Uwierz we mnie I (Jo Winchester) 4.01/5 (36)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 48 minut/-y    

 

Will

Kap, kap, kap.

Spojrzałem przez okno, za którym jeszcze przed chwilą padał rzęsisty deszcz. Odwróciłem wzrok od widoku, bo musiałem skupić się na pracy. Wcisnąłem odpowiedni skrót na klawiaturze komputera, kiedy usłyszałem hałas. Poirytowany, że coś próbuje mi przeszkodzić, usiłowałem zlokalizować źródło zgiełku. Okazało się, że ktoś na korytarzu postanowił urządzić awanturę.

Wstałem od biurka i ruszyłem do drzwi. Nie mieszkałem tu długo, ledwie od kilku dni. Miejsce wydawało się idealne, aż do dzisiejszego popołudnia. Czy ludzie tu nie szanowali się wzajemnie? Im bliżej byłem, tym lepiej słyszałem pojedyncze słowa. Jakiś mężczyzna musiał być naprawdę zdenerwowany.

Wyszedłem na korytarz. Od razu w oczy rzucił mi się facet, który żywo gestykulował przed dziewczyną z sąsiedniego mieszkania. Wysoki, postawny oraz wkurzony.

– Abigail! To nie może tak się skończyć! – krzyknął. – Przecież jesteśmy razem od dwóch lat. Należysz do mnie, zapomniałaś o tym? – spytał nadal podniesionym głosem.

– Słucham? – Głos dziewczyny nie pozostawiał złudzeń, że nie spodobały jej się słowa chłopaka. Może nawet już byłego chłopaka? Chyba żadne z nich nie zauważyło mojej obecności. – Ja do nikogo nie należę! Do nikogo, słyszysz?

– Chcesz zaprzepaścić czas, który razem spędziliśmy? – Blondyn nie dawał za wygraną. Na jego twarzy dostrzegłem wściekłość. – Abbie, nie zrobiłem nic złego!

– Kpisz sobie? – Sąsiadka zrobiła krok do przodu i dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. – Mam powyżej dziurek w nosie udawania, że nie wiem, co wyczyniasz. Masz dać mi święty spokój, najlepiej od razu!

– Ja tak tego nie zostawię! – warknął entuzjasta krzyków, po czym szarpnął Abigail za rękę.

Nie znosiłem jednej rzeczy. Nie jestem święty, nigdy nie byłem, ale każdej kobiecie zawsze okazywałem szacunek. Zwłaszcza po tym, kiedy w dzieciństwie naoglądałem się zachowania ojczyma względem matki.

Kretyn myślał, że mógł nią pomiatać, jak tylko mu pasowało. Mama była zbyt słaba, by odejść, ale ja w końcu nie wytrzymałem. Gdy zacząłem dorastać, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Ojczym później nigdy więcej nie podniósł na nią ręki.

Zachowanie mężczyzny, który naszedł sąsiadkę, również było brakiem szacunku wobec niej. Nie lubiłem wtrącać się w czyjeś sprawy, nie byłem typem natrętnego znajomego, ale ktoś musiał pokazać facetowi, że nie ma prawa robić czegoś takiego. Poza tym byłem zły, gdyż przez awanturę nie mogłem normalnie pracować.

– Nie słyszałeś, co pani powiedziała? – odezwałem się, dając znak, że nie byli już sami na korytarzu. Spojrzeli w moim kierunku. W oczach chłopaka dostrzegłem słabo maskowaną złość, zaś w oczach dziewczyny zaskoczenie. – Masz dać jej spokój. Odejdź, bo za chwilę możesz tego pożałować.

– Nie wtrącaj się. Dam ci dobrą radę: wróć do siebie i udawaj, że cię nie ma – odciął się nieznajomy.

– Jak ci na imię? – spytałem, dekoncentrując go w ten sposób. Kątem oka zauważyłem, iż dziewczyna przygląda się mi zaciekawiona.

– Co cię to obchodzi? Powiedziałem, żebyś się nie wtrącał.

– Ja jestem Will – kontynuowałem, ignorując fakt, że mężczyzna nie odpowiedział na pytanie. – Masz jakieś imię czy w akcie urodzenia zapomnieli ci je wpisać i już tak zostało? – Rzadko używałem sarkazmu w rozmowie z obcymi ludźmi, jednak natręt aż się o niego prosił.

– Rick – odpowiedział w końcu, sądząc prawdopodobnie, że dam mu spokój.

– Słucham? Dick? – Celowo przekręciłem jego imię. Dziewczyna parsknęła śmiechem, zaś chłopak zmarszczył brwi. – Popatrz, nawet pasuje.

– Pożałujesz tego!

Musiałem go mocno zdenerwować, bo lowelas ruszył w moją stronę. Byłem na to przygotowany. Nie z takimi chojrakami miałem do czynienia i z tym też zamierzałem sobie poradzić. Przecież Rick nie mógł wiedzieć, że kiedyś trenowałem boks. Mój prawy sierpowy nadal był niczego sobie.

Pięść wystartowała w kierunku brody przeciwnika w odpowiednim momencie. Rick czy Dick – jak wolałem o nim myśleć – na pewno nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony. Nie zdążył się uchylić. W momencie zetknięcia się pięści z jego szczęką, głowa rywala odskoczyła pod wpływem siły, którą włożyłem w uderzenie. Rick runął do tyłu.

– O cholera! – wyrwało się dziewczynie, przyglądającej się starciu.

Wtedy na nią spojrzałem. Ładna była. Dość wysoka jak na kobietę, ale wciąż niższa ode mnie. Szczupła sylwetka, jednak zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Miała długie, sięgające znacznie poza linię ramion ciemnobrązowe włosy. Oczy tego samego koloru świdrowały moją sylwetkę. Zbyt długo obserwowałem kobietę, bo Rick zdążył się podnieść. Nim obróciłem się w jego stronę, przeciwnik zaatakował. Trafił idealnie pod moim lewym okiem. Nie przewróciłem się tylko dlatego, że wpadłem na ścianę.

– Czy ty już całkiem postradałeś rozum? – Abigail podeszła do Ricka, popychając go, choć niewiele to dało. – Nic ci nie jest? – zwróciła się do mnie.

– Odejdziesz stąd po dobroci czy może chcesz poczuć ją jeszcze raz? – Pokazałem mężczyźnie pięść.

Byłem naprawdę zły. Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem typem zabijaki, który szuka byle zaczepki. Nic bardziej mylnego. Nie byłem nim, ale nie mogłem pozwolić, aby ten człowiek panoszył się przy kobiecie, która najwyraźniej sobie tego nie życzyła.

– Kim jesteś, by rościć sobie jakiekolwiek prawo do ingerencji w nie swoje sprawy? – Rick chciał znów na mnie ruszyć, ale go wyprzedziłem.

Miałem serdecznie dość typka. Zastosowałem odpowiedni unik, po czym przygwoździłem go do ściany. Nie spodziewał się tego tak samo, jak pierwszego uderzenia.

– Kimś, kto wie, co oznacza szacunek wobec kobiety, która nie życzy sobie awantury ze strony kreatury podobnej do ciebie. Znikniesz sam czy mam ci pomóc? Pytam ostatni raz. – Rick się szarpnął, ale trzymałem go wystarczająco mocno, by nie pozwolić na wyswobodzenie się.

– To nie koniec! – odpyskował, a ja uznałem, że mogę go puścić.

Jednak nie straciłem czujności po raz drugi. Nigdy nie wiedziałem, co mogłoby przyjść mu do głowy. Zrobiłem dwa kroki do tyłu, nie spuszczając faceta z oka.

– Po prostu odejdź. – Czekałem, aż sobie pójdzie.

Mężczyzna rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku Abigail, po czym odwrócił się i ruszył w stronę windy na końcu korytarza.

– Nie sądziłam, że ci się uda. – Usłyszałem. Popatrzyłem na dziewczynę, która przyglądała mi się z zaciekawieniem. – Chodźmy do mnie, przyłożę lód, zanim twarz spuchnie ci jak balon. – Nagle wysunęła dłoń, żeby złapać mnie za rękę, ale coś ją przed tym powstrzymało. Odetchnąłem z ulgą.

– Nie trzeba. Nic mi nie jest – odparowałem.

Chciałem iść do swojego mieszkania i zaszyć się w nim na powrót, jednak dziewczyna nie dała za wygraną.

– Nalegam. – Intensywność jej spojrzenia sprawiała, że łatwo się speszyłem. Wolałbym, by zniknęła za drzwiami swojego lokum. – Chodźmy, bo za moment naprawdę będziesz wyglądał nieciekawie. Wciąż możemy temu zapobiec. – Uśmiechnęła się lekko. – Poza tym jestem ci winna podziękowanie oraz przeprosiny.

– Nie jesteś mi nic winna – mruknąłem.

– Wygląda na to, że mamy odmienne zdanie, nieprawdaż? – Abbie pchnęła lekko drzwi mieszkania w zapraszającym geście.

Ostatecznie uległem namowom.

Od razu ruszyła przed siebie, zaś ja stanąłem w korytarzu. Dalej wolałem nie wchodzić.

– Nie krępuj się. Usiądź na kanapie w salonie – krzyknęła.

– Naprawdę nie ma takiej potrzeby…

Nie rozglądałem się, nie chciałem tego robić. Abbie wróciła po kilkudziesięciu sekundach z woreczkiem pełnym lodu.

– Daj spokój. Chodź! – Nagle jej drobna dłoń znalazła się na moim przedramieniu.

Kobieta skinęła głową w stronę wejścia do pokoju dziennego. Skapitulowałem po raz drugi, z czego akurat nie byłem specjalnie dumny.

– Przyłóż to, a ja przyniosę coś do picia.

– Nie zabawię długo. Nie musisz nic szykować. – Z ulgą przytknąłem lód do obitego miejsca na twarzy.

Dupek jeden, pomyślałem o Ricku, który wziął mnie z zaskoczenia. Wszystko przez to, że zapatrzyłem się na przyczynę całego zamieszania.

– Jednak chcę. – Szatynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Gdyby nie ty, tego bałwana usłyszałoby całe osiedle, nie tylko nasi sąsiedzi. – Przepraszam!

– Za co? – spytałem.

– Nazywam się Abigail Sulivan, ale znajomi mówią do mnie Abbie. – Wyciągnęła dłoń, która zawisła tuż przede mną.

Spojrzałem na nią skonsternowany. Mogłem udawać głupiego, jednak nie chciałem wyjść na niewychowanego.

– Will Carter. Miło mi cię poznać. – Uścisnąłem delikatnie palce Abigail, po czym zaraz się wycofałem. Ze zdumieniem zauważyłem, że ból na twarzy nieco zelżał. – Twój chłopak miał zły dzień?

– To kretyn, z którym nie zamierzam mieć więcej nic wspólnego. Mogę cię o coś zapytać? – Przyglądała mi się z zainteresowaniem.

Miała ładne oczy, w których nie dostrzegłem rozpaczy po świeżo zakończonym związku.

– Pewnie i tak spytasz.

– Dlaczego wyszedłeś ze swojego mieszkania? Nawet nie wiedziałam, że ktoś się do niego wprowadził.

– Usłyszałem awanturę – odpowiedziałem szczerze. – Mam też swoje zasady, w których nie ma miejsca na takie traktowanie kobiet. – Tym razem uśmiechnąłem się delikatnie.

– Dżentelmen. Dobrze wiedzieć, że ten gatunek nie jest na wymarciu. Przez Ricka niemal w to uwierzyłam. Dlaczego tak mi się przyglądasz? – spytała nagle, kiedy zbyt długo zatrzymałem na niej wzrok.

Zrobiło mi się głupio. Nie zamierzałem mówić tego na głos, ale spodobały mi się oczy Abigail. Jeśli już coś interesowało mnie w kobiecie, to były to właśnie oczy.

– Przepraszam – bąknąłem, nie chcąc wdawać się w wyjaśnienia. – Dzięki za lód, ale muszę już iść. – Odłożyłem woreczek na stolik, po czym wstałem i ruszyłem prosto do wyjścia.

– Podobam ci się? – zagadnęła Abbie, a ja zatrzymałem się w pół kroku. Nie wiedziałam czy się z nią skonfrontować, czy może zignorować zadane pytanie. – Nie zrozum mnie źle… Ale potrafię rozpoznać, kiedy mężczyzna przygląda mi się z zainteresowaniem.

– Abbie… – Obróciłem się, by móc spojrzeć jej prosto w oczy. – Abigail. – Szybko się poprawiłem. Wszak nie byliśmy znajomymi, a przecież tylko oni mogli się tak do niej zwracać. – Jesteś bardzo ładną kobietę, nie zaprzeczę, lecz to nie jest powód, dla którego tu jestem. Twój były partner zachował się jak kretyn. Szanuję kobiety i nie zamierzam przyglądać się w spokoju, jak inni przedstawiciele męskiego rodu traktują je przedmiotowo.

– Och… – Od razu zauważyłem rumieńce wypływające na twarz dziewczyny. Nie chciałem jej wprawiać w stan zakłopotania. – Przepraszam, ja…

– Nie przepraszaj. Mam nadzieję, że cię nie uraziłem.

– To ja źle zinterpretowałam sytuację. – Wypieki po chwili zniknęły z jej policzków.

A szkoda. Pomyślałem, że było jej z nimi do twarzy. Miałem ochotę uderzyć się za głupie myśli. Ewidentnie powinienem stąd znikać.

– Liczę, że nie będziesz miała więcej problemów z byłym chłopakiem.

– Ja również. Do zobaczenia, Will. – Abbie skinęła mi głową.

– Trzymaj się. – Pożegnałem się, po czym wreszcie wyszedłem z mieszkania.

* * *

Abbie

Kiedy Rick przyjechał, nie spodziewałam się, że zrobi mi publiczną awanturę. Chociaż… Powinnam być na wszystko przygotowana po tym, co zaserwował w trakcie dwuletniego związku. Należał mi się tytuł idiotki roku za to, że przymykałam oczy na jego występki.

Rick był przystojnym i dobrze rozwijającym karierę maklerem giełdowym. Poznaliśmy się przez przypadek w jednej z kawiarni, kiedy wpadliśmy na siebie. Wylał kawę na mój płaszczyk. W ramach przeprosin obiecał oddać go do pralni i odwiózł mnie do mieszkania. Kiedy przyjechał kolejnym razem, zostałam zaproszona na kolację.

Z początku wydawał się ideałem, jednak na jego perfekcyjnej powłoce szybko pokazała się pierwsza rysa. Po pół roku bycia razem nakryłam go na flirtowaniu z sekretarką. Po pożądliwym spojrzeniu, którym drobna blondynka obdarzyła mojego mężczyznę, można było się domyślić, że coś ich łączy. Zdrady mu wtedy nie dowiodłam, ale niesmak pozostał, jednak głęboko go ukryłam.

Już wtedy powinnam była rzucić Ricka, spróbować ułożyć sobie życie na nowo. On nigdy nie był dla mnie takim partnerem, jakiego pragnęłam. Jego skłonności do zdrad nie były jedyną przyczyną, dla której tak uważałam. Bo kilka miesięcy później oficjalnie przyłapałam go na niewierności.

Kocham pisać. Od jakiegoś czasu wysyłam swoje teksty do różnych wydawnictw, jednak na razie bez powodzenia. Co ma – a raczej co miał – do tego mój były chłopak? Nigdy mnie nie wspierał. Ani razu nie usłyszałam od niego: „Abbie, nie poddawaj się, przecież w końcu osiągniesz swój cel”. Nie mogłam liczyć na Ricka.

Dlaczego to wszystko tolerowałam? Tkwiłam w czymś, co z pewnością nie dawało mi szczęścia? Wstyd było się przyznać, ale nie zerwałam z nim wcześniej, bo przyzwyczaiłam się do jego obecności. Może na samym początku kochałam swojego partnera, chociaż obecnie nie byłam za bardzo przekonana o prawdziwości tego uczucia.

Na szczęście nadszedł kres i w końcu powiedziałam Rickowi, że chcę się rozejść. Nie przyjął tego dobrze. Prawdopodobnie gdyby nie Will, rozbiłabym Rickowi coś ciężkiego na głowie.

– O Boże, Abbie! Jesteś kretynką! – Z wrażenia musiałam usiąść. Wygłupiłam się przed kompletnie obcym mężczyzną.

Sąsiad od razu stanął mi przed oczyma wyobraźni. Ostatnio mało przebywałam w mieszkaniu, miałam trochę spraw na głowie. Dlatego nie miałam pojęcia, że lokal obok jest już zajęty. I to przez tak przystojnego mężczyznę.

Blondyni raczej nie należeli do grona mężczyzn, na których od razu zwracałam uwagę. Nie, nic do nich nie miałam. Jednak łatwiej wpadali mi w oko bruneci lub szatyni. Taki miałam gust, a jak wiadomo – o gustach się nie dyskutuje.

Will posiadał włosy w kolorze ciemny blond. Oczy niebieskie, ale tak wyraziste, że można było się w nich zatracić. Pewnie niejedna kobieta miała na to ochotę. Budową ciała mógłby spokojnie konkurować z moim ulubionym aktorem, Jaredem Padaleckim. Wzrostem zresztą też.

William mnie zaskoczył, kiedy wtrącił się w moją rozmowę z Rickiem na korytarzu. Gdyby nie on, nie wiem, jak ta sytuacja by się zakończyła. Dzięki niemu liczyłam, iż Rick odpuści i więcej się u mnie nie pokaże.

Pragnęłam podziękować Willowi, a także go przeprosić, bo w końcu przeze mnie oberwał. Przystojny sąsiad próbował się opierać, ale ostatecznie pozwolił mi na drobne zadośćuczynienie.

Chciałam z nim porozmawiać, dowiedzieć się o nim czegoś więcej, ale mężczyzna nie był zbyt rozmowny. Powiedziałabym, że próbował mnie zniechęcić, ale jego wzrok powiedział mi coś innego. Przynajmniej wtedy odniosłam takie wrażenie.

William zaprzeczył, aby był mną zainteresowany. Zrobiło mi się głupio. Że też wyskoczyłam z czymś takim. Byłam pewna, iż wziął mnie za kretynkę.

Musiałam więc zatrzeć złe wrażenie. Skoro mieliśmy mieszkać obok siebie – a w zasadzie już byliśmy sąsiadami – to nie chciałam, by unikał mnie jak ognia. Tamtego dnia postanowiłam dać mu spokój. Za to kolejnego podjęłam decyzję.

Kiedy uznałam, że jest już na tyle późny ranek, iż nie powinnam Willa obudzić, ruszyłam do niego. Wzięłam głęboki oddech, po czym zapukałam w drzwi. Nie było sensu odwlekać tego w czasie, bo jeszcze bym stchórzyła.

– Abigail? – Kiedy William stanął w progu, było widać, że jest zaskoczony. – Coś się stało? – Od razu wychylił głowę, aby rozejrzeć się po korytarzu. Zupełnie, jakby chciał sprawdzić, czy Rick nie kręci się w pobliżu.

– Cześć. Nie przeszkadzam? – spytałam, starając się patrzeć na jego twarz, a nie na wspaniale umięśnione ramiona. Tak pięknie prezentowały się bez zakrywających ich rękawów koszuli.

– Pracuję – odpowiedział.

Na jego obliczu dostrzegłam wahanie. Jakby walczył sam ze sobą, czy wpuścić mnie do środka, czy jak najszybciej się mnie pozbyć. – Wejdziesz? – spytał po kilku sekundach milczenia.

– Nie. – Chociaż kusiło mnie skorzystanie z tej oferty, to nie chciałam, by wziął mnie za natrętną dziewczynę. – Ale mam nadzieję, że uda mi się zaprosić cię na obiad.

– Obiad? – powtórzył William. – Chyba nie rozumiem…

– Pomogłeś mi, chociaż to nie był twój obowiązek. Dlatego zapraszam cię na obiad u mnie o czwartej po południu.

– Nie musisz, Abigail. Nie zrobiłem nic wielkiego. Wielu mężczyzn na moim miejscu postąpiłoby tak samo. – Will usiłował się wymigać. Podświadomie czułam, iż zechce odmówić.

– To tylko obiad. – Uśmiechnęłam się porozumiewawczo. – Nie zjem cię, obiecuję. – Roześmiałam się cicho.

Will zmrużył oczy. Postanowiłam, że jeśli powie nie, to dam mu spokój. Nie zamierzałam nagabywać go przy każdej okazji.

– O czwartej? – odezwał się w końcu, a mnie na chwilę zatkało. Sądziłam, iż się nie zgodzi.

– Pasuje ci ta godzina? – Wolałam się upewnić.

– Dziękuję za zaproszenie, Abigail – odpowiedział Will.

– Mów mi Abbie – odparłam z zadowoleniem. – Przecież jesteśmy sąsiadami. Od czasu do czasu na pewno będziemy na siebie wpadać. Do zobaczenia, Will. – Skinęłam mu głową na pożegnanie, po czym ruszyłam do siebie.

Nie chciałam go peszyć. Ślepy by zauważył, że William jest trochę nieśmiały. Chociaż nie było z nim tak źle, skoro dał się namówić na obiad. Naprawdę chciałam jeszcze raz mu podziękować, a przy okazji spróbować poznać. Ciekawiło mnie, kim jest człowiek, który w tak gwałtowny sposób zareagował na awanturę wywołaną przez Ricka. I dlaczego był taki skryty.

Przed wyznaczoną porą miałam wszystko gotowe. Przez myśl mi przeszło, czy Will nagle nie zrezygnuje. Dzwonek do drzwi rozwiał moje wszelkie wątpliwości.

– Cześć. Wejdź, proszę. – Przesunęłam się, by William mógł wejść do środka. – Co tam masz? – spytałam, widząc, że mężczyzna trzyma pakunek w dłoni.

– Kupiłem kawałek ciasta. Pomyślałem, że skoro ty przygotowałaś obiad… – zaczął, po czym gwałtownie zamilkł.

– Świetny pomysł. – Ucieszyłam się. – Chodź za mną. – Ruszyłam pierwsza do salonu, gdzie stał już nakryty stół. Musiałam tylko przynieść wazę, do której przełożyłam gulasz z zielonych papryczek. – Usiądź.

– Nie musiałaś aż tak się trudzić, Abigail… Abbie. – Uśmiechnęłam się, słysząc, jak szybko się poprawił. Wzięłam, co miałam wziąć, po czym wróciłam do salonu.

– To nic takiego, naprawdę – odpowiedziałam, stawiając potrawę na stole. – Lubię gotować. Mam nadzieję, że będzie ci smakowało i lubisz ostre jedzenie. – Nałożyłam mu solidną porcję.

– Prawdę mówiąc, nawet bardzo – odparł krótko i nabrał na łyżkę nieco gulaszu. Wpatrywałam się w niego, czekając na jakąś reakcję. – Bardzo dobre – pochwalił.

– To przepis mojej babci. – Ucieszyłam się, iż danie mu posmakowało. Sama zabrałam się za konsumpcję. – Zapomniałam cię zapytać, co lubisz, więc postanowiłam zaryzykować z gulaszem.

– Jest świetny.

– Mogę zapytać, kiedy się wprowadziłeś? – spytałam po chwili.

Nie lubiłam przedłużającej się ciszy, a William – póki co – nie wykazywał większej skłonności do rozmowy.

– Cztery dni temu. A ty? Długo tu mieszkasz? – Sięgnął po sok, który stał na stole.

– Trzy lata. Bardzo lubię naszą okolicę. Nie ma u nas ciągłego zgiełku, który panuje w centrum miasta. Sąsiedzi są bezproblemowi… Chociaż ty nie do końca możesz to samo powiedzieć – zażartowałam.

– Nie ma w tym twojej winy. Mam nadzieję, że twój były zrozumiał przekaz. Jeśli znowu będzie się ci naprzykrzał, możesz do mnie zapukać. Chętnie z nim porozmawiam. – W jego oczach dostrzegłam niechęć do Ricka.

– Dziękuję. Oby nie było takiej potrzeby. Chodzi mi o to, że nie będziesz musiał z nim rozmawiać – wyjaśniłam pospiesznie. – Czym się zajmujesz, Will? Jeśli twój zawód nie jest żadną tajemnicą – dodałam.

– Jestem informatykiem – odpowiedział po raz pierwszy z zadowoleniem w głosie.

Spojrzał mi krótko w oczy, ale zaraz uciekł wzrokiem na bok. Musiałam przyznać, iż byłam zaskoczona. Zwyczajnie nie trafiłam wcześniej na mężczyznę tak skrytego jak on. Nawet nie przypuszczałam, że tacy mogą istnieć.

– Naprawdę? – Nigdy nie znałam żadnego informatyka. W ogóle komputery były dla mnie czarną magią.

– To jakiś wymierający zawód, że tak zareagowałaś? – zapytał, kończąc posiłek.

Kąciki ust blondyna uniosły się lekko do góry.

– Po prostu niemal wszystko, co jest związane z komputerami, stanowi dla mnie zagadkę, której nigdy nie rozwiążę. Czasami mi się wydaje, że ludzie pracujący w tym zawodzie mają jakieś nadzwyczajne zdolności. Jedyne, co ja potrafię zrobić na laptopie, jest pisanie w edytorze tekstu. I jeszcze kilka innych prostych rzeczy.

– A czym się zajmujesz? – Will oparł się na krześle. Wydawał się mniej spięty niż na początku. Nasza konwersacja rozwijała się bardzo powoli, ale nie zamierzałam narzekać.

– Pracuję jako makijażystka. Gdybyś był kobietą, zaoferowałabym ci moje usługi.

– Jestem pewien, że masz je komu oferować. Lubisz swój zawód? – Od czasu do czasu obdarzał mnie przelotnym spojrzeniem, ale nigdy nie patrzył mi w oczy zbyt długo.

– Bardzo – potwierdziłam. – Komuś może się wydawać mało ciekawy, ale mi naprawdę sprawia przyjemność możliwość uwydatnienia ludzkiego piękna. Od dziecka lubiłam malować. Najpierw po kryjomu korzystałam z przyborów mojej mamy, ucząc się na sobie. Później na siostrze i koleżankach, które zaczęły korzystać z moich zdolności przy różnych okazjach. Teraz pracuję w jednym z salonów w centrum miasta.

– Czyli mogę powiedzieć, że zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność. – W oczach Willa dostrzegłam aprobatę.

– Zdecydowanie tak! – potwierdziłam ochoczo. – Skąd u ciebie miłość do komputerów?

– Przypadek – odpowiedział po kilku sekundach. – Będąc dzieckiem, zostałem po lekcjach pomóc nauczycielowi od informatyki. Musiał coś zrobić przy dwóch komputerach, już nie pamiętam co. Siedziałem obok niego, patrząc, jak pracuje. Poprosiłem go, czy mógłbym przychodzić na dodatkowe lekcje. Zgodził się. A później złapałem bakcyla i sam się uczyłem.

Spoglądałam na niego zafascynowana. Czym? Tym, jak o tym mówił. W głosie Cartera słychać było zachwyt, a także lekką melancholię. Jednak kiedy zauważył, jak na niego patrzę, znów się speszył.

– Pójdę już. – Wstał od stołu. Nie patrzył już na mnie.

– Zaczekaj! – Próbowałam go zatrzymać. – Nie jadłeś ciasta.

– Przepraszam, ale się śpieszę. Muszę zrobić na jutro kilka rzeczy do projektu dla jednego z moich klientów – odpowiedział, ale miałam wrażenie, iż to tylko wymówka.

– Fajnie, że przyszedłeś. – Postanowiłam odprowadzić gościa do drzwi. – Może zaglądniesz jutro na kawę? Albo ciasto? Sama tyle nie zjem.

– Zobaczymy.

Znów ten dystans. O dziwo, nie czułam się urażona. Nie miałam powodu, by tak się czuć. Coś musiało się kryć za jego postawą. Nie chciało mi się wierzyć, że facet z takim wyglądem traktuje kobietę z taką rezerwą. Byłam ciekawa, dlaczego mój nowy sąsiad był, jaki był.

– Dziękuję… Abbie. – Gdy to powiedział, uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi.

– Nie ma za co, Will. Do zobaczenia. – Patrzyłam, jak idzie do siebie i po chwili znika za drzwiami. – Jeszcze cię poznam – mruknęłam pod nosem, po czym wróciłam do mieszkania.

* * *

Will

– Stary, jesteś w domu? – W słuchawce usłyszałem głos Mylesa, jednego z dwóch moich najlepszych przyjaciół.

– Jeśli ty pytasz, to mnie nie ma – odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko, chociaż Myles nie mógł tego zobaczyć.

– Za piętnaście minut będziemy u ciebie. Szykuj piwo! – Ostatnie słowa wykrzyczał przez słuchawkę, po czym się rozłączył.

Cóż miałem zrobić? Domyślałem się, że Myles przybędzie razem z Mattem, trzecim kumplem z naszej ścisłej trójki. Na szczęście wczoraj zrobiłem zakupy – a tknięty jakimś przeczuciem – wziąłem też piwo. Zupełnie jakbym spodziewał się ich wizyty.

Piętnaście minut po telefonie przyjaciele faktycznie stali pod moimi drzwiami.

– Will! Nie chwaliłeś się! – zaczął Matt, gdy tylko przekroczył próg mieszkania. Za nim wszedł Myles z wielkim pudełkiem z logo pizzeri. Czyli zapowiadało się dłuższe posiedzenie. Zawsze tak było, kiedy przychodzili do mnie z pizzą.

– Oświecisz mnie, czym miałem się pochwalić?

Ruszyłem za nimi. Panowie szybko rozlokowali się w salonie na kanapie, ja zająłem fotel. Spojrzałem na nich, oczekując odpowiedzi.

– Że masz taką gorącą sąsiadkę! – Matt skarcił mnie spojrzeniem jak małe dziecko, które coś przeskrobało. – Teraz już wiem, dlaczego tak bardzo napaliłeś się na to mieszkanie. – Przyjaciel uśmiechnął się znacząco.

– Sąsiadkę? – W pierwszym momencie nie zrozumiałem.

– Seksowna szatynka, wysoka, szczupła, niezły tyłek. – Matt zaczął wymieniać jej atrybuty.

– Ma na imię Abigail – powiedziałem odruchowo.

– Patrz, jest z nią już po imieniu. Wiedziałem, że po prostu potrzebowałeś odpowiedniej laski, żebyś przestał zachowywać się jak mnich. – Myles otworzył karton z pizzą. – A piwo?

– Coś jeszcze? – spytałem kpiąco, jednak wiedziałem, iż kumpel nie poczuje się urażony. Tak właśnie wyglądały nasze rozmowy, kiedy się spotykaliśmy. Wstałem i przyniosłem kilka puszek. – Abigail jest tylko moją sąsiadką.

– Jak długo Will tutaj mieszka? – Myles zwrócił się do Matta, który spojrzał na mnie znacząco. Dobrze znałem ten wzrok. Zaczynało się.

– Tydzień – podpowiedział Matthew.

– I jest z sąsiadką po imieniu. W sumie nie będziesz miał daleko, Will. – Myles wybuchnął śmiechem. Z kim ja się przyjaźniłem?

– Kręci cię takie zachowanie? – spytałem. Miałem ochotę rzucić w niego poduszką, ale zdawałem sobie sprawę, że to dziecinne zagranie.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – odpowiedział radośnie. – Masz niezłą dziewczynę po sąsiedzku, weź się za nią.

– Nie jestem zainteresowany – odparłem niedbale. Przynajmniej miałem nadzieję, iż tak to zabrzmiało. Jednak zapomniałem, że chłopaki dobrze mnie znali.

– Kiedy będziesz? Za dwadzieścia lat? – zapytał dla odmiany Matt. Już się nie śmiał. Zirytowałem się. Ile razy jeszcze mieliśmy wałkować ten sam temat?

– Nie potrzebuję żadnej kobiety. Mam swój świat, jest mi w nim dobrze.

– Świat wirtualny nie zastąpi ci realnego. Jak długo zamierzasz chować się w tej skorupie? – Myles dołączył do kumpla.

– Nie chowam się w żadnej skorupie. Czy wyglądam na nieszczęśliwego? – spytałem, przybierając na twarz sztuczny uśmiech.

– Mogę go udusić? – Matt zerknął znacząco na Mylesa. – Mam ci zrobić pranie mózgu, żebyś odzyskał rozum? – Tym razem pytanie skierował do mnie.

– O co wam chodzi? Nie jestem nieszczęśliwy. Mam pracę, którą uwielbiam. Przeprowadziłem się w nowe miejsce.

– O to, że nie możesz wiecznie tkwić w przeszłości. Anna nie jest tego warta. Damon tym bardziej.

– Zamknąłem ten rozdział już dawno temu. – Starałem się nad sobą panować. Nie chciałem do tego wracać, ale przyjaciele ciągle wywlekali ich temat na wierzch.

Niestety, przykre wspomnienia wróciły. Zbudowałem wokół siebie ścianę, która miała mnie przed nimi chronić, ale czasami nawet ona nie dawała rady.

Kiedyś spotykaliśmy się w czwórkę. Ja, Matt, Myles i Damon. Ten ostatni był dla mnie jak brat, bo nie dość, że byliśmy kuzynami, to wychowywaliśmy się razem niemal przez całe życie. Nawet na studia poszliśmy na ten sam kierunek.

Na uczelni poznaliśmy Matta i Mylesa. Wkrótce staliśmy się nierozłączni.

W trakcie nauki udało mi się nawiązać niewielki kontakt z kilkoma dziewczynami, ale jakoś żadna z nich nie potrafiła sprawić, że zakocham się i przepadnę w tym uczuciu. Może przeszkodą było to, że zamykałem się w sobie. Aż poznałem Annę. Dość szybko udało się jej dotrzeć do mojego wnętrza.

Anna była ucieleśnieniem moich marzeń. Piękna niebieskooka blondynka z włosami sięgającymi talii. Uwielbiałem wsuwać w nie dłonie, przeczesywać je palcami.

To Damon mnie z nią poznał i byłem mu za to wdzięczny. Spędziłem z Anną dwa cudowne lata, zanim mnie zdradziła. Z kim? Z Damonem.

To był dla mnie cios prosto w serce. Dwoje najbliższych mi ludzi, którym ufałem jak nikomu na świecie.

Przetrwałem tylko dzięki Mattowi oraz Mylesowi. Nie pozwolili, żebym zrobił coś głupiego, wspierali mnie i wysłuchiwali. Wiele im zawdzięczałem. Pokazali, że mogę na nich liczyć w każdej chwili. Nigdy nie zapomniałem, jak wiele dla mnie zrobili.

Minęło kilka miesięcy, a ja nie chciałem słyszeć żadnej wzmianki na temat umawiania się z jakąkolwiek kobietą. One przestały dla mnie istnieć. Zewnętrzna powłoka się nie liczyła, bo kojarzyła mi się z tym, że środek może być zepsuty. A nie miałem ochoty naciąć się drugi raz. Nie wiem, czy w końcu to by mnie nie zabiło.

– Chcesz być sam do końca życia? – spytał Myles.

Rozumiałem jego troskę, jednak nie miałem zamiaru zmienić zdania.

– Czy ja kiedykolwiek narzekałem? – odpowiedziałem pytaniem. – Pracuję w zawodzie, który uwielbiam, rozwijam się. Nie potrzebuję nic więcej do szczęścia.

– Mógłbyś chociaż spróbować – dodał Matt.

Obaj kumple byli uparci, ale ja byłem jeszcze bardziej.

– Podziękuję. Jeśli macie ochotę, sami możecie zagadać do Abigail. Ostatnio rozstała się ze swoim chłopakiem – wspomniałem.

– Wiesz, jak ma na imię… – Matt zaczął wyliczać. – Wiesz również, że nie ma faceta. To okazja jak marzenie! Mam zapytać w twoim imieniu, czy Abbie się z tobą umówi? – zaproponował w żartach, choć przez chwilę pomyślałem, iż naprawdę byłby do tego zdolny. Az wzdrygnąłem się na samą myśl.

– A chcesz chodzić o własnych nogach czy może jeździć na wózku? – warknąłem, czym go rozbawiłem.

– Jeśli tylko moje nieszczęście sprawiłoby, że odzyskałbyś rozum, to mogę jeździć. Więc jak będzie? Umówisz się z Abigail? – Matthew nie dawał za wygraną.

– Skoro masz ochotę, możesz zaprosić ją na kolację. Ty! – dodałem z naciskiem na ostatnie słowo.

– Ok, pójdę. – Wstał, a ja spojrzałem na niego zaniepokojony. On naprawdę skierował się w stronę drzwi!

– Dokąd idziesz? – Poderwałem się z fotela i ruszyłem za nim.

Matthew był już niemal przy wyjściu. Zdążył złapać za klamkę, zanim go dopadłem. Ewidentnie miałem pecha. Kiedy znalazłem się na korytarzu, dostrzegłem, jak z windy wysiada nie kto inny, tylko Abbie. Zakląłem w myślach, widząc szeroki uśmiech na twarzy przyjaciela.

– Masz na imię Abigail? – Kumpel zapytał prosto z mostu. W przeciwieństwie do mnie był aż nazbyt bezpośredni.

– Matt, daj spokój. – Zerknąłem na sąsiadkę, która przystanęła, przypatrując się nam z zaciekawieniem. – Cześć, Abbie. Wybacz mu, jest trochę nieogarnięty. Już wracamy do mieszkania.

– Cześć – odpowiedziała dziewczyna. – Tak, jestem Abbie. A ty? – spytała Matta. Nie wyglądała ani na zakłopotaną, ani złą, że jakiś obcy mężczyzna zaczepia ją przed jej mieszkaniem.

– Matthew, przyjaciel Willa. Mój drogi kolega właśnie mi opowiadał, że ma bardzo miłą sąsiadkę.

– Naprawdę? – Twarz Abigail rozjaśnił szczery uśmiech. – Cieszę się, że tak myśli. Mam nadzieję, że mój obiad miał w tym niemały udział – dopowiedziała, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię.

Celowo nie wspominałem chłopakom o popołudniu spędzonym u sąsiadki. Byłem świadomy, iż wtedy już w ogóle nie będę miał życia. Abbie niechcący mnie wydała, ale nie mogłem mieć do niej pretensji.

– Jedliście już obiad? – Przyjaciel odwrócił się w moją stronę. Posłał mi znaczące spojrzenie, które mogłem odczytać tylko w jeden sposób: JESZCZE SOBIE POROZMAWIAMY. – Will! I ty jeszcze się nie zrewanżowałeś? Musisz mu wybaczyć, Abbie. On jest czasami nieogarnięty.

– Daj jej spokój. Jestem pewny, że Abigail się śpieszy! – syknąłem.

– W istocie. Muszę jechać z powrotem do miasta – odpowiedziała, patrząc mi w oczy. Wydawała się rozbawiona, jakby wiedziała, jakiemu celowi miała służyć zagrywka przyjaciela. – Matt, było mi miło cię poznać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

– Też na to liczę. – Mój kumpel uśmiechnął się czarująco. – Może kiedyś dołączysz do nas przy piwie.

– Chętnie. – Abbie zachichotała. – Do zobaczenia, panowie. – Pomachała nam, wchodząc do siebie.

– Widzisz, jak to się robi? – Matt zwrócił się mnie. Był z siebie dumny.

– Kretyn! – warknąłem na niego, zawracając do mieszkania. Wolałem, by Abbie nie musiała wysłuchiwać naszej wymiany zdań. – Co ty wyprawiasz? – spytałem, gdy byliśmy już w salonie.

Myles musiał wszystko słyszeć, bo wyglądał na rozbawionego.

– Próbuję zacieśnić twoje stosunki z nową sąsiadką, aż sam je w końcu zacieśnisz na dobre – odparł Matthew, sięgając po niedopite piwo. Spojrzał przy tym na mnie znacząco. – Swoją drogą, nie pochwaliłeś się, że jedliście razem obiad.

– Zaraz zacisnę dłonie na twojej szyi! – warknąłem.

Kochałem tego debila niczym rodzonego brata, ale czasem doprowadzał mnie do szału swoim wtrącaniem się. Nie potrzebowałem opiekunki, która załatwi mi randkę. Nie chciałem na nie chodzić. Pominąłem milczeniem wzmiankę o obiedzie z Abigail.

– Zobaczysz, że jak wreszcie spuścisz trochę pary, od razu poczujesz się lepiej, a świat stanie się przyjemniejszym miejscem – wtrącił się Myles. – Nie kwaś się, bo ci jeszcze tak zostanie, a szkoda by było takiej ładnej buźki.

– Spodobałeś się Abbie. – Matt najwyraźniej nie zamierzał dziś zamilknąć. – To jak było z tym obiadem?

– Nie umówię się z nią. Odpuście sobie! A obiad niech cię nie interesuje!

– Kiedyś pękniesz. Nikt nie da rady wiecznie żyć w celibacie. Nawet ty, terminatorze. – Myles i te jego porównania. – Jeśli ty nam nie powiesz, to zapytam Abbie.

– Nie wszystko musi sprowadzać się do seksu. Radziłbym ci zająć się swoim życiem, nie moim. I nie zbliżaj się do Abigail.

– U mnie wszystko jest w najlepszym porządku. Amy nie narzeka. – Nie wiem, co mnie bardziej doprowadzało do szału. Sam Myles czy może jego pełen zadowolenia uśmiech. – Jesteś zazdrosny?

– Więc postaraj się, by nic nie uległo zmianie. Nie jestem o nikogo zazdrosny. Ale Amy może się nie spodobać, że zaczepiasz obcą dziewczynę, i to jeszcze tak ładną. – W końcu sam sięgnąłem po piwo.

Musiałem się uspokoić, bo wiedziałem, że ci dwaj nie dadzą mi spokoju, dopóki im się nie znudzi. Groźba wobec kumpla była tylko słowami bez pokrycia. Nigdy bym jej nie spełnił, ale musiałem coś powiedzieć, by się ode mnie odczepił.

– Widać, że dziewczyna mu się spodobała. – Myles wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Nie wytrzymałem, po czym rzuciłem w niego poduszką. Uzyskałem tylko tyle, że wywołałem u obu przyjaciół salwę śmiechu. Nie pozostało mi nic innego, jak ignorować ich zaczepki.

* * *

Abbie

Uwielbiałam poranki. Chwile, kiedy mogłam wyjść z kubkiem gorącej kawy na balkon, zaczerpnąć pełną piersią świeżego powietrza, przyglądać się, jak ludzie zaczynają kolejny dzień. Byłam chyba jedyną osobą w naszym budynku, która praktykowała takie rzeczy. Nigdy nie zauważyłam, żeby ktokolwiek robił to samo. Mieszkałam na pierwszym piętrze, więc dość nisko, ale wszędzie panowała cisza. W ogóle ludzie mało wychodzili na balkony.

Dzisiaj nie było inaczej. Wreszcie nadszedł weekend. Miałam więcej czasu na swoją pasję, którą od jakiegoś czasu próbowałam przekształcić w coś więcej niż hobby. Na razie bezskutecznie, ale się nie poddawałam.

Usiadłam w wiszącym fotelu, po czym upiłam łyk aromatycznego napoju. Kiedy nacieszę się porankiem, zasiądę do pisania trzeciej powieści.

Tak, byłam pisarką. Skąd wzięła się taka pasja, która z każdym dniem pochłaniała mnie coraz bardziej? Z przypadku. Miałam koleżankę, która jakiś czas temu zaczęła bawić się w pisanie. Czytałam jej teksty, aż któregoś razu pomyślałam, że też chciałabym stworzyć własną historię. Usiadłam do laptopa, wyobraziłam sobie jakąś scenę, a następnie… spisałam ją.

Później zaczęłam wymyślać i dopisywać kolejne sceny. Aż coś, co początkowo miało być opowiadaniem, urosło do wielkości książki. Gdy ją skończyłam, poczułam satysfakcję, ale również pustkę.

Spodobało mi się tworzenie, jednak nie miałam o czym dalej pisać. Historia została zamknięta. Wymyśliłam więc kolejną. Wszystko zaczęło się od nowa.

Odwiedzałam różne fora oraz portale dla osób takich jak ja. Chciałam podzielić się z kimś emocjami, które mi towarzyszyły, kiedy spisywałam swoje pomysły. Pragnęłam poznać opinie innych piszących. W końcu ktoś mi zasugerował, żebym rozglądnęła się za wydawcą, który chciałby wydać moje teksty. Tak też zrobiłam.

Nie byłam naiwna, a przynajmniej nie do takiego stopnia, by pomyśleć, że to będzie bułka z masłem. Poszukiwałam wydawnictwa od dobrych kilku miesięcy, na razie bez pozytywnego skutku. Jednak nie traciłam nadziei, że kiedyś mi się uda. Bardzo chciałam spełnić to marzenie.

Nagle usłyszałam hałas z boku, konkretnie na sąsiednim balkonie po prawej stronie. Spojrzałam zaciekawiona w tamtym kierunku, gdyż balkon należał do Willa, mojego nowego sąsiada.

Prawie upuściłam kubek z kawą, kiedy mym oczom ukazał się widok, którego na pewno nie spodziewałam się zobaczyć dzisiejszego poranka. Will wyszedł na zewnątrz i oparł się dłońmi o barierkę. Spoglądał gdzieś przed siebie. Miał na sobie jedynie szorty, nic więcej. Z pewnością nie był świadomy mojej obecności.

Przez dłuższą chwilę nie byłam w stanie oderwać wzroku od jego ciała. Umiał o nie zadbać, co było widać gołym okiem. Pomijając ramiona, które przecież miałam okazję wcześniej zobaczyć, to reszta wcale nie prezentowała się gorzej. Czyste mięśnie, ani grama zbędnego tłuszczu.

Powinnam siedzieć cicho i napawać się nieoczekiwanym, wielce przyjemnym widokiem, ale poczułam ducha przekory. Miałam nieodparte wrażenie, że Will zaraz ucieknie, jeśli tylko dam mu znać, iż nie jest tu sam, ale co tam.

– No, no, no… – przemówiłam w końcu, mając nadzieję, że nie słychać lekkiej chrypki w głosie. – Trenujesz?

Mężczyzna zastygł jak słup soli. Z tak bliskiej odległości mogłam dostrzec, jak zaciska dłonie na poręczy. Westchnęłam cichutko.

– Abigail. – Miękko wymówił moje imię. Po chwili odwrócił twarz, aż wreszcie nasze oczy się spotkały. – Nie wiedziałem, że tu jesteś…

– Ja nie wiedziałam, że lubisz pobyć z rana na balkonie. Tutaj raczej nikt tego nie robi. – Zaśmiałam się cicho, po czym upiłam nieco kawy z kubka.

– Byłem przekonany o tym samym – odpowiedział. Już nie spoglądał mi w oczy. – Dasz mi chwilę? – spytał. Jednak nie poczekał na moją odpowiedź, tylko od razu ruszył z powrotem do swojego mieszkania.

No cóż, mogłam się tego spodziewać. Nie poczułam się ani odrobinę zaskoczona, kiedy wrócił kompletnie ubrany. Zasłonił nawet ramiona, zakładając koszulę. Co prawda podwinął rękawy do łokcia, ale góra pozostała zakryta.

– A więc też lubisz posiedzieć na balkonie z kawą? – Ruchem głowy wskazałam mu swój kubek.

– Właściwie tak – odparł. – Nie spodziewałem się, że moja sąsiadka będzie miała taki sam zwyczaj. – Will nadal wyglądał na speszonego. – Ale dobrze cię widzieć, Abigail.

– Naprawdę? – spytałam zaskoczona. – Dlaczego?

– Jestem ci winien przeprosiny. Za Matta – dodał po chwili, kiedy dostrzegł mój pytający wzrok.

– Daj spokój. Przecież nic się nie stało. Masz bardzo zabawnego przyjaciela. – Uśmiechnęłam się szeroko na wspomnienie nieoczekiwanego spotkania sprzed dwóch dni na korytarzu.

– Raczej lubiącego za dużo mówić. – Zapatrzył się gdzieś przed siebie. Pomyślałam, że chciałabym wiedzieć, o czym on teraz myśli. Sąsiad zaciekawił mnie od pierwszej chwili, kiedy go poznałam. – W każdym razie…

– Nie musisz mnie przepraszać. Gdzie masz swoją kawę? – spytałam, licząc po cichu, że nie ewakuuje się lada moment z powrotem do siebie. Poranek zaczął się tak miło, niech trwa jak najdłużej.

– Jeszcze nie nastawiłem ekspresu. – Posłał mi krótkie spojrzenie.

– To się świetnie składa! – Gdybym miała wolne dłonie, na pewno zaczęłabym klaskać. Szybko odstawiłam kubek na stolik, po czym wstałam. – Zaczekaj chwilę.

– Po co? – Tylko tyle zdążyłam usłyszeć, zanim weszłam do swojego mieszkania. Miałam pełen dzbanek kawy i chciałam poczęstować nią Willa.

– Proszę! – Podałam napój, który dla niego przyniosłam. – Najlepiej pije się w towarzystwie. Moja mama zawsze mi powtarza te słowa.

– Nie trzeba było… – Usiłował protestować, ale chyba głupio mu było mi odmówić. W końcu przyjął ode mnie drobny prezent.

– To nic wielkiego, Kiedyś będziesz mógł się zrewanżować – odpowiedziałam, stając bokiem do niego. Trwaliśmy oboje przy granicy naszych balkonów połączonych z boku do połowy barierką, a w połowie białą ścianą od podłogi aż do sufitu.

– Jesteś rannym ptaszkiem? – spytał Carter po chwili ciszy.

– Coś w tym dziwnego? – Zaśmiałam się, przyglądając mu się od czasu do czasu. – Moim zdaniem szkoda cennego czasu na przesypianie tak cudownych chwil.

– Cudownych chwil? – Will zmarszczył czoło, nie mając pojęcia, co mam na myśli.

– Tak. Czy to nie jest piękne, że mogę posiedzieć tak z rana? Delektować się kawą, herbatą czy co kto lubi? Spoglądać, jak zaczyna się kolejny dzień naszego życia? W tygodniu nie mam czasu, zawsze śpieszę się do pracy. Zostają mi jedynie weekendy. Wtedy przychodzę tutaj, siadam tam – wskazałam fotel bujany w kształcie kokonu – i mogę pomyśleć o wszystkim, o czym sobie tylko zamarzę. Lubię planować kolejne dni, zastanawiać się nad celem, ku któremu podążam.

– Co jest twoim priorytetem? – spytał Will nieoczekiwanie. Naprawdę cieszyłam się, że znowu przede mną nie uciekł.

– Chcę zostać pisarką – odpowiedziałam szczerze.

W sumie nie znałam sąsiada. Nie wiedziałam, czy mnie nie wyśmieje. Mógł tak zrobić, chociaż nie wyglądał mi na osobę, która nabija się z marzeń innych ludzi. Raczej na kogoś, kto je zrozumie.

– Piszesz? – W jego głosie usłyszałam zdziwienie, więc spojrzałam na Williama.

– Tak. Na razie głównie do szuflady…

– Lubisz to, prawda? – Pytanie musiało być retoryczne, bo mężczyzna uśmiechnął się, jakby doskonale o tym wiedział. Ależ on miał piękny uśmiech.

– Uwielbiam. Chęć pisania objawiła się u mnie dość nieoczekiwanie… – I zamilkłam. Nagle przyszło mi do głowy, że Will może nie chcieć słuchać o moich marzeniach. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej?

– Słyszę pasję w twoim głosie. Mam nadzieję, że wkrótce osiągniesz sukces – odezwał się w końcu. – Dziękuję za kawę, Abbie. – Oddał mi kubek, a wtedy nasze palce musnęły się przelotnie. To było przyjemne uczucie, które zniknęło równie szybko, jak mój towarzysz zabrał swą dłoń. Popatrzyłam na niego, ale Carter wbił wzrok w podłogę. – Muszę już iść. Mam sporo pracy.

– Miłego dnia, William! – powiedziałam, zanim zdążył mi zniknąć z oczu.

Wtedy podniósł na mnie wzrok, po czym uniósł lekko kąciki ust w uśmiechu. Chciałam go zapytać, dlaczego jest skryty i płochliwy. Czy był taki zawsze, czy może ktoś sprawił, że wolał się wycofywać? Jednak wiedziałam, że to nie byłoby właściwe pytanie na chwilę obecną. Pragnęłam poznać sąsiada nie tylko dlatego, że spodobał mi się fizycznie. Will najbardziej zaintrygował mnie swoją postawą oraz zachowaniem wobec mnie.

– Wzajemnie, Abbie. – Na odchodne mężczyzna skinął głową.

Patrzyłam za nim, ale gdy tylko wszedł do salonu, zniknął mi z oczu. Nie chciałam, by pomyślał o mnie jak o stalkerze. Odsunęłam się od barierki, po czym zrobiłam dokładnie to samo, co Will przed chwilą. Wróciłam do mieszkania.

* * *

Will

– Możemy spotkać się za godzinę, jeśli to panu odpowiada – odpowiedziałem klientowi, z którym właśnie prowadziłem rozmowę telefoniczną.

Nadszedł kolejny tydzień, a ja byłem zwarty i gotowy do pracy. Uwielbiałem działać.

– Przygotowałem wstępny plan, ale o tym porozmawiamy już osobiście. Tak, oczywiście. Widzimy się wkrótce. W takim razie do zobaczenia w pańskim biurze.

Rozłączyłem się, po czym złapałem za marynarkę. Na spotkania biznesowe zawsze ubierałem się elegancko, chociaż nie musiałem tego robić. W końcu nie pracowałem dla żadnej korporacji, gdzie panował dress code.

Po prostu uważałem, że człowiek, który przykłada uwagę do wyglądu w sprawach zawodowych, jest bardziej wiarygodny. Poza tym lubiłem taki styl na zebraniach. Dobrze się czułem w garniturach, chociaż rzadko zakładałem do nich krawat.

Złapałem za aktówkę, w której miałem już wszystkie dokumenty przygotowane dla klienta. Szybki rzut oka po mieszkaniu, czy niczego nie zapomniałem i mogłem wychodzić.

Widok Ricka pod drzwiami Abigail nieco wytrącił mnie z równowagi. Nie spodziewałem się go tutaj, a już na pewno nie po ostatnim razie. Facet miał tupet, musiałem mu to przyznać. Zamierzałem się odezwać, kiedy drzwi do mieszkania sąsiadki otworzyły się i dziewczyna pojawiła się w progu. W momencie gdy dostrzegła Ricka przed sobą, już wiedziałem, że go nie oczekiwała.

Abbie przybrała bojową minę, ale na jej twarzy pojawiło się również zaskoczenie, kiedy mnie zobaczyła.

– Co tu robisz? Czy ostatnio nie wyraziłam się jasno?

Kobieta przekręciła klucz w zamku, po czym na powrót odwróciła się w stronę byłego partnera. Najwyraźniej nie zamierzała być dla niego uprzejma. Rick uśmiechnął się czarująco. Ja zamknąłem mieszkanie, zastanawiając się, czy znowu interweniować, czy może zostawić Abbie z tym samą. W końcu nie chciałem, by uznała, że mam coś do niej, bo tak to mogłoby wyglądać.

– Abbie, skarbie mój, daj mi pięć minut. Wszystko wyjaśnię… – zaczął Rick, ale dziewczyna mu przerwała.

– Spadaj! Kochanie, idziemy? – zwróciła się do mnie, przechodząc obok osłupiałego mężczyzny. Gdy do mnie podeszła, wsunęła mi dłoń pod ramię i lekko zacisnęła na nim palce. Uśmiechała się tak pogodnie, jakby w tej sytuacji nie było nic dziwnego.

– Co to ma znaczyć? – warknął Rick, widząc, co się dzieje. Na szczęście zdołałem opanować zaskoczenie, chroniąc Abigail przed zdemaskowaniem.

– To, że ostatnio najwyraźniej za mało ci przywaliłem. Jeśli nie rozumiesz, zawsze mogę jeszcze raz wytłumaczyć ci pewne sprawy ręcznie. – Posłałem mu groźne spojrzenie. – Idziemy? – Tym razem ja zwróciłem się do Abbie, która skinęła potakująco głową.

– Oczywiście. – Rick musiał być nie tylko wściekły, ale również zdumiony zaistniałymi okolicznościami, bo nawet za nami nie ruszył. W sumie na jego szczęście, bo gdybym musiał się przez niego przebierać i spóźniłbym się na ważne spotkanie, to zabiłbym gnojka.

Na dół zeszliśmy schodami. Nie lubiłem czekać na windę. Poza tym mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Abbie się nie odzywała, ale wyczułem, że jest spięta. Na pewno czekała na atak Ricka. Nie tylko ona była zdenerwowana, ja również.

– Nie ma go. Jesteś bezpieczna – odezwałem się, kiedy znaleźliśmy się na parkingu tuż przy jej samochodzie.

– Dziękuję, Will. – Dziewczyna spojrzała na mnie z wdzięcznością. – I przepraszam. Nie wiedziałam, że on tam jest. Naprawdę myślałam, że dał sobie spokój po ostatniej awanturze. Trochę spanikowałam, a kiedy zobaczyłam ciebie…

– Daj spokój. – Abbie wysunęła swoją dłoń, a ja odsunąłem się nieznacznie. Było mi gorąco. – Zachowałaś się intuicyjnie.

– Nie jesteś na mnie zły? Wykorzystałam cię, by Rick pomyślał, że my… Przepraszam. Chyba jednak nie powinnam była tak robić. – Widać, że czuła się głupio, widziałem to po niej. Nie chciałem, by miała wyrzuty sumienia.

– Abbie… – Lekko dotknąłem palcami jej ramienia, po czym gwałtownie zabrałem swoją dłoń. Moja sąsiadka skupiła na mnie wzrok. – Wszystko w porządku. Nie jestem zły i nie zamierzam być. Myślisz, że on długo może tak cię nachodzić? – spytałem, bo jeśli pojawił się dzisiaj, to równie dobrze może spróbować za kilka dni. Zerknąłem przez ramię, aby sprawdzić, czy go nie widać. – Idzie! – powiedziałem, zmieniając nagle temat.

Zadziałałem instynktownie, zupełnie jak Abbie na korytarzu. Objąłem ją w pasie, po czym przyciągnąłem do siebie. Od tyłu mogło to wyglądać tak, jakbyśmy się całowali. Trwaliśmy w takiej pozycji dobrych kilkadziesiąt sekund, aż usłyszałem oddalające się w drugą stronę kroki.

Postanowiłem zaryzykować i znów obejrzeć się za siebie. Rick właśnie zniknął za budynkiem.

– Poszedł sobie – powiedziałem, odsuwając się od Abbie. Nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. – Jesteś wolna.

– Nie wiem, jak ci się za to odwdzięczę. – Abigail uśmiechnęła się słabo, gdy w końcu zmusiłem się, by na nią popatrzeć. Zmusiłem, bo znowu się speszyłem. Jej bliskość powodowała, iż czułem się niczym nastolatek na pierwszej randce.

– Nie ma takiej potrzeby. Liczę, że Rick zrozumie odegraną przez nas scenę. – Zupełnie zapomniałem, że spieszyłem się na spotkanie.

– Nie pojmuję, dlaczego on jest taki uparty – westchnęła dziewczyna. – Nie byliśmy w specjalnie udanym związku.

– Na pewno wkrótce do niego dojdzie, że takie nachodzenie nie przyniesie pożądanych przez niego efektów.

Miałem nadzieję, że moje słowa brzmią jak pocieszenie. Nie znałem człowieka i – prawdę mówiąc – nie miałem pojęcia, co może siedzieć mu w głowie. Liczyłem, że nie był typem maniaka, który nie potrafi pogodzić się z odejściem partnerki.

– Przepraszam, ale muszę iść. Za chwilę będę spóźniony, a mam bardzo ważne spotkanie. – Właśnie sobie o nim przypomniałem. Zakląłem w myślach, bo na głos przy kobietach starałem się tego nie robić.

– Jasne, leć. – Twarz Abigail wreszcie się wypogodziła. Zagrożenie ze strony Ricka minęło, przynajmniej na razie. – Do zobaczenia! – Pomachała mi, kiedy odchodziłem w stronę swojego samochodu.

Otwierając drzwi, odwróciłem się odruchowo. Nie umknęło mi spojrzenie Abbie, gdy dostrzegła, do jakiego auta wsiadałem. Byłem właścicielem czarnego Mustanga Impali. Uwielbiałem go i traktowałem niemal jak dziecko, dbając o niego, jak tylko mogłem najlepiej.

Wsiadłem za kierownicę, a następnie ruszyłem spokojnie, wsłuchując się w charakterystyczny odgłos silnika. Napięcie schodziło ze mnie powoli. Spojrzałem na zegarek, musiałem się pospieszyć. Czas na zastanawianie się nad dzisiejszymi wydarzeniami będę miał później.

Do mieszkania wróciłem po trzech godzinach. Spotkanie przebiegło idealnie. Klient zaakceptował wszystkie moje pomysły, więc teraz mogłem przystąpić do ich realizacji. Zrzuciłem z siebie garnitur oraz koszulę, zamieniając strój na zwykły t-shirt oraz dresy. Zbliżało się dopiero południe, do wieczora zdążę zrobić mnóstwo rzeczy.

Zasiadłem przed komputerem, ale moje myśli uciekły w kierunku sąsiadki.

Abigail. Podobało mi się jej imię, a jeszcze bardziej zdrobnienie. W ogóle dziewczyna stanowiła bardzo przyjemny widok dla męskiego oka. Znałem ją dopiero od kilku dni, ale poczułem do niej nić sympatii. Jednak nie miało to odbicia w moim zachowaniu. Nie potrafiłem się przemóc i zagadać do niej jak każdy normalny mężczyzna. Nie umiałem też nie zastanawiać się, czy nie okazałaby się podobna do Anny.

Zdawałem sobie sprawę, że fizycznie zrobiłem na Abigail dobre wrażenie. Na samo wspomnienie spotkania na balkonie do chwili obecnej oblewało mnie gorąco. Wzrok sąsiadki palił mi skórę. Normalny facet wykorzystałby sytuację, poderwał ją. Ja nie byłem w stanie, a także nie chciałem.

Warknąłem pod nosem, bo poczułem złość na siebie. Powinienem przestać zwracać uwagę na Abbie, zachowywać się jak sąsiad i nie reagować na całą resztę. Moje życie było w porządku, dopóki nie wkradała się do niego żadna kobieta. Najpierw dawały nadzieję, a później ogromny ból. Nie uważałem, abym był na tyle silny, żeby przejść przez coś takiego drugi raz. Czy to z Abbie, czy z jakąkolwiek inną przedstawicielką płci pięknej.

* * *

Abbie

– Cholera, cholera, cholera! – krzyknęłam, kiedy ekran laptopa nagle zrobił się czarny.

Był weekend, więc znowu zajmowałam się moją powieścią. Akurat opisywałam ważną dla całej fabuły akcję, gdy wszystko zniknęło. Najpierw starałam się nie panikować. Ale po próbie ponownego uruchomienia sprzętu, pojawił się kompletnie dla mnie nieczytelny komunikat. Wtedy spanikowałam.

Jak to się mogło stać? Zaczęłam krążyć zdenerwowana po całym salonie, aż wreszcie mnie oświeciło!

Will! Przecież on jest informatykiem! Byłam pewna, że coś mi poradzi.

W te pędy rzuciłam się do drzwi, wybiegłam na korytarz i zatrzymałam się przed mieszkaniem sąsiada. Zapukałam energicznie. Serce biło jak oszalałe, dłonie się spociły. Wolałam nie myśleć, co zrobię, jeśli stracę cały tekst. Scenę jeszcze potrafiłabym odbudować, ale nie całość!

Ostatnią książkę miałam tylko na dysku twardym laptopa. Nie zdążyłam zapisać jej nigdzie indziej, bo … Bo zawsze miałam czas, bo nie pomyślałam, że przecież każdy sprzęt może w końcu ulec awarii. A już na pewno przy moich zdolnościach do takich rzeczy.

– Abbie? – Will zdawał się zaskoczony moim widokiem, ale kompletnie mnie to teraz nie obchodziło. Zachowywałam się, jakby miała miejsce katastrofa globalna. – Coś się stało?

– Musisz mi pomóc! – Starałam się nie ulec większej panice, ale to wcale nie było takie proste. – Ja pisałam i… wszystko zniknęło! – Nawet nie potrafiłam się poprawnie wysłowić.

– Abbie, uspokój się. – William przemówił do mnie bardzo spokojnie. – Wejdź i opowiedz mi, co zaszło. Postaram się pomóc, jeśli tylko będę w stanie.

– Nie mamy czasu, Will! Mój laptop… Ekran zrobił się cały czarny! Pisałam dalszy ciąg książki, a wtedy… – Z wrażenia zabrakło mi oddechu.

– Już idziemy. Zaraz zobaczę, co się stało.

Mężczyzna delikatnie dotknął mojego ramienia, abym się przesunęła. Wyszedł ze swojego mieszkania, zamknął drzwi i ruszyliśmy do mnie.

– Czy w razie czego masz jeszcze gdzieś zapisany ten tekst? – spytał, gdy usiadł na moim miejscu przed laptopem.

– Nie – jęknęłam. Tyle razy obiecywałam sobie, że to zrobię, ale ostatecznie tego nie zrobiłam. – Will, poradzisz sobie z tym?

– Zaraz się dowiem – odpowiedział spokojnie.

Ja nie byłam w stanie zachować spokoju. Ten tekst… Był dla mnie ważny. Poświęcałam mu każdą wolną chwilę. Chociaż do tej pory nie udało mi się niczego wydać, to wszystkie swoje książki traktowałam jak własne dzieci. Nie chciałam stracić jednego z nich, tyle pracy poszłoby na marne.

Stałam tuż za Willem, który w skupieniu próbował ratować mój sprzęt.

– Muszę iść po coś do siebie – odezwał się po kilku minutach. Obrócił się w moją stronę.

– Czyli poradzisz sobie? – spytałam z taką nadzieją w głosie, aż mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.

– Laptop jest do uratowania. Zajmie mi to trochę czasu, ale robiłem już gorsze rzeczy. Nie dam ci jednak gwarancji, czy uda mi się odzyskać niezapisany przez ciebie fragment.

– To jeszcze przeżyję. Napiszę go od nowa, raptem kilka stron. Odtworzenie całości zajęłoby mi wieki… – mruknęłam nieco smętnie, bo nadal byłam zdenerwowana. Kompletnie nie rozumiałam nic z tego, co Will robił na laptopie. Czułam się jak kretynka.

– Zaraz wrócę. A ty zaparz kawę, dobrze? – poprosił łagodnie. Pierwszy raz przemawiał do mnie niczym do dziecka. – Razem temu zaradzimy. Później pomyślę, co zrobić, żeby nie narażać cię ponownie na taki stres.

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. – Spróbowałam się uśmiechnąć. Will wstał i ruszył do drzwi.

– Wystarczy kawa, Abbie. Zaraz wracam! – krzyknął, znikając mi z oczu.

Poszłam więc do kuchni. Nastawiłam ekspres. Oparłam się o szafkę, próbując uspokoić rozszalałe nerwy. Will dał mi nadzieję, a ja mu uwierzyłam.

Faktycznie minutę później mój sąsiad zjawił się z powrotem. Zasiadł przed laptopem i zaczął działać. Naprawdę nie wiedziałam, co on robi. Nie zrozumiałabym nawet, gdyby zaczął mi objaśniać cały proces. Przyniosłam do salonu dwa kubki z kawą. Jeden postawiłam mu na stoliku, przy którym pracował.

– Dziękuję – odpowiedział, nawet na mnie nie spoglądając.

Usiadłam na kanapie. Upiłam kilka łyków, obserwując mężczyznę przy pracy. Był bardzo skupiony.

– To jeszcze chwilę potrwa. – Will zerknął na mnie, posyłając uspokajający uśmiech. – Wszystko będzie dobrze. Na moje oko po prostu niechcący wpuściłaś wirusa, który zaatakował laptopa, uniemożliwiając dalszą pracę.

– O Jezu! – Od razu poczułam ochotę, żeby się zastrzelić. Czy ja naprawdę musiałam być taką ofiarą losu, jeśli chodziło o technologię? – Przepraszam.

– Mnie? – Mężczyzna roześmiał się cicho. – To nie mnie powinnaś przepraszać. Masz szczęście, że mieszkam po sąsiedzku – dodał.

– A żebyś wiedział! Spadłeś mi prosto z nieba. – Tym razem na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. – Na obiad będę musiała wymyślić coś ekstra. Pewnie oderwałam cię od pracy? – Dopiero teraz to sobie uzmysłowiłam. Przecież Will pracował w domu.

– Zdążę wszystko nadrobić. – Coś piknęło, więc mój towarzysz odwrócił się w stronę monitora. Znów coś wcisnął, aż ekran rozjaśnił się na nowo. Patrzyłam na wszystko z niedowierzaniem. – Zaraz zobaczę, co dokładnie było przyczyną awarii i spróbuję odzyskać twoje pliki.

– Will, jesteś moim aniołem! – powiedziałam, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Przynajmniej była szansa, że się uda.

– To nic wielkiego. Zajmuję się tym, taką mam pracę – odpowiedział skromnie. Przyglądnęłam mu się. Nie przechwalał się, nie wywyższał, nawet ani razu mnie nie wyśmiał, a przecież mógł. – Oj, Abbie… – wymruczał nagle, aż poderwałam się z kanapy. – Ktoś nie uaktualnił antywirusa.

– Naprawdę? – spytałam, stając tuż za nim. Spojrzałam na monitor, na którym pojawiły się wszystkie ikony, które były na pulpicie przed awarią. – Will, ja nie wiem, jak ja to robię.

– Po prostu o tym nie myślisz – powiedział, wklepując na klawiaturze kolejne polecenia. – Zaktualizuję ci go i wszystko wróci do normy. Gdybyś w przyszłości miała kolejne problemy, możesz przyjść z nimi do mnie.

– Uważaj, bo zacznę korzystać – zażartowałam, bo wreszcie mogłam. Nerwy opadły, może nie do końca, ale na pewno w większym stopniu.

– Masz wiele szczęścia. Widzę, że ostatni plik został zachowany. Co prawda bez części, którą pisałaś po zapisaniu zmian, ale cała reszta jest na swoim miejscu.

– Jesteś cudotwórcą! – Spojrzałam na niego ucieszona nowinami, które mi właśnie przekazał. – Przestraszyłam się, że mogę stracić wszystko. Dziękuję – wyszeptałam, po czym odruchowo pochyliłam się w jego stronę i musnęłam ustami pokryty kilkudniowym zarostem policzek.

Źrenice Willa rozszerzyły się, mężczyzna znieruchomiał. Dopiero gdy się odsunęłam, zdałam sobie sprawę z własnego zachowania. Dla mnie to był gest wdzięczności. Nie sądziłam, że on mógłby odebrać go inaczej. Poczułam się trochę głupio, więc żeby zatuszować prawdziwe emocje, postanowiłam wszystko obrócić w żart.

– To był tylko kumpelski cmok, Will. Możesz znów oddychać. – Uśmiechnęłam się, modląc w duchu, bym go tym nie uraziła.

Nie chciałam, by był na mnie w jakikolwiek sposób zły. Albo wziął mnie za nachalną dziewczynę, która chwyta się wszelkich sposobów, żeby go uwieść. Gdybym dostała wyraźny znak, że moglibyśmy spróbować czegoś więcej, niż tylko bycia sąsiadami, chętnie bym się z nim umówiła.

Jednak póki co albo coś go przed tym blokowało, albo zwyczajnie nie byłam w jego typie.

– Dzięki za pozwolenie – odparł, obracając się do mnie tyłem. Miałam wrażenie, że postąpił tak celowo, żeby tylko nie musieć na mnie patrzeć. – Wszystko powinno już działać. Gdybyś miała pytania…

– Wiem, gdzie cię szukać. Nie wypijesz kawy? – spytałam, widząc, że nawet jej nie tknął.

– Muszę iść. Innym razem, Abbie. – Wstał z krzesła. – Powodzenia przy pisaniu – rzucił, będąc już przy wyjściu z salonu. Odwrócił się na moment, posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym wyszedł na dobre.

Westchnęłam głośno. Przystojny, inteligentny, ale nieśmiały. Połączenie, z którym się jeszcze nie spotkałam. Bez słowa protestu zgodził się mi pomóc, porzucając swoje zajęcie. Który facet w dzisiejszych czasach robił coś takiego? Zdarzało się to coraz rzadziej.

Will był dla mnie miły i niebywale pomocny. Dzięki niemu dwa razy pozbyłam się Ricka, a teraz uratował mi życie, naprawiając laptopa. Koniecznie musiałam się mu jakoś odwdzięczyć. W trakcie rozmowy wspomniałam o obiedzie i w sumie mogłam drugi raz go zaprosić, ale nie wiedziałam, co tym razem miałabym przyrządzić.

Spojrzałam na działający sprzęt. Będę musiała nauczyć się czegoś więcej niż pisanie w edytorze tekstu. Nie chciałam, by Will miał mnie za totalną ignorantkę.

* * *

Will

Obudziłem się wcześnie, chociaż nadeszła niedziela i mógłbym jeszcze pospać. Jednak nie byłem typem śpiocha. Wolałem aktywniej spędzać dzień, niż leżąc w łóżku przez pół doby. Niemal od razu wstałem, po czym założyłem na siebie spodenki, koszulkę oraz adidasy i wyszedłem pobiegać.

Kiedy wróciłem, dochodziła ósma. Prysznic, kawa, śniadanie, a później byłem gotowy do kolejnego wyjścia. Umówiłem się z chłopakami, że pojedziemy nad jezioro.

Wypad udał się znakomicie. Ku mojemu zaskoczeniu Myles tylko raz zapytał o Abbie, a kiedy zbyłem go byle jaką odpowiedzią, dał sobie spokój. Co nie znaczyło, że uwierzyłem, iż kumpel da mi spokój. Byłem pewien, że znowu zacznie temat w odpowiednim czasie.

Dzień był ładny, dlatego po powrocie szkoda mi było siedzieć w mieszkaniu. Nalałem sobie soku i poszedłem na balkon. Automatycznie spojrzałem w bok. Abigail nie było na zewnątrz, choć z wnętrza usłyszałem delikatną muzykę. Usiadłem więc w kącie na fotelu i wyłożyłem nogi na krzesło przede mną, rozkoszując się końcówką wolnego dnia.

Dlatego poczułem irytację, kiedy ktoś zajechał centralnie pod mój balkon, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nie zamierzałem się podnosić. Liczyłem w duchu, że ta osoba zaraz odjedzie. Zresztą, co za pajac wjeżdżał na chodnik? Będę się śmiał, jeśli za chwilę przyjedzie policja.

Wtedy z auta popłynęła muzyka. Nie była za głośna, ale wkurzył mnie fakt, że nie mogłem spokojnie posiedzieć we względnej ciszy. Komuś zebrało się na amory, bo puścił z odtwarzacza w samochodzie piosenkę Stevie’go Wondera „I just called to say I love you”.

Już miałem się podnieść, by zobaczyć, kogo tak dzisiaj nosi, gdy usłyszałem ruch na balkonie obok. Abbie musiała również poczuć ciekawość, bo wyszła spojrzeć przez barierkę na dół. I chyba nie spodobał jej się widok, gdyż od razu zmarszczyła brwi. Nawet ze swojego fotela byłem w stanie to dostrzec.

– Rick, oszalałeś? – warknęła, a ja aż spojrzałem zaciekawiony. Lowelas przyjechał. Czyli należał do tego typu mężczyzn, którzy nie potrafili zrozumieć słów: „Nie chcę cię więcej widzieć”. – W tej chwili stąd znikaj!

– Abbie, proszę cię! Daj mi ostatnią szansę. Porozmawiajmy, wszystko ci wyjaśnię, będziemy mogli zacząć od nowa… – Mimo muzyki, słyszałem go dość dobrze.

– Rick, to wcale nie jest zabawne! – Abigail wyglądała na wściekłą. Nie mogłem się jej dziwić. Na miejscu sąsiadki zastrzeliłbym palanta. – Nie życzę sobie tutaj twojej obecności. Nie chcę, byś robił zamieszanie pod moim mieszkaniem!

– Abbie! Przecież wiesz, że cię kocham. Zawsze kochałem – dodał. – Wszystko naprawię, zmieniłem się dla ciebie.

– Nie będę się więcej powtarzać!

W głosie kobiety można było usłyszeć ostrzeżenie. Aż miałem ochotę wstać i wychylić głowę za barierkę, aby zobaczyć minę tego nieszczęśnika, jednak nie chciałem stracić widowiska i ujawniać swojej obecności, przynajmniej na razie. Może to nie było zbyt grzeczne, a ja zazwyczaj tak się nie zachowywałem, ale miałem przeczucie, że Abbie da mu popalić.

– Nie odjadę, dopóki nie pozwolisz mi wejść na górę. Kupiłem ci kwiaty! – krzyknął mężczyzna z dołu. Robiło się coraz ciekawiej.

– Naprawdę? – Przesłodzony głos dziewczyny sprawił, że miałem ochotę parsknąć śmiechem. – Jakie to słodkie. Wynoś się stąd w tej chwili!!! – Abigail zaczynała tracić cierpliwość.

– Kotku… Dlaczego nie chcesz mnie wysłuchać? – spytał Rick. Pomyślałem, że facet nie ma za grosz klasy. Nie wierzyłem w jego domniemaną miłość do sąsiadki.

– Och, zrobię to z miłą chęcią! – odkrzyknęła Abbie, po czym odwróciła się i weszła z powrotem do mieszkania.

Oho, pomyślałem. Akcja się rozkręca.

Jej nieobecność na balkonie nie potrwała długo. Jednym, co mnie zaskoczyło – i to bardzo – był wielki wazon w dłoniach kobiety. Nie zastanawiała się długo, po prostu działała. Podeszła do barierki i bez skrępowania upuściła wazon. Sądząc po hałasie z dołu, zrobiła to wprost na maskę samochodu Ricka.

– Zwariowałaś? – wrzasnął amant, ile miał sił w płucach. Teraz na pewno usłyszała go cała okolica. – Jesteś popieprzoną wariatką!

– Doprawdy? – Abbie nie wyglądała na przejętą. Normalnie bym już wkroczył do akcji, bo nie podobało mi się, że „Dick” obraził kobietę, ale poczułem ciekawość, by zobaczyć, do czego doprowadzi ta sytuacja. – Uważaj, bo mam jeszcze w mieszkaniu kilka cięższych przedmiotów!

– Nikt o zdrowych zmysłach by cię nie chciał! Nie wiem, co mi odbiło…

– Odbił to się mój wazon o twoją maskę – odpowiedziała Abbie z szerokim uśmiechem, a ja wtedy nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, zdradzając tym samym swoją obecność.

Dziewczyna popatrzyła w bok zaskoczona, po czym znieruchomiała. Poczułem się jak człowiek przyłapany na podglądaniu, co było nieco żenujące. Przez kilka sekund mierzyliśmy się spojrzeniem, chociaż nie było mi łatwo nie odwrócić wzroku.

– Nigdy nie lubiłem twoich potraw! – kontynuował Rick, co pozwoliło nam wrócić do rzeczywistości. – Twoje powieści są tak mdłe, że nie dziwię się, że nikt nie chce tego wydać!

To już była zniewaga, której bym mu nie popuścił. Jednak w tym momencie Abigail zerknęła na mnie, po czym uśmiechnęła się lekko.

– Mogę? – spytała, chwytając za doniczkę, która należała do mnie. Kurczę, lubiłem tego kwiatka, ale bardziej chciałem zobaczyć minę Ricka, kiedy kolejna rzecz zatrzyma się na masce samochodu.

– Jasne, nie krępuj się. Nigdy nie czułem sympatii do tej rośliny – rzuciłem nieco ironicznie.

Zanim Abbie zdążyła go podnieść do góry i zrzucić na auto byłego chłopaka, ja wstałem i wychyliłem się poza barierkę. Teraz widziałem wszystko jak na dłoni. Kobieta puściła w dół swoją zdobycz. Ceramiczne naczynie roztrzaskało się na mniejsze kawałki, ziemia rozsypała się dookoła, w tym także na Ricka.

– Cześć, Rick! – Pomachałem z góry i posłałem szeroki uśmiech.

– A ty na co się gapisz? – spytał szalejący na dole facet.

– Chciałem sobie poprawić humor. Nie spodziewałem się takiej żenady – odpowiedziałem lekkim tonem.

– Zgłoszę to na policję! – Furia na twarzy mężczyzny sprawiała, że parsknąłem śmiechem.

– Ale co? Fakt, że Abigail niechcący wypadła doniczka z rąk? – odezwałem się, rozbawiony niemal do łez. – Jeśli chcesz dostać mandat za parkowanie na chodniku, to śmiało. Możesz zadzwonić. Zaświadczę organom ścigania, gdzie znajdował się twój wóz. Staram się być wzorowym obywatelem. Abbie – zwróciłem się do dziewczyny, chcąc jeszcze bardziej wkurzyć jej byłego partnera – kiedy już skończysz z tym palantem, przyjdź do mnie na kolację.

– Namówiłeś mnie! – Uśmiechnęła się czarująco. Poczułem się tym nieco skrępowany, chociaż wszystko między nami odbywało się w żartach. Na szczęście udało mi się zachować spokój. – Pomożesz? – spytała, przekładając nagle nogę przez barierkę. Chwyciłem ją szybko za dłoń, by bezpiecznie przedostała się na moją stronę.

– Pożałujecie tego! Oboje! – Rick, wściekły niczym pies, strzepnął dłonią ziemię z koszuli, którą miał na sobie. Nim którekolwiek z nas coś odpowiedziało, wsiadł do samochodu, po czym odjechał gwałtownie, kosząc przy okazji kwiaty posadzone na rabatce.

– Przepraszam – odezwała się Abbie, gdy blondyn zniknął nam z oczu. Staliśmy bardzo blisko siebie. Odsunąłem się nieco, chrząkając.

– Za co? – spytałem, nie mając pojęcia, o czym mówiła.

– Za kwiatka. Powinnam była wrócić po coś innego do mieszkania. – Przyglądała mi się uważnie. – Przepraszam również za to, że musiałeś się temu przyglądać.

– Daj spokój. Nie było w tym twojej winy – mruknąłem, posyłając jej delikatny uśmiech, po czym stanąłem bokiem do niej a przodem do barierki.

– Czasami za bardzo daję się ponieść emocjom. – W głosie Abigail usłyszałem zawstydzenie. Znów na nią spojrzałem.

– Sądzisz, że teraz da za wygraną? – Wystąpienie Ricka było żenujące, ale również zmuszało do myślenia, czy wreszcie ustąpi. Na razie nie był specjalnie groźny, lecz nie znałem jego potencjału. Nie chciałem, by Abbie miała z nim dalsze problemy.

– Powinien – odparła. – Nie wiem, co go skłoniło do przyjazdu.

– Jeśli nie odpuści, pójdziemy na policję. Powiemy, że cię nachodzi, a to już jest karalne.

– Oby nie doszło do takiej sytuacji. Ależ byłam idiotką, tkwiąc tak długo w związku z nim – powiedziała nagle.

– Każdy popełnia błędy. Chodź, przygotuję coś do jedzenia. W końcu zaprosiłem cię na kolację – dodałem.

– Nie chciałabym przeszkadzać. Przecież wiem, że to było przedstawienie dla Ricka. – Abbie przyglądała mi się uważnie, sondując, czy na pewno życzę sobie jej obecności w mieszkaniu.

– To nic takiego, zwykła kolacja. – Ruszyłem pierwszy, zanim mógłbym powiedzieć coś zgoła innego. Może i nie miałem w planach podrywu Abigail, ale nie wypadało być niemiłym sąsiadem. – Napijesz się czegoś? – zagadnąłem, wchodząc za blat wyspy kuchennej.

– Soku, jeśli mogę prosić. – Abbie wmaszerowała za mną, rozglądając się z ciekawością. To była jej pierwsza wizyta u mnie.

– Nie ma sprawy. Usiądziesz? – zaproponowałem. – Na co masz ochotę? – spytałem, otwierając lodówkę i nurkując w niej. – Mogę przyrządzić burgery.

Akurat zaopatrzenia zawsze pilnowałem i miałem w czym wybierać. Jeszcze kiedy mieszkałem w starym mieszkaniu, Myles oraz Matt często gościli u mnie. Przy nich był to niezbędny element.

– Brzmi smakowicie – odpowiedziała. – Lubisz gotować, Will?

– Rzadko mam czas. – Wyjąłem wszystkie potrzebne produkty i zabrałem się do przygotowywania posiłku. Liczyłem po cichu, że nie wyglądam na zestresowanego, bo w końcu sąsiadka weźmie mnie za większego dziwaka niż ten, z którym niedawno się rozstała. – Kiedy znajdę chwilę, to wtedy tak. Relaksuję się przy tym – wyjaśniłem, sam nie wiedząc dlaczego.

– A wiesz, że ja również? – W jej głosie usłyszałem entuzjazm. – Tylko też różnie u mnie bywa z czasem. W tygodniu wracam późno, ponieważ salon jest długo otwarty. Chociaż czasami przy wolnym dniu lubię coś upichcić, ale dla samej siebie rzadko to robię.

– Mam identyczny dylemat.

– Dobraliśmy się dzisiaj. Może ci w czymś pomogę? – Zaofiarowała się Abbie. – Głupio mi siedzieć tak bezczynnie. Zresztą jestem ci coś winna za wczorajszą pomoc – przypomniała.

– Wcale nie. Mówiłem, że wystarczy kawa. – Kroiłem powoli każdy składnik do burgerów.

– Nawet jej nie wypiłeś. Nie daj się prosić, Will. Szybciej nam pójdzie, a muszę przyznać, że jestem trochę głodna – mruknęła dość blisko mnie. Nawet nie zauważyłem, kiedy wstała.

– Możesz zająć się pomidorami i cebulą. – Ostatecznie zgodziłem się na jej uczestnictwo w przygotowywaniu kolacji.

– Już się robi – odpowiedziała bardzo entuzjastycznie. – Twoi przyjaciele często cię odwiedzają? – spytała, przypominając mi tym o występie Matta na korytarzu kilka dni temu.

– To zależy od wolnego czasu, którym dysponujemy – odparłem. Wrzuciłem wszystko do miski, po czym zacząłem szykować sos do sałatki. – Jeśli będą cię zaczepiać, proszę, powiedz mi o tym. – Spojrzałem na nią.

Abbie wyglądała na bardzo żywiołową dziewczynę, o charakterze zupełnie innym niż mój. Byliśmy jak ogień i woda, co nie znaczyło, że nie zdążyłem jej polubić.

– Twój kolega był bardzo zabawny. – Uśmiechnęła się szeroko. – Nie mam nic przeciwko takiej interakcji.

– Obaj potrafią być natrętni, a wtedy człowiek marzy, żeby dali mu odpocząć – mruknąłem.

– Ale ich uwielbiasz – stwierdziła dziewczyna pewnym głosem.

– Skąd to przekonanie? – zapytałem, może odrobinę zaczepnie. Byłem ciekaw jej odpowiedzi, argumentacji, za pomocą której spróbuje udowodnić swoją tezę.

– Bo brzmisz tak, jakby byli dla ciebie bardzo ważni. Nie znam cię długo, Will, jednak zauważyłam, że nie jesteś specjalnie otwartym człowiekiem. Żeby nie było, absolutnie nie mam nic do tego, ale dopuściłeś ich do siebie. Myślę, że to wystarczający dowód, by potwierdzić moje domysły, nieprawdaż?

– Trafiłaś w dziesiątkę. – Nie było sensu kłamać. – Wydajesz się dość otwartą osobą – zaryzykowałem wypowiedzenie myśli na głos.

– Czy to coś złego? – zadała ostrożnie pytanie.

– Nie. Każdy jest inny. Byłoby nudno, gdyby wszyscy byli tacy sami – odpowiedziałem dość politycznie, lecz nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

– Oczywiście. Czy mogę cię o coś zapytać? – Abbie zagryzła wargę, jakby się nad czymś zastanawiała.

– Skoro już postanowiłaś zagadnąć, to nie sądzę, byś chciała się przed tym powstrzymywać. Mam rację?

– Tak. – Zaczęła się śmiać. – Co sprawiło, że postanowiłeś się tu przenieść? Daleko mieszkałeś?

– To dwa pytania – zauważyłem.

– Kiedy się rozkręcę, ciężko mnie zatrzymać – zażartowała. – Więc?

­– Potrzebowałem zmiany – przemówiłem po chwili. Nie zamierzałem się tłumaczyć, dlaczego. Nie musiała tego wiedzieć. – Rozpocząłem poszukiwania nowego mieszkania, zobaczyłem to ogłoszenie. Okolica przypadła mi do gustu, lokal również, więc podjąłem decyzję o kupnie. Ot, cała historia.

­– Jest jeszcze drugie pytanie, na które nie odpowiedziałeś – przypomniała, kładąc pokrojone pomidory na talerzu.

– Mieszkałem po drugiej stronie miasta. Nie chciałem go opuszczać, lubię je. – Zdążyłem skroić resztę składników. Teraz musiałem zająć się mięsem. – A ty? Długo tutaj przebywasz?

– Pięć lat. I również jest mi tu dobrze. Jakbym była w domu.

– Czyli nie wyprowadziłabyś się stąd? – zapytałem z ciekawości. Działałem sprawnie, więc po kilku minutach mięso piekło się już na grillu. Dokończyłem resztę. Teraz pozostało czekać, aż będę mógł wszystko połączyć ze sobą.

– Na razie nie czuję takiej potrzeby. Okolica jest spokojna, nie to co w innych częściach miasta. Nigdy nie miałam problemów z żadnym z sąsiadów…

– Może ze mną będziesz miała? – Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby tak powiedzieć. Zorientowałem się, jak te słowa zabrzmiały dopiero, gdy już padły.

– Jesteś seryjnym mordercą, który udając miłego, spokojnego mężczyznę, uśmierca swoje ofiary pod osłoną nocy? – Abbie zasymulowała przerażenie.

– Teraz będę musiał cię zabić. – Byłem zaskoczony, że tak dobrze nam się rozmawia. – Czy od razu musiałaś wszystko odkryć? – spytałem z pozorowanym zarzutem w głosie. Sąsiadka roześmiała się głośno.

– Z natury lubię zgłębiać różne rzeczy. Will, za chwilę mięso się przypali. – Abbie zwróciła mi uwagę na coś, o czym zapomniałem przez rozmowę.

– Cholera! – Odwróciłem się szybko, a następnie przewróciłem je na drugą stronę. – Sytuacja opanowana – rzuciłem, ale i tak zrobiło mi się głupio. Obecność dziewczyny nieco mnie dekoncentrowała. No dobrze… trochę więcej niż nieco.

– Przy tobie chyba nie może być inaczej – mruknęła, aż spojrzałem na nią. Zauważyła to. – Po prostu widzę, że starasz się mieć wszystko pod kontrolą.

– Taki już jestem. Nie widzę w tym nic złego. Nie potrafię zaprzyjaźnić się z chaosem. – Gdy wszystko było gotowe, szybko złożyłem burgery, po czym jeden z nich podsunąłem na talerzu w stronę gościa.

– Chaos również potrafi być przyjemny, Will. – Dziewczyna zatopiła zęby w bułce. – Są genialne! – powiedziała, gdy przeżuła wszystko, co miała w ustach. – Właśnie pobiłeś kucharza z knajpki, do której lubiłam na nie chodzić.

– Dziękuję. Cieszę się, że ci smakują – odparłem skromnie.

Nie uważałem ich za przepyszne, po prostu starałem się zrobić je dobrze. Komplement od Abbie sprawił mi przyjemność, ale też zakłopotał. W takich momentach zastanawiałem się, dlaczego nie potrafiłem bardziej wyluzować.

– Nie wiem, czy to był dobry pomysł… – Wytarła usta serwetką, po czym spojrzała mi prosto w oczy. – Teraz będę myśleć, że za ścianą mogę dostać najlepsze burgery w całym mieście. Jeszcze przez ciebie przytyję.

– Zamknę kuchnię i przestanę je robić. – Zabrałem z blatu talerze, rzuciłem lekkim żartem, by towarzyszka nie zorientowała się, jak naprawdę odebrałem jej słowa.

– To żeś mnie pocieszył. Ale serio były bardzo dobre.

– Miło mi słyszeć.

– Chyba już będę się zbierała. – Abigail wstała od stołu. – Może zajrzysz do mnie któregoś wieczoru? Tym razem ja coś przygotuję.

– Zobaczę, czy dam radę – odpowiedziałem wymijająco, nie chcąc dawać jednoznacznej odpowiedzi.

– Jakby co, zaproszenie jest ważne cały czas. – Nie wyglądała na urażoną. – Miłego wieczoru, Will. – Pożegnała się i wyszła drzwiami prowadzącymi na balkon. Widziałem z kuchni, jak przechodzi tą samą drogą co wcześniej na swoją stronę. W końcu zniknęła mi z oczu.

Nie chcąc myśleć o niespodziewanym wieczorze w jej towarzystwie, zabrałem się za posprzątanie bałaganu, którego narobiłem.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Fragmenty pisane z perspektywy kobiety jakby lepsze, naturalniejsze. Ale całość dobrze się czyta. Fabuła rozsądnie ułożona. Ciekawe, co będzie dalej, bo mam nadzieję, że to tylko fragment i będziemy poznawać losy bohaterów aż do jakiegoś tam końca.
Uśmiechy dla Autora,
Karel Godla

Gdyby nie naszpikowanie, szczególnie niektórych fragmentów, czasownikiem „być”, powiedziałabym, że dobrze napisanie. Czyta się naprawdę dobrze, bohaterowie wzbudzają sympatię, fabuła zaciekawia.

Oby tak dalej!

A.

Napisz komentarz