Ballada o trzech nieznajomych, czyli rzecz o winie, karze i odkupieniu 2/2 (Agnessa Novvak)  3.29/5 (22)

18 min. czytania

(c) Agnessa Novvak

Bez namysłu rozplątałem węzeł ręcznika i odsłoniłem się bezwstydnie przed niezapowiedzianym gościem w pozie godnej kulturysty. Mającego może swoje lata oraz będącego w nie najlepszej już formie, lecz wciąż zwartego i gotowego do natychmiastowego działania. Ponadto, co nie mniej istotne, obdarzonego przez naturę przymiotami stanowczo przekraczającymi średnią środkowoeuropejską. Aurora przechyliła głowę, taksując zaintrygowanym wzrokiem moje nagie ciało, ze szczególnym uwzględnieniem okolic naprężonej męskości. Przygryzła wargi, jakby rozważając nie co, lecz w jaki sposób chciałaby zaraz zrobić, podeszła na odległość oddechu i przekręciła się plecami.

– Rozepnij – szepnęła nieoczekiwanie czułym głosem.

Niezgrabnymi palcami odnalazłem suwaczek i jednym ruchem opuściłem satynową sukienkę do kostek. Nie wiedząc właściwie dlaczego, w najmniejszym nawet stopniu nie zaskoczyła mnie całkowita nieobecność bielizny, czego jednak nie mogłem powiedzieć o szafirowym motylku, wymalowanym pomiędzy łopatkami. Nieśmiało przeciągnąłem palcami po tatuażu, kreśląc linie na jaśniutkiej skórze. Zachęcony własną odwagą przylgnąłem do sięgającej mi ledwie do wysokości barków kobietki. Objąłem ją od tyłu wpół, pochyliłem głowę i pocałowałem podcięte króciutko włosy na karku. Wędrowałem ustami w kierunku malutkich, niemalże dziecinnych uszu, to zawracałem ku plecom, za każdym kolejnym okrążeniem docierając niżej. W końcu przyklęknąłem, objąłem ramionami gruszkowate biodra i przytuliłem twarz do krągłych pośladków. Obsypywałem je drobniutkimi całuskami, smakując pokrytą jedwabistym meszkiem skórę, podczas gdy Aurora dreptała w miejscu, stopniowo obracając się do mnie przodem.

Gdy nagle, zupełnie nie wiadomo jak ani skąd, w coraz silniej szumiącej od podejrzanego trunku i ledwo powstrzymywanych emocji głowie, rozległy się absolutnie niepasujące do panującego nastroju słowa. Niedające się w żaden sposób odgonić. Brutalnie zmuszające do zadumy, refleksji i natychmiastowego zaciśnięcia oczu. Rozbrzmiewające natarczywie:

Ludu mój ludu, cóżem ci uczynił? W czymem zasmucił albo w czym zawinił?

Jak to czym? Całym swym gówno wartym życiem! Gdybym zmarnował jedynie własne, mógłbym się jeszcze jakoś tłumaczyć, ale… nie było przykazania, którego bym nie złamał. Bez wyjątku. Nie uszanowałem wysiłku ojca swego i matki swojej. Zasad, które próbowali mnie nauczyć. Uniwersalnych prawd płynących z wpajanej mi latami wiary. Łgałem przecież jak pies niemal zawsze dla prywaty, a nie pro publico bono. Pożądałem żony bliźniego i to po wielokroć. Rzeczy, które jego były, tym bardziej. A co najgorsze…

Bez wyjątku, powiedziałem! Ciążyły mi na sumieniu ludzkie istnienia. Wypalone, do cna zużyte, którym jedynie przyspieszyłem i tak nieunikniony, marny koniec. Ale też pełne sił, ufności oraz nadziei i z perspektywami na świetlaną, pełną szczęścia przyszłość. Oplatały mnie postrzępione nici cudzych losów. Gwałtownie przecinanych nożem, rozszarpywanych ołowiem, rozrywanych na strzępy gołymi rękoma. Tych byłem jeszcze w stanie się doliczyć, lecz co ze wszystkimi, którym – tylko i aż – nasypałem piachu w tryby życia? Jak wielu z nich zostało pokonanych przez narkotyki, hazard czy prostytucję, którymi jakże skutecznie ich skusiłem? Byłem kreatorem wdów. Twórcą sierot. Architektem nędzarzy.

*

Poczułem dotyk drobnych paluszków, ślizgających się po łysej głowie. Niewinnie gładziutkie łono, w którego kojące ciepło wtulałem policzek. Wstydziłem się, lecz nie byłem w stanie powstrzymać gorzkich łkań odkupienia, o którym doskonale wiedziałem, że nigdy nie nadejdzie. I nawet płynące wprost z głębi serca uczucie, którym pragnąłem obdarzyć niespodziewanie postawione na mej drodze nagie wcielenie cudowności, nie było w stanie obmyć mnie z grzechu.

Uniosłem mętny wzrok, zamierając na widok intensywnie niebieskich, wpatrujących się we mnie oczu. Zamrugałem załzawionymi powiekami, lecz ich nieludzki kolor nie znikał. Z jakimże czarnoksięstwem miałem do czynienia? Powstałem, drżąc w przestrachu, lecz Aurora tylko przytrzymała me spłoszone dłonie, uspokajając w niedający się pojąć sposób.

Podprowadziła mnie ku krawędzi łóżka, pchnęła na nie bezpardonowo i dosiadła. Bez pytania, bez proszenia, bez jednego słowa i choćby cienia gry wstępnej. Mimo całkowitego braku przygotowania i naprawdę solidnego rozmiaru, wszedłem gładko w nieoczekiwanie mokrą, otwierającą się przede mną jakże chętnie kobiecość.

Co najlepszego się ze mną działo? Natychmiast zapomniałem o złośliwym nowotworze, toczącym duszę ledwie chwilę temu, i znów poddałem się wszechogarniającemu pożądaniu. Chwyciłem bezwiednie za podskakujące coraz energiczniej biodra, chcąc się wyprostować, lecz Aurora niespodziewanie silnie pchnęła mnie z powrotem na łóżko. Wysunęła się na moment, podparła na rękach i kucnęła nade mną szeroko rozstawionymi nogami. Opadła na śliską, stojącą sztywno męskość, a ja zadarłem głowę, wpatrując się oniemiały w doskonale niedoskonałe ciało.

W pełne, wbijające mnie z impetem w puchowy materac, godne antycznej bogini płodności uda.

W uroczo apetyczny, wydatny brzuszek, opadający na ociekające lepką wilgocią, pulchne łono, ukoronowane rozwartymi, różowiutkimi płatkami, które mógłbym wylizywać choćby do rana. Zachwycać się ich delikatną fakturą, upajać do nieprzytomności oszałamiającym zapachem, delektować smakiem utraconego raju…

W mięciutkie fałdeczki na nie dających się ukryć, falujących boczkach.

W nieproporcjonalnie małe, szpiczaste piersi. Prześliczne, rozchodzące się lekko na boki „lisie noski”, dla których ucałowania oddałbym wszystko, co kiedykolwiek posiadałem.

W krótką, mocną szyję, pożądliwie rozchylone, lśniące spienioną śliną usteczka i wdzięcznie zadarty nosek.

*

Pogrążyłem się w smoliście czarnej, gęstniejącej z każdą chwilą głębinie perwersji. Nagle zapragnąłem, by Aurora przywołała swe jakże chętne siostry, byśmy już we czworo oddali się spełnianiu najskrytszych pragnień. We wszelkich możliwych, najbardziej nawet wymyślnych konstelacjach. Używając do tego absolutnie każdego fragmentu naszych ciał, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których zazwyczaj nie łączy się ze sobą w jedną całość. Ba, nawet obecności Pitbula bym nie odmówił! Nie, że nagle go polubiłem, ale mógłby okazać się niezbędny choćby do podwójnej penetracji, którą bardzo chętnie wypróbowałbym na Auro… O nie! Przenigdy! Była przecież jakże przesłodko niewinną, choć faktycznie dość nieokrzesaną dziewczyną, w której urokliwym spojrzeniu mógłbym tonąć raz po raz, aż do końca swych dni.

W spojrzeniu ogromnych, otwartych na całą szerokość, płonących neonowym błękitem przerażających oczu bez źrenic, których blask rozlewał się aż po lśniący srebrem wzór na skroniach. A może nie był to makijaż, tylko trwały tatuaż? W tym momencie nie miało to absolutnie żadnego znaczenia.

Zanim choćby pomyślałem o spanikowaniu, Aurora podłożyła mi rękę pod kark i ostro przyciągnęła do siebie.

– Dojdź we mnie. Teraz. Zaraz, powiedziałam! – wycharczała, odrzucając głowę do tyłu w szaleńczym spazmie.

Rozorywana paznokciami skóra paliła mnie żywym ogniem. Męskość, zniewolona w sadystycznym ścisku imadła opętanej kobiecości, pulsowała niemożliwym do zniesienia bólem. Przymknąłem powieki, resztkami sił starając się nie zemdleć. A przede wszystkim w żadnym wypadku nie dopuścić do wytrysku.

Bezskutecznie. Aurora, czując w sobie moje nasienie, odchyliła się jeszcze mocniej i oparła na wyciągniętych do tyłu rękach. Mimo ewidentnego, podkreślanego dzikimi, nieartykułowanymi odgłosami orgazmu, nie przestawała mnie zwierzęco ujeżdżać. Wiedziałem, że w takim tempie zaraz odpłynę do reszty, a wtedy nic już mnie nie uratuje. Resztkami sił oraz woli złapałem ją za nogi i jakimś cudem zrzuciłem nie tylko z siebie, ale i łóżka.

Nie była to najmądrzejsza decyzja. Wściekle nienawistny wzrok uniósł się znad podłogi. Ledwo zdążyłem odskoczyć przed śmiercionośnymi pazurami, przecinającymi powietrze w miejscu, gdzie sekundę wcześniej miałem twarz. Na następny unik zabrakło mi już czasu. Gnana obłąkaniem Aurora wskoczyła na mnie, powalając z powrotem na materac, tym jednak razem w celach wybitnie nieseksualnych. Chociaż…

– Widziałam, jak na mnie patrzysz! Jak do mnie mówisz! – jej głos przypominał zgrzytanie zapieczonych zębatek zepsutego zegara. – I już żem takie nadzieje z tobą wiązała! Nawet siostry urobiłam, że masz być tylko mój! Ale musiałeś stchórzyć! Musiałeś, złamasie! Ze mną byś przeżył rzeczy, których nawet se nie wyobrażasz! Za jedno twoje spojrzenie bym ci obciągnęła na kolanach! Na środku fontanny! – uśmiechnęła się złowrogo do własnych słów. – Za jeden gest dałabym sobie wsadzić co byś chciał i w jaką dziurę byś se tylko umyślił! Brałbyś mnie dzień po dniu, noc po nocy, a każde życzenie byłoby dla mnie rozkazem! Byłbyś moim władcą, a ja twoją niewolnicą, rozumiesz?! A ty musiałeś wszystko spierdolić! Dlaczego? No, odpowiedz mi: dlaczego? Dlaczego?! Dla…

Przydusiła mnie kolanem i zaczęła maniakalnie okładać po głowie zaciśniętymi piąstkami, wykrzykując to jedno słowo. Kolejne uderzenia bolały co prawda coraz mocniej, ale też wreszcie przebudziły stłamszony instynkt samozachowawczy. Musiałem błyskawicznie zebrać myśli! Skoro czułem się jak po jakimś ruskim krokodylu, może faktycznie celowo dodano coś do wina? Jeśli tak, należało się tego jak najszybciej pozbyć! Tylko jak najpierw sprawić, żeby… Nad czym ja się w ogóle zastanawiałem? Skoro dawałem sobie radę z wytrenowanymi, głowę wyższymi od siebie bysiorami, to jaki niby problem stanowiła niziutka, na oko połowę lżejsza kobietka? Nawet jeśli zachowywała się jak szajbnięty pomiot Belzedupa?

Jednym szarpnięciem uwolniłem ręce i z całej siły złapałem zaskoczoną nagłą reakcją Aurorę za nadgarstki. Kilka przećwiczonych ruchów później leżała oszołomiona na brzuchu, z wypiętą wysoko dupcią. Cudownie krąglutką, wygoloną do gładka i wręcz zachęcającą leciutkim rozwarciem, by ją posiąść… Co ja miałem w głowie?! Potrzebowałem przecież jakimś cudem oczyścić organizm ze świństwa mącącego ciało oraz umysł, odnaleźć Pitbula i spróbować wydostać się z tej jaskini szaleństwa! A nie zastanawiać się nie tyle czy, lecz w jaki sposób zgwałcić będącą teraz na mojej łasce i niełasce kobietę!

Przytrzymałem jej ręce wzdłuż pleców i usiadłem całym ciężarem na nogach. Mimo całej tej chorej, wciąż nie do końca zrozumiałej sytuacji oraz niedawnego spełnienia, zorientowałem się, że bardzo szybko powracam do pełni formy. Grubą, długą i jeszcze twardszą męskością rozchyliłem pośladki Aurory, która najwyraźniej zrozumiała, co ją czeka, bo zaczęła miotać się jak oszalała. Rzucając w moją stronę obelgami, których z wrodzonej grzeczności przytaczać nie będę. Bo, kurwa mać, nie. Dla absolutnej pewności trafienia wycelowałem raz jeszcze, przygotowując się do pchnięcia, którym zamierzałem za chwilę dosłownie rozerwać zupełnie nieprzygotowane do tego ciało. Jeden, dwa i…

Trzy! Cios w potylicę momentalnie pozbawił Aurorę przytomności.

Z największą ostrożnością upewniłem się, czy nie przesadziłem z siłą… Mimo braku reakcji wciąż oddychała, więc ułożyłem ją bezwładną na materacu w pozycji bezpiecznej, by niczym się nie zakrztusiła, ani przypadkiem nie spadła z łóżka. Na koniec, przygładzając palcami jej rozwichrzone włosy, okryłem miękkim pledem.

Pochyliłem się nad wanną i – nie namyślając długo – wepchnąłem palce do gardła, wywołując torsje. Po opróżnieniu żołądka odkręciłem kran i wypiłem tyle wody, ile dałem radę w siebie wmusić, odczekałem chwilę i powtórzyłem wszystko raz jeszcze. Oparłem się plecami o ścianę, spoglądając ponownie na leżącą na łóżku Aurorę. Tym razem ze strachem. A jeśli się ocknie? Może naprawdę będzie lepiej ją…? Albo najpierw skorzystać z tyle co zarzuconej okazji na zaznajomienie się z jej tyłeczkiem?

Nie! Tej granicy nie byłem w stanie przekroczyć. Bardzo możliwe, że ledwie kwadrans wcześniej Aurora miała zamiar w ataku furii mnie skrzywdzić. Być może nawet zabić. Ale – choćbym nawet chciał – nie mogłem odpłacić jej tym samym. Dlaczego? A czy wszystko i zawsze musiało dać się logicznie wytłumaczyć?

Oprzytomniały na tyle, ile pozwalały warunki, wciągnąłem ubranie. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz i z odbezpieczonym pistoletem w dłoni zagłębiłem się w oświetlony kinkietami korytarz.

*

Poruszałem się cichutko, analizując rozkład pomieszczeń i sprawdzając uważnie, czy kolejny mijany cień nie przejawiał skłonności skrytobójczych. Dwór niby nie był specjalnie rozległy, lecz wciąż nie znalazłem nawet śladu po Pitbulu i rodzeństwie Aurory. A może naprawdę wystarczyłoby, żebym tylko ja dotarł do samochodu? Niedawne złośliwe rozważania na środku zagubionej drogi były jedynie złośliwymi rozważaniami i nie miały większego znaczenia, lecz teraz całkiem serio walczyłem o życie! Tym bardziej że zacząłem przyglądać się obrazom na ścianach, na które wcześniej nie zwróciłem specjalnej uwagi.

Na jednym wytwornie odziana dama poniżała pejczem skrępowanego mężczyznę w średnim wieku. Drugi przedstawiał przykutą nago do wielkiego krzyża młodziutką dziewczynkę, smaganą najwyraźniej wyjątkowo ostro zakończonym, zostawiającym krwawe pręgi na bielutkiej skórze biczem. Także przez kobietę, dla odmiany dojrzałą. Na trzecim kolejny mężczyzna, tym razem u szczytu formy, zwieszał się bezwolnie głową w dół, przywiązany do haka w suficie. A – jakże by inaczej – przedstawicielka płci piękniejszej, ubrana w wystawną, balową suknię, klęczała przed nim. Podrzynając mu półksiężycowym nożem gardło i zbierając bryzgającą posokę do szerokiej misy. Dalej wisiała czwarta, piąta oraz dziesiąta scena. Z wyraźnie wymuszonym, brutalnym seksem w najbardziej wyuzdanych pozycjach. Z użyciem najwymyślniejszych akcesoriów. Z bólem i cierpieniem. Z torturami. Z rozczłonkowywaniem.

Nieodzownie wymagającą pobytu w psychuszce wyobraźnię autora można by jeszcze próbować jakoś tłumaczyć, gdyby nie jeden drobny, lecz znaczący fakt: obrazy nie były obrazami a fotografiami. Tak szczegółowymi, że przy odpowiednim skupieniu można było dostrzec choćby krople wspomnianej krwi, plamiące podłogę.

Przeszedłem przez opuszczony, skryty w pełzającym poblasku dogasającego kominka salon, dzielnie ignorując obfite pozostałości uczty, zalegające na stole. Już miałem skręcić ku wyjściu, gdy usłyszałem głuche hałasy, dochodzące… spod podłogi? Kierując się nimi, szybko odnalazłem kręcone schodki, prowadzące do obitych nitowaną blachą, ciężkich drzwi. Pchnąłem je powoli, pilnując, by nie wydały najcichszego nawet skrzypnięcia. Ostrożnie wsadziłem głowę do pomieszczenia znacznie większego, niż to piętro wyżej. W którym o tyle, ile potrafiłem rozpoznać w stłumionym świetle, zrobiono wszystkie zdjęcia.

Do tego samego drewnianego krzyża, z tak samo rozpostartymi członkami, przywiązano zakneblowanego – i najwyraźniej nieprzytomnego – mojego pożal się Boże towarzysza podróży. Może i był kawałem skurwysyna, jednak w tym momencie szczerze go pożałowałem. Czy raczej tego, co z niego zostało. Obecnie bowiem przypominał nie człowieka, a rozszarpaną miazgę, spływającą kleistą breją o obrzydliwej barwie brudnego bordo. Naprzeciwko której na szerokim, szenilowym szezlongu, spoczywała Ariadna. Całkowicie naga. Z rozchylonymi nogami, pomiędzy które wciskała gigantycznego, wyglądającego z daleka na wyrzeźbionego z kości słoniowej fallusa. Podczas gdy Aida, dla odmiany odziana w zapięty wysoko pod szyją, podkreślający posągowe proporcje kostium z błyszczącej czernią skóry, przecierała jej ciało chustą, maczaną w… Byłem oddalony o dobre kilkanaście metrów, a półmrok nie ułatwiał mi zadania, lecz naprawdę mogłem się domyślić, czym była rubinowa, spływająca powolutku po ciele ciecz. Zlizywana przez Aidę długim, wijącym się językiem z boskich… diabelskich raczej piersi własnej siostry.

I wtedy coś we mnie pękło. O ile wciąż roztrząsałem słuszność pozostawienia Aurory przy życiu, względem jej krewniaczek nie odczuwałem już żadnego zrozumienia. Nie mówiąc o litości. Odetchnąłem głęboko, otarłem dłonie z potu i opuściłem kryjówkę, szybko skracając dystans. Po drodze moją uwagę przykuł jeszcze metalowy stół, na którego blacie starannie porozkładano różnorakich rozmiarów i kształtów narzędzia. Mogące służyć zarówno do precyzyjnych operacji chirurgicznych, jak i podziału tuszy w rzeźni.

W momencie, w którym Aida wreszcie spostrzegła mnie kątem emanującego fioletowym blaskiem oka, zatrzymałem się błyskawicznie w wytrenowanej do perfekcji pozycji. Ariadna odwrócić jarzącego się jaskrawym różem wzroku już nie zdążyła.

*

Cztery wystrzały później dwie kobiety z przedziurawionymi klatkami piersiowymi padły martwe na podłogę. Dla pewności zbliżyłem się do każdej z nich i pociągnąłem za spust jeszcze po razie, tym razem celując w głowy. Schowałem pistolet i podszedłem do Pitbula, próbując rozeznać się w jego faktycznym stanie. Jeszcze dychał – ledwo, bo ledwo, ale jednak! Z zauważonego wcześniej, iście perwersyjnego w swym przeznaczeniu kąciku czystości, zabrałem czyste ręczniki i zacząłem przecierać ciało kompana. Szybko okazało się, że obmyta z zakrzepłej już częściowo krwi skóra była może pocięta, poprzypalana i chyba nawet tu i ówdzie pogryziona, lecz większość ran okazała się raczej niegroźna. I że zawartość samochodowej apteczki powinna wystarczyć do opanowania sytuacji… Może poza jednym, bardzo istotnym elementem męskiej anatomii, wymagającym jak najpilniejszej interwencji zespołu transplantologicznego.

Pospiesznie odwiązałem towarzysza i dopiero wówczas zderzyłem się z kolejnym, naprawdę pokaźnym problemem – jak właściwie wytargam go na górę? Samemu, po wąziutkich schodkach, taszcząc dobre sto pięćdziesiąt kilo bezwładnego mięcha?

Wtem nieruchome do tej pory cielsko niespodziewanie drgnęło, obróciło głowę pod nienaturalnym kątem i wbiło we mnie puste spojrzenie, lśniące bezduszną czerwienią. Przez moment łudziłem się jeszcze, że kolor był jedynie wynikiem podrażnienia, ale… Cios piąchą w szczękę odrzucił mnie aż na stojący pod ścianą regał, zastawiony wypełnionymi mętnożółtą cieczą słojami. Pływającej w nich zawartości, przypominającej upiorny zestaw części zamiennych do homunkulusa, wolałem się nawet nie przyglądać. Za to widząc szarżującego szaleńczo Pitbula, mogłem zrobić tylko jedno: strzelać do momentu, w którym pazur wyciągu wydarł z komory ostatnią łuskę, zatrzymując zamek w tylnym położeniu.

Wstałem, wsunąłem bezużyteczną już broń za pas i hamując wzbierające wymioty poszedłem w stronę wyjścia. Teraz tylko musiałem czym prędzej dotrzeć do samochodu, wcisnąć gaz do dechy i… nagle zatrzymał mnie ostry zgrzyt, jakby ktoś skrobał żelazem po kamieniu. Obróciłem się.

Dobrze rozpoznałem odgłos. Niestety.

Aida, z nie dającą się nijak ukryć przestrzeliną na środku czoła, podążała w moją stronę chwiejnym, lecz nieubłaganym krokiem. Ciągnąc po posadzce metalowy pręt z obręczami na końcach, którego przeznaczenia nie miałem najmniejszego zamiaru poznawać. Ów abstrakcyjnie przerażający, absolutnie przecież niemożliwy widok zszokował mnie do tego stopnia, że ocknąłem się dopiero, gdy z podłogi podniosła się także Ariadna. Z dziurą ziejącą w miejscu oka. Dzierżąca w dłoniach bat… bicz… było mi już wszystko jedno!

Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zatarasowałem je ciężką komodą i pędząc na złamanie karku, dobiegłem w końcu do auta. Tylko po to, by definitywnie pozbyć się resztek nadziei. Szyby były porozbijane, opony przebite, broń świętej pamięci kompana zniknęła bez śladu ze schowka, a bezcenny pakunek – stanowiący przecież podstawowy powód naszej wyprawy – z bagażnika. Jakby tego było mało, spod niedomkniętej maski wystawały poszarpane kable. Nagle do głowy wpadła mi myśl, by odnaleźć tę szatańską niczym otaczająca mnie noc chabetę Ariadny i spróbować ją dosiąść, ale… czy właściwie miałem jeszcze do czego wracać?

Nawet gdyby udało mi się uciec, co samo w sobie było mało prawdopodobne, jak zwierzchnicy zareagowaliby na moją wersję wydarzeń? Jakby ona w ogóle brzmiała? „Różowa baba na czarnym kucu zwabiła nas do zaczarowanego dworku, gdzie wykorzystała mnie taka mała, napalona jędza ze świecącymi oczami, a dwie inne obcięły Pitbulowi pindola. Skutkiem czego wszystkim obecnym zrobiłem kuku. A co najśmieszniejsze, jakieś kurewskie krasnoludki zjebały mi auto i podpierdoliły towar, dzięki któremu będą teraz mogły latami niszczyć życie i zdrowie dziesiątek tysięcy ludzi. Co najmniej. Ale nie martwcie się, jesteście w plecy tylko parę melonów, najwyżej paręnaście! To jak, mogę już iść do domu?”.

Normalny człowiek w takiej sytuacji pewnie by spanikował, uciekał na oślep lub zrobił coś równie… normalnego? Ja natomiast miałem już wszystkiego dosyć! Parsknąłem idealnie podsumowującym moją sytuację, absurdalnym rechotem, rozważając wszystkie złe i jeszcze gorsze możliwości. Otworzyłem bagażnik, wyciągnąłem ze środka zapasowy kanister z benzyną i metodycznie zacząłem oblewać nią ganek, drzwi oraz ciągnącą się za nimi sień. Gdy skończyłem, pozostało mi już tylko użyć zapalniczki i chwycić za nóż. Czekając aż ktoś – lub coś – spróbuje umknąć z rozprzestrzeniającego się gwałtownie pożaru.

Zbyt rozszalałego, bym zdążył pomóc Aurorze, postawionej samej i najpewniej wciąż nieprzytomnej, na pastwę płomieni. Tylko co z tego? Jej opętane siostrzyczki chciały na pewno zabić mojego kompana, a ona sama najprawdopodobniej mnie. Zresztą, nawet gdyby nie miała aż tak morderczych zamiarów, musiała przecież doskonale zdawać sobie sprawę, co działo się w tych przeklętych katakumbach! A może nie dość, że wiedziała, to jeszcze czynnie brała udział w owych zwyrodniałych praktykach? Niech ginie! Niechaj sczeźnie do szczętu w burzy ognia piekielnego, do którego rozpętania sama walnie się przyczyniła!

*

Wpadłem wprost w chmurę duszącego dymu, biegnąc na pamięć. Korytarz wciąż był w miarę przejrzysty, więc nie miałem problemu ze znalezieniem właściwych drzwi, niemniej zdawałem sobie sprawę, że najpewniej będę musiał rejterować już oknem. Nie tracąc czasu na szukanie klucza, utorowałem sobie drogę butem i… wpadłem w progu na Aurorę. Całkowicie przytomną, ewidentnie zdezorientowaną oraz – jakby nie patrzeć – wciąż nagą. I nadal z mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Chociaż może faktycznie lśniącym jakby mniej intensywnie? Nie próbując dłużej roztrząsać tej kwestii, złapałem ją za rękę.

– Pali się, musisz uciekać! – stwierdziłem oczywisty fakt. – Korytarzem już nie wrócimy, chodź przez okno!

– Ale…

– Nie dyskutuj! – złapałem za klamkę.

Czy raczej chciałem złapać. Oczywiście wcześniej nie zwróciłem uwagi na brak możliwości otwarcia okien w całym pokoju, podobnie jak podejrzanie grube szyby. Uderzyłem w nie nadającym się już tylko do tego pistoletem. Bez rezultatu. Wyciągnąłem nóż i zacząłem walić w taflę zaprojektowanym specjalnie w tym celu zbijakiem na końcu rękojeści. Szkło co prawda pokryło się miejscowo siateczką pęknięć, lecz nic ponadto. Ciosy pięścią były już równie rozpaczliwe, co bezsensowne. Odwróciłem się rezygnacją, spoglądając na czarne kłęby, zasłaniające drzwi.

Trudno, raz kozie i wszystkim innym rogatym śmierć! Zamoczyłem ściągniętą z łóżka narzutę w zawartości wanny – nad którą wolałem się specjalnie nie zastanawiać – i podałem zdezorientowanej Aurorze.

– Owiń się i wstrzymaj oddech!

Samemu obwiązałem usta wilgotnym ręcznikiem, wziąłem w ramiona jakże drogocenny pakunek i skoczyłem w płomienie.

*

Czy żyłem? Musiałem spokojnie usiąść i pomyśleć, ale najwyraźniej tak. Pomimo kolejnych ran, okrutnie piekących oczu oraz przede wszystkim oparzeń. Rozległych, spływających krwistym osoczem spod spieczonej żywym ogniem skorupy, które próbowałem schłodzić pod przecudownie zimną wodą, perlącą się w fontannie, równocześnie podziwiając kulminację ognistego spektaklu w postaci walącego się dachu, strzelającego snopami iskier ponad korony drzew.

Czy Aurora żyła? Bez wątpienia. Choć wbrew pozorom właśnie jej, a nie swojego stanu obawiałem się najbardziej. Zwłaszcza że mogła wciąż nie pojmować wszystkiego, co się wydarzyło.

– Żyją? – spytała nagle beznamiętnym głosem, ledwo słyszalnym pośród łoskotu pożogi. – Moje siostry?

– Auroro, chcę, żebyś wiedziała… – zacząłem niepewnie.

– Ty żeś je zabił? – spojrzała na mnie całkowicie zwyczajnymi, ludzkimi oczami. Bardzo, bardzo smutnymi.

– Tak, ja! – opuściłem głowę. – Wybacz mi. Musiałem. One…

Odetchnąłem i wyznałem jej prawdę. Całą. Ze szczegółami. Gdy wreszcie skończyłem, ona nie wiedzieć dlaczego zamiast uciec, spróbować się zemścić lub zrobić cokolwiek innego, weszła do fontanny. Zupełnie się nie spiesząc ani nie przejmując moją obecnością, spłukiwała brud z małych, trójkątnych piersi, zbyt szerokich bioder i ciężkawych ud. Piękniejszych od wszystkiego, co w życiu widziałem. Wyczesywała palcami obsypane popiołem włosy, a nawet, na co bezwzględnie musiałem odwrócić wzrok, podmyła się. Ni mniej, ni więcej.

Dopiero po zakończeniu owych absurdalnych ablucji podeszła do mnie. Pomogła ściągnąć nadpaloną koszulę, zamoczyła ją i przemyła odrapane plecy, posiniaczony brzuch, oparzenia na rękach oraz karku czy nawet spierzchnięte wargi. Przysiadła mi na kolanach, po czym powoli położyła dłoń na policzku i odsłoniła wcale nieidealne ząbki dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem, gdy staliśmy przy samochodzie. Przytuliła się wciąż wilgotnym, oblanym gorejącą łuną ciałem, ewidentnie próbując nie dotknąć żadnego wrażliwego miejsca. Nie przerywając uśmiechu, przylgnęła do mnie ustami, zostawiając po sobie subtelnie słodkawy posmak.

– Czyli zostałam sama – nie byłem pewien, czy zapytała, czy jedynie stwierdziła oczywisty fakt?

– Masz przecież mnie! – zaprzeczyłem odruchowo, choć wiedziałem, jakże pusta i fałszywa była to deklaracja.

– Przepraszam – wbiła we mnie spojrzenie przesadnie dużych oczu – ale nie mogę inaczej. Teraz to ty wybacz mnie.

Pojąłem słowa Aurory dopiero, gdy znienacka chwyciła mój własny nóż i wbiła go po rękojeść pod żebra. Po czym bez słowa powstała, odwróciła się i zaczęła iść w kierunku dworu. Powolutku, krok za krokiem, jakby celowo napawając się nieuniknionym. W końcu przestałem rozróżniać jej sylwetkę na tle płomieni, by po chwili usłyszeć narastający, przeraźliwy krzyk. Powietrze zawibrowało, rozsadzając bębenki w uszach.

Niczego więcej nie byłem już w stanie sobie przypomnieć.

***

Przesycony przenikliwą wilgocią świt nieśmiało budzi się do życia ponad spalonymi resztkami dworku, którego pierwotnej wielkości oraz chwały można się jedynie domyślać. Rozświetla skruszone nad samą ziemią nędzne resztki kolumn niegdysiejszego ganku, porośnięte wybujałymi dziko na żyznym popiele krzewami. Przenika przez puste oczodoły nielicznych, pozostałych pośród zawalonych ścian okiennic, z których gdzieniegdzie wystają gałęzie pnących ku niebu drzew. Po kolejnych kilku minutach wydobywa z cienia stertę gruzu na środku placu, będącą niegdyś zdobną fontanną, w której nikt nikogo już niecnie nie pochwyci.

Siedzę pod nią zrezygnowany, czekając ratunku, który nie nadejdzie.

Wpatruję się w owe dziwy z niedowierzaniem, wypieranym przez narastający z przerażającą konsekwencją strach. Wiem przecież, gdzie się znajduję i doskonale pamiętam, co się wydarzyło! A może jednak nie? I wszystko dokoła jest jedynie snem? Marą? Halucynacją? Nie zmienia się jedynie jedno – wszędzie wciąż panuje upiorna, przerywana co najwyżej wątłym szelestem liści cisza. Najwyraźniej kompletnie niezainteresowane mymi rozterkami słońce rozgania speszoną jego natarczywością mgłę, wycofującą się trwożnie za kamienny most, w którego poszczerbione resztki wpatruję się coraz mniej przytomnie. Marzę o wybawieniu, które przecież nigdy… Tylko czy na pewno?

Z początku nie mam pewności, lecz każde kolejne uderzenie wybrzmiewa coraz wyraźniej. Ktoś ewidentnie wchodzi na mostek od drugiej strony! Dostrzegam jakby kaptur, czy raczej… jednak chustę, wyszywaną w kolorowe motyle, wieńczącą niską sylwetkę, opierającą się na podbitej metalem, stukoczącej lasce. Chcę ją przywołać, lecz słowa więzną mi w gardle, a nerwowe skurcze poprzecinanych mięśni nie pozwalają na najdrobniejszy nawet gest. Postać zmierza ku mnie może i powoli, lecz konsekwentnie, nie zbaczając z obranego kursu ani na krok. Jakby doskonale wiedziała, gdzie jestem, choć przecież nie powinna.

Przyklęka z nieukrywanym wysiłkiem i rozwija węzeł, trzymający nakrycie głowy. Lśniące srebrem włosy opadają asymetryczną grzywką na pozbawione tęczówek, zasnute mlecznobiałym całunem, ogromne oczy. Wpatrujące się we mnie przenikającym na wskroś spojrzeniem sponad wciąż uroczych – mimo przeorania starczymi zmarszczkami – pełnych policzków, podniesionych delikatnym uśmiechem spękanych warg.

Nie muszę prosić o odwrócenie, by wiedzieć, że jeszcze jeden motyl, barwy szafiru, przysiadł poniżej jej karku. Nie muszę rozumieć jak, ani dlaczego, zniszczony głośnik w równie zniszczonym samochodzie nagle ożywa, wypełniając martwą głuszę jednymi z ostatnich słów utworu, od którego wszystko się zaczęło. Podsumowujących idealnie wszystko, do czego doszło, choć żadną miarą nie powinno:

At once the room it filled with blood, and the horror of their cries

This night a murder banquet, a feast of ruined lives 2)

Nie muszę się wstydzić, że w odpowiedzi na troskliwe ciepło dłoni na policzku wilgotnieją mi kąciki oczu. Tym bardziej nie muszę powstrzymywać dzikiego wrzasku, wyplutego z ust wraz z fontanną spienionej krwi, gdy nóż tkwiący głęboko w ciele zostaje wyrwany jednym, szybkim ruchem. Nie muszę nawet obwiniać siebie, że nie zauważyłem wcześniej, iż laska jest tak naprawdę pochwą szpady. Lodowate ostrze – tym razem nieznośnie wolno – rozcina skórę na moim gardle i przebija się przez krtań, zalewając płuca spływającymi przez tchawicę, pulsującymi potokami gorącej lepkości.

Niczego już nie muszę. Odkupiłem winy. Jestem wolnym, szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Dzięki Tobie, bogini ostatniego brzasku mego życia.

***

2) Natychmiast pokój wypełnił się krwią i ich przerażającymi krzykami

Podczas owego nocnego bankietu mordu, uczty zrujnowanych żyć

Blood Ceremony „Ballad of the Weird Sisters”

***

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jako, że jestem upierdliwą bestią (choć nikogo nie zakłuwam szpadą, żeby nie było 😛 ) mam kilka pytań do czytelników, zwłaszcza komentujących pierwszą część:

1 czy waszym zdaniem dzielenie oryginalnie niepodzielonego tekstu, z długim wstępem, narastającym (mam nadzieję 😉 ) napięciem i bardzo nierówno rozłożonymi seksami, było słuszne? I tak już tego nie zmienię, ale wyciągnę wnioski
2 jak ogólnie odbieracie opowiadanie tak mocno fabularne, mocno wystylizowane w formie i treści, mieszające ze sobą różne gatunki? Przyznam, że było to dla mnie ciekawe, choć i bardzo wymagające doświadczenie artystyczne. I nie, że macie mnie chwalić (krytykę oczywiście przyjmę!), ale zauważam pewien niedobór podobnych historii
3 czy macie jakieś uwagi? Sugestie? Pomysły na przyszłość?

Jeszcze raz dziękuję za lekturę 🙂

A to mi się podoba, zwłaszcza sam początek, w którym bohater robi rachunek sumienia.
Czytało mi się dużo przyjemniej niż pierwszą część.
Sam nie mam nic przeciw tekstom, w których erotyka jest tylko dodatkiem, a nie celem samym w sobie. Są przez to po prostu bardziej życiowe (nie wiem czy się dosyć jasno wyraziłem – mam czasem problem z formułowaniem myśli).
Miło też, że umieściłaś akcję opowiadania w naszej części świata, jeszcze lepiej, gdyby działo się to w zupełnie polskich realiach.
Acha, znowu pojawiła się ta nieszczęsna Aria (widmo Gry o tron krąży nad Europą 🙂 ).
Pozdrawiam.
P. S. A “sadystyczne imadło opętanej kobiecości to coś, co się na długo zapamięta. 🙂

Z tą Aidą / Arią / Ardiadną, to moje głupie niedopatrzenie (związane z podobieństwem imion, a nie “GoT”), które nie powinno się zdarzyć 🙁
Miło mi natomiast, że najbardziej “odjechane” rzeczy, jak sama koncepcja opowiadania, czy przemyślenia bohatera w nie do końca dającym się wytłumaczyć stanie świadomości 😉 się spodobały.
A gdzie dzieje się akcja? Bohaterowie sami nie są w stanie jednoznacznie określić, po której stronie granicy się znaleźli, natomiast sądząc po języku sióstr, można domniemywać, że naszej. Może faktycznie trzeba to było inaczej rozwiązać? Pomyślę następnym razem, zwłaszcza że chodzi mi podobne (w nastroju) opowiadanie po głowie, ale mocno zakorzenione w krajowych realiach i folklorze.

Dziękuję raz jeszcze za komentarz! 🙂

Ależ dopadła Cię inspiracja! Wniosek jeden: potrafisz pisać różne teksty, nie kroczysz ograniczoną, wąską, monotematyczną ścieżką. Stąd nadzieja, że trafisz w moje gusta, prędzej czy później. Bo powyższe opowiadanie chybiło dramatycznie choć wpisuje się w tematykę wielbioną przez wielu.
Ad 1. Kwestia gustu i przypadku. Nie ma generalnej reguły. Niemniej z punktu widzenia całości, być może wstęp był zbyt rozwlekły, nie wnosząc wiele do całości. A dzielenie na odcinki – takie są wymogi i autorzy powinni to rozumieć.
Ad 2. Nie odczuwam niedoboru podobnych historii. Życie ich dostarcza w nadmiarze, szkoda zatrudniać wyobraźnię, by życiu dorównać.
Ad 3. Pisz dalej, póki pomysły przychodzą do głowy, a ręka chce je na papier/ekran przenosić.
Uśmiechy,
Karel Godla

Dziękuję bardzo Karelu za komentarz! Nie ukrywajmy – łatwo się chwali jakis tekst, gdy trafił on w nasze osobiste gusta, a trudniej jest docenić coś, co nie do końca się podoba. Dlatego i ja doceniam, że doceniasz 🙂
Miło mi także, że zauważasz różnorodność w moich tekstach. Oczywiście mam swoje ulubione motywy, sposoby opowiadania historii, stylistykę itp., ale staram się nie zamykać w “strefie komfortu”, pisząc cały czas tak samo i o tym samym. Z różnym co prawda skutkiem mi się to udaje, niemniej za każdym razem uczę się czegoś nowego 🙂 Mam przynajmniej nadzieję 😛

A rozważałaś może napisanie opowiadania historycznego? Jeżeli już piszemy o gustach, to w moje łatwiej wtedy trafić. 🙂

Zależy jak rozumieć “historyczne”. Jeśli miałyby to być takie sagi jak u Nefera czy MegasaAlexandrosa, to na pewno nie. Nie mój klimat, nie mój styl i przede wszystkim nie moje umiejętności 😁 Natomiast pojedyncze opowiadanie w bardziej historycznym kostiumie… możliwe. Choć ile razy o tym myślę, tyle razy wychodzi mi, że zrobię to samo – tylko lepiej 😛 – współcześnie. Niemniej jedną opowieść dziejącą się w dawniejszych (choć nie tak bardzo dawnych) czasach mam już właściwie ułożoną, tylko muszę przysiąść nad jej napisaniem. Ale nie mam pojęcia, kiedy to zrobię 😀

Rozumiem, że nie będzie się to działo w wizygockiej Hiszpanii? 🙂 No, trudno. Ale historia jest na tyle pojemna, że wszystko się tam zmieści. 🙂

Znacznie współcześniej i duuużo dalej, ale nie będę niczego zapowiadać, bo może być różnie 😉

Bardzo dobre opowiadanie. Mamy tutaj wszystko, czego potrzeba do przyrządzenia ostrego, smakowitego dania: nastrój, tajemnicę, fabułę, odrobinę perwersji (podanej z umiarem, jakby z trzeciej ręki – obrazy w salonie), wyrazistą scenę erotyczną, odwołania do bytów nadprzyrodzonych. Do tego, po prostu dobrze się czyta. Czegóż chcieć więcej?
Odnośnie Twoich pytań, Autorko, to nie mam nic przeciwko tekstom narracyjnym albo mieszającym gatunki (oczywiście, o ile są równie udane). Natomiast zastanowiłbym się nad podziałem. Opowiadanie nie jest na tyle długie, by nie dało się przeczytać go za jednym zamachem, stanowi też zwartą, integralną całość. Za podziałem mogą przemawiać względy „komercyjne” (zamiar pobudzenia uwagi czytelnika), ale mimo wszystko, nie one powinny jednak decydować na niekomercyjnym portalu. Sugestie na przyszłość? Bardzo proste, pisz dalej w tym stylu, ciekawy jestem zwłaszcza tej zapowiadanej historii osadzonej w przeszłości.
PS. W sprawie dyskusji o imieniu Aria (omyłkowo?) przypisanego tu i tam jednej z sióstr. Oczywiście, obecną, względną, popularność zawdzięcza G.R.R Martinowi, który obdarzył nim jedną z bohaterek „Gry o tron”, ale świat nie zaczyna się i nie kończy na tej powieści (czy może bardziej filmie). To imię o własnej historii, nie do końca jasnego pochodzenia, z języka włoskiego (nawiązanie do powietrza) albo hebrajskiego (tam oznaczało lwicę). Pojawiało się też już dawniej w twórczości fantasy, np. u tytułowej bohaterki cyklu komiksów autorstwa M. Weylanda.
Pozdrawiam

Odpowiadam więc, Neferze:
– jeśli chodzi o podział, to faktycznie mogę stwierdzić już po fakcie, nie był on najszczęśliwszy. No ale “jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz” 😉
– bez wnikania w nadmiar szczegółów – Aria kojarzy mi się raczej z tą operową, niż rodem z GoT. Natomiast powód rezygnacji był banalnie prosty – zbytnie podobieństwo do Ariadny, która być musiała (nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego, podobnie jak w przypadku Aurory ;), a Aida jakoś tak pasowała najbardziej 🙂 Fakt, mój błąd, że tekst nie został sprawdzony po zmianach imię-po-imieniu.

Tak czy inaczej, ja kroczę tworczo własną drogą, czasami pod prąd i na skróty. Kolejny tekst będzie znów zupełnie różny od poprzednich, przede wszystkim o innym “ciężarze gatunkowym”. Choć do podobnych klimatów jak powyższe na pewno wrócę, choć nie wiem kiedy.

Dziękuję raz jeszcze za opinię 🙂

Finał “Ballady” nie zawiódł. Było seksownie, krwawo, ogniście, przerażająco, a nade wszystko – satysfakcjonująco. Agnesso, winszuję. Zmiana nastroju, tematyki, stylu zaprocentowała ponad wszelkie oczekiwania. Czytelniczo jestem wielce ukontentowany.

Jeśli miałbym wskazać jakąś usterkę, to jest nią wybrana przez Ciebie narracja pierwszoosobowa. Już w poprzednim rozdziale szwankował rozdźwięk między typem wykreowanego bohatera, a słownictwem, którym się posługiwał. Tutaj natomiast (UWAGA, SPOILER!) dochodzimy do paradoksu – narrator snuje swą opowieść – doprowadzając ją aż do momentu własnej śmierci. Komu zatem ją opowiada? Słuchaczom w zaświatach? Bo przecież nie swojej siwowłosej zabójczyni. Ona pojawia się na moment, by zadać decydujący cios.

Moim zdaniem, w tej opowieści równie dobrze sprawdziłaby się narracja trzecioosobowa, ale skupiona na osobie i perspektywie ochroniarza. Z drugiej jednak strony, finalny zgrzyt nie jest aż tak poważnym mankamentem, by osłabić przyjemność z lektury.

Mam nadzieję, że w przyszłości będziesz częściej wędrować w stronę horroru i niesamowitości.

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiadam więc, Megasie 🙂
Narrację pierwszoosobową po prostu lubię. Wygodnie i bardzo “naturalnie” mi się jej używa, a poza tym pozwala na bardziej wiarygodne i głębsze (przynajmniej według mnie) zanurzenie się w przemyśleniach bohatera, jego odczuciach itp. No i pasuje do konstrukcji opowiadań, które piszę – są one zwykle bardzo kameralne, oparte o relacje pojedynczych postaci, rozgrywające się w ograniczonych lokacjach i czasie, gdzie nie ma żadnego powodu do użycia wszechwiedzącego narratora trzecioosobowego. Choć wiem, że każdy odbiera to inaczej i często aż taka immersja może być problematyczna, na tej samej zasadzie jak perspektywa pierwszej / trzeciej osoby w grach wideo, która zmienia baaardzo wiele.
Co zaś się tyczy kwestii, komu bohater opowiada historie, to wydawało mi się, że jest to jasno przedstawione – mianowicie sobie samemu. Budzi się i zaczyna rozważać, gdzie właściwie jest i co się z nim dzieje (akapit w początku w czasie teraźniejszym), potem przypomina sobie cała historię (większość opowiadania w czasie przeszłym) i na koniec znów wraca do teraźniejszego, przerywając narracje dokładnie w chwili śmierci. Oczywiście można się zastanawiać, czy niektóre przemyślenia nie są wprost skierowane do czytelnika, ale to już zostawiam odbiorcom.

Natomiast… cóż, nie ukrywam, że mam w planach coś jeszcze bardziej horrowego. Nawet w dwóch planach 😛 Tyle tylko że zepsułeś mi koncepcję, Megasie, bo opowieść też była skrojona pod pierwszą osobę, która niekoniecznie wychodzi ze wszystkiego w jednym kawałku. No i wiesz, co się stało z tym misternym planem 😀

Napisz komentarz