Perska Odyseja XIX: Wspólny wróg (Megas Alexandros) 4.72/5 (27)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 39 minut/-y    

William Etty, “Wenus i jej orszak”

Noc była mroczna. Ciężkie chmury zasnuły niebo, nie przepuszczając blasku gwiazd ani księżyca. Melisa poleciła Parmys rozpalić w sypialni kilka lamp oliwnych. W ich blasku raz po raz przemierzała pomieszczenie, pełna niepokoju oraz lęku. Czuła, że gdzieś tam, daleko, w ciemności, jej mężczyzna walczy właśnie o życie. Była przecież pewna, że nie kryje się za plecami swoich żołnierzy. Kassander miał wiele wad. Był niewierny, skorumpowany, a jak się ostatnio przekonała, nie stronił też od kłamstwa. Ale z pewnością nie był tchórzem.

Od czasu ich kłótni ani razu nie widziała się z Macedończykiem. Nie pojawił się w zdobycznej willi, którą wybrał na ich wspólną siedzibę, nie przesłał też Jonce żadnych wieści o swych zamierzeniach. O nocnym szturmie na Pasargady dowiedziała się od lidyjskiej niewolnicy, której wspomniał o tym kochanek, szykujący się do boju Argyros. Później patrzyła z balkonu, jak żołnierze wstają od ognisk, przy których spożywali kolację, przywdziewają znów hełmy oraz napierśniki, sięgają po oręż i tarcze. A potem w uporządkowanych formacjach kierują się ku bramie obozowiska.

Niestety, żadne z okien willi nie wychodziło na Pasargady. Nie mogła więc nawet z daleka obserwować bitwy o miasto. Zresztą, cóż by dostrzegła w ową bezgwiezdną noc? Pozostawał zatem ściskający serce niepokój oraz ciężka próba cierpliwości. Kolejne klepsydry upływały powoli, w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieści. Wreszcie Melisa nie mogła już zwlekać dłużej. Przywołała niewolnicę i rozkazała:

Sprowadź tu żołnierza, który trzyma dziś wartę przed domem.

Niedługo potem Parmys wróciła do niej z wysokim, lekko utykającym mężczyzną w płóciennym pancerzu oraz przetartym tu i ówdzie płaszczu. Ponieważ trzymał frygijski hełm pod pachą, Jonka mogła dobrze przyjrzeć się jego pokrytej bliznami twarzy. Pamiętała wyraźnie, że już kiedyś, podczas przemarszu przez Elam, strzegł wejścia namiotu, który dzieliła z Kassandrem. Teraz próbowała przypomnieć sobie jego imię.

Steliosie – rzekła w końcu. Lekko dostrzegalne skinienie głową upewniło ją, że się nie pomyliła. – Czy doszły cię jakieś wieści z pola bitwy?

Nie, pani. Żaden oddział, który ruszył do szturmu, nie wrócił jeszcze do obozowiska.

Lękam się, Steliosie. O generała i jego towarzyszy broni. Bardzo chciałabym wiedzieć, co dzieje się w Pasargadach…

Bądź dobrej myśli, pani. – Weteran próbował podnieść ją na duchu. – Nad miastem rozgorzała łuna. To znak, że naszym chłopcom udało się sforsować mury i teraz śmiało poczynają sobie w ich obrębie.

A więc Persowie są już pokonani? – Melisa poczuła nagły przypływ nadziei. Nie życzyła wprawdzie cierpień mieszkańcom Pasargadów, lecz upadek grodu oznaczałby kres rebelii… a zatem koniec bezsensownych masakr, które od przeprawy przez góry Zagros stały się codziennością Kassandra i jego żołnierzy.

Brałem udział w szturmowaniu wielu grodów – odparł Stelios. – Zdobycie umocnień to najtrudniejsza część zadania. Dalej idzie już sprawnie. Muszę przyznać, że zazdroszczę moim druhom. Bój z przerażonymi mieszczuchami nie jest szczególnie ciężki… za to bardzo dochodowy. Wszyscy, którzy poszli zdobywać Pasargady, wrócą jako bogaci ludzie.

Nie musiał dodawać, że złoto, które przyniosą w swych sakiewkach, będzie splamione posoką. Jeszcze jedna rzeź, pomyślała gorzko Jonka. Jeszcze jedna orgia gwałtu, rabunku i mordu. Może przyniesie jednak w końcu upragniony pokój. Przynajmniej na pewien czas. Kiedy korpus dołączy do wojsk króla Aleksandra, krew znowu się poleje. Co do tego nie miała wątpliwości.

Dziękuję ci, Steliosie. Możesz wrócić na posterunek.

Odwrócił się na pięcie i utykając, odmaszerował. Melisa stała chwilę w milczeniu. Dopiero wtedy dotarł do jej świadomości wzbierający za murami willi szum. Chyba zaczęło padać. I to mocno. Przypomniała sobie, że od przekroczenia gór Zagros ani razu nie widziała deszczu. Najwyraźniej jacyś łaskawi bogowie postanowili wreszcie zrosić wysuszoną na wiór ziemię.

* * *

Pochylona nad grzbietem wiernej klaczy Parysatis galopowała ulicami miasta. Nie zdążyła nasycić się widokiem umykających w popłochu Hellenów. Nie miała sposobności poczuć słodkiego smaku triumfu. Oto bowiem w ślad za pobitym wrogiem zjawił się nowy, po stokroć groźniejszy: pożoga. Cofając się, najeźdźcy zaprószyli mnóstwo pożarów, które teraz rosły z każdą chwilą, łącząc się i przenosząc z budynku na budynek. Płomienie wznosiły się wysoko, a rozświetlone nimi Pasargady jakby zastygły w trwożnym oczekiwaniu na zagładę.

Jutab nie zamierzała do tego dopuścić. Wydała rozkazy żołnierzom, którzy przeżyli starcie z Hellenami, zadbała o to, by Bahadur, jej ranny zastępca, trafił w ręce medyków, sama zaś popędziła organizować walkę z żywiołem. Gnający za nią przyboczni dokładali wszelkich trudów, by nie zostać w tyle. Chyża Freni – teraz już nie śnieżnobiała, bo jej maść przykopcił dym i niesiony przez wiatr popiół – bez trudu niosła ukochaną panią. Nie stawiała również oporu, gdy ta skierowała się w sam środek rozpalonego piekła. Mimo łagodnego wyglądu była wszak rumakiem bojowym, nawykłym do przełamywania lęku. Pędziła więc tam, gdzie jej kazano, choć po obu stronach drogi jęzory ognia buchały z okien mijanych domostw.

Wjechały na niewielki plac, na środku którego znajdowała się studnia. Wokół niej kłębił się przerażony i rozgniewany zarazem tłum pogorzelców. Każdy usiłował zaczerpnąć wody, by czym prędzej zacząć gasić własny dom. Co rusz wybuchały więc bójki, w trakcie których napełnione już dzbany i amfory wywracano, a ich zawartość rozlewała się po kamiennym bruku. Parysatis szybko oceniła sytuację, po czym wbiła pięty w boki klaczy i ruszyła w sam środek ciżby.

Ludzie rozpierzchli się z krzykiem, by umknąć przed kopytami Freni. Wokół studni zrobiło się nagle całkiem pusto. Pogorzelcy zbili się w dwie gromady, po przeciwnych stronach placu. Spoglądali na przybyłą z mieszaniną lęku i nabożnego szacunku. Wszak nie sposób jej było pomylić z kimkolwiek innym – Dziewicza Oswobodzicielka była jedyną w swoim rodzaju.

Na plac dotarli wreszcie przyboczni Parysatis, lecz gestem nakazała im, by póki co trzymali się na dystans. Sama zaś obróciła wierzchowca i potoczyła spojrzeniem po umorusanych sadzą, a czasem noszących ślady poparzeń twarzach. I choć poczuła, że coś ściska jej serce, zaczęła mówić:

Mieszkańcy Pasargadów! Moi rodacy, przyjaciele oraz towarzysze broni! Tej nocy wróg przyszedł do nas pewny zwycięstwa, dyszący żądzą mordu, w dłoniach zaś dzierżył ogień i stal. A co my uczyniliśmy? Odparliśmy go i przegnaliśmy z naszego miasta!

Odpowiedziały jej pierwsze, nieśmiałe jeszcze wiwaty. Otaczający ją Persowie wciąż byli przerażeni i zdezorientowani, lecz dzięki słowom ukochanej Jutab zaczynali powoli rozeznawać się w sytuacji. Tak, ogień wciąż był zagrożeniem, lecz ci, którzy go podłożyli, zostali pokonani. Nie wpadną więc niespodziewanie na plac, by wymordować zajętych gaszeniem płomieni mieszczan. Świadomość ta przynosiła ogromną ulgę ich zszarganym nerwom. Parysatis zaś mówiła dalej:

Wiecie dlaczego zwyciężyliśmy? Otóż dlatego, że byliśmy silni oraz zjednoczeni! W obliczu nieprzyjaciela działaliśmy jak jeden mąż, jak jedna stanowcza wola. Nie pozwólmy poróżnić się teraz, kiedy najgorsze minęło! Tylko działając razem ocalimy najstarszą z perskich stolic!

Coraz liczniejsi słuchacze kiwali głowami, przyznając jej rację. Panika, która jeszcze przed paroma chwilami przepełniała ich serca, teraz wytracała swą przemożną moc. Parysatis stwierdziła, że opanowała sytuację i może już przejść do wydawania rozkazów.

Cztery osoby będą czerpać wodę ze studni, zmieniając się, gdy tylko ktoś opadnie z sił. Ty, ty, ty… i ty. – Wypatrzyła w tłumie mężczyzn, którzy prezentowali się szczególnie krzepko. – Wystąpcie naprzód. Pozostali utworzą szeregi i będą sobie przekazywać naczynia z rąk do rąk, tak by szybko dotarły w miejsce pożarów. Poszczególne szlaki wytyczą żołnierze. Słuchajcie ich i wykonujcie polecenia! – Teraz przywołała do siebie eskortę. Zdecydowała, że na placu pozostawi trzech przybocznych, by nadzorowali wysiłki cywilów. Sama zaś ruszy dalej z pozostałymi.

Później mieszkańcy Pasargadów opowiadali o tym, jak bohaterska Jutab pojawiła się w tuzinie różnych, oddalonych od siebie miejsc, wszędzie niosąc pociechę zrozpaczonym, otuchę pozbawionym nadziei, skłaniając wyczerpanych do zwielokrotnienia wysiłków, inspirując przerażonych do iście heroicznych czynów. I choć podobnych relacji było mnóstwo, a wiele z nich wzajemnie sobie przeczyło, w jednym wszyscy się zgadzali: to właśnie Jutab miasto zawdzięczało swoje ocalenie. Przynajmniej owej nocy.

Znów przytuliła się do grzywy Freni, a wiatr igrał z jej warkoczem, który w pędzie wysunął się spod hełmu. Błękitne oczy dawnej księżniczki nie musiały penetrować ciemności – za sprawą szalejących wokół pożarów w mieście było jasno niczym w środku dnia. Wjechała teraz do jednej z uboższych, oddalonych od pałaców oraz bram dzielnic. Panował tu jeszcze większy chaos, nikt nawet nie myślał o gaszeniu płomieni. Jedni mieszkańcy biegali po ulicach w całkowitej konfuzji, inni skupiali się wokół wygłaszających kazania magów, którzy siłą oraz modulacją głosu usiłowali dać odpór żywiołowi. Zbrojne watahy korzystały z okazji, plądrując stragany oraz składy. Wszędzie rozbrzmiewały lamenty niewiast, gniewne okrzyki mężczyzn, zawodzenia pogrążonych w modłach. Parysatis rozglądała się wokół w coraz głębszej desperacji. Jak zaprowadzić tu porządek, mając do dyspozycji jedynie czterech przybocznych? Jak zmusić tych nieprzeliczonych ludzi do współpracy w obliczu wspólnego zagrożenia? Zdawało się to zadaniem ponad siły.

I wtedy na jej odsłonięte przedramię spadła pierwsza kropla czegoś chłodnego i mokrego. Dziewczyna poczuła nagły przypływ nadziei. Poderwała głowę i zaczęła uporczywie wpatrywać się w niebo. A raczej w zasłaniające firmament, podświetlone na czerwono chmury, które wreszcie rozdarły się, przynosząc Pasargadom upragniony dar. Kolejne krople rozbijały się na czole i policzkach dawnej księżniczki, aż w połączeniu z coraz silniejszym wiatrem zaczęły przypominać smagnięcia biczem. Ona wszak odczuwała to jak najsłodsze pieszczoty. Zbawcza ulewa runęła na miasto, zaś trawiące je płomienie odpowiedziały wściekłym sykiem, jakby uświadomiły sobie w tej właśnie chwili, że zostały pokonane. Zmagania między ogniem i wodą trwały jeszcze przez jakiś czas, lecz przecież ich rezultat był z góry wiadomy.

Kolejny po Hellenach nieprzyjaciel opuszczał właśnie Pasargady.

* * *

Hoplici strzegący bramy obozowiska wpatrywali się w ciemność, daremnie próbując odgadnąć, co kryje się za jej zasłoną. Ich pochodnie zgasły wraz z pierwszymi strugami wody. Nie mając schronienia przed niespodziewaną ulewą, unieśli nad głowami duże tarcze, lecz było na to za późno: zimna wilgoć dostała się już pod płaszcze i pancerze, okleiła ciała niczym chłodny całun. Mimo to żaden nie opuścił wyznaczonego im miejsca służby. Zbyt ciekawi byli opowieści, które przyniosą im wracający z Pasargadów towarzysze broni. W to, że powrócą zwycięzcy, nie wątpił nikt. Byli wszak bitnymi Hellenami, zaś ich wrogowie – przerażonym perskim motłochem. Ich starcie mogło przynieść tylko jeden wynik.

Deszcz sprawił, że łuna nad miastem przygasła, przez co widoczność stała się jeszcze gorsza. Wartownicy nie byli też w stanie nic usłyszeć, wszystko bowiem tonęło w narastającym szumie, który coraz bardziej przypominał dudnienie. Grunt, na którym stali, momentalnie zmienił się w błoto. Ziemne umocnienia wzniesione wokół obozowiska również nim ociekały. Pełniący wartę mieli wręcz wrażenie, że wkrótce cały świat przerodzi się w na wpół płynną, cuchnącą breję. Z trudem trzymali się na nogach, smagani kolejnymi podmuchami deszczu, zaś ich stopy ślizgały się na zdradliwym podłożu.

I wtedy właśnie ciemność przed nimi ożyła – wpierw rozmazanymi kształtami i stłumionymi głosami. Z każdą jednak chwilą kształty stawały się coraz wyraźniejsze, a jęki i przekleństwa coraz skuteczniej przedzierały się przez szum ulewy. Wsłuchani w nie strażnicy pojęli, że ci, którzy wracają z Pasargadów, bynajmniej nie są zwycięzcami. Z niedowierzaniem patrzyli na wyłaniających się z mroku towarzyszy broni, słaniających się z wyczerpania, skrwawionych, wciąż jeszcze drżących ze strachu, który przygnał ich aż tutaj. Ponad wszelką wątpliwość – pokonanych. Mężowie, którzy jeszcze parę klepsydr temu śmiało i buńczucznie ruszali do szturmu, wracali do obozowiska ze zwieszonymi nisko głowami. W słowach, które z siebie wyrzucali nie było dawnej arogancji, a jedynie ból, lęk oraz wstyd.

Z początku nadchodzili pojedynczo lub nielicznymi grupkami, które jednak wkrótce przerodziły się w szeroką ludzką rzekę. Nie było w niej żadnego ładu ani składu. Trakowie szli obok falangitów, hoplici mieszali się z lekkozbrojnymi. Kreteński łucznik wspierał się na ramieniu spieszonego tesalskiego jeźdźca. Oficerowie wszelkiej rangi kroczyli pośród szeregowców z nieswoich formacji. Żołnierze w odwrocie są w stanie zachować względny porządek, lecz uciekinierzy z pola bitwy tego nie potrafią. Dla pełniących straż przed bramą szybko stało się oczywistym, kogo przed sobą mają.

W ciżbie pospolitych żołdaków dostrzegali także wodzów, równie wynędzniałych jak pozostali. Jazon spoczywał na prowizorycznych noszach wykonanych ze skrzyżowanych włóczni oraz kawaleryjskiego płaszcza. Dłoń zastępcy generała kołysała się bezwładnie w rytm kroków niosących go ludzi. Sam Kassander szedł o własnych siłach, w doszczętnie przemoczonym i zabłoconym płaszczu. Zacinający deszcz spłukał z jego napierśnika krew i sadzę, nie mógł jednak zmyć palącego piętna porażki.

Oficer wartowników rzucił do jednego z podwładnych:

Biegnij szybko do willi. Zamelduj, że bitwa przegrana, lecz generał przeżył. Niech konowały budzą się ze snu i szykują swe narzędzia. Tej nocy będą mieć mnóstwo roboty.

* * *

Kassander błądził po obozowisku, nie wiedząc, dokąd ani po co zmierza. Zgubił gdzieś – nie pamiętał nawet, czy w trakcie bitwy, czy odwrotu – hełm z czarnym pióropuszem, więc deszcz spadał mu prosto na głowę, przemaczając do szczętu włosy i spływając po szerokiej, kanciastej twarzy. Stracił również tarczę, lecz przynajmniej wiedział w jakich okolicznościach. Stało się to przy samej bramie Pasargadów, kiedy już mieli uciec z tego rozpalonego piekła. Na generała rzucił się ogromny Pers z buławą. Kilkoma ciosami roztrzaskał hoplon Macedończyka. To samo uczyniłby z jego głową, gdyby do walki nie włączył się Eurytion.

Ostatni rozkaz, kończący ową nieszczęsną nocną eskapadę, Kassander wydał już po przekroczeniu wrót macedońskiego obozu. Polecił adiutantowi, by czuwał nad powrotem ostatnich żołnierzy. Sam nie miał na to siły. Czuł, że nie potrafi spojrzeć w oczy mężczyznom, których dopiero co poprowadził na rzeź.

Zadbasz też o należytą obsadę umocnień – oznajmił Argyrosowi – w razie gdyby Persowie spróbowali kontrataku.

Wątpił, by się na to poważyli, ale nie wolno było ryzykować. Młodzieniec skinął dziarsko głową. Choć krwawił z kilku ran, starał się nadrabiać miną. Po chwili jednak zadał pytanie, a w jego głosie drżała niepewność:

Czy będziesz w willi, generale? Muszę wiedzieć, gdzie pchnąć posłańca, jeśli pojawi się nagła potrzeba…

Cokolwiek się stanie, nie próbuj mnie wzywać. Mam dość.

Nie pojmuję…

Bezpieczeństwo obozu spoczywa na tobie. Sprostaj temu zadaniu. A mi daj wreszcie święty spokój.

Odwrócił się i ruszył przed siebie, pozostawiając zaskoczonego adiutanta w tyle. Długo wędrował między namiotami, mijając żołnierzy, którzy nie zwracali na niego uwagi. Korzystał z anonimowości, jaką zapewniała ulewa, a także fakt, że stracił najbardziej rozpoznawalne atrybuty swojej rangi. Było to w pewien sposób wyzwalające uczucie. Pozwalało choć na chwilę oderwać się od czarnych myśli o klęsce, jakiej doznał tej nocy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna włóczył się bez celu, niczym w latach młodości, gdy eksplorował zaułki Ajgaj oraz Pelli. Wiedział, że nie chce wrócić do willi, gdzie czekała nań pełna pretensji Melisa, a zapewne też i szereg oficerów domagających się rozkazów i decyzji, do których wydania nie był obecnie zdolny. Dlatego też instynktownie oddalał się coraz bardziej od centrum obozowiska, aż wreszcie trafił na jego najdalsze krańce. Znajdowały się tu tabory i zagrody dla zwierząt pociągowych oraz perskich niewolników, pochwyconych we włościach Mitrydatesa. Mieszkali tu również nadzwyczaj liczni cywile towarzyszący korpusowi: kupcy, rzemieślnicy, mulnicy czy tragarze. Macedończyk szedł dalej, aż usłyszał kobiecy głos, dobiegający od strony pobliskiego, dużego namiotu. W zacinającym deszczu i przy słabym świetle nie mógł być pewien, lecz zdało mu się, że jego płótno ufarbowano na czerwono.

Hej, żołnierzu! Nie czujesz się samotny w taką chłodną, mokrą noc?

Głos był śmiały i zaczepny, Kassander szybko więc domyślił się, z kim ma do czynienia. Kobieta stała u wejścia do namiotu. Czarne loki odcinały się mocno od mlecznobiałej cery. Miała na sobie jedwabną suknię, która teraz, pod wpływem wilgoci, ściśle przylegała do jej apetycznych kształtów.

Nie chciałbyś ogrzać się i zrzucić tego przemoczonego płaszcza? – ciągnęła zachęcona, gdy zmienił kierunek marszu i ruszył w jej stronę. – No dalej, wchodź śmiało. Dziś nie ma u nas tłoku. Słyszałam, że generał zarządził nocny szturm na miasto. Większość naszej stałej klienteli pewnie zabawia się już z Persjankami! My zaś tutaj, samotne, usychamy z tęsknoty!

Wewnątrz faktycznie było pustawo, jeśli nie liczyć sześciu kolejnych skąpo odzianych dziewcząt, reprezentujących chyba każdy typ urody, jaki można znaleźć na brzegach Morza Środkowego. Wyraźnie znudzone, na widok nowo przybyłego ożywiły się i poderwały z poduszek, rozsypanych po zaścielającym nagą ziemię dywanie. Duży namiot był w środku podzielony przy użyciu sprytnie rozmieszczonych zasłon na salę główną i mniejsze pomieszczenia, zapewniające choć odrobinę prywatności. Poprzedniej nocy skłócony z Melisą Kassander gościł w podobnym. O ile się orientował, w obozowisku znajdowały się takie trzy albo cztery.

Witaj w naszym domu, nieznajomy. – Kobieta, która powitała go przy wejściu, teraz minęła Macedończyka, przelotnie muskając mu dłonią kark. Obróciła się we wdzięcznym piruecie i złożyła mu ukłon, prezentując przy okazji głęboki dekolt. W istocie, było na co patrzeć. – Jak widzisz, wszystkie tu jesteśmy do twych usług. Na imię mi Egeria. Czy mam przedstawić moje przyjaciółki?

Egeria. Coś mu to mówiło. Czy to nie Dioksippos zachwalał ostatnio porne o takim właśnie imieniu? Wspominał również, w czym się specjalizowała… Generał raz jeszcze spojrzał na bujny, lekko drżący w rytm oddechu biust, który zdawał się obiecywać niezliczone rozkosze. Choć niewiasta była nadzwyczaj apetyczna i właściwie mógłby od razu dokonać wyboru, pozwolił, by wpierw dokonała prezentacji. Wkrótce poznał blondynkę Marmarę o twarzy i dekolcie pokrytymi uroczymi piegami. Pulchną Lachesis w niemal przezroczystej szacie, przez którą widać było nawet srebrne kolczyki tkwiące w jej brodawkach. Czarną jak obsydian Hebe, pochodzącą z ziem leżących hen, za Egiptem. Drobną i smagłą Kirynas, Scytyjkę Aglaię, a także srebrzystowłosą i fiołkowooką Daenerę.

Każda z nich w momencie, gdy była mu przedstawiana, zręcznym ruchem obnażała się, częściowo lub całkowicie pozbywając się sukni. Kassander mógł przekonać się naocznie, że Marmara ma piegi także w wielu innych bardzo interesujących miejscach. Że Lachesis przekłuła sobie nie tylko sutki. Że Aglaia pozostawiła sobie trochę włosków na wzgórku łonowym, co nadawało jej nieco dziki i barbarzyński wygląd, zaś Kirynas i Daenera całkiem się ich pozbyły, idąc w ślad najbardziej wytrawnych heter. Egeria poczekała z rozdzianiem się, aż dokończyła prezentację. Lecz kiedy już to uczyniła, okazało się, że było na co czekać. Jej posągowa uroda i alabastrowa bladość oczarowała Macedończyka i pozwoliła mu oderwać myśli od wcześniejszych wydarzeń.

A zatem, którą z nas chciałbyś poznać bliżej, nieznajomy? – spytała. – A może nie chcesz poprzestać na jednej i wolałbyś wybrać dwie… albo trzy?

Kassander zaśmiał się ochryple. Zdawał sobie sprawę, że ta nieszczęsna noc na zawsze zapisze mu się w pamięci. Niechże chociaż jej koniec okaże się wart wspominania.

Po co mam wybierać, skoro sił starczy mi na was wszystkie?

Sił być może – parsknęła rozbawiona Lachesis. – Ale co ze srebrem? To prawda, że nie ma dziś dużego ruchu i możemy zaoferować zniżkę, wątpię jednak…

Milcz, idiotko – przerwała jej Daenera. – Czy naprawdę nie poznajesz, kto wstąpił w nasze progi?

Sześć par oczu wpatrywało się teraz uporczywie w Macedończyka. Dotąd oglądały go jedynie z daleka, w dodatku klęska i ulewa nie przysparzały mu splendoru… A przecież jedna po drugiej orientowały się… i stawały jeszcze bardziej usłużne, przymilne i chętne. Nawet arogancka Lachesis spokorniała, kiedy pojęła, z kim rozmawia.

A zatem postanowione. – Egeria klasnęła w dłonie. – Dostojny generale, pozwól, byśmy pomogły ci z odzieniem.

* * *

Rzeka pokonanych i rannych żołnierzy szeroką falą rozlała się po obozowisku. Niektórzy szukali pomocy u wyrwanych ze snu wojskowych medyków. Inni, nie będąc w stanie dalej iść, po prostu upadali w błoto, w które ulewa przemieniła twardą ziemię. Zewsząd dochodziły skargi, bolesne jęki, rozpaczliwe zawodzenia.

Ci, którzy jeszcze trzymali się na nogach, ruszali z pomocą ciężej poszkodowanym towarzyszom. Wyciągali ich z grząskiej brei, prowadzili albo nieśli w suchsze miejsca, zakładali improwizowane opatrunki. Tymczasem nawałnica z coraz większą siłą uderzała w helleński obóz. Część namiotów zostało wywróconych podmuchami wiatru, inne waliły się, podmyte przez nowo powstałe strumienie. Oficerowie czynili, co w ich mocy, by przywrócić porządek, lecz okazywali się bezsilni w starciu z potęgą natury.

Gdy zaalarmowana panującym wokół chaosem Melisa wyszła przed swą rezydencję, jej oczom ukazał się wstrząsający widok. W zacinającym deszczu półnadzy Tryballowie stawiali obalony namiot. Choć każdy był silnym mężczyzną, porywy wichru co rusz niweczyły ich trudy. U stóp Traków, w błocie i pod szarpanym podmuchami wiatru płótnem, leżeli ranni, których umieszczono tam, nim cała konstrukcja runęła na ziemię. Niektórzy wciąż jeszcze się ruszali.

Jonka przywołała Steliosa.

Idź do nich i rozkaż, by zaczęli wnosić poszkodowanych do willi. Wezwij także medyków. Niech i oni pracują pod dachem.

Pani, przecież to kwatera generała… Twoja decyzja może mu się nie spodobać…

Przede wszystkim to najsolidniejszy i najbardziej suchy budynek w okolicy! Gdzie będzie lepiej rannym? No już, migiem! Biorę na siebie gniew Kassandra. Mam już w tym wprawę.

Wartownik ruszył, by wypełnić jej rozkazy. Dziewczyna odwróciła się do swojej niewolnicy, która stała w progu domostwa. W oczach Parmys dostrzegła lęk.

Nie obawiaj się. – Wzięła jej dłonie we własne. – Kassander żyje, więc Argyrosowi, który był przy nim, też raczej nic się nie stało. Jestem przekonana, że wkrótce znowu go zobaczysz.

Lidyjka popatrzyła na nią z wdzięcznością.

A teraz chodźmy do środka – ponagliła Lidyjkę. – Musimy przygotować dom na przyjęcie bardzo wielu gości.

* * *

W namiocie wodza tesalskich kawalerzystów młoda, zalękniona dziewczyna czekała na przybycie swego pana. Przywdziawszy żałobną czerń, klęczała na nagiej ziemi. Dłonie miała złożone na udach, głowę pochyloną. Wargi poruszały się w bezgłośnej modlitwie. Trwając w niemal całkowitym bezruchu, wznosiła pokorne supliki do czcigodnej Kybele. Nie prosiła jednak o bezpieczny powrót mężczyzny, który zawładnął jej ciałem. Przeciwnie – błagała o jego śmierć. Jak najrychlejszą i poprzedzoną męczarniami.

Jeśli matka bogów okaże się łaskawa dla swojej wyznawczyni, Eurytion polegnie w Pasargadach, rozniesiony na nieprzyjacielskich włóczniach. Roztrzaska się, zepchnięty z okalających miasto murów. Lub też usmaży we własnym pancerzu, gdy Persowie wyleją nań wrzący skalny olej. Na dłuższą chwilę Talia zapomniała o powtarzaniu wyuczonych od dzieciństwa modlitewnych formuł. Pogrążyła się bowiem w makabrycznych fantazjach. Na sto różnych sposobów wyobraziła sobie zgon potężnego Tesala. Każdy kolejny wariant wydawał jej się lepszy i bardziej pożądany od poprzedniego. Uśmiech, od dawna już niewidywany na obliczu dziewczyny, teraz błąkał się po jej ustach.

Nie zawsze była krwiożercza i mściwa. Dopiero on ją taką uczynił. Zbrukał ciało Lidyjki i zatruł jej duszę. Od chwili, gdy znalazła się pod jego „opieką”, nie było dnia, by nie myślała o śmierci. Najczęściej własnej, w czym upatrywała szansy wyzwolenia. Dziś jednak pozwoliła sobie na rzadki luksus, jakim jest nadzieja. Być może to nie ona odejdzie z tego świata? Wystarczy jedna celna strzała, jeden oszczep, jedno cięcie szabli… Eurytion był potworem, lecz przecież także człowiekiem. I krwawił jak człowiek.

Być może właśnie się wykrwawia w jakimś zaułku Pasargadów. Ranny, cierpiący, porzucony przez wszystkich. Wszak Tesalowie szli za nim powodowani strachem, nie wiernością. Tej nie skąpili za to poprzedniemu dowódcy, pięknemu Herakliuszowi… Na myśl o utraconym kochanku momentalnie zaniosła się płaczem. Nawet wizja zdychającego jak pies Eurytiona nie mogła przynieść jej pocieszenia. Talia osunęła się na twardą, kamienistą ziemię, którą wkrótce zrosiła łzami.

Jak długo tam leżała? Może klepsydrę, może więcej. Przepełniona rozpaczą nie zważała na to, co działo się wokół. Nie słyszała zrywającego się wiatru ani przybierającej na sile ulewy. Nie docierało do niej, że obozowisko, dotąd pogrążone we śnie lub pełnym napięcia cichym oczekiwaniu, nagle zbudziło się do życia. Noc wypełniły władcze szczeknięcia oficerów, jęki rannych, chlupot wzburzonego pospiesznym krokiem błota.

Poły namiotu zostały odrzucone na bok, by zrobić miejsce ogromnemu mężczyźnie, który zapragnął wejść do środka. Talia bardzo powoli uniosła głowę. Łzy wytyczyły jasne szlaki na brudnej od ziemi twarzy. Kiedy poczuła na sobie zimne spojrzenie Eurytiona z Feraj, ponownie wybuchnęła płaczem.

Nie za wcześnie na szlochy? – W słowach Tesala pobrzmiewała drwina. – Zdążyłaś już przywdziać kir, a przecież wróciłem, cały i zdrowy. Powinnaś zerwać się z ziemi i tańczyć z radości. Najpierw jednak ściągnij z siebie tę szmatę. Wiesz, że nie lubię oglądać cię w czerni.

Był doszczętnie przemoczony, lecz poza tym nie odniósł chyba żadnych obrażeń. Raz jeszcze wszechwładna Kybele nie posłuchała wznoszonych do niej modlitw. Talia z trudem podniosła się na nogi. Usiłując doprowadzić się do porządku, ścierała z policzków łzy, lecz tę nie chciały przestać płynąć. Tymczasem Eurytion rozpiął płaszcz i zaczął wyswobadzać się z wiązań napierśnika.

Czy nie kazałem ci zamilknąć? – rzucił, rozpinając pas. – Ostrzegam cię, Lidyjko, nie chcesz mnie dziś rozgniewać.

Wybacz, panie. – Głos jej zadrżał, ale tylko odrobinę. Zbliżyła się pospiesznie do Tesala, by pomóc mu z pancerzem. W złudnej nadziei, że okazana życzliwość zdoła go nieco obłaskawić.

On jednak popchnął ją z taką siłą, że poleciała na belkę podtrzymującą konstrukcję namiotu. Uderzyła w nią łopatką i barkiem. Ból oślepił Lidyjkę i wycisnął jej powietrze z płuc. Dopiero po dłuższej chwili poczuła, że osuwa się w dół po szorstkim drewnie. Eurytion tymczasem poradził sobie z napierśnikiem i niedbale cisnął go na ziemię. Pozostał w wypłowiałej od długiego noszenia tunice oraz wysokich sandałach do jazdy konnej. Kiedy zbliżył się do na wpół omdlałej dziewczyny, w jej nozdrza wdarł się kwaśny odór potu.

Gdybyśmy zwyciężyli – wychrypiał – spędziłbym noc, gwałcąc perskie branki. Skoro przegraliśmy… ty musisz je zastąpić!

Chwycił ją za włosy i szarpnięciem przyciągnął do siebie.

* * *

Zaprawdę, była to pamiętna noc. Siedem urodziwych i zgodnie współdziałających dziewcząt szybko poradziło sobie z ciężkim, doszczętnie przemoczonym płaszczem Macedończyka, z zapięciami jego pancerza, z pasem, u którego kołysał się wierny xiphos, z wiązaniami wysokich, kawaleryjskich sandałów. Potem z równą biegłością zajęły się nim samym.

Bujne życie erotyczne Kassandra obfitowało w przygody z udziałem dwóch, a czasem nawet trzech kochanek. Zdarzyło mu się też kilkukrotnie uczestniczyć w istnych orgiach, ale wówczas był jednym z kilku zabawiających się mężczyzn. Teraz zaś wszystko, od początku do końca, kręciło się wokół niego. Znajdował się w centrum zainteresowań każdej z pornai, które robiły, co tylko w ich mocy, by sprawić mu rozkosz. Nawet jeśli któreś odłączały się od grupy, jak właśnie uczyniły to Kirynas i Hebe, by obsypywać się wzajemnie pocałunkami oraz pieszczotami, to przecież czyniły to wyłącznie w celu rozpalenia jego żądz.

Tych zaś nie trzeba było wcale podsycać. Mimo braku snu i zmęczenia mięśni – pozostałości po wyprawie na Pasargady – Macedończykowi nie brakło wcale wigoru. Jeszcze podczas prezentacji dziewcząt jego członek wyprężył się mocno i zaczął wypychać przód wojskowej tuniki. Teraz zaś, uwolniony z okowów ubrania, w pełni korzystał z odzyskanej swobody. Najpierw spenetrował ochocze usta Daenere, potem pozwolił, by ciasno otuliły go wargi Lachesis, następnie zanurzył się między obfite piersi Egerii. Każda z ladacznic dokładała starań, by wyróżnić się wśród koleżanek i być może zaskarbić sobie względy generała na dłużej. Jak dotąd jednak ich współzawodnictwo było honorowe i pozbawione wzajemnej wrogości. Kassandrowi przyszło nawet na myśl, że z tak zdrowym podejściem do rywalizacji mogłyby wziąć udział w Olimpiadzie. O ile oczywiście, na Igrzyskach dopuszczono by stosowną konkurencję…

Kiedy penis Macedończyka ociekał już śliną Marmary, Egeria uklękła z kolanami na poduszkach i wypięła ku niemu krągłe pośladki. Nie tracąc ani chwili, zajął miejsce tuż za bladolicą. Jedną ręką chwycił biodro kobiety, drugą ujął własną włócznię i nakierował na cel. Porne zajęczała przeciągle, kiedy w nią wchodził. Tymczasem Hebe zbliżyła się z dzbanem wina i nalała generałowi do pełna. Przyjmując od niej puchar, uświadomił sobie, jak bardzo był spragniony. Połowę jego zawartości wypił paroma łapczywymi haustami, resztę zaś rozlał po biuście wdzięczącej się doń Aglai – i zaraz jął zlizywać czerwone strugi z jej ciała. Dziewczyna wplotła mu palce we włosy i zmysłowo jęczała do ucha.

Przez dłuższy czas penetrował Egerię, rozkoszując się ciasnością i wilgocią jej pochwy. W końcu jednak skusiły go wdzięki kolejnych pornai. Kiedy ujeżdżał od tyłu Lachesis, ta całowała się namiętnie z Daenere. Ów pokaz saficznych pieszczot jeszcze mocniej podniecił Macedończyka. Jego sztychy stały się szybsze, głębsze, gwałtowniejsze. Wprawiały pulchne pośladki dziewczyny w nieustanne drżenie. Potem przyszła pora na Kirynas. Ta jednak, widząc, że Kassander zbliża się już do szczytu, zaproponowała zmianę pozycji. Położyła drobne dłonie na torsie mężczyzny i delikatnie pchnęła na miękki, perski dywan. On zaś postanowił uczynić zadość jej niewypowiedzianej prośbie. Czarnulka dosiadła go okrakiem i zaczęła opuszczać się na pokaźną męskość. Aglaia i Egeria ułożyły się z obu stron. Po chwili ich dłonie były już wszędzie – to gładziły klatkę piersiową Macedończyka, to masowały jego jądra. Zapuszczały się też między uda jego aktualnej kochanki i sprawiały, że kwiliła z przyjemności.

Zmiana pozycji pozwoliła mu nieco dłużej sycić się ciałem smagłolicej, lecz nie mogła sprawić cudów. Rozkosz zbliżała się niepowstrzymanie. Kirynas ustąpiła miejsca Hebe, ta zamknęła biodra Kassandra w mocnym uścisku ud. Przygotowana już do miłości przez jedną z koleżanek, z łatwością przyjęła go w sobie. I zaczęła ujeżdżać w iście szaleńczym tempie. Generał uniósł dłonie i zamknął je na obfitych piersiach czarnoskórej. Wpatrywał się zafascynowany to w jej wielkie oczy, to w gęste, kręcone włosy, burzące się przy każdym ruchu. Wreszcie wyprężył się cały i ryknął ochryple. Dochodząc, poczuł jeszcze, jak palce Egerii zaciskają się na jego prawym sutku… Ekstaza zaprawiona szczyptą niespodziewanego bólu przeszyła go na wskroś. Dawno już nie przeżył czegoś tak intensywnego.

Później długo odpoczywali, do woli sycąc się winem. Dziewczęta nie żałowały go Macedończykowi, rozumiejąc, że jest w pełni wypłacalny, a nade wszystko, że potrzebuje trunku niemal tak samo mocno, jak ich towarzystwa. Nie wiedząc nawet, czemu to robi, opowiedział im o nocnej eskapadzie i jej tragicznym zakończeniu. Słuchały poruszone, nie próbując przerywać mu pytaniami. Kiedy odzyskał siły, kochali się znowu, wypróbowując wiele pozycji i konfiguracji. I jeszcze raz. Aż do całkowitego wyczerpania.

W końcu Kassander zapadł w głęboki sen, a wtedy jego towarzyszki podniosły się i zaczęły po cichu ubierać. Nie w swoje zwykłe, kuszące fatałaszki, lecz w suknie, które z powodzeniem mogłyby nosić przyzwoite kobiety. Nie wymieniły między sobą żadnych słów. I bez nich wiedziały, co należało teraz czynić.

* * *

Parter willi szybko zapełnił się najciężej rannymi. Wpierw kładziono ich w sali jadalnej, w sypialniach przeznaczonych dla służby i pomieszczeniach gospodarczych, wreszcie w przedsionku oraz bocznych korytarzach. Gdy i tu zabrakło miejsca, Melisa poleciła wnosić następnych na piętro. Alkowy kolejnych żon i konkubin niegdysiejszego pana domu zyskiwały nowych mieszkańców – skrwawionych, nieprzytomnych lub pogrążonych w malignie. Cały budynek rozbrzmiewał teraz krzykami i jękami cierpiących.

W ślad za nimi w rezydencji pojawili się wojskowi felczerzy, niosący pomoc tym, których dało się jeszcze ocalić, zaś pozostałym – uśmierzenie bólu. I chociaż pracowali z poświęceniem i ponurą determinacją, szybko stało się jasne, że byli zbyt nieliczni dla powierzonego im zadania. Ledwie siedmiu medyków musiało starczyć na ponad setkę rannych, a przecież wciąż wnoszono pod suchy dach kolejnych. Melisa i Parmys zsunęły z ramion krępujące ruchy himationy i pod kierunkiem najstarszego z lekarzy, mądrego Erechteusa, zabrały się do pracy. Jonka darła odziedziczone po Mnesarete suknie na długie pasy materiału, z których można było wykonać opatrunki. Lidyjka grzała wodę oraz wino do przemywania ran. Wkrótce same zajęły się bandażowaniem lżej poszkodowanych żołnierzy, którzy nie wymagali interwencji chirurga. Wielu nie mogło uwierzyć, że zajmuje się nimi kochanka samego generała wraz z przyboczną niewolnicą. Dziękowali niewiastom ze łzami w oczach, a potem długo sławili ich imiona wśród towarzyszy niedoli.

Erechteus nie dawał dziewczętom ani chwili wytchnienia. Wobec fali napływających wciąż pacjentów nie było czasu na odpoczynek. W ekspresowym tempie wprowadzał swoje uczennice w coraz to nowe tajniki pracy medyka. Wkrótce podawały narzędzia chirurgowi oczyszczającemu rany, asystowały przy amputacji zmiażdżonej dłoni, przygotowywały i aplikowały uśmierzające ból wywary ziołowe. Nie zawsze ich wysiłki przynosiły skutek. Młody Ateńczyk, którego pierś przeszyła perska strzała, zmarł z głową na kolanach Melisy, a jej łzy obmyły mu umorusaną krwią twarz. Parmys do ostatka walczyła o życie rosłego Traka, próbując zatamować krew wyciekającą z jego licznych ran. Kiedy wyzionął ducha, jej ciałem wstrząsnął szloch, w którym rozpacz oraz groza w obliczu śmierci mieszały się z dojmującym poczuciem bezsilności.

Medycy dwoili się i troili, lecz z każdą chwilą przybywało im pracy. W miarę jak nawałnica obalała kolejne wojskowe namioty, do willi trafiali coraz to nowi ranni. W pewnej chwili ktoś położył dłoń na ramieniu Melisy, gdy ta pochylała się nad garnuszkiem, w którym gotowała zioła. Dotyk był niespodziewanie delikatny i zaskoczona dziewczyna uniosła głowę. Stał nad nią Iszan. Zza jego pleców wyglądał Muranu, babiloński niewolnik Jazona. Obydwaj mieli poszarzałe twarze.

Pani – rzekł pozbawiony męskości Elamita, po raz nie wiadomo który zapominając, że został wyzwolony i nie musiał się już tak do niej zwracać. – Przynieśliśmy Jazona. Jest nieprzytomny. Brakuje dlań miejsca w willi, wiec Trakowie chcą wyrzucić za próg kilku lżej rannych… Macedończycy nie chcą na to przystać. Jeśli czegoś nie zrobisz, może się polać krew.

Przecież jeszcze jest miejsce. – Z wysiłkiem podniosła się z kolan. W głowie kręciło jej się od zmęczenia i przeżytych w krótkim czasie silnych emocji. – Generalska sypialnia wciąż stoi pusta. Połóżcie tam Jazona. Jest przyjacielem Kassandra i zasługuje na wszystko, co najlepsze.

Dziękuję, pani. – Iszan uśmiechnął się, zaś Muranu upadł na kolana i zaczął całować skraj jej sukni.

Meliso. Mówi mi: Meliso – przypomniała mu i położyła dłoń na czuprynie Babilończyka. – A teraz idźcie szybko i przekażcie moje słowa, zanim ci głupcy naprawdę się poranią. I bez tego mamy tu dość pracy…

Kiedy pospiesznie oddalili się w stronę wrót rezydencji, Jonka otarła sobie czoło wierzchem dłoni i zaczęła rozważać, co czynić dalej. Wywar był już gotowy, należało go zanieść na piętro i podać potrzebującym. A potem jeszcze przygotować więcej opatrunków… A przecież młody felczer imieniem Talaos prosił o pomoc przy jakimś zabiegu… Obiecała, że przyjdzie, gdy tylko będzie mogła. Ach, gdzie się podziewa Parmys? Wciąż nie wróciła z obchodu, w którym towarzyszyła Erechteusowi? Wsparcie niewolnicy bardzo by jej się teraz przydało.

Pani, chodź szybko ze mną – usłyszała za sobą głos. Odwróciła się i zdumiała tym, co zobaczyła. Lidyjka była wymizerowana, podobnie zresztą jak Melisa, lecz na jej ustach błąkał się blady uśmiech, zaś oczy skrzyły się ożywieniem. – Wyjdźmy przed willę. Musisz to zobaczyć!

Pospiesznie zdjęła garnek z ognia – wywar i tak należało wystudzić przed podaniem – i ruszyła w ślad za niewolnicą. Drzwi rezydencji pilnował wciąż kulawy Stelios. Nie spotkały tu już Traków wykłócających się z Macedończykami. Przynajmniej jeden kryzys został więc zażegnany. Za to przed willą, nie zważając na deszcz, zgromadził się niewielki tłumek składający się w całości z kobiet. Jonka rozwarła szeroko oczy. Podczas azjatyckiej wyprawy miała okazję poznać wiele z tych niewiast. W taborach wszystkie mieszały się ze sobą, bez względu na pochodzenie, wykonywaną profesję czy pozycję społeczną. Dlatego też od razu wiedziała, z kim ma do czynienia.

Wraz z korpusem Kassandra z Aten wyruszyło pięćdziesiąt ladacznic, skuszonych perspektywą przygody i godziwego zarobku. Połowa zginęła podczas sztormu na morzu, kilka kolejnych zmarło w trakcie przemarszu przez Azję. Pozostałe jednak uparcie towarzyszyły żołnierzom, dzieląc z nimi niewygody i zaspokajając męskie potrzeby, a przy okazji napełniając swe sakiewki. Wyglądało na to, że teraz stawiły się w komplecie. Jonka spoglądała na smagłe, kruczowłose Fenicjanki, trackie czy iliryjskie blondynki, a nawet dwie czarnoskóre. Dostrzegła także kilka znajomych z taborów: piegowatą Marmarę, egzotyczną Aglaię, Egerię o mlecznej cerze. Teraz odziane nie w zwiewne, kuszące szatki, a w przyzwoite, choć całkiem przemoczone peplosy.

Tłumek rozstąpił się, przepuszczając naprzód nieco starszą niż jej towarzyszki kobietę, obdarzoną burzą ognistorudych loków, które teraz kleiły się jej do policzków. Melisa wiedziała, że owa porne nosi imię Tekla i jest nieformalną przywódczynią grupy. Poczuła na sobie zielone spojrzenie tamtej.

Słyszałyśmy, że ugościłaś w swoim domu wielu naszych rannych chłopców. – Ruda dziwka przemówiła do niej w sposób bezpośredni i poufały. Wszak poznała Jonkę jeszcze w czasach, gdy ta była zwykłą niewolnicą, a nie kochanką naczelnego wodza. – Za to jesteśmy ci głęboko wdzięczne. Słyszałyśmy również, że przyda się tu każda para rąk do pomocy. Tak więc przyszłyśmy. Otoczymy naszych oblubieńców opieką, o ile tylko dasz nam swe przyzwolenie. Ręczę, że moje dziewczyny będą się zachowywać grzecznie oraz przyzwoicie, a także spełniać wszystkie polecenia medyków. Czy zgodzisz się przyjąć nas pod swój dach?

Przez dłuższą chwilę Melisa przyglądała się jej, nie będąc w stanie wypowiedzieć choćby słowa. Tekla czekała z dumnie uniesioną głową. Choć całą postawą wyrażała pewność siebie, znać było, że boi się poniżającej odprawy. Z pewnością nieraz już zakosztowała nienawiści, z jaką „przyzwoite” kobiety traktowały ladacznicę. Tym razem jednak czekało ją miłe zaskoczenie. Oto bowiem Jonka uśmiechnęła się przyjaźnie i gestem zaprosiła do środka willi.

Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszy mnie wasz widok. Wchodźcie prędko i osuszcie się. Tej nocy czeka nas wiele pracy.

* * *

Obudził się, gdy przez otwór wejściowy do namiotu zaczął się wlewać szary blask świtu. Spoczywał nagi na poduszkach oraz miękkim, perskim dywanie. W głowie nieco szumiało mu od wypitego wina. Jednak to nie ten fakt wywoływał rosnące z każdą chwilą rozdrażnienie Kassandra. Dostrzegł bowiem, że jest całkiem sam. Udawał się na spoczynek w towarzystwie siedmiu sowicie opłaconych ślicznotek, miał więc ochotę jeszcze o poranku nasycić się ich urodą oraz uległością. Wyglądało jednak na to, że został opuszczony. Klnąc pod nosem, odnajdywał kolejne elementy swego odzienia. Nie było to łatwe, bo podłoże zaścielały również barwne peplosy jego niedawnych kochanek. Czyż nie włożyły ich przed opuszczeniem swej siedziby? A może przebrały się w coś bardziej stosownego? I gdzie, na ognie Tartaru, w ogóle się podziały?

Chwiejnym krokiem wyszedł przed namiot siedmiu pornai. Ponieważ doskwierał mu przepełniony pęcherz, ulżył sobie za stojącym nieopodal wozem. Dopiero wówczas rozejrzał się dokoła. Obozowisko budziło się do życia. Po niespokojnej nocy nadciągał długi, pełen wysiłku dzień. On również powinien już wrócić do swych obowiązków. Czuł, że nie może dłużej z tym zwlekać.

Marsz w chłodnym, porannym powietrzu orzeźwił Macedończyka i pozwolił mu zebrać myśli. Zanim dotarł do swej kwatery, wiedział już mniej więcej, co powie na naradzie, którą każe bezzwłocznie zwołać. Zdawał sobie sprawę, że tylko siła i stanowczość w podejmowaniu decyzji pozwolą uniknąć rozprzężenia. Musiał dowieść swoim podkomendnym, że wciąż w pełni panuje nad sytuacją. Przekonać ich, że wie, co robić dalej. I że bez względu na przejściowe trudności, ostatecznie to oni okażą się zwycięzcami.

Gdy zbliżał się do willi, ujrzał, jak opuszczają ją wojskowi felczerzy w poplamionych krwią szatach. Melisa żegnała każdego z nich przy drzwiach rezydencji. Jej biały peplos również był naznaczony czerwienią. Towarzyszyła jej druga kobieta, której włosy przypominały szalejący płomień. Obie sprawiały wrażenie wycieńczonych, lecz jednocześnie dumnych z dobrze wypełnionego obowiązku. Kassander zdążył jeszcze posłyszeć słowa starego Erechteusa.

Gdyby ktoś próbował mnie przekonać, że niewiasty potrafią być tak biegłe w sztuce uzdrawiania – przemawiał sędziwy medyk – nigdy bym mu nie uwierzył. Musiałem ujrzeć to na własne oczy. Meliso, Teklo, zyskałyście sobie mój głęboki respekt. A każdy z uczniów, jakich wychowałem przez lata, może zaświadczyć, że oszczędnie szermuję pochwałami.

Miałyśmy najlepszego z nauczycieli – odparła z szacunkiem Jonka. – Czy przyjdziesz dziś sprawdzić, jak mają się ranni?

Po południu. Muszę nieco odpocząć. Niestety, w moim wieku to już nieodzowna konieczność… O, witaj, czcigodny generale.

Erechteusie. – Macedończyk skinął mu głową. Następnie przeniósł spojrzenie na swą nałożnicę i jej zakrwawioną suknię. – Na bogów, Meliso, co tu się wydarzyło?

Och, Kassandrze – odpowiedziała mu zmęczonym głosem. – Gdybym tylko potrafiła ująć to w słowa…

* * *

Kiedy rześki, poranny wiatr przewiał znad miasta dym, wciąż unoszący się nad pogorzeliskami, oraz nieznośną wilgoć pozostałą po długotrwałej ulewie, powietrze choć na moment stało się czyste i klarowne. Parysatis wykorzystała tę krótką chwilę, by wspiąć się na szczyt murów, skąd rozpościerał się widok na helleńskie obozowisko. Obecnie panował tam spokój. Zdawało się, że ranny drapieżnik liże swoje rany, nie myśląc o ponownym ataku.

Nie łudziła się jednak, że stan ten potrwa długo. Kassander z Ajgaj był upartym mężczyzną, przewodził zaś podobnym sobie, nawykłym do przełamywania wszelkiego oporu grabieżcom. Hellenowie nie odstępowali spod murów, nie zwijali oblężenia. Brama w okalających obóz fortyfikacjach otwierała się tylko po to, by wypuścić kolejny oddział jazdy, ruszający na zwiad wokół miasta. Bitwa o Pasargady nadal trwała.

Ktoś wspinał się po schodach wiodących do jej punktu obserwacyjnego. Słyszała ciężkie dyszenie i ciche, mamrotane pod nosem przekleństwa. Nie musiała się nawet odwracać, by wiedzieć, kto nadciąga. Słodkawa woń olejków, jakimi się skrapiał, jedynie potwierdziła przypuszczenia Parysatis.

Szahnazie – powitała go, nie odrywając wzroku od obozu nieprzyjaciół.

Czcigodna Jutab – odparł z trudem ten, który mienił się jej wezyrem. – Bądź pozdrowiona w dniu swego triumfu.

Eunuch wsparł się ciężko o blanki i łapał oddech po przeżytym właśnie wysiłku. Wejście na mury musiało sporo kosztować tęgiego urzędnika. Spojrzała nań wreszcie i przekonała się, że jego nalana twarz jest poczerwieniała, zaś po czole i policzkach spływają strużki potu.

Mogłeś na mnie poczekać na dole. I tak miałam niedługo zejść – zauważyła. – Co zaś się tyczy triumfu… Skoro już tu dotarłeś, przyjrzyj się dobrze, Szahnazie. Przypatrz się naszym wrogom. Czy wyglądają, jakby sposobili się do odwrotu? Czy zauważasz tam jakiekolwiek przejawy paniki?

Jej towarzysz zmrużył oczy, lecz oczywiście niczego nie dostrzegł. Nastała przedłużająca się cisza. Parysatis uznała, że pora zmienić temat. Szahnaz nie znał się wprawdzie na wojowaniu, lecz dowiódł, że jest niezastąpiony jako cywilny zarządca. I właśnie tych jego talentów potrzebowała w owej chwili.

Jak wygląda sytuacja w Pasargadach?

Moi podwładni wciąż próbują to ustalić – westchnął eunuch. – Z wstępnych szacunków wynika, że spłonęła czwarta część miasta. Straty w ludziach sięgają wielu tysięcy… Ogień nie oszczędził także magazynów z bronią ani spichlerzy. Gdyby nie ta apokaliptyczna ulewa, której doświadczyliśmy w nocy, byłoby gorzej. Znacznie gorzej. Być może dziś nie mielibyśmy już czego bronić.

Należy szybko udzielić pomocy żywym i pogrzebać umarłych. Ostatnie, czego potrzebujemy, to wybuchu zarazy w obrębie murów. Tobie powierzam ową misję, Szahnazie. Nie żałuj srebra ani żywności, która jeszcze nam została. Mieszkańcy Pasargadów muszą być silni i zdrowi, by przetrwać nadchodzące dni. Dołóż starań, by nikomu nie odmówiono dziś ni jadła, ni schronienia.

Zrobię, co w mojej mocy, ale… tysiące ludzi straciło dach nad głową. Gnieżdżą się na ulicach i wśród zgliszczy, nie mają dokąd pójść. Gdzie miałbym znaleźć im kwaterunek? Oczekujesz cudów, Nadziejo Persydy.

Parysatis oderwała wzrok od obozowiska Hellenów i zwróciła się ku miastu. Czy raczej tej jego części, której nie strawiła pożoga. Szukała spojrzeniem największych gmachów publicznych, najbardziej okazałych rezydencji. W końcu rozwiązanie nasunęło się samo.

Zamieszkają w królewskim kompleksie pałacowym – zdecydowała. – Od czasu gdy dworzanie uciekli przed Hellenami, stoi niemal zupełnie pusty.

O, czcigodna! – zawołał eunuch z przestrachem. – To przecież dom króla królów, ukochanego przez Ahurę Mazdę Dariusza! Nie godzi się, by stopy pospólstwa brukały jego lśniące, alabastrowe podłogi!

Dariusz także uciekł. – Wypowiadając owe słowa, czuła, jakby dopuszczała się świętokradztwa, bluźnierstwa, zdrady stanu. A przecież wybrzmiewała w nich prawda, której trzeba było dać wyraz. – Nasz władca opuścił w popłochu ojczyznę, porzucił swych poddanych i wydał ich na łaskę Hellenów. Dopiero ja podniosłam oręż w obronie wolności i godności Persów. Dlatego teraz postanawiam: wszystko, co należało do króla królów, podlega konfiskacie. Podwoje jego rezydencji otworzą się dla tych, którzy stracili domy, rumaki z monarszej stajni posłużą żołnierzom, zaś biżuteria żon i konkubin Dariusza zostanie przekazana na cele wojenne.

Twarz eunucha, jeszcze przed chwilą zarumieniona z wysiłku, teraz wyraźnie pobladła.

Dostojna Jutab – przemówił wreszcie, do głębi wstrząśnięty. – Jeżeli ukochany przez Ahurę Mazdę Dariusz kiedykolwiek powróci…

Wówczas stanę przed jego obliczem, mając nadzieję, że sprawiedliwie mnie osądzi. Możesz być pewien, że nie ucieknę jak on przed Aleksandrem. Zanim jednak powróci, będę czynić to, co stanowiło jego monarszą powinność: walczyć o niepodległość Persydy przy użyciu wszelkich metod oraz środków. I nie zrobię tego dla króla królów ani dla kapłanów… lecz dla ludu, który zamieszkuje ten kraj. Tylko on jest godzien ofiar, które już złożyliśmy… i które przyjdzie nam jeszcze złożyć.

Szahnaz milczał, uparcie wpatrzony w helleńskie obozowisko. Może wciąż pozostawał w szoku po deklaracji Parysatis. A może nie chciał, ciągnąc tę rozmowę, współuczestniczyć w obrazie majestatu, jakiej się właśnie dopuściła. Tak czy inaczej, kiedy dziewczyna odsunęła się od blanków i ruszyła schodami w dół, ku Pasargadom, on pozostał u szczytu murów, nieruchomy, ponury i pogrążony w myślach.

* * *

Ponieważ wygodna rezydencja Kassandra w ciągu nocy zamieniła się w lazaret, o poranku najwyżsi oficerowie spotkali się w namiocie Eurytiona z Feraj. Stanowili godny pożałowania widok. Dioksippos chwiał się na nogach, zaś opatrunki przykrywające jego liczne rany ciemniały powoli od przesączającej się przez nie krwi. Trzymający się z dala od niego Argyros również odniósł obrażenia. Bandaż otaczał mu szyję niczym perski szal, młodzieniec wyraźnie też utykał na prawą nogę. Jazon w ogóle nie przyszedł na naradę – podczas szturmu na Pasargady został pokiereszowany tak ciężko, że nie było pewne, czy w ogóle przeżyje. Spoczywał teraz w łożu samego generała. Ten zaś rozkazał, by nad powrotem do zdrowia jego zastępcy czuwał stary Erechteus, najlepszy medyk w całym helleńskim korpusie.

Kassander toczył wokół błędnym spojrzeniem przekrwionych z niewyspania oczu. On sam zdołał uniknąć perskich mieczy oraz włóczni, choć przecież walczył jak inni, w pierwszym szeregu. Miał jednak dzielnych obrońców, którzy przyjmowali kierowane nań ciosy. Jednym z nich był Eurytion, olbrzymi Tesal o łysej czaszce i chłodnym spojrzeniu, budzący pośród wrogów całkiem zrozumiałą grozę. Dowódca tesalskiej konnicy zdawał się nie przejmować widocznymi na przedramionach oraz udach cięciami. Nie zadbał nawet o ich należyte opatrzenie. Jako jedyny ze sztabu nie poddawał się ponuremu nastrojowi, jaki zapanował po zeszłonocnej porażce. Mimo że z pola bitwy uchodził jako jeden z ostatnich, wciąż tryskał energią i zachłannie osuszał kolejne puchary z winem.

Te zaś roznosiła pośród oficerów Talia. Lidyjka, która dla młodego kawalerzysty, Herakliusza, opuściła swe rodzinne Sardis, potem zaś, po jego śmierci, przypadła w udziale Eurytionowi. Gdyby Kassander, skory zazwyczaj do podziwiania urodziwych kobiet, zwrócił na nią uwagę, dostrzegłby zaraz, że ma fioletowe sińce na policzkach, opuchnięte i popękane wargi, a na smukłej szyi ślady po zaciśniętych mocarnych dłoniach. Gdyby natomiast zajrzał w jej oczy, przekonałby się, że są wypełnione desperacją i cierpieniem. On jednak nie interesował się wcale usługującą im dziewczyną. Dźwigał bowiem na barkach przemożne brzemię klęski, której skala miała dopiero zostać wyjawiona. Powolnymi łykami sączył podane mu wino. Gdy wreszcie opróżnił puchar, warknął ochryple:

No dalej, Argyrosie. Pora, byśmy wszyscy to usłyszeli.

Wywołany do głosu adiutant odkaszlnął i zaraz syknął, gdy rana na szyi przypomniała o sobie paroksyzmem bólu. Szybko jednak zdołał zapanować nad cierpieniem i przemówił:

Podczas nocnego szturmu na Pasargady nasze oddziały walczyły bohatersko, lecz zostały odparte z ciężkimi stratami…

Tylko bez rozwlekłych wstępów – warknął generał. – Byliśmy tam, pamiętasz? Przejdź do rzeczy.

Argyros zacisnął wargi, lecz po chwili zaczął wyrzucać z siebie kolejne fakty:

Trzystu dwudziestu poległych oraz zaginionych. Musimy przyjąć, że niektórzy z nich zostali wzięci do niewoli. Niemal pięciuset siedemdziesięciu rannych, z tego połowa w ciężkim stanie. Najmocniej skrwawieni zostali Trakowie, którzy bili się na murach i do końca utrzymali bramę, osłaniając nasz odwrót. Zginęło też wielu hoplitów z Aten oraz Argos.

By zachowali wartość bojową, te formacje trzeba będzie połączyć w jedną – wtrącił znużonym tonem Dioksippos. Wyciągnął rękę i otrzymał zaraz od Talii kolejny puchar. On również nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.

Należy pilnie powołać osiemdziesięciu oficerów niższej rangi, by zastąpić tych, których straciliśmy – ciągnął adiutant. – Przede wszystkim jednak, generale, powinieneś wyznaczyć swojego zastępcę oraz dowódcę Traków.

Nie potrzebuję nowego zastępcy, Trakowie zaś dowódcy – odparł z uporem Kassander. – Obie funkcje sprawuje wciąż Jazon.

Po tych słowach zapadło głuche milczenie. Oficerowie popatrzyli po sobie. Choć wszyscy myśleli o tym samym, żaden nie kwapił się, by wejść w spór z generałem. By spróbować przemówić mu do rozsądku.

Na awans mogą liczyć żołnierze, którzy wyróżnili się zeszłej nocy – ciągnął tymczasem Kassander. – O ile wyliżą się z ran. Będą mieli na to dość czasu, bo wszystko wskazuje, że zostaniemy tu na dłużej.

A zatem regularne oblężenie – domyślił się Dioksippos.

Nie pozwolę, by Persowie zatriumfowali. Wczoraj odnieśli sukces, ale to my wygramy wojnę. Choćbyśmy mieli trwać pod murami Pasargadów aż do przyszłej zimy.

Nie możemy pozostać tu tak długo – zauważył Eurytion. – Król Aleksander oczekuje posiłków.

Posiłki na nic mu się nie zdadzą, jeśli w zamian straci Persydę. – Macedończyk przemawiał stanowczo, nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Moi panowie, będę z wami szczery. Dopóki tu jesteśmy, Jutab jest zamknięta w murach jednego tylko miasta. Lecz jeśli okażemy słabość, jeśli odstąpimy od Pasargadów, jeśli pozwolimy jej odnieść choćby najmniejsze zwycięstwo, wówczas postradamy wszystko, co dotąd udało się zwojować. Ogień rebelii zapłonie ponownie w Persepolis, w Isztahr, we wszystkich miastach i wsiach satrapii. Magowie podniosą głowy i otwarcie wystąpią przeciw macedońskim rządom. Wątpię, by tego właśnie pragnął król Aleksander. Dlatego zostajemy. Tak długo, jak będzie trzeba.

Tym razem nikt nie próbował się sprzeciwić. Kassander przyjął kolejny puchar wina, upił sporo i dokończył:

Wczorajsza noc przyniosła ciężkie straty. Nadal jednak mamy ponad cztery tysiące gotowych do walki żołnierzy. To musi nam wystarczyć. Rękami jeńców wzniesiemy trzy nowe, ufortyfikowane obozy, po jednym naprzeciw każdej z pozostałych bram Pasargadów. Połączymy obozowiska wałem ziemnym umocnionym palisadą. Pochwycimy buntowników w pułapkę bez wyjścia i zdusimy w twardym uścisku. A gdy za miesiąc, dwa czy pół roku staniemy przed obliczem Aleksandra, usłyszymy od niego słowa uznania i pochwały. Bo przecież król będzie wiedział, że gasząc powstanie w Persydzie, ocaliliśmy jego rodzące się imperium.

Na tym zakończyła się wojenna narada. Najważniejsza decyzja zapadła, z niej zaś miały dopiero wyniknąć kolejne. Żaden z oficerów nie miał już nic do dodania. Kiedy się rozchodzili, Talia odbierała od nich opróżnione kielichy. Dopiero wtedy Dioksippos i Argyros popatrzyli na jej twarz. Ten pierwszy zmarszczył tylko brwi i bez słowa opuścił namiot. Drugi zatrzymał się w pół kroku, poruszony zarówno urodą dziewczyny, jak i widocznymi śladami przemocy. Ich spojrzenia napotkały się na chwilę, lecz Lidyjka zaraz uciekła oczami gdzieś w bok. Młody adiutant obejrzał się za siebie i zobaczył beznamiętne, jakby wykute z marmuru oblicze Eurytiona z Feraj.

Tyś jej to uczynił? – spytał drżącym z gniewu głosem.

Nie twoja sprawa, chłoptasiu.

Ręka Argyrosa sama sięgnęła do rękojeści xiphosa, który nosił przy pasie. Nim jednak zdążył dobyć klingi, usłyszał cichy głos dziewczyny:

Proszę, nie… Nie jestem warta twego życia, panie.

Te kilka prostych słów sprawiło, że młodzieniec zapanował nad rodzącą się w jego piersi furią. Potem ocenił swoje szanse. Czy raczej ich brak.

To nie koniec – wycedził, odsuwając dłoń od oręża. – Niewiasta, którą poniewierasz, nie jest pierwszą lepszą dziewką. Pamiętam jej odwagę w Sardis oraz zasługi, jakie położyła dla ujawnienia zdrady tamtejszego satrapy. Sam generał był wówczas jej dłużnikiem. A teraz dowie się, jak podle ją traktujesz.

No dalej, leć na skargę – zadrwił tesalski olbrzym. – Przecież na nic więcej się nie odważysz.

Adiutant zwrócił się ku bladej z przerażenia Talii. Lecz nagły wstyd, bardziej palący niż świeża rana szyi, nie pozwolił mu znowu spojrzeć w jej oczy.

Boleję nad tym, co wycierpiałaś z rąk tego nędznika – rzekł tylko i ruszył w stronę wyjścia z namiotu.

* * *

Gdy tylko znalazła się w cieniu wysokich murów, podjechał do niej młody posłaniec. Najwyraźniej brał udział w nocnej bitwie, o czym świadczyły świeże opatrunki na czole oraz prawym barku. Mimo obrażeń zręcznie zsunął się z grzbietu wierzchowca i złożył Parysatis pełen szacunku pokłon.

Czcigodna Jutab! Dostojny Bahadur prosi, byś jak najprędzej spotkała się z nim w cytadeli. Będzie cię oczekiwał na najgłębszej kondygnacji lochów.

Dostojny Bahadur odniósł ciężką ranę. Powinien leżeć w łóżku i wracać do zdrowia, a nie włóczyć się po kazamatach. Co on tam w ogóle robi?

O ile mi wiadomo, przesłuchuje pochwyconych wczoraj jeńców.

Westchnęła. Stary weteran nie zamierzał pozwolić, by zatrzymało go coś tak trywialnego jak ziejąca między żebrami dziura po helleńskim mieczu. Może za bardzo uwierzył w przydomek Nieśmiertelnego, jaki nosił, służąc w gwardii króla królów. Załatwi to możliwie szybko, następnie poleci mu, by wreszcie oddał się pod opiekę medyków. Bahadur był twardym mężczyzną, lecz przede wszystkim wzorowym żołnierzem. Z pewnością nie zignoruje wyrażonego wprost rozkazu.

O świcie Parysatis odprowadziła swoją ukochaną klacz do stajni, by posiliła się i odpoczęła po dramatycznych przeżyciach. Dlatego teraz jeden z przybocznych podał jej wodze innego konia. Był to przedstawiciel tej samej dumnej rasy perskich rumaków, z której wywodziła się Freni. W przeciwieństwie do niej miał gniade umaszczenie i mniej łagodny temperament. Persjanka wskoczyła na grzbiet wierzchowca, który w pierwszej chwili zarżał z niezadowoleniem. Szybko go jednak okiełznała i wbiwszy mu pięty w boki, popędziła w stronę cytadeli. Podobnie jak zeszłej nocy, eskorta musiała dawać z siebie wszystko, by dotrzymać jej kroku.

Choć już od kilku dobrych dni była panią cytadeli, jak dotąd nie odważyła się zstąpić do wydrążonych pod nią lochów. Podczas helleńskiej okupacji było to miejsce kaźni Persów podejrzewanych o sprzyjanie buntownikom. Tylko nieliczni z tych, którzy tam trafili, mieli szczęście ujrzeć ponownie słoneczny blask. Teraz zaś przyszła pora, by i ona zanurzyła się w owych mrocznych korytarzach, będących niemymi świadkami cierpień jej rodaków. Na szczęście nie musiała błąkać się samotnie po podziemnym kompleksie. U wejścia do kazamatów czekał na nią adiutant Bahadura. Złożył jej pokłon i poprosił, by udała się za nim.

Trzymaj się blisko mnie, czcigodna pani – rzekł, biorąc do ręki pochodnię, jej zaś podając drugą. – To istny labirynt. Wystarczy chwila nieuwagi, by zgubić się na długie klepsydry. – Poczekali chwilę, aż pochodnie zajmą się ogniem z paleniska, służącego wartownikom do gotowania posiłków, a potem, wyposażeni w źródło światła, zstąpili w trzewia ziemi.

Bahadura spotkali, tak jak zapowiedział, na najgłębszej kondygnacji. Panowały tu nieznośna wilgoć oraz zaduch, weteran jednak nic sobie z tego nie robił. Choć poruszał się z wyraźnym trudem, powitał Parysatis w dobrym humorze i z tajemniczym błyskiem w oku. Z ulgą dostrzegła, że pozbył się ciężkiego pancerza oraz zakrwawionych szat. Z faktu, że jego kaftan nie czerniał na wysokości żeber od posoki wnosiła, że ma pod nim świeży i solidy opatrunek.

Bądź pozdrowiona, zwycięska Jutab.

Dzielny Bahadurze. Moje serce raduje się na twój widok… Zdradź jednak, czemu spotykamy się w tak posępnym miejscu?

Gdzież indziej mielibyśmy podejmować naszych helleńskich gości? Chciałem, by doświadczyli wygód, które przedtem zapewniali naszym krajanom.

Z pewnością są zachwyceni…

Nawet nie wiesz, jak bardzo, pani. W dodatku od rana zabawiam ich konwersacją. Pytam o plany naszych nieprzyjaciół, siły, jakimi dysponują, stan zaopatrzenia, nastroje, regularność wypłacania żołdu… Wszystko, co może okazać się przydatne. Większość nie chce za dużo gadać, przynajmniej bez właściwej zachęty… Ale trafił się jeden taki, co zaczął śpiewać, nim jeszcze pokazaliśmy mu wszystkie katowskie narzędzia. Myślę, że powinnaś posłuchać jego treli.

Prowadź zatem do tego śpiewaka.

Ruszyli długim korytarzem, przypominającym raczej pieczarę niż coś wykutego ludzkimi rękoma. Podłoże było nierówne, ściany zaś to oddalały się od siebie, to znów zbliżały, wywołując niepokojące wrażenie ciasnoty. Kiedy przysuwało się do nich pochodnię, można było dostrzec, że na chropawej skale zbiera się wilgoć. Czyżby w okolicy płynął podziemny strumień? Parysatis wiedziała przecież, że na powierzchni znajdują się źródła wody pitnej. Fakt ten wzmagał jeszcze walory obronne cytadeli.

Co pewien czas światło pochodni ujawniało drewniane, okute żelazem drzwi prowadzące do cel. Zza niektórych dobiegały jęki lub żałosne zawodzenie. Dawna księżniczka wolała się nie zastanawiać, czy więźniowie cierpią z powodu obrażeń odniesionych w nocnej bitwie czy też podczas porannej „rozmowy” z jej zastępcą. Sama odczuwała głęboki wstręt do tortur – zarówno jako kary, jak i metody wydobywania zeznań. Pojmowała jednak, że niekiedy cel uświęca środki. Dla ocalenia stu tysięcy mieszkańców Pasargadów była gotowa na naprawdę wiele. Dlatego bez słowa mijała kolejne podwoje i nie czyniła staremu gwardziście wyrzutów.

Korytarz skończył się niespodziewanie, a z ciemności wyłoniły się ostatnie drzwi. Adiutant uniósł blokujący je od zewnątrz skobel, a następnie otworzył. Dziewczyna przyświeciła sobie pochodnią. Migotliwe światło wdarło się do celi, spychając ciemność w jej najgłębsze zakamarki. Pomieszczenie miało tylko jednego rezydenta. Stał pod przeciwległą ścianą, z uniesionymi ramionami. Skuwający mu nadgarstki łańcuch przechodził przez umieszczoną na suficie żelazną obejmę. Był na tyle krótki, by więzień nie mógł wygodnie usiąść. Teraz mrużył oczy, porażony nagłym blaskiem. Miał na sobie pokrytą czarnymi plamami wojskową tunikę. Wydawało się jednak, że krew nie należała do niego, a on sam nie odniósł poważniejszych ran. Persjanka zauważyła, że mężczyzna był wprawdzie wymizerowany, lecz poza tym całkiem przystojny. Gdy już przywykł do światła, spojrzał jej śmiało w oczy i… uśmiechnął się!

Czcigodna. – Bahadur przeszedł na grekę, by i więzień mógł go zrozumieć. – Przedstawiam ci Peliasa z Olintu. Do niedawna dowódcę helleńskiego garnizonu w Pasargadach.

Chciałeś powiedzieć: rzeźnika Pasargadów.

Jeniec momentalnie stracił w jej oczach na atrakcyjności. Oczyma wyobraźni ujrzała znów okrutnie zmaltretowane ciała Persów, których przetrzymywano w tym właśnie lochu. Zarówno żywych, jak i zamęczonych na śmierć. Poczuła, jak w jej sercu rośnie i pęcznieje gniew.

Mężczyzna odchrząknął, jakby zakłopotany. Zaraz jednak odzyskał rezon. A nawet znów zaczął się uśmiechać.

Droga Jutab. – Nie tylko ośmielił się zwrócić do niej imieniem, po które winni sięgać jedynie Persowie, w dodatku wykorzystał je do bezprawnego spoufalenia! Parysatis miała ochotę zakończyć rozmowę tu i teraz, przy użyciu szabli. Jakimś cudem zapanowała jednak nad emocjami. Skoro Bahadur życzył sobie, by wysłuchała tego aroganta, zrobi to. Dopiero potem skaże go na śmierć. – Przyznaję, byłem dla twych krajan srogim panem… Nie sroższym jednak od perskich satrapów, sprawujących władzę nad helleńskimi miastami. Zresztą, jedno i drugie należy już do przeszłości. Pomówmy o tym, co tu i teraz.

Mów zatem – wycedziła. – Byle prędko. Mam mnóstwo obowiązków, które nie mogą czekać. Wśród nich organizację twojej egzekucji. Poproszę kata, by przygotował specjalne atrakcje. Nie chciałabym, by rodziny tych, których zgładziłeś, poczuły się zawiedzione.

Tym razem dostrzegła w jego oczach lęk. Pelias uświadomił sobie w końcu, że oto ważą się jego losy. Rzucił Bahadurowi nerwowe spojrzenie. Nie znajdując w nim żadnego oparcia, całą uwagę skupił znów na Parysatis.

Czcigodna pani… – Czyżby w końcu nabrał szacunku? Nie, to tylko zwykły, nagi strach skłaniał go do skamlenia. Gdyby nie łańcuchy, zapewne pełzałby już u jej stóp i obsypywał pocałunkami buty. – Jeśli pozwolisz mi wyjaśnić, wnet dostrzeżesz, że znacznie więcej łączy nas niż dzieli. Okoliczności sprawiają, że możemy uchodzić wręcz za sprzymierzeńców… i wiele zyskać na zgodnym działaniu.

Tym razem to ona się roześmiała, choć bez śladu wesołości.

Co niby miałoby nas łączyć, morderco?

Czyż to nie oczywiste? Wspólny wróg. Odwieczne, niezawodne spoiwo wszelkich aliansów i sojuszy.

Kassander z Ajgaj – domyśliła się.

Ten sam. Skurwysyn odebrał mi dowództwo i naznaczył plecy batem. To za jego sprawą popadłem niewolę. Nienawidzę tego prostaka, parweniusza, przybłędy znikąd. Pozwól mi działać, dostojna, a przysięgam…

Co mi przysięgasz, Peliasie z Olintu?

– …że doprowadzę go do upadku. Wraz ze wszystkimi, którzy mu towarzyszą.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witajcie z powrotem!

Po długiej i nie do końca tym razem zawinionej przeze mnie przerwie, Perska Odyseja wraca tam, gdzie czuje się najlepiej, czyli na łamy Najlepszej! Mam więc przyjemność znów zaprosić Was do świata pięknych kobiet, brutalnych mężczyzn, epickich bitew i orgiastycznych rozkoszy! Mam nadzieję, że przez ten czas nie postradałem całkiem Waszej sympatii oraz zainteresowania… Liczę też, że do końca roku uda mi się już zachować przyzwoite tempo publikacji kolejnych rozdziałów – wszak jest wiele do nadrobienia.

Jak zawsze wielkie podziękowania należą się Atenie, która pracowicie skorygowała moją pisaninę – choć otrzymała ją w ostatecznej wersji ledwie na dobę przed premierą. Czapka z głowy, Ateno, jesteś wielka!

A teraz tradycyjnie już, zapraszam do lektury!
M.A.

O, już jest zapowiedziany ciąg dalszy.
No to, podziękowania dla Autora oraz dzielnej Atenki.
I czytamy.
Uśmiechy,
Karel

Megasie,
No to przeczytałem.
Jak zwykle podoba mi się Twoja narracja, wartka, obliczona, by Czytelnik mógł wykonać długi bieg przez niekończące się wątki sagi i nie znużył się mało istotnymi szczegółami. Zazwyczaj tylko ważkie fragmenty dialogów, urocze „długie klepsydry” (czy rzeczywiście tak się mówiło, czy to tylko świetny pomysł dla współczesnego czytelnika?). Scena: on jeden i ich siedem też płynna i sugestywna, ale nie zamęczająca czytelnika nadmierną obrazowością (no i nie pojawiła się żadna „cipka”, co się czasem zdarzało 😊, ku mojej znanej niechęci ). Najbardziej podobały mi się jednak: scena przy studni i wzbudzające szacunek kompetencje przywódcze jednej z bohaterek oraz scena, kiedy główny bohater po powrocie, żąda od adiutanta, aby dać mu na cały wieczór wolne – obie sceny tchną czymś prawdziwym.
Czy już w tamtych dawnych czasach istniało pojęcie generał? Trochę mnie to zaskakuje.
Oczywiście nienawidzę przemocy i gdyby to ode mnie zależało wyrżnąłbym wszystkich agresorów, w tym głównego bohatera, w pień. Wniosek jest jeden: świat się nie zmienił od starożytnych czasów ani trochę. Sceneria, garderoba i rekwizyty – owszem – coraz to inne. Ale ludzie bestiami byli, są i będą.
Uśmiechy,
Karel Godla

Witaj, Karelu!

Dzięki za pierwszą recenzję najnowszego rozdziału. Mam nadzieję, że kolejne części również nie sprawią zawodu. Co do sceny przy studni, obawiałem się nieco, czy nie wyjdzie sztucznie i pompatycznie, trochę w stylu radzieckich filmów propagandowych, tym bardziej cieszę się, że przypadła do gustu 🙂

“Klepsydry” to mój pomysł. Stwierdziłem, że ludzie antyczni musieli jakoś oznaczać upływ czasu, inaczej niż tylko przez wskazywanie pór dnia. Używam ich od tak dawna, że stały się trwałym elementem tego świata, z którego chyba nie potrafiłbym zrezygnować 🙂

Co do słowa generał, pochodzi ono ze starofrancuskiego, gdzie trafiło z łaciny. W starożytnej Grecji rangi wojskowe miały mniej sformalizowane i prawdę mówiąc dość chaotyczne nazewnictwo – dyskutujemy o tym z Kraterosem w komentarzach pod Rozdziałem XVIII. Np. słowo “strategos” oznaczało w macedońskiej armii zarówno głównodowodzącego, jak i dowódcę pojedynczej “brygady” o sile ok. 1500 ludzi. I bądź tu człowieku mądry. Dlatego świadomie posłużyłem się słowem generał – jest zrozumiałe dla dzisiejszego Czytelnika i nie rodzi zbytecznych wątpliwości. Słowo “strategos” rezerwuję dla ateńskich wodzów pochodzących z corocznego wyboru (wybierano ich od razu 10), bo w ich przypadku wiadomo zawsze, o jaką rangę chodzi. I nie trzeba się kłopotać z już trzema znaczeniami tego samego wyrazu.

Co do niezmienności świata – myślę, że następują pewne zmiany, ale mają one charakter cykliczny. Są epoki nieco “łagodniejsze” – jak choćby ta w której żyjemy, jak i epoki wielkiej brutalności – jak połowa XX wieku. Pewne prądy to wzmacniają się, to słabną. Nie zachodzi z pewnością coś w rodzaju trwałej, jednokierunkowej ewolucji ludzkiej moralności.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie,
Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź.
Moim zdaniem, Twoje wybory są słuszne. Pokolenia coraz bardziej oddalają się od wiedzy historycznej. Historia jako nauka powoli traci na znaczeniu – takie mam wrażenie. Natomiast coraz bardziej się wzmaga propaganda pseudohistoryczna i to już od podstawówki. Ja tej propagandy doświadczałem od najmłodszych lat. Zjawisko się nasila.
Nikogo już nie będzie raziło określenie generał przypisane czasom starożytnym.
Natomiast użycie klepsydr jako miary upływu czasu jest uroczym pomysłem i nawet znawców starożytności nie powinno razić.
Uśmiechy,
Karel

Nareszcie! Tylko dlaczego w chwili, gdy akurat wyjeżdżam na urlop i będę miał raczej kiepski dostęp do neta? No trudno, skometuję po powrocie.
Pozdrawiam

Co się odwlecze, to nie uciecze (możesz mi wierzyć, w końcu jestem ekspertem w szlachetnej sztuce odwlekania 😀 ). Udanego wypoczynku, a przyjemnej lektury – potem 🙂

Pozdrawiam
M.A.

“(…)a także srebrzystowłosą i fiołkowooką Daenerę.”
Wszystko fajnie ale co na bogów Matka Smoków robi w obozowym burdelu 😉 ?

Cieszy Megasie, że po tylu klepsydrach oczekiwania na łamy NE w końcu zawitała kolejna część przygód Kassandra. Jak zwykle nie byłbym sobą gdybym nie zapytał o fakty dotyczące epoki. No więc pytam. Moja uwagę zwrócił motyw oczyszczania ran. Czy medycy tamtych czasów rzeczywiście zdawali sobie sprawę z tego, że chyba najbardziej zabójcze na wojnie są infekcje pojawiające się od zanieczyszczonych ran?

Kolejne pytanie. Stelios zazdrości atakującym Pasargady, że powrócą jako bogaci ludzie? Czy system podziału łupów nie był bardziej formalny? Chodzi mi o to czy o sprawiedliwy podział łupów nie dbał odpowiedni oficer? O ile pamiętam to w armii rzymskiej jej część strzegąca obozu również była nagradzana zdobyczami… a przynajmniej tak to opisuje Polibiusz oniemiony rzymską machiną.

Podrawiam Krateros.

Witaj Kraterosie!

Już się bałem, że nikt nie zauważył drobnego żarciku, który wplotłem w tamtą scenę 🙂 Cieszę się, że nie poszedł na marne.

Odnośnie medycyny starożytnych – w owych czasach była to nauka czysto praktyczna, zakotwiczona w doświadczeniu. Ówcześni uzdrowiciele na własne oczy widzieli, co dzieje się z nieoczyszczonymi ranami. Mogli nie pojmować do końca mechanizmu, nie uświadamiać sobie istnienia bakterii, ale potrafili wyciągać wnioski i mieli otwarte umysły, z pewnością wyćwiczone helleńską spekulatywną filozofią. Czytałem, że rany w starożytnej Grecji przemywano zarówno wodą (z domieszką ziół lub minerałów), mlekiem, jak i winem. Hipokrates zalecał w tym celu wino oraz ocet winny. Wełnę używaną do opatrunków również wygotowywano we wrzątku. W Grecji też ok. V wieku przed naszą erą zaczęto używać opatrunków z bawełny (upowszechnionej dzięki handlowi z Indiami, za pośrednictwem Persów). Dla celów gojenia ran używano również miodu (działanie antyzapaleniowe).

Co do podziału łupów w macedońskiej armii – to prawda, że istniały regulacje (czy może niepisane prawo – szczegółów nie do końca znamy), co do podziału zdobyczy. Po pierwsze jednak, prawo sobie, a życie sobie – z pewnością żołnierze próbowali ukryć część zdobyczy i przywłaszczyć je sobie, unikając w ten sposób konieczności dzielenia się. Było to szczególnie łatwe w przypadku niewielkich przedmiotów, jak kamienie szlachetne czy złote i srebrne pierścienie. Po drugie, oprócz systemu redystrybucji istniał również system motywacji – nagrody wypłacane za konkretne zasługi (przynajmniej w armii Filipa i Aleksandra, którzy wręczali nagrody najodważniejszym; nie widzę powodu, by taki system nie zaistniał w innych wojskach). Ci, którzy wzięli udział w szturmie Pasargadów mogli się dobrze pokazać przed swoimi oficerami, zasługując na wymierne w srebrze wyróżnienie.

Pozdrawia
M.A.

Podziwiam antyczną medycynę zwłaszcza w kontekście tego, że będąc na wycieczce w twierdzy w Kłodzku dowiedziałem się, że do opatrywania ran używano często opatrunkow już używanych.

A propos kwestii, które mogły pozostać niezauważone… Zauważyliście, że XIX rozdział Perskiej Odysei dojrzewał i rodził się w bólach przez równe dziewięć miesięcy?! 😉

I pytanie do Autora… Czyżbym dostrzegła w tym tekście lekką nutkę feminizmu? 🙂

Na temat stylu nie będę się rozpisywał, jak zwykle jest na najwyższym poziomie.
Wyskrobię natomiast parę słów o głównych bohaterach Perskiej Odysei.
Wydaje się, że w obliczu niepowodzenia Kassander nie stanął na wysokości zadania. Zamiast organizować obóz przepełniony rannymi, dać nadzieję zdrowym, jakby nigdy nic udaje się do prostytutek i spędza noc na orgii (przyznaję, że w tym elemencie kilkakrotnie “stanął na wysokości zadania”). Czyżby można zarzucić mu brak odpowiedzialności?
Z drugiej strony jego zachowanie wydaje się po prostu ludzkie. Chłopina po ciężkiej pracy, poszukał zapomnienia/wytchnienia/ relaksu w kobiecych ramionach…
Tam gdzie nie sprawdził się Kassander, sprawdziła się natomiast Melisa. W kryzysowej sytuacji, osamotniona, czynem i słowem podjęła odpowiednie działania udostępniając siedzibę dla rannych. I to ona zasługuje na miano bohaterki tej części odysei. Pytanie tylko czy jej kochanek doceni te starania?
Talii jak zwykle żal, a Eurytion prosi się o kosę we własnych trzewiach.

Jak zwykle sympatyzuję z słabszymi Persami. Niestety wydaje się, że zmierzają prosto ku zgubie. Rewolta przeciw Macedonii zepchnęła ich do ostatniego punktu oporu w pasargadach. Odparcie ataku Kassandra, jawi im się jako wygrana, lecz prawda jest brutalna. Sami ponieśli nie mniejsze straty, a będąc zamkniętymi w mieście, grożą im głód i choroby.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że dzielna Jutab ocali swą główkę odpływając do Indii, lub chociażby Iramu…

Pozdrawiam
R.

Napisz komentarz