Imaginacja (SheWolf) 4.2/5 (128)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 20 minut/-y    

Źródło: Pixabay

Dziękuję S. za inspirację.

***

Całym sercem pragnęłam wreszcie skończyć liceum. Opuścić mury przeklętej szkoły i zasmakować wolności. Bez nakazów, rozkazów i wkuwania bezsensownych regułek, których nigdy nie użyję. Bez upierdliwych nauczycieli i tych gnębiących słabszych uczniów dla rozrywki. Bez zboka od matmy i wrednej suki z fizyki. Bez fałszu i zakłamania.

Jako jedyna z klasy, ba, jako jedyna ze szkoły, nie przystępowałam do matury. Dlaczego? Bo nie! Powodów oczywiście była cała masa, ale przede wszystkim szczerze nienawidziłam tego całego grajdołu i lizania się wzajemnie po dupach. Miałam już nagraną pracę i chciałam czym prędzej się usamodzielnić, przynajmniej w najmniejszym stopniu. Moje poczucie rozczarowania wkroczeniem w dorosłość mieszało się z gorzką codziennością i zakłamaniem wszystkich wokół. Przyzwyczaiłam się do słuchania o tym, jak bardzo jestem nieokrzesana, krnąbrna i w ogóle same ze mną kłopoty. Przypłaciłam to problemami zdrowotnymi. Całe napięcie szukało ujścia i znalazło w mojej głowie. Nie, nie pod postacią fantazji. Po postacią bólu. Tak silnego, że kładł mnie do łóżka na kilka dni. Nadwrażliwość na światło i dźwięki była niewyobrażalna i przytłaczała w każdy możliwy sposób. Po miesiącach użerania się z migreną, doszłam do wniosku, że nie poddam się własnemu ciału tak łatwo. Zawzięłam się i nadrobiłam braki w szkole, a później radośnie pokazałam wszystkim fucka. Oczywiście nie wierzyli. Nigdy nie wierzyli. Już na początku mnie skreślili. Nie miałam markowych ciuchów i nie wyglądałam niczym z żurnala. Trochę przygaszona wkroczyłam w mury tej szkoły, licząc na nowe, fascynujące znajomości. Spotkałam się jednak z pogardą, upokorzeniem i odrzuceniem. Moja, jak mi się wydawało, najlepsza przyjaciółka niesiona tłumem, również mnie odtrąciła. Odchorowałam to, ale stwierdziłam, że poradzę sobie sama, bez niczyjej pomocy. Cholerna Zosia Samosia. Z satysfakcją skończyłam liceum, rok później zdałam maturę i poszłam na upragnione studia. Do egzaminu dojrzałości przygotowałam się zupełnie sama, w międzyczasie pracując w trybie zmianowym dwunastogodzinnym. Uczyłam się nocami w pracy i w każdej wolnej chwili.

Moje życie, pojmowanie i postrzeganie rzeczywistości nie zmieniłoby się, gdyby nie Stanisław. Stał się przewodnikiem już w pierwszych dniach pracy. Mentorem, drogowskazem. Nauczył czytać siebie, ludzi i otaczający świat. Pokazał, że to, co wydawało mi się oczywiste, wcale takie nie było. Spojrzenie pod innym kątem może diametralnie zmienić punkt widzenia. Wyciszył mnie, otworzył i pielęgnował niczym roślinę. Wyszczekana dziewiętnastolatka i stateczny, dojrzały facet po pięćdziesiątce. Nasza wspólna droga trwała nieco ponad dwa lata.

***

Pracę rozpoczęłam pierwszego czerwca. Okres próbny trwał dwa miesiące. Czas przeznaczony na szkolenie i naukę. Codziennie po osiem godzin, by później przejść w tryb zmianowy dwunastogodzinny.

Był to wielki zakład zajmujący się produkcją oraz dystrybucją po całym kraju gazów technicznych. Odpowiadałam za zgodność importowanego i eksportowanego towaru. Wpuszczałam ogromne tiry na magazyn do rozładunku i wypuszczałam w trasę samochody wypełnione butlami z gazem różnego rodzaju. Ogrom dokumentów, które wymagały sprawdzenia i porównania z towarem na samochodzie. Praca biurowa, ale w innym wydaniu, niezbyt klasycznym. Nie chodziłam w szpilkach, spódniczce i białej bluzeczce. Nosiłam sportowe ubrania i buty, ponieważ każdy samochód musiałam dokładnie spenetrować. Wejść, wdrapać się na pakę i dokonać oględzin. Później papiery, rejestry, podsumowania, podpisy i pieczątki. Liczył się czas, dokładność, sumienność i twardy charakter. Odporność na stres. Niezłomność. Funkcjonowanie w zakładzie, gdzie przeważają mężczyźni, nie jest łatwe, ale mimo to czułam się jak ryba w wodzie. Kochałam tę robotę. Uwielbiałam ruch, różnorodność zadań, wyzwania. Byłam bezkompromisowa i nie dałam sobie w kaszę dmuchać. Zasady to zasady. Wielokrotnie musiałam stawiać kierowców do pionu. Tylko na początku próbowali omijać procedury, by szybciej wyruszyć. Gdy spostrzegli, że jestem nieprzejednana i lepiej mi nie przeszkadzać – odpuścili. Z czasem zyskałam szacunek i… przyjaźnie.

Uwielbiałam w wolnych chwilach siadać z kierowcami na tak zwanej fajce i dyskutować. Byłam najmłodszym pracownikiem i w dodatku dziewczyną. Kobietą. Bardzo szybko złapałam kontakt z większością pracowników. Doceniano moją pracę, zaangażowanie, dbałość o szczegóły. Czułam się lubiana i adorowana. Moja dobra współpraca z innymi pracownikami nie uszła uwadze, dlatego dostałam dosyć szybko podwyżkę. Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś, kto skutecznie zniechęca, najczęściej z zazdrości, ale to była jedynie mała rysa. Poza odpowiedzialnością za towar i dokumentację pilnowałam również wszystkich wchodzących i wychodzących z zakładu. W tym oraz często przy sprawdzaniu samochodów pomagali mi pracownicy ochrony. Zwykle w ciągu dnia przebywali razem ze mną w mojej „kanciapie”,a na nocnej zmianie raczej u siebie. Tak czy inaczej, znajdowałam się na pierwszej linii frontu. Pań, które pracowały na tym samym stanowisku, w trybie zmianowym, było pięć. W tygodniu niemal codziennie miałam służbę z inną kobietą oraz z innym pracownikiem ochrony. W tym czasie poznałam zwyczaje panujące w firmie, specyfikę, sposób pracy każdej z pań oraz… poznałam bliżej pana Staszka.

Na początku niemiłosiernie działał mi na nerwy. Tym swoim spokojem, wywarzeniem i mądrością, którą postrzegałam jako przechwalanie się. Wymądrzanie wręcz. Zupełnie nie zwracałam na niego uwagi. Nie interesował mnie jako mężczyzna. W moim odczuciu dużo więcej łakomych kąsków przechadzało się w uniformach kierowców. Staszek był jedynie tłem. Osobą, z którą rozmawiałam, gdy zmniejszał się ruch albo totalnie nic się nie działo. Początkowe rozmowy o wszystkim i niczym. Miał poczucie humoru, potrafił mnie rozśmieszyć, doskonale opowiadał anegdoty, ciekawe przygody ze swojego życia. Spędzaliśmy miło czas. Bardzo mi pomagał. Szczególnie na początku. Brakowało mi pewności siebie i szukałam w kimś oparcia. Wyczuwał to. W stresujących momentach studził mnie, a kierowców, którzy poganiali i stawali się nieprzyjemni, wypraszał na zewnątrz, bym mogła się skupić na dokumentach. Dopiero po czasie zorientowałam się, że otaczał mnie niewidzialnym parasolem bezpieczeństwa. Po niespełna trzech miesiącach przeszłam na pracę zmianową i byłam skazana wyłącznie na siebie i wiedzę, którą zdobyłam. Grafik Staszka i mój rozmijał się przez długi czas. Zauważyłam, że inni ochroniarze nie są równie pomocni i zabawni. Wręcz przeciwnie. Leniwi, narzekający na życie, świat, politykę, niskie płace. Wiecznie niezadowoleni malkontenci, ale nie robiący nic poza totalnym minimum.

Kiedy trafiła się zmiana ze Stanisławem, wszystko zdawało się prostsze. Przychodził zaraz po szóstej rano na pierwszą kawę i tym swoim „witaj smerfetko” odganiał wszystkie czarne myśli. Nasze rozmowy zaczęły przybierać inny wymiar. Stawały się głębsze, bardziej wnikliwe i poruszały tematy, których nie zwykłam omawiać z bądź co bądź, obcym człowiekiem. Słuchał uważnie, dopytywał. Nie oceniał i nie wygłaszał sądów. Z czasem zrozumiałam, że miał specyficzny sposób mówienia, dający wrażenie słuchania wykładu. Modulował głos, podkreślał istotne rzeczy, te, które winnam zapamiętać. Był mentorem. Drogowskazem. Zaczęłam o nim coraz więcej myśleć, a idąc do pracy, pragnęłam, spędzić z nim czas. Nie zauważyłam też dostatecznie szybko, że otaczał mnie przyjaznymi gestami. Ot, zwykły uścisk dłoni, dotyk, pogładzenie po policzku. Czasami kuksaniec czy łaskotki podczas wygłupów, ale gdy pierwszy raz dotknął mojej twarzy, ujął w swoje dłonie, poczułam dreszcz. Od tamtej pory nie dawał mi spokoju. Stał się zapalnikiem, rozbudził fantazje, które początkowo skutecznie ignorowałam. Swoim intelektem pobudzał stopniowo, kreśląc pragnienia, o jakich nie miałam pojęcia. Samą rozmową dostarczał tak silnych doznań, że za każdym razem czułam, że zapadam się coraz bardziej w szaleńczej fascynacji. Nauczyłam się słuchać. Wyłapywać niuanse, dwuznaczności i sprzeczności. Pod wpływem głosu, spojrzenia, drżałam od wewnątrz. Rozpalał mnie. Byłam zawiedziona i zła, gdy nie pracowałam z nim. Stawałam się wtedy bardziej surowa, wymagająca, a nawet opryskliwa. Przy nim łagodniałam.

Zbliżał się koniec roku. Jako nowy pracownik dostąpiłam wątpliwego zaszczytu otrzymania nocnej zmiany w sylwestra. Młodych zawsze wpycha się w święta, by starsi mieli wolne i mogli spędzić czas z rodziną. Gdy dowiedziałam się przed świętami, że tego sylwestra będę miała zmianę ze Stanisławem, moje wątpliwości i złość minęły momentalnie. Każdy z nas jest więźniem swoich namiętności. Tak się właśnie czułam, jak więzień… Nadarzała się okazja, bym mogła włożyć do pracy sukienkę i miałam zamiar z tego skorzystać. Chciałam go uwieść. Sprawić, by nie mógł pohamować swojego pożądania. Już wcześniej zaczęłam odbierać coraz śmielsze sygnały. Przeciągłe spojrzenia, od których czułam, że wilgotnieję. Odważniejsze gesty. Dotyk, gdy nikt nie widział. Drżenie głosu, westchnienia. I ten jeden znaczący moment, gdy znaleźliśmy się w wąskim przedsionku. On wchodził, ja wychodziłam. Trzeba było się minąć, nieco przylegając plecami do ściany. W momencie, gdy się odwróciłam, on stanął naprzeciw mnie, niemal dociskając swoim ciałem. Czułam oddech na twarzy. Nie wypowiedział słowa. Nie wydobył nawet najmniejszego dźwięku. Spojrzał jedynie w oczy. Zamarłam. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak się zachować. Nie rozumiałam, co się dzieje. Z jednej strony ogarnął mnie irracjonalny lęk, z drugiej przemożne pragnienie, by go pocałować. Zatopić wargi w jego cudownie kaszmirowych ustach. Stanisław uniósł dłoń i położył kciuk na moich wargach. Przymknęłam na moment oczy, zaskoczona falą błogości, która zalała moje ciało. Gładził usta przez moment, jakby chciał się nauczyć ich kształtu, faktury i miękkości. Był tak niebezpiecznie blisko… Nawet nie spostrzegłam, gdy zabrał dłoń i wyminąwszy mnie, wszedł do środka. Stałam jeszcze krótką chwilę oniemiała.

Co to było? – zastanawiałam się gorączkowo. Tamtego dnia nie mieliśmy możliwości porozmawiać o tym epizodzie. Ilość ludzi była zatrważająca, a on unikał moich spojrzeń. Nie rozumiałam, nie pojmowałam. Czułam się winna i jednocześnie zła. Na siebie, na niego i na sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, bez możliwości rozmowy. Od tamtego dnia nie widziałam się z nim aż do sylwestra. Radość ze wspólnego świętowania ustępowała miejsca niepewności. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać, jak nakreślić swoje pragnienia. Miałam potrzebę nazwania, określenia tego, co się dzieje między nami. Musiałam wiedzieć, jak on to widzi i jakie ma podejście do całej sytuacji. Nie mogłam wytrzymać w zawieszeniu. W wyobraźni dosięgnęłam każdego możliwego punktu naszej znajomości. Moje fantazje dalece wykraczały poza realność, wszak był żonaty, a różnica wieku zabójcza. Jednak, nie przeszkadzało mi to marzyć. Fantazjować i wyobrażać sobie wspólnych chwil. Nie tylko w łóżku, chociaż te wizje kreśliłam najczęściej.

***

Pełna napięcia czekałam na niego. Wybiła dziewiętnasta, gdy się zjawił. Pierwszy raz widziałam go w cywilnym ubraniu, nie w uniformie. Miał jedynie kurtkę służbową.

– Witaj, smerfetko – przywitał mnie z uśmiechem na ustach.

– Dobry wieczór, panie Staszku – odpowiedziałam, wpatrując się intensywnie w jego oczy. Chciałam z nich wyczytać wszystko, co możliwe. Ujrzeć, czy mam powody do niepokoju, czy wręcz przeciwnie.

– Ślicznie wyglądasz. Powinna być dopłata za trudne i emocjonujące warunki pracy z tak młodą dziewczyną – odparł, puszczając oczko. Zaczęliśmy się śmiać do rozpuku.

Czułam się nieco skrępowana, ale w głębi duszy zadowolona z efektu, jaki uzyskałam. Zauważył i myślę, że dobrze wiedział, dlaczego włożyłam spódnicę i koronkową bluzeczkę z odpowiednim dekoltem. Sam zresztą zadbał o siebie, ubierając koszulę i marynarkę. Wyglądał oszałamiająco.

– Smerfetko, idę na obchód, a później uzupełnić dokumentację, ale wrócę. Niedługo wrócę – powiedział to w taki sposób, że momentalnie poczułam zimno i mrowienie w dole brzucha. Nie potrafiłam nic odpowiedzieć, tylko skinieniem głowy potwierdziłam.

Moje myśli były namiętnie rozognione na jego punkcie. Czułam wręcz obsesję. Myślałam o nim bez przerwy…

Przyszedł przed dwudziestą pierwszą. Przyniósł szampana. Zrobiłam kawę i rozsiedliśmy się wygodnie tuż obok siebie. Nasze kolana raz po raz stykały się ze sobą. Rozmawialiśmy. Bez przerwy, nieustannie. Żartowaliśmy, wygłupialiśmy się. Opowiadał o swoich zabawnych przygodnych i przyglądał się, czy słucham uważnie. Zaklinał słowami. Zmieniał temat, dopytywał, interesował się moim spojrzeniem, opinią. Dłonią raz po raz dotykał moich kolan, ud. Widziałam doskonale, że wpatruje się w dekolt. Im dłużej byliśmy ze sobą, tym bardziej atmosfera robiła się napięta. Elektryzująca. Moja uwaga słabła pod wpływem emocji, oddech nieznacznie przyspieszał. Czuł to samo, byłam tego pewna, bo zamilkł i tylko patrzył. Jego oczy w półmroku wydawały się dzikie i nieokiełznane. Pożerał mnie wzrokiem, niczym wąż swoją ofiarę. Usiadł naprzeciw. Złączył moje kolana i zamknął w żelaznym uścisku między swoimi. Ujął twarz w obie dłonie. Czekałam. Tak bardzo czekałam na dotyk. Na krok w moją stronę, na zatracenie się w pieszczotach. Przymknęłam oczy i wtulałam twarz w jego ręce. Wargami dotykałam ich wewnętrznej strony. Słyszałam ciche pomrukiwania i przyspieszony oddech. Dłonie powędrowały do piersi. Wsunął je pod bluzkę i dotykał, najpierw przez materiał biustonosza, by po chwili poczuć ich ciepło na skórze. Pieścił mnie delikatnie, badając reakcje. Nie wiedział, jak daleko może się posunąć.

– Już nie mogłem wytrzymać… jesteś taka piękna i masz cudowne, wspaniałe ciało… i piersi… uwielbiam takie piersi… – szeptał. Głos mu drżał z podniecenia. Oniemiała sytuacją poddałam się temu, co ze mną robił. Odpływałam, przepełniona błogością i pragnieniem. Myślałam tylko o tym, by odważył się na dalszy krok. Nie zrobił jednak tego. Odskoczył gwałtownie i wyszedł na zewnątrz. Siedziałam sparaliżowana. Myśli kłębiły się w głowie, miliony pytań, wątpliwości, wyrzuty sumienia. Czułam, że robię coś złego, zakazanego, czego nie powinnam.

Wrócił po dłuższej chwili, nie potrafiłam określić, ile czasu minęło. Usiadł nieco dalej.

– Przepraszam cię, smerfetko. Jestem słaby, cholernie słaby. Nie mogłem się opanować, a powinienem – powiedział zduszonym głosem, unikając mojego wzroku.

– Nic się nie stało. To było bardzo… przyjemne – mój głos drżał, ale nie odważyłam się na więcej.

Nie mogłam powiedzieć, że marzę, fantazjuję o tym, jak się kochamy lub pieprzymy, opierając o biurko. O tym, że wkłada rękę pod spódnicę i wsuwa palce do mokrej i pulsującej cipy. I budzę się w nocy, widząc jego twarz. Twarz człowieka, który skradł moją duszę…

O północy każde z nas zadzwoniło do swoich rodzin z życzeniami. Później, popijając szampana na mrozie, przyglądaliśmy się fajerwerkom. Objął mnie i tak trwaliśmy. Drżałam, nie tylko z zimna. Nie mogłam wyzbyć się uczucia, że to nie koniec. Pragnęłam kontynuacji, jego odwagi i gotowości, by przełamać słabość.

Gdy weszliśmy do środka, ledwie zdjęłam kurtkę, a on przylgnął do mnie. Oparł o drzwi i wpił się w wargi. Zaskoczona, pozwoliłam mu na penetrowanie wnętrza ust. Dłonie błądziły po piersiach i schodząc niżej, niepewnie badały ponownie moje reakcje. Objęłam go za głowę i przywarłam całym ciałem. Nie chciałam dopuścić, by znów się zawahał. Szaleńcze pocałunki sprawiały, że podbrzusze boleśnie pulsowało.

– Pragnę cię… – wyszeptałam, patrząc mu znacząco w oczy.

Miał dziwne spojrzenie. Szkliło się od łez, ale było również… udręczone, odległe i jednocześnie spokojne. Dłonią powędrował pod spódnicę. Odszukał koronkę majtek i odsunął ją lekko na bok. Zwinnie wtargnął do wnętrza. Wydobył ze mnie jęk, a z siebie westchnienie, poczuwszy, jak bardzo jestem mokra. Kciukiem masował łechtaczkę, dwa palce wsuwał i wysuwał rytmicznie. Drugą dłonią przytrzymywał delikatnie za szyję. Dosięgnęłam krocza. Chciałam masować to nabrzmiałe miejsce, rozpiąć rozporek i uwolnić go od lęków i wahania. Pokazać, że jestem gotowa przyjąć całego.

– Proszę… nie dziś… – przerwał moje zapędy, a ja poczułam się odrzucona. Zastygłam. Zrozumiał, że to koniec i więcej nie chcę. Puścił mnie i odszedł kilka kroków. Uspokoiłam oddech i dotarło do mnie, że nie przebijemy muru nadal znajdującego się między nami, że w tym przypadku pożądanie nie ma szans wyjść poza sferę fantazji. Zostaje cierpienie. Nieme i bezsilne.

– Mam sobie iść? – zapytał, patrząc mi w oczy. W półmroku wydawał się jeszcze bardziej zgaszony. Wiedziałam, że nie pójdziemy dalej. Nie ziszczą się moje pragnienia. Miałam poczucie, że dążenie do ich realizacji zniszczy wszystko, co jest między nami. Jakbyśmy mieli stracić siebie na zawsze. Karmiliśmy się gestami, dotykiem i słowami. Swoją obecnością i oddziaływaniem tak silnym, że mentalnie doznawałam orgazmów za każdym razem, gdy był ze mną dłużej niż kilka chwil. Pieprząc się z nim, utraciłabym wszystko. Całą magię jego obecności i wpływu. Nie miałabym już niczego ani nikogo do zdobycia. Nie byłoby piękna i czystości. On sam toczył niewyobrażalną walkę. Przypuszczam, że czuł podobnie. W końcu niemal identyczne odbieraliśmy siebie i to nas połączyło, na poziomie intelektualnym, emocjonalnym i duchowym.

– Tak… – odpowiedziałam szeptem, chociaż pragnęłam, by został. Wiedziałam jednak, że nie jesteśmy gotowi na kolejną walkę ze sobą.

– Jesteś tego pewna? – szukał silnego potwierdzenia, ale też obarczał odpowiedzialnością.

– Tak. Musisz już iść – ledwo wydobyłam z siebie. Odwróciłam się i weszłam do toalety. Usiadłam na sedesie i nasłuchiwałam, jak zabierał swoje rzeczy i przez chwilę stał. Zastanawiał się jeszcze? Wyszedł. Przez małe okienko widziałam idącego Staszka. Kopał lód, który zalegał na zaspach. Był zły? Wściekły? Na kogo? Na siebie? Na mnie?

Miałam mętlik w głowie. Nie potrafiłam poradzić sobie z nagromadzonymi emocjami, z ich natężeniem. Nie potrafiłam okiełznać tego, co się we mnie działo. Walki wewnętrznej. Po chwili żałowałam, że go odesłałam. Powinnam to pociągnąć i spróbować doprowadzić do finału. Zaraz potem pojawiły się myśli, że jednak dobrze zrobiłam. Zastanawiałam się, jak ułożymy nasze relacje. Może mnie odtrąci, mając żal za to, że go nie dopuściłam? A może nic się nie zmieni i będzie zachowywał, jakby nic się nie stało? Moje rozedrganie, ba!, moje tsunami emocjonalne, trwało kilka dni. Po czasie przyszła względna stabilizacja, przepełniona tęsknotą i lękiem. Bałam się spotkania z nim. Tego, co może się wydarzyć, co powie i czy będziemy potrafili dalej współpracować. Nie widzieliśmy się ponad miesiąc. Wiem, że zamienił się dyżurami dwa razy, akurat wtedy, gdy miał pracować ze mną. Przypadek? Przypuszczalnie, chociaż miałam poczucie, że mnie unika. Zaczęłam budować w sobie bliżej nieukierunkowaną złość. Łatwiejsza strategia, chociaż wiedziałam, że jest gówno warta. Uważałam, że stchórzył, wykorzystał sytuację, moją naiwność. Sprzeczności, jakie się we mnie zderzały, momentami były nie no wytrzymania.

Po miesiącu trafiliśmy na siebie. I ku mojemu zaskoczeniu… nic się nie zmieniło. Zachowywał się zwyczajnie. Miły, uprzejmy, szarmancki. Dobry, otwarty i pomocny. Skrzętnie jednak unikał tematu i gestów. Omijał wszystko, co mogłoby naprowadzić na rozmowę dotycząca sylwestra. Zdystansowany, pilnował się z tym, co i jak mówił. Skupiał na neutralnych tematach. Przyjęłam ten stan z nieukrywaną złością, ale nie walczyłam z nim bezpośrednio. Wzięłam się za ofensywne wzbudzanie zazdrości i flirtowałam z kierowcami na potęgę. Początkowo przyjął to za dobrą zabawę. Z czasem jego zobojętnienie miękło. Taka przepychanka i granie sobie na nosie trwało kilka miesięcy. Bywało prawie normalnie, włączając bliskość i nieśmiały dotyk, którym próbował znów coś ugrać, pokazać. Stałam się nieprzejednana, chociaż w głębi duszy toczyłam heroiczną walkę, by nie wykrzyczeć mu wszystkiego w twarz, a potem rzucić na niego. Wdrukował się we mnie, zapisał sobą. Flirt i zainteresowanie innych mężczyzn bardzo mi schlebiało, upajałam się tym i wypełniałam luki, powodowane przez Stanisława. Z czasem fantazje obejmowały coraz śmielsze sceny. Bywały noce, które spędzałam na długich rozmowach z kierowcami, podsycanych coraz odważniejszymi aluzjami. Jednak żaden z nich nie posunął się za daleko. Wiedziałam, że czekali na moje przyzwolenie, niemy przekaz, by mogli pójść dalej. Cienka granica, po jakiej się poruszałam. Momentami nie zdawałam sobie sprawy, co może się wydarzyć. Fantazje przybierały formę ostrej orgii, gdzie dwóch, trzech, bierze mnie bezceremonialnie, szybko i gwałtownie. Nie cacka się, nie zważa na mój krzyk, płacz i ból. Nakręcona wizjami rżnięcia, oddawałam się szaleńczej masturbacji, gdy tylko zostawałam sama. Ulga przychodziła dopiero za trzecim, może czwartym szczytowaniem. Wtedy myślałam ponownie o Staszku. Zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak? Z jednej strony pragnęłam, by było delikatnie, miło, a z drugiej… bezceremonialnie i dziko.

Minęło ponad półtora roku od pamiętnego sylwestra. Mnóstwo czasu, w którym żyłam niczym w Matrixie. Zdałam maturę, poszłam na studia i pracowałam. Chwile zwątpienia, przemęczenie i złość towarzyszyły mi nieustannie. Frustracja, gdy króliczek, którego wciąż goniłam, wymykał się. Albo zabawa w kotka i myszkę. I mimo intelektualnego wyzwolenia i pobudzenia, stawało się to z czasem męczące. Niczym lizanie cukierka przez papierek. Jeśli dobrze naślinisz, może poczujesz lekką słodycz, ale nigdy pełnego, wartościowego smaku. Zasadniczo przyjęłam to jako oczywisty stan rzeczy. Będziemy się tak bawić do usranej śmierci albo do momentu aż któreś z nas się zwolni. Tylko czasami nie mogłam sobie poradzić z jego obecnością, która uwierała w każdy możliwy sposób. Szczególnie gdy bawił się moimi emocjami. Wzbudzał pożądanie i chłodził gwałtownie. Najgorsze było bezsensowne cierpienie, pozbawione cienia nadziei na lepszą przyszłość.

Aż w końcu trafiła się wspólna dwudziestoczterogodzinna zmiana. Dzień i noc. Roboty było zatrzęsienie. Nie mieliśmy za dużo czasu, by rozmawiać. Ciągły ruch, mnóstwo ludzi i tona papierzysk. Względny spokój pojawił się po osiemnastej. Usiedliśmy na ławce za naszą „budką”. Przyjemny wietrzyk chłodził rozgrzane ciała w letnie popołudnie. Zajadaliśmy truskawki i rozmawialiśmy o zwykłych, neutralnych sprawach. O tym, jak bardzo ten dzień dał nam w kość. Nic szczególnego i na tamten moment byłam wdzięczna, bo zmęczenie dawało o sobie znać. Nie zauważyłam, gdy jego oczy się zmieniły. Spojrzenie, które bardzo dobrze znałam. Mówiące wyraźnie, że kolejny raz nie pozwoli mi na spokojny wieczór. Wziął truskawkę i przyłożył do moich ust. Zaskoczona nagłą reakcją ciała, poddałam się bez oporów. Przejechał nią po ustach, po czym wsunął do połowy. Ugryzłam, a sok pociekł po wargach, kapiąc na odkryty dekolt. Rozejrzał się dookoła i po chwili poczułam ciepły język spijający sok z piersi i brody, ale zaraz potem jadł już grzecznie swoją porcję, uśmiechając się z zadowoleniem. Siedziałam równie zadowolona. Wiedziałam, że nie mogę zbyt mocno reagować, by znów boleśnie nie odczuć odrzucenia lub niezdecydowania z jego strony.

– Jeszcze wrócę – powiedział, gładząc mnie po policzku. Poszedł na obchód i do siebie. Wzięłam się za robotę, wiedząc że czeka mnie kolejna przejażdżka rollercoasterem zwanym Stanisławem. Wiedziałam też, że tym razem mu nie odpuszczę. Albo wyjaśnimy sobie wszystko raz na zawsze, albo przeleci mnie w końcu.

Gdy ogarnęłam już pracę, wypuściłam w trasę ostatnie samochody i zamknęłam biurowiec, wracając do siebie, zauważyłam, że Staszek zgubił klucz. Wzięłam go i zadzwoniłam do mężczyzny. Po zamknięciu zakładu przybiegł zdyszany.

– Dziękuję ci, smerfetko – powiedział głosem pełnym ulgi i wdzięczności. Zabrał klucz z mojej dłoni, jednocześnie ujmując ją. Wstałam, gdy poczułam pociągnięcie w jego stronę. Złożył pocałunek na moich palcach, patrząc w oczy. Znów to cholerne drżenie… Przygryzałam mimowolnie wargę i przysunąwszy się do niego, dałam sygnał, by mnie pocałował. Zrobił to nieśmiało i delikatnie, tak że nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż kosztuje każde wgłębienie moich ust. Objęłam go za szyję i przycisnęłam się do niego. Nie miałam zamiaru puszczać. Nie tym razem. Będziesz dziś mój – myślałam, wpijając się szaleńczo w jego wargi. Pachniał obłędnie. Świeżością, czystością i morską bryzą. Miał krótko przystrzyżone miękkie, białe włosy. Oczy w odcieniach błękitu, raz po raz szarzejące, niemal stalowe. Twarz pokrytą niewielkimi zmarszczkami i niezbyt wydatne usta. Niewiele wyższy ode mnie, myślę, że mógł mieć niecałe sto osiemdziesiąt centymetrów. Dobrze zbudowany, z delikatnym brzuszkiem. Dłonie wypielęgnowane, gładkie i zawsze ciepłe. Wielokrotnie ogrzewały moje zlodowaciałe. Uwielbiałam jego aksamitny dotyk. Znałam każdą drobną bliznę na rękach mężczyzny, każde wgłębienie paznokcia i znamię, które miał na nadgarstku. Nauczyłam się nawet jego zapachu. Potrzeba posiadania go na wyłączność chociaż przez chwilę, krótki moment, przepełniała moje trzewia.

– Co ty ze mną robisz? – zapytał ledwo słyszalnym głosem, między jednym a drugim mokrym pocałunkiem. Ustami kreślił wzory rozkoszy na szyi, a ja mogłam w końcu wtopić palce we włosy. Zatonęły w białym puchu, gdy schodził niżej i niżej…

– Pragnę cię… – moje słowa ugrzęzły zawieszone w powietrzu. Zamarł. Uniósł się i spojrzał w taki sposób, że pożałowałam od razu swoich słów.

– Smerfetko… – Wyminął mnie i usiadł na oparciu fotela. Podeszłam do niego i stanęłam najbliżej, jak to było możliwe.

– Wiesz dobrze, że mnie pociągasz, działasz niesamowicie mocno. Nie trudno się tego domyślić. Od tamtego sylwestra, a właściwie już trochę wcześniej coś się zaczęło dziać – wylewał z siebie potok słów. Nie chciałam mu przerywać, słuchałam uważnie, zapadając się powoli w rozpaczy… – Działasz na mnie fizycznie, owszem, ale przede wszystkim psychicznie. Nigdy czegoś takiego nie czułem i nigdy w takim natężeniu. Ale wiem też, że nie mogę ci tego zrobić. Zmarnować życia. Bo jakby to miało wyglądać? Taki stary facet i młoda dziewczyna… Poza tym romans w pracy to najgorsza rzecz na świecie. Wszystko niszczy.

Trzymał mnie za ręce, a oczy miał szkliste. Rozczulił mnie i miałam ochotę ochronić go przed tymi rozterkami. Zamknąć w ramionach i odrzucić wszystkie lęki.

– Ale ja od ciebie niczego nie chcę, niczego nie oczekuję. Przecież wiem, że jesteś żonaty i zdaję sobie sprawę, że więcej nas dzieli, niż łączy. Nie będziemy zmieniać swojego życia dla tych kilku pięknych chwil – wyrzuciłam niemal na jednym wdechu.

– Właśnie…to tylko chwile… – Wstał i ruszył w stronę wyjścia.

– Poczekaj, nie to miałam na myśli – próbowałam jeszcze coś dodać, bo źle mnie zrozumiał. Chciałam mu powiedzieć, że nie musimy nic zmieniać, że chodzi tylko o to, co czujemy tu i teraz. Bliskość, przyciąganie, pożądanie i seks. I, że tego właśnie chcę. Niczego więcej…

– Nie musisz już nic więcej dodawać, ale wiesz co? Gdy skończysz studia, chcę być twoim pierwszym pacjentem. Powiem ci wtedy, że byłem chory. – Stał w progu gotowy do wyjścia, a w oczach zauważyłam łzy.

– Nie rozumiem. Chory? Na co? – Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Czułam się zagubiona, zdezorientowana.

– Chory z miłości… na którą nie powinienem sobie pozwolić – dodał i wyszedł.

Wmurowało mnie. Dobre kilka minut stałam i przetwarzałam, co się wydarzyło. Byłam niemal pewna, że w końcu dojdzie między nami do zbliżenia, a dostałam w zamian… Wyznanie miłości? Stanowczo za wiele nawet jak dla mnie. Chwila, gdy emocje przewyższały odwagę i musiałam przyznać, że więcej po prostu nie zniosę. Czułam smak bólu i goryczy. Stanisław brzmiał, jakby się żegnał, ale dla mnie nie było to takie oczywiste. Wiedziałam, że mimo wszystko muszę to… dopełnić. Nieważne jak. Nie odbierze mi możliwości odkupienia. Dopiero wtedy może odejść. Jeśli ktoś dotknął ciemności, trwa w niej całe życie. Moja ciemność dosięgnęła mnie w najmniej oczekiwanym momencie. I, mimo że czułam niemal czystość duchową między nami, ogarnęła mnie czarna rozpacz.

Kilka dni wegetowałam emocjonalnie. Tkwiłam w zdeformowanej czasoprzestrzeni. Był wszędzie. Jakbym nie miała innego powietrza. Wypełniałam każdą minutę, by nie zwariować. Wiązałam supeł na duszy i sercu. Pchałam wskazówki zegara do przodu, by te dni jak najszybciej minęły. Błagałam o noc, sen i kolejny dzień podobny do poprzedniego. Odliczałam chwile, by znów ziścił się przed moimi oczyma. Bym mogła położyć na nim dłoń i zapomnieć w wieczności bycia razem. Ciepło ciała było wprost proporcjonalne do jego bliskości. Niczym ogniste lśnienie.

Po tygodniu i nocnym dyżurze z piątku na sobotę udałam się do niego. W weekend zakład jest prawie pusty. Miałam pewność, że nie natknę się na nikogo. Był zaskoczony.

– Smerfetko… co tutaj robisz? – zapytał, wpuszczając mnie do środka.

– Musimy porozmawiać. Nie wyjdę stąd, dopóki nie wyjaśnimy sobie wszystkiego. Już dłużej tego nie zniosę – moje słowa wybrzmiały zbyt ostro.

– Dobrze, rozumiem. Muszę tylko iść na obchód i pokazać się w waszej dyżurce, żeby nie było podejrzeń. Zawsze tam zaglądam – tłumaczył się. – Zrób sobie kawę albo poczekaj, ja dla nas zrobię. Rozgość się, proszę. – Wskazał mi miejsce. Wyczułam zdenerwowanie. – Zamknę cię na klucz, żeby nikt nieproszony tutaj nie wszedł – dodał, upewniając się, że wyrażam zgodę.

– Dobrze, idź już. Poczekam na ciebie.

– Cieszę się, że przyszłaś… – rzucił na odchodne.

Czekając na niego, uświadomiłam sobie, że właśnie tak by to wyglądało. Wyrwane chwile, ciągłe wahania i wyrzuty sumienia. Nieustanna walka. Tęsknota i oczekiwanie. Za dotykiem, spojrzeniem. Za całością. Za dopełnieniem. Rozmowami, w których formę zniosła treść. Spoglądałam przez okno i nie potrafiłam znaleźć słów, kreślących się we mnie przez kilka ostatnich dni. Miałam mu tyle powiedzieć, wytłumaczyć. Pustka. Usłyszałam szczęk zamka. Nie zdążyłam zareagować nim znalazłam się w jego objęciach. Przytulał i obejmował mnie z czułością, o której nie byłam w stanie marzyć. Opiekuńczość i niewymuszony zachwyt wylewały się z niego. Poczułam się zawstydzona i szczęśliwa. Niczym mała dziewczynka, która właśnie dostała wymarzony prezent. Ustami musnął moje w oczekiwaniu na reakcję. Za każdym razem czekał na przyzwolenie. Moje ciało zareagowało natychmiast. Rozkoszne dreszcze rozlewały się w porach skóry. Pragnęłam go do granic możliwości, aż bolało. Gniotło i ściskało niewyobrażalnie. Dusiłam w sobie łzy. Żądza niesiona miesiącami, nigdy niespełniona. Nie dopełniona. Wiedziałam, że nie zniosę kolejnego zawahania. Nie zniosę kolejnego odrzucenia. Bo za każdym razem czułam się odrzucana. Niczym szczeniak, którego zabiera się do domu, a po chwili oddaje. Wielokrotnie. Jego spojrzenie wyrażało ogrom czułości i rozdarcia. Nie miałam już siły walczyć, ani ze sobą, ani tym bardziej z nim. W tamtej chwili boleśnie odczułam, jak bardzo wdrukował się w moje życie. Jak ogromny wpływ miał na mnie i jak mocno fascynacja mną zawładnęła. Uświadomiłam sobie, że pokochałam go wbrew sobie i nigdy wcześniej, ani później nie przyznałam się przed sobą do tego uczucia. Był jak poryw silnego wiatru. Niszczący i twórczy. Jak grzech, którego nie mieliśmy odwagi popełnić…

Zrozumiałam. Tak miało zostać. Tak, musiało zostać. Ujęłam twarz Staszka w swoje dłonie i popatrzyłam w oczy. Drżał od mojej nagłej czułości i niespodziewanego dotyku. Znów toczył walkę. Dłonią chwycił mnie w pasie i przycisnął mocniej. Czułam go wyraźnie. Drżenie, podniecenie, przyspieszony oddech…

– Za dużo tego. – Dotknęłam jego głowy. – A za mało tego… – Przesunęłam dłoń na klatkę piersiową, w okolice serca.

Uśmiechnęłam się z czułością, zabrałam swoje rzeczy i wyszłam. Zostawiając go… na zawsze.

W poniedziałek złożyłam wypowiedzenie. Nie mogłam z nim dłużej pracować. Nie mogłam wbijać sobie raz po raz rozgrzanego pręta prosto w serce…

Zaufaj tylko warg splotom,

Bełkotom niezrozumiałym,

Gestom w próżni zawisłym,

Niedoskonałym.

(…)

Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic

I nie stanie się nic, aż do końca.[1]

[1] Grzegorz Turnau. Naprawdę nie dzieje się nic. [Warszawa] : Pomaton EMI, cop. 1991.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dojrzewanie bohaterki niby nakreślone grubą kreską, a jednak widzimy wyraźną przemianę… To smutne, że dojrzałość często postrzegamy jako rezygnację z marzeń, ale niestety w życiu często tak jest.

Pozdrawiam

A.

Rezygnacja z marzeń, chociaż w ogólnym odczuciu chyba dobrze się stało…

Bardzo fajnie opowiedziana historia, chociaż po cichu liczyłam, że w końcu spełnią swoje fantazje. Niemniej bardzo dobrze się czytało. Życzę weny i kolejnych dobrych pomysłów.

Zachwyt. Trzy piątki to za mało.
Styl i fabuła.
Jeśli ktoś chciałby narzekać to…. (może mogłoby coś być lepiej ale nie będę rozwijał tematu do momentu powtórnej lektury, a z tym trochę poczekam).
Uśmiechy
Karel Godla

Karelu,
dziękuję Ci bardzo! 🙂

Staśki to fajne chłopaki ( a Stanisławy to fajne dziewczyny – a jakże). I to widać w tekście. To także jest plusik, ale już całkiem egoistycznie przyznany.

Wróciłem. Zapewne nikt nie tęsknił…:)

Czytałem kilka Twoich opowiadań i nie będę zbytnio odkrywczy jeśli powiem, że piszesz bardzo dobrze. Soczyście, konkretnie, obrazowo, z wyczuciem. Opowiadanie jest dobrze wyważone.

Z poprzednich kilku udało mi się wyłowić dwa albo trzy zdania, które uważam za genialne i wprawiły mnie w zachwyt. A rzadko zdarza mi się ten stan:)

Ale… oprócz kawałków bardzo dobrych, wzniosłych, zdarzają Ci się…… hmm…. głupawe błędy. Albo brak Ci niezbędnego doświadczenia, albo dajesz się ponieść chwili, albo brak Ci niezbędnego cwaniactwa, swoistej samokontroli (jak to, zdaje się, powiedział Karel – dyscypliny).

Popatrzmy…

“Kilka dni wegetowałam emocjonalnie. Tkwiłam w zdeformowanej czasoprzestrzeni. Był wszędzie. Jakbym nie miała innego powietrza. Wypełniałam każdą minutę, by nie zwariować. Wiązałam supeł na duszy i sercu. Pchałam wskazówki zegara do przodu, by te dni jak najszybciej minęły. Błagałam o noc, sen i kolejny dzień podobny do poprzedniego. Odliczałam chwile, by znów ziścił się przed moimi oczyma. Bym mogła położyć na nim dłoń i zapomnieć w wieczności bycia razem. Ciepło ciała było wprost proporcjonalne do jego bliskości. Niczym ogniste lśnienie.”

Najlepszy fragment całego opowiadania, z jednym wszak wyjątkiem.

“Pchałam wskazówki zegara do przodu” Jeśli pchałaś, to tylko do przodu. Nie można pchnąć w innym kierunku. Słowo jest doskonale wyczerpujące, nie trzeba niczego dookreślać. Możesz powiedzieć, że to tylko taki kolokwializm (bo fragment jest natchniony), ale ja tego nie kupuję.

“– Co ty ze mną robisz? – zapytał ledwo słyszalnym głosem, między jednym a drugim mokrym pocałunkiem.”

A może po prostu – wyszeptał?

“Przymknęłam oczy i wtulałam twarz w jego ręce. Wargami dotykałam ich wewnętrznej strony.”

Suche to, zbyt techniczne i nieporadne. A gdyby tak… “wargami musnęła linię życia, mądrości, a potem resztę magicznej struktury decydującej o szczęściu i życiowym powodzeniu”. Hmm… a nie za bardzo pompatycznie?

“Całe napięcie szukało ujścia i znalazło w mojej głowie.”

A nie miało być…. skumulowało się?

Drobiazgi, ale jakże istotne. Jest tego więcej, ale…. prywatnie nie jestem aż tak drobiazgowy:)

Aureliusie,
serdecznie dziękuję za konstruktywny komentarz, oby takich jak najwięcej! Nauka i wyciąganie wniosków zawsze na pierwszym miejscu. 🙂
Odniosę się do poruszonych kwestii. Rzeczywiście, patetycznie użyte “pchać przodu”. Od razu przyszło mi na myśl “cofać do tyłu”, “spadać w dół” czy “wracać z powrotem” . W moim przypadku zastosowanie pleonazmu, miało na celu wzmocnić siłę ekspresji, nakreślić emocjonalność.
Szeptanie, owszem dosyć wyraźnie zaznacza co się dzieje, ale tutaj pierwsze skrzypce grały mokre pocałunki – w moim odczuciu oczywiście. Jak to w tekstach bywa, każdy wyciąga coś dla siebie.
Moja Kochana Korektorka (Aniu, pozdrawiam :)) bardzo dba by mój język nie był zbyt ceremonialny, ale tutaj dała mi więcej swobody, za co jestem wdzięczna. Plusem jest to, że wiele z tych wyniosłych fragmentów wywaliłam sama, zanim przesłałam tekst do pierwszej korekty.
Natomiast co do “ujścia”, to jest akurat celowe zagranie. Kłębiące się emocje, uczucia zwykle szukają sposobności by dać im wydźwięk. Na zewnątrz. Co się więc dzieje, gdy nie ma wyjścia na zewnątrz? Szukają go wewnątrz i to jest ich “ujście”. W tym przypadku bóle głowy/migrena.

Niemniej bardzo Ci dziękuję i proszę o więcej. 😉

Pozdrawiam

Też tak uważam! Staśki to fajne chłopaki 🙂

Aureliusie, Mistrzu-zegarmistrzu, masz rację, zdjąłem szkiełko i spróbowałem pchnąć wskazówki do tyłu. A tu trzask i … czas, tfu, zegarek stanął w miejscu.
Czyli uważasz, że metaforycznie nie można cofnąć się do przeszłości, szukać wspomnień itp. czyli „cofać wskazówek”, nie można naprawić błędów przeszłości czyli – takoż – „cofać wskazówek”?
Cóż, może masz rację. Choć ja myślę, już teraz poważnie i nie o metaforach, że tym naiwnym twórcom piszącym fantastyczne bujdy o podróżach w czasie, przyszłość przyzna rację i wskazówki aczkolwiek głównie będą pędzić albo ślimaczyć do przodu, mniej często podrepczą też w tył. Nawet pewien sławny Albert drapał się w głowę, myśląc o problemie „okazjonalnej zmiany kierunku ruchu wskazówek”.
A już na poważnie: takie wypowiedzi, jak Twój komentarz, są najbardziej pomocne autorom. Konkrety, fakty, cytaty, oceny, opinie.

Ha! Karelu, wydaje mi się, że Aurelius nie miał na myśli metaforycznego pchania czasu do przodu, a pewien problem językowy. Czy można pchać w innym kierunku niż do przodu? Oczywiście do tyłu nie, bo wtedy się raczej ciągnie 😉
Niemniej sądzę, że można pchać również w górę, dół czy bok – wątpię, żeby było na to odrębne określenie – i pchając wskazówki w zasadzie to robimy. Możemy pchnąć je “do przodu” czyli w prawo (jeśli stoimy naprzeciw zegara) albo “do tyłu” czyli w lewo… zwykle nie jesteśmy w stanie wgnieść ich w tarczę 😉

Ja wiem, że puryści językowi nie znoszą zbędnych słów i tępią na przykład “odchylić do tyłu”, które wielu ludziom wydaje się naturalne, ale w przypadku “chylić” mamy również “przechylić” i “pochylić”. “Pchać” jest zupełnie innym przypadkiem…

Szeptanie. Cóż… pastwię się nad uwielbieniem autorki do przesadnie rozbudowanych konstrukcji językowych, ale sądzę, że w tym wypadku “nadmiar” słów można uznać za uzasadniony. Mamy też teatralny szept, nerwowy, wystraszony itp. Szept szeptowi nierówny 😉

“Struktury decydującej o szczęściu i życiowym powodzeniu” zdecydowanie kazałabym napisać na nowo, więc winę możesz zawalić na mnie. Lubię minimalizm…

Przyznam, że “nad szukaniem ujścia” jako korektorka się zastanawiałam, tym razem postanowiłam jednak jak najmniej ingerować w tekst, przeświadczona, że autorka pięknie nam się rozwija, coraz lepiej panując nad językiem. Pewnie, że napięcie mogło się “skumulować”, każdą myśl można przekazać na milion sposobów, ale w tym przypadku “szukało ujścia”, bezskutecznie zresztą, skoro wywołało migreny…

Serdecznie pozdrawiam

A.

Napisz komentarz