Ballada o trzech nieznajomych, czyli rzecz o winie, karze i odkupieniu 1/2 (Agnessa Novvak)  3.52/5 (27)

17 min. czytania

(c) Agnessa Novvak

Na wstępie uprzedzam, że opowiadanie zawiera relatywnie mało seksu, zwłaszcza w części pierwszej. Przy okazji polecam zwrócić uwagę na słowa cokolwiek istotnej dla akcji piosenki, której tytuł oraz tłumaczenie podanych wersów zamieszczę pod koniec. Możecie ją Szanowne Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy wyszukać i wysłuchać od razu, ryzykując spoilery (ostrzegam!) lub po lekturze, by porównać podobieństwa oraz różnice.

 

PS Składam oficjalne wyrazy wdzięczności Ravenheartowi za poświęcony czas i wynikłe z tego cenne uwagi, oraz Meridzie Niewalecznej za „laleczkę”.

 

***

 

Przesycony wilgocią świt nieśmiało budzi się do życia, osiadając rześkimi kroplami na włosach, skórze oraz ubraniu – czy raczej tym, co z nich pozostało. Choć bezksiężycowa ciemność wciąż nie pozwala na sięgnięcie wzrokiem dalej, niż na wyciągnięcie ręki, jestem aż nadto świadomy położenia. W gruncie rzeczy całkowicie i absolutnie beznadziejnego. Adrenalinowy szał przeminął na tyle, że wyraźnie czuję nie tylko wszechobecne siniaki, zadrapania oraz oparzenia, lecz przede wszystkim mój własny nóż, wbity po rękojeść między żebra. Zostawić go nie mogę, bo wraz z każdym kolejnym oddechem rozrywa mnie obezwładniający ból. Wyciągnąć tym bardziej, gdyż w żaden sposób nie dam rady zatamować nieuniknionego krwotoku. Chociaż czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro i tak pluję czymś, co zdecydowanie nie jest jedynie śliną?

A miało być tak pięknie.

***

A miało być… nie, nie miało. Od samego początku cała ta sprawa cuchnęła gorzej, niż wybite szambo w bezwietrznie upalny wieczór. Dlaczego do ubicia tak przecież ważnego interesu wysłano tylko dwie osoby? Z czego jedną ważną a drugą, w mojej skromnej osobie, w charakterze jedynie ochroniarza i dupochrona? I to w sam środek obszaru, którego nawet przynależność państwowa była mocno niejednoznaczna? Gdy tylko wrócimy, koniecznie o to zapytam!

O ile w ogóle będę miał okazję, bo od dłuższego czasu błądziliśmy we dwóch po okolicy, którą nawet diabeł przestał odwiedzać. I to jeszcze czym? Prosiłem i wyzywałem na przemian, żebyśmy wzięli mało rzucające się w oczy, typowe dla tych stron wozidło, ale nie! Decydenci polecili jechać pachnącym nowością, czarnym porszakiem, całkowicie zaprzeczającym jakże koniecznej dyskrecji. A gdy cały misterny plan poszedł w pizdu, zamiast zaryzykować i drzeć głównymi drogami ile fabryka dała, zaczęliśmy przemykać zapomnianymi przez Boga i ludzi wypiździewami, które zaprowadziły nas… właśnie, dokąd?

Fabryczna nawigacja, choć niby najlepsza z najlepszych, nie pokazywała absolutnie niczego. Druga, mimo że podjebana… zakupiona na fakturę wprost z wojskowego magazynu, podawała jakieś absurdalne współrzędne. Telefony też uparcie milczały, nie chcąc złapać nawet francy od lokalnych tirówek – one może chociaż wiedziałyby, w jakim kraju się aktualnie znajdowaliśmy? Teoretycznie, skoro nie widzieliśmy tabliczek, ani tym bardziej nie zgarnęli nas pogranicznicy, zakładałem, że jeszcze nie w docelowym. Chyba. Z drugiej strony może i lepiej, że mundurowi nie zaszczycili nas obecnością? Bo wytłumaczenie się, co robimy autem za jakieś trzy czwarte bańki w samym środku niczego, byłoby najmniejszym z problemów. Zwłaszcza w kontekście wartej wielokrotnie więcej, wybitnie nielegalnej i potencjalnie śmiertelnie niebezpiecznej zawartości bagażnika.

Tymczasem, najwyraźniej zmęczony rzucanymi od dłuższego czasu kurwami, chujami oraz innymi podobnymi grzecznościami, mój współpodróżny polecił zatrzymać auto. Po czym wysiadł i postanowił pobiegać po okolicznych pagórkach, szukając zasięgu. Względnie szczęścia w życiu, kto go tam wiedział? Odsapnąłem, starając się resztkami woli nie zostawić go na pastwę losu.

Ostatecznie, czy był to taki zły pomysł? Kto zaczął się wykłócać, mimo że przecież warunki transakcji zostały wstępnie przyklepane przez wyższe instancje, a nasza wizyta miała stanowić jedynie grzecznościową formalność? On. Kto, gdy jakoś załagodziłem sytuację, postanowił bestialsko wyżyć się na podesłanych w ramach podziękowania panienkach? Też on!

Przyznaję, nie byłem świętoszkiem i także postanowiłem spędzić wieczór w towarzystwie równie urodziwych, co chętnych do współpracy niewiast. Tyle że w naszym przypadku owa współpraca nie odbiegała od ogólnie przyjętych zasad współżycia męsko-damskiego. Ba, rzekłbym nawet, że układała się może nie wielce kulturalnie – bez przesady – ale przynajmniej wesoło. Zwłaszcza gdy w przerwach koniecznych na odzyskanie sił podśmiewaliśmy się z niezbitych faktów, że jedna moja łóżkowa kompanionka miała gigantyczne wręcz cycki, druga lubowała się w wyjątkowo niegrzecznych zabawach dupcią trzeciej – niewątpliwie tym faktem ukontentowanej – a mój bohaterski zaganiacz zaganiał bohatersko… Sami wiecie. A jeśli nie, wasza strata.

Wtem jakże przyjemne chwile zostały brutalnie przerwane rozpaczliwymi wrzaskami, podbitymi łomotaniem w drzwi. Wiele dalece paskudniejszych rzeczy widziałem w życiu, ale widok rozczochranej, bryzgającej krwią z wyraźnie przestawionego nosa młodziutkiej dziewczyny, poruszył mnie do głębi. Nawet bez jej chaotycznych tłumaczeń podejrzewałem… o nie! Tego, co zastałem w drugim pokoju, nie spodziewałem się żadną miarą! Chociaż właściwie powinienem.

Jedna z kobiet, której strój zastępowały splątane w węzeł pończochy kneblujące usta, miotała się po podłodze, próbując bezowocnie wyswobodzić skute za plecami ręce. Druga, przywiązana do ramy łóżka z wypiętym wysoko, pokrytym jakąś lepką obrzydliwością tyłkiem, na mój widok zwiesiła tylko głowę z milczącą rezygnacją. Czy może raczej wstydem? Poczuciem winy? Tylko dlaczego? I wtedy przyjrzałem się ostatniej ofierze sadystycznego dramatu, klęczącej zaraz przy dupie poprzedniczki z rosnącą w oczach, siną gulą na policzku i zarzyganym aż po brzuch ciałem. Pełen wściekłości odwróciłem wzrok w poszukiwaniu bydlaka, którego miałem ochotę zatłuc na miejscu. Zwłaszcza że coraz wyraźniej docierało do mnie co, komu i gdzie musiał naprzemiennie na siłę wsadzać.

Kto więc na koniec, przyparty do ściany przeze mnie oraz naszych gospodarzy – ewidentnie niezadowolonych zamiany ciał sowicie opłaconych pań w kotlety siekane – wyciągnął spluwę? Z jednoznacznym zamiarem jej użycia? Po którym to urągającym zasadom gościny geście musieliśmy czym prędzej wycofać się na z góry ustalone pozycje? A jakże, on!

Zajebany, pierdolona jego mać Pitbul! Nigdy się nie dowiedziałem, kto go tak ochrzcił, ale nie mógł wybrać lepiej. Zarówno bowiem z nieskażonej myślą mordy, jak i tym bardziej manier – czy raczej ich braku – jako żywo przypominał tępego jak odwrotna strona siekiery, skokszonego do dobrych stu pięćdziesięciu kilo, kundla. Na moje nieszczęście na tyle ważnego w stadnej hierarchii, że mogłem co najwyżej pomarzyć o wciśnięciu gazu do dechy. O bardziej drastycznych rozwiązaniach nie wspominając.

*

Korzystając z okazji po raz kolejny włączyłem milczące jak zaklęte radio, starając się złapać jakąś stację. Miałem już zrezygnować, gdy wśród bezładnych, przerywanych piskami trzasków, znienacka usłyszałem słowa tak wyraźne, jakby śpiewano mi je wprost do ucha:

Outside the city walls, where the darkest thickets grow

Returning home from foreign lands, we dreamt of our near homes 1)

Hej, przecież ja to znałem! Tylko jakim cudem – czy raczej odgórnym zarządzaniem samego władcy piekielnych czeluści – w eterze pojawiło się nagłe zawodzenie opętanej bękarcicy Black Sabbath i Jethro Tull?! Kto poza podobnymi mnie, nielicznymi amatorami, słuchał kapel grających muzykę sięgającą swymi mrocznymi korzeniami dobre pół wieku wstecz? Nie wspominając o treści piosenki, podejrzanie trafnie opisującej moje obecne położenie?

Dalsze rozważania owych osobliwych problemów przerwało gwizdnięcie Pitbula, machającego chaotycznie to w moją stronę, to gdzieś w kierunku… I wówczas ją zobaczyłem. Zgarbioną, zmaterializowaną znikąd sylwetkę, drepczącą powolutku pośrodku drogi. Wyskoczyłem z auta i, by nie spłoszyć jakże oczekiwanej wybawicielki, zawołałem już z daleka:

–  Przepraszam! Zgubiliśmy się i szukamy głównej… – nie widząc żadnej reakcji, powtórzyłem. Mając nadzieję, że we właściwym tym razem języku. – Dobryj deń, my…

Zamarłem. Nawet z odległości dostrzegłem puste, niewidzące oczy. Wyciągnąłem więc rękę ku całkowicie ignorującej czyjąkolwiek obecność, okrytej chustą w kolorowe motyle postaci i…

– Stój!

Obróciłem się błyskawicznie, odruchowo szukając skrytej pod kurtką kabury.

Zamrugałem, lecz widok nie znikał. Na skarpie ponad drogą, ledwie kilka metrów dalej, stała kobieta. Czy raczej siedziała. Na koniu. Bokiem.

– Zabraniam jej dotykać! Ona i tak w niczym wam nie pomoże! – głos był czysty, dźwięczny i mocny. Oraz absolutystycznie władczy. – Mówcie mi zaraz: kim jesteście i czego tu szukacie!

– My… znaczy… – zacząłem się jąkać jak zasmarkany uczniak, rugany przez belferkę starej daty. – Czy może nam pani powiedzieć, gdzie właściwie jesteśmy? Chcemy dojechać do…

Zawahałem się, czy dokończyć. Im mniej postronni będą wiedzieć, tym lepiej. Dla wszystkich. Tym bardziej że doczłapał do nas Pitbul, sapiący jak rozklekotany parowóz.

– Czekaj, ja pogadam! Paniusiu, musimy być dzisiaj wieczorem w… – podniósł głowę, najwidoczniej chcąc zrobić odpowiednio groźne wrażenie. Przegrywając pojedynek, nim na dobre go rozpoczął.

Górująca nad nami dama, odziana w łososiową… pąsową… oczojebnie różową, plisowaną suknię ze sznurowanym gorsetem, rzuciła tylko groźnym spojrzeniem. Poprawiła się dostojnie na damskim siodle i pozornie niedbałym ruchem odgarnęła złociste włosy, spływające miękkimi falami spod atłasowego toczka. Ledwo zauważalnym gestem pokierowała smoliście czarnym rumakiem tak, że precyzyjnie przestąpił z nogi na nogę, prezentując idealnie pełnokrwisty profil.

– Wkrótce zacznie zmierzchać, stąd nie widzę sensu tłumaczyć wam dalszej drogi, bo i tak ją zgubicie pośród głuszy! – odchyliła głowę ku zachodzącemu słońcu i nagle zmieniła ton na grzeczny, niemalże przyjazny. – Zapraszam w me skromnie progi, gdzie będziecie mogli godnie wypocząć po trudach podróży. Bądźcie pewni, że jadła, napitków oraz… innych uciech nie zabraknie! Podążajcie więc za mną, panowie!

Spojrzałem podejrzliwie na Pitbula. On jeszcze bardziej tępo, niż zwykle, na mnie. Odeszliśmy parę kroków, dyskutując nerwowym szeptem i zerkając na wyraźnie niecierpliwiącą się amazonkę. Wisienkę na surrealistycznym, polukrowanym absurdem torcie nonsensu, którym poczęstował nas los.

A może naszą ostatnią nadzieję? Nawigacja padła. Telefony też. Bo tak. Właściwa droga nie dawała się odnaleźć nawet najprostszym sposobem, czyli upartą jazdą przed siebie. Do tego znikąd objawiła się nam babina rodem z opowiastek, którymi straszy się dzieci, a zaraz po niej… Nie dało się ukryć, że także kobieta. Niemożliwie wręcz atrakcyjna. W stroju jak do pokręconego, mangowego cosplaya. Mówiąca językiem znienawidzonych lektur szkolnych, której ostatnie słowa brzmiały jak zaproszenie do udziału w co najmniej orgietce. Tak, to wszystko musiało jakiś głębszy sens! Pozostawało pytanie – czy mieliśmy jakikolwiek wybór? Jedyną alternatywą wydawało się spędzenie nocy w samochodzie, by z rana, na resztkach wody oraz oparach paliwa dalej błądzić po omacku. Niby rozmawialiśmy w języku Jaremy, a nie Chmielnickiego, więc teoretycznie byliśmy coraz bliżej celu, jednak w takim razie kiedy, jak i gdzie przekroczyliśmy granicę?

Nie dochodząc do żadnych sensownych wniosków, zachowaliśmy się na poziomie bohaterów horrorów klasy „Ó” i ostatecznie przyznaliśmy niespodziewanej towarzyszce rację. Na co ona tylko uśmiechnęła się niewymuszenie, trąciła karosza palcatem i wprawnie zjechała po skarpie, płynnie przechodząc w elegancki kłus.

Niby wszystko wydawało się zmierzać ku dobremu, lecz czułem niepokojąco narastający przestrach, przesycony nerwowym oczekiwaniem. Jakbym doskonale wiedział, że za chwilę stanie się coś bardzo, baaardzo złego, jednak żadną miarą nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Może sprawiły to sunące nad nami ponure chmury, z wolna przysłaniające trupiosinymi strzępami krwiste niebo? Czy wręcz nienaturalna, tak gęsta, że aż namacalna cisza, której nie przerywało nic poza oddalającym się tętentem kopyt? Próbując się uspokoić sprawdziłem dyskretnie ile naboi pozostało mi w magazynku i czy ukryty w wysokim bucie nóż wyciąga się tak gładko, jak powinien.

Przekręciłem kluczyk.

*

Słońce zdążyło zajść, a my wciąż podążaliśmy za podskakującym rytmicznie końskim zadem. Już miałem ponownie przystanąć, by przemówić Pitbulowi do resztek rozumu doskonaloną przez wieki, wciąż niezawodną metodą lepy na ryj… Gdy wówczas, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dziurawa szutrówka zamieniła się w bitą równo ciosanymi kamieniami drogę, na której końcu otwarła się otoczona szpalerem wysokich drzew polana. Czy właściwie ogromny, zwieńczony stylowym dworkiem, kolisty plac, którego nazwanie „żywcem wyjętym z obrazka” nie byłoby żadną przesadą.

Przejechałem ostrożnie po łuku kamiennego mostka. Zwieńczonego kutymi poręczami, przyozdobionymi mieniącymi się złowrogo w świetle reflektorów rogatymi łbami z jednej i zębatymi, wysuwającymi rozdwojone jęzory paszczami z drugiej strony. I dalej, wzdłuż rzędu staromodnych latarni, rzucających ciepłe refleksy na fontannę, w której wśród tryskającej wody stary satyr starał się bezowocnie obłapić sprośnymi łapskami umykającą chyżo rusałkę.

Tymczasem nasza przewodniczka zatrzymała się przed kolumnowym, także zwieńczonym rogato-zębiastym motywem gankiem. Pełna gracji zeskoczyła z wysokiego przecież siodła, puszczając rumaka całkowicie swobodnie. Przeszła ku podwójnym drzwiom, gdzie uściskała się czule z wychodzącą naprzeciw kobietą i w jej towarzystwie podeszła do auta, które wciąż obawialiśmy się opuścić. Podobieństwo rysów ich twarzy było tak uderzające, że nie budziło wątpliwości, że są rodziną. Pozostawała kwestia – jaką? Gospodyni była dobre pół głowy wyższa, spinając podobnie złociste włosy w elegancki kok z tyłu głowy, lecz przede wszystkim w geometrycznym, śliwkowym żakiecie i ołówkowej spódnicy wyglądała jak wyjęta żywcem z „Dynastii”. Wydawała się także młodsza, jednak nie na tyle, by różnica wieku pozwalała na relację matki z córką. Chyba.

Rozejrzałem się podejrzliwie ostatni raz. Zapytałem Pitbula, czy na pewno wie, co robi – ja zaś wiedziałem doskonale, jakże bezbrzeżnie durne było pytanie, które musiałem zadać. Wysiadłem z auta, na co pierwsza z napotkanych dam lekko dygnęła.

– Raczcie wybaczyć, panowie, że nie przedstawiłam się wcześniej, lecz nie było atmosfery ku temu. Jestem Ariadna.

O ile jej uśmiech wyglądał na szczery, o tyle ewidentna pociotka Alexis Carrington spojrzała na nas, jakbyśmy wybitnie impertynencko przerwali jej kupno kolejnej kolii z brylantami. Względnie wibratora. Co najmniej platynowego.

– Aida – niechętnie wyciągnęła dłoń – co prawda nie spodziewaliśmy się gości, niemniej skoro zostaliście już zaproszeni… wchodźcie!

Posiadłość już z zewnątrz wyglądała okazale, lecz dopiero wnętrza – po prawdzie przypominające bardziej niewielki pałacyk, niż typowy, ziemiański dworek – ujawniały pełnię wspaniałości. Żarzące się w marmurowym kominku polana trzaskały cicho, wypełniając pomieszczenie urokliwym ciepłem. Zdobne kinkiety oświetlały lśniącą wypolerowanym drewnem posadzkę. Pokryte wzorzystymi tapetami ściany gęsto obwieszono wszelkiej maści bronią białą, trofeami myśliwskimi, obrazami… Na samym zaś środku salonu górował rozłożysty, migoczący miriadami kryształków kandelabr, zalewający blaskiem ogromny stół, wsparty na rzeźbionych nogach. Uginający się od – jak przyobiecała Ariadna – ciężaru złoconej zastawy, wypełnionej po brzegi najprzedniejszymi dobrami. Z rumianą, gargantuicznej wręcz wielkości gęsią na czele.

Wiedziałem, że powinniśmy razem z Pitbulem najpierw niezobowiązująco pogawędzić oraz kulturalnie podpytać o powód zaproszenia, jednak nie daliśmy rady zachować konwenansów. Wstyd przyznać, ale skuszeni oszałamiającym aromatem parujących półmisków, podkreślonych żywicznym zapachem płonącego drewna, z miejsca rzuciliśmy się na kuszące wiktuały niczym wygłodniałe szczeniaki. Choć starałem się pomiędzy kolejnymi kęsami rozejrzeć w poszukiwaniu co ciekawszych – względnie niepokojących – szczegółów, udzielająca się atmosfera rozluźnienia przytępiała zdrowy rozsądek. Tym bardziej że Aida, po początkowej niechęci, wzięła przykład z… członkini rodziny, rozchmurzyła się i sama zaczęła zagajać rozmowę. I nawet jeśli niektóre pytania musieliśmy dyplomatycznie zignorować, dyskusja toczyła się zaskakująco jak na okoliczności przyjemnie i swobodnie.

Wtem z zewnątrz dobiegły niedające się do końca zidentyfikować hałasy. Ariadna kiwnęła tylko ramionami, za to Aida znów ściągnęła usta w nieprzyjemnym grymasie i odwróciła głowę w stronę drzwi. Przez które, nie czekając na zaproszenie, przeleciało miniaturowe, pokrzykujące tornado.

– Heja, siostry! Nie mówiłyśta, że goście będą! Bym się ogarnęła, a nie wpadam tera, jak jaki dzik w żołędzie!

Niby sprawa pokrewieństwa została wyjaśniona, lecz ceną za tę jedną odpowiedź była istna lawina kolejnych pytań. Głównie dotyczących osóbki w skórzanej kurteczce, usiłującej ucałować broniącą się przed intensywnie bordowymi ustami Aidę. Niziutkiej, młodziutkiej oraz całkiem przyjemnie krąglutkiej, która po zwycięskim dobraniu się do jednej siostry szybciutko wymieniła czułości z drugą i z miejsca doskoczyła do mnie.

– Wyjedwabistą furkę macie! Dacie się potem karnąć? A w ogóle to… Aida, nie zezuj! Wiem, że trza się przywitać! – zamrugała pomalowanymi w zakręcone, wychodzące aż na skronie wzory powiekami – mówta mi Aurora!

Zachichotała, odstawiła parę nieskoordynowanych pląsów i poddała autodefenestracji. Aida sapnęła groźnie. Ariadna udała, że nie wydarzyło się absolutnie nic godnego wspomnienia. Pitbul z wrażenia upuścił pożerane właśnie, ociekające tłuszczem udo gęsiopodobnego potwora. A ja gapiłem się jak ostatni kretyn w otwarte na oścież okno, które posłużyło Aurorze do jakże taktownego opuszczenia salonu. Starając się z całych sił dociec, dlaczego serce waliło mi jak oszalałe?

Podziękowałem grzecznie za ucztę i pod byle pretekstem wyszedłem na dwór. Względnie pole, zależnie co kto uważał. Drżącymi dłońmi przetarłem łysą, perlącą się zimnym potem głowę oraz dla odmiany rozpalone, pokryte szpakowatą szczeciną policzki, równocześnie próbując nie dostać zawału. Byłem pewien, że po tysiącu złych i jeszcze gorszych uczynków, od lat znaczących koleje życia, stałem się ledwie pustą skorupą, niezdolną do głębszych uczuć. A może jednak nie, i istniał dla mnie choć cień nadziei? Próbując się jakoś opanować, wygrzebałem z kieszeni zmięte Biełomorkanały, zapaliłem i wciągnąłem smolisty, wypalający płuca do żywego dym, krztusząc się jak stary suchotnik.

– Od palenia tego gówna masz śmiech jak świnia kaszel! – zza auta wyłoniła się rozbawiona Aurora.

– To ja się śmiałem? – pomyślałem na głos.

– Brzmiało w sumie podobnie! – parsknęła. – Ale serio, wywal ten szajs, bo zdechnąć można! To co, powiesz mi wreszcie, skąd żeśta się tu wzięli?

– Cóż, przejeżdżaliśmy w pobliżu, spotkaliśmy Ariadnę i jakoś tak wyszło.

Dla dodania wypowiedzi pozornej obojętności przydepnąłem peta, lecz tak naprawdę rozpaczliwie szukałem wyjścia z przerastającej mnie sytuacji.

– Ale będzieta chociaż do rana, co?

– Raczej tak, będzieta. Znaczy, będziemy – wydukałem, starając się w miarę możliwości mało bezczelnie przyjrzeć najwspanialszej kobiecie, którą w życiu…

A nie, czekaj! Miałem przyjemność z – nie przesadzam i nie chwalę się bezpodstawnie – setkami kobiet. Pod każdym możliwym względem wspanialszych od niej, z których przynajmniej parędziesiąt poznałem z bardzo intymnej strony. Tymczasem Aurora była w gruncie rzeczy do bólu zwyczajna, różniąc się chyba wszystkim, czym tylko się dało, od swych sióstr. Ariadna w każdym jednym geście oraz słowie była tak autentycznie staromodna, że byłbym w stanie uwierzyć, iż pochodziła z czasów przynajmniej międzywojnia, o ile nie wcześniejszych. Aida, równie dumna co wyniosła, wyglądała i zachowywała się jak właścicielka multimiliardowej fortuny, jawnie traktując wszystkich z góry. Przy czym obie emanowały namacalną wręcz godnością, kulturą oraz obyciem, obok których ich najmłodsza krewna nawet nie przechodziła.

Spojrzałem na nią kątem oka. Była niewysoka, krępa i niepozbawiona nadmiarowego tłuszczyku, na dodatek odkładającego się nie w biuście, a głównie dokoła ciężkawych bioder, które ledwo mieściły się w koronkowym… body? Nie wiedziałem nawet, jak nazwać ów ciuch, według mnie nadający się bardziej do sypialnianych ekscesów, niż wyjścia między ludzi. Podążyłem spojrzeniem wyżej, przez przydużą ramoneskę, do dekoltu. Ozdobionego wielkim, przedstawiającym rozłożyste drzewo wisiorem, wykonanym ze złotych drucików, oplatających płytkę z wzorzystego szkła. Gapiłem się w niego tak długo, szukając ewentualnego głębszego znaczenia, aż usłyszałem nerwowe chrząknięcie właścicielki.

Otrząsnąłem się i spłoszony odszedłem o krok, próbując ocenić Aurorę z szerszej perspektywy. Musiała mieć nigdy nieleczoną, wyjątkowo ostrą postać zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi, albo brała wyjątkowo dobry towar, grubo przekraczając dozwolone dawkowanie. Kiwała się na bosych piętach, na siłę szukając zajęcia dla rąk. Nerwowo odgarniała asymetryczną, opadającą niesfornie na czoło, kasztanową grzywkę. Drapała się po, jak na mój gust, zdecydowanie zbyt wysoko podstrzyżonym boku głowy. Nieprzyjemnie strzelała stawami króciutkich, pulchnych palców. Aż w końcu, wyraźnie znudzona przeciągającym się milczeniem, podniosła perkaty nosek, odsłoniła wcale nieidealne ząbki i wbiła we mnie spojrzenie nieproporcjonalnie dużych oczu. Udowadniając po raz kolejny, że gdzieś w trakcie nauki zasad poprawnego posługiwania się językiem ojczystym – nie wspominając o kulturze osobistej – bardzo nie uważała.

– Dobra, będzie tego! Zawijam się do środka, bo mi zara dupala przewieje!

No i diabli wzięli starania. Aurora była… a niech się dzieje, co chce! Żywym srebrem. Tak cudownie przeuroczym, że aż nie do uwierzenia. Skrzącym się milionem iskierek klejnocikiem. Bez cienia wątpliwości najwspanialszą kobietą… dziewczyną… istotką, jaką w życiu spotkałem.

*

Bezczelnie odciągnąłem Pitbula od stołu w samym środku popisów, które urządzał przed wyraźnie prowokującymi go Ariadną oraz Aidą, i spróbowałem podzielić się z nim wszystkimi obawami. Na czele z nieplanowanym przecież, nieustannie wzbudzającym we mnie niepokój pobytem w dworku. Niestety, tłumaczenia okazały się bezcelowe i gdy pan kazał – sługa musiał. Dosiadłem się więc do rozbawionego towarzystwa. Popiłem, podjadłem, podowcipkowałem i poprzypatrywałem się naszym wciąż nieodgadnionym w swych zamiarach gospodyniom. By w końcu, nieco zawiedziony przedłużającą się nieobecnością najmłodszej z sióstr, poprosić o wyjście do pokoju. Koniecznie z toaletą po drodze.

– Proszę się nie kłopotać szanowny panie, wszystko jest dopięte na ostatni guzik! Zapraszam za mną! – Ariadna podążyła drobnym kroczkiem w głąb korytarza, przywołując mnie gestem.

Zdążyłem się już zorientować, że nie gościłem w pierwszej lepszej wsiowej chałupie na uboczu, ale przecież całe moje mieszkanie było mniejsze, niż to jedno pomieszczenie! O przepychu nie wspominając. Przy czym najmocniej zaskoczyło mnie nie ogromne łoże z baldachimem, szafa o bogato intarsjowanych drzwiach, czy nawet rozświetlające wszystko świeczniki, lecz zupełnie przecież niepasujący do całości element wystroju w postaci skrywającej się za ażurowym przepierzeniem, błyszczącej elegancko polerowaną miedzią wanny. Wypełnionej po samiutkie brzegi.

Gospodyni wskazała ją z tajemniczym uśmiechem, obróciła się na pięcie i wyszła bez słowa. Momentalnie zrzuciłem dalekie od świeżości ubranie i zanurzyłem się po szyję w aksamitnie kremowej, gorącej pianie. Próbowałem nie dorabiać dziwnych teorii, niemniej zastanowił mnie kolejny osobliwy fakt, że jak do tej pory nie dostrzegłem nigdzie ani jednej osoby z niezbędnej przecież służby. Przecież woda nie nalała się sama, świeczki nie pozapalały ani tym bardziej stół nie nakrył! Ostatecznie jednak odetchnąłem tylko pachnącą jałowcem, szałwią i sam nie wiedziałem czym jeszcze, gęstą parą i rozejrzałem, zatrzymując wzrok na staromodnych przyborach do golenia. Pędzel i mydło nie stanowiły dla mnie żadnego novum, w przeciwieństwie do oprawnej w bardzo prawdopodobne, że prawdziwy szylkret brzytwy. Po wyjątkowo dogłębnym przemyśleniu stwierdziłem, że co mi szkodziło? Kto nie naraża nigdy się na szwank, ten głównej stawki nie wygrywa… czy jakoś tak?

Kilkanaście minut i co najmniej tyle samo zacięć później poprosiłem zwierciadełko, by rzekło, któż najpiękniejszy był na świecie? Bo na pewno nie ja! Szczęśliwie zestaw zawierał także wysokoprocentową wodę kolońską i kryształ ałunu, bez których wyglądałbym, jak ofiara przemocy domowej. Czyściutki, pachnący i dobrą dekadę odmłodniały wyszedłem z nieprzyjemnie stygnącej wody. Owinąłem wilgotny ręcznik dokoła bioder i zacząłem zastanawiać się, czy mam powrócić na salony – a jeśli tak, to w jakim stroju – gdy ktoś energicznie zapukał do drzwi. Po czym, nie pytając o pozwolenie, otworzył je i wparował do środka. Tym razem ubrany nie w zestaw młodego lumpeksiarza, a elegancką, dopasowaną do figury sukienkę barwy głębokiego granatu.

– Ja rozumiem, że jesteś u siebie, ale… – speszyłem się nagłą wizytacją.

– A co ja, gołego faceta nie widziałam? – nikt inny, jak Aurora, prychnęła z politowaniem, podszytym jednak nieukrywaną ciekawością. – Nic nie mówię, ale popraw se tę kiecę, bo ci widać! – zachichotała.

Co za gówniara! Bezczelna, jawnie impertynencka, z rażącymi brakami w kindersztubie i… wywołująca pod wspomnianym ręcznikiem konkretną konfuzję samą swą obecnością. A że była – o ile mogłem ocenić – z górką dwukrotnie młodsza ode mnie? Nie takie zaciągałem do łóżka i, o ile dobrze pamiętam, im któraś zgłaszała z początku większe obiekcje, tym finalnie wylewniej mi dziękowała. Zachęcony wspomnieniami nabrałem ochoty, by zrzucić tymczasowe odzienie i stanąć przed nią w pełnej krasie. A potem wziąć choćby siłą, nie zważając na wszystko i wszystkich… Szybciutko odrzuciłem tę myśl z co najmniej stu różnych powodów, lecz nie mogłem sobie na koniec odmówić odrobiny prowokacyjnej złośliwości:

– Będziemy tak tu stali, czy przyszłaś do mnie z jakąś propozycją?

Na te słowa Aurora wbiła we mnie badawczy wzrok i zastanowiła się chwilę. Wyjątkowo długą oraz pełną napięcia. W końcu spojrzała na stojący w kącie stary zegar, zerknęła przez ramię ku drzwiom i sięgnęła do szyi. Ściągnęła przez głowę nie ciężki kawał szkła, a cieniutki, złoty łańcuszek, na którego końcu wisiał pęczek kluczyków tak misternie wykonanych, że można było je wziąć jedynie za ozdoby. Jednym z nich pomajstrowała w niewidocznym na pierwszy rzut oka otworze w drzwiczkach sekretarzyka i wyciągnęła zeń nie ozdobną papeterię, lecz dwa kielichy o szerokich czaszach, do których rozlała ciemnobordową zawartość rżniętej w krysztale karafki.

– Tylko nie wychlej wszystkiego naraz, bo… – zawahała się – mocne jest. Diabelsko bym powiedziała.

Z niewróżącym niczego dobrego uśmiechem przytknęła usta do brzegu pucharu, pociągając solidny łyk. Jakby na dowód, że drogocenny dar nie zawierał w sobie ni krzty trucizny. A mawiał mędrzec: nie wierz nigdy kobiecie!

Napitek smakował… oryginalnie. Niczym faktycznie solidnie wzmocnione wino, hojnie podlane miodem i dalece zbyt szczodrze podprawione korzeniami, których piekący posmak podrażniał podniebienie. Odstawiłem kielich i spojrzałem na Aurorę. Tym razem spokojnie i bez żadnych niezdrowych podtekstów, chcąc ostatecznie dowiedzieć się, jakie ma – względnie jej siostry mają – wobec mnie plany.

Już otwierałem usta, gdy ogarnęło mnie przedziwne, rozchodzące się stopniowo po całym ciele ciepło. W jednej chwili wszelkie troski, zmartwienia oraz problemy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, zalane falą nieziemskiej błogości. Liczyłem się tylko ja, stylowo urządzony pokój z ogromnym łożem, i ona. Aurora. Liczył się już tylko… Nie, nie mogłem! Nie tutaj, nie teraz, nie w taki sposób! Przecież tyle co dałem odpór zdecydowanie zbyt sprośnym i jakże niegodnym człowieka honoru myślom! A tymczasem nagle poczułem się niczym bezwolna łechtaczka… laleczka voodoo, którą ktoś bezlitośnie dźgał zatrutą pożądaniem szpilą.

Liczył się już jedynie nieskrępowany absolutnie niczym, wrzący namiętnością seks.

***

1) Poza murami miasta, gdzie wzrastają najciemniejsze zarośla

Wracaliśmy z dalekich krain, marząc o naszych bliskich domach

Blood Ceremony „Ballad of the Weird Sisters”

***

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Prawdę mówiąc, bardziej pasuje tutaj tag “humor” niż “groza” i, wydaje mi się, nawet prawdopodobna śmierć narratora tego nie zmieni. Chyba, że w drugiej części nagle zmienisz całkowicie formę opowiadania.
Czekam na dalszy ciąg, bo teraz trudno coś powiedzieć. Jednak, tak, jak przy poprzednim opowiadaniu, nazbyt potoczny język z początku może trochę zniechęcać do lektury. Masz też, jak na mnie, zbytnią skłonność do posługiwania się wulgaryzmami zamiast napisać coś normalnie. Wiem, że ma to przedstawiać myśli bohatera-narratora, ale co za dużo, to nie zdrowo.
Są jeszcze drobne niedopatrzenia w korekcie:
zamiast ziemiańska włość powinien być ziemiański dworek (włość to bardziej cały obszar majątku ziemskiego);
Aurorze powinny strzelać stawy w pulchnych palcach, a nie paliczkach;
raz Aurora jest określona jako kuzynka, kiedy narrator już wie, że wszystkie trzy kobiety są siostrami;
raz też zamiast imienia Aida pojawia się Aria.
Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy. 🙂

Dziękuję za komentarz. Aria/Aida to faktycznie mój błąd związany z edycją, muszę to poprawić…
Co do włości, to też słuszna uwaga, jakoś mi to nie przyszło do głowy przy pisaniu, a potem zostało. “Kuzynka” będzie zamieniona na “krewną”, bo “siostra” jest zaraz obok i byłaby powtórka.

Natomiast jeśli chodzi o “grozę” – faktycznie, druga część będzie inna w nastroju, niż ta. Kusiło mnie dodać opowiadanie w całości, ale byłoby ciut przydługie, stąd w wyniku podziału nie wszystkie motywy mogą być od razu zrozumiałe. Odnośnie zaś języka… on ma taki być. Narrator jest osobą, jakby to nazwać, z półświatka, i nie posługuje się wzorcową, kulturalną polszczyzną. Niestety (a może na szczęście?) w tekście pisanym każda jedna “ku…” rzuca się strasznie w oczy. A przynajmniej tym co bardziej wrażliwym, bo mnie takie słownictwo – o ile jest użyte w odpowiednim celu – nie przeszkadza. Co ciekawe, jedna z wersję tekstu była całkowicie pozbawiona wulgaryzmów i wcale nie uważam, że wyglądała się przez to lepiej. Wręcz przeciwnie – stała się sztuczna, dosłownie jak w tej scenie kabaretowej “fuckerzy” ze sławnym “ty też tere-fere” 😀

Chociaż może się faktycznie wydawać, że lubuję się w wulgaryzmach, bo pojawiają się one w drugim opowiadaniu z rzędu. A wcale tak nie jest. Uważam je po prostu za część języka – może niezbyt chwalebną, momentami irytującą, zdecydowanie zbyt często nadużywaną, ale jednak. Niemniej – dziękuję za uwagę 🙂

Nie mam nic przeciw wulgaryzmom, ale zastępowanie nimi normalnych określeń mnie po prostu razi. Może powinnaś ich używać rzadziej, ale w miejscach bardziej ku temu uzasadnionych.

Bardziej uzasadnionych, czyli jakich? Oczywiście nie mam nic przeciwko opinii, że tekst może być zbyt wulgarny, ale przypomina mi to dyskusję jak z “Amadeusza” Formana:
– To wartościowe dzieło, ale nut ma zbyt wiele.
– A których konkretnie?
Mocnych słów jest i tak dalece mniej, niż być powinno zgodnie z formułą opowiadania. Gdyby nie wzgląd na publikację na NE i konieczność zachowania pewnego standardu językowego, bohaterowie mówiliby raczej Pasikowskim, czy innym Tarantino. Czyli tak, jak w tym przypadku powinni.
Niemniej dziękuję za uwagę jako taką, rozważę ją na przyszłość 🙂

Faktycznie może i jest trochę za dużo wulgaryzmów ale nie odczułem tego aż tak mocno – dobrze wpisują się w klimat opowiadania i podkreślają jego charakter. Warsztat i pomysł na opowiadanie bez zarzutu! 🙂

Z tym warsztatem to nie przesadzajmy, daleeeko mi do choćby pozorów ideału. Ale miło, że się podobało, bo tekst jest faktycznie dość nietypowy.

Relatywnie mało seksu? To mało powiedziane. Ale mnie akurat to nie przeszkadza, zwłaszcza w sytuacji, gdy Autor musi podzielić zbyt duże, gotowe dzieło do odcinkowej publikacji. Stanowczo dużo gorszym rozwiązaniem jest wciskanie na siłę seksu w każdy odcinek.
Tekst zawiera jakieś wulgaryzmy? Tak wszyscy narzekają, a ja nie dostrzegam. Widocznie ślepym.
Trochę usterek widzę. Logika niektórych zdań albo niejednoznaczność kuleje. Albo średnio udane związki słów. Ale usterek zauważam stosunkowo niewiele, choć niedobrze zasiać wątpliwości już w pierwszym zdaniu.
Jedno z najbardziej rażących sformułowań to “poddanie autodefenestracji”. Zdecydowanie wolałbym “dokonanie/wykonanie” albo coś zbliżonego.
Czekam, co nawywija, pulchna jak zwykle, bohaterka 🙂

Cóż Karelu, opowiadanie było – co zauważyłeś po jego strukturze – oryginalnie jednoczęściowe. Teoretycznie nie jest tak długie, by nie dało się go opublikować w całości, ale… taka była moja decyzja, ze wszystkimi jej zadami i waletami 😉
Co do warsztatu, to się zgadzam. Ale nie dobijaj już, i tak mi się wystarczająca oberwało za to od korektorki (którą baaardzo serdecznie pozdrawiam! 😀 ) – na usprawiedliwienie powiem tyle, że tekst był pisany jeszcze jesienią i nawet solidna redakcja nie była w stanie poprawić niektórych błędów i wypaczeń 😉 Chociaż w tym przypadku przesadna stylizacja akurat mi się podoba.
Jeśli natomiast chodzi o seksy… to jest zdecydowanie najmniej erotyczne, a najbardziej fabularne z moich dotychczasowych opowiadań, pod wieloma względami będące przeciwieństwem “Nocnego pociągu” czy nawet niektórych epizodów “Adama i Ewy”.
PS Bohaterka wcale nie jest tak krągła, jak mogłoby się wydawać. Będzie opis w drugiej części, to sam się przekonasz 🙂

To wprawdzie dopiero pierwsza część opowiadania, ale już teraz mogę powiedzieć, że wciągnęło mnie i zaintrygowało, co stanowi, moim zdaniem, pierwszą i zasadniczą zaletę każdego tekstu, po który sięgam. Mamy tutaj interesującą fabułę, odrobinę tajemniczego bohatera oraz o wiele bardziej tajemnicze bohaterki, pojawiające się niczym ze snu (tymczasem niekoniecznie koszmarnego) albo z innego świata. Ich zamierzenia pozostają chwilowo nieznane, ale z pewnością takowe istnieją, pobudzając ciekawość czytelnika. Wypada to bardzo udanie i zachęca do lektury kolejnej części.
Rozwinęła się w komentarzach dyskusja na temat pojawiających się w tekście wulgaryzmów. Osobiście nie przepadam za ich nadmiarem, w dialogach służą niekiedy charakterystyce postaci, w narracji często rażą. Tutaj jednak mamy do czynienia z narracją w pierwszej osobie, a więc bardziej niż w innych przypadkach osobistą, przedstawiającą wydarzenia z punktu widzenia konkretnego bohatera. Wplecione tu i tam mocniejsze słowo można więc uznać za wyraz myśli oraz odczuć tegoż właśnie bohatera, który jest, jaki jest. W sumie tych wulgaryzmów nie ma zresztą zbyt wiele, nie wydają się też szczególnie drastyczne. Ogólnie zabieg ich zastosowania uważam za udany i celowy.
Z rozbudzoną ciekawością czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

Bardzo dziękuję za konstruktywny komentarz i zalecam nieco cierpliwości. Tylko nieco, bo druga część zawita na łamy NE już dziś wieczorem! 😀 I mam nadzieję, że nie zawiedzie oczekiwań. Chociaż trochę 😉

Dobry początek, umiejętnie budowany, mroczny nastrój, styl pisarski niemal bez zarzutu. Przeczytałem z przyjemnością.

Minusem, nieco obniżającym wiarygodność opowieści jest brak konsekwencji w kreacji głównego bohatera. Przestępca, “człowiek z miasta”, gangster handlujący narkotykami i służący jako ochroniarz starszemu rangą kryminaliście, a wyraża się jak inteligent. Wiktuały, kindersztuba, czy tak mówi/myśli osobnik z marginesu? Rozumiem chęć uniknięcia powtórzeń czy pragnienie zaskoczenia Czytelnika ładnym, nieco staroświeckim słowem, ale w narracji pierwszoosobowej i przy takim bohaterze, to po prostu nie pasuje.

Więcej uwag przy następnym rozdziale – bo obydwa pochłonąłem na jednym posiedzeniu.

Pozdrawiam
M.A.

Dziękuję za opinię, Megasie, zwłaszcza że raczej rzadko komentujesz moje opowiadania. A tym bardziej pozytywnie 😛

Przyznaję, że mam problemy z ubarwianiem bohaterów – nie tylko tego tutaj – bo obawiam się nadmiernego przestylizowania. Zresztą sam widziałeś w dyskusji o słownictwie – jak dla mnie, to tych k*** czy ch*** powinno być dużo więcej, a wypowiedzi bohatera opierać się o krótkie, rzucane jakby na odwal zwroty. Niestety w tekście pisanym wyglądałoby to jak parodia jakiegoś gangusa z filmu Papryka Wege, a nie wiarogodna postać. I tak język oraz zachowanie Autory są mocno odjechane i wiem skądinąd, że nie wszystkim się podobały. Ale zapamiętam na przyszłość!

Chociaż – dla ciekawostki – powiem, że znam takich ludzi o “dwóch obliczach”. Może nie zajmują się zaraz działalnością w grupach przestępczych 😛 ale z jednej strony: ąę przez bibułkę, stanowisko, garnitur, wyjścia do teatru czy nawet opery i słownictwo jak u doktora polonistyki, a z drugiej potrafią w sytuacji ekstremalnej złapać za bejsbola (tak, autentyk!) i rzucić taką wiąchą, że uszy więdną. Więc…

Napisz komentarz