Ciemność (Batavia)  3.18/5 (11)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 10 minut/-y    

J, “Migraine Life”, CC BY-NC 2.0

Dla tego, co o milczenie mnie posądza…

Tylko papier…

– Tata! – krzyk radości dziecka, gdy klękam za jej plecami. Mała odwraca się, trzymając w dłoni kartkę. Zalaminowany papier bezlitośnie tnie krawędzią po oczach i nosie. Uderzenie bólu kompletnie mnie zaskakuje. Zaczynam intensywnie łzawić i czuję, jak coś spływa mi po twarzy. To krew z rozciętej skóry. Odruchowo przymykam powieki. Jeszcze tylko w ułamku sekundy zamglonym wzrokiem dostrzegam przerażenie na twarzy córki. Wyciągam chusteczkę i ocieram łzawiące oczy. Na niewiele to się zdaje.

Przejazd do szpitala, okulista, krople, maści, wszystko się dzieje tak szybko. Jak za matową szybą widzę, że słuchający mojej relacji okulista, kręci z niedowierzaniem głową.

– Miał pan szczęście. Odrobinę głębiej i straciłby pan wzrok – odzywa się po dłuższej chwili, ale w jego głosie daje się słyszeć wątpliwości.

Gdzieś zza ściany dociera do mnie stłumiony płacz dziecka. Uświadamiam sobie, że tam, na korytarzu siedzi zrozpaczona mała sprawczyni.

– Panie doktorze, mam prośbę. Na korytarzu jest żona z córką. Chciałbym, żeby pan małej powiedział, że nic się nie stało i wszystko będzie dobrze. Ona ma pięć lat. Czuje się winna i przerażona. Mógłby pan to dla mnie zrobić? – Na oczach mam już tampony z maścią, a pielęgniarka owija bandażem głowę. Nie wiem, gdzie stoi lekarz, i mam wrażenie, że słowa rzucam w próżnię.

– Hmm… – brzmi gdzieś z prawej po przeciągającym się milczeniu. Czuje się chyba zaskoczony prośbą. – Jak ma córka na imię?

– Anna… – odpowiadam natychmiast.

Słyszę skrzyp otwieranych drzwi. Z korytarza dobiega teraz wyraźnie pochlipywanie.

– Aniu – poważny, głęboki głos woła w głąb pomieszczenia. – Aniu, podejdź tu do mnie.

Drobne, niepewne kroczki zmierzają w moim kierunku. Męski głos tłumaczy, wyjaśnia, bagatelizuje całe zdarzenie. Czuję, jak mała dłoń dotyka mojej i ściska. W tym drobnym geście jest cała moc dziecięcych przeprosin. Przygarniam nieporadnym ruchem kruszynkę.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się – uspokajam półgłosem.

– Przepraszam, tato – szepce mi do ucha, pochlipując.

– Jutro proszę stawić się na zmianę opatrunku. – Lekarz burzy tę niepowtarzalną chwilę.

W domu wszystko wydaje się obce. Niby wiem, gdzie co się znajduje, jaki jest układ mebli, ale co i rusz się o coś obijam. Brak mi wyczucia odległości kompensowanego na co dzień przez wzrok. Ciało pamięta, lecz jedynie w przybliżeniu. Niepewność znaczy każdy mój ruch.

Rozdrażniony trafiam na kanapę, gdzie w końcu siadam bezsilny. Ciemność… mimowolny, bezsensowny gest, by uchylić opatrunek, przerywam w połowie. Kubek z herbatą podany prosto w dłoń. Próbuję upić łyk. Jest gorąca i parzy usta. Próba odstawienia naczynia na ławę kończy się głuchym uderzeniem o podłogę. Drobiny rozbryźniętej cieczy przesiąkają szybko przez spodnie, przemakają natychmiast przez skarpetki. W mgnieniu oka gasną iskierki nowego bólu.

– Cholera jasna…! – Przekleństwo wymyka mi się tym cięższe irytacją niedołęstwem.

– Nic się nie stało. Zaraz to sprzątnę. – W głosie żony przebija zakłopotanie i troska.

– Przepraszam, to moja wina. – Już się opanowałem, jednak gdzieś tam, w środku mnie wciąż narasta złość i poczucie bezsilności.

Siedzenie obok ugina się pod ciężarem. Mały winowajca przysiada się i tuli do mnie. Obejmuję ją ręką i lekko dociskam do siebie.

– Boli cię? – pada pytanie przepełnione wyraźnie słyszalnym dziecięcym lękiem, ale i zaciekawieniem. Rozpoznaję też nutę obawy, że ojciec teraz dopiero wybuchnie, nakrzyczy, pełnym wyrzutu i złości głosem obsztorcuje winowajczynię.

Na usta cisną mi się niecenzuralne słowa. To taki moment, w którym obezwładniającą złość można przelać na kogoś innego. Przez chwilę byłem nawet gotów to uczynić. Nim odpowiadam, dociera do mnie, jak łatwo jest skrzywdzić, wywołać traumę u małej istoty.

Więc zgodnie z prawdą odpowiadam: – Szczypie – i zaraz dodaję – ale nie mocno. Będzie dobrze.

Odwracam głowę w kierunku córki i uśmiecham się. Jakie to dziwne uczucie – nie widzieć czyjejś reakcji. Słyszę tylko coś na kształt cichego westchnienia ulgi. Mała wstaje z kanapy.

– Jakbyś coś, tato, potrzebował, to wołaj.

Już słyszę, jak pędzi do swoich lalek. Pewnie odegra tam scenę z lekarzem, a może też obandażuje którejś głowę. Uśmiecham się do siebie na taką myśl.

Kanapa obok mnie ponownie się zapada.

– Jak się czujesz? Coś ci podać? – żona przegarnia mi dłonią włosy. – Może się zdrzemniesz?

Nawet nie zauważyłem, a raczej nie usłyszałem, kiedy rozprawiła się z bałaganem. Jestem roztrzęsiony, czuję się zagubiony, nie wiedząc jeszcze, jak mam się znaleźć w nowej sytuacji. Nie chce mi się po raz kolejny tłumaczyć, wyjaśniać.

– Możesz mi podać papierosy? Wiem, że zostawiłem je w kuchni na blacie.

Tapczan z westchnieniem sprężyn uwalnia się od brzemienia, by po kilku minutach jęknąć ponownie. Słyszę stuk odstawianej na ławę popielniczki i trzask zapalniczki, nim rozżarzony papieros trafia do moich ust. Z lubością zaciągam się dymem. Siedzimy w milczeniu, tylko jej dłoń znów gładzi mnie po włosach. Jest w tym geście troska, współczucie i coś nienazwanego; coś, co wyraża uczucia między nami.

– Mogłabyś przedzwonić do mojego dyrektora i powiedzieć mu, co się wydarzyło? Zwolnienie jest chyba na tydzień. Musiałabyś też jutro dostarczyć je do firmy – proszę, a głos wydaje mi się zmieniony. – Najlepiej, jak będziemy jechać na zmianę opatrunku.

Po omacku szukam popielniczki. W końcu znajduję i gaszę papierosa, parząc przy tym opuszki palców.

– Położę się na chwilę, może się zdrzemnę. Musze się uspokoić.

Na policzku ląduje całus.

– Przymknę drzwi od pokoju, gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj.

***

Nie zasnąłem. Przewalałem się z boku na bok, bo myśli gonią jak szalone… Tyle rozpoczętych spraw w pracy… Co dalej z nimi będzie? Mimowolnie wsłuchuję się w odgłosy dobiegające z mieszkania. Skrzypnięcia, zgrzyty, szum wody, brzęk naczyń, sztućców… wizg przejeżdżających za oknem samochodów. Stłumione rozmowy przechodniów, szurnięcie krzesła w kuchni. Wszystko jest nowe. Do tej pory pomijane, eliminowane przez umysł, jak coś oczywistego, nieodłączne elementy życia traktowane drugoplanowo, nieistotne tło codzienności. Dźwięki bez znaczenia teraz stały się wyznacznikiem wszystkiego, pozycjonują moje miejsce. Rozmyślania przerywa szmer uchylanych drzwi. Drobne, powolne kroki skradają się w moim kierunku. Udaję, że śpię. Zamierają obok mnie, jakby ktoś się chciał upewnić, że odpoczywam w błogiej nieświadomości. Czuję na twarzy oddech. Z trudnością udaje mi się powstrzymać śmiech i zachować poważną minę. Ten „ktoś” się wycofuje.

– Tata śpi, mamo – słyszę teatralny szept córki dobiegający z kuchni.

– Po co tam wchodzisz? Daj mu odpocząć. Mało dziś nabroiłaś? – pada niespodziewanie karcąca odpowiedź, obracająca wniwecz starania małej istotki.

Ton głosu nacechowany jest zdenerwowaniem, czy może nawet złością. Żal mi się robi dziecka, więc dźwigam się z kanapy i ruszam do kuchni. Chcę zapobiec eskalacji pretensji, wyrzutów czy może nawet kary. Nieodłączne syknięcia towarzyszą mi w tym spacerku, to skutek spotkań z domowymi sprzętami.

– Idź się wykąpać, mały czorcie, a ja zrobię ci łóżko – słyszę, stając na progu kuchni, żonę i towarzyszący temu wybuch śmiechu. – Jest już prawie dziewiąta. Dawno powinnaś spać.

Nie wiem, co spowodowało tę radość, ale na mój widok śmiech milknie, jak ucięty nożem. Odczuwam z tego powodu wręcz fizyczną przykrość.

– No, mała, słuchaj mamy i do łóżka – popieram żonę zmieszany. Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy.

Sto dziesięć centymetrów obłapuje mnie na chwilę za nogę i szepcze: – Już idę.

Nie zdążam zmierzwić włosów mojej kruszynce, bo już zmyka spełnić nakazy rodziców. Wyciągam ręce przed siebie i docieram do stołu, odsuwam krzesło i siadam.

Chwilę trwa nim mała ląduje w łóżku. Jakieś szepty, chichot dobiegają z pokoju dziecka. Aż w końcu z cichutkim zgrzytem przymykają się drzwi.

– Chcesz coś zjeść, a może wypić? – Kobieca dłoń muska moje barki. – Boli cię?

– Nawet nie… raczej szczypie – odpowiadam cierpliwie i dodaję: – Wypiłbym jeszcze herbaty.

Dotyk niknie, a już za moment słyszę trzask zapalanego gazu. Nie trwa długo, gdy szumi woda nalewana do szklanki, bulgocząca w rozgrzanym metalowym dzióbku czajnika, potem dobiega mnie brzęk łyżeczki mieszającej cukier i stuknięcie stawianej przede mną szklanki.

– Idę zrobić nam łóżko – mówi żona i już z pokoju dodaje pytanie: – Pomóc ci się umyć?

No tak. Kąpiel, mycie, golenie… Tyle oczywistych czynności, na których wykonanie nie zwracamy uwagi, bo kierujemy się wzrokiem, stanie się teraz dla mnie problemem. Nawet o tym nie pomyślałem… Cholerne przykre jest to zderzenie z nową rzeczywistością.

– Dam radę. Wyłożysz mi tylko ręcznik…? – podpytuję w przestrzeń bez przekonania.

Wydaje mi się to proste, oczywiste, że sobie poradzę. Upijam łyk herbaty. Podczas gdy Ewa bierze prysznic, ja zastanawiam się, co przez te wszystkie dni będę robił? I nic mi sensownego nie przychodzi do głowy. Szum wody z prysznica cichnie, sygnalizuje koniec kąpieli. Wstaję z krzesła i z wyciągniętą ręką niosę szklankę do zmywarki. To tylko dwa kroki, a jednak trafiam obok. Już się nawet nie denerwuję.

– Pomóc ci się rozebrać? Może jednak pomogę przy myciu? – w głosie Ewy daje się słyszeć niekłamana troska.

Nawet nie usłyszałem, kiedy stanęła obok mnie, więc mimowolnie zastygam zaskoczony. Pachnie balsamem z olejkiem pomarańczowym. Widziałem opakowanie na półce, ale dopiero teraz, po raz pierwszy czuję, jak mocny ma aromat. Odwracam się w kierunku, skąd dobiega głos.

– Muszę sobie poradzić, przecież nie będziesz mnie całe dnie niańczyć. Jutro jesteś w pracy, a mała w przedszkolu i kto mi pomoże? Nie… Muszę zrobić to sam – klaruję stanowczo i zaraz dorzucam łagodniej: – Tylko się nie śmiej.

Wbrew moim obawom udaje mi się umyć, a nawet po trochu skorzystać z prysznica, nie mocząc opatrunku. Podbudowany tą małą wygraną ze swoją nieporadnością, zmierzam powoli do spania. Zmierzam, bo o moim niepewnym przesuwaniu stóp nie da się powiedzieć, że idę. Dłoń wędruje po ścianach, ościeżnicach, meblach, a ja staram się nie zrzucić zawieszonych zdjęć, poustawianych bibelotów. Kiedy już mi się zdaje, że sobie radzę, z hukiem uderzam nogą w łóżko. Przekleństwo samo ciśnie się na usta.

– Kurwa, za jakie grzechy! – szepczę z pasją pod nosem, rozcierając bolące miejsce.

Ewa zrywa się z łóżka i pomaga mi się w nim położyć.

– Jak tak dalej pójdzie, to jutro zawieziesz mnie nie tylko do okulisty, ale i do ortopedy – z jadowitym sarkazmem komentuję swoją nieporadność.

– Och, przestań! Poradzisz sobie – pociesza mnie połowica, ale w tym głosie pobrzmiewa nutka czułego zwątpienia. – Śpijmy już, ja muszę iść rano do pracy, a już prawie jedenasta.

Łatwo powiedzieć – śpijmy! Goleń mnie boli, oczy szczypią i chęci spania ani krzty. A zapach pomarańczy jest tak intensywny. Zastanawia mnie, że nigdy nie zwróciłem na ten aromat uwagi. Kiedy Ewa przytula się do mnie, to ten dotyk wyzwala zupełnie niespodziewaną w tej sytuacji reakcję. Pod palcami wyczuwam wyraźny puls, napinające i rozluźniające się mięśnie. Coś tam u mnie pęcznieje i nabrzmiewa, a w podbrzuszu rodzą się jakieś iskierki. Przypominam sobie, że kiedyś czytałem o „motylach” u dziewcząt… czyżby to coś podobnego? Nigdy tak o tym nie myślałem. Chyba głupieję coraz bardziej. Przygarniam żonę mocniej ramieniem. Pod palcami po raz pierwszy tak naprawdę czuję jaką ma miękką skórę. Przesuwam dłonią wzdłuż ciała, chciałbym sprawdzić, czy tak jest wszędzie. W miarę dotychczas gładka powierzchnia wznosi się, a skóra jest tu inna, bardziej podatna na dotyk. Obejmuję dłonią całą pierś. Usiana guzełkami wypukłość zwieńczona czymś, co teraz pod wpływem muśnięcia palców nabiera kształtu.

– Co ci chodzi po głowie, ślepcze? – kpiący głos powstrzymuje moje działanie poznawcze.

Jednak nie słyszę w tym tonie protestu, raczej tłumiony chichot. Więc bez słowa ujmuję wargami nabrzmiewającą kwintesencję kobiecego ciała. Na skutek moich zabiegów nie muszę długo czekać. Sutek sztywnieje mi w ustach, pręży się. Nie tylko on się pręży, kobieca dłoń już trzyma inny pęczniejący organ. Miarowym, powolnym, ruchem obnaża go ze skóry. Nie powiem, żeby było to nieprzyjemne, ale jest wielokroć intensywniejsze niż zwykle. Moje ręce nie pozostają bezczynne – palce odnalazły już ten szczególnie wilgotny zakątek i pieszczą go coraz intensywniej. Do tej pory widziałem żonę, jak się zachowuje; teraz jedynie słuch pozwala mi wyłapać szybszy oddech, a mimowolne drgnięcie ciała daje mi obraz, czy pieszczota odnosi pożądany skutek. Namiętne pocałunki pogłębiają tylko nasze podniecenie. Gdzieś kiedyś czytałem, że kiedy ludzie się całują, to są tak blisko, że nie widzą się nawzajem. Skąd mi teraz przychodzą takie myśli?

Przewracam się na plecy, to niczym zaproszenie do tańca. Ewa się dźwiga i siada na mnie. Pochłania mnie z cichutkim syknięciem. Na krótki moment zamiera. Syci się tą chwilą, wypełnieniem własnego jestestwa. Czerpie coś niemierzalnego, ulotnego, a równocześnie będącego sensem życia. Wyobrażam sobie jej zgrabny, jędrny tyłeczek spoczywający na moich udach. Już się to zmienia. Powolnym ruchem się unosi, tak jakby chciała uciec, zerwać, to co nas połączyło. Lecz zaraz wraca i tak bez końca. Z cichym mlaśnięciem pośladki uderzają o moje uda. Przez kilka chwil jest to jednostajne, powolne do bólu, lecz wkrótce ona przyspiesza. Przyspiesza też jej oddech; słyszę, jak cichutko pojękuje. Dłonie wsparła mi na piersi. Gdy ucieka ze mnie, ruszam biodrami, jakbym ją gonił. Przymykam oczy pod opatrunkiem i wyobrażam sobie, jak pochylona blond dżokejka unosi ciało i zaraz opada. Pojękiwanie nabiera mocy, tężeje, a i ja nie pozostaję bierny. Naraz urywa się wszystko, zamiera. Amazonka opada na mnie z głośnym okrzykiem. Dyszę pod ciężarem słodkiego ciałka… Kilka pocałunków i wyszeptane do ucha: – Dziękuję.

Zsuwa się ze mnie, opatula kołdrą i niemal natychmiast zasypia. Zostaję sam. Najchętniej bym zapalił. Jednak na myśl, że nim znajdę papierosy, to zdemoluje pół domu, rezygnuję. Niespodziewanie rodzi mi się pod czupryną myśl: może nie będzie tak całkiem źle przez ten tydzień…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Pięknie wypełnione odgłosami, choć zapachów i doznań dotykowych mogłoby być więcej…

Dziękuję, że znalazłaś czas na przeczytanie…:)
Pewne następnego dnia zapachy i dotyk zyskałyby na intensywności.
Pozdrawiam B.

Jeszcze nie przeczytałam… 😉 Ale pragnę serdecznie pogratulować Znamienitemu Autorowi powrotu do publikowania opowiadań po 940 dniach przerwy. To najlepszy dowód na prawdziwość stwierdzenia, że nigdy nie należy się poddawać i tracić nadziei! 🙂

Co prawda ja wiem tylko o 578 dniach, ale co ja tam mogę wiedzieć ;D:D:D

Zacznę może od rzeczy dobrych, bo…. tekst jest bardzo dobry. W zasadzie nie znalazłem ani jednego błędu w kwestii technicznej. Czyli co… można? Można.

Zmieniłbym może ze dwa słowa, a dwa inne bym wyrzucił, ale… Nie da się ukryć, że podstawą sukcesu jest bezbłędny tekst. Bez błędów.

Natomiast mam dwie uwagi co do kwestii merytorycznej,.

Reakcje głównego bohatera są przesadzone, wręcz karykaturalne. Porusza się w znajomym otoczeniu, doskonale zna rozkład wszystkich pomieszczeń, mebli itd. Czy autor próbował zamknąć (lub zasłonić) oczy i przechodzić z pomieszczenia do pomieszczenia, wykonywać drobne czynności itd? Ja próbowałem. Zadziwiające jak dobrze i sprawnie sobie radzimy. “Zawodowi” ślepcy (wiem, mało eleganckie określenie, ale mam na myśli osoby, które są niewidome od długiego czasu lub od urodzenia) radzą sobie doskonale, a rozmawiając z taką osobą trudno się domyślić, że nie widzi.

Oczywiście bohater jest w innej sytuacji, bo ślepota nadeszła niespodziewanie, ale…

Na pewno nie poparzyłby palców gasząc papierosa. Na pewno nie upuściłby herbaty na dywan (drugą ręką kontrolowałby spodek, a wtedy nie ma problemu w trafieniem w odpowiednie miejsce), człowiek ma taką koordynację, że jest w stanie trafić do ust po ciemku, czyli zje i się napije bez problemu. Raczej nie chodziły macając po ścianach i raczej nie uderzyłby kolanem o łóżko. Z myciem i prysznicem też nie powinno być problemów. Ogolić się też można po ciemku.

Sprawa druga. Nie wiem jakich obrażeń doznał bohater (autor chyba też nie wie, i co gorsza nic go to nie obchodzi – zapewne coś związane z uszkodzeniem ciała szklistego lub gałki ocznej), ale skoro okulista mówi, że niewiele brakowało a straciłby wzrok, to sytuacja jest poważna (i pewnie zostałby w szpitalu… ale dobrze, niech będzie) i raczej nie zalecany jest jakikolwiek wysiłek fizyczny (ze względu na wzrost ciśnienia śródgałkowego, który mógłby doprowadzić do uszkodzeń wtórnych). A seks to też wysiłek:)

Ale mimo wszystko czyta się bardzo dobrze.

Ps. Sporo pisywałem o kwestiach medycznych i miałem dużo konsultacji z lekarzami wszelkiej maści.

Aureliusie…
Opisana tu wydarzenia w części dotyczącej okaleczenia są w całości prawdziwe.
Zupełnie czym innym są reakcje bezpośrednio po takim zdarzeniu, a czym innym jest zachowanie, kiedy człowiek już się oswoił z tak nietypową sytuacją. Przyrównywanie do ludzi długotrwale lub trwale pozbawionych tego zmysłu nie przekonuje mnie. Tak samo, jak zamykanie czy przesłanianie oczu i twierdzenie, że sobie radzę.
Kwestia odstawienia kubka na ławę, a nie jak sugerujesz szklanki na spodeczka. Nie ma tam o nim ani słowa.
Parzenie palców podczas gaszenia papierosa… To akurat ciekawe, bo mi pomimo tego, że widzę zdarza się nadal.
Kwestie medyczne – A ty słuchasz i wypełniasz skrupulatnie wszystkie zalecenia lekarza?
Autor dokładnie wie, jakie obrażenia doznał bohater. Nie one są jednak treścią opowiadania.
To tylko przyczyna i wstęp do przyszłych zdarzeń.
Nie mniej ciesze się, że uznałeś opowiadanie za dobre.
Pozdrawiam B.

Ciepłe i optymistyczne opowiadanie (pomimo przykrych okolicznosci zawiązania akcji), traktujące w gruncie rzeczy o miłości i wzajemnym zrozumieniu. Bohaterowie darzą się wzajemnym uczuciem (wszycy troje), wyrażanym w konfrontacji z nagłym wypadkiem na różne, właściwe każdemu z nich sposoby. Tchnie z tego tekstu optymizm, tak potrzebny w obecnych, nie najciekwaszych czasach. I to właśnie wydaje mi się głównym przesłaniem, mniejsza już o szczegóły medyczne (trudno uszkodzić jednocześnie obydoje oczu narzędziem o jednolitej linii, zapobiega temu budowa nosa i oczodołów) czy opis doznań osoby nagle pozbawionej wzroku, doznań w życiu codziennym jak i podczas seksu. Stylistycznie bez zarzutu.
Pozdrawiam

Dziękuje Neferze, że przeczytałeś i zamieściłeś opinie.
PS. Co do możliwości okaleczenia obydwu oczy jednocześnie – mylisz się całkowicie.
Pozdrawiam B.

Trochę miałem wątpliwości co do charakteru samych obrażeń, ale nie jestem okulistą, z nikim się nie konsultowałem, a sam będąc perfekcjonistą nie wytykam komuś błędów jeśli nie mam stuprocentowej pewności.

Natomiast co do zachowania bohatera w nietypowej sytuacji… Jest dziwne, nienaturalnie. Bo on się zachowuje tak, jakby wciąż widział. Obija się o meble, trzyma się ścian…. i raczej nie uwierzę, że upuścił kubek wprost w próżnię. Raczej drugą ręką namacałby krawędź ławy i wtedy postawił ostrożnie.

Oczywiście możesz powiedzieć – “bo on taki jest”. I też będziesz miał rację, bo różni są ludzie i w obliczu nietypowych sytuacji zachowują się różnie.

Nigdy nie paliłem, ale skoro mówisz, to wiesz:)

Nie, nie przestrzegam zaleceń lekarza, ale… Gdyby wstawić tam dialog, powiedzmy…
– Nie wolno mi się wysilać, no wiesz.. Słyszałaś, co powiedział lekarz.
– Całą robotę biorę na siebie.
Wilk byłby syty i owca cała.

Oczywiście że opowiadanie jest bardzo dobre. Pełne ciepła i miłości.

Fajna historyjka i w sumie śmieszna. Śmieszna, jeśli ktoś zna z życia problemy osób niedowidzących itp. i może sobie pozwolić w tej sytuacji na luksus stwierdzenia “Ale fujara z tego gościa”. To tak żartem oczywiście. Dużo racji ma Aurelius zwracając uwagę na te okulistyczne niedociągnięcia, ale opowiadanie jest po prostu przyjemne i pełne ciepła.
Pozdrawiam.

Sam jestem osobą niewidomą, i muszę przyznać, że opis przez autora jest dobry. Inaczej jest jak zasłonisz sobie oczy na kilka minut, a inaczej jak trwa to długi czas, bo po kilkudziesięciu minutach zaczyna się wpadać w panikę. Osoba widząca przez całe życie potrzebuje na prawdę dużo czasu na przestawienie się i naukę funkcjonowania bez wzroku, więc błądzenie z ręką przy ścianie czy poparzenie się gaszonym papierosem jest jak najbardziej możliwe, sam jeszcze często uderzam się nogą w łóżko. 🙂 Do tego powiedział bym idealny opis odczuwania zapachów i reakcji innych ludzi w tym przypadku żony, bardzo wyostrzają się te inne zmysły. Koordynacja i dobre radzenie przychodzi dopiero z czasem, nie po powrocie ze szpitala i chwile po utraceniu wzroku, dokładając jeszcze do tego szok, którego doznał bohater.

Przyznam się, że uderzyła mnie pewność komentatorów, że wiedzą lepiej niż autor… Po pierwsze każdy tej samej sytuacji może doświadczyć na własny sposób, po drugie ja nawet zmieniając szkła na mocniejsze miewam problem z oceną odległości i potrafię coś rozlać – wszystko jest kwestią talentu 😉

Ja na moją pewność mam stos dokumentów od okulisty i, co najważniejsze, jeden dokument z ZUSu, więc sobie wypraszam. 😀

Zauważ, że autor deklaruje, iż opowieść jest oparta na jego doświadczeniu… a jak już wspomniałam każdy przypadek jest inny. Osobiście nie potrafię zgodzić się z Aureliusem, że zachowania bohatera są karykaturalne. Mam wśród najbliższych kogoś z bardzo poważną dysfunkcją wzroku, niejako przywykłego do tego świata, a jednak ta osoba mimo wszystko po założeniu na szkoleniu gogli całkowicie odcinających bodźce wzrokowe, nie potrafiła sobie poradzić z obraniem ziemniaków czy zrobieniem kanapki.

Przyznam, że sytuacja, o której piszesz jest dla mnie po prostu niemożliwa do wyobrażenia. Po prostu dla mnie wzrok w tych i wielu innych czynnościach jest zupełnie zbędny. Nadal jednak będę się upierał, że Batavia wyolbrzymił nieporadność bohatera. Naprawdę, do rozebrania się i kąpieli człowiekowi w gruncie sprawnemu, pomoc żony nie jest potrzebna. To w końcu chodzi tylko o oczy i parę dni utrudnionego funkcjonowania, a nie kalectwo na całe życie, z czym wiązałby się nieuchronnie stan depresji na samym początku, a przy braku rehabilitacji ciągnąłby się latami powodując wtórne upośledzenie we wszystkich możliwych sytuacjach.

Sęk w tym, że o ile ludzie są w stanie przystosować się do różnych trudnych sytuacji, potrzebują na to czasu, właśnie w pierwszych chwilach są najbardziej zagubieni i nieporadni.

No dokładnie tak jak mówisz, Szerksznasie. Osobiście zasuwam po schodach z parteru na piętro bez zapalania światła tak samo sprawnie jakby było całkiem jasno. Do wielu czynności, w tym rozbierania się, mycia czy jedzenia wzrok nie jest absolutnie niezbędny. Człowiek ma taką koordynację, że bez trudu trafi do ust, po ciemku, i zrobi jeszcze wiele innych rzeczy.

Cóż.. nietypowe i karykaturalne zachowanie bohatera można by wyjaśnić poprzez pryzmat tego, że jest w szoku. Sprawny i pełen wigoru człowiek w jednej chwili stał się kaleką (nawet jeśli chwilowym), czuje się zagubiony i rozbity. Niepewny jutra.

Ale jesli tak jest w istocie, trzeba o tym napomknąć.

Wiesz, dla zdrowych ludzi w życiu codziennym bazujących na zmyślne wzroku szok w podobnej sytuacj jest raczej oczywisty 🙃

Napisz komentarz