Warsztaty fistingu (Ania) 3.96/5 (15)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 26 minut/-y    

Autor: Ania

Z pozdrowieniami dla Czarnej Kaczuszki 😉

***

Moją Panią poznałam, przechodząc przez najgorszy, młodzieńczy okres buntu. Ledwie pięć lat starsza była oazą spokoju. Widywałyśmy się czasem na różnych feministycznych eventach. Ona, zwykle ubrana na czarno, trzymała się z boku, rzadko zabierała głos, a jeśli już, zwykle próbowała łagodzić sytuację i stawać w obronie tych wszystkich męskich, szowinistycznych knurów. Aż we mnie wrzało, gdy słyszałam, że nie każdy mężczyzna jest zły, że to krzywdzące patrzeć na nich jak na potencjalnych gwałcicieli i oskarżać o niepohamowaną skłonność do agresji. Do znudzenia powtarzała, że różnice są piękne, że wzbogacają świat.

W dupie miałam pluralizm, malowniczą ludzką mozaikę, dyferencjację wynikającą ze społecznego podziału ról, chciałam władzy, energii, która pchnie do przodu nie tylko mnie, ale też cały świat. Przełomu. Zmiany. Rewolucji. Później kpiła, że najchętniej postawiłabym wszystkich mężczyzn pod ścianą i rozstrzelała. Nie, nie byłam aż tak radykalna, ale coś w tym jednak jest – w moich marzeniach zastępowałam patriarchat matriarchatem. O tym grzmiałam z prowizorycznych ambon i wrzeszczałam przez megafon, o tym pisałam w swoich odezwach.

A ona? Ona chciała równości, płaskiej struktury, rozbicia typowo męskich układów, ale bez zastępowania ich źle pojętą solidarnością jajników, chyba niemożliwego wyrugowania nepotyzmu, cwaniactwa i wszelkiego zła hamującego rozwój społeczny (ten zmierzający ku prawdziwemu miłowaniu bliźniego – każdego, bez wyjątku). W sumie trudno powiedzieć, która z nas była bardziej naiwna, ale nie o tym chciałabym Wam opowiedzieć, więc w zupełności wystarczy, że zrozumiecie, iż stałyśmy po dwóch stronach feministycznej barykady. Zbuntowana, przepełniona furią wojowniczka zdzierająca głos na manifach i rozważna romantyczka wierząca, że świat da się urządzić lepiej, a nie tylko odwrócić role.

Irytowała mnie, naprawdę irytowała. Postrzegałam ją i jej podobne jako hamulcowych, ona mnie zapewne jako radykała, tyle że dostrzegała pole do dyskusji, ja najchętniej po prostu pozbyłabym się balastu i bez obciążeń zabrała za porządkowanie świata po swojemu.

Jednak to nie wszystko. Irytowało mnie też to, że nie potrafiłam oderwać od niej wzroku. Od iskrzących inteligencją oczu, często drapieżnie mrużonych. Od lśniących kosmyków włosów wymykających się niesfornie z upięcia i muskających szyję. Od tej szyi – smukłej i długiej, kuszącej do wbicia zębów. Choć była raczej drobna, emanowała tajemniczą siłą. Choć nie eksponowała swojej kobiecości, bił od niej erotyzm.

Czasem miałam ochotę wgnieść ją w ziemię, zmiażdżyć, uciszyć, a zaraz potem zerżnąć. Posiąść. Zdobyć. Najczęściej jednak mimo ewidentnego pobudzenia, czułam się bezradna, zagubiona, pragnąc raczej jej uwagi niż jakiegokolwiek fizycznego zbliżenia. Marzyłam o tym, by poczuć pod palcami fakturę jej skóry a na języku słonawy posmak potu, ale przede wszystkim marzyłam o akceptacji, o łagodnym uśmiechu wyrażającym zrozumienie.

Już jako nastolatka zorientowałam się, że wolę dziewczyny. Kobiety. Bo pociągały mnie zwykle nieco starsze i bardziej doświadczone. Koniecznie pewne siebie. Niezależne. Zwykle o nieszablonowej, może nawet odrobinę egzotycznej urodzie. Żadna nie była klasyczną pięknością, ale wszystkie były zachwycające.

Niestety pochodziłam z tradycyjnej rodziny, nie akceptującej nawet moich poglądów – bo kobiety powinny łagodzić obyczaje – a co dopiero orientacji. Miotałam się więc między nienawiścią do siebie i do świata. Targająca mną od czasu do czasu gwałtowna żądza, której źródła nie zawsze sobie uświadamiałam, wpędzała mnie zwykle w poczucie winy. Choć grałam wredną, twardą sukę, w tamtym okresie często zdarzało mi się płakać. Zarówno po orgazmie, gdy opadałam z sił i czułam się zbrukana (teraz wiem, że to absurd, nie można samemu zbrukać własnego ciała, a określenie „samogwałt” zostało ukute przez zwyrodnialców pragnących unieszczęśliwić jak największe rzesze ludzi), jak i wtedy, gdy wznosiłam się ponad zwierzęce potrzeby, rezygnując z przyjemności, co zwykle kończyło się silnym bólem brzucha lub głowy. Dzikie zwierzę schwytane we wnyki wydaje się najlepszym porównaniem. Ona mnie oswoiła. Niczym Mały Książę lisa. Okazała się zresztą bardziej odpowiedzialna niż książkowy bohater…

Moje fantazje bywały brutalne, mocne, intensywne (podobnie porno, które konsumowałam w ukryciu) i pojawiali się w nich mężczyźni, choć nigdy żadnego nie kochałam ani nie pożądałam. Pewnie jesteście ciekawi, co? Wścibskie stworzenia! Jeśli w ogóle uczestniczyłam w „akcji”, zamiast tylko przyglądać się zbereźnym orgiom, po których płyny ustrojowe trzeba było sprzątać mopem, okazywałam się raczej bierna. To inni robili coś z moim ciałem, czasem przymuszając mnie i ostro tłamsząc opór. Nie byłam więc rozpustną dziwką pragnącą seksu, a ofiarą. Uciszałam poczucie winy. Próbowałam w żałosny sposób ratować własną samoocenę. Fakt, znalazłam pokrętny sposób, ale ponoć wcale nie nietypowy – wszyscy jesteśmy wytworem pierdolonej, seksnegatywnej kultury!

Tym bardziej pokrętny, że moją ulubioną kategorią filmów dla dorosłych stała się kategoria public disgrace. Z wypiekami na twarzy oglądałam młode dziewczęta obnażane, bite i posuwane w klubach pełnych ludzi, ciemnych zakamarkach dworców i pośrodku słonecznych, osiedlowych ulic. Na oczach starców, żuli i pryszczatych wyrostków. Nie chcecie wiedzieć, jaki zamęt siało to w mojej głowie…

– Masz niewyparzoną gębę. – Tak brzmiały jedne z pierwszych słów, jakie wypowiedziała do mnie twarzą w twarz, bez asysty tłumu. – Czasem mam ochotę cię zakneblować.

Później nie potrafiłam odgonić od siebie wizji kneblowania. Akcesoria co prawda się zmieniały (bielizna, wędzidło, gag ball, a nawet podpatrzone na wyjątkowo wulgarnym szturchańcu silikonowe, czerwone usta tworzące otwór jak w tandetnej gumowej lalce), ale w centrum wyobrażonej sceny zawsze była ona ze swoim chłodnym, opanowanym spojrzeniem i wyraźnie widoczną kpiną w przymrużonych oczach. Ileż razy kompulsywnie brandzlowałam się, myśląc o cieknącej po brodzie i kapiącej na piersi ślinie, o brutalnie odchylanej za włosy głowie, o uwłaczających godności słowach? Zawstydzało mnie to i tym bardziej nasilało fascynację jej osobą.

Swoją drogą podejrzewałam, że jest heteryczką. Fakt, że w naszym małym, feministycznym światku odsetek lesbijek prawdopodobnie przewyższa nieco ogólny wskaźnik w społeczeństwie, ale to bynajmniej nie znaczy, że jest nas więcej. Po prostu mamy więcej do ugrania. Jeśli prawdziwe jest powtarzane niczym mantra stwierdzenie, że kobiety na tych samych stanowiskach zarabiają dwadzieścia procent mniej niż mężczyźni, to tradycyjne małżeństwo, statystycznie rzecz biorąc, wychodzi na tym na zero (ona zarabia mniej, on więcej i wszystko jest okej), natomiast stały związek dwóch gejów wręcz zyskuje (w końcu obaj zarabiają dwadzieścia procent więcej). Niestety w ten sposób tracą lesbijki. Oczywiście takiego uproszczenia można dokonać wyłącznie przy założeniu, że wszystkie pary są dobrze dobrane – inaczej rozbieżność w wysokości dochodów heteroseksualnych partnerów łatwo może zaowocować przemocą ekonomiczną.

Wiedziałam tylko, że jest lokalną dziennikarką i że broni rodzaju męskiego (a przynajmniej części jego przedstawicieli). Nikt inny zresztą nie potrafił udzielić mi na jej temat bliższych informacji. Piękna i tajemnicza. W niezrozumiały sposób mroczna.

– Kim ty w zasadzie jesteś? – spytałam z mównicy, gdy następnym razem znowu próbowała łagodzić nasze zapędy. – Jesteś z nami czy przeciw nam?

– To chyba oczywiste – odpowiedziała spokojnie. Jakże wkurwiający był ten spokój!

– Bynajmniej. – Nie planowałam odpuścić.

– Nie zgodziłabym się z tym. – Wyraźnie nie zamierzała się tłumaczyć ani bronić.

– Nikt cię tu nie zna – naciskałam.

– Ależ znają mnie wszyscy. – Uśmiechnęła się szyderczo. Piękny był ten uśmiech, pasował do niej i do moich fantazji.

– Tylko z widzenia – fuknęłam.

– Walczymy ramię w ramię, to zdecydowanie więcej niż tylko widzenie… – Nie wydawała się przejęta moim atakiem.

– A potem możesz zdawać relacje wrogowi! – grzmiałam trochę nawet wbrew sobie.

– Jakiemu wrogowi, o czym ty mówisz? Popierdoliło cię? – Nagle wtrąciła się jedna z liderek. – Uspokój się! Nie jesteśmy tu, żeby skakać sobie do gardeł.

Zacisnęłam zęby i odpuściłam.

Po spotkaniu, gdy zaczęłyśmy się rozchodzić do domów, podeszła do mnie. Najpierw długo milczała. Przyglądała się każdemu mojemu ruchowi i gestowi. Nieco natrętnie.

– Możemy to zmienić – powiedziała w końcu.

– Co? – zdziwiłam się szczerze, bo nie miałam pojęcia do czego nawiązuje.

– To, że nikt mnie nie zna…

– Ach tak… – zawahałam się. – Masz na myśli coś konkretnego?

– Zależy co chcesz wiedzieć. – Przymrużyła złowrogo oczy, a ja zadrżałam.
Miałam wrażenie, że przenika mnie wzrokiem na wylot, że widzi więcej niż sama jestem w stanie w sobie dostrzec. Pierwszy raz czułam coś podobnego. Później przyznała, że miała co do mnie przeczucie, niemniej ani przez chwilę nie była pewna (co nie zmienia faktu, że gdyby się zawahała, prawdopodobnie rozminęłybyśmy się jak dwójka przypadkowych przechodniów).

– Może zaczęłybyśmy standardowo, od wspólnej kawy? – zaproponowałam.

– Nie lubię standardowych rozwiązań – wyszeptała. Odniosłam wrażenie, że oczy zalśniły jej dziwnym blaskiem.

– Nieee? – Byłam zbita z tropu.

– Zdecydowanie nie – zabrzmiało zalotnie. Czyżby ze mną flirtowała? – Przyznasz się, co tak naprawdę chciałabyś wiedzieć?

Choć zawsze byłam wyszczekana, nagle zabrakło mi słów. Chyba bezwiednie wstrzymałam oddech.

– Spokojnie, nie zjem cię. – Bynajmniej nie próbowała dodać mi otuchy, zapewne świadoma mojego stanu. Przypominała raczej Babę Jagę zapraszającą Jasia i Małgosię do domku z piernika. Hipnotyzowała ofiarę.

– Skoro nie masz pytań, może zatem zaspokoisz moją ciekawość.
Nie powiedziała nic więcej, po prostu odwróciła się i zaczęła powoli iść. Kiedy obejrzała się na mnie przez ramię, zrozumiałam, że mam jej towarzyszyć. W ciągu ułamka sekundy przez moją głowę przeleciały miliony myśli, ale choć niektóre scenariusze dalszych wypadków powinny mnie przerażać, nie bałam się. Chyba nie potrafię dobrze oddać mieszanki tamtych emocji: złości, nadziei, zaskoczenia, radości i obawy, że rozczaruję ją albo siebie.

Podążyłam za nią, trzymając się jednak w pewnej odległości niczym przykładna, muzułmańska żona, zawsze trzy kroki za mężem. Żadna z nas nie przerwała milczenia, ciężkiego i uwierającego. Przynajmniej dla mnie. Musiałam bowiem w tym milczeniu zmierzyć się z własnymi wątpliwościami. Chciała mnie komuś przedstawić? Pokazać jak mieszka? Sprawdzić czy zjem jakieś obrzydliwe, egzotyczne danie albo uwolnię się w wyznaczonym czasie z escape roomu? Skoro nie lubi standardowych rozwiązań, to mogło być wszystko…

W sumie uspokoiło mnie, gdy po kilku minutach spaceru (dla mnie to była wieczność!) skręciła do centrum handlowego, a w środku do pierwszego napotkanego sklepu z ciuchami. Zgarnęła z wieszaka kwiecistą, czerwoną sukienkę i rzuciła:

– W tym powinno ci być ładnie…

Nie czekała na moją reakcję, tylko pociągnęła za rękę do przymierzalni. Wtedy dotknęła mnie po raz pierwszy. Nigdy nie zapomnę silnego, zdecydowanego uścisku ciepłej dłoni na nadgarstku. Palił mnie, sprawiał, że serce przyspieszyło.

Choć nie brakowało klientek, bez problemu znalazła wolną przymierzalnię. Wepchnęła mnie do niej, po czym sama weszła. Mała, ciasna przestrzeń obfitowała w lustra, więc szybko poczułam się tam klaustrofobicznie, obserwowana przez wielokrotnie powielone, czujne spojrzenie czarnych oczu. Bo teraz wreszcie miałam pewność, że są czarne…

Drżałam w nadziei na pocałunek. Dotyk. Pieszczotę. Ona jednak odwiesiła sukienkę, wcisnęła się w kąt, zostawiając między nami tyle przestrzeni, ile tylko było możliwe i tonem nieznoszącym sprzeciwu zażądała:

– Rozbieraj się!

W tym momencie obawy uderzyły ze zdwojoną siłą – przypomniałam sobie wszystkie fałdki, pryszcze, wrastające włoski i całe swoje niechlujstwo. Zestawiłam je z jej ułożonym, schludnym wizerunkiem. Sprawiała wrażenie pedantki. Wymagającej pedantki, którą nie sposób zadowolić. Której ja nie zdołam zadowolić.

Młoda, niedoświadczona, ledwie kilku osobom w życiu pokazałam swoją nagość. Zwykle po znacznie dłuższej i bliższej znajomości. Ufając. Mając pewność, że chcą mnie takiej, jaka jestem. Niemniej nigdy nie byłam równie podekscytowana. Nigdy. Musiała widzieć moją wewnętrzną walkę, ale nie ponaglała ani nie przekonywała mnie, po prostu czekała na wykonanie rozkazu. Teraz ten spokój już nie irytował, on podniecał. Wprost niewyobrażalnie. Aż podniosły mi się z wrażenia wszystkie włoski na skórze.

Westchnęłam, zrobiłam głęboki wdech i zamknąwszy oczy, zdjęłam bluzkę. Tak po prostu, bez choćby cienia finezji. Bujne piersi uwięzione w prostym, codziennym staniku lekko zafalowały. Przepona pracowała intensywnie. Serce waliło w piersi. Nie śmiałam na nią zerknąć, ale jej wzrok był niemal namacalny – pełzał leniwie po moim ciele. Zwykłym, normalnym, niedoskonałym, może odrobinę zbyt bujnym, na pewno bladym, w przeciwieństwie do odrobinę opalonej twarzy i ramion.

Sięgnęłam do haftki, uwolnione piersi nieco zasprężynowały. Wyraźnie poczułam jak ciężar, wcześniej częściowo przełożony na ramiona, zmienił swój rozkład. Jak twarde, napięte sutki zrobiły zeza rozbieżnego, rozglądając się ciekawsko na boki. Chyba właśnie wtedy poczułam jednocześnie płonące policzki i pulsującą kobiecość. Interesujące połączenie.

Przez chwilę próbowałam uspokoić oddech i emocje, kątem oka w lustrach dostrzegając kontrast między moją na wpół obnażoną sylwetką a jej całkiem ubraną. Byłam większa, prawdopodobnie silniejsza, ale to ona miała władzę. Nie nad życiem i śmiercią – tę bardziej ulotną: nad żądzą.

Sięgnęłam do zbyt mocno ściśniętego, wbijającego się w miękki brzuch paska. Zamarłam na chwilę, znów dodając sobie animuszu głębokim wdechem. Po chwili byłam naga, zawstydzona i podniecona jak jeszcze nigdy. Małą przestrzeń wypełniał intensywny, kwaskowaty zapach mojego śluzu. W lustrze wolałam patrzeć na siebie niż na nią, sparaliżowana nieznaną mi nieśmiałością. Wyglądałam inaczej, obco, ale też bardziej zmysłowo niż zwykle.

– Uklęknij! – padł drugi rozkaz. Aż dziw, że cały ten spektakl rozegrał się w ciszy, w której mogłam słyszeć szum własnej krwi w uszach, urywany oddech i przyspieszone bicie serca.

Nie zawahałam się, opadłam na kolana.

– Rozsuń nogi – zabrzmiała jakby niezadowolona moim brakiem domyślności. – Dotykaj się! – zażądała po chwili.

Choć nie doprecyzowała, o jaki dotyk chodziło, albo odgadłam jej życzenie, albo tylko uległam własnym instynktom, niecierpliwym ruchem kierując dłoń ku łechtaczce. Cały srom był nabrzmiały, czerwony niczym dupa pawiana (miałam wrażenie, że nawet podobnie wyeksponowany), ociekający wilgocią i hiper wrażliwy. Wystarczyły ledwie trzy ruchy i doszłam. Intensywnie. Kurewsko intensywnie. Przygryzłam wargę, żeby nie krzyczeć, ale podejrzewam, że i tak za cienkim przepierzeniem doskonale było słychać, co przeżywam. Dopiero teraz dotarły do mnie odgłosy otoczenia: kroki, rozmowy, szmery. Wcześniej znajdowałam się w jakiejś cholernej bańce odcinającej mnie od świata. Nas. Mnie i ją.

– Teraz możemy iść na kawę. – Uśmiechnęła się szeroko i wyszła z przebieralni.

Nogi się pode mną trzęsły, drżały mi ręce, ale ubrałam się w trzy sekundy i wybiegłam za nią. Zupełnie zapomniałam o sukience, została w przymierzalni.

– Co to, kurwa, było? – spytałam, siadając przy stoliku, który wybrała.

– Wydaje mi się, że orgazm. – Oczywiście kpiła, ale po spełnieniu odzyskałam rezon. Przynajmniej jego część.

– Pewnie, że orgazm. – Podniosłam palce, powąchałam i oblizałam, biorąc dwa głęboko do ust. Wulgarnie i prowokacyjnie, patrząc jej prosto w oczy.

– Sama widzisz: pytanie było głupie. – Zmrużyła oczy w ten swój typowy, drapieżny sposób.

Idiotyczne przepychanki słowne przerwała nam kelnerka. Obie połasiłyśmy się na wymyślne lodowe desery i kawę. Chowając się za pucharkiem było jakby łatwiej. Rozmowa szybko stała się luźna, przyjacielska, nawet jeśli tematy wydawały się trudne. Nie zrezygnowała z dystansu i odrobiny tajemniczości, ja też nie odsłoniłam wszystkich kart, a jednak obnażyłam się. Częściowo.

Bardzo interesowało ją, dlaczego wypełniłam polecenia, jak się z tym czułam w trakcie i jak czuję się po. Czy kiedykolwiek byłam w relacji uległości i jakiej w zasadzie jestem orientacji. Co myślę o poligamii. Cholernie dużo, cholernie skomplikowanych pytań.

Nasze początki generalnie składały się z wielu bardzo szczegółowych rozmów, jakby przed wciągnięciem mnie w swój świat, zamierzała zbudować model, prognozować reakcje. Albo przekonać się, czy mam wystarczająco dobrze poukładane w głowie.

Choć nie widywałyśmy się często, wystarczyły dwa-trzy miesiące, a znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Nie potrzebowała do tego opowieści z dzieciństwa, tła społeczno-ekonomicznego ani przebiegu mojej edukacji. Zresztą może tego typu informacje tylko zaciemniają obraz, bo chowamy się za swoją wiedzą i znajomościami, zamiast o sobie mówimy o podróżach, które odbyliśmy czy potrawach, jakie nam zasmakowały, robimy setki zdjęć, ale na wszystkich pokazujmy tylko maski. Pani dostała nagość. Absolutną. A ja z ulgą odkryłam, że choć odsłanianie kolejnych warstw bywa bolesne i stresujące, daje niesamowite poczucie wolności. Oczyszcza. Cudownie jest nie musieć w końcu udawać. Ani przed sobą, ani przed tą drugą osobą.

Czy ona udawała? Nie wiem, ale wątpię. Fakt, że ostrożnie dawkowała informacje na swój temat. Z drugiej strony zawsze była świadomie obecna i uważna, na swój sposób zaangażowana. Dbała o to, żeby moje emocje nie wymknęły się spod kontroli, żeby spotkania zawsze kończyły się rozładowaniem napięcia. Tak więc jedynym, co mnie uwierało był fakt, że zawsze miałam jej za mało. Za rzadko. Czasem cierpiałam niczym narkoman na głodzie. Błagałam o spotkanie, z każdym dniem gotowa na większe poświęcenie. Całkiem możliwe, że celowo uzależniła mnie od intensywnych doznań… możliwe też, że to po prostu zawsze tak działa…

Jasno postawiła granice, zażądała też, żebym określiła swoje. Przyznała mi prawo do lęków i wątpliwości, nie oczekiwała bałwochwalczego uwielbienia. Lubiła czasem walczyć o dominację. Tysiące razy upewniała się, czy pamiętam jak przerwać lub przystopować zabawę, bo nie zareaguje na „nie”, „przestań” czy „boli”, a błagania mogą ją jedynie rozzuchwalić. Muszę przyznać, że czasem wchodziłam tak głęboko, że zapominałam jak się nazywam, a tym bardziej, że to jedynie gra, którą mogę zakończyć jednym słowem.

Nawet nie zauważyłam, kiedy ważniejsze niż przyjemność stało się zadowolenie Pani, jakby potrzeba służenia tkwiła we mnie od zawsze, stanowiła moją istotę. Naprawę dużo dowiedziałam się o sobie, patrząc w swoje odbicie w jej oczach. To było jak podróż w głąb siebie. Może dziwne, bo mało kto się spodziewa doznać samopoznania poprzez seks, ale jednak prawdziwe. Uważam za poważny błąd lekceważenie tej sfery życia, spychanie jej na margines – nader często bowiem okazuje się kamieniem węgielnym.

Od początku było jasne, że nigdy nie stworzymy „normalnej”, monogamicznej, romantycznej relacji. Nie tylko dlatego, że homoseksualność nie wpisuje się w normę, ale też dlatego, że uczucia lokowałyśmy gdzie indziej (co wcale nie wykluczało zaangażowania). Monogamia zresztą jest przereklamowana.

Nasza więź była głęboka, oparta na zaufaniu i lojalności. Wiem, że mimo iż lubiła traktować mnie jak fuck doll, widziała we mnie człowieka. Cierpliwa i czuła, potrafiła przytulać mnie godzinami, ocierać łzy i masować obolałe kończyny, ale zwykle dopiero po spełnieniu… bo (z pewnymi wyjątkami) nasze spotkania zaczynały się od ostrych zabaw. Coraz ostrzejszych.

Często opowiadała, co chciałaby mi zrobić, do czego zmusić. Mroczne wizje najczęściej snuła, gdy próbowałam doprowadzić ją do orgazmu. Językiem, palcami, kneblem zakończonym silikonowym dildem. Później, leżąc w łóżku lub jedząc obiad w restauracji, wypytywała, co poczułam na myśl o konkretnych fantazjach i czy widzę możliwość ich realizacji. Choć wcześniej pełzałam u jej stóp, w trakcie tych rozmów byłyśmy równe. Jedyne czego oczekiwała to szczerość.

Powracającym motywem, przekraczającym moją wyobraźnię, było oddanie mnie mężczyźnie. Chciała patrzeć, jak rżnie mnie wielki, silny, owłosiony samiec, jak sapie nade mną, poci się, jak mu obciągam. Z połykiem. Nie żebym nie czerpała przyjemności z penetracji – i z nią, i z innym partnerkami często używałam sztucznych substytutów penisa, zwykle z bardzo dobrym rezultatem, ale mężczyźni po prostu mnie odpychali. Brzydziłam się ich. Topornej urody. Szorstkiego zarostu. Nieprzewidywalności. Nad zabawką zawsze masz kontrolę (ty albo ktoś, komu świadomie ją przekazałaś), penis natomiast podobno potrafi zawładnąć umysłem właściciela. Odebrać mu całą ogładę i empatię. Zamienić w zwierzę.

Cóż, nigdy nie twierdziłam, że byłam wolna od uprzedzeń, a przecież własne zmagania z niezrozumiałą chucią powinny dać mi do myślenia. Nie dały. Nie od razu.

Minęły niemal dwa lata, nim do naszej sypialni zaprosiła trzecią osobę. Nie znałam tej kobiety, widziałam ją pierwszy raz w życiu. Nie sądziła zresztą, że sytuacja się tak rozwinie.

Spotkałyśmy się w piękne, słoneczne przedpołudnie. Kazała mi przyjść w zwiewnej sukience, bez bielizny. Po drodze miałam ochotę zabić kilku gapiących się samców. Obleśnych. Śliniących się. Fakt, że rozbujane piersi ze sterczącymi sutkami musiały przyciągać uwagę.

Przywitała mnie długim, namiętnym, acz delikatnym pocałunkiem. Wydawała się zrelaksowana i radosna, bardziej niż zwykle. Jej dłonie szybko powędrowały pod sukienkę, ale również okazały się nadspodziewanie czułe.

– Grzeczna dziewczynka – wymruczała mi do ucha, po czym zabrała się za całowanie szyi. Uwielbiam podobne pieszczoty, rozpływam się pod ich wpływem…

Przez długie miesiące naszej relacji nauczyłam się jednego: oddawania się bez sprzeciwu i dyskusji, czerpania z doświadczeń, nawet tych zaskakujących. Miewała różne nastroje i różne pomysły, czasem wydawała się realizować nieznany mi plan, czasem podejmowała decyzje wyraźnie spontanicznie. Wtedy? Wtedy sprawiała wrażenie oczarowanej wiosną, przepełnionej miłością do świata. Udzielił mi się ten nastrój, więc odważyłam się odwzajemnić pieszczoty, choć wielokrotne zdarzyło się, że ostro tłamsiła podejmowane przeze mnie samowolnie inicjatywy. Byłam od wykonywania poleceń, nie zgadywania co mogłoby się spodobać mojej Pani.

Rozebrała mnie i długo gładziła całe moje ciało, po prostu głaskała, delektując się gładkością skóry i moim delikatnym drżeniem. Chwilami łaskotało, z trudem powstrzymywałam się przed unikaniem tego dotyku. Nie zamieniłyśmy ani słowa, przynajmniej do czasu, gdy odwróciła się, jakby nagle sobie o czymś przypomniała.

– Mam dla ciebie prezent. – Sięgnęła do przepastnej torebki. Wyjęła z niej spore czarne pudełeczko przewiązane satynową czerwoną wstążką.

Muszę przyznać, że ucieszyłam się jak dzieciak. Jedyny prezent, który od niej do tej pory dostałam to był czarny, skórzany choker z o-ringiem, taki nieco subtelniejszy rodzaj obroży. Nosiłam go z dumą, nie tylko na naszych spotkaniach.

Ucieszył ją mój entuzjazm, świecące oczy, gdy rozwiązywałam kokardę i cichy pisk, gdy zobaczyłam zawartość. Była piękna! Czarna skórzana uprząż, idealnie pasująca do chokera. Z nieco grubszych pasów, również wykończona srebrnymi elementami.

Pomogła mi ją ubrać i wyregulować. Dwa pasy ściśle oplatały talię, pięknie ją podkreślając, szelki połączone poziomym pasem nad piersiami, rozchodziły się, opływając piersi z obu stron i przechodząc też przez środek, otaczając sutki metalowymi kółkami. Od bioder dwa pasy kierowały się ku kroczu. Napięta skóra stymulowała przy każdym kroku, niemniej byłam pewna, że dłuższe noszenie spowoduje obtarcia.

Samą górę, bez tych specyficznych „nogawek”, mogłabym ubrać na sukienkę, wpasowałabym się tym nawet w obowiązującą modę, choć zawsze uważałam ją za jeszcze jeden rodzaj opresji. Nie dało się jednak nic odpiąć, całość stanowiła rodzaj body, Pani miała zresztą inne plany. Chciała tych obtarć. Chciała krwi. Łez. Potu. Poświęcenia.

Zabrała mnie na spacer i do kawiarni z uprzężą widoczną w dekolcie letniej sukienki. Na miejscu podeszła do nas elegancka szatynka, może trzydziestoletnia, przywitała się z Panią wylewnie i usiadła na wolnym krześle. Nie potrafiłam ocenić, czy spotkanie było zaplanowane, czy przypadkowe, czy ucieszyło Panią, czy próbowała być tylko uprzejma. Na wszelki wypadek nie mówiłam zbyt wiele.

– Uprząż? – ni z tego, ni z owego w środku rozmowy spytała nieznajoma.

– Tak. – Pani uśmiechnęła się ciepło, wyraźnie dumna z efektu ozdobienia mojego ciała. – Bardzo ładna, powinnaś zobaczyć…

– Taaak? – Kobiecie aż zaświeciły się oczy.

– O zdecydowanie, zresztą zdaje się, że mojej małej suni chce się siku. Chętnie pójdzie z tobą do toalety i ci pokaże.

Zaniemówiłam. Miałam obnażyć się przed obcą osobą w kawiarnianej toalecie? Coś mi to przypominało i wydaje mi się, że wiecie co…

Zadrżałam.

Kobieta wstała, a ja podążyłam za nią. Nie weszłyśmy nawet do kabiny, w przedsionku z umywalką, nie zamknąwszy skobelkiem drzwi, kazała mi zdjąć sukienkę. Zrobiłam to, bez mrugnięcia okiem, dobrze już wytresowana. Obeszła mnie, oglądając ze wszystkich stron, po czym nacisnęła klamkę i wyszła. W uchylonych drzwiach zobaczyłam kawiarniany gwar. Czy ktoś zauważył moją nagość? Nie mam pojęcia.

Kiedy wróciłam na salę, beznamiętnie omawiały zalety i wady moje figury. Wzbierały we mnie emocje, a jednak milczałam ze smutno spuszczoną głową. Ciało zareagowało tak, jak życzyłaby sobie Pani: podnieceniem, głowa jednak miała z tym problem. Upokarzanie – jedna z moich największych fantazji – smakowało z początku nieco gorzkawo. Wcześniej miałam z nim problem ze względu na chęć wypadnięcia jak najlepiej w jej oczach, później ze względu na własną dumę, w tamtym momencie przez wrodzony brak pokory. Rodził się we mnie bunt przeciwko przedmiotowemu traktowaniu. Dzieleniu się mną. I nie, nie doceniałam dumy, którą Pani odczuwała, prezentując innej moją uległość.

Próbowałam spokojnie oddychać, uciszyć wzburzone morze furii, ale tylko mocniej zaciskałam pięści i szczęki. Pomogła dopiero ciepła dłoń Pani, gładząca moje przedramię. Niby od niechcenia, niby bez powodu, podejrzewam jednak, że doskonale wiedziała, że pod niewzruszoną maską aż kipię.

Wyszłyśmy. Nie potrafiłam cieszyć się piękną pogodą, nie czułam też uprzęży raniącej skórę, całkowicie skupiona na nieudolnych próbach opanowania emocji. Chciało mi się krzyczeć. Snułam się za nimi niczym cień, zupełnie nie wiedząc, dokąd i po co zmierzamy. W pewnym momencie Pani objęła mnie czule w pasie i szepnęła na ucho, że chce zobaczyć, jak usługuję tamtej, ale jeśli nie czuję się na siłach, możemy odpuścić. Zbaraniałam, a przecież powinnam była się domyśleć.

W zasadzie już sama perspektywa sprawienia Pani przyjemności poprawiła mi humor. Wszystkie złe emocje nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po prostu rozwodniły się, zmieszały z całkiem sporą ilością pozytywnych. Obie od czasu do czasu fantazjowałyśmy o tłoku w sypialni, być może ja nawet częściej. Lubiłam, jak na mnie patrzy i chciałam jej dać nową perspektywę delektowania się moim oddaniem. Nagle z chmurnego, obrażonego szczeniaczka, stałam się rozbrykanym.

Poszłyśmy do przestronnego, urządzonego nowocześnie mieszkania. One usiadły na czerwonej, skórzanej kanapie, ja rozebrałam się i uklękłam na dywanie przed nimi. Już w miarę spokojna, najwyżej trochę rozedrgana. Pani rozkazała mi całować swoje stopy, więc całowałam. Później rozkazała całować jej, więc całowałam – z równie wielkim oddaniem. Ta obca szybko zaczęła wić się i jęczeć. Gdy rozłożyła szeroko nogi, Pani palcem nakreśliła dalszą drogę moich ust i mojego języka. Od kostek, przez łydki, uda aż do kobiecości ukrytej pod misterną koronką. Lizałam przez materiał, a jednak kobieta doszła szybko i intensywnie.

– Grzeczna sunia – pochwaliła Pani i poklepała miejsce obok siebie.
Jedną ręką objęła tamtą, drugą mnie. Obie złożyłyśmy głowy na jej ramionach. W pokoju pachniało oszałamiająco, mieszanką podniecenia dwóch kobiet.

Tamtego dnia nie doszło do niczego więcej, aczkolwiek kobieta jeszcze kilka razy wzięła udział w naszych zabawach. Z czasem pojawili się też inni ludzie. Początkowo dziwnie było kopulować z samcami dla kaprysu Pani. Jak suka z psem, najczęściej właśnie od tyłu, na klęczkach, bez żadnej finezji, po zwierzęcemu, co wcale nie znaczy, że bez przygotowania, bo zabawy zwykle zaczynały się wiele godzin wcześniej, tak że zdarzyło mi się nawet błagać o możliwość wypięcia dla obcego (mi, bo bynajmniej nie jej) mężczyzny. Wszyscy, co do jednego, nosili obroże, niektórzy z dopiętymi medalikami z grawerunkiem. Nie wiedziałam i pewnie nigdy się nie dowiem, czy te obroże coś znaczyły, czy były symbolem głębszej, trwałej więzi, jak mój choker. Ozdoba, ale przede wszystkim symbol.

Mimo początkowych wewnętrznych oporów, bardzo spodobały mi się zabawy w większym gronie. Demonstrowanie przy ludziach uległości, bycie podziwianą i pożądaną, publiczne znoszenie wymyślnych tortur – psychicznych i fizycznych. Podczas takich intensywnych sesji czułam naprawdę, że żyję, nawet jeśli po wszystkim trochę wstydziłam się poziomu swojego zepsucia, tych obrzydliwych rzeczy, które byłam gotowa zrobić dla spełnienia i dla wyrazu zadowolenia na twarzy Pani, w tym przede wszystkim błagania wroga – mężczyzny – o wypełnienie mnie prawdziwym, żywym kutasem. Nie zawsze, ale jednak często dochodziłam dzięki tym ich kapryśnym organom. I było inaczej niż z zabawkami, bardziej perwersyjnie. Poza tym bez względu na to, które z nas znajdowało się na górze, oboje zawsze znajdowaliśmy się pod butem Pani – równi w swojej uległości i swoim posłuszeństwie (ale tak, czerpanie przyjemności z seksu z mężczyzną zdecydowanie było upokarzające).

Tyle, że nawet ta równość została mi w końcu odebrana, zanurzyłam się głębiej w mrocznych fantazjach Pani. I wierzcie lub nie, ale poczułam się wolna.

Wiedziałam, że planuje coś szczególnego, nie śmiałam jednak o nic pytać, a sama nic nie mówiła. Kazała mi zarezerwować cały dzień, a w zasadzie dobę z zastrzeżeniem, że nie zmusi mnie do zostania na noc, jeśli nie będę miała takiej potrzeby. Okazało się, że miałam. Po wszystkim dała mi wiele czułości, zasnęłyśmy przytulone. Spałam jak zabita. Rano byłam cała obolała, ale szczęśliwa – bez szwanku przeszłam kolejną granicę.

Ale od początku…

Spotkałyśmy się w sobotę koło południa, jak wiele razy wcześniej, tyle, że tym razem nie miałam czekać naga ani wkładać sobie w dupę żadnych zatyczek, po prostu przeszłyśmy się na spacer, korzystając z pięknej pogody. Jedyny nietypowy element mojego stroju stanowił choker. Rozmawiałyśmy o zwykłych, błahych sprawach: przeczytanych książkach, obejrzanych filmach, planach urlopowych. Jak znajome. Nigdzie się nie spieszyłyśmy.

Podporządkowywanie się jej rytmowi też było formą uległości – zwykle niecierpliwa i zachłanna, przy Pani uczyłam się panowania nad swoimi popędami. I przy okazji tego, że odkładanie spełnienia w czasie zdecydowanie jest warte wysiłku.

Zaprowadziła mnie w końcu do dużego, eleganckiego apartamentu, najwyraźniej specjalnie wynajętego. Na początek wspólnie poprzestawiałyśmy meble w salonie, komplet wypoczynkowy wyściełając lateksowymi prześcieradłami, a na stoliku rozstawiając szklanki, napoje i ciasteczka prawie jak na jakieś szkolenie. Dało mi to do myślenia. Już wcześniej czułam ekscytację, w tamtym momencie wzmogła się moja ciekawość. I lekki stres.

Kazała mi zostawić ubranie w sypialni i przyjść do łazienki. Bynajmniej nie zdziwił mnie widok zestawu do lewatywy. Kiedyś myślałam, że umarłabym ze wstydu, gdyby ktoś inny zajął się czyszczeniem moich jelit. Pierwszy raz był szalenie emocjonujący: najpierw przerażenie, stres, wątpliwości i odrobina buntu, później stopniowe uleganie, oddawanie władzy, pełni kontroli, nawet nad ciałem i fizjologią, nad tym, nad czym sama przecież nie panuję. To Pani nauczyła mnie, że nie należy się wstydzić tego, na co nie mamy wpływu…

Wtedy, w trakcie pierwszej lewatywy chyba jedyny raz płakałam. Nic złego mi się nie stało, nie zabolało ani trochę, ale poczułam się strasznie mała, słaba i ubezwłasnowolniona. Pytała, czy chcę przerwać, ale to byłoby jeszcze bardziej upokarzające.

Niemniej tamtego razu miałyśmy już tę kwestię przerobioną. Gruntownie. Lubiła wykorzystywać moje zawstydzenie, niepewność i robiła to, póki się dało, w końcu jednak lewatywa stała się czynnością jak każda inna. Miała bardzo konkretny cel – zmniejszenie dyskomfortu w sytuacjach, w których kontakt z ekskrementami mógłby być jeszcze bardziej krępujący.

Po prostu jeszcze jeden element ablucji. Czasem konieczny. Amen.

Wykąpała mnie, uczesała i kazała czekać. Dość długo. Sama wskoczyła w grafitową garsonkę, zrobiła dyskretny makijaż, włosy spięła wysoko i założyła czarne, nudne, typowo biurowe czółenka. Trzeba przyznać, że styl typowej biurwy nawet do niej pasował. Patrzyłam z przyjemnością jak krząta się po apartamencie.

Z torebki wyjęła nożyczki i taśmę klejącą, a z leżącej obok teczki kartkę A4. Nie udało mi się odczytać wydrukowanego napisu. Wyszła, żeby przykleić tę kartkę na drzwiach wejściowych. Wracając, nie przekręciła kluczyka. Zaciekawienie jeszcze wzrosło, a tym samym pobudzenie, bo doskonale wiedziałam, że szykowane przez nią niespodzianki zawsze są wyzwaniem, ale też zawsze kończą się wprost niewyobrażalnymi doznaniami. Może to trochę mind fuck, ale jednak przede wszystkim fuck.

Na kawowym stoliku obok szezlonga ustawiła jeszcze kilka różnych buteleczek, pudełko chusteczek higienicznych i…

– Połóż się – rozkazała. – Zamknij oczy i spróbuj rozluźnić, masz leżeć spokojnie i się nie odzywać. Rozumiesz?

Kiwnęłam lekko głową, w końcu miałam nic nie mówić.

Niby spodziewałam się gości, ale jednak pierwsze kroki w korytarzu, wejście bez pukania i rozmowa nie przerwana nawet na moment, zaskoczyły mnie. Mężczyźni. Raczej młodzi. Nie przywitali się z Panią, lecz od razu rozgościli jak u siebie, sięgając po przygotowane przez nas ciastka. Nie powstrzymałam się, uchyliłam lekko powieki. Obraz widoczny przez wąskie szparki przysłonięte rzęsami był nieostry, rozmyty. Nie znałam ich, nie mogłam stwierdzić czy mieli po dwadzieścia, czy po trzydzieści lat, ale wyglądali raczej młodo. Obaj wysocy i szczupli, ubrani w ciemne garnitury, bez krawatów. Jeden w okularach, drugi rudy. Szybko zamknęłam oczy, bo zrozumiałam, że Pani może łatwo dostrzec moją niesubordynację, nawet jeśli stoi z boku.

Weszły jeszcze dwie albo trzy osoby, w tym kobiety stukające rytmicznie obcasami. Zjeżyły mi się włoski na całym ciele, chciałam już rzucić się w wir rozpusty, ale instrukcje były jasne, a sytuacja nadal zagadkowa.

– Chyba jesteśmy już wszyscy – oznajmiła Pani. Usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza i jej kroki, tak charakterystyczne i bliskie. Rozpoznałabym je nawet wśród setek innych na zatłoczonej ulicy. – Zaczynajmy więc.

Nastąpiło małe zamieszanie, wszyscy szukali wygodnych miejsc, najwyraźniej naprzeciw mnie. Znalazłam się w centrum, na widoku, jedyna naga i bezbronna, bez prawa do zadbania o własną godność. Leżałam spokojnie, ale serce waliło mi w piersi, a dłonie pociły się. Pizda zresztą też…

Pani stanęła koło mnie, czułam to, nie musiałam otwierać oczu, i czekała cierpliwie, aż zebrani się usadowią.

– Dzień dobry – zabrzmiała bardzo pogodnie, wręcz sztucznie, prawie jak jakiś kołcz powtarzający frajerom „jesteś zdobywcą”. – Serdecznie witam na naszych skromnych warsztatach, poczęstunek już zauważyliście, to dobrze, możemy zatem przejść do części merytorycznej – oznajmiła sucho, profesjonalnie, bez cienia emocji.

Nie do końca wiem, co robiła zawodowo, może prowadziła jakieś nudne szkolenia, w każdym razie wypadła przekonująco. Niemniej ciągle nie miałam pojęcia, jaka jest tematyka owych warsztatów. Wstęp był o higienie, zaufaniu, rozgrzewce umożliwiającej właściwe rozluźnienie, rodzajach lubrykantów (bardzo zniechęcała do smakowych, zapachowych i wszelkich innych zawierających w składzie cukier). Podejrzewam, że celowo dobierała słowa tak, żebym drżała w nieświadomym oczekiwaniu. Dobrze mnie znała.

Minęła cała wieczność, nim zagnała wszystkich do mycia rąk, instruując dokładnie jak to zrobić, prawie jakby szykowała ich do operacji. Mało tego, rozdała zebranym lateksowe rękawiczki – bezpieczeństwo przede wszystkim! – dodając, że na pewno ich nie zabraknie, więc należy je zmieniać w sytuacjach, które dyktuje zdrowy rozsądek. Nie podała przykładów…

Nie ochłonęłam ani nie rozluźniłam się w czasie tych przemów, wręcz przeciwnie. Niemal trzęsłam się z ekscytacji. I odrobinę ze strachu, że stanie się coś, czemu nie podołam. Niby znała mnie doskonale, lepiej niż ktokolwiek inny, niby jej ufałam, ale umówmy się: jak idziesz na rozmowę o pracę, na której ci zależy, stresujesz się, nawet wiedząc, że jesteś idealnym kandydatem. Tu było podobnie.

– Nawilżenia nigdy zbyt wiele – ciągnęła. – Nie łudźmy się, że wystarczy naturalne. Lepiej przygotować dobry, gęsty żel. Ja wolę te na bazie wody, choć utrzymują się krócej i czasem trzeba je uzupełniać w trakcie zabawy, niż tłuste na bazie silikonu. Niektórzy sięgają raczej po naturalne środki zwiększające wydzielanie śluzu… – Na te słowa zadrżałam, bo doskonale pamiętałam eksperymenty z imbirem i chrzanem. – …ale nie polecam tego na początku przygody z fistingiem. – Ostatnie słowo wypowiedziała w zupełnie inny sposób, jakby z satysfakcją. Taką odrobinę złośliwą.

Więc o to chodzi? Miałam stać się pomocą naukową… workiem treningowym… Pani posiadała olbrzymią wprawę i wyczucie, a i tak długo trwało, zanim pierwszy raz przyjęłam w siebie całą jej dłoń, po nadgarstek. Drobną, szczupłą, kobiecą. Długo nie potrafiłam się rozluźnić, bałam się, wydawało mi się, że podobne zabawy są dla starszych, bardziej doświadczonych, ambitnych i przede wszystkim już po porodzie siłami natury. Wiem, głupia byłam, nasłuchałam się durnych dowcipasów o za dużych głowach i takich tam, ale przypominam, że byłam jeszcze bardzo młoda. Teraz wiem, że rozmiar i elastyczność to kwestia indywidualna, że wiele można osiągnąć ćwiczeniami (zarówno jeśli chodzi o rozciąganie, jak i zaciskanie). Wiem też, że żadna zabawka czy organ (stosowane z wyczuciem, bo zbyt gwałtownym użyciem można zrobić sobie krzywdę) nie rozjebią cię tak, że pochwa zacznie się wywlekać na drugą stronę, choć niestety w podeszłym wieku, niezależnie od aktywności seksualnej w młodości, takie rzeczy się zdarzają.

– Czy wszyscy zdjęli z rąk i nadgarstków biżuterię? – Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Pani. – Nawet najdrobniejsza i najdelikatniejsza może kaleczyć lub być siedliskiem zarazków, nie mówiąc o uszkodzeniu rękawiczek.

Zabrzęczał metal odkładany na twardą powierzchnię. A więc jednak! Ktoś chciał mi zrobić krzywdę pierścionkiem! Pani jednak zadbała o wszystko, w tym o mój komfort, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Uważna i czujna.

Też ubrała rękawiczki, choć zwykle nie używałyśmy podobnych zabezpieczeń. Drgnęłam, gdy chłodna dłoń dotknęła uda. Dotyk lateksu był inny, obcy, zdystansowany, czułam się jak podczas dziwacznej procedury medycznej. Lekkim naciskiem dała znać, że mam rozsunąć nogi, posłusznie wykonałam to nieme polecenie, choć świadomość, że bliżej nieokreślona liczba obcych osób patrzy, lekko uwierała. Ziarenko grochu pod dwunastoma pierzynami.

Oddech przyspieszył, choć próbowałam go opanować, serce tłukło się w piersi. Cudowna adrenalina. Uzależniająca. Policzki piekły, kobiecość pulsowała, a przecież ledwo mnie dotknęła i to w ten nietypowy, zmedykalizowany sposób. Nie bardzo rejestrowałam kolejne zdarzenia, słowa zupełnie przestały do mnie docierać, jakby mózg został przeciążony naporem bodźców. Ale raczej tych wewnętrznych, bo przecież obiektywnie rzecz biorąc niewiele się działo. Jeszcze.

Przyciągnęłam nogi do ciała, bezwstydnie wystawiając na pokaz cały srom i dając idealny dostęp do „pola operacyjnego”. Przez głowę przeleciała myśl, że oceniają mnie – naturalną urodę, poziom podniecenia, intymną fryzurę – co wzmogło jeszcze produkcję wydzieliny. Zboczona jestem, wiem, niektórzy pewnie powiedzieliby, że nawet bardzo.

Pani przejechała dłonią w rękawiczce wzdłuż uda, aż do pachwiny i zostawiła ją na dłużej w jednym miejscu. Z trudem zapanowałam nad sobą, żeby się nie ruszyć, nie okazać niecierpliwości, pragnienia. Żądna uwagi łechtaczka boleśnie pulsowała, pochwa zaciskała się zamiast rozluźniać. Walka ze zwierzęcą naturą zajmowała całą moją uwagę, otaczający świat przestał istnieć. Ludzie. Głosy. Słowa. Jedynie cienka membrana skóry łączyła mnie z tym, co na zewnątrz. Ostatnie, delikatne niczym włos połączenie, za to boleśnie intensywne. Jakbym na tym jednym jedynym włosku zawisła całym ciężarem. Na nerwie, wiązce nerwów, najdelikatniejszej strunie utkanej z rdzenia kręgowego. Czy właśnie taka jest moja istota? A może przekroczyłam już samą siebie? Możliwości jakie daje moja cielesność.

Może potraficie jednocześnie spiąć się i rozluźnić, ale to absurdalny stan kojarzący mi się jedynie z niezrozumiałym łaskotaniem, gdy wyprowadzimy w pole receptory czuciowe, fundując im gęsto upchane sprzeczne bodźce (na przykład: ciepło-zimno). Albo z nieważkością, na Ziemi przecież niemal niewyobrażalną.

Zanurzyłam się w gęstej, lepkiej brei doznań. Dłoń. Dwie. Tysiąc. Palce redukujące mnie do drobnej, pofałdowanej sfery na przedniej ścianie pochwy. Doskonale znany, odbierający rozum masaż – tyle, że teraz nie mógł odebrać mi rozumu, bo już go nie miałam. Odpłynęłam, dryfując na wysokiej fali przyjemności. Wysokiej, ale nie zmierzającej do żadnego konkretnego celu.

Napieranie, rozpychanie, jakby moja żarłoczna pizda próbowała zamienić się w czarną dziurę wsysającą do środka materię z zewnątrz. Lekki ból, coś na kształt bólu zbyt długo napinanych mięśni. Odruchowe, kompulsywne ruchy, odwrotność parcia. Pulsowanie.

I nagle pustka. Chłód. Rozluźnienie. Podniecenie nie opadło, ale odczuwana przyjemność i owszem. Zliofilizowana. Zastygła. Bo przecież istotą przyjemności jest dynamika, przepływ, dzianie się, nawet jeśli trwasz w bezruchu jak ja, nawet jeśli biernie poddajesz się cudzym działaniom.

Nie zdążyłam jednak ostygnąć, najwyżej nieco uspokoić oddech, do tej pory zachłanny i urywany. Oddech tonącego. Dłonie wróciły, rozszerzając jeszcze bardziej moje uda, dociskając zgięte nogi do brzucha, mimochodem muskając sterczące sutki. Nie powstrzymałam cichego jęku, ale zakaz przecież wyraźnie dotyczył słów, mówienia, prawda? Nie sposób żyć i nie wydawać żadnego odgłosu…

Obca, nieco niepewna ręka podążyła w stronę podbrzusza. Delikatna. Nieśmiała. Drżąca. Palec. Dwa. Trzy. Wyraźnie szukające źródła rozkoszy, nieznacznie rozpychające wejście. Ostrożnie. I znów z niskiego poziomu, gwałtownie zostałam uniesiona w górę, jakbym pod sobą miała gejzer tryskający w nieregularnych odstępach czasu. Wysoko, ale ciągle krok od nieba, zawieszona na puszystym obłoczku.

Góra. Dół. Góra. Dół. Jak na diabelskim młynie. Raz nieco szybciej, raz wolniej. Raz z prądem. Raz pod prąd. Powoli opadałam z sił – utrzymanie się na fali jest bardzo męczące. Cholernie. Kurewsko.

Nastała dłuższa przerwa. Dyszałam ledwo przytomna.

– Już wszyscy? – usłyszałam spokojny głos Pani. – W takim razie kończymy na dzisiaj. – Poczułam raczej rozczarowanie niż ulgę. Nic dziwnego, nie dogoniłam swojego króliczka. – Chyba, że zamiast deseru chcecie zobaczyć kobiecą ejakulację…

– O tak! – ucieszył się jakiś męski głos.

– Zdecydowanie – zawtórował mu drugi.

– To w ogóle możliwe? – zdziwił się kobiecy.

– Sprawdźmy! – Pani wyraźnie się śmiała, tym swoim kpiącym półuśmieszkiem.

Poszło szybko i sprawnie. Cholernie szybko. Włożyła we mnie dłoń, jak weterynarz wkłada w klacz, chcąc wydobyć źle ułożone źrebię i wydobyła ten źle ułożony, uwierający orgazm, rozerwała cienką membranę skóry, sprawiając, że w wielkiej eksplozji zlałam się ze światem. Rzeczywiście trysnęłam. Obficie. Na sporą odległość. Chyba kogoś opryskując, ale nie jestem pewna, bo leżałam bezwładnie, gdy gwar wokół cichł, a dzień ustępował ciemności. Jedyne co się liczyło to jej obecność. Ciepło. Bliskość. Akceptacja.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przyznam, że o ile nie przepadam za cyklami Ani (z wielu względów), to bardzo doceniam pojedyncze opowiadania. Meandrująca relacja bohaterek, konsekwentnie budowana napięcie, i w końcu kulminacja. Właściwie tylko do dwóch rzeczy mi brakowało – pociągnięcia wątku pierwszej obcej kobiety, który zapowiadał się bardzo interesująco, i może nieco zbyt zachowawczego opisu finału. Niemniej zakładam, że taki był zamysł autorki.

PS Specjalne uznanie za niezwykle sugestywne przedstawienie poglądów bohaterki – tak momentami wku… irytującej, że aż chciałoby się ją złapać za kudły i solidnie potrząsnąć 😛 Choć to zapewne zależy od intetpretacji 😉

Owszem, taki był zamysł, bo wbrew prowokującemu tytułowi ten tekst jest o relacji, nie o bezosobowym pierdoleniu z przypadkowymi osobami.

Czytałam z wypiekami na twarzy, ale to dlatego, że uwielbiam zagłębianie się w odczucia bohaterów. W to, jak widzą i przeżywają pewne sytuacje. Świetnie opisane tworzenie i budowanie się relacji. Jej rozwój i zmiany, jakie zachodzą w bohaterce. Spojrzenie na relację od strony uległej kobiety niezwykle cenne. Chętnie poznałabym teraz opowieść z drugiej strony. 😉
Brawo!
Uściski,
SheWolf

Ponoć na naszych łamach brakowało tekstów o emocjonalnym aspekcie BDSM, mam nadzieję, że ta opowieść pozwoli nieco zapełnić tę niszę 🙂

Nie skupiam się co prawda na pseudopsychologicznej mielonce, po prostu snuję opowieść, z pewnego dystansu, próbując wyjaśnić głębię relacji bez zobowiązań i bez wielkich słów…

Miło mi, że komuś się podoba 🙂

Pozdrawiam

A.

Dobry tekst. Chyba żaden z czytanych przeze mnie Autorów Najlepszej nie zwraca takiej uwagi na psychikę stronę relacji erotycznych. Tutaj? Skojarzyło mi się to z procesem szlifowania diamentu. Suka miała duży potencjał, potrzebowała odpowiedniej Pani,, która ów potencjał potrafi wykorzystać.
W stosunkowo krótkim udało się nakreślić pełne spektrum przemiany od zahukanej marzycielki aż po wytrawnie perwersyjną jednostkę.
Scena pierwszej kawy absolutnie mnie urzekła, w 99% wypadków na tym etapie opowieści czytam różne warianty sławnego podejścia chciałabym, a boję się. Ty zrobiłaś to inaczej, choćby z tego powodu zapadnie mi ten tekst w pamięci…

Jeśli miałbym się czegoś czepiać? Tytuł, marketingowo można by się pokusić o coś lepszego. Obrazek też raczej stanowi rodzaj sita, no nijak nie przyciąga, raczej wywołuje reakcje pod tytułem: Co?
Niewątpliwie w tym tekście jest jakość literacka, chociaż radykalny feminizm budzi pewien niepokój, wykraczający poza obręb tekstu. Rozumiem, że mogło być to jednak pewne tło dla opisywanych zmian. Stanowczo niewykorzystany motyw innej kobiety, mogłaby się z tego urodzin naprawdę perwersyjna scena erotyczna.

I tak nic nie pobije:
= Teraz możemy iść na kawę.
Lis

Przyznam, że jestem ciekawa jaki tytuł i ilustrację byś zaproponował… pierwszy raz użyłam fotografii z prywatnych zasobów, zniekształconej żeby nie dało się odczytać treści. Niedługo minie dziesięć lat od warsztatów, o których informację widać na zdjęciu. Taka tam zabawna rocznica 😉

Jeśli ktoś podeśle mi fotografię, która moim zdaniem dobrze odda klimat opowiadania i na dodatek będziemy mogli jej legalnie użyć, chętnie podmienię ilustrację…

Radykalny feminizm był narzędziem – co chyba oczywiste – miał pokazywać niedojrzałość młodej i zapalczywej bohaterki, która z czasem nieco łagodnieje. Coś jak skrajne mizoginiczne poglądy inceli ;p
Podobno uleczalne…

Uśmiechy

A.

Aniu / Foxie – a mnie się to zdjęcie baaardzo podoba, choć wiem, że z marketingowego punktu widzenia jest nie do obrony 😛 Po pierwsze – jest autorstwa autorki, a nie stockowe 🙂 Po drugie – wiąże się bezpośrednio z tytułem opowiadania i jego treścią. A po trzecie… jeśli stoi za nim prawdziwa historia – z której wynikałoby raczdej, że tekst został napisany na podstawie zdjęcia, a nie zdjęcie zrobione na potrzeby tekstu – to dla mnie jest to plus sto 😀 do spójności.

I o ile (delikatnie mówiąc 😉 ) nie zawsze zgadzam się z Anią, to tym razem mogę ją co najwyżej postawić za wzór innym autorom 😉

Mnie w tym opowiadaniu spodobały się dwie rzeczy. Pierwsza to satyryczny wręcz obraz zapalczywej feministki, którego nie sposób przyjąć inaczej niż z przymrużeniem oka. W szczególności humorystyczny wywód o dyskryminacji lesbijek, które w porównaniu do analogicznego związku mężczyzn są upośledzone finansowo z powodu statystycznie niższych zarobków kobiet, podczas gdy w związkach hetero to się (również statystycznie) wyrównuje. No, uśmiałem się szczerze. Oczywiście, rozumiem, że postać bohaterki została przejaskrawiona celowo. Druga sprawa to ograniczenie opisów czysto erotycznych, które Autorka dozuje z umiarem, o większości sytuacji zaledwie wspominając i przedstawiając szerzej tylko kilka najważniejszych. Chwalę to rozwiązanie, ponieważ generalnie nie lubię tekstów, w których erotyka całkowicie dominuje nad fabułą. Co prawda, fabuły w opowiadaniu niezbyt wiele, niczym też szczególnie nie zaskakuje. Może tym, że spodziewałem się, iż owym krańcowym upokorzeniem bohaterki stanie się jakaś forma zbiorowego gwałtu, dokonanego przez stado sprowadzonych przez Panią samców, może nawet przypadkowych. Sądziłem już przez chwilę, że wywieszona na drzwiach kartka stanowiła takie właśnie zaproszenie dla osób wędrujących klatką schodową. Rola pomocy naukowej w specyficznym wykładzie… Też nieźle. Ale taki np. Piotr I Wielki miał większą fantazję, gdy wygłosił na szafocie zaimprowizowany wykład z anatomii, wykorzystując w tym celu ciało ściętej przed chwilą byłej faworyty.
Pozdrawiam

Neferze, chyba pora pogodzić się z tym, że pisząc porno-obyczajówkę nie stawiam na zaskakujące zwroty akcji 😉

Przeczytałam. Zarumieniłam się. Przeczytałam jeszcze dwa razy. Dziękuję Ci, Aniu, za ten tekst. Nigdy bym nie pomyślała, że jedno z moich ulubionych opowiadań zacznie się od pozdrowień dla mnie <3

Ależ proszę 🙂

Mam nadzieję, że skoro się podobało, czujesz się doceniona jako nasza stała czytelniczka i komentatorka. Pisząc pewien fragment po prostu myślałam o jednym z Twoich niedawnych komentarzy, a więc stałaś się inspiracją 🙃

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Jestem zachwycona tym tekstem. Jest mimo zawartej w sobie karykatury radykalnego feminizmu (a może właśnie dzięki temu?) kobiecy i feministyczny. Zazwyczaj w opowiadaniach erotycznych, nieważne jak sprawnie napisanych, są bohaterowie, ich relacja i seks. Tutaj widać coś więcej, jakiś szerszy kontekst. Dotyczy to zresztą także innych opowiadań Ani. Wydaje mi się, że odkąd czytam NE, może w jednym czy dwóch opowiadaniach wyczułam to “coś więcej”.

Miło mi to słyszeć ☺️

Zachęcam do eksplorowania naszych zasobów, naprawdę na naszych łamach ukazało się nieco wspaniałych tekstów…

Przeczytałam z pewną dozą nieśmiałości, bo jakoś niespecjalnie chętnie sięgam po treści o relacjach jednopłciowych, daleka jest mi też postawa zaciekłej feministki.
I jestem bardzo zaskoczona… pozytywnie. Równie dobrze zamiast Pani mógłby być Pan, a rozterki uległej pozostałyby takie same… Namacalny dowód, że lesbijki czują tak samo 😉
Dobrze się czyta.

Generalnie uważam, że różnice między ludźmi są przereklamowane 😉

Serdecznie pozdrawiam

A.

Napisz komentarz