć nas było łatwo – co jakiś czas robili akcje pacyfikacyjne w chorwackich wioskach. Zresztą, po jakimś czasie było im wszystko jedno. Palili, mordowali i kradli wszędzie tam, gdzie się dało. Serbom też się dostawało…

Wiesz, to nie byli bojownicy o Serbię. To były zwykłe męty. Nawet nie ludzie. Gardziłam nimi i bałam się ich. Wiesz… to był czas, kiedy płakałam nie dlatego, że mnie bili czy gwałcili. Do tego byłam przyzwyczajona. Płakałam, bo tęskniłam do Antona.

Jakieś dwa miesiące potem, gdzieś pod koniec roku, sprzedali mnie dalej. Byłam młoda, ładna. Cycki i dupa zgrabne… I nie pyskowałam. A jak chciałam, potrafiłam nawet pieprzyć się tak, żeby było im naprawdę dobrze. Szybko nauczyłam się, że warto. Bo wtedy nie bili, dawali lepiej jeść, można się było przespać w ich łóżkach. I umyć. Wiesz, w gorącej wodzie. Więc obciągałam, dawałam się pieprzyć, brałam w dupę. I bywałam grzeczna. Takie jak ja były w cenie. No, więc puścili mnie – za skrzynkę amunicji.

Trafiłam do kolejnej grupy. Ci to w ogóle się nie przejmowali polityką. Serbowie, Chorwaci, Bośniacy – im było wszystko jedno. Łupili wszystkich. I też mieli “obozowe żony”. Tylko mniej nas było, za to ładniejsze. Jakiś tuzin, wszystkie mniej więcej w moim wieku. I wszystkie ze zdrowym podejściem do otaczającego nas gówna. Zdrowym, to znaczy – wiedziałyśmy: trzymaj cipkę otwartą, a mordę zamkniętą. I dobrze się ruszaj, jak cię rżną, bo to ich podnieca.

Na czele grupy stał Iwan, prawdziwy psychopata. Z każdej pacyfikowanej wioski przywoził sobie trofeum. Odciętą głowę kogoś, kogo zabił własnymi rękami. Najświeższą zawsze trzymał w pustym akwarium. A te starsze wrzucał do mrowiska, a kiedy zostawała sama czaszka, kładł je sobie na półkę, z malutką karteczką z opisem. Miał takich czerepów sporo. Większych i mniejszych. Wiesz, ja byłam twardą kurwą, ale zobaczyłam kiedyś taką małą, malutką czaszkę. Dziecka. Poryczałam się wtedy. Ze złości, ze strachu, z bezsilności.

Pozostali byli po prostu skurwielami. Wojna była dla nich rajem. Życiem. Robili, co chcieli, nie przejmowali się niczym ani nikim. Jeśli brakowało im jedzenia, po prostu jechali do sklepu i brali. Jeśli brakowało im wódy – ściągali z półek całe zapasy. Jak mieli chęć pościgać się samochodami, podchodzili do kierowcy na skrzyżowaniu, wywlekali go na drogę, kopali i odjeżdżali jego wozem. Czasem, dla zabawy po stu metrach po prostu go porzucali i podpalali.

– Nikt się im nie przeciwstawiał?

– Kto niby?

– No, milicja. Wojsko. Ludzie.

– Ty chyba się wczoraj urodziłaś. Milicja się ich bała tak samo jak wszyscy. Zresztą, oni mieli broń maszynową, a policja tylko pałki i jakieś pukawki. A wojsko miało ważniejsze sprawy do martwienia się. Zresztą, wojsko czasem do nas przyjeżdżało, wskazywało cele, którymi się trzeba zająć, zostawiało amunicję, wódę albo broń i czekało, aż nasza banda wszystko załatwi – Milica kręci z niedowierzaniem głową, zastanawiając się, jak mogę tego nie pojmować.

Tak przetrzymałam zimę. Kurewsko zimną zimę. Wiesz, kiedy wszystko pokryte jest śniegiem, to tu jest przerażająco cicho. Ludzie na wsi rzadko wychodzą z domów. Jak mróz ściśnie, to przyprowadzają do domu nawet zwierzęta z obory. Wiesz, cieplej jest. Na tych zapadłych wsiach często jest tak jak przed wiekami. W zimie śpisz, jesz, pijesz i pierdolisz się. A jak w domu jest za mało kobiet, a za dużo rakiji, to chwytasz za nóż albo za siekierę… I wtedy masz więcej kobiet tylko dla siebie. Nikt nie pyta. Nikt się nie dziwi. Bo to, co się dzieje w domu, to prywatna sprawa tych, co w nim mieszkają. Na wiosnę z tych chat wychodzą wychudzeni, ponurzy ludzie. W spiżarniach nie ma już nic, kury pozarzynane, wódy też już nie ma. Nawet drewno do pieca się kończy. I tak zaczyna się kolejny rok. Turyści, co to jadą do Dubrownika czy szusować sobie na Šiljaku, nie wiedzą, co to prawdziwa zima. Zima jest tu, w pokrytych śniegiem wiochach, o których nikt nie chce pamiętać.

Na wiosnę sytuacja na froncie się zmieniła. NATO zakazało lotów nad Jugosławią, ale i tak wszystko odbywało się na ziemi. Właściwie wszystko było już pod naszą kontrolą, poza samym Sarajewem, które cały czas było w oblężeniu. A jak grupy, takie jak nasza, nie miały kogo pacyfikować, to wzięły się za siebie. Wszystkim odbijało już zupełnie. Może dlatego na początku 1993 roku faszyści odbili sporo terenu na południowym zachodzie Bośni.

To było tak jakoś na początku lata, tuż po moich osiemnastych urodzinach. Iwan wlazł w drogę, czy może po prostu pokłócił się z szefem innej grupy. Niestety, silniejszej. I z lepszymi powiązaniami.

Tamci dogadali się z wojskiem, wypożyczyli od armii dwa czołgi, przyjechali pod naszą szkołę i rozjebali wszystko w drzazgi. Po raz pierwszy dowiedziałam się, co to jest pierdolona wojna. Mnóstwo huku. Wszyscy krzyczą, biegają. Gdzieś padają ranni, leje się krew. Tuż obok nas pieprznął granat. Myślałam, że się dach zawali. Jak tylko się zaczęło, wiedziałam, że trzeba spływać. Wybiegłam na korytarz. Dziewczyna, która moment wcześniej poszła na siku, siedziała pod ścianą i wyła z bólu. A może nie z bólu tylko z przerażenia. Z brzucha wylewały jej się jelita, a ona próbowała je zgarniać i pakować do środka. Uciekłam. Potem nie pamiętam, co się działo. Dobiegłam do schodów, coś jebnęło i zrobiło się ciemno.

Kiedy się obudziłam, wokoło była cisza. Cisza, spokój i swąd spalenizny. Wyczołgałam się z ruin domu i stanęłam wśród trupów jako jedyna, która ocalała. Co miałam robić? Obmyłam twarz i poszłam przed siebie.

– I co było dalej? – gdy zadaję to pytanie, moje wargi są suche, jakby pokrywał je popiół spalonych ciał. Opowieść Milicy jest hipnotyczna. Przykuwa moją uwagę. Angażuje zmysły, świadomość i myśli. Nagle łapię się na tym, że znajduję się tam razem z nią, pośród gruzów i śmierci. Patrzę na to wszystko jej oczami, rozwartymi szeroko ze zgrozy. Ale chcę ŻYĆ. I gotowa jestem uczynić wszystko, absolutnie wszystko, aby to osiągnąć.

– Cóż, narodziłam się na nowo. Znowu. Bo widzisz, pierwszy raz urodziłam się dwadzieścia lat wcześniej. Potem, gdy zgwałcił mnie sapiący zboczeniec w domu dziecka. I po raz trzeci, gdy Anton dał mi namiastkę domu. Czwarty raz przyszłam na świat w domu Stipe, jako młodociana kurwa czasów wojny. A piąte urodziny to był ten moment, gdy powstałam pośród trupów i zgliszcz. Była jesień roku 93. Na froncie – zastój. Oczywiście, trwały walki na wyniszczenie, ale właściwie nic się nie zmieniało. Więc regularne wojsko i oddziały nieformalne dostawały zajoba.

Nie trzeba było długo czekać, zanim nie zaopiekował się mną kolejny gang. Trafiłam do burdelu dla żołnierzy. Jedzenie było przyzwoite, pokoje w miarę czyste, a alfonsi nie byli przesadnie brutalni. Ale moje szczęście nie trwało długo. Zostałam przegrana w karty. Po prostu. Nawet nie wiedziałam kiedy. Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł mój właściciel, rzucił zimno, że mam się ubierać, bo wyjeżdżam. Mruknął tylko, że moim nowym posiadaczem jest facet, któremu lepiej szła karta. U niego też zresztą nie zagrzałam długo miejsca. Nie minęło dłużej niż dwa tygodnie, gdy zostałam oddana jako spłata jakiegoś długu. Tak trafiłam w największe bagno w życiu.

Milica po raz kolejny otwiera paczkę papierosów i wolno, spokojnie wyciąga jeden z nich. Chwilę patrzy na niego, pieszcząc oczy wysmukłym kształtem chersterfielda, po czym wkłada go do ust i odpala. Wciąga do płuc dym i wydmuchuje go przez nos. Milczy przez moment, po czym podejmuje opowieść.

– Tam, na prowincji, na wierzch wypływały najgorsze ludzkie męty. Totalnie popierdoleni. Mój nowy właściciel nazywał się Dymitr i był pierdolonym świrem. Miał jakiś odlot na punkcie wampirów i wilkołaków, zresztą podobno pochodził z Rumunii. Chuj zresztą wie, czy to była prawda. No więc, on chciał wyhodować wilkołaka. Takiego prawdziwego. Wyczytał gdzieś, że w latach stalinowskich taki ruski profesor, Iwanow mu było, krzyżował człowieka z małpami. Chcieli stworzyć superżołnierza, silnego jak szympans i zdolnego do okrucieństwa jak człowiek. No więc, Dymitrowi zamarzyło się coś podobnego. Cały czas o tym opowiadał. Mówił, że w Transylwanii były od wieków wampiry i wilkołaki. I że to absolutna prawda, tyle że o tym ludzie zapomnieli. Ale że Jugosławii potrzeba wilkołaczej armii, bo wtedy obroni się przed Ruskimi i przed NATO. I że wreszcie będzie porządek, bo się nas będą bali.

Kobieta przez chwilę milczy, jakby przywołując obrazy.

– Dymitr wykupił od innych watażków kobiety. Młode i zdrowe. I założył hodowlę. Pierdoloną, systematyczną hodowlę wilkołaków.

– Jak to? – nie rozumiem.

– Ano, hodowlę. Mieli takie opuszczone gospodarstwo, tuż pod lasem. Okolica pusta, bo wszystkich już dawno zabito lub wypędzono. Kobiety zamknęli w oborze, pod strażą. Mieszkały tam razem, nagie i wygłodniałe. Jak zwierzęta. A oni codziennie przyprowadzali je psom, żeby z nimi kopulowały. Kurwa, oni psy trzymali w domu, w cieple i w dobrych warunkach. To były owczarki niemieckie, duże i trochę dzikie. Więc co dzień brali po trzy dziewczyny, kazali im klęczeć na podłodze i wypinać tyłki. Potem wpuszczali psy…

– Jak się o tym dowiedziałaś? – pytam, wiedziona dziennikarską potrzebą ustalenia źródeł, chociaż intuicja zdradza mi, co usłyszę.

– Byłam tam. Byłam jedną z tych dziewczyn.

I znowu milczenie. Tym razem dłuższe.

– Psy zabierały się do nas natychmiast. Były dziko podniecone. Zawsze. Może w tym pomieszczeniu trzymano też cieknące suki? A może po prostu – jak to psy – lubiły się pieprzyć. W końcu samiec to samiec i jedyne, o czym marzy, to wsadzić swojego kutasa w mokrą, ciasną pizdę. Czasem zresztą warczały na siebie i rywalizowały o nas. Ale najczęściej po prostu zabierały się za nas jak za swoją własność. A banda Dymitra stała wokół nas i tylko je zachęcała. Wyobrażasz to sobie? My trzy, na podłodze, na kolanach oddające się kundlom – a wokół nas oni. Pijani i patrzący się na nas. Ale najgorsze były ich kobiety.

– Kobiety też były w bandzie?

– O, tak. Kilka. Podczas tego psiego krycia to one najbardziej się nad nami pastwiły. Wskazywały zwierzakom nasze cipki, zagrzewały je do stosunków. Jedna taka lubiła wręcz pomagać psom. Brała psa za kutasa, paroma ruchami podniecała go do szaleństwa i wprowadzała go cipki tej z nas, na którą pies akurat miał ochotę. Mam wrażenie, że te baby podniecało po prostu nasze upodlenie. A potem tuż obok gziły się ze swoimi facetami. Wiesz, mam taki obraz przed oczami: jedna z nich, pijana, z butelką whisky w dłoni ujeżdża takiego porucznika… i śmiejąc się dziko, patrzy na mnie, na rżniętej mnie od tyłu przez napalonego owczarka. Miała straszne oczy. Dzikie. Szalone. Kiedy dochodziła, wyła jak bestia. Może zresztą było w niej więcej zwierzęcia niż w tych pieprzonych owczarkach. Bo ludzkich odruchów nie było w niej wcale.

Czasem sprowadzali gości, którzy płacili za to, żeby oglądać, jak jesteśmy rżnięte. Ale to wtedy, jak Dymitra nie było w pobliżu.

– Dlaczego?

– Bo tego chorego typa nie interesowała kopulacja. Dla niego to nie był seks. On naprawdę traktował nas po prostu jak bydło do zapłodnienia. Bo mu się, kurwa, stado wilkołaków marzyło. Jego interesowało tylko zestawienie, która z nas ile razy była kryta. I w jakim dniu cyklu. Pieprzony zootechnik. A reszta bandy to były zwykłe zboki, dla nich liczyła się tylko wóda, seks i rozróba. Ale Dymitra się bali. Bo to był wielki facet, potwornie silny. I podejrzliwy. No i psy go kochały. Miał takie trzy wielkie rottweilery. Nie obsługiwały nas, były do wyłącznej dyspozycji Dymitra. Kiedyś widziałam, jak na jego jedno słowo zagryzły faceta. Po prostu rozszarpały go. Żywcem. Wszyscy w obozie panicznie się ich bali.

Milica przymyka oczy i przełyka głośno ślinę. Nawet teraz, nawet dziś samo wspomnienie tej grozy napawa ją panicznym strachem.

– No więc, dla nas były tylko te wilczury. To znaczy: to my byłyśmy dla nich. A ludzie z bandy czasem nas filmowali. Sprzedawali te filmy za gruby szmal, bo wszystko, co przynosiło kasę, było dla nich dobre. Zresztą nie trwało długo, zanim pierwsze z nas zaszły w ciąże.

– Jak to? Z psami?

– No, oczywiście, że nie. Głupia jesteś? Ale chyba nie sądzisz, że cały oddział Dymitra podzielał jego chore idee? To była grupa facetów, nabuzowanych testosteronem, bez żadnej kontroli nad sobą. A w stodole były dziewczyny. Dostępne bez ograniczeń. Więc w dzień pieprzyły nas psy, a w nocy musiałyśmy gzić się z wartownikami. Byłyśmy młode, płodne, a tu żadnych zabezpieczeń, tylko non-stop ruchanie. Więc po prostu zachodziłyśmy. Wszystkie wiedziałyśmy, że to ci faceci są za to odpowiedzialni, tylko ten głupi Dymitr ubzdurał sobie, że jego eksperymenty przyniosły rezultat i wychowa sobie wilkołaki. Myślę, że ci jego kumple mieli z tego niezłą zabawę.

Nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. Po prostu nie umiem. Te sceny są tak niewyobrażalne, tak odarte ze wszystkich ludzkich cech, że zbiera mi się na wymioty. Czy kogoś, kto zmusza innego człowieka do takiego upodlenia, można nazwać człowiekiem? Skąd biorą się tacy zwyrodnialcy? Co sprawia, że ci ludzie – wychowani przecież w cywilizowanych warunkach, w dwudziestym wieku – zmieniają się w bestie? Czy to efekt grozy wojny? Świadomość beznadziei? A może bezkarność?

Tymczasem Milica ciągnie dalej, cały czas swoim pustym, beznamiętnym tonem, jakby opowiadała mi koszmar albo fabułę jakiegoś pokręconego, chorego filmu, a nie własne wspomnienia.

– Zaszłam w ciążę na jesień 1994 roku. Kiedy przestałam mieć okres, zrobili mi test. To było jak wyrok. Chciałam umrzeć. A najbardziej chciałam, żeby umarło we mnie to dziecko. Nawet nie wiedziałam, który z tych zwyrodnialców jest ojcem. Czepiałam się więc każdej nadziei, że poronię. Odmawiałam sobie jedzenia, żeby zagłodzić rosnącego we mnie bachora. Piłam wódę. Koszmarne ilości. Pieprzyłam się z psami, mając nadzieję, że to zaszkodzi dziecku. Robiłam to nawet w połowie ciąży. Rozumiesz to? Rozumiesz, kim jestem? Chciałam, żeby zachorowało. Nie wiem zresztą. Liczyłam, że to jakoś wywoła poronienie. I wszystko na nic. Urodziłam córkę. Był 1 czerwca 1995 roku. Pierdolony Dzień Dziecka. To znaczy, wedle starej rachuby, bo teraz świętujemy Dzień Dziecka w listopadzie. Nawet to, skurwysyny, mi zabrali.

Patrzę na Milicę, nie potrafiąc się odnaleźć w tym, co mówi.

– Urodziłam ją, mając niespełna dwadzieścia lat. Kobieta, akuszerka z jakiejś wiochy, która odbierała poród, powiedziała, że dziecko jest słabe i nie wie, czy przeżyje. I żebym lepiej szybko dała jej imię. Ale wiesz… kiedy ją… kiedy zobaczyłam moją córeczkę, coś we mnie pękło. Jeszcze tydzień wcześniej chciałam, żeby zgniła we mnie, w środku. Chciałam ją wyrwać z siebie i zapomnieć o niej. A teraz trzymałam na ręku tego dziwnego, czerwonego, pomarszczonego niemowlaka, który jeszcze przed chwilą był częścią mojego ciała. I w jakimś dziwnym odruchu powiedziałam, że ją kocham.

Milica milczy, ale w jej oczach widzę zmianę. Gdzieś tam, w jej duszy, mieszka coś innego. Jakby na chwilę, na moment ta zniszczona kobieta, której życie było nieprzerwanym koszmarem na jawie, stawała się po prostu matką.

– Nie wiem, dlaczego przeżyła. I wtedy, wiedziona jakimś impulsem, nazwałam ją Nadia. Nadieżda. Nadzieja. Wzięłam ją w ręce i przytuliłam, ogrzałam własnym oddechem. A potem dałam jej jeść. Dałam jej ssać pierś, w której było moje własne mleko.

– Co wtedy myślałaś?

– Masz dzieci? – Milica odpowiada pytaniem.

– Nie.

– Głupia jesteś. Powinnaś mieć dzieci. Każda z nas powinna. Wy, Polacy, powinniście to rozumieć, przecież jesteście katolikami.

– Jestem agnostyczką.

– Nie pierdol. Jesteś z Polski, musisz być katoliczką. Jesteś nią, nawet o tym nie wiedząc. Tak jak Ruscy są prawosławni, choćby nawet byli politrukami czy enkawudzistami. To jest w genach. Pod skórą. To jest w powietrzu, którym oddychasz. W wodzie, którą piłaś.

Nie podejmuję dyskusji.

– Nadieżdę oczywiście mi zabrali. To znaczy, mogłam ją widywać, raz na dwa, trzy dni. Czasem nawet po kilka godzin. Karmiłam ją, bawiłam się z nią i opowiadałam, co będzie, jak wojna się skończy. A wojna, czy może jej pierwsza część, miała się ku końcowi. Bo w lipcu 1995 roku wydarzyła się Srebrenica. Dużo się u nas, u Dymitra w oddziale, o tym mówiło.

– Masz na myśli lipcową masakrę? Jak to było? Co o tym wiesz?

– Masakrę? Kurwa, gdzie ty żyjesz. To wszystko jest według ciebie takie czarno-białe? Ach, tak – ty przecież jesteś Polką, a Polska to dumna służąca NATO, nie? Dajecie dupy i liżecie jaja Amerykańcom i Niemcom. I tego, powiem ci, kurwa, nie rozumiem. Przecież Hitler zgotował wam piekło jeszcze gorsze niż nam. I co, wy teraz razem z Wehrmachtem?

– Bundeswehrą… – mruczę cicho, ale Milica słyszy.

– Wehrmachtem. Przecież to są ci sami Niemcy, tylko dwa, trzy pokolenia później. Na jakim świecie ty żyjesz? Niemcy zawsze byli i zawsze będą skurwysynami spod znaku swastyki. A Chorwaci lizali im tyłki już za czasów drugiej wojny. Wiesz, kto to byli ustasze?

– Kolaborowali z Niemcami, tak?

– Kolaborowali, kolaborowali… Tu, u nas, każde dziecko wie, kim byli. To byli najgorsi bandyci. Nacjonaliści i faszyści. No i jeszcze jezuici. Przed wojną ich szef, Ante Pavelić, używał takiego samego tytułu jak Hitler czy Mussolini. Eksterminowali żydów i prawosławnych. Ale najbardziej lubili rzeź Serbów. Wiesz, co to jest Czarny Legion?

– Nie.

– Czarny Legion to najbardziej znany oddział ustaszy. Pierdoleni mordercy. Zabijali z takim okrucieństwem, że nawet hitlerowcy się ich brzydzili. Potrafisz to sobie wyobrazić? Nawet Gestapo uważało, że przesadzają. W 1942 roku aresztowali ich szefa. Za zbrodnie na ludności serbskiej. Na moich rodakach. Ale Pavelić wstawił się u Hitlera za swoim psem łańcuchowym i go puścili. A ustasze natychmiast zrobili z niego dowódcę swoich sił. Tacy to są twoi uciśnieni Chorwaci.

– Sporo wiesz o historii.

– Tu wszyscy to wiedzą – nagłym ruchem podsuwa mi pod nos nadgarstki, pokazując delikatną siateczkę żyłek. – To jest tu. Pod skórą. We krwi. W genach. Mogę być dziwką i kurwą, mogę się wycierać po łóżkach każdego faceta i kobiety, która chce mnie rżnąć, ale jestem Serbką. I nikt tego ze mnie nie wydrze, rozumiesz?

– Chyba tak – zgadzam się z pokorą.

– Wam, Euroludkom – Milica wypowiada to słowo z zimną pogardą – wydaje się, że wszystko wiecie. Że siedzicie sobie w tej zasranej Brukseli, w Paryżu czy Warszawie i wiecie, na czym polegała wojna w latach dziewięćdziesiątych. Że to źli Serbowie rzucili się na miłujących wolność i pokój Chorwatów. Gówno wiecie. Chorwaci to kurwili się zawsze z silnymi. A jak silni chcieli, to mordowali nas, Serbów, bez zmrużenia oka. Wiesz, gdzie powstał Czarny Legion?

Pytanie jest retoryczne, zadane dla większego dramatyzmu – ale Milica nie mówi tego dla czystego efektu. Ona jest do bólu szczera w tym, co przeżywa. Dla niej gwałt, który jej zadano przez kilkunastu laty, jest tak samo prawdziwy, tak samo jest częścią jej realnego świata, jak druga wojna światowa, Habsburgowie czy imperium osmańskie. Jest jej rzeczywistością, elementem wszczepionym w jej geny. Kiedy mówi o wydarzeniach sprzed lat, widzę w jej oczach autentyczny płomień. Pal sześć, czy jest patriotyczny, nacjonalistyczny czy po prostu fanatyczny – ale jest. Jest – i tak jak mówi Milica – jest częścią jej duszy. Ten żar jest nieudawany, jest autentyczny. Przez chwilę zastanawiam się, czy i w dalekiej Polsce można się z tak wielką współczesnością historii spotkać.

Milica wyciąga rękę i wskazuje ścianę.

– Tam. Za murem. Czarny Legion powstał w 1941 roku w Sarajewie.

Spojrzenie kobiety przygasa, tak jakby odległa historia była jej bliższa niż jej własne życie. Swoją drogą, to fascynujące i przerażające zarazem, że Milica, która jest prostą dziewczyną z zapadłej wsi, która nigdy nie skończyła żadnej szkoły, jest istną chodzącą encyklopedią historii własnego narodu. Czy to jest właśnie siła patriotyzmu? A może – nienawiści do wszystkiego, co obce?

– NATO zawsze było po stronie tych chorwackich skurwieli. Wiesz, że twój kurewsko demokratyczny Zachód sponsorował ustaszy po wojnie? Jako bojowników, kurwa, antykomunistycznych! Przecież oni nie walczyli z komunizmem! Oni po prostu budowali swoją wymarzoną, Wielką Chorwację. A jedyne, czym się różnili od Hitlera, to było to, że nie mieli takiej siły.

Od 1992 roku, czyli mniej więcej od tego czasu, gdy zginął mój Anton, wokoło Srebrenicy wrzało. Rządzili tu wasi miłujący pokój Chorwaci i ich Bośniacy. Więc było jak zwykle. Mordowali Serbów, jak chcieli. I kiedy chcieli. Potrafili zastrzelić człowieka na ulicy, ot tak – dla zabawy. W trzy lata zabili tu trzy tysiące ludzi. Trzy, kurwa, tysiące. Rozumiesz? Słyszałam kiedyś wywiad z taką młodą dziewczyną z jakiejś wiochy pod Srebrenicą. Rozwalili całą jej rodzinę. Wszyscy poszli do piachu. Została tylko ona i jej siostra, dziecko zaledwie. Dowódca oddziału, kompletnie już pijany, powiedział jej, że mogą odejść, pod warunkiem, że odda się każdemu z jego podwładnych. Ona albo jej siostrzyczka. Mogła wybrać. Więc zrobiła to. To było trzydziestu facetów, a ona musiała każdego zaspokoić. W tym samym domu, gdzie stygły trupy jej ojca i braci. Jej mała siostra musiała na to wszystko patrzeć. I po każdym razie głośno mówić, że jej się podobało to, co ci zwyrodnialcy robili.

Zamykam oczy. Usiłuję wyprzeć to ze świadomości.

– Ich szefem był taki miły Bośniak Naser Orić. Komendant. Robił takie rzeczy, że nawet wasze trybunały oskarżyły go w końcu o zbrodnie wojenne na Serbach. Oskarżyły i uniewinniły. Bo to, kurwa, skurwysyn – ale WASZ skurwysyn. Europejski. Jesteście pierdolonymi hipokrytami, wiesz?

– Nie ja go uniewinniłam – protestuję nieśmiało.

– Jasne. I nikt od was nie jest. Wy macie ten piękny, demokratyczny świat, w którym są samotni kowboje, szlachetni Indianie i tylko Ruscy są skurwysynami. No i oczywiście my, Serbowie – bo jesteśmy takimi sługusami Moskwy. A Chorwaci są waszymi pupilkami.

– Posłuchaj, wolna prasa…

– Weź mnie, kurwa, nie irytuj. Wolna prasa? Jak napiszesz coś pozytywnego o Serbii, to cię wyleją z roboty. Zresztą… nawet nie mam ci za złe, że nic nie rozumiesz. Tu są Bałkany, tu nic nie jest proste. Tu wszystko ma piąte, szóste dno. Oglądałaś kiedyś filmy z Jamesem Bondem?

To pytanie jest tak zaskakujące, tak nieoczekiwane, że nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Ale Milica nawet nie zwraca uwagi na moje potakujące mruknięcie.

– Bond… Wiesz, trochę jestem z niego dumna. Bo oryginalny, prawdziwy Bond był Serbem. Moim rodakiem. Nazywał się Duško Popov. Urodził się w Titel, ale pochodził z Karlova. Był agentem dla wszystkich możliwych wywiadów – niemieckiego, angielskiego, serbskiego, jugosławiańskiego. Zabójczo przystojny, wykształcony, znający języki i mający stosunki w najlepszych rodzinach… To właśnie jego sportretował Fleming w swoich książkach o agencie 007.

– Skąd tak dobrze znasz tę historię?

– Bo to, że jestem prostą kurwą, którą gwałciło pół Europy, ani to, że nie kończyłam szkół, nie oznacza, że jestem bezmózgiem. Jestem Serbką, kocham swój kraj. Mam oczy i uszy otwarte. A o Popovie opowiadał mi kiedyś Anton. Poza tym – chciałam być taka jak ten nasz serbski Bond. Tyle, że czasy były już inne… Mniej, kurwa, romantyczne.

– Chciałabyś żyć wtedy, w czasie wojny?

– Głupia jesteś – wzdycha Milica. – Dla was wojna to historia z opowiadań dziadka czy ojca. U nas wojna to nasze doświadczenie. Wojna domowa. Podstępna, okrutna i mordercza. Hitlerowcy, Stalin – oni byli dawno. Kto o nich pamięta? U nas działo się to kilka lat temu. I te wszystkie rzeczy robili nie obcy, którzy odeszli, ale MY. My sami. Nasi bracia, nasi sąsiedzi, nasi rodzice. To my mordowaliśmy, gwałciliśmy, paliliśmy. Każdy z nas ma to w sobie. My, Chorwaci, Bośniacy… Wszyscy jednakowo. Tu nie ma podziału dobrzy-źli. Srebrenica też nie jest taka jednoznaczna, jakbyś to sobie chciała wyobrażać.

– Dlaczego chcesz mnie do tego tak mocno przekonać?

– Opowiadam ci to, żebyś zrozumiała choć trochę, co działo się wtedy w naszych duszach. I że nie wszystko jest tak proste, jak w waszych telewizorach.

– No, ale przecież siły serbskie naprawdę dokonały masakry – usiłuję słabo zaprzeczyć.

– A ty byś spokojnie czekała, gdybyś wiedziała, czego dopuszcza się ta chorwacko-muzułmańska banda? Tysiące ludzi zabitych. Gwałcone dziewczyny i młode chłopaki. Ludzie wyłapywani i sprzedawani handlarzom niewolników albo na organy… Myślisz, że pod Srebrenicą Chorwaci zachowywali się lepiej niż ci, którzy gwałcili mnie w domu dziecka? Przecież tam, kurwa, mieli pełną władzę! Nikt ich nie karał, a nawet więcej: zachęcano ich! Myśmy mogli tylko patrzeć. A jeszcze wszystko to działo się pod okiem skurwysynów z NATO. Przecież tam utworzono tę, no, “enklawę”. Holendrzy tego pilnowali. Enklawa, dobre sobie. To były tereny łowieckie. Dla morderców, zboczeńców i pedofili. Czy ty wiesz, że w Holandii jest oficjalna partia, która domaga się legalizacji gwałcenia dzieci?

Milica przerywa na chwilę. Jej oczy płoną teraz blaskiem. Złym, mrocznym ogniem. W tej chwili rozumiem, czemu nazywano ją później Serbską Wilczycą.

– To skończyło się, gdy nasz dowódca Radko Mladić zdecydował się działać. Zorganizował transport dla dzieci i kobiet z okolic Srebrenicy i wywiózł je bezpiecznie do prawdziwych enklaw. Nikt ich nie zaczepił. Ale muslimom to nie wystarczyło. Bo oni są tak naprawdę wielkimi tchórzami. Radko powiedział, że jeśli złożą broń, to każdy z nich wyjdzie żywy… Obiecał im to. Ale oni woleli się przebijać sami. Więc nasza armia z nimi walczyła.

– Rozstrzeliwała jeńców.

– Naszych sprowokowano. Muzułmanie kryli się między dziećmi i kobietami. Przenosili broń. Poza tym… To wszystko było ukartowane. Clinton sam powiedział Chorwatom, że dobrze by było mieć pretekst do interwencji. Powiedział tak: “sprowokujcie jakąś rozróbę Serbów z cywilami, to wejdziemy z NATO. Dajcie nam powód.”

– Wierzysz w to?

– Kurwa, myślisz, że wyssałam to palca? Przecież tak mówili sami ludzie ze Srebrenicy! Bośniacy, nie Serbowie! Ludzie od tego ich Izetbegovicia, prezydenta bękarckiego państewka bośniackiego! Oficjalnie zeznali, że ich własny rząd sprzedał Srebrenicę.

Milica milknie ponownie, ale żar w jej spojrzeniu jakby wygasa. Po chwili odzywa się ponownie, spokojnie i z rezygnacją.

– Tu są Bałkany. Tu nic nie jest proste. Mówiłam ci. My tu od wieków żyjemy, wdychając zapach śmierci. Krew woła o krew. Gwałt rodzi gwałt. Zemsta napędza zemstę. Mamy to w genach – podnosi do góry zniszczone, pomarszczone dłonie i przez chwilę im się przygląda. – To jest tu, w środku. W moich żyłach. Mord. Gwałt. Zbrodnia. Rok za rokiem, wiek za wiekiem. I tak od samego początku. Moją matkę zgwałcił jej brat. A jej matkę? Ile razy kobiety z mojej rodziny musiały rodzić dzieci swoich oprawców? Ile razy moi dziadkowie gwałcili swoje rodaczki, sąsiadki, córki? Czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek w ogóle spotkałam na swojej drodze kogoś, kto nie miał krwi na rękach…

Milczę. Bo co mam powiedzieć? Milica także milknie na chwilę.

– Dlaczego mi to właściwie opowiadasz?

– Nie wiem. Może chcę, żeby ktoś mnie wysłuchał? Wiesz, taki ktoś spoza tego kraju, w którym wiecznie toczy się wojna. Nawet wtedy, gdy akurat jest pokój. Bo ta wojna jest w nas. Jesteśmy na nią skazani. Jesteśmy przeklęci. My, Serbowie. Oni, Bośniacy i Chorwaci. Albańczycy. Zawsze będziemy palić, zabijać się i gwałcić.

– Każdy człowiek ma wybór.

– Nadal nic nie rozumiesz. Czy ja wybrałam, że moim ojcem będzie rodzony brat mojej matki? Czy ja wybrałam, że ludzie w mojej wiosce bardziej cenią wydumany honor niż uczucia matki do dziecka? Czy ja wybrałam sobie, że spocony knur włoży mi łapę w majtki, gdy byłam jeszcze dzieckiem?

– Ale przecież potem ty także zabijałaś. I brałaś udział w gwałtach, porwaniach i mordach? Dlaczego?

Milica zamyka oczy i znowu milczy. Przez chwilę boję się, że przekroczyłam niewidzialną granicę; że złamałam jakąś niepisaną umowę między nami… Ale kobieta przełamuje się i podejmuje rozmowę.

– Miesiąc po tym, jak urodziłam Nadieżdę, zakończyła się operacja wokół Srebrenicy. Rozbiliśmy ostatnie muzułmańskie oddziały, a cywilom Radko zorganizował korytarz humanitarny. Ale Clinton zyskał swój cenny powód. NATO rozpoczęło na nas seryjne naloty. Co mogliśmy poradzić przeciwko potędze USA? Przeciwko nim mogliby coś zrobić tylko Ruscy, ale oczywiście skończyło się na niczym. Więc staliśmy, pod amerykańskimi bombami… i ginęliśmy. Ginęliśmy za to, że ludzie prezydenta Izetbegovicia sprzedali swoich własnych rodaków. A świat miał to w dupie.

– Wiesz, nie do końca. To po Srebrenicy z funkcji wysłannika ONZ zrezygnował nasz były premier, Tadeusz Mazowiecki. On zresztą podkreślał, że nie tylko Serbowie dokonywali zbrodni wojennych. Obarczył odpowiedzialnością obie strony konfliktu i przygotował oskarżycielski raport.

– Zaraz się rozpłaczę ze szczęścia. Naprawdę? Zrezygnował z funkcji? To pewnie uratowało tysiące ludzi, nie? A kilku setkom przywróciło życie.

– A co mógł innego zrobić? Nikt go nie słuchał.

– Nas też. Tyle, że ten twój polityk wrócił sobie do Polski, a my nadal staliśmy pod natowskimi bombami.

Wojna skończyła się w listopadzie 1995 roku, układem z Dayton, który niczego nie rozwiązał. To znaczy, Chorwacja oczywiście może być zadowolona, bo jest pupilkiem Europy. Niedawno przecież wzięliście sobie tych faszystów do NATO i do Unii. Serbia wyszła potrzaskana. Z naszego Kosowa zrobiliście sobie państewko-marionetkę. Straciliśmy Krajinę, która jest częścią tego kuriozum, które nazywa się Bośnią i Hercegowiną. Bo przecież Bośnia i Hercegowina jest tylko połową tego tworu, a drugą połową jest Republika Serbska, która nawet nie jest ujęta w nazwie. Szaleństwo, prawda? W Europie Serbowie mieszkają w Serbii i Republice Serbskiej, której nazwy nie ma na mapie, bo jest częścią Bośni i Hercegowiny. Przecież prędzej czy później to wybuchnie znowu.

– Od końca wojny nie było też wiadomo, co będzie z Kosowem. Ośmieleni upokorzeniem Serbii albańscy bandyci zaczęli tam ostro podnosić głowy. Tak zwana Armia Wyzwolenia Kosowa, czyli KLA, to była zbieranina watażków z czasów wojny bośniackiej, ich podoficerów i prostych zbirów, którzy doskonale wiedzieli, że można wzbogacić się na wojnie, a Europa z przyjemnością znowu dokopie Serbom. Dziś już wiadomo, że wywiad niemiecki sponsorował hojnie całą tę zbieraninę. CIA też maczało w tym swoje brudne paluchy…

Rozbestwione zagraniczną pomocą KLA zaczęło już wprost wprowadzać terror. Mordowano serbskich policjantów, urzędników i przedsiębiorców. Mnożyły się wymuszenia i porwania. Serbia miała związane ręce, bo przecież przegraliśmy wojnę w Bośni. Więc ludzie zaczęli brać sprawy w swoje ręce. Bogatsi serbscy Kosowiacy kupowali sobie ochronę pośród grup, które nie chciały złożyć broni. Takiej, jak nasza. Dymitra już nie było. Zastrzelili go jego właśni ludzie, którym chciał zabronić bzykania nas.

W 1997 roku w Albanii, która graniczy z Kosowem, wybuchła gigantyczna rozróba. Widzisz, tam właściwie rządziły mniej lub bardziej oficjalnie grupy przestępcze. Wpadli na pomysł, jak wyciągnąć resztki kasy od Albańczyków, którzy są ciemni i głupi jak stado śmierdzących owiec, które tak lubią dymać. Wcale ich do tego nie zmuszali, żadnej bandyterki. Oni sami przynosili im pieniądze, do najróżniejszych firm, które obiecywały gigantyczne zyski. To się nazywa, jakoś tak śmiesznie… czekaj… budowla pieniężna…. Stos pieniężny….

– Może: piramida finansowa?

– O, tak, właśnie! Piramida finansowa. Wydoili ich z kasy potwornie, a ci głupcy sami się prosili. No więc w 1997 to wszystko padło i wściekli owcojebcy zrobili sobie regularne powstanie! Tłum rozwścieczonych ludzi zajął nawet stolicę. Wojsko i milicja pochowały się po kątach, więc szybko rozdrapano ich magazyny broni. Takie to było państwo… I pomyśleć, że oni położyli łapę na Kosowie… No, ale to stało się później.

Na razie Albania stała się wrzodem na dupie, a Europa nie chciała kolejnej zadymy na Bałkanach. Jakoś się to uspokoiło, ale dziesiątki tysięcy sztuk broni znalazły się poza kontrolą. I jak uspokoiło się w wśród tych miłośników owczych cip, to ta broń znalazła się w rękach KLA w Kosowie. Reszty możesz się domyślić…

KLA wzrosła w siłę. Miała broń i miała kupę kasy – zarówno od CIA, jak i z handlu żywym towarem, z przemytu i z pospolitych wymuszeń. Pracowało dla nich mnóstwo bandytów. Ameryka patrzyła na to z uciechą. Sami zresztą zachęcali Albańczyków do zadymy w Kosowie, bo marzyła im się następna interwencja. Skurwysyny. A myśmy przecież tylko bronili naszego własnego terytorium. I naszych ludzi. A wszystko dlatego, że ta dziwka Lewinski obciągała druta Clintonowi i trzeba było odwrócić uwagę mediów. A wiadomo, nawet najlepszy lachociąg jest mniej ciekawy niż wojna, nie?

No i NATO przyszło. Amerykanie znowu nas bombardowali, używali pocisków wystrzeliwanych z okrętów i tych swoich kosmicznych bombowców. Śmierć przychodziła z nieba, bez ostrzeżenia, bez szans na reakcję. To trwało przez blisko dwa lata, bo nasze siły trzymały się dzielnie… Ale co mogliśmy im przeciwstawić? Nawet najdzielniejszy żołnierz broniący ojczyzny karabinem nie ma szans w starciu z rakietą…

Skończyło się w połowie 1999 roku. Musieliśmy się wycofać, a do Kosowa weszły siły misji NATO, które radośnie oddały kraj w ręce owcojebców. I zupełnie się nie liczy, że z rąk KLA zginęło tysiące ludzi, w tym dzieci. A wasze wojska ubiły pewnie drugie tyle. Bo liczyło się tylko to, że Ameryka dostała swoją zwycięską wojnę, a o słonym smaku spermy Clintona w ustach Lewinski już nikt nie pamiętał.

– Dobrze, już rozumiem. Naprawdę wierzę, że Kosowo jest ważne dla was…

– Kosowo jest SERBSKIE – w oczach kobiety płonie nacjonalistyczny ogień. – Było, jest i kiedyś znowu będzie. Nawet jeśli ta wasza Unia się temu przeciwstawi. Bo tu jest nasza ziemia, nasza krew!

– Dobrze, ale nie chcę gadać o polityce. Miałaś mi opowiedzieć swoją historię. To dla tej historii i dla ciebie tu przyjechałam – próbuję ją udobruchać.

Milica mierzy mnie podejrzliwie wzrokiem, ale po chwili wraca do przerwanego wątku.

– Jak pamiętasz, 1 czerwca 1995 roku urodziłam Nadię. Ten zboczeniec Dymitr naprawdę chyba wierzył, że my zachodziłyśmy w ciążę z jego psami. Odbiło mu zupełnie. Kurwa, chciał te dzieci – bo w sumie urodziło się parę, choć pierwszy miesiąc przeżyło tylko pięć – karmić mięsem i krwią. Jak wilki. Na szczęście jego przyboczni też mieli go dość. Oczywiście, fajnie było nas sobie używać, fajnie było spędzać czas na piciu, rżnięciu się i rabowaniu okolicy, ale po Dayton wojny właściwie już nie mogło być. W centralnej Jugosławii – choć oczywiście mojego kraju już nie było – zapanowała beznadzieja, ale i niestabilny pokój.

Jedyną szansą na dorobienie się i dalsze boje była walka o Kosowo, która właśnie przybierała na sile. Tyle, że Dymitr nie chciał tam jechać, jemu wystarczała jego chora hodowla wilkołaków. W swoim pokręconym umyśle wkręcił sobie, że nasze dzieci były przecież wilczymi hybrydami. Ale jego kumple mieli dość. Dość swojego herszta, bo oczywiście rabunku i wódy nigdy za wiele. Od paru tygodni próbowali przekonać swojego szefa, kłócili się, wrzeszczeli. Ale zawsze był górą. On i te jego bestie.

Tego wieczora poszło ich pięciu, z automatami. Wróciło trzech, ale Dymitra i jego rottweilerów już nie było na świecie.

Nowym przywódcą został Josif. Wtedy to już powoli brakowało nam wszystkiego: żarcia, broni, pieniędzy… Więc nasz świeżo upieczony komandant zebrał tych, co zostali, i przerzucił nas na południe, do Kosowa. Trafiliśmy do jednego takiego biznesmena… No, powiedzmy, że biznesmena. Zoran mu było, ale wszyscy wołali go Hitler, bo nosił taki wąsik jak Adolf. Zoran był bandytą średniej klasy. Gdzie mu tam było do Antona… Ale w Kosowie nawet średniacy uchodzili za bossów.

– Jakie jest to wasze Kosowo?

– W sumie, nieduże. To raptem teren przypominający prawie równy kwadrat o boku stu kilometrów. Ale jest zabójczo piękne. Wyobraź sobie wysokie góry, poprzecinane zielonymi jarami. Skały są tam czarne i szare. To kraj dziki i wolny, gdzie jest mnóstwo powalonych pni drzew, gdzie potępieńczo świszcze wiatr, a krzyczące ptaki sprawiają, że wygląda to jak obraz krainy umarłych.

– No, prawdę mówiąc nie brzmi to zachęcająco.

– Ech, nie zrozumiesz naszych dusz, jeśli nie odetchniesz powietrzem serbskiego Kosowa, nie pójdziesz samotnie w Góry Prokletije.

– Prokletije? Przeklęte?

– Tak je nazywamy. Bo one są dzikie. Nieujarzmione. Dumne. Może właśnie dlatego w naszych żyłach płynie to przekleństwo? Bo choć to ziemia piękna, to jednak mało urodzajna. Nawet wody brakuje. No, może z wyjątkiem kotlin, tam są szybkie, rwące rzeki. Miast tu też niewiele. Jest oczywiście Prisztina, jest Prizren, Mitrovica… No i jest Kosove Pole, święta ziemia dla wszystkich Serbów. Ale to wszystko bieda z nędzą. Przynajmniej teraz. Żyłoby się tu cudownie, ale ci cholerni dzikusi wszystko rozkradli. Kiedy tam weszliśmy, wszystko wrzało. Albańce bili naszych, myśmy się dzielnie odgryzali. Łupiliśmy ich ludzi, rekwirowaliśmy samochody, kazaliśmy sobie płacić za spokój. No i wszyscy tam coś przemycali.

Nasz nowy szef, Zoran, handlował narkotykami i panienkami. To znaczy, testował je, przyuczał do zawodu, a potem sprzedawał. Ale zachował sobie trzy z nas, to znaczy z tego dymitrowego stada. Resztę dziewczyn odesłał do burdeli. Josif został szefem ochrony, jego ludzie – cynglami, a my jak zwykle dawałyśmy cipy i dupy. Możesz o tym myśleć jak o prywatnym domu publicznym dla podwładnych szefa. Zastanawiałam się tylko, czy ludzie Zorana, którzy nas ochoczo pierdolili, wiedzieli, że nasze cipki, w które tak ochoczo wkładali kutasy, spływały jeszcze niedawno psią spermą? To znaczy, Josif i ci, co byli z nami, oczywiście wiedzieli, ale trzymali mordy na kłódkę.

W każdym razie Zoran mógł być pewien naszej lojalności. Było co żreć, czułyśmy się raczej bezpieczne, mieszkałyśmy w cieple, a poza tym oni mieli nasze dzieci. Ja widywałam Nadię codziennie, no i mogłam z nią spać, o ile nie pracowałam w nocy.

Po jakimś czasie jeden z cyngli wyraźnie polubił mnie najbardziej z tych dziewczyn, co obsługiwały żołnierzy. Sympatyczny był. Niewiele starszy ode mnie. Bzykał mnie często, ale nigdy nie był brutalny. Czasem przynosił flaszkę dobrej wódy. Traktował mnie jak człowieka, jak kobietę. Parę razy przyniósł kwiaty. Kwiaty, rozumiesz? W środku tego całego syfu po raz pierwszy w życiu dostałam od kogoś kwiaty. Zupełnie bezinteresowanie, bo przecież mógł mnie rżnąć, kiedy chciał.

Oczywiście, pieprzyliśmy się – w końcu od czego innego są kobiety? Ale przychodził do mnie nie tylko, żeby mnie ruchać. Czasem po prostu rozmawialiśmy. I tak jakoś się zbliżyliśmy. Mówił mi o swojej rodzinie, jak zginęła w bombardowaniu NATO. Mówił o tym, że czuje się Serbem i tylko to się dla niego liczy. I że chce po prostu walczyć za swój kraj, za ojczyznę. Za Kosowo. Że wcale nie chce być członkiem tej pieprzonej grupy, że ma dość wysługiwania się złodziejom, ale chce żyć w normalnym, serbskim kraju. A innej drogi po prostu nie ma. Uwielbiałam go słuchać. Był taki… inny. W tym całym gównie, w którym znalazły się Bałkany, on próbował zachować jakiś wewnętrzny spokój. Kompas. Mówił, że kiedyś to się zmieni. Że będzie normalnie. Że dzięki takim jak on wszystko się jakoś poukłada. I że to będzie kiedyś kraj, w którym takie jak ja i Nadia będą mogły spokojnie mieszkać.

– Poznał twoją córkę?

– Tak. Powiedziałam mu o niej… Wiesz… rozumiałam już, że on coś do mnie czuje. Nie chciałam, żeby kiedyś poszedł sobie precz tylko dlatego, że mam dziecko. Wiesz, nie jego dziecko.

– Wielu mężczyzn decyduje się na taki związek.

– Może u was, w Polsce. Tu na te sprawy patrzy się inaczej. A ja się bałam. I bałam się tego, że on naprawdę się we mnie… zakochał. Ale najbardziej tego, że ja też zaczynam pękać. Panicznie lękałam się o siebie, o Nadię… To nie był czas na takie rzeczy.

– Zoran by ci pozwolił odejść? Żyć… normalnie?

– Nie wiem. Pewnie kiedyś, tak. Ale przecież temu chłopcu nie przeszkadzało, że może mnie przelecieć każdy, komu szef pozwoli. To była taka… milcząca umowa między nami. Nigdy o tym nie mówiliśmy.

– Nie powiedziałaś, jak miał na imię…

– Nie. I nie powiem. Ono jest tylko moje.

– Rozumiem.

Zapada milczenie. Patrzę na pobrużdżoną zmarszczkami twarz Milicy i próbuję ją sobie wyobrazić jako dwudziestolatkę, która być może po raz pierwszy odnajduje w sobie uczucia, które dla ludzi w jej wieku, żyjących w innych miejscach na ziemi, są po prostu normalne. Czy naprawdę zakochała się w tym bezimiennym, młodym żołnierzu? A może po prostu odpowiedziała na po raz pierwszy okazane jej bezinteresowną, zwykłą, choć nieporadną czułość?

– Co było dalej?

– Dlaczego ty w ogóle chcesz to wiedzieć? – odpowiada pytaniem, jakby wytrącona z nostalgicznego transu.

– Mówiłam ci sto razy. Chcę cię poznać. Zrozumieć. Opowiedzieć twoją historię innym ludziom. Chciałabym, żeby cię wysłuchali. Żebyś mogła mówić o tym, kim jesteś.

Patrzy w dal. Gdzieś w nieistniejącą realnie przestrzeń, gdzie nie ma tego więzienia, tych murów, strażników. Może w tym świecie widzi inną Milicę. Normalną nastolatkę, która chodzi do szkoły; której nikt nie gwałci; która ma przyjaciół w swoim wieku i lubi rozmawiać o muzyce, filmach i marzeniach. Nastolatkę, która powoli zamienia się w kobietę, poznaje miłość i pierwsze rozczarowania. Dziewczynę, która przeżywa rozterki właściwe jej wiekowi. A potem poznaje tego, z którym chce być, dzielić plany i nadzieje. Z którym decyduje się mieć dziecko. Dziecko, które nie widzi wokół siebie padających bomb, które nie słyszy huku dział i jęków umierających.

Nie chcę jej wyrywać z tego marzenia. Może to jest jej jedyna ulga – świadomość, że mogło być inaczej. A może właśnie to nie ulga, tylko tortura?

– Tak, to był czas, kiedy znów ogarniał mnie strach – ciągnie Milica, a w jej głosie pojawia się nowa nuta. Smutku? Żalu? Chyba nie. Raczej zrezygnowanej akceptacji. – Bałam się otworzyć na niego. Wiedziałam, że to po prostu nie może się udać.

– Czemu?

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Ja, skurwiona na wszelkie sposoby dziwka, i on, prosty żołnierz mafii. W dodatku z mrzonkami o czystej, zdrowej Serbii. Bez muzułmanów, bez obcych, bez tej waszej Unii. Nadia, której nie był ojcem, ale która się do niego przywiązała. I wokoło szalejąca wojna każdego z każdym. My kontra Albańczycy. Prawica przeciw lewicy. Jeden bandyta przeciwko drugiemu. Czy w takim świecie można żyć? Normalnie żyć?

– Wiesz, u mnie w kraju był taki czas, bardzo ważny dla Polaków. Wojna się kończyła, Armia Czerwona podchodziła pod Warszawę i wtedy wybuchło powstanie. Walki niewielkiej grupki ludzi, w mieście, przeciwko hitlerowcom. Brakowało broni, jedzenia, wody… ale ludzie potrafili się kochać. Jakoś żyli. Chociaż miasto wokół nich umierało na ich oczach. A przyjaciele ginęli jedni po drugich.

Milica słucha. Myśli. Może zastanawia się, czy porównanie jest właściwe.

– To co innego. Walczyliście z Hitlerem.

– Wojna to wojna.

– Ile trwało to wasze powstanie?

– Sześćdziesiąt trzy dni. Walki w Warszawie trwały sześćdziesiąt trzy dni.

Jugosławianka patrzy na mnie, jakbym powiedziała coś niewłaściwego. W końcu przerywa ciszę zmienionym głosem.

– Nic nie rozumiesz. Ale może każdy tak patrzy. Jego ból, jego świat, śmierć jego pobratymców jest najważniejsza.

Zapada cisza. Wreszcie kobieta odzywa się. Jej głos jest pusty, zimny i głuchy.

– Wiesz, ile czasu trwało oblężenie Sarajewa w czasie wojny bośniackiej? Tysiąc czterysta dwadzieścia pięć dni. Blisko pięćdziesiąt miesięcy. A późniejsza wojna w Kosowie – cztery lata.

Próbuję jakoś zestawić ze sobą te rachunki. Czy rzeczywiście nie powinno się ich porównywać? Jak to przeliczyć? Na liczbę ofiar? Na zabitych i zaginionych? Na liczbę zburzonych domów, rozbitych rodzin, osieroconych dzieci? Czy taka statystyka ma w ogóle sens…?

– Wiedziałam, że to się nie może udać. Nie ci ludzie, nie ten czas, nie ten kraj… A mimo to, jakoś tego chłopaka pokochałam… – spojrzenie kobiety znowu biegnie gdzieś w przestrzeń. – Tęskniłam za nim, gdy szedł w miasto. I Nadia tęskniła. Wiesz… on był zazdrosny o tych gości, którzy mnie rżnęli, ale nigdy nie powiedział mi złego słowa. Wiedział, że nie mam wyjścia. I tylko czasem widziałam w jego oczach… Nie, nie gniew. Żal. Żal do tego popierdolonego świata.

– Mówił ci o tym?

– A skąd. Kiedy był ze mną, kochaliśmy się, bawiliśmy się z Nadią albo rozmawialiśmy. O tym, jak mogłoby być. Jak powinno być. A on zawsze mówił, że tak będzie, tylko musimy trochę poczekać. Jeszcze miesiąc, jeszcze rok, jeszcze dwa…

– A co robił, gdy nie byliście razem?

– To, co trzeba było. Kradł samochody, chodził w obstawie, a jak trzeba było – zabijał.

– Kogo?

– Tych, których mu wskazano. Zazwyczaj Albańczyków, bandytów i wichrzycieli. Albo konkurentów. To był 1997 rok, w Kosowie wtedy można było stracić życie, idąc do miasta, po prostu dlatego, że stało się w złym miejscu w złym czasie. Wybuchały samochody, my strzelaliśmy do czarnych, a oni do nas.

– Czarnych?!

– No, tak tu się mówi. Czarni albo brudasi. Albańczcy, znaczy się. Patrzymy na nich z nienawiścią, bo wyrwali nam nasze serce, nasze Kosowo. Wtedy, na początku 1997 roku głośno już było o UÇK, czyli skurwysynach z tak zwanej Armii Wyzwolenia Kosowa. Rok wcześniej zorganizowali pięć głośnych zamachów bombowych na obozy naszych uchodźców z Krajiny. Ich szefem był wyjątkowy nawet jak na nich łotr – Hashim Thaçi. Wtedy jeszcze ukrywał się pod pseudonimem – Gjarpëri, czyli Wąż. Nacjonalista albański, oficer wywiadu, handlarz bronią, szef mafii. Mówi się, że jego grupa, tak zwani Drenicanie, odpowiadała za jedną trzecią całej przestępczości w Kosowie.

– Czym się zajmowali?

– Wszystkim. To znaczy: po pierwsze chcieli zabijać Serbów i stworzyć Wielką Albanię. Ale potrzebowali na to kasy, kasy i jeszcze raz kasy. Więc ją zdobywali – kradli, zabijali, wymuszali haracze. Zorganizowali własne grupy przemycające narkotyki do Europy. A od nas szmuglowali ludzi. Mieli konszachty z mafią w Rosji i z Włochami. No i z Macedończykami. Łapali dziewczyny na ulicach, a potem sprzedawali je do burdeli. No i dzieci. Na masową skalę. To, co działo się ze mną w sierocińcu, to były rozkoszne wakacje w porównaniu z ich wyczynami.

– Nikt nie reagował?

– A kto miał reagować? Europa? Bo przecież Jugosławii już nie było. A Kosowo stało się pedofilskim zagłębiem. Jeśli znałaś odpowiednich ludzi, to w ciągu miesiąca mogłaś sobie sprowadzić dziecko dowolnej płci i wieku z dyskretną dostawą do domu. Bezpiecznie, bez żadnych papierów, bez paszportów, bez śladu. A wtedy mogłaś je zamknąć w piwnicy i gwałcić choćby codziennie. Wiem, że organizowali też pedofilskie tournée dla bogaczy we włoskich miasteczkach nad Adriatykiem.

– Skąd wiesz?

– Są filmy. Raz mój serbski rycerz brał udział w rajdzie na metę jakiegoś typa. Wrócił blady jak ściana, choć to był twardy zawodnik. Próbowałam pytać, co się stało, bo przecież on nie wymiękał. Dopiero po paru dniach przyznał, co widział. Dorwali go, jak jeden czarny robił narkotykową imprezę z paroma kumplami i wynajętymi dziwkami. Wóda, prochy, rżnięcie – co chcesz. Ale na wielkim, plazmowym ekranie puszczali pedofilskie porno, które sami nagrali. Te dzieci miały po cztery, pięć lat… – ręce Milicy drżą. Ja także czuję, że wysychają mi wargi.

Znowu milczymy. Gdzieś w głębi serca rodzi się we mnie zrozumienie.

– Zabili ich. Wszystkich. Co do jednego. Dziwki też. Dziwki szybko…, a tych skurwysynów powoli. Bardzo, bardzo powoli.

Słyszę tylko uderzenia krwi w skroniach. Jakbym zanurzała się w kolejnych kręgach piekła, jakbym schodziła do dna, tylko po to, aby przekonać się, że to nie koniec. A przecież to wszystko stało się naprawdę. Kilka, kilkanaście lat temu. W cywilizowanej, starej Europie. Tyle, że nikogo to naprawdę nie obchodziło.

– Co było dalej?

– No cóż, siostra Thaçiego wyszła za szefa albańskiej mafii. A sam Thaçi został premierem Kosowa. A potem – prezydentem. Z błogosławieństwem Unii.

– Niemożliwe – kręcę głową. – To nie jest możliwe. Nikt by się nie zgodził.

– Możliwe. To są Bałkany. To jest Jugosławia. Tu jest tak od setek lat. Zabijaliśmy się, rżnęliśmy, gwałciliśmy, paliliśmy i znowu zabijaliśmy. Od zawsze, od niepamiętnych czasów. Mamy to w genach, mówiłam ci.

– Może kiedyś się to zmieni. Może zrozumiecie, że lepiej żyć we wspólnocie.

– Nigdy. Wiesz co, ten stary dziadyga Tito zgrabnie kiedyś zauważył: “Jestem przywódcą państwa, które ma dwa alfabety, trzy języki, cztery religie, pięć narodów, sześć republik i siedmiu sąsiadów.”

– Wszystko można jakoś załatwić. Przecież katolicy z protestantami bili się przez całe wieki, mordowali i przeklinali. A jednak dziś żyją w pokoju. W jednej Europie. W jednym państwie.

– Może… Ale ile na to trzeba było im lat? Sto? Dwieście?

– Czterysta – poprawiam odruchowo.

– Właśnie. Więc może za czterysta lat tu też będą ludzie żyć normalnie.

– Mam nadzieję, że wcześniej – wzdycham. – A co było dalej z wami? Z tym chłopakiem?

– Wkrótce potem macedońska mafia się zemściła. Nie wiem jak, ale dowiedzieli się, kto brał udział w naszym nalocie. I jednego dnia, na ulicy, po prostu zastrzelili wszystkich. Jednego po drugim, każdego z osobna, bez żadnej szansy na obronę. I, skurwysyny, przy każdym podrzucili kartkę “śmierć pedofilowi” oraz pendrive z wyjątkowo obrzydliwymi zdjęciami. Po prostu, żeby nie tylko zabić, ale jeszcze zniszczyć pamięć. Pamiętam ten dzień, kiedy Zoran przyszedł mi o tym powiedzieć. Spodziewałam się, że wejdzie on…, a wszedł Zoran. Poważny i smutny. I wtedy się domyśliłam. Nie musiał nic mówić. Ryczałam i wyłam, przeklinałam ten cały pojebany świat. Podobno zachowywałam się tak, że wezwali lekarza, żeby wstrzyknął mi coś na uspokojenie. Nie wiem, czy tak było. Nie pamiętam.

Trzy dni spędziłam na prochach. A potem narodziłam się po raz kolejny. Poszłam do szefa i powiedziałam obstawie, że chcę się z nim widzieć. Zoran miał chyba do mnie jakąś słabość, bo przyjął mnie dość szybko. A ja wygłosiłam mu przemowę, że już nie chcę być tylko zwykłą kurwą, że chcę się bić. Chcę zemsty. I mam do niej, kurwa, pieprzone prawo.

– Zgodził się?

– A skąd! Roześmiał się tylko. A potem uświadomił mi, żebym się nie wygłupiała, bo do zabijania ludzi trzeba mieć umiejętności. Trzeba być w tym dobrym, a ja się nadaję najlepiej do ciągnięcia druta. Więc zrobiłam to, co mogłam.

– Przekonałaś go?

– Podeszłam do niego na kolanach, jak niewolnica, którą zresztą byłam. A potem, z wiernopoddańczym spojrzeniem, które faceci tak lubią, zaczęłam rozpinać mu rozporek. Robiłam to powoli, żeby mógł się napawać każdą chwilą władzy nade mną. Jego ochroniarze stali wokoło i patrzyli, nie wiedząc jak reagować. Wyrzucić mnie, czy pozwolić na to, co chciałam zrobić.

– A on?

– Przez chwilę też się wahał. Ale ja znałam swój fach. Uwiodłam go spojrzeniem, dotykiem i pokorą – zanim jeszcze wzięłam go do ust. Nie mógł mi się oprzeć. Nie mnie, dwudziestoletniej, doświadczonej dziwce, która na kolanach, wiernie, błagała spojrzeniem, aby mu obciągnąć. A jego cyngle stali obok i zazdrościli. Niemal czułam, jak im zaczyna stawać od samego patrzenia. Mogli mnie mieć każdego dnia, ale w tej jednej, konkretnej chwili byłam nieosiągalną dla nich dziwką ich pana.

– Kupił to? – nie mogłam powstrzymać pytania, w jakiś dziwny, pokrętny sposób zafascynowana opisywaną sceną.

– Widzisz? Nawet ciebie teraz, kobietę, po latach, to intryguje. Nawet jeśli nie chcesz tego przyznać. A on, facet, siedział z pęczniejącym kutasem, otoczony kumplami. Nie mógł tego nie kupić. Łasiłam się do niego, błagałam o łaskę całowania jego chuja. Myślałam, że wystrzeli, gdy tylko go dotknę, ale sukinsyn chciał się pobawić – nagle Milica uśmiecha się i patrzy na mnie. – A ty, Jekaterina, masz faceta? Takiego na stałe? Z obrączką?

Drgnęłam, skonfundowana i wytrącona z równowagi.

– Nie – kręcę głową. – Takiego nie mam. Jakoś nie mam głowy do tych spraw. Mam kogoś… bliskiego. Ale to raczej romans. Nie na stałe.

– Faceta trzeba mieć – poucza mnie, kręcąc głową. – My, kobiety powinniśmy o siebie umieć zadbać, ale najlepiej mieć faceta. Zdradzę ci jedno: oni są bardzo prości. Jeśli będziesz mu obciągać, łykać jego spermę i zachwycać się jego kutasem, to każdy będzie jadł ci z ręki. Powiedz mu, że na widok jego chuja od razu robisz się mokra, a potem zrób loda, z oddaniem patrząc mu w oczy, i połknij. Zrobi dla ciebie wszystko.

– Dziękuję za radę, ale chyba sobie daruję.

– Głupia jesteś. Po prostu wykorzystaj to, że masz cycki, szparę i usta. A jak się nie boisz, to możesz jeszcze dać dupy. Jak się przyzwyczaisz, to nawet nie boli. A będziesz za to szczęśliwie sobie żyć. Sam gość jest nieważny, wystarczy że jest i daje ci to, czego potrzebujesz. Wiesz, pieprzyłam się z setkami facetów, a każdy fiut jest w sumie podobny do innego, ale tylko kilku z nich pamiętam, jakby to było dziś. Tego sapiącego spaślaka z bidula, który mnie zgwałcił, gdy miałam siedem lat. Skurwieli od Dymitra, którzy przez całą noc nie dawali mi spokoju i używali po tym, jak psy Dymitra rżnęły mnie jak reprodukcyjną sukę. I Zorana. Ale z nim to było inaczej. Zoranowi robiłam loda dlatego, że chciałam. Dlatego, że było mi to potrzebne. Pamiętam, że miał strasznie grubego chuja i wielki, mięsisty naplet. Kurwa, czułam się, jakbym obciągała koniowi. Ale robiłam to konkursowo.

Minęło tyle lat…, a ja to wciąż pamiętam. Każdy szczegół. Mogłabym ci opisać, jak był ubrany każdy z jego cyngli. I ten dźwięk. Mlaszczący, obleśny dźwięk wydawany przez usta suki, która z upodobaniem, na kolanach obciąga swojemu panu. A Zoran pławił się w tym. Nie wiem, co sprawiało mu większą przyjemność – czy mój język obracający się na jego chuju, moja kiwająca się głowa czy podniecenie ochroniarzy, którzy stali wokoło. Doskonale wiedziałam, że patrzą na mnie jak zaczarowani i boleśnie świadomi, że nie mogą się dołączyć.

U Dymitra był taki jeden owczarek, czarny jak noc i większy od pozostałych. Kiedy on brał się za którąś z nas, pozostałe psy, choćby nie wiem jak podniecone, nie próbowały kopulować. To był samiec alfa. Kiedyś, raz jeden, któryś z nich chciał skorzystać na jednej z nas… Czarny przerwał rżnięcie, rzucił się na tamtego i zagryzł go. Po prostu zabił. A potem, pijany świeżo potwierdzoną władzą, wrócił do dziewczyny i dokończył swoje. Bo ona cały czas na niego czekała. Na kolanach, z cipką pulsującą jeszcze po przerwanym rżnięciu. Nie odważyła się nawet podnieść głowy. A gdy wrócił, oddała mu się pokornie. Była nagrodą za jego zwycięstwo. Słodką i uległą. Była potwierdzeniem jego dominacji. Pierdolonym potwierdzeniem jego siły. Nigdy potem żaden pies nie próbował podważyć pozycji tego samca.

Myślę, że ci ochroniarze podświadomie czuli to samo. Lęk. Paniczny strach przed najsilniejszym. Więc tylko stali nad nami i z głupkowatymi minami patrzyli na dziewczynę, która ciągnie druta ich szefowi. Mówię ci, a to jest rada doświadczonej kobiety: znajdź sobie samca alfa i przywiąż go do siebie.

– Rozważę to – wzdycham. – Lepiej powiedz, co było dalej.

– A co miało być? Zlał mi się w usta, zapiął rozporek i kazał sobie przynieść whisky. Ci jego ochroniarze gratulowali mu i chwalili jego potencję. A ja wstałam, przełknęłam i ustami, na których nadal czułam jego smak i zapach, powtórzyłam swoją prośbę: że chcę zabijać. I żeby mnie posłał w miasto.

Zoran roześmiał się i spytał, czy wiem, co to znaczy: zabić człowieka. Odwarknęłam, że zginęło już tylu ludzi wokół mnie, że się przyzwyczaiłam. Spoważniał. Łyknął burbona i twardo rzekł, że to nie to samo. Na to ja zażądałam, żeby dał mi szansę się sprawdzić. Jedną, jedyną szansę. Z początku nie chciał, ale zrobiłam mu loda tak dobrze, że w końcu machnął ręką. Obiecał mi to. Przy świadkach.

Sposobność przydarzyła się jakieś dwa tygodnie później. Zwinęli z ulicy jakiegoś cyngla od Albańców. Posadzili w piwnicy i przepytali. Tak po naszemu. Wiesz, paru naszych robiło w jugosłowiańskim SB, mieli praktykę. Wtedy Zoran posłał po mnie. Akurat któryś z jego ludzi rżnął mnie w dupę, ale ponieważ szef po mnie posłał, więc musiał szybko skończyć i mnie puścić. Założyłam majtki i z obolałym tyłkiem pełnym spermy zeszłam do piwnicy.

Widok był straszny. Facet, przywiązany do krzesła, pobity, pokrwawiony siedział ze spuszczoną głową. Dwóch naszych, rozebranych do pasa – bo było strasznie gorąco, a piwnica nie miała okien – stało obok, paląc papierosy. Zapach, jaki się unosił, jest nie do opisania: potworny smród potu, krwi, moczu i bólu. Ból pachnie, wiesz? To znaczy: śmierdzi. Czuć w nim lęk, zbliżanie się śmierci i te wszystkie płyny ustrojowe, które mamy w sobie.

Zoran obrócił się na mój widok. Błysnęły mu oczy, bo miałam na sobie tylko majtki i buty, więc świeciłam gołymi cyckami. Na twarz wypełzł mu taki lubieżny, straszny uśmiech. Wtedy chyba po raz pierwszy takim go zobaczyłam. Zezwierzęconym do szpiku kości. Kazał chlusnąć facetowi wodą na twarz. Więzień ocknął się i, parskając i prychając, spojrzał nieprzytomnym wzrokiem. A wtedy Zoran skinął na mnie, abym się zbliżyła. Ujął mnie pod brodę i spytał, czy nadal chcę go przekonać do swojej prośby. Potwierdziłam. Zarechotał i kazał mi zdjąć majtki. Zrobiłam to. Potem jednym ruchem głowy dał mi do zrozumienia, żebym klęknęła przed nim. Wiedziałam, czego chce. Więc byłam posłuszna. Kurwa, to było pojebane. Piwnica, w której torturował tego brudasa, jego ludzie i on. I ja, na klęczkach, jęcząca i robiąca mu kolejne obciąganie. Wszystko to w migotliwym świetle słabej żarówki, w syfie, w śmierdzącym śmiercią, dławiącym fetorze spoconych ciał.

Kiedy w końcu się spuścił, spytał, czy nadal chcę. Kiwnęłam głową. Roześmiał się pijany swoją potęgą i powiedział, że najpierw muszę wkupić się w łaski. Siadł sobie na krześle, a potem kazał mi się oprzeć na poręczach, do których przywiązany był ten Albaniec, i wypiąć tyłek. Wielkopańskim gestem pozwolił swoim psom ulżyć sobie na mnie. Musieli się wcześniej wykazać, uczciwie spuszczając łomot brudasowi, więc rzucił im mnie jako nagrodę. I jako przypomnienie dla mnie, że zawsze będę jego własnością. Ciałem, które dla kaprysu może oddać, sprzedać albo zabić, jeśli mu tylko przyjdzie na to ochota.

Ale ja akceptowałam ten układ. Więc dałam się wyjebać po kolei czterem facetom, jednemu po drugim. Nadstawiałam się im bez przyjemności, ale chętnie, bo wiedziałam, że kupuję w ten sposób moją zemstę. Mogli mnie mieć, mogli obryzgać mnie spermą do woli, bo koniec końców miałam to, po co przyszłam do tej pierdolonej ciemnicy. Pieprzyli mnie jak swoją nagrodę. Ostro, szybko. Wiesz, czasem faceci tak mają: wyciągnąć kutasa, wbić go w szparę, zacisnąć dłonie na dziewczynie i jak najszybciej skończyć. Wtłoczyć spermę do cipy, udowodnić sobie, jej i swoim kumplom, jakim się jest ogierem. A potem wyjąć fiuta, klepnąć dziewczynę w tyłek i pokazać, że jest się tu panem. Że ona jest tylko dziwką do zerżnięcia. Że nie zależy ci na niej w ogóle; że teraz chętnie popatrzysz, jak rżnie ją twój kumpel, dokładnie w ten sam sposób. Na zimno. Fizjologicznie.

Przyjęłam ich po kolei, zaciskając zęby i patrząc w znajdującą się o parę centymetrów ode mnie twarz pieprzonego Albańca. Nic nie rozumiał. Pewnie pytał się w duszy, czemu najpierw go biją, a potem młoda laska rżnie się mu na oczach z jego oprawcami. Moje cycki dyndały tuż przed nim, choć oczywiście nie mógł ich dotknąć, bo krępująca go taśma trzymała mocno. A ja z każdym ruchem fiuta w mojej cipie byłam bliżej.

W końcu ostatni z nich skończył. Zoran rechotał i bił brawo. Chłopaki powoli chowali fiuty do spodni. Wyprostowałam się. Sperma wyciekała ze mnie obficie i spływała po udach. Uchodziła ze mnie jak resztki jakichkolwiek emocji. Zimno, twardo powiedziałam mu, że chciałabym, aby dotrzymał obietnicy. Musiałam mieć coś w oczach, bo śmiech zamarł mu na twarzy. Wreszcie, zły na siebie rzucił wkurwiony, że jeśli chcę mu udowodnić swoją wartość jako żołnierza, to mam zabić tego siedzącego Albańczyka.

– Zrobiłaś to?

– Nie wahałam się ani pół sekundy. Chciałam, żeby jego śmierć odpłaciła mi za wszystko. Za gwałty, za poniżenia, za to że byłam tylko ciałem do rżnięcia. Za Kosowo. Za przegraną wojnę. Za utraconą normalność z facetem, który chyba mnie kochał. Mnie i moje dziecko. Nawet za to, że moją matkę zapłodnił jej własny, rodzony brat.

– Ale…

– Co, kurwa, “ale”? Że to nie jego wina? A jaka była w tym wina mojej matki? A jaka była wina siedmioletniej dziewczynki, której własna rodzina się wyrzekła, a która była od dziecka tylko ciasną szparką dla zboczeńca w sierocińcu? Nie, kurwa, nie żałowałam go ani chwili. Na stole leżał nóż. Zwykły, kuchenny nóż. Taki, którym kroisz ciepły chleb. Wzięłam go, podeszłam do gościa, nachyliłam się nad nim. Nawet nie krzyknął. Przyłożyłam mu rękę do ust i wbiłam ostrze w brzuch. Weszło zadziwiająco łatwo, wiesz? Jakbyś wbiła je w kawałek szynki. Jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu i bólu, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Cofnęłam rękę i uderzyłam ponownie. I jeszcze raz. Jucha buchała z niego jak ze szlachtowanej świni. Po chwili zwiotczał i odpłynął. Popatrzyłam w dół… wszystko pływało we krwi. Zrzygałam się. Zrzygałam się na tego biednego, martwego skurwysyna.

A potem wyprostowałam się ponownie. Naga, obrzygana, pokryta krwią i spermą musiałam wyglądać jak uosobienie koszmaru. Ale taka właśnie byłam. Jak zwierzę. Jak bestia, która pierwszy raz zasmakowała krwi.

Rzuciłam nóż pod nogi Zoranowi. Był blady. “Jebeno vučica” – mruknął. Stałam się nią. Wtedy, w tamtej chwili stałam się Wilczycą.

– Jezu… – myślę. – Mówi to tak spokojnie…

Przełykam ślinę. Przez moją głowę przelatują setki myśli. Gdzieś tam, pośród nich rodzi się pytanie: “Dlaczego?”. Co sprawiło, że ta kobieta, tak mocno doświadczona przez życie, stała się morderczynią. Fatum? Los? A może – jak sama o tym mówi: geny? Co sprawia, że człowiek staje się morderczą bestią, gotową zadawać cierpienie, kraść, torturować, gwałcić i zabijać?

– Myślisz, że ten twój… wiesz, ten chłopak by to pochwalił? Mówiłaś, że on – choć robił to, co robił, to miał dość idealistyczne podejście. Mówił, że walczy za piękną, wolną i uczciwą Serbię. Chciałby, żebyś się tak okrutnie mściła? Po prostu zabijała?

Milica zastanawia się. Kiedy się odzywa, jej głos jest twardy.

– Nie wiem. Wtedy o tym nie myślałam. Nie było już we mnie cienia uczuć, poza zemstą. Ci pierdoleni Albańce zabrali mi moją, chyba jedyną w życiu, szansę na normalność. Więc obiecałam sobie, że zabiję tylu z nich, ile zdołam. Że utopię to całe skurwione plemię w ich krwi. Że ich matki będą straszyły mną swoje dzieci. Tylko to się dla mnie liczyło. Oni zabrali mi moje życie, więc ja będę zabierać ich. Rachunek był prosty.

– A Nadia? Ona się nie liczyła?

– Oczywiście, że się liczyła. W końcu ją urodziłam. Ale nie tylko mnie zabrano szansę na jakie-takie normalne życie. Jej też. Więc chciałam się mścić i za nią. Tak zaczęła się moja nowa praca. Na początku byłam tylko przynętą albo po prostu oczami i uszami dla naszych cyngli. Wbijałam się w miniówę, kurewskie ciuchy i szłam na ulicę. Kiedy cel zbliżał się, dawałam znak egzekutorowi. Wiesz, pamiętam swój pierwszy raz. Zdejmowaliśmy jednego albańskiego złodzieja samochodów. Jeździł po mieście zazwyczaj z kumplem, ale dostaliśmy cynk, że tego dnia będzie sam. Jechał do kochanki. Dali mi do torebki pistolet. Nasz człowiek czekał w bramie, ja na ulicy. To były przedmieścia takiego małego miasteczka. Późny wieczór. Facet zajechał pod dom, otworzył drzwiczki i spokojnie wysiadł. Popatrzył na mnie, jak się zwykle patrzy na dziwkę, takim męskim, samczym spojrzeniem z góry na dół. Wiesz, ocena towaru. Chyba wpadłam mu w oko, bo uśmiechnął się szelmowsko i puścił oko. Przez chwilę bałam się, że plan nie wypali, że podejdzie do mnie, albo stanie się coś, o czym nie pomyśleliśmy. Mruknęłam, że jestem zajęta i czekam na klienta. Parsknął, że on właśnie idzie poruchać za darmo, ale skorzysta innym razem.

Wtedy Istvan, nasz cyngiel wyszedł z ukrycia. Kurwa, dobry był, prawie go nie słyszałam. A on po prostu podszedł do brudasa od tyłu i huknął go pałką w głowę. Albaniec zwalił się na chodnik. Nie stracił przytomności, ale był oszołomiony. Istvan rzucił krótko, że teraz moja kolej. Wyciągnęłam broń i wycelowałam. Ten biedny fiut wtedy chyba zrozumiał. Próbował coś powiedzieć, ale nie zdążył. Pociągnęłam za spust, trafiając w pierś. Huk był potworny, ale w tamtych czasach na taki dźwięk nikt nie leciał do okna. Wszyscy siedzieli cicho, żeby potem zeznawać szczerze, że nic nie widzieli. Podeszłam bliżej. Jeszcze się ruszał… a może to były konwulsje? Istvan kiwnął głową. Wtedy strzeliłam drugi raz. W głowę. I trzeci raz, w kutasa. On już tego nie czuł, ale ja musiałam to zrobić. Musiałam, rozumiesz? Chciałam, żeby go znaleźli właśnie takiego. Martwego i z odstrzelonym chujem. Istvan rzucił na ziemię kartkę z wielkimi literami: KOSOVO JE SRBIJA i wskoczyliśmy do naszego wozu, który właśnie z piskiem opon zahamował przy nas. Było po wszystkim, a ja dostałam pochwałę.

Przypomina mi się scena z dokumentalnego filmu na National Geographic. Lwica ucząca swoje młode zabijania. Mała antylopa, okaleczona, otumaniona, przeznaczona na śmierć. Bezlitosną, choć pozbawioną okrucieństwa śmierć. Śmierć zadawaną przez zwierzę – bez śladu emocji. Po prostu po to, aby samemu móc żyć. A potem przypomniałam sobie opisy afrykańskich wojen z drugiej połowy XX wieku. Dzieci z kałasznikowami. Dziesięciolatkowie uczeni zabijania. Młodzi chłopcy, przerażający, nieludzcy w swojej niewinności podczas zabijania. Nastolatkowie, którym ponury świat i wyrachowani dowódcy wtłoczyli do głów koszmarną parodię moralności. Zabijaj innych, byś sam mógł dobrze żyć. Odbieraj życie, aby nie odebrano go tobie. To jest dobre. A słabość, wahanie czy współczucie to zło.

– Często to robiłaś?

– Zabijałam? Nie, nie często. Wolałabym częściej. Marzyłam, że każdy czarnuch na mojej drodze jest choć spokrewniony z mordercami mojego rycerza. Że gdy dowiedzą się, że nie żyje, w domu wybuchnie płacz i ta sama bezsilna złość, którą ja czułam. Że jakaś albańska kurwa będzie szlochać, że jej pierdolony dzieciorób osierocił jakiegoś bachora.

– Nie miałaś wyrzutów sumienia?

– Nigdy. Albańce to bydło, które dzięki waszej Europie ukradło nam ziemię, przyszłość i duszę.

Przypomniał mi się wywiad, który przeprowadzałam z rosyjskim płatnym zabójcą. Wyznał mi kiedyś, że wbrew pozorom, żeby odbierać życie, nie trzeba wcale być kimś o cechach nadczłowieka – wspaniale wygimnastykowanym, silnym jak tur czy strzelcem wyborowym. Przede wszystkim liczy się motywacja. Świadomość, że nie zawahasz się, kiedy przyjdzie komuś strzelić w głowę. Tamten człowiek był przerażający, bo jako morderca z długim stażem był całkowicie już wyprany z uczuć. Nie miał w sobie nic ludzkiego. Mógł pociągnąć za spust, mierząc do prezydenta, biznesmena, kobiety czy dziecka. Milica to inny przypadek. Nadal pozostawała człowiekiem, pełnym emocji. I to właśnie było najbardziej szokujące. W jednej chwili potrafiła całkowicie się zmienić. W ułamku sekundy przedzierzgnąć się z młodej matki, której życie nie skąpiło bólu, w pozbawioną empatii, lodowatą maszynę do zabijania.

– Nigdy się nie zawahałaś?

Milica przez chwilę milczy. Czy mi się zdawało, czy przez jej zniszczoną, pooraną zmarszczkami twarz przebiegł cień?

– Raz. Raz się zawahałam – rzuca po chwili pustym, drewnianym głosem. – To było na wiosnę. Zrobiliśmy nalot na mieszkanie Serba, który miał żonę Albankę. Jakby tego było mało, pracował w albańskiej firmie. Skurwysyn zdradził swój naród. Pojechaliśmy we dwa wozy. Wparowaliśmy do środka gdzieś o północy. Żadnych zabezpieczeń, żadnej ochrony. Zanim się zdążyli ocknąć, byliśmy w ich sypialni. Chłopaki zgrabnie skrępowali typa i przywiązali do krzesła. Dwóch naszych trzymało go, żeby się nie rzucał. Żoneczkę rzucili na wyro, tuż przed nim. Młoda, całkiem zgrabna kurwa. Młodsza ode mnie chyba.

Nikola i Petar zabrali się za nią z ochotą. Jeden i drugi kochali takie akcje. Najpierw zdarli z niej majtki. Krzyczała i broniła się, więc dostała po mordzie ze dwa razy, żeby zamknęła pysk. Ten jej mąż też próbował krzyczeć, ale wepchnęli mu do ust knebel z jej majtek i trzymali mocno. Nie miał szans się ruszyć. Mógł tylko patrzeć tymi swoimi wytrzeszczonymi oczami. Były całe czerwone, jakby miały zaraz wybuchnąć.

Potem Petar przycisnął ją do łóżka, w którym pewnie jeszcze niedawno migdaliła się ze swoim mężulkiem, a tymczasem Nikola rozpiął spodnie i klęknął za nią. Nikola jest wielki, ma ponad dwa metry i waży chyba ze sto dwadzieścia kilo. Chuja też ma wielkiego. Wbił się w nią bez ceregieli, od tyłu, na pieska. Jak ta suka wrzeszczała… Próbowała się wykręcać, ale Petar trzymał ją mocno, a Nikola posuwał ją po mistrzowsku. Nie wiem, ile to trwało. Pięć minut? Dziesięć? Ona już się nie broniła. Pamiętam tylko, że zaciskała dłonie na pościeli. I drapała kołdrę paznokciami.

W końcu Niko doszedł. Zlazł z niej, klepnął mocno w tyłek, a potem śmiejąc się, zapiął spodnie i zrobił miejsce Petarowi. Suka była przytomna, ale straciła wolę walki. Zresztą, trudno się dziwić, bo po tym jak Niko brał się do rżnięcia na ostro, żadna dziewczyna nie mogła normalnie chodzić. Wszyscy mówili, że on powinien w pornosach występować. Petar dostał więc już tylko strzęp dziewczyny. Ochłap. Ale żeby mieć coś z tego, postanowił skurwić ją w dupę. Wiesz, nawet jak cię rżnie zwykły chuj, ale bez poślizgu, to za pierwszym razem zajebiście boli. Ona nie miała siły wrzeszczeć, a może się bała… ale jak Petar bez ostrzeżenia wszedł w nią, to się ożywiła. Uniosła głowę i znowu zacisnęła dłonie na pościeli. Petar długo się nie bawił, tylko rżnął rytmicznie, żeby się szybko spuścić. Jęczała i jęczała, z błaganiem w oczach patrząc mężulkowi w oczy. Ale wiedziałam, że on nie może nic zrobić. W kilka chwil było po wszystkim. Osunęła się z łóżka, upadła na podłogę. Krwawiła.

Wtedy Niko wyciągnął broń, stanął za jej mężem i strzelił mu w potylicę. Kurwa, jego mózg wytrysnął jak sperma z fiuta. Ona wrzasnęła przeraźliwie i chwyciła się za głowę. Wtedy Petar podał mi broń. Powiedział, że mogę się zabawić. Wtedy zawahałam się po raz pierwszy i jedyny. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w tej albańskiej kurwie samą siebie. To trwało moment, ale ten moment rozciągał się dla mnie w wieczność.

– Co zrobiłaś? – z moich pobladłych ust wydobywa się tylko szept.

– Palnęłam jej w łeb.

Milica mówi dalej. Relacjonuje, na swój zimny, beznamiętny sposób. Opisuje morderstwa, jakby opowiadała o tym, co jadła na śniadanie. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, przeżywam razem z nią tę historię, jestem świadkiem tego, jak staje się coraz bardziej bezwzględna. Zyskuje sławę. Staje się Serbską Wilczycą, żądną krwi, bezlitosną. Ma coraz lepsze kontakty. Już nikt nie śmie używać jej jako dziwki dla cyngli – choć zdarza się jej wcielać w rolę prostytutki, wabić i kusić. Ale w tym świecie sława ma swoją cenę i zazwyczaj jest krótka

– Wpadłam dwa lata później. Głupio, potwornie głupio. Poszłam do hotelu przespać z jednym typem z ruskiej mafii. Miałam spoić go wódą i otumanić prochami, żeby wybadać, z kim mają konszachty. I nie uwierzysz, co się stało. Ujeżdżałam go właśnie, pieprzyliśmy się ostro na kokainowej szprycy, kiedy wpadła milicja. Kurwa, rozumiesz? Bo ten kretyn kupił prochy u jakiegoś typa, który go sprzedał. Zwykłego, kurwa, dilera! Ale nie to było najgorsze. Bo moje lewe dokumenty były ukradzione jakiejś pierdolonej paserce. Podobnej do mnie. I kurwa, wsadzili mnie za kraty za handel kradzionymi rzeczami. Mnie, Wilczycę. Garowałam przez dwa lata za jakąś pieprzoną frajerkę.

– Nie odkryli twojej prawdziwej tożsamości?

– Niby jak? Papiery były w porządku, a ja byłam do niej podobna.

– Nie sprawdzili ci odcisków palców?

– Żartujesz? Tu, u nas? W środku wojny? Gdy większość dokumentów i archiwów spłonęła? Po prostu, zobaczyli dokumenty z moją fotografią, przekazali do sądu, a tam było już szybko. Sędzia popatrzył w papiery, powiedział, co trzeba, i wzięli mnie do pierdla.

– Zoran nie próbował nic zrobić?

– Tydzień po moim wyroku zastępca Zorana postanowił przestać być zastępcą. To znaczy, skurwiel planował to już od dawna. I po prostu sprzedał nas brudasom. Samochód mojego szefa razem z nim samym wyleciał w powietrze. Albańczycy weszli do willi i kogo się dało, popruli z kałachów.

– A co z Nadią?

Milica tężeje na całym ciele. Znowu na jej zniszczonej twarzy nagle, jak za dotknięciem różdżki złego czarodzieja pojawia się wyraz absolutnej, przenikającej wszystko, drapieżnej nienawiści.

– Była młoda, więc wzięli ją ze sobą. Po prostu zabrali. Tak jak trójkę innych dzieci. To był dla nich po prostu towar. A moja Nadia była taka dzielna… w ogóle nie płakała.

– Skąd wiesz?

– Bo kiedy dotarło do mnie, że coś złego musiało przytrafić się Zoranowi, skoro nikt mnie nie wydobył z pierdla, zaczęłam się dowiadywać co i jak. Tak poznałam początek prawdy. Kupiłam sobie klucz do niej.

– Kupiłaś? Za co? – dziwię się i dopiero uświadamiam sobie głupotę tego pytania. Ale Milica nie zwraca na to uwagi.

– A za dupę. Przecież byłam młodą, kurewsko sprawną dziewczyną. Myślisz, że na taki towar nie ma zbytu w pierdlu? Obciągałam najpierw twardzielom spod celi. Dowiedziałam się, kto z klawiszy ma tu realną władzę. Potem rżnęłam się z klawiszami. Jak chcieli, pierdoliłam się z tymi, kogo mi przyprowadzali. Taki gość w więzieniu ma pełną władzę. Może z niego zrobić regularny burdel i sporo zarabiać. A ja byłam pracowita jak mrówka. Dlatego udało mi się dowiedzieć, co się stało z moimi. A potem moja cipka i moje usta, które wypiły chyba beczkę spermy, pozwoliły mi wcześniej wyjść. Oczywiście wtedy już zorientowali się, że nie jestem tą paserką, której dokumenty miałam, ale kogo obchodziło, jak się naprawdę nazywam?

Kiedy wyszłam, powoli docierało do mnie, że znowu jestem sama. I że gdzieś tam, w tym popierdolonym świecie jest moje dziecko. Samo, przestraszone, w rękach wroga. Co noc śniły mi się koszmary. Widziałam Nadię, moją maleńką córeczkę w łóżku jakiegoś brudnego czarnucha. Patrzyłam przez okno na pokój, w którym obrzydliwy skurwiel gwałcił moje dziecko. A potem, śmiejąc się, przekazywał je następnemu. Albo śnił mi się ten facet z mojego sierocińca, jak bierze Nadię na kolana i głośno sapiąc, wpycha jej rękę między nóżki. Śniło mi się, że moje dziecko sprzedają na licytacji, na której banda pedofilów ślini się na jej widok. Budziłam się zlana potem, wściekła, zrozpaczona, pełna nienawiści. Wyłam jak dziki pies, bałam się zasypiać, choć wiedziałam, że sen jest mi potrzebny. Ale wtedy znów pojawiały się te koszmary. Nadia, porzucona na śmierć w zamieci. Wrzucona do rzeki, którą spływały trupy. Pożerana żywcem przez rottweilery Dymitra.

– Nie szukałaś jej?

– Oczywiście, że szukałam. Ale co, miałam iść do czarnuchów i powiedzieć im: “Cześć, jestem Wilczycą, oddajcie mi moją córkę?”. W dodatku moja grupa już nie istniała, bo po śmierci Zorana naszych wytłukli. Kogo nie zabili Albańcy, poszedł do piachu przez naszych – bo żaden Serb nie daruje gnidzie, która sprzeda swoich rodaków tym czarnym kundlom. Więc myślałam, że nikt nie przeżył.

– A ten zastępca Zorana?

– Och, to był dupek. Jak tylko jakaś grupa dowiedziała się, kto wystawił Zorana, to się zabrała do zemsty. Uwierz mi, że nie chciałabyś widzieć, jak skończył. Dobrze tak, skurwysynowi.

– Ale jednak ktoś ocalał?

– Tak. Istvan. Ten, co był ze mną na robocie. Jak weszli na chatę Zoranowi, to ranili go ciężko. To cud, że się wylizał. I on mnie odnalazł. Kurwa, nie wierzyłam. Przyszedł do mnie do pokoju wieczorem, gdy jak co dzień pierdolił mnie właściciel hotelu, w którym nocowałam. Obleśny, gruby i wiecznie spocony facet. Spasiony niczym knur. Miał policzki wiszące po bokach, zupełnie jak tucznik, ze trzy podbródki, zadarty nochal i takie małe, rozbiegane świńskie oczka. Ważył pewnie ze sto pięćdziesiąt kilo. Nie mam pojęcia, jakim cudem w ogóle mu stawał kutas, a przecież stał mu ciągle. Może brał viagrę, nie wiem. W każdym razie obracał mnie codziennie. Miałam gdzie spać i co jeść, ale przyjemne to nie było. Kurwa, miałam wrażenie, że pieprzę się z prawdziwym wieprzem. Wielkim, tłustym, obrzydliwym wieprzem. To już, kurwa, te psy Dymitra były lepsze. Dlatego, jak miał mnie pieprzyć, upijałam się. Na tyle, żeby nie czuć, ale nie tak bardzo, żeby leżeć jak kłoda, bo on jednak doceniał, jak się pod nim wiłam.

No więc ten skurwiel dyszał nade mną, ja z zadartymi do góry nogami dusiłam się pod nim od smrodu i jego ciężaru, a tu drzwi się otwierają i staje jakiś typ. Zobaczyłam go i zamarłam, bo przecież nie poznałam. Myślałam, że ktoś przyszedł sprzątnąć tego bydlaka, co mnie posuwał, a ja zginę tu, żeby nie było świadków. Kurwa, to by był dopiero pech – zostać zastrzelona pod takim kutafonem. Facet usłyszał, że nie jesteśmy już sami, obrócił się i zastygł, bo zobaczył lufę pistoletu. “Wypierdalaj. Jeśli nie skończyłeś, to dokończysz ręką” – rzucił krótko nieznajomy i dopiero wtedy rozpoznałam głos Istvana.

Facet zwlókł się ze mnie. Chuj mu sterczał nadal, czerwony i nabrzmiały. W sumie to nawet śmieszne było. Zwykle grubi faceci mają kutasy grube i krótkie, a ten wieprz miał długiego i cienkiego, do tego wisiały pod nim wielkie jajka. Naprawdę, wyglądał jak knur. No, ale jemu do śmiechu nie było. Spocił się jeszcze bardziej, chwycił gacie, ale nie miał odwagi ich ubrać. Więc wypierdolił z pokoju w samych skarpetkach.

Istvan pokręcił głową i spytał, czy naprawdę musiałam się grzmocić z takim koszmarnym typem. Coś tam odwarknęłam, ale przecież ucieszyłam się na jego widok. Siedliśmy razem. Opowiadał, co się wydarzyło. Pękła jedna flaszka, potem druga.

Pamiętam, że rano potwornie bolała mnie głowa. Knur już się nie pokazał, a my wyszliśmy z hotelu bez pożegnania. Wiedziałam już wszystko. Kto i dlaczego wykończył Zorana, kto sypnął, jak skończył; i najważniejsze: co stało się z Nadią.

Tropiliśmy wspólnie tych skurwieli. Niestety. Część już nie żyła, a ci, co żyli, niewiele wiedzieli. W końcu, po długich poszukiwaniach, dowiedziałam się, że sprzedali Nadieżdę do dziecięcego burdelu gdzieś na granicy z Austrią. Chciałam tam jechać natychmiast, ale to nie było takie proste. To już była Słowenia. Trzeba było załatwić lewe dokumenty, zorganizować przerzut. A ja nie miałam za dużo pieniędzy.

– A Istvan?

– Istvan… – Milica uśmiecha się smutno. – Istvan nie mógł mi już pomóc. Nie żył.

– Co się stało? Zastrzelili go? Dopadli?

– Nie. Rak. Wykończył go pierdolony rak trzustki. Ironia losu, prawda? Jeden z nielicznych bliskich mi ludzi, zakapior jak się patrzy, urodzony cyngiel i twardziel. I w środku wojny, wykończyła go zwykła, pierdolona choroba. Kiedy przyszedł do mnie był już w ostatniej fazie. Stary, dobry Istvan. Nigdy się nie skarżył, że coś go boli, wiesz? Którejś nocy, po prostu przyszedł do mnie i oznajmił, co mu jest. I że wychodzi, ale żebym raczej nie czekała z kolacją. On po prostu nie chciał, żebym patrzyła. Przeprosił tylko, że nie zdąży ze mną dokończyć naszych spraw.

Więc znowu zostałam sama. Kiedy w końcu przybyłam na miejsce, było już za późno. Okazało się, że szef tego pieprzonego burdelu sprzedał Nadię na Zachód. Do USA.

– Jak się dowiedziałaś?

– Znalazłam kogoś, kto w tym brał udział. I zapytałam. A on grzecznie odpowiedział. – Ton głosu Milicy sprawia, że po plecach przelatuje mi zimny dreszcz. – I jeszcze uprzejmie wskazał, kto za tym stał. Powiedział, kim jest właściciel tego pedofilskiego zakątka, jak się nazywa i gdzie mieszka. Wszystko powiedział. Dlatego umarł dość szybko.

– Co było dalej?

– Faceta, który sprzedał moją Nadieżdę, zabiłam własnymi rękami. Trochę czasu trwało, zanim go podeszłam. Na szczęście miałam jeszcze kontakty, znałam ludzi. A ja potrafiłam być przekonująca. Jednym groziłam, z innymi szłam do łóżka. Nie liczyło się dla mnie nic więcej. Tylko śmierć tego skurwysyna.

– A twoja córka? Nie była ważniejsza od zemsty?

Milica patrzy na mnie, zaskoczona, jakby nigdy nie próbowała zestawiać ze sobą tych punktów widzenia.

– Nadia była poza moim zasięgiem. Nie miałam sił ani środków, aby jej szukać po świecie. Zresztą, jak miałabym to zrobić? Nie istniałam. Nie miałam nawet prawa jazdy, nie mówiąc o paszporcie czy innych dokumentach. No, przynajmniej takich, na których można by się starać o paszport. Dla władz, dla państwa, dla administracji mnie po prostu nie było. Więc po prostu skupiłam się na tym, co mogłam osiągnąć. Ostatecznie było to kilka lat temu. Nie wyglądałam jeszcze tak staro jak dziś – uśmiecha się złośliwie. – Zresztą, nawet teraz potrafię zadowolić faceta tak jak żadna nastoletnia kurwa. Umówiłam się z nim w eleganckim, choć dyskretnym hotelu. Wiesz, jednym z takich, w których ludzie z odpowiednią kasą mogą się zdrowo zabawić. Do dziś jest mnóstwo takich miejsc. I będą zawsze, bo ludzie zawsze będą chcieli się pieprzyć. Na wszystkie sposoby. Człowiek to bardzo prosta istota – potrzeba mu tylko forsy, władzy i chętnej dupy do rżnięcia. Nieważne: dziewczyny czy chłopaka – wszystkich łączy po prostu to, żeby móc to robić, z kim się chce, kiedy się chce i jak się chce. To jest właśnie człowieczeństwo, wiesz? Nie miłość, nie przyjaźń, tylko paranoiczne poszukiwanie możliwości na ciągłe robienie tego, czego się chce.

W słowach Milicy uderza mnie ta zaskakująca uwaga, celna, gorzka i… filozoficzna. Jak to się dzieje, że ta prosta, niewykształcona dziewczyna, która od lat zaznawała tylko bólu, upokorzenia i nieszczęść, potrafi tak puentować całą ludzkość? Tyle banału jest w stwierdzeniu, że cierpienie uszlachetnia. Powtarza się to do w każdej łzawej lub wzniosłej książce o chorobie, o umieraniu, o wojnie. A może jest zupełnie inaczej? Może własne cierpienie nie tyle uszlachetnia, co po prostu tak bardzo uwalnia cię od empatii, że nagle zaczynasz patrzeć szerzej, czyściej i bez sentymentów, które często przysłaniają nasze sądy? Że przekraczasz granicę tego, co narzucają ci ograniczenia własnej wiary, wykształcenia i doświadczenia? Może stajesz się wtedy jak automat – wyczulony i skoncentrowany na wykonywaniu zadań, pozbawiony wahań i rozterek. Nieludzko sprawny, pozbawiony empatii sawant?

– Naprawdę tak sądzisz? Że człowieczeństwo polega na zaspokajaniu własnych potrzeb i chuci?

Zimny, sarkastyczny uśmiech przez ułamek sekundy przecina twarz Serbki, nadając jej wygląd bezlitosnej morderczyni. Czy ten właśnie obraz zabierały do grobu jej ofiary?

– Posłuchaj, durna idealistko. Jak świat światem, tak się działo i dziać będzie. Jeśli masz odpowiednie kontakty i masz wystarczającą kasę, znajdziesz sobie wszystko. Nawet tu, w zniszczonej wojną Serbii. Chcesz umówić się na orgię? Taką z tłumem kobiet, chętnych na wszystko, z narkotykami i wódą w takiej ilości, że mogłoby się nią urżnąć stado słoni? Nawet dzisiaj, po tylu latach w pierdlu potrafiłabym wskazać ci miejsce. Chcesz czegoś więcej? Kluby swingersów, gdzie na spotkaniach kopuluje kilka dziesiątków ludzi? Zapewniam cię, żaden problem. A może chcesz podniecić się tym, że zlejesz kogoś batem, aż będzie wył z bólu? Wystarczy jeden telefon. Jeśli masz dużo pieniędzy, znajdziesz sobie nawet takie miejsca, gdzie możesz zatłuc kogoś na śmierć.

– Zabójstwo?! – nie mogę uwierzyć. Nawet po tym wszystkim, co usłyszałam podczas tej rozmowy. – Zabójstwo motywowane seksem? Ale jak…?

– Widziałam takie miejsce – wzdycha ponuro Milica. – Luksusową willę z pomieszczeniem wygłuszonym tak, że nawet gdybyś uruchomiła tam syrenę, sąsiedzi nic nie usłyszą. I widziałam wielki, drewniany, ukośny krzyż, do którego przywiązywano ofiary. To było jeszcze za czasów wojny kosowskiej… Porywano jakąś młodą, albańską dziewczynę, rozbierano, pojono wódą i przywiązywano ją do tego krzyża. A potem wchodzili ludzie, którzy chcieli się zabawić. Gwałcili swoją ofiarę po kolei, na wszystkie sposoby. Pamiętam jedną taką dziewczynę… młodziutką… Rżnął ją wielki facet, wyglądał jak zawodowy bokser. On był naszprycowany kokainą, ona znieczulona wódą. Ale pieprzył ją tak, że przez opary alkoholu docierał do niej ból. Bo facet miał chuja jak koń. Wrzeszczała, błagała o zmiłowanie, prosiła, żeby ją zabić. Że więcej nie zniesie.

– Przestań! – proszę. Nie mogę już tego słuchać. Ale Milica nie przestaje mówić. Może chce otworzyć mi oczy, może chce mi pokazać okrucieństwo jej świata. A może po prostu chce o tym opowiedzieć, żeby wyrzucić to z siebie i zapomnieć?

– Pamiętam, jak się wiła pod tym facetem. Pamiętam jej krzyki. Błagania. A potem wycie… zwierzęce, nieludzkie wycie… Kiedy gość skończył, już ucichła. To była tylko głupia, albańska kurwa, ale wtedy, przez moment, jej współczułam. Tej nocy zgwałcono ją jeszcze wiele razy. Każdy chciał. Kiedy traciła przytomność, oblewali ją lodowatą wodą, przypalali papierosami, bili pejczem. Myślę, że kilku ostatnich, którzy ją brali, rżnęli już trupa.

– Kim są ludzie, których podnieca takie coś… – szepczę zbielałymi ustami.

– Zdziwiłabyś się. Nie wszyscy są bandytami. Czasem to biznesmeni, nawet szanowani ludzie. Nierzadko politycy. Ci trochę się boją, bo wiedzą, że to doskonały sposób szantażu. Ale jak już zasmakują w tym, to gdy raz przekroczą granicę, nic ich już nie hamuje. Opadają z nich wszelkie więzy przyzwoitości. Wiedzą, że nie ma powrotu, i robią rzeczy, które u zwykłego bandyty spowodowałyby wymioty. Widziałam też takich, których po prostu podnieca myśl, że zadają ból naszym wrogom.

– Potworne… – Przez moment przychodzą mi do głowy opisy walk plemiennych, reportaże z Angoli, Rwandy czy Kongo. Błyska mi czytana w młodości książka o esesmanach uczonych torturowania dzieci, strzelających dla zabawy do Żydów w płonącym getcie, czy bandach Werewolfu. A może jest w tym dalekie echo tego, na co stać było rzymskich cezarów, pijanych posiadaną władzą, pewnych swojej wszechmocy i bezkarności? Czy rację miał William Golding w swoim “Władcy much”? Czy to właśnie jest człowieczeństwo? Czy przed zanurzeniem się w otchłań przemocy, perwersji i niszczącej wszystko dekadencji trzyma nas wyłącznie lęk przed karą? Lęk, który w czasach takich jak wojna, rewolucja czy kres cywilizacji po prostu się wyczerpuje? Przypomina mi się film, który kiedyś widziałam w klubie dyskusyjnym – na poły artystyczny, na poły pornograficzny, wedle legendy – oparty na faktach. Film, który z przerażającą dosłownością dokonuje wiwisekcji najgorszych ludzkich perwersji – seksu z dziećmi, gwałtu, morderstwa. A wszystko to dzieje się w onirycznym klimacie wódki i narkotyków. Używek, które dokonują w nas spustoszenia… a może po prostu ujawniają kim jesteśmy? Paradoksalnie, tytuł tego obrazu: “Serbski film”, celnie wpasowuje się w losy tego kraju oraz w historię wynaturzeń i przemocy, której słucham.

A może słuszność miał markiz de Sade, który cierpliwie i sugestywnie spisywał w swoich książkach najbardziej wyszukane akty okrucieństwa, gwałtów i erotycznych zbrodni. Przecież w umyśle tego na poły szalonego Francuza nie było żadnych granic, żadnych hamulców – z uwielbieniem oddawał się szkicowaniu gwałcenia dzieci, duszenia w miłosnym szale ciężarnych dziewcząt, kopulowania starców z młodziutkimi prostytutkami, orgii, morderstw, profanowania rytuałów religijnych… Tyle, że Golding i de Sade byli literatami – a świadectwo Milicy dotyczyło realnych wydarzeń. I to nie rozgrywających się w czasach rzymskich czy w mrokach średniowiecza, ale właśnie dziś, obok nas, w Europie, która po prostu robiła wszystko, żeby nie zauważać tego, czego widzieć nie chciała.

– Wtedy, w czasach wojny, takie rzeczy były na porządku dziennym. Dziś jest trudniej, ale jeśli masz kieszenie pełne euro, to też znajdziesz to, czego potrzebujesz. Mało to młodych dziewczyn i chłopców ginie w biały dzień, w środku miasta? Rozpływają się w powietrzu, znikają z ulic, aż w końcu po umorzeniu półrocznego śledztwa zostają zapomniane. Władze udają, że wierzą w ich ucieczki z domów, bo tak jest wygodniej. A ile z tych ludzi trafia do miejsc takich jak owa willa, w której byłam?

– Powiedziałaś władzom, gdzie ona jest?

– Nie – Milica kręci przecząco głową. – Nie wiem nawet, gdzie ona jest. Zawsze zwożono nas tam w dostawczych samochodach bez okien. Ci ludzie wiedzą, jak dbać o swoją anonimowość. Zresztą, co by to zmieniło? Zanim milicja zrobiłaby nalot, już dawno byliby ostrzeżeni.

– Nie wierzę.

– Nie musisz. Nie wiesz, co to za świat. A pedofile? Jeśli władza jest taka silna, to skąd tyle pedofilskich grup? I co, kto poszedł tak naprawdę siedzieć? Biedny idiota Fritzl? Jakaś para sekciarzy w Ameryce? Oni po prostu byli przeznaczeni na odstrzał. Myślisz, że dziś nie ma takich sierocińców, jak ten w którym się wychowywałam? Gdzie wystarczy wskazać, czy woli się ciasną pupcię chłopca czy nieużywaną, pachnącą świeżością cipkę małolaty – a kierownik z radością przedstawi ci katalog ofert?

– Przerażasz mnie.

– Boże jedyny, ale jesteś naiwna. Czy ty naprawdę jesteś dziennikarką? O czym ty do tej pory pisałaś? O kwiatkach i plażach?

– Trochę masz rację – wzdycham. – Reporterką jestem od lat, ale dotąd fascynowały mnie raczej inne opowieści. Napisałam książkę o starych kobietach z mojego regionu. Pisałam o tym, jak zmieniają się ludzie i ich otoczenie. O tym, jak mieszkali i czym się interesowali kiedyś – i zestawiałam to z tym, co pasjonuje ich dzisiaj. Pisałam o imigrantach. O ginących zawodach. Tak, masz rację – badałam przede wszystkim przeszłość i jej wpływ na dzień dzisiejszy.

– Ech, nadal nie chcesz zrozumieć. Mój świat nie jest ani dzisiejszy, ani wczorajszy. On zawsze był. I zawsze będzie. Tylko ty i tobie podobni po prostu wypieracie go ze swojej świadomości. Nie lubicie o nas myśleć. O kurwach, mordercach, złodziejach, pedofilach, wyrzutkach. Jesteśmy dla was brudni. Trędowaci. Wy nawet nami nie gardzicie. Wy nas nie widzicie. Lękacie się nas zobaczyć. A wiesz, czemu tak jest? Bo gdybyście dostrzegli nasz świat, zobaczylibyście, że jesteście tacy sami. Że to, kim my jesteśmy, to tylko kaprys losu. Gdybyście urodzili się w takiej wiosce jak moja, bylibyście NAMI.

– Przepraszam, nie zgodzę się. Nigdy nie zabiłabym innego człowieka. Nie sprzedałabym go w niewolę. Nie pozwoliłabym na gwałt.

– Naprawdę? A gdyby przystawili do głowy lufę twojemu dziecku? Matce? Gdyby to była jedyna szansa na przeżycie? Jesteś pewna, jak byś postąpiła?

– No, a nasze wartości? Kultura? Religia? Moralność? To, o czym mówisz, to barbarzyństwo, to dzicz. Tak mogło się dziać w czasach najazdu Hunów, Tatarów czy podczas Holokaustu.

– Do kurwy nędzy, otwórz oczy! Przez cały czas żyjesz w innym świecie, świecie bezpiecznym, spokojnym i całkowicie nierealnym. Dla ciebie największym problemem jest to, czy mają zajęcie starsze panie, którym zamknięto fabrykę, bo się ustrój zmienił. Tobie się tylko wydaje, że tacy ludzie, o których ci mówię, nie istnieją. Nie mieszkają obok ciebie. Może są twoimi sąsiadami. Chcesz, opowiem ci następującą historię… Kurewsko prawdziwą. Jeśli mi nie uwierzysz, możesz ją sobie sprawdzić w Google albo użyć swoich dziennikarskich kontaktów – mówi rozdrażniona Milica. – Była sobie dziewczynka. Miała czternaście lat. Przez dwa lata systematycznie gwałcił ją jej własny nauczyciel. A kiedy zebrała się w sobie, kiedy miała w końcu odwagę i zgłosiła to na policję, oficer, który ją przesłuchiwał, popatrzył na nią i z uznaniem stwierdził, że rozumie jej prześladowcę. A potem sam się za nią zabrał. Pieprzył ją na zmianę z tym nauczycielem. Kiedy miała szesnaście lat, zaszła w pierwszą ciążę. Nawet nie wiedziała, który z nich był ojcem. Wiesz, kiedy to było? Rok temu. W Kosowie. W centrum waszej pięknej, cywilizowanej, jebanej Europy.

Milczę. Nie ma nic, co mogłabym powiedzieć. Zresztą, czyż rzeczywiście nie widziałam tych rzeczy? Czy nie czytałam o zwyrodniałym do granic możliwości Fritzlu, który przez ćwierć wieku gwałcił własne dzieci? Czyż nie znałam historii blisko dziesięciu lat gwałtów na Nataszy Kampusch? W końcu, czyż sama nie poszukiwałam właśnie takich tajemnic otaczającego mnie świata? Czy to właśnie nie chęć poznania prawdziwego Zła, prawdziwej Otchłani nie skłoniła mnie do próby napisania rozmowy z Serbską Wilczycą? Pamiętałam doskonale ten dzień. Spędzałam lato z Piotrem, moim wydawcą, przyjacielem i kochankiem. Leżeliśmy przytuleni, na tarasie jego spokojnego, cichego bieszczadzkiego domku, wpatrzeni w odległe, migoczące gwiazdy. Wyluzowani, upaleni trawką i pijani mocną, lokalną księżycówką, rozmawialiśmy o przyszłości, o wspólnych planach, o wyzwaniach. I wtedy właśnie Piotr, trochę aby się ze mną poprzekomarzać, zaczął mi wyrzucać, że piszę wyłącznie ugrzecznione, nostalgiczne reportażyki. Że omijam wszystko, co mogłoby mi sprawić ból poznania prawdziwego życia. Poczułam się, jakby przemawiał do małej dziewczynki, która przez cały czas bawi się kredkami. Och, jaka byłam wtedy zła się na niego! Zapowiedziałam, że napiszę coś, co nim wstrząśnie. I zażądałam, żeby przysiągł mi, że to wyda. Spodobała mu się pasja, z jaką ciskałam w niego słowami. Podniósł się i z błyszczącymi oczami, pod cudownym, pełnym księżycem przyrzekł mi, że cokolwiek napiszę – on opublikuje. Zgodę przypieczętowaliśmy namiętnym, pierwotnym seksem pod szumiącymi nad nami drzewami. I to właśnie wówczas, gdy spoceni, rozgrzani, kochający i szczęśliwi odpoczywaliśmy, pachnąc sobą i naszą miłością, rozpoczęła się długa droga, która zaprowadziła mnie do tego sarajewskiego więzienia.

Łapię się na tym, że przez chwilę przestałam zwracać uwagę na to, o czym mówi Milica. Jest mi trochę wstyd, ale na szczęście nie wszystko stracone, bo leżący na stole dyktafon cierpliwie notuje każde słowo.

– No więc poszłam z nim do tego hotelu. Znali mnie tam zresztą, więc nie spodziewał się żadnych kłopotów. Grzecznie poszłam do pokoju, a tam urządziłam mu najlepszy striptiz, jaki widział w życiu. Chuj mu stał tak, że mało nie rozerwał spodni. W jego oczach było błaganie, żebym w końcu zaczęła go rozbierać. Więc zrobiłam to, cały czas opowiadając, jaka to jestem mokra na samą myśl, że obsłużę jego kutasa. To zawsze działa na facetów. Oni są w tym tak beznadziejnie przewidywalni. Potem, na jego własną prośbę, przykułam go do łóżka. Miało solidny, żelazny stelaż. A kajdanki były prawdziwe, policyjne. Och, jak on się podniecił… Potem nogi. Z nogami było więcej problemów, więc użyłam sznura. Solidnego, jedwabnego sznura – z tych, co to się zaciskają, jeśli się go rozciąga. Zdjęłam majtki, powoli, lubieżnie, bo nie chciałam, żeby się spłoszył. Najśmieszniejsze, że rzeczywiście czułam się wówczas podniecona. Nie wiem, samą sytuacją, czy raczej świadomością tego, że nad nim panuję? I że zaraz, niczym bogini zemsty odpłacę mu za wszystko, czego był przyczyną. Kurwa, wiem, że to chore, ale cipka mi wtedy ciekła jak u napalonej nastolatki na randce z najpiękniejszym chłopakiem w szkole. Majtki miałam czarne, z czerwonymi wzorami. Zrobiłam z nich knebel i wsadziłam mu do ust. Jeszcze sądził, że to część gry. Ale kiedy wzięłam srebrną taśmę i obwiązałam wokół głowy, już coś do niego dotarło. Chyba zaczął się bać. Ale było za późno.

I kiedy tak leżał przede mną, nagi, bezbronny – uwierz mi, nie miałam dla niego litości. Miałam ze sobą taki przyrząd do rozgniatania orzechów. Drewnianą baryłkę, z dziurą do wkładania i z taką wielką śrubą do przykręcania. I założyłam mu na jądro. A potem opowiedziałam mu, że jestem matką Nadieżdy. I patrząc skurwysynowi w oczy, powoli zmiażdżyłam mu jajo. Bardzo powoli. Usiłował krzyczeć, ale nie miał szans. Wiedziałam, jak należy dobrze kneblować. Dwa razy mi zemdlał, zanim doszłam do końca. Potem przyszedł czas na drugie jądro. Skurwiel był czerwony na twarzy jak wiśnia. Nie wiem, z bólu, z przerażenia, czy dlatego, że nie mógł wydać z siebie głosu. Bałam się, że mi za szybko umrze. Nie chciałam, żeby dostał jakiegoś pierdolonego udaru. Przynajmniej nie do chwili, gdy skończę. Wzięłam nożyk… taki zwykły, plastikowy, jaki dają na stacjach benzynowych. I powoli, metodycznie, ucięłam mu chuja. Nożyk był tępy, a wszystko ślizgało się od krwi, więc musiałam się mocno napracować. Wtedy zemdlał już do końca. Już się nie obudził. Kawałkiem szkła podcięłam mu żyły. W obu rękach. I siedziałam przy nim, patrząc jak wycieka z niego życie. A gdy było już po wszystkim, odlepiłam mu taśmę z ust, wyjęłam swoje majtki i wepchnęłam mu do gardła jego własnego, krwawiącego fiuta.

Pewnie się dziwisz, że pamiętam to tak dokładnie. Nie, to nic nadzwyczajnego. W pierdlu masz dużo czasu na myślenie. Na przeżywanie swojego życia. Na odtwarzanie go w najdrobniejszych szczegółach. Na oddziale męskim podobno siedzi jakiś morderca, który codziennie opowiada kumplom spod celi wszystkie swoje dokonania. Szczegółowo. Punkt po punkcie.

Ja przez większą część wyroku siedzę sama, więc nie miałam z kim gadać. Bo po tym, co robiłam, boją się ze mną kogoś wsadzić. Tak jakbym była potworem, który może zadusić w nocy siostrę spod celi, zupełnie bez powodu. Więc byłam sama. Zresztą, gdyby nawet znalazł się ktoś, to o czym miałam rozmawiać? Nie jestem dumna ze swojego życia. Nie jestem killerem, który chwali się swoimi morderstwami, ani gwałcicielem, który za każdym razem, gdy wspomina swoje ofiary, przeżywa nowy orgazm. Żyłam tak, jak mogłam. Taki los. Jedyną dobrą sprawą w moim popierdolonym życiu jest Nadia. Ale ją straciłam. I nie miałam nigdy szans, aby jej szukać. Ten kurewski świat zabrał mi wszystko: dzieciństwo, młodość, prawo do istnienia, miłości. A kiedy błysnęła mi nadzieja, kiedy pojawiła się moja córeczka, to świat odebrał mi ją także. Więc kiedy półtora roku temu napisałaś do mnie, pomyślałam, że to ostatnia szansa. I dlatego postawiłam ci warunek. Wiedziałam, że ty, Polka, z kraju który ma dobre stosunki z Ameryką, masz szansę odnaleźć moją córkę. I udało ci się.

– Przepraszam, że trwało to tak długo.

Wzruszyła ramionami.

– Nie szkodzi. Czas nie ma dla mnie już znaczenia. Ja tu umrę. W tym więzieniu. Wszystko jedno: dziś, jutro, czy za dziesięć lat. To się nie liczy. Chciałam tylko wiedzieć, czy Nadia żyje. Jaka ona jest?

– Wiesz, niewiele można wywnioskować podczas rozmowy na Skype…

– Pierdolisz. Wy, dziennikarze, potraficie w mig ocenić człowieka. Kiedyś, przez krótki czas, siedziała ze mną taka jedna, co w gazecie robiła.

– Nie wiem, jaka jest. Wydaje się… normalna. Po prostu. Pracuje w ratuszu. Wyszła za mąż. Jej facet jest zwykłym Amerykaninem. A ona spodziewa się dziecka. Urodzi się za miesiąc.

– Babcia – Milica kręci głową. – Kurwa, będę babcią małego Jankesa. Co za popierdolony świat… Mały Amerykaniec będzie miał geny serbskiej morderczyni. Kurwy rżniętej od dziecka przez każdego faceta w pobliżu. Biedny gówniarz.

Zapada milczenie. Kobieta zapada się w sobie, jej oczy tracą blask. O czym myśli? O swoim życiu? A może o córce, której dała życie? Czy kieruje się w stronę krwi, którą ona, Serbska Wilczyca, ma na rękach, czy też ku własnemu dziecku, które niedługo samo stanie się matką? W końcu wzdycha i wraca do rzeczywistości.

– Wiesz… to dobrze, że Nadia nie chciała ze mną gadać. Najlepiej, żeby o mnie nie wiedziała. Że siedzę w tym sarajewskim pierdlu. Kim byłam. Niech ma swoje spokojne, amerykańskie życie. Może te jankeskie geny będą silniejsze od tego nieszczęścia, które mam w sobie. Myślisz, że to możliwe? Że mój wnuk albo wnuczka będą normalnymi dziećmi? Takimi, które uczą się w szkole, mają psa, dach nad głową i oglądają kolorową dobranockę w telewizji?

– Nie wiem. Ale Nadia wygląda na szczęśliwą. Powiedziałam jej, że nie żyjesz. Tak jak chciałaś. A ja zbieram informacje do reportażu o tobie.

– Tak. Tak właśnie chciałam. I… dziękuję ci za te zdjęcia. Ładnie na nich wyszła, prawda?

– Prawda. Bo jest ładną dziewczyną.

– Kiedyś też byłam – w głosie mojej rozmówczyni nie ma smutku. Nie ma pretensji. Jest tylko jakiś bardzo delikatny, prawie niezauważalny ton kobiecej kokieterii. Zupełnie jakby przez moment pojawiła się w niej myśl, że gdyby cudownym zrządzeniem losu jej życie potoczyłoby się inaczej, to nie siedziałaby tu przede mną, w czerwonych więziennych ciuchach, ale może brała na kolana swojego wnuka, którego rozpieszczałaby i kochała jak każda zwykła babcia na świecie. Wystarczyłoby przecież, żeby ojciec nie oddał jej do sierocińca, żeby jej kraj nie był miejscem tragicznej, domowej wojny…

Metalowe drzwi otwierają się ze zgrzytliwym jękiem. Wchodzi strażnik. Ma ponurą niedogoloną twarz, a jego oczy, głęboko osadzone, ciemne, rzucają nieprzyjemne spojrzenie spod gęstych, zrośniętych brwi. Przez chwilę zastanawiam się, czy ten człowiek – o którym przecież nic nie wiem – mógłby być postacią ze świata Milicy. Pasowałby na milczącego, groźnego ochroniarza. Albo na płatnego mordercę. Albo na zboczeńca, konesera młodych ciał, z gatunku tych, którzy wkładają owłosioną łapę w majtki nieletnim sierotom. Ale może to tylko wrażenie, może to tylko niczym nieuzasadnione przeczucie, które pozostało we mnie po wysłuchaniu historii Serbskiej Wilczycy. Czy pozostanie we mnie na dłużej, jak błoto przylepiające się do butów podczas jesiennego spaceru? Strażnik nie pozostawia mi jednak czasu na długie rozważania. Wymownym gestem wskazuje zegarek. Milica uśmiecha się smutno.

– Dziękuję, że przywiozłaś mi zdjęcia Nadii. Oby jej się w życiu ułożyło. I dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Może ktoś przeczyta twój reportaż.

– Na pewno. Jestem od tego, aby opowiadać historie ludzkich losów.

– Nawet takich jak ja? Morderczyń? Kurew? Wyrzutków bez imienia i moralności?

– Jesteś człowiekiem. A to, że dokonujesz rozliczeń z własnym życiem, czyni cię o wiele lepszą osobą, niż jesteś w stanie przyznać. Wielu z tych, co chętnie by cię osądzili, nie jest bynajmniej lepszymi od ciebie. Sama zresztą przyznajesz: gdyby przeszli przez to, co ty…

Serbka uśmiecha się ponuro i kręci głową z niedowierzaniem.

– Dziwna z ciebie kobieta, Jekaterino. Cieszę się, że z tobą porozmawiałam.

– Jutro też przyjdę. Chcę wiedzieć więcej.

Strażnik przerywa mi, mówiąc coś do więźniarki ostrym, suchym głosem. Zgarnia zdjęcia do koperty i każe Milicy wstać. Patrzymy sobie w oczy. Ona i ja. Dwie kobiety. Dwa światy.

W chwilę później zostaję sama. Wyłączam dyktafon i zamyślona, zbieram się do wyjścia. To był trudny, ciężki dzień.

*

Następnego dnia mam umówione kolejne spotkanie z Milicą. Kiedy idę do więzienia, nie mogę wciąż uwierzyć, że jej historia zdarzyła się naprawdę. Ulice miasta, ludzie, sklepy – to wszystko wygląda tak normalnie. A przecież ona też tędy chodziła, czytała te same gazety, które mogę dziś kupić u kioskarza.

W więzieniu od razu czuję, że nastawienie do mnie zmieniło się. Oficer twardo mówi, że widzenie dziś odwołano. Żąda wydania wczoraj nagranych materiałów. Nic nie pomaga – pokazanie legitymacji prasowej ani podpisanego przez władze więziennictwa listu polecającego. Mówię, że pliki wysłałam już wczoraj do Polski; że nawet jeśli oddam mu dyktafon, to i tak mi ich nie odbierze. Strażnik kontaktuje się z kimś przez telefon. Chwilę rozmawiają. Trwa jakaś awantura – rozróżniam niektóre słowa.

Wreszcie oficer jeszcze raz prosi o okazanie pisma z ministerstwa. Kiedy je dostaje, bez czytania drze je na kawałki. “Wypierdalaj stąd. Nie masz tu czego szukać. I nie radzę ci publikować niczego” mówi całkiem przyzwoitą angielszczyzną. Mój dyktafon rzuca na ziemię i ze złością rozdeptuje.

Nagle wracają do mnie wspomnienia z PRL, który pamiętam wyrywkowo, oderwanymi od siebie kadrami. Ale jedna ze scen tkwi mi w pamięci: gdy nauczyciel przysposobienia obronnego, były żołnierz, podarł mi plakat ukochanego wokalisty. Tak po prostu. Bo mógł. Bo miał nade mną władzę. Gwarantowaną przez system, ale przede wszystkim – przez utrwalone przez lata stosunki tych, co nosili mundur, i tych, co byli tylko społeczeństwem.

Nie mam tu czego szukać, więc wychodzę. Natychmiast sięgam po komórkę i próbuję poruszyć swoje znajomości, czegoś się dowiedzieć, wyjaśnić, co się stało – nie udaje mi się to. Nikt nie chce ze mną rozmawiać, wszyscy zbywają, przekonują, że są na urlopie.

Nie mam tu już nic do roboty. Czas wrócić do kraju.

Taksówkarz, który odwozi mnie na lotnisko, ma na imię Ilia. Jedziemy starym oplem, który trzęsie się niemiłosiernie, jakby za chwilę miał się rozpaść na kawałki. W środku unosi się zapach dziesiątków wypalonych papierosów, jakby urągając wielkiej, kolorowej nalepce “zakaz palenia”. Ale ten dym jest tu wszędzie, wniknął głęboko pod powierzchnię tapicerki, przesiąknął do krwioobiegu tego samochodu, stał się jego częścią. Ten zaduch, ten ciężki smród będzie tu trwał aż do dnia, w którym właściciel zezłomuje to auto i nie kupi sobie nowego. Zupełnie nowego.

Ale może cuchnący, ciężki zapach przeniesie się do nowego auta razem z Ilią? On także wygląda, jakby trwał tu od wieków. Podstarzały, nieogolony, w przepoconej koszuli, która także nasiąkła dymem. Nie ma połowy zębów, a te, co zostały, też powinno się wyrwać. Ten serbski taksówkarz wygląda jak ostatnie relikty polskich “złotów” stojących pod dworcami prowincjonalnych polskich miast. Brakuje mu tylko charakterystycznej nerki przypiętej do pasa.

Próbuję rozmawiać z moim kierowcą, korzystając z tych wspomnień z lekcji języka rosyjskiego, które jeszcze pamiętam.

– Jestem dziennikarką, z Polski.

– Ach, Polska. Fajny, zachodni kraj, chociaż jesteście Słowianami. Mieliście szczęście. Jesteście w Europie.

– No, nie do końca… U nas jest sporo tych, którym się Europa nie podoba.

– Wam się w dupach chyba poprzewracało – śmieje się głośno i serdecznie, odsłaniając przy tym nędzne resztki poczerniałych zębów. – Jak się wam nie podoba, to przyjedźcie do nas. Jesteście wariatami.

– Czasem też tak myślę – kiwam głową.

Jedziemy dalej, słuchając jego narzekań na sytuację w kraju. Ma dość korupcji, sprzedajnych polityków, braku szans i lekceważenia jego ojczyzny przez Zachód. Mówi, że jego kraj ściągnął na siebie jakieś przekleństwo. Może to przez Gavrilo Principa? Może nie wolno było podnosić ręki na arcyksięcia? Taki arcyksiążę przecież nie był złym człowiekiem. Był krewnym cesarza. A cesarz to taki trochę święty.

Stare radio Sony przestaje nadawać jakąś piosenkę, aby zrobić czas dla wiadomości o pełnej godzinie. Kierowca milknie, wiedziony wspólnym pragnieniem łączącym wszystkich taksówkarzy na świecie: żeby usłyszeć najnowsze informacje. Żeby było o czym rozmawiać z pasażerami i na postojach, podczas oczekiwania na klientów.

Nagle z potoku niezrozumiałych słów wyławiam znajome nazwisko. Przez chwilę wydaje mi się, że się pomyliłam, ale natychmiast moje wątpliwości rozwiewa lektorka serwisu informacyjnego.

– O czym mówią? – pytam Ilię.

– A, o tej naszej Wilczycy. Była taka jedna, za czasów wojny. Kurewsko niebezpieczna baba. I zła. Istne zło w ludzkiej skórze. Wie pani, mówią, że nie było w niej ani grama człowieczeństwa. Była prawdziwą, opętaną kurwą.

– Była…?

– Ano, była. Właśnie mówią, że podcięła sobie żyły. W nocy. Znaleźli ją dopiero rano.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czytam większość opowiadań od dawna, jeszcze za czasów poprzedniej strony. Nigdy nie miałem potrzeby oceniania czy zamieszczania komentarzy, w myśl zasady kogo niby miałoby obchodzić moje zdanie? Jednak jestem świeżo po przeczytaniu opowiadania i zrobiło na mnie tak olbrzymie wrażenie, że musiałem napisać. Gratulacje.

Dziękuję za miłe słowa.

“Kogo niby miałoby obchodzić moje zdanie?” – no, jeśli nie Czytelników (w końcu wymiana opinii jest sama w sobie przyjemnością), to zapewniam, że obchodzi ono autora 😉

Nie ukrywajmy: my, piszący, tworzymy dla Czytelników. Dla ich zainteresowania. Dla oceny. Tak, lubimy (przynajmniej niektórzy z nas) także i te krytyczne komentarze, bo one oznaczają, że jakieś emocje w Odbiorcach wywołujemy. Myślę zresztą, że dla wielu z nas bardziej się liczy nawet cierpka (byle rzeczowa) uwaga pod naszym tekstem, niż same dziesiątki w ocenach.

Dziękuję za dobre słowo tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że tekst “Serbskiego” może być trudny w odbiorze. Na pewno jest długi – to wręcz nowela, jeśli nie więcej. Niektórych zniechęcą być może reporterskie opisy sytuacji historycznych, innych odpechnie brutalizm niektórych scen, a jeszcze innych – mało podniecający charakter tekstu (opisów seksu jest to sporo – ale erotyki chyba niewiele).

W tym miejscu pozwolę sobie oddać moje korne wyrazy wdzięczności drogiej Artimar, która jest Korektorką cierpliwą, listościwą, dokładną, profesjonalną – czyli po prostu DOSKONAŁĄ.

To jest jeden z tych momentów, gdy po przeczytaniu tekstu nie wiesz co ze sobą zrobić. W pierwszy odruchu, nie ma nawet zbyt dużej refleksji, a jedynie potrzeba przespania się z taką historią. Przemyślenia przychodzą później.
Warsztatowo nie będę oceniać, bo za mała jestem do tego, chociaż w moim mniemaniu jest wzorowo. Natomiast co do samej historii…
Owszem, tekst jej długi, w pewnych momentach nieco nużący pod wpływem opisów sytuacji historycznej, która w początkowej części tekstu, była niesamowicie ciekawa i cenna, natomiast później odrobinę męcząca. Jednakże w tej kwestii, wszystko zależny od gustu i lubości historii. Pokazałeś Ravenheart’cie w bardzo dobrym stylu jak mocno człowiek może zostać zdeptany, zdegradowany, ziszczony i pod wpływem tych doświadczeń może stać się z ofiary – katem. Jednak tutaj wszystko miało wymiar jakby na większą skalę, było zintensyfikowane i właściwie jedno po drugim, bez oddechu. Jak daleko ludzie potrafią posunąć się w swoim okrucieństwie? Mamy tutaj namiastkę. Do pewnego momentu było mi żal Serbskiej Wilczycy, współczułam jej, ale później, mimo, że w jakimś stopniu rozumiałam chęć zemsty – przestałam.
Jest to z pewnością jedno z tych opowiadań, które zapamiętuje się na baaaaardzo długo.
Dziękuję.

Uściski,
SheWolf

Dziękuję. Tak, taki był dokładnie mój zamiar – sprawić, by Czytelnik zaczął sobie stawiać pytania o źródła zła, o powody zadawania cierpienia. Pytanie o usprawiedliwienie (wybaczenie?!) działań Wilczycy stawiam, ale sam też nie śmiem na nie odpowiedzieć.

Ten tekst był poniekąd zainspirowany “Rozmowami z katem” – i próbą przedstawienia postaci Kata Getta.

Mam słabość do wojny w Jugosławii. Wydawało mi się, że kto jak kto ale Europa nie będzie już sceną wojenną po koszmarze 39-45. Ale była. I nie tylko w Jugosławii. Dobra powieść. Zawrzeć 1 procent niegodziwości w słowach to mistrzostwo. Więcej się po prostu nie da. A było 100 razy gorzej niż opowiadała główna bohaterka. Ukłony głębokie dla Autora

Dziękuję. Mnie także przygnębia fakt, że tak mało wiemy o tym, co zdarzyło się w sumie niedawno, niedaleko i co zawsze może powrócić….

Na samym początku dostrzegłem straszny zgrzyt być może wynikający z niewiedzy albo po prostu licentja poetica. “Polaków zmitologizowaną grozą i mitem założycielskim jest Powstanie Warszawskie, które trwało 63 dni”. Tak naprawdę oblężenie Warszawy tak trwało od 1 wrzesnia 1939 (gdyż była nieustanie bombardowana) do stycznia 1945. W tym czasie odbyły się dwa wielkie powstania, mordy na dzieciach (wyprowadzano i rozstrzeliwano dzieci z przedszkoli razem z opiekunkami), młode kobiety były łapane na ulicach i umieszczana w burdelach dla wermachtu, profesorowie, inteligencja, przypadkowi ludzie byli łapani mordowani na miejscu lub wywożeni, powstawały getta gdzie ludzie umierali z głodu. Ogólnie w samej warszawie przez 5 lat okupacji zginęło kilka razy więcej ludzi (około 850 tys) niż podczas współczesnych wojen na terenie Jugosławii (szacuje się 200 tys. czyli tyle ile zginęło w samym “zmitologizowanym” powstaniu Warszawskim, podczas oblężenia Sarajewa 10 tys).
Nie mam zamiaru tu licytować sie na ilość ofiar i czas “oblężenia” ale zestawienie tych dwóch wydarzeń z ewidentnym pomniejszeniem pierwszego jest bardzo słabe, oba sa równie ważne i równie bezsensowne tak samo jak jakiekolwiek porównywanie.
Nie jestem nastawiony romantycznie do Powstania ale mając wiedze o obu wojnach to stwierdzenie było dla mnie strasznym zgrzytem.

Bardzo podoba mi sie indywidualne podejście do morderczej wojny w Kosowie, takich opowieści z każdej ze stron pewnie znajdziemy tysiące. Bardzo ciekawy tekst, nie jestem krytykiem literackim, wiec nie oceniam stylu ale bardzo wciągnęła mnie zbudowane przez Ciebie historia tej kobiety i przypomnienie, ze to my, ludzie, odpowiadamy za cale niepotrzebne cierpienie, wiec jezeli chcemy szukac powodow znajdziemy je tylko i wyłącznie w nas.

Nie chciałbym prowadzić tu dyskusji polityczno-historycznej, bo to zaczęłoby przypominać licytację na to, czy “mój ból jest większy niż twój”.

Osobiście uważam, że Powstanie Warszawskie JEST zmitologizowane – przy czym nie jest to sąd wartościujący. Jest mit powstania bohaterski, jest mit martyrologiczny, jest mit polityczny (po obu stronach sporu). Ciekawe spojrzenie odnaleźć można w Dziennikach Kisiela, gdzie konfrontuje on tradycję myślenia o Powstaniu w przekazie Bartoszewskiego (patriotyczny zryw) ze swoim własnym (zniszczone miasto).

75 lat po wydarzeniach Powstanie nadal budzi żywe dyskusje, obrasta w narracje, staje się powodem gorących sporów. Dlatego świadomie i nieco prowokacyjnie użyłem tego zestawienia z wojnami w Jugosławii (stawiam dolary przeciw orzechom, że ból tych konfliktów jest znacznie silniejszy dla Jugosłowian niż ból polskiego Powstania).

Ale mój tekst nie jest o Powstaniu – dlatego cieszę się, że komentarze przede wszystkim odnoszą się do fenomenu wojny, do moralnej odpowiedzialności za każde zło i do losów Milicy.

Piszesz:
bo to zaczęłoby przypominać licytację na to, czy “mój ból jest większy niż twój”.
a nastepnie:
“stawiam dolary przeciw orzechom, że ból tych konfliktów jest znacznie silniejszy dla Jugosłowian niż ból polskiego Powstania” – kolejny logiczny zgrzyy bo wlasnie robisz to czego nie chcialas robic.

Czyli starasz sie porownać ból, wogole proba unormowania bólu wydaje sie karkolomna i bezsensowna, OK w takim razie ja uwazam ze Jugoslawia nawet nie lizneli tego czego doswiadczyli Polacy od poczatku okupacji Warszawy, zarowno matematycznie (ilosc ofiar) jaki w opisach bestialstwa jakiego doswiadczyli Warszawiacy po 1939, gdzie niemcy rozbjali glowy niemowlat na oczach matek, nie rozmawiamy o “narracji” tylko o faktach. Przytoczone przez Ciebie ksiazki mowia o zupelnie czyms innym. O przyczynach sensownosci etc. mozna rozmawic dlugo, rownie dlugo mozna rozmawaic o bezsensownaosci wojny w Jugoslawi, ale prawdziwym bezsensem jest ich porownywanie.

Szkło powiększające czasu: im mniej go minęło, tym powiększenie jest większe a szczegóły wyraźniejsze. Tak to często bywa, choć polityka historyczna działa jak gęsta mgła i stado pryzmatów użytych przez tzw. patriotycznych historyków załamuje obraz.
Obiektywizm w ocenie faktów historycznych może kiedyś przyjdzie. Dzisiaj go nie zauważam. Niechętnie zadaję sobie pytanie: ofiary przewrotu majowego i ofiary stanu wojennego. Kim są sprawcy i jak są oceniani? Na pewno nie są to fakty i osoby oceniane obiektywnie.
Moi bliscy zgninęli w powstaniu, nikt z moich bliskich nie stracił życia w Jugosławii. Czy to jest powód, aby patrzeć na te wydarzenia w odmienny sposób? Ale tak się je widzi.
Uśmiechy smutne,
Karel Godla

Karelu, pełna zgoda. Wielbimy Piłsudskiego (sam go cenię wysoko), ale zapominamy o Berezie i Zamachu. Z drugiej strony – czy nie popełniamy błędu anachronizmu, przykładając dzisiejsze standardy i nasze wizje demokracji do lat minionych.

Moi bliscy także walczyli w Powstaniu, ale czy to właśnie nie powinno być dla mnie impulsem do obiektywizmu? Napisałem, że Powstanie jest zmitologizowane i uważam, że tak jest. Bo zarówno bałwochwalcze wychwalanie bohaterstwa budzi niesmak, jak i potępianie go w czambuł.

Znam – choćby z opowieści rodzinnych – czasy, kiedy Armia Krajowa była uznawana w najlepszym razie za mało znaczącą organizację chowającą się za plecami AL i BCh. Pamiętam, jak na fali zmian wszystkie ulice Armii Czerwonej przemianowywano na Armii Krajowej. I szlag mnie trafia, gdy teraz umniejsza się chwałę AK na rzecz NSZ i Wyklętych, tworząc kolejne mity.

Stawiam sobie pytanie: skoro można w obiegu publicznym uwznioślić bandytów, stawiając ich na piedestale – to być może również taką polityką uwznioślono moich idoli – ukazując WYŁĄCZNIE pozytywne cechy, a “znikając” ich wady.

Ale też chyba dojrzałość – zarówno indywidualna, jak i społeczna – polega na tym, żeby rozumieć, że świat nie jest czarno-biały, zaś patriotyzm to nie ślepe uwielbienie dla wszystkiego, co związane z własnym krajem.

Dla mnie zgrzytem nie bylo mitologizowanie (mitologizowanie ma rowniez dobre wartosci) jedynie porownanie dowoch tragedii, z wydzwiekiem ze jedna tragedia jest “wazniejsza” od drugiej.
Co do AK, Zolnierzy Wykletych etc. pamietam czasy kiedy sowiecka propaganda (co nadal ma miejsce) starala pokazac sie ich jako antysemitow (mordowali zydow z NKWD) chodzilo bardziej o wizerunek Polski na zachodzie, podobnie z Zolnierzami Wykletymi, czeka na mnie wlasnie ksiazke “Zolnierze wykleci, Niezłomni Bohaterowie” pozniej znajde cos z drugiej stony. Historia jest uzywana politycznie, do niedawna o powstaniu Warszawskim na zachodzie nie slyszano, za to dobrze znane bylo powstanie w Gettcie ( znowu propaganda) i oba nadla sa mylone chociaz coraz zadziej.
Dojzaloscia jest nie dac sie porwac otaczajcej nas polityce i oceniac wg. wlasnego sumienia.

Czyta się jak relację z pierwszej ręki, jak byś tam był i widział to wszystko Ravenharcie.

Nie, nie jestem jednym z Psów Wojny. Ale w Psach 2 Pasikowskiego jest kilka scen, które były inspiracją do tego tekstu.

Hmmm… a ja nie kupuję. Pewnie, że opowieść zapadnie w pamięć, ale została poprowadzona mało ciekawie. Dane z początku są niemal w identycznej formie podane później, kilku kolejnych gwałcicieli jest opasłych i z trzema podbródkami, a bardziej przekonałby mnie jakiś ciekawy szczegół niż ogólna, oczywiście odpychająca, postura, bohaterce ciągle żarzą się oczy, i na dodatek pojawiają się daty bądź liczny zapisane cyframi, czego w tekstach literackich się z założenia nie robi…

Doskonale wiem, że autora stać na więcej…

Serdecznie pozdrawiam

A.

No nie! Nie wierzę, że Ania wnosi takie zarzuty. Dokumentalne zdjęcie, na nim kilku brzydkich grubasów. Nie nie, takie nędzne zdjęcie nie nadaje się na wystawę, stwierdza kustosz tejże – Ania. Ludzie będą patrzeć z obrzydzeniem. Jeden grubas wystarczy. Drugiego przerobimy na przystojniak z wąsikiem, trzeciego…. itd. Po prostu ręce opadają na takie wydziwianie.
Grubas w czasie wojny to demonstracja wysokiego statusu jak w dawnych czasach: średniowiecze, itp.. Zagłodzeni chudzielcy patrzą z zazdrością. O ten to ma co żryć! Jemu się na wojnie powodzi. Wojna to powrót symbolicznego średniowiecza.
Matematyki pewnie też się nie lubiło, co? Cyferki be? Ja chcę tylko literki?
Dobra, żartowałem.
Ale nieco zdegustowany.
Uśmiechy! Także dla sympatycznej choć czasem wybrzydzającej Czytelniczki.
Karel Godla

Nie mam nic przeciwko grubasom jako takim, choć to rzeczywiście nie mój typ, ale problem leży w opisie, nie w tym jak bohaterowie wyglądali. Jeśli byli na tyle ważni, że bohaterka uznała za słuszne ich opisywać, mało prawdopodobne, że uznałaby ich za identycznych tylko dlatego, że byli duzi. Bardziej prawdopodobne, że zwróciłaby uwagę na jakieś z pozoru nieistotne, ale odróżniające ich szczegóły, nawet niekoniecznie związane z wyglądem. Kobiety generalnie dużą wagę przywiązują zwykle do innych bodźców niż wzrokowe… większą niż mężczyźni 😝

Od-uśmiechy

A.

Gwoli wytłumaczenia: trochę świadomie starałem się, aby tłum facetów przewijających się przez życie Milicy był do siebie podobny, a ich twarze rozmazywały się we mgle. A że wszyscy są obrzydliwi? Cóż, może mi się zamarzyła sława Smarzowskiego 😀 😀 😀

Ale dziękuję za krytykę, pewnie skorzystam. Choć na następny tekst o takiej długości już się nie poważę – mam za mało czasu. Może raczej jakąś krótką formę, bez głębi, bez babrania się w moralnych wyborach 😀

No i niektórzy rozmywali się odpowiednio, ale tych kilku „wyjątkowych” było za mało charakterystycznych jak dla mnie…

Aniu,
A czy zwróciłaś uwagę, że to jest subiektywna narracja bohaterki na potrzeby osoby z zewnątrz, nieznajomej?
To nie jest zapis prywatnego pamiętnika do szuflady, gdzie może coś więcej by się znalazło.
Dla mnie grubas, grubas i grubas nieodróżnialni z wyglądu, ale odróżnialni – co nieco – w czynach, to podejście ok.
Uśmiechy, Czujna i Krytyczna Czytelniczko,
Karel Godla

Ależ mogli być podobni jak dwie krople wody, co nie zmienia faktu, że opisanie ich za pomocą tych samych słów mnie razi… jeszcze żeby chodziło o początkującego autora.

To co złe zdarza się wciąż i wciąż w niewiele zmienionej postaci. Czytałem z przygnębieniem. Czy tysiąc lat wystarczy aby świat zmienił się na lepsze? O ile ten marny gatunek, który dzisiaj dominuje, przetrwa tysiąc lat.
Świetny “reportaż” z wojennej “pandemii”.
Smętne uśmiechy,
Karel Godla

Świat się zmieni na lepsze, dopiero gdy jako gatunek zejdziemy ze sceny…

Aniu,
Myślisz, że ewolucja traktuje inne gatunki bardziej łaskawie? Nie sądzę. Świat może się zmienić na lepsze przypadkiem za …. strasznie wiele lat…

Karelu, dziękuję za fajny odbiór tekstu. Cieszę się, że mam takich Czytelników.

Znamienne, że nikt na razie nie komentował scen seksualnych (świadomie nie używam słowa: erotyczne)

Bo są dobrze napisane, momentami aż za dobrze? 😉

Myślisz, że ktokolwiek przyzna się, że podnieciło go zmuszanie kobiet do kopulacji z psami?

Raczej sądziłem, że będą oburzeni 😉 A tu – cisza. Więc albo niektórzy się przyzwyczaili (w końcu seks ze zwierzętami mamy u Nienackiego w Dagome Iudex, czy u Kosińskiego*), albo im się spodobało 😀
Zastanawiałem się też, czy nie przesadziłem z gwałtami**, albo sceną z morderstwem.

* nawiasem mówiąc, ciekawiło mnie, jak to wiadomej sceny podejdzie niedawny czeski film
** jak to mówiła żona do rycerza udającego się na krucjatę: “kanapki i bukłak masz w jukach, uważaj na siebie, nie przemęczaj i nie przesadzaj z gwałtami”

Stawiam na to drugie…

Poskładało mnie. Takie wydarzenia, miejsca są dowodem na to że “Bóg” nie istnieje…

Derridra w jednym ze swoich najsłynniejszych esejów filozoficzno-politycznych które zmieniły obraz europy i Francji opisuje swój lot nad dawnymi demoludami. Są lata 90te a gość opisuje kontynent jako pewną niezmienną całość historyczną i kulturowa oraz bardzo zdecydowanie opowiada się za członkostwem ich w UE. Facet zmienił świadomość. Mam wrażenie, także z racji inormacji zakulisowych, że trochę zrzynałeś z tego. Zresztą nie tylko z tego. Widzimy tu wykrzywione obrazy jak z Undergroundu Kusturicy. I niestety tobie ten kolaż nie wyszedł zbyt dobrze. Jesteś subtelny jak armia czerwona i chyba to zgrzytało mi najbardziej.

Niestety zawiodłeś moje osobiste oczekiwania tekstem na który tak długo czekałem.

S-Koperku,

dziekuję! Nie, nie zrzynałem s Derridry. Zrzynałem z Kapuścińskiego, Kosińskiego i Moczarskiego. I z Pasikowskiego.

Tak, wiem, Serbski Film jest cholernie wprost. Jest brutalny jak Armia Czerwona i Jurgen Stroop. Taki był zamysł na to opowiadane. Nie mogę pisać tylko romantycznych Fado i humorystycznych Bieszczadzkich Poranków. Na starość robię się paskudny, zgryźliwy i prostacki 😀 Ale, cholera, fajnie było usłyszeć: “gościu, weź się do roboty, liczyłem na coś lepszego” 😀 😀 😀

Mówiłem, że ja się wypaliłem jako pisarz. I co: wszyscy brali to za krygowanie się i kokietowanie… 😀 😀

Napisz komentarz