Switch 2.0 Reload 2/2 (Ravenheart) 4.78/5 (12)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 39 minut/-y    

Anja Mexicola, “Sysia&Gio”, CC BY-NC 2.0

Poprzednia część opowiadania znajduje się tu.

Nagle cała scena odpływa. Ostry dźwięk wdziera się we wspomnienie i ponownie brutalnie i bezwzględnie przywraca mnie do rzeczywistości. Iniekcje są zakończone. Automaty przestają upychać chemiczną papkę w moje żyły. W organizmie krąży już odpowiednia ilość neurochemów i hemostatyków. Przytomnieję. Zabawa ze Switchem jest niebezpieczna nie tylko przy samym Odłączeniu. Switch kusi, żeby z niego nie wychodzić. Switch kusi, żeby powrócić. Żeby zostać Tam. Tym, kim się chce być.

Z westchnieniem podnoszę się do pozycji półsiedzącej. Wysuwam wtyki z gniazd, które tkwią w mojej czaszce, i wyjmuję igły z przedramienia. Patrzę z niepohamowaną pogardą na swoje ciało, które jest mdłe i rozlazłe. Mięso. Pulsujący zlepek komórek, mazi i śluzu. Jakże kontrastuje z doskonałą prostolinijnością lśniącej igły. Siadam na łóżku, opuszczając nogi.

Błąd.

Fala mdłości jest nagła i niespodziewana. Żołądek błyskawicznie podchodzi do gardła. Rozglądam się gorączkowo, szukając przygotowanej zawczasu miski, ale ten nagły ruch tylko pogarsza sprawę. Wymiociny wzbierają kwaśnym przypływem. Pochylam się do przodu, nie panując nad własnymi odruchami. Na podłogę pokrytą stalową płytą wylewają się rzadkie, śmierdzące rzygi. Czysta świętość metalu zostaje skalana moją obmierzłą biologią. Doskonałość upaprana w moralnie zbrukanej cielesności.

W końcu skurcze żołądka mijają. Siadam na łóżku, na którym jeszcze niedawno śniłem swoje switchowe sny. W głowie czuję zamęt, ale chcę jak najszybciej opuścić ten obskurny pokój. Ostrożnie próbuję wstać.

Błąd.

Osłabione nogi błyskawicznie rozjeżdżają się pode mną, a ja zaliczam głośny i bolesny upadek. Przez chwilę nie mogę złapać tchu. Leżę, niczym ludzka larwa, w kałuży własnych rzygowin, na wpół nagi, bezbronny i upokorzony. Jak śmieć, nikomu nie potrzebny. Jak worek ludzkiego mięsa.

A jednak muszę się podnieść. Muszę stąd wyjść. Kwaśny odór wymiocin szczypie mnie w oczy. Ostrożnie zbieram siły. Byle tylko nie upaść ponownie. Byle stanąć do pionu. Byle wznieść się ponad poziom podłogi.

W końcu udaje mi się podnieść i chwiejnie stanąć na nogi. Widzę swoje odbicie w brudnym, odrapanym lustrze i krzywię się z pogardą. Chcę odwrócić wzrok, ale zmęczona, szara twarz patrzy na mnie z politowaniem. “Pierdol się” – mówię sam do siebie. Ale czy to na pewno ja? Ten półnagi, sterany życiem męt?

Dostrzegam na ścianie oldskulowy plakat reklamujący jakąś archaiczną wersję Neurorzeczywistości. Nastoletnia dziewczyna, stylizowana na Chevette Washington trzyma w rękach wielkie gogle. Mieniący się chromem napis zaprasza: Światło Wirtualne™ sprawi, że staniesz się tym, kim pragniesz. Marketingowy bullshit. Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się o Switchu.

Podchodzę do brudnego zlewu. Jedyny kurek jest stary, zardzewiały i odrapany. Boję się, czy zadziała. A jednak gdy przekręcam go, z kranu tryska strumień lodowatozimnej wody. Obmywam twarz i przepłukuję usta. Wracam. Wracam do życia.

Po kilku chwilach jestem już na tyle silny, że mogę się samodzielnie ubrać. Wbijam się w wysłużoną, skórzaną kurtkę i powoli, niezdarnie, nakładam buty. W głowie kręci mi się nadal, ale jakimś cudem podchodzę prosto do drzwi. Obok, przy staromodnym terminalu siedzi obleśny, tłusty typ w przepoconej, siatkowej koszuli. Jego grube paluchy sprawnie przelatują po klawiaturze, gdy resetuje ustawienia mojego Switcha. Jeszcze krótko sprawdza status przelewu, po czym uśmiecha się zadowolony. Blokada drzwi otwiera się z cichym szczękiem.

– Droga wolna. Może wstąpisz jeszcze do baru? Dla świeżo wylogowanych mamy darmową kolejkę.

– Mam dość na dziś. Idę do domu. I nie chcę pić. Muszę coś zjeść.

– Jasne. Do zobaczenia – rzuca. Na poły ironicznie, na poły ze współczuciem.

– Pierdol się – mruczę. – Mam dość. Już tu nie wrócę. Nigdy.

Gdy drzwi zamykają się za mną, słyszę jego szept.

– Wrócisz. Zawsze wracacie.

Nie reaguję. Wiem, że ma rację.

*

Przechodzę podziemnym, betonowym, zawilgoconym korytarzem, a potem wspinam się na krótkie schody, zwieńczone szarym prostokątem drzwi. Przykładam dłoń do skanera, a one rozwierają się przede mną jak brama wieczności. Sam nie wiem: piekła czy nieba.

Knajpa składa się z baru, przy którym trójka barmanów rozlewa do brudnych szklanek najróżniejsze mieszanki, oraz z sali, w której kilkanaście ciał podryguje w rytm hipnotycznej muzyki. Gdybym miał wszczepiony synchronizer, muzykę odbierałbym także jako drgania wewnętrzne. Ale nie mam synca. Są drogie, a ja wszystko puszczam na Switcha. Zresztą, wcale nie chcę się zestrajać z tymi ludzkimi wrakami. Nic mnie nie łączy z tą zgrają naszprycowanych narkozombie. Gardzę nimi. Oni już nie żyją, przestali istnieć jako ludzie, dobrowolnie redukując się do poziomu stymulowanej impulsami biomasy. To odpady człowieczeństwa, zdolne wyłącznie do wegetacji i drażnienia ośrodka rozkoszy w tym, co zastępuje im mózgi.

Z boku, tuż pod ścianą, kopuluje zapamiętale para nastolatków. Ona, drobna i jasnoskóra, zupełnie naga, poddaje się całkowicie. Jest bierna i pasywna, wypina po prostu dupę, opierając się o ścianę. Jej partner, zwalisty i wysoki, starszy od niej o kilka lat, ujeżdża ją jakby była biologiczną lalką. Nie zadał sobie nawet trudu, aby się rozebrać. Spodnie ma spuszczone do kolan, a na brudnym podkoszulku widzę mokre ślady potu. Dziewczyna pojękuje. Drobne piersi kołyszą się w rytm ruchów mężczyzny. Posuwa ją od tyłu, zapamiętale – a jednocześnie dziwnie mechanicznie.

Dostrzegam na jego przedramieniu kontroler synaptyczny. Splątane kable, niedbale przyczepione do ramienia wpięte są do gniazd umieszczonych u podstawy czaszki. Odbierają i wzmacniają wszystkie reakcje fizjologiczne, a następnie, bezprzewodowo, przekazują je odbiorcom. To grupa obleśnie grubych, łysych i spoconych palantów, którzy postanowili zakosztować seksu z nastolatką, nawet się przy tym nie wysilając.

Ostatni krzyk podziemnej mody – senshub, który podłącza ich bezpośrednio do doznań tego byczka kryjącego swoją kurewkę. A oni, rozwaleni w swoich fotelach, upici narkotycznym transem wiszą na nim jak kleszcze. Sycą się jego przeżyciami, spijają jego rozkosz wprost z jego nerwów czuciowych. Są jak pasożyty umysłu; bierne i łapczywe. Ich sztywne kutasy budują groteskowe namioty w doskonale skrojonych garniturach.

Chłopak rusza się coraz szybciej. Dziewczyna zaciska palce i w zapamiętaniu przygryza wargi. Może naprawdę czuje podniecenie? A może po prostu dobrze gra swoją rolę. Zresztą… jakie to ma znaczenie? Za chwilę pieprzący ją facet wypluje w nią swoje nasienie, a jego orgazm, rozłożony na czynniki pierwsze, wzmocniony i przetworzony rozpłynie się wprost do mózgów klientów.

Chwilę patrzę na tę fizjologiczno-informatyczną orgię. Na rezonans orgazmów tych  mięsnych worków, dla których nie liczy się nic ponad kolejny spazm – wszystko jedno czy wywołany realnie, czy zaprogramowany elektronicznym neurofrottingiem. Znów chce mi się rzygać, więc odwracam wzrok i kieruję się w stronę wyjścia.

Przede mną kłębi się zgraja tańczących. Podrygują rytmicznie, wiją się i przeginają w rytm muzyki i buzowania chemicznego koktajlu narkoleptyków krążących w ich żyłach. Niektórzy tańczą nago, inni mają na sobie mieniące się wszystkimi barwami tęczy ubrania. Oni też przypominają jedną, powiązana ze sobą, splecioną i drgającą narośl. Są rakiem tego społeczeństwa. A ja? A ja wcale nie czuję się lepszy.

Gdy z mozołem przepycham się przez tłum, ktoś próbuje mnie złapać za rękę i wciągnąć w to oszalałe, spazmatycznie falujące wielociało. Jakaś Azjatka o twarzy pomalowanej psychoaktywną farbą. Jej tęczówki rozpłynęły się w wielkie, czarne jeziora. Jest prawie naga, jeśli nie liczyć biomechanicznego dildo, które przylgnęło do jej łona jak pasożyt z niskobudżetowego horroru. Pulsuje miarowo, gwałcąc dziewczynę w rytm muzyki. Z każdym akordem jego oślizgła końcówka wypełnia waginę w perwersyjnej, monstrualnej kopulacji. Jak u owadów, których samica wyrywa narząd samca, pozwalając, by trwał w niej, do końca skupiając się na wypełnianiu swojej misji. Tylko skondensowanym narkotykom dziewczyna zawdzięcza fakt, że jest w stanie wciąż tańczyć. Gdyby nie chemiczne ogłupienie, nogi odmówiłyby jej posłuszeństwa, a ona sama padłaby bez ruchu poddając się nieokiełznanym orgazmom. Ale jej nie wystarcza biomechaniczny gwałciciel… potrzebuje blisko siebie jakiegoś ciała, które by ją rozumiało. Dlatego trzyma moją rękę w żelaznym uścisku i przyciąga ku sobie, próbując wciągnąć w roznamiętniony tłum.

Wyrywam się ze wstrętem. Chcę jak najszybciej zmartwychwstać z tego podziemnego grobowca, w którym kotłują się te bezrozumne, ślepe, ludzkie larwy. Chcę odetchnąć powietrzem Miasta. Wiem doskonale, że jest brudne, stęchłe i skażone – ale pragnę go rozpaczliwie jak topielec walczący o haust tlenu. Azjatka wyczuwa mój opór, więc przestaje zwracać na mnie uwagę. Puszcza moją rękę i natychmiast znajduje sobie jakiegoś wielkiego ciemnoskórego typa, z którym zaczyna wić się w tańcu, nadal dając się gwałcić przyrośniętemu do jej ciała potwornemu dildo.

W końcu udaje mi się przebić przez to rozedrgane zbiorowisko tańczących. Z ulgą dostrzegam kolejne drzwi i zanurzam się w kolejny korytarz, spowity w półmroku, jakby właściciele tej speluny chcieli zniechęcić klientów do opuszczania knajpy. Idę omalże po omacku. Gdzieś z ciemności wyłania się jakiś drobny cień. Kolejna nastoletnia, tania dziwka. Kolejny ludzki odpad, wielokrotnie przeżuty i wypluty przez Miasto. Taka zrobi wszystko za garść kredytów. Absolutnie wszystko. Podchodzi do mnie szybko, z jakąś rozpaczliwą nadzieją.

– Jestem Rachel. Chcesz mnie? – pyta prowokująco, a przez jej twarz przewija się krótki grymas oczekiwania. – Umiem takie rzeczy, że nie uwierzysz.

– Jestem niewierzący, junkie – usiłuję ją zbyć. Chcę, żeby odczuła moją pogardę. Chcę, żeby ją zabolało. Może wtedy będzie mi łatwiej się jej pozbyć. Ale ona już czepia się mojej ręki. Zaciska kurczowo palce, niczym topielica wciągająca ofiarę do swojego prywatnego piekła.

– Jeśli masz strzał Red Duke’a, dostaniesz sesję za darmo.

Wzruszam ramionami i wyszarpuje się. Kolejna niewolnica chemicznego raju. Chcę ją ominąć, ale ponownie łapie mnie za rękę.

– Przyjdę z siostrą. Prawdziwą – podnosi ofertę. – Ale tylko za Red Duke’a.

– Jesteś niczym, gówniaro. Jesteś pieprzonym niczym.

– Pewnie i tak ci nie staje, pierdolony kurwiarzu! – syczy rozzłoszczona. – Idź się pieprzyć z tosterem!

Mam wrażenie, że kiedyś ją już spotkałem. Może nawet skorzystałem z oferty. A może to nie była ona? Takich jak ona są tu dziesiątki. Setki. Nastolatki i dzieci obojga płci, zbyt biedne, żeby je było stać na poważne wszczepy. Oddają się za ochłapy nadziei na odmianę losu. Potem – już tylko za chemiczne ułudy.

Odpycham ją brutalnie. Pada na kolana, ale ja nie zwracam na to uwagi. Szybkim krokiem idę dalej. Czuję się, jakbym trawersował kolejne kręgi Piekła, które wydaje się nie mieć końca. A może to nie Piekło, lecz Czyściec, który jest karą za pobyt w pokoiku, gdzie Niewolnicy Switcha śnią swoje elektroniczne marzenia? Bo przecież Otchłań nie ma podobno końca, a Czyściec kiedyś się kończy.

Wreszcie widzę drzwi, do których zdążałem. Kiedy idę korytarzem, aby ponownie się narodzić, puls szalonego baru jeszcze wibruje we mnie, choć chemiczno-dźwiękowe fale gasną z każdym ułamkiem sekundy. Gdy wspinam się po betonowych, odrapanych schodach, mam uczucie, że wznoszę się ku rozwierającemu się przede mną jasnemu kwadratowi Nieba.

Drzwi otwierają się z ostrym syknięciem. Przechodzę z jednego świata do drugiego, jak rodzące się dziecko. Albo może jak umierający człowiek?

Moje upragnione Niebo wita mnie kwaśnym i stęchłym zapachem Podmiasta. Powietrze jest zadymione i przesycone tłustymi wyziewami, ale po wyjściu z podłych podziemi switchowego piekła, wydaje się orzeźwiające i czyste.

Nade mną wznoszą się kanciaste, surowe bloki mieszkalne i biurowce, groźne niczym skały wystającej z morskiej kipieli. Te niskie, które sięgają tylko do wysokości kilkudziesięciu metrów są brudne, pokryte pąklami modułów filtrujących i ociekają skroplonym, połyskliwym smrodem miasta. Śluz, nieczystości i wilgotne plechy grzybów wiecznie oblepiają kościec tego ludzkomechanicznego mrowiska. To Podmiasto, najniższy krąg piekła, rozświetlany feerią kolorowych neonów, bez końca obiecujących spełnienie nierealnych marzeń. Największe z nich to przedostanie się wyżej, do budynków zajmujących średni poziom.

Tam brud ścian jest dużo mniejszy, a w skalnej płaszczyźnie budynku zaczynają dominować okna. Tam leniwie pulsuje nudne życie klasy średniej. Gnieżdżą się tam urzędnicy niższego szczebla, handlarze oraz robotnicy, którym się powiodło. Wśród nich ze wstydem wegetują menedżerowie, którzy zawiedli. Strąceni z Nieba w otchłań rozpaczy wiją się w upiornym tańcu średniego życia, śniąc sny o utraconej pozycji. Ich wszystkich łączy jedno jedyne marzenie – wspiąć się wyżej. Choćby po trupach, których stosy zapełniają pola biurokratycznej ewolucji.

Jeszcze wyżej jest piętro półbogów. Zamieszkują je demony najważniejszych korporacji. Pogrążeni w spiskach, strategiach i planach, budując kampanie przejęć i akwizycji. Tocząc nieustanną, handlową wojnę o serca i kredyty tych, którzy znaleźli swoje miejsce poniżej. To wojna pełna ofiar, które przeżute, wyciśnięte i wyplute lądują w niższych dzielnicach. Albo na śmietnikach – jeśli nie potrafią się pogodzić z porażką i wybierają szybką śmierć od tej rozpisanej na lata wegetacji.

I wreszcie, gdzieś ponad nimi, nieosiągalne, niedostępne rozciąga się terytorium Korporaju. Nieskazitelne królestwo Chromu i Szkła. Białe, czyste i doskonałe. Tam, nieliczni żyją w niewyobrażalnym luksusie. CEO życia, zwieńczenie korpopokarmowego łańcucha. Mają dostęp do największych rozkoszy, najlepszej technologii i najlepszej medycyny. Żyją wiecznie, zatopieni w ekstazie, a ich jedynym marzeniem jest trwanie. Więc Trwają – otuleni swoją doskonałością, spowici w ideał – jak zatopione w bursztynie owady. Ich jedynym przeciwnikiem jest Czas. Bo nawet ich ciała, poddane jego rygorowi starzeją się i obumierają.

Ale dla Korpobogów Chromu i Szkła nawet Czas – choć podstępny – nie stanowi ostatecznego końca. Bo ciało można wymienić, naprawić i uzupełnić. A części zamienne do ciał muszą być najwyższej jakości. Muszą być świeże, doskonałe i naturalne. Ekologiczne. Żadne tam produkty przemysłowej hodowli.

I właśnie do tego nasi niedostępni, doskonali bogowie potrzebują nas, Chromosomowych Dostawców. Producentów doskonałych genów, które od czasu do czasu, zupełnie przypadkowo, powstają w buzującej chaosem zupie Podmiasta. To zakrawa na upiorny paradoks – ci Czyści, bywalcy Nieba zatrzymali się w rozwoju tak bardzo, że zatracili ewolucyjną zdolność do rozwoju. Są jak wielkie białe larwy, żywiące się łapczywie biologiczną genozupą dostarczaną przez nic nieznaczące robotnice.

A może jest zupełnie inaczej? Może potrzebują naszych ciał i naszych genów do projektów i zamierzeń, których sens i logika są niepojmowalne dla nas? Pamiętam, jak w jakimś oldskulowym holo widziałem film o krowach. Takich prawdziwych, które kiedyś chodziły po Ziemi. Ciepłych i żyjących. Pamiętam, jak stały posłusznie w wielkim pomieszczeniu, żując jakąś papkę, podczas gdy ich nabrzmiałe wymiona produkowały mleko, chciwie wysysane przez jakąś starodawną maszynę. Mleko, z którego potem robiono maści i specyfiki na piękność. Czy te biedne, głupie zwierzaki, stojące we własnym gównie, miały szansę cokolwiek z tego rozumieć?

Może więc my, mieszkańcy Podmiasta, jesteśmy takimi krowami, a nasza dekadencka swoboda, nasze życie i problemy są tylko ułudą? Może wszyscy żyjemy w czymś, co jest tylko ciasną cyberoborą, a której sensu i przeznaczenia nie jesteśmy w stanie ogarnąć? Ale mimo tej ułudy – nadal jednak żyjemy, a to życie ma sens. Choćby taki, którym jest spełnienie zachcianek jakichś niewidzialnych CEO-bogów.

Tak działa ten system. Wielki organizm Miasta, gdzie setki metrów poniżej Korporaju, pijana własnym, chaotycznym szczęściem Ewolucja wiecznie testuje nowe rozwiązania. Te nieudane giną w zupie nicości, stając się pożywką dla innych. Te dobre – są używane dla dobra Niebian.

Ja wylosowałem los na loterii życia. Przy całej swojej upadlającej fizjologii jestem dostarczycielem dobrych genów. Chichot stochastycznej biologii, prawda? Jestem długowieczny. Jestem odporny. Jestem trwały.

Skończyłbym dawno jako dawca organów, gdyby nie jeden fakt.  Moje jądra produkują doskonałej jakości spermę. Więc po prostu jestem Buhajem. Po co robić ze mnie dawcę narządów, skoro mogę bez przerwy produkować Linię tak czystą, że o jej elementy biją się najlepsze kliniki Korporaju?

Jest jeden warunek. Linia nie może zostać skażona. Więc jedyne dzieci, które mogę mieć – mogę mieć z własną rodziną. Najbliższą. A muszę mieć ich dużo. Żeby starczyło dla uzasadnienia mojego istnienia. I na opłaty. I na ochronę przed obcymi agencjami. I przed zazdrośnikami, którzy chcieliby przejąć moją spermę.

Wydatków jest wiele. Ale najdroższą cenę ma moja ułuda wolności. Bo ja nie chcę skończyć jako bezmózga fabryka spermy podłączona do maszyny. Więc wynegocjowałem to, co chciałem. Ja zostaję w Podmieście, wolny i niezależny. Im oddaję haracz w postaci dzieci.

Idę powoli ulicą, wdychając kwaśny odór nazywany powietrzem. Wiem, że jest obrzydliwy, jak miejsce, które go wydziela. Które nim żyje. A mimo to, kocham to miasto. Kocham jego paskudną, obleśną rzeczywistość. Nawet ten oleisty mglisty opar, który wisi tu przez całą wieczność. Jest prawdziwy. Jest namacalny. Jest Switchem w Realu. Tu każda decyzja ma swoją realną konsekwencję. I nie ma możliwości powtórnego zagrania w tę samą grę.

Śmierć i zgnilizna są krwioobiegiem Miasta. Żeby żyć, musisz pozostawać w ciągłym rezonansie z jego rytmem. Codziennie odnawiać cyrograf zobowiązujący cię do grania zgodnie z regułami, nawet jeśli wydają się one odpychające. Jeśli choć raz przestaniesz się starać – nie ujrzysz następnego świtu, a twoje organy zasilą zbiorniki jednej z tysięcy na pół legalnych klinik. Jeśli przyspieszysz zanadto, zwrócisz uwagę kogoś, kto uzna cię za zagrożenie. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, wysłannicy śmierci pojawią się cicho u twoich drzwi, niczym leukocyty, otaczające zbyt szybko rozwijającą się komórkę rakową. Miasto zetrze cię na pył, a potem pożywi się twoim urodzajnym białkiem. Dlatego, aby trwać, trzeba Miasto rozumieć i akceptować jego zasady.

Miasto… pogrążony w wiecznym półmroku, zatopiony w cyberśnie, upiorny organizm. Krzyżówka występnego Babilonu, starego Nowego Jorku i przedwojennego Tokio. Siedlisko gangów, handlarzy, poetów i narkomanów. Wiecznie żywa i wiecznie umierająca pulpa. Biotechnologiczny poligon koszmarnej pseudoewolucji, gdzie moralność jest nikomu niepotrzebnym zbytkiem, jak zęby mądrości.

Mógłbym skorzystać z autocaba, albo przejechać się metrem, ale wolę iść piechotą. Powoli przemierzać ulice, obserwując i podglądając. Mijam najróżniejszych mieszkańców, przyglądam się im i kataloguję. Jak entomolog, pochylający się nad każdym znalezionym w trawie insektem.

Wysoki, szczupły mężczyzna wychodzi właśnie z przedstawicielstwa Gingkobanku. Zwraca moją uwagę, bo nie pasuje do tej dzielnicy. Elegancka twarz na pewno wyszła spod technoskalpela dobrych chirurgów. Ma jakiś własny, unikalny rys – nie to, co nijakie, powtarzalne jak wielkoseryjna produkcja poprawki rodem z tanich klinik. Ma na sobie staromodny, skórzany płaszcz z wysoko podniesionym kołnierzem. Kim jest ten człowiek i co robi w tej zakazanej dzielnicy? A może to po prostu cyngiel jednej z korporacji, zimny morderca, który ludzkie życia przelicza na drobne? Anioł korpośmierci, załatwiajacy jedną ze swoich spraw?

A ten Kowboj Sieci, który pochłania w bramie hotdoga? Tłuszcz kapie mu z ust, gdy łapczywie wgryza się w pulchną bułkę. Nie zwraca na to uwagi, jakby chciał jak najszybciej zakończyć ten rytuał pochłaniania organicznego paliwa. Nie znam go, ale prawie fizycznie odczuwam jego potrzebę, żeby oderwać się od rzeczywistości i wpiąć się do Sieci. Cóż to musi być uczucie: pozbyć się ograniczeń ciała i przestrzeni, zawisnąć na chwilę w wielowymiarowej Przestrzeni, zamienić się w strumień danych – czysty i doskonały.

A o czym myśli ten wyglądający jak menel samozwańczy prorok? Stoi w strumieniu obojętnych, mijających go postaci, trzymając w spracowanych i brudnych dłoniach tabliczkę z koślawo wpisanym hasłem “KONIEC ŚWIATA NADCHODZI”. Jest w tym niemym geście, sam nie wiem: protestu czy ostrzeżenia, jednocześnie szalony i samotny, wzniosły i żałosny, heroiczny i godny litości. Przez chwilę mam ochotę podejść do niego, wyrwać mu to idiotyczne hasło i wykrzyczeć prosto w twarz, że jest zbzikowanym, starym głupcem. Bo koniec świata już dawno nastąpił, a ludzie go po prostu przeoczyli. Ale ja też w końcu odwracam wzrok i mijam go obojętnie, pozostawiając sam na sam z jego własnym szaleństwem.

I wtedy znowu dopada mnie biologia. Zwykły, prymitywny głód. Nic zresztą w tym dziwnego. Po sesji Switcha zawsze jestem głodny. Wielokrotnie wywrócony na nice żołądek domaga się pokarmu. Wypełnienia gryzącej pustki czymkolwiek, co można strawić – nawet jeśli miałaby być to syntetyczna breja. Zatrzymuję się więc przy pierwszym lepszym ulicznym straganie yakitori.

Nienawidzę głodu. Głód jest czystą fizjologią. Jest mięsem. Gorzej nawet: jest po prostu niezaspokajalnymi potrzebami mięsa, którym jestem. Które pragnie i wymaga codziennej porcji swojej białkowo-tłuszczowej zupy – tylko po to, aby nadal być mięsem. Nawet seks jest bardziej wzniosły, bo od seksu można się powstrzymywać. Jeść trzeba.

Sprzedawczyni, stara, gruba Chinka, pomarszczona jak genetycznie modyfikowana mandarynka, natarczywie zachwala swój towar. Najchętniej trzasnąłbym ją w te paskudne, krzywe usta, które nie zamykają się ani na chwilę. Ale głód jest silniejszy, więc kiwam uprzejmie głową i pochylam się nad straganem.

Chwilę waham się, przebierając pomiędzy czymś, co od biedy przypomina kulki tsukune, ale w końcu decyduję się na jakąś zawiesistą, klejącą się zupę, w której pływają gorące kawałki czegoś nieokreślonego. Czując pogardę do siebie samego, wkładam pokarm do ust. Moje kubki smakowe sondują rozgryzione kęsy i ku zdziwieniu odkrywają, że to, co jem, jest dobre. Znowu zalewa mnie fala wzbierającego do siebie samego obrzydzenia. Jak łatwo oszukać mózg. Tej szarej brei wystarczy odrobina chemicznych stymulantów, sztucznie wykreowana iluzja, żebym JA poczuł przyjemność. I pragnął więcej. Ośrodek rozkoszy czuje się usatysfakcjonowany i pompuje mnie dopaminami wyrzygiwanymi z układu limbicznego. Wystarczyła serwowana w Podmieście za psie kredyty ułuda smaku – prawdziwa jak ułuda miłości dawana przez nastoletnią dziwkę.

Łykam gorący pokarm, siorbiąc głośno. Chinka coś do mnie mówi, ale ignoruję ją. Niezrażona, znowu usiłuje mnie przekonać do kolejnych zakupów, więc ostentacyjne obracam się do niej plecami, udając, że zainteresowały mnie znajdujące się na sąsiednim stole zmutowane neomodliszki. Właściciel straganu chrypiącym głosem namawia do obstawiania wyniku najbliższej walki. W końcu wyjmuje dwa owady z bambusowych klateczek i ustawia je naprzeciw siebie. Podnieceni widzowie wykrzykują zachęty i zachęcają swoich zawodników.

Obie miniaturowe istotki rzucają się na siebie, pełne pasji i agresji. Kieruje nimi czysta żądza mordu. Mija zaledwie kilka sekund i większy owad zamyka morderczy chwyt przednich odnóży na swoim rywalu. Ten jeszcze przez chwilę próbuje się wyrwać, rozpaczliwie miota się w uścisku, ale nie ma najmniejszych szans. Zwycięzca prawie natychmiast odgryza mu głowę. Ciało pokonanego jeszcze drga, jeszcze jego członki rozpaczliwie, na oślep próbują się poruszać, aż wreszcie wszelki ruch zamiera. Życie się zakończyło. Większa modliszka wędruje do klatki, a pieniądze zmieniają właścicieli. Kibice głośno komentują przebieg walki. Ktoś wykłóca się o źle wyliczoną stawkę, ktoś przeklina, ktoś drwi z przegranych. Zastanawiam się, czy rzucą się sobie do gardeł, zupełnie jak przed chwilą czyniły to insekty.

Jeden z obstawiających postawił  naprawdę duże pieniądze. Przyglądam mu się z pogardą. Ile może mieć lat? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Ma nalaną, spoconą i okrągłą twarz, w której świecą się podnieceniem małe, świńskie oczka. Wymięty garnitur i przepocona koszula znamionują ludzkiego śmiecia, który próbuje się unosić na falach Podmiasta.

Obleśny typ głośno chwali się wygraną. Zwinięta paczka neoyenów, którą pokazuje z dumą, jest naprawdę pokaźna. Wielki, piwny brzuch trzęsie się w radosnym rechocie, a tłum rzuca przymilne komentarze. Szczęśliwy zwycięzca rozgląda się wokoło, aż jego oczy padają na młodą prostytutkę. Daje jej znak, a ona natychmiast reaguje. Feromony męskości, feromony pieniędzy i feromony zwycięstwa znajdują błyskawicznie drogę do jej receptorów.

Dziewczyna zbliża się do mężczyzny i stając na palcach, całuje go w usta. Po chwili odchodzą kilka kroków od straganu – po prostu pod mur budynku, a ona natychmiast pada przed nim na kolana. Nie zwracając uwagi na otaczających ludzi, sięga ku jego rozporkowi i wyjmuje jego na wpół wzwiedzione przyrodzenie, które momentalnie rośnie pod jej sprawnymi palcami. Szybko zresztą niknie w jej ustach. Mężczyzna opiera się o ścianę i wydaje z siebie przeciągły, zadowolony jęk.

Dziewczyna obciąga mu rytmicznie, miarowo i profesjonalnie, zupełnie nie przejmując się tłumem gapiów. Jej drobniutkie palce ledwo obejmują jego narząd. Drugą ręką pieści jego włochate jądra. Kilku przechodniów zatrzymuje się, ciesząc się z darmowego pokazu. Głośnymi okrzykami zachęcają oboje do większych wysiłków.

Mężczyzna, jakby dodatkowo pobudzony przez kibiców, nagle ożywia się. Grubymi palcami przytrzymuje głowę dziewczyny i zaczyna energiczniej ruszać wielkimi, tłustymi biodrami. Nastolatka dławi się i zaczyna wyrywać, ale faceta wydaje się to tylko podniecać. Chwyta ją mocniej i praktycznie gwałci w usta. Wystarcza kilka pchnięć i dochodzi w niej z głośnym, chrapliwym okrzykiem. Przechodnie klaszczą głośno i wulgarnie komentują. Zadowolony z siebie facet wydaje ostatnie, zadowolone stęknięcie i odpycha krztuszącą się nastolatkę na bruk. Łaskawym ruchem wyjmuje  zwitek banknotów i ciska je prostytutce w twarz.

Patrzę na to w milczeniu, pełen odrazy, ale i – co uzmysławiam sobie ze zgrozą – podniecenia. Lustrzane neurony w mózgu pracują pełną parą. Tak, stanął mi na widok tej nastolatki wyruchanej w usta przez prymitywnego oblecha. Tak, prymitywna zwierzęcość tego aktu napełniła mnie fascynacją. Obserwuję to na zimno, niepewny, czy czuć do siebie pogardę, czy może raczej zanurzyć się w mrocznym pożądaniu. W końcu wybieram to drugie. Zresztą, mój własny mroczny obiekt żądzy już na mnie czeka. I wiem, że zaraz ja oddam się mojej namiętności. Równie chorej, perwersyjnej i godnej litości co ta, której świadkiem właśnie byłem.

Przełykam w pośpiechu resztki jedzenia i ruszam w drogę. Towarzyszy mi wspomnienie twarzy nastoletniej dziewczyny, z której ust spływa ślina wymieszana ze spermą. Jej oczy były puste, nieobecne i zmęczone, jak my wszyscy.

Ruszam w drogę. Ulice mijają jak wspomnienia, a wystawy sklepów układają się w jeden, świetlisty ciąg. Tracę poczucie czasu i rzeczywistości. Ale wiem, że nie mogę odpuścić.

Paranoja jest zdrowa. Umożliwia przeżycie. Jest chybotliwą równowagą świadomości, cienką liną, po której osobowość stawia niepewne kroki nad rozwierającą się przepaścią życia. Po jednej stronie zieje przepaść usłana kośćmi tych, którzy ulegli złudnemu poczuciu bezpieczeństwa w Mieście. Ich organy pływają w otchłaniach czarnych klinik. Po drugiej stronie rozwiera się przestrzeń szaleństwa. Harcują tam psychotyczne potwory, rozdzierające na krwawiące strzępy ciągle żywe umysły. Metodycznie, każdego dnia.

Ja jeszcze kroczę pośrodku. Zachowuję równowagę. Idąc ulicą, uważnie rozglądam się, czy nie dostrzegę gdzieś jakiejś niedokładności schematu. Brakującego straganu. Nowej dziwki, której jeszcze wczoraj tu  nie było. Zamkniętego sklepu. Nieznanego włóczęgi.

Na szczęście wszystko wydaje się być na miejscu. Jak co dzień. Jak zawsze. Ale wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy jakaś nieznana nikomu kurewka popchnie mnie tuż pod przejeżdżający pojazd. Wtedy zgarną z ulicy moje pogruchotane ciało, wciągną do czarnej czeluści samochodu i uwiozą w dal. A tam, w obskurnym podziemiu, poszatkują moje DNA, wycisną moją drogocenną spermę, a mnie samego przerobią na biologiczny, bezwolny pasztet. Fizjologiczną, ludzką krowę – bezwolną i ogłupioną, zdolną jedynie do produkcji wartościowego spermomleka.

W najbardziej przerażających koszmarach widzę siebie, zawieszonego na jakichś stelażach, podłączonego do komputerów i medmaszyn, zjednoczonego z technomolochem. Patrzę na siebie, odżywianego przez obskurną tubę wtłoczoną mi do gardła, stymulowanego do wiecznej ejakulacji mieszaniną chemicznych podniet i elektrycznych impulsów dostarczanych mi analną sondą. Widzę swoje oczy – drgające mechanicznie, bezduszne i nieludzkie. I widzę spermę spływającą ze mnie do sztucznych macic, w których rosną moje własne dzieci. Jestem jak owadzia królowa, zdolna jedynie do ciągłej prokreacji, obsługiwana przez bezmózgie, bezwolne elektrorobotnice. Istnieję tylko po to, aby dawać życie, aby moimi dziećmi można było sycić bezkształtne larwy chromobogów zamieszkujących niedostępne korponieba.

Znam takich, którym by to nie przeszkadzało. Ale ja nie jestem jednym z nich. Ja chcę być wolny. Wolny i świadomy. Chcę pragnąć i tęsknić za Switchem. Za schludną nierealnością jego rzeczywistości. Za doskonałością. Chcę smakować Powroty. I gorzką świadomość, że jestem tylko workiem mięsa. Ale gdzieś tam, w otchłani Switchowych scenariuszy, mogę być kimkolwiek zechcę.

Nie tracąc nic ze swojej paranoicznej czujności, skręcam w ciasną uliczkę. Jedną z tych, których w tym mieście jest niezliczenie wiele. Moje legowisko. Moje miejsce pracy. Mój dom. Moje gniazdo.

Mieszkam w najpodlejszej dzielnicy. To świadomy wybór, pozwalający ukryć się w szlamie pokrywającym tę część miasta.

*

Drzwi prowadzące do mojego małego księstwa wyglądają jak dziesiątki podobnych w tym kwartale. Skrywają jednak całkiem wydajny system ochrony mojej prywatności. Zbliżam dłoń do skanera i spokojnie czekam, aż procesor obrazu przeliczy swoje skomplikowane modlitwy, by po chwili zadecydować, że jestem sobą.

Drzwi uchylają się z cichym szczękiem odsuwanych blokad. Pierwszy krok za mną. Wchodzę do korytarza, który wygląda jak zwykłe wnętrze podłego hotelu z końca XX wieku. Ukryte za odrapanymi ścianami kamery przeczesują obraz, aby wychwycić wszelkie zakłócenia. Czy wracam sam? Czy wracam o założonej porze? Czy jestem ubrany tak, jak wtedy, gdy wychodziłem? Czy nie układam palców w znak oznaczający, że działam pod przymusem. W końcu przede mną zawisa holograficzny, tandetny obraz cycatej recepcjonistki. Esencja pinupowego cyberkiczu.

– Dzień dobry. Czym mogę dziś służyć?

– Otwórz drzwi.

– Oczywiście. Czy pana dzień upłynął przyjemnie?

– Pierdol się, suko.

– Uwielbiam, gdy pan mnie tak nazywa. Robię się wtedy momentalnie mokra…

– Jaka, kurwa? Mokra? Jesteś tylko maszyną. Pierdolonym tosterem.

– Wiem proszę pana. Ale i tak chciałabym, żeby pan mnie zerżnął.

Dialog za każdym razem brzmi podobnie. Pieprzony analizator odpowiedzi zwrotnej. Głupia maszyna analizuje biometrycznie poziom satysfakcji z rozmowy i próbuje dostosować swoje odpowiedzi. Widać uznała, że najbardziej oczekuję nimfomańskiej, uległej kurwy. Na szczęście boczne, stalowe drzwi rozsuwają się bezgłośnie i mogę przejść dalej. Ostatnia zapora to pancerne drzwi z nanostali. Wymyślone jakieś dwadzieścia lat temu w korporacyjnych labach, praktycznie niespotykane w Podmieście. Ultratwarde, niepoddające się właściwie. Doskonałe wrota Sezamu.

Kolejny komputer pieści moją twarz laserową maską skanowania. Analizator oddechu sprawdza, czy nie jestem zdenerwowany lub przestraszony. Wszystko, by chronić moją cybertwierdzę. Mój raj. Jedyne miejsce w Prawdziwej Rzeczywistości, które kocham.

Cichy zgrzyt oznajmia rozsunięcie się ostatniej bramy. Przekraczam progi mojego domu, a drzwi zamykają się za mną, odcinając od wrogiego świata i jego beznadziei.

*

Mieszkanie jest niewielkie, urządzone w stylu końca XX wieku. Gdy wchodzę do środka, zawsze mam wrażenie, jakbym przeniósł się w czasie. To mój azyl, moje miejsce poza tym brudnym, upiornym zlepkiem korpoświata i marzenia piewców dystopii, który jest powszechną rzeczywistością. Moje Shangri-La.

Gdy pancerne drzwi zasuwają się za mną z cichym szelestem, zupełnie nie pasującym do ich ciężaru (Chromobogowie, dzięki wam za błogosławieństwo kredytów, za które można kupić wszystko, nawet najnowszą, korundową plastal!) opieram się o nie plecami i wzdycham ciężko.

To wszystko jest jak ciągłe życie w nieskończonym Czyśćcu, z niewielkimi tylko przerwami na wytchnienie, jakie daje Switch. Ale czy na pewno jest wytchnieniem? Przecież to tylko narkotyk, perfekcyjny w swojej zdolności do omamienia zmysłów. Ale nadal, choć jego iluzje są subiektywnie prawdziwe, to tylko pozór rzeczywistości.

Prawdziwa rzeczywistość to ponury świat za murami, ludzkie mrowisko w którym ślepe na wszystko, ogłupiałe robotnice przetwarzają indywidualne beznadzieje w multiegzystencję chorego organizmu, a niewidzialni Władcy Korpoświata gdzieś tam, hen, na wyżynach Miasta śnią swój opętany sen o boskości.

Moja prawdziwa rzeczywistość to mój dom i moja córka. Ukryci przed złem tego świata, otoczeni zaawansowanymi systemami obronnymi, pajęczą siecią mylących tropy botów, żyjemy tu z dnia na dzień, niczym w bezpiecznym kokonie.

I będziemy tak żyć, dopóki starczy mi sił i kredytów do walki o normalne życie w nienormalnym świecie.

Alice chyba śpi. Poleceniem wydanym w myśli otwieram wewnętrzną śluzę i wchodzę ostrożnie do jej pokoju. Wygląda jak sypialnia nastolatki ze starego filmu. Są nawet plakaty dawno zapomnianych gwiazd i wielki, słodki miś siedzący w kącie. Miś jest jasnobrązowy, miękki i puszysty. Taki, jakie uwielbiają dziewczynki. Można się z nim bawić w dom, przytulać i szeptać do ucha najskrytsze tajemnice.

Ostrożnie siadam na brzegu łóżka, zasłuchany w spokojny rytm oddechu mojej córki. Milczę, delektując się tą chwilą. Ona i ja. Bezpieczni. Skryci przed ciekawskim i złym światem w naszym małym, bezpiecznym domu. Domu bez okien. Domu z grubymi ścianami i z drogimi systemami alarmowymi. Naszym domu. Naszym schronieniu.

Patrzę z czułością na moją dziewczynkę. Wreszcie, nie mogąc opanować wzruszenia wyciągam rękę, aby nasycić się krągłościami skrytymi pod pościelą. Wsuwam się pod kołdrę, powoli, ostrożnie, niczym wąż wkradający się do gniazda. Czuję ciepło. Czuję dotyk skóry. Czuję ruch pod swoimi palcami. Przebudzenie świadomości.

– Już jesteś? Wcześnie dziś wróciłeś… – głos Alice jest zaspany i rozleniwiony. Jak mruczenie zagrzebanego w pościeli uroczego kotka.

– Spieszyłem się. Chciałem popatrzeć, jak się budzisz.

– Jesteś słodki, tato. Która to jest godzina? Zrobić obiad? Śniadanie? Jesteś głodny?

– Nie trzeba, jadłem na mieście.

– To może zrobię kawy.

– Zrób.

Nachylam się nad nią i całuję ją w usta. Są pełne, ciepłe i miękkie. I ten zapach… znajomy, od tylu lat budzący we mnie tyle uczuć. Pragnienie zapewnienia jej bezpieczeństwa. Pragnienie sprawienia jej rozkoszy. Uczynienia szczęśliwą. Czuję, że krew natychmiast mi się burzy. Nie potrafię… nie chcę się powstrzymać. Sięgam głębiej pod kołdrę i znowu dotykam jej ciała. Alice rozkosznie przegina się pod moją dłonią. Jej oczy błyszczą budzącym się pożądaniem. Jesteśmy tacy sami. W tym beznadziejnym, opętanym świecie mamy siebie, mamy swoją miłość i swój seks. Sięgam niżej, ku jej szczupłym nogom. Przygryza wargi. Słodko. Lubieżnie. Dziewczęco. Patrzymy sobie w oczy. Ojciec i córka. Dojrzały Mężczyzna i budząca się Kobieta. Samiec i samica. Jin i Jang. Perfekcyjne złączenie jaźni, ciał, oczekiwań i genotypów. Napięcie między nami wzbiera, jak rosnąca fala. Czuję, jak mój członek gwałtownie sztywnieje. I wiem, że ona w środku robi się właśnie wilgotna.

Nachylam się nad nią…

– Poczekaj, tato – prosi. Oboje wiemy, że mamy czas. Na wszystko. – Zrobię kawę i wezmę prysznic…

Ulegam niechętnie, ale z drugiej strony nie ma przecież pośpiechu. Kiedy Alice wstaje, bezwstydnie naga, rozgrzana i dziewczęca, w nozdrza uderza mnie jej zapach. Ciepły, bezpieczny zapach ciała mojej córki.

Podążam za nią wzrokiem, gdy idzie do łazienki. Jej biodra, młode, ponętne, choć nieco już zaokrąglone, kołyszą się kusząco przy każdym jej kroku. Jest taka piękna. Czysta. Doskonała. Nieskalana.

Wie, że na nią patrzę. Wie, że najchętniej chwyciłbym ją wpół, wrzucił do łóżka i przeleciał. Przeleciał dokładnie, niespiesznie, z bezwzględną pewnością. Patrząc jej prosto w oczy, które mają dokładnie ten sam odcień jak moje. Czując pod sobą każdy ruch jej ciała, które znam tak doskonale. Wypełniając ją na koniec życiodajnym nasieniem, z którego sama powstała. Alice wie to doskonale i chyba właśnie dlatego obraca się do mnie i pokazuje mi język, a potem z cichym, srebrzystym śmiechem niknie w łazience. Po chwili rozlega się jednostajny szum płynącej wody. Przymykam oczy i myślę o niej. Chyba już czas, żeby dać jej możliwość rodzenia. Dać jej poczuć, co to znaczy być dawczynią życia.

Kiedy Alice wychodzi z łazienki, ma na sobie luźny t-shirt i białe, niewinne majteczki z wyszytą Myszką Miki. Idziemy razem do kuchni. Żadne z nas nie wypowiada ani słowa. Po co nam słowa? Jesteśmy jednością. Znamy się i rozumiemy. Jakbyśmy byli na stałe połączeni dwukierunkowym SoulShareTM.

Kiedy Alice parzy kawę, staję tuż za nią, aby cieszyć się jej bliskością. Jej niewinnym, delikatnym zapachem. Wilgocią jej włosów. Niewinnością. I wyuzdaniem.

Alice lubi, gdy – niby przypadkiem – dotykam jej pośladków. Mówi, że to wywołuje w niej motylki. Ciekawe, skąd zna to określenie. Zabawne, przecież motyle zniknęły z tego świata przed dziesiątkami lat. A przecież do dziś pozostają symbolem delikatności i ulotności. Czy można wiedzieć jak działają motylki, których nigdy się nie widziało?

Czy my też jesteśmy motylami? Może my też już nie istniejemy, choć wcale o tym nie wiemy?

Siedzimy, pogrążeni w myślach, powoli pijąc aromatyczną kawę, doprawioną odpowiednią porcją stymulantów, haptoleptyków i całego tego chemicznego świństwa, które uczyniono wystarczająco bezsmakowym, aby można było cieszyć się napojem. I wystarczająco silnym, aby zaprogramować nasze reakcje, pobudzić organizm do odpowiednich aktywności. I aby dać nam z nich pieprzoną satysfakcję.

– Chcesz mnie znowu zapłodnić, tato? – głos Alice wyrywa mnie z błogostanu.

– Tak – odpowiadam prosto i zwyczajnie, jakby chodziło o to, czy podoba mi się kolor jej paznokci.

– Ostatni raz był niedawno. Myślisz, że to w niczym nie przeszkadza?

– No cóż, lepiej byłoby odczekać. Ale musimy się trochę odkuć finansowo. Trzeba znowu wyrobić nowe papiery. No, i wyczyścić rejestry.

– Ty rządzisz. Ale pamiętasz, co mi obiecałeś?

– Kochanie, pamiętam. Oczywiście, że pamiętam. Następna ciąża będzie tylko nasza. Doprowadzimy ją do samego końca. Do urodzin. I będziesz mogła mieć w domu dzidziusia. Musimy tylko być bezpieczni. A na to potrzebne są pieniądze.

– Zawsze tak mówisz. A potem wszystko idzie na Switcha.

Milczę. Ona też. Oboje znamy prawdę. Mimo młodego wieku, moja córka jest zadziwiająco dorosła. Chyba ma to po mnie.

– Przepraszam, nie chciałam sprawić ci przykrości – Alice spuszcza wzrok.

– Wiem. Nic się nie stało. Zobaczysz, wszystko się zmieni, jak już będziemy mieli dziecko.

– A będziemy mieli? Nasze, własne? Obiecujesz?

– Obiecuję.

– Jesteś kochany, tato. Wiesz? – rozpromienia się nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – A może chciałbyś je zacząć robić już teraz?

Jej szelmowski uśmiech działa na mnie jak najlepszy stymulant. Alice w jednej chwili potrafi przeistoczyć się z rozsądnej dziewczyny w słodką, głupiutką lolitkę. A ja kupuję to i włączam się w tę grę. Bo oboje ją lubimy.

Alice wstaje i mruga do mnie.

– Idę się schować pod kołdrę. I poczekać, aż tatuś przyjdzie dać mi buziaka na sen. Takiego specjalnego.

– Leć. Wezmę prysznic i przyjdę – uśmiecham się szeroko.

Nie spieszę się. Nie ma po co. Uwielbiam stać pod strumieniami uderzającej w ciało gorącej wody. Krew żywiej krąży pod skórą, serce uderza mocniej, a umysł pracuje jaśniej. Po chwili cały jestem czysty i przygotowany na to, co ma nastąpić.

Idę korytarzem, zupełnie nagi, z wzwiedzionym w oczekiwaniu penisem. Jest jak zwierzę, jak dzika bestia, która złapała woń ofiary. Ja także jestem drapieżnikiem. Samcem alfa. Gotowym do kopulacji. Do przekazania swoich genów.

Kiedy wracam do sypialni, Alice leży pod kołdrą, obrócona do mnie tyłem. Nie reaguje na moje wejście. Udaje, że śpi. Siadam na łóżku tuż obok niej. Chwilę delektuję się momentem naszej intymności i ciszą naszego bezpiecznego miejsca. A potem delikatnie wsuwam dłoń pod kołdrę. Mój ruch jest powolny, ale pewny. Ręka przesuwa się niczym polujący w ciemności wąż.

Muskam ciepłą skórę mojej córki. Badam palcami miękkość ciała. Zmysłową, fascynującą krągłość młodzieńczych ud. Krągłość pośladków. Raduję się tym, co zaraz nastąpi. Posiądę ją, jak swoją wyłączną własność. Krew z krwi. Ciało z ciała.

Żądza, zrodzona z żądzy.

Grzech, poczęty w grzechu.

Rozkosz, szukająca rozkoszy.

Wsuwam się pod kołdrę tuż obok Alice. Ona, nieskończenie powolnym, ociężałym ruchem, obraca się ku mnie. Jej oczy błyszczą pożądaniem, gdy dłoń sięga ku mojemu wyprężonemu członkowi.

– Ale jest wielki… chyba stęskniłeś się za mną, tato? – słyszę jej szept.

– Zawsze za tobą tęsknię – mruczę.

– Nie lubię, kiedy wychodzisz z domu.

– Wiem. Ale zawsze wracam.

– Muszę się z nim więc przywitać – mruczy moja oddana córeczka i gramoli się coraz niżej, pod kołdrę, tam gdzie czeka na nią mój sztywny kutas. Po chwili czuję jej usta otwierające się nad nabrzmiałą główką. Pochłania mnie całego, zamykając w wilgotnym wnętrzu. Pracuje zapamiętale, miarowymi, szybkimi ruchami, które znam tak dobrze. Obsceniczne mlaskanie jest muzyką dla moich uszu.

– Daj mi ją – mruczę. – Chcę ją czuć.

Alice, nie wypuszczając mnie z ust, posłusznie zmienia pozycję. Zgrabnie przerzuca nogę nad moją głową i układa swoją dziewczęcą cipkę dokładnie na moich wargach. Czuję jej zapach. Mroczny, zniewalający intymny aromat własnej córki. Słodką woń, która doprowadza mnie do szaleństwa. W dodatku wiem, że Alice jest dziś płodna.

Mój język zatacza koła wokół wzwiedzionej łechtaczki. Czuję każdy dreszcz rozkoszy przenikający ciało dziewczyny. Wysuwając biodra do przodu, łasi się łonem do mojej twarzy. Pozwalam, aby obfite soki spływały mi do ust. Moje męskie ego rośnie pod wpływem namiętnych jęków mojej córki. Przez chwilę dzielimy się obopólną rozkoszą, jednocześnie dając i przyjmując komunię pożądania.

Nie chcę jednak tego przedłużać w nieskończoność. Chcę tego, po co przyszedłem. Chcę spełnić się jako samiec.

– Chodź – rzucam krótki rozkaz.

Alice błyskawicznie odrzuca kołdrę i zmienia pozycję. Jednym ruchem chwyta mój wyprężony, śliski od jej śliny członek i wpycha go sobie głęboko do cipki. Dosiada mnie i opiera dłonie o moją pierś.

– Kto jest twoją grzeczną córeczką? – jęczy gardłowo.

– Alice. Moja Alice – dyszę.

– Kto jest zawsze chętny do pieprzenia się? – pyta gorączkowo, nie przestając mnie ujeżdżać.

– Alice… Ty…

– Kto jest płodną suką, która chce być w ciąży?

– Ty…!

Alice przyśpiesza, dziko pracując biodrami. Oboje czujemy, że to już. Że sperma wypełniająca moje jądra nie może już dłużej czekać. Że muszę wybuchnąć, wypełnić gorące wnętrze, że muszę zalać je swoim nasieniem. Tak! Chcę tego! Oboje chcemy. Właśnie tego – żebym zasiał w niej życie.

I wreszcie orgazm nadchodzi. Wyprężam się jak struna, a z moich ust wyrywa się przeciągły jęk. Fala uniesienia wzbiera we mnie i eksploduje życiodajnym płynem w łonie mojej córki. Gdzieś w jej wnętrzu rozpoczyna się szaleńczy wyścig do małej, bezbronnej komórki jajowej.

Koło się dopełnia. Kolejny cykl. Ojciec i córka. Ciało z ciała. Życie z życia.

Alice przez chwilę jeszcze trwa w naszej wspólnej chwili rozkoszy. Potem z westchnieniem rozluźnia się. Uspokojona, osuwa się na mnie, szczęśliwa i spełniona. Przez chwilę leży na mnie, pozwalając, aby członek jeszcze przez chwilę zakosztował słodkiej wilgotności jej wnętrza. Gdy wysuwa się z niej, dziewczyna z wdziękiem kładzie się obok mnie.

– A może już teraz zachowamy tę ciążę dla nas? – pyta przekornie przechylając głowę.

– Chcesz wykorzystać moją słabość w tej chwili? – mruczę. – Mówiłem przecież, musimy mieć pieniądze.

– Wiem, tato… – jej westchnienie maskuje rozczarowanie. – Ale po prostu chciałabym już mieć brzuszek tylko dla ciebie. Mówiłeś zawsze, że chcesz zobaczyć jak karmię… że chcesz kochać się ze mną, gdy będę dawała mleko naszemu dziecku…

– Dobrze. Obiecuję, że następnym razem tak się stanie.

Sięga po koszulkę, zakłada ją na siebie, po czym wpycha pod materiał jedną z poduszek. Wygląda słodko, ponętnie i kusząco. Szelma, doskonale wie o tym! Kładzie się obok mnie, na wznak, splatając ręce na wypchanym, ciążowym wzgórku. Przymyka oczy. Marzy.

Nie odzywam się, pozwalając, aby zatopiła się w swojej fantazji.

– Pomyślmy – dumam. – Alice jest płodna. Jeśli uwzględnić stymulatory rozwoju, to oznacza,  że do pierwszego trymestru dojdziemy w ciągu trzech tygodni. No, niechby nawet miesiąca. Najwięcej dostałbym oczywiście za dziecko już urodzone, ale to oznaczałoby utratę pięciu miesięcy. Pewnych procesów nie są w stanie przyspieszyć nawet chemikalia. Za pierwszy trymestr dostanę połowę ceny. To akceptowalne. Jeśli potem dać Alice jakieś trzy miesiące przerwy…

Rozmyślania przerywa mi pocałunek Alice.

– Chcę mieć z tobą dziecko, tato – szepcze. – Nie chcę już czekać. Chcę urodzić.

– Dobrze, kochanie – mruczę. – Zrobimy je.

– Kocham cię.

– Wiem.

Obraca się do mnie plecami i nakrywa nas kołdrą. Wtulona na łyżeczkę wydaje mi się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej niewinna niż zwykle. I tylko sperma wyciekająca z jej cipki pokazuje, że pozory mogą mylić. Alice przytula się do mnie nagą pupą i kładzie moją rękę na swoim wydętym brzuchu. Nawet jeśli jest to tylko poduszka włożona pod podkoszulkę to i tak jest to cudownie słodki gest.

Zamykam oczy. Postcoitalna senność dopada mnie prawie natychmiast. Zatopiłem się w niej, pozwalając aby błogosławiona ciemność przytuliła moją znękaną świadomość.

*

Kiedy otwieram oczy, Alice nie ma już przy mnie. Za to z kuchni dochodzą mnie dźwięki jakiegoś zapomnianego przeboju z lat pięćdziesiątych i smakowity zapach przyrządzanego posiłku.

Przeciągam się i głośno ziewam.

– Przepraszam, jeśli cię obudziłam. Zrobiłam się strasznie głodna. Pewnie przez te hormony. Zamówiłam dziś rano pizzę, teraz odgrzewam. Dodałam tych synthsmaków, jakie lubisz. Zjesz ze mną?

– Tak, chętnie. Ale powinniśmy ograniczyć zamawianie żarcia. Tyle razy ci mówiłem, że nie chcę, żebyśmy zostawiali niepotrzebne ślady.

– Tato, wyluzuj. Jesteś paranoikiem – Alice pojawia się z dwoma talerzami z gotową potrawą. – Zawsze używam tych kont, które są bezpieczne. A dostawca zostawia pakunek przed drzwiami. Trzy razy się upewniam, że odszedł, zanim wystawię choćby rękę.

– Mimo to lepiej nie kusić losu.

– Przesadzasz. A jak będę w ciąży to będę miała zachcianki. Ostatnio po tych przyspieszaczach dla płodu miałam potworną huśtawkę. Przecież embrion na nich rośnie trzy razy szybciej, więc ja mam odpowiednio większe potrzeby. Także przygotuj się.

– Dobrze, już dobrze. Nie marudź – mówię by załagodzić. Sięgam po pizzę i ze smakiem wgryzam się w soczysty kawałek. – Skąd zamawiałaś?

– Jak zwykle, od tych filmowych Koreańczyków z Siódmego Dystryktu. Mają nowego dostawcę, fajny chłopak, chociaż tym razem zatrudnili murzyna. Chciałabym kiedyś zobaczyć czarnoskórego… Wiesz, nie na vidzie, tylko tak w realu…

Momentalnie przebiega mnie dreszcz niepokoju. Element, niepasujący do układanki. Fałszywa nuta w precyzyjnej symfonii codzienności.

– Jaki nowy dostawca?

– No, ten murzyn. Zostawił nam nawet ładnego gifta na przeprosiny, że spóźnił się z dostawą. Taką figurkę Oscara, postawiłam w pokoju. Nie widziałeś?

Serce uderza coraz mocniej. Jak mogłem to przeoczyć! Jednym skokiem dopadam do półki zawieszonej nad łóżkiem. Jest! Tandetna, pozłacana replika kultowej statuetki z XX w. Podnoszę i uważnie oglądam. Wydaje się być zwykłą, prostą reklamówką Oscar’s Pizza. Ale ja wiem, że nie jestem paranoikiem. Drżącymi z niecierpliwości palcami uruchamiam wbudowany w moje przedramię multisensoryczny szperacz i kieruję go w stronę figurki.

Jego czułe zmysły ostrożnie próbują zbadać, czym naprawdę jest. Efekt jest natychmiastowy i spektakularny. Gdy tylko statuetkę przenikają fale, zabawka nagle kurczy się, zaczynać drżeć a z jej środka dochodzi głośny dźwięk, jakby ktoś bawił się folią bąbelkową. Wiem, co to oznacza. Właśnie w tej chwili samozniszczeniu ulegają czułe procesory ukryte w środku. Ktoś zorientował się, że wiem, że jestem śledzony.

– Alice, natychmiast ubieraj się – rzucam spokojnie, choć trwoga rozpiera mnie jak magma gotująca się w wulkanie. – Wychodzimy.

– Tato, co się stało? – moja słodka dziewczynka patrzy na mnie zaniepokojona. – Czemu…

– Odkryli nas. W tej głupie figurce jest cała szpiegowska elektronika tego świata. Ale może uda nam się jeszcze zwiać…

Nagle nasz wielki, zgrabnie wbudowany w ścianę holoekran rozbłyskuje poświatą, rozjarza się i rozświetla. Twarz, która się pojawia należy do szczupłego, lekko łysiejącego, dojrzałego mężczyzny o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy. Obraz jest kontrastowy, mocny, a postać oświetlona bocznym światłem jest praktycznie jedynie plamą bieli wydobytą z głębokiej czerni. Jakbyśmy oglądali poster jakiegoś dwudziestowiecznego artysty noir.

– Dzień dobry. Widzę, że nadszedł czas, aby porozmawiać.

Zastygam w miejscu. Głos, który rozbrzmiewa jest ciepły, aksamitny i spokojny. Wręcz kojący. I bardzo naturalny. Nad takim głosem specjaliści od biofonetyki i chirurgii wokalnej pracują latami. Odwracam głowę i kieruję spojrzenie na ekran. Twarz niedostrzegalnie się uśmiecha.

– Panie Turner, nazywam się Virek. Josef Anzelm Virek. Proszę mnie łaskawie wysłuchać.

– Pierdol się – rzucam, bo już wiem, że przegrałem. Znam to nazwisko. Każdy je zna. Jego potęga i władza, świecą jak jedyny neon w mieście. Jak jeden, pieprzony diament na czarnej, aksamitnej tafli.

– Zupełnie niepotrzebnie się pan unosi – łagodność głosu jest pozorna, a ja wiem, że tuż pod nią czai się bezwzględność, twarda jak ceramicznostalowe ostrze fraktalne. – Naprawdę, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zamienimy kilka słów. Jak gentleman z gentlemanem. Oczywiście bez urazy w stosunku do pana ślicznej córki.

– Czego chcesz?

Virek wzdycha i lekko, prawie niedostrzegalnie potrząsa głową.

– Jest pan dokładnie taki, jak mi pana opisano. Podejrzliwy, arogancki i nieprzyjazny – w głosie słychać delikatną, subtelną przyganę. – Rozumiem jednak. Dobrze, będę starał się być konkretny. Chciałbym panu złożyć propozycję.

– Domyślam się jaką. I moja odpowiedź brzmi: nie. Nie dam się wam zamknąć. Nie sprzedam się. Nie zostanę waszym pierdolonym królikiem. Waszą chromosomową maszynką do produkcji organów.

– Panie Turner – głos znowu nabiera aksamitnej łagodności. – Proszę się dobrze zastanowić. Jest pan unikatem. Jest pan jednym z naprawdę nielicznych. Pana linia genetyczna jest wynikiem najczystszej, chaotycznej ewolucji. Esencją Matki Natury. wynikiem przypadku i doboru naturalnego – dokładnie tak, jak to sobie przyroda wymyśliła. Żadne tam inżynierskie zabawy DNA. Żadnej molekularnej układanki w zaciszach genolabów. Więc jest błogosławieństwem dla ludzi takich jak ja. Takich, których stać, aby odwdzięczyć się panu w dowolnie wymyślny i wyrafinowany sposób. Ludzi, którzy potrzebują pana.

– Virek, pan nie jest człowiekiem. Jesteś pan pieprzonym zlepkiem nanochirurgii, neuroinżynierii i chemobiologii. Jesteś jak pijawka na ciele tego miasta. Nie ma w tobie nic ludzkiego. Nic. O ile kiedykolwiek w tobie była jakaś część ludzka, to już jej dawno nie ma. Jesteś pierdolonym pasożytem. Ty i tobie podobni.

– Doprawdy, bardzo mi przykro, że pan tak uważa, panie Turner – w głosie Chromoboga słychać rozczarowanie. – Jakieś trzysta lat temu naprawdę byłem tym, co pan uznaje za człowieka. Miałem swoje pierwsze, jakże niedoskonałe, ciało i chodziłem tymi samymi ulicami, co pan.

– I jakżeś się przez te dekady wywinął śmierci, genowampirze? Żywiąc się proteinami tych, którym się nie poszczęściło? Budując się z DNA tych, których dopadłeś?

– Proszę mi nie robić wykładu z moralności, panie Turner. Jak każda żywa istota we wszechświecie próbuję tylko przetrwać. Bo to jest jedyny nakaz moralności. Przeżyć. W życiu uczyniłem wiele rzeczy, za które pewnie by mnie pan potępił. Ale nie zrobiłem niczego, za co bóg biomechaniki nie wpuściłby mnie do nieba. A pan, czy nie robi tego samego? Nie jest pan pozbawionym moralności pasożytem? Pan przecież kopuluje z własnymi dziećmi tylko po to, aby od czasu do czasu sprzedawać wysokiej jakości płody na czarnym rynku. Więc może nie dyskutujmy o etyce, tylko o możliwościach, które są przed nami.

– Tata mnie kocha! – wybucha nagle Alice. – Tata robi to, żeby nas chronić! Nas i naszą miłość!

Przez wyświetloną na ekranie twarz przewija się coś na kształt bladego uśmiechu.

– Doprawdy, moja mała istotko? Obawiam się, że możesz nie znać całej prawdy. Twój tata traktuje cię wyłącznie jako spełnienie swojego impulsu przeżycia. Nie jesteś zresztą pierwszą z jego ukochanych córeczek. Zanim się zestarzejesz, urodzisz mu kolejną, równie piękną kruszynkę. Nowe, genetyczne cudeńko. Krew z krwi i kość z kości. A sama skończysz w zbiorniku utylizacyjnym. Jak twoja matka. I babka. Czy twój ojciec nie mówił ci wczoraj, że chciałby mieć z tobą wreszcie dziecko, którego byście nikomu nie oddali? Które wychowalibyście, jak każda fajna, kochająca się rodzina?

– W ogóle cię nie słucham, ty… kłamco! – Alice zaciska pięści.

– Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, moja mała Alice. To dziecko zajęłoby kiedyś twoje miejsce. Wykarmiłabyś je, a potem twoja własna córka godnie by cię zastąpiła.

– Tato? Co on mówi?! Ten zły człowiek w holo… Ja nie chcę tego słuchać! Wyłączmy go…

– Niech pan posłucha, Turner. – Virek znowu zwraca się bezpośrednio do mnie. – Niech się pan da przekonać. Za chwilę przyjdą po pana moi ludzie. Zabierzemy pana w ustronne i bezpieczne miejsce. Już nigdy nie będzie się pan musiał bać. Koniec z oglądaniem się przez ramię. Koniec ze sprawdzaniem, czy nikt za panem nie idzie. Koniec z koniecznością posiadania podwójnie anonimizowanych kart.

– Doprawdy? Czym zasłużyłem na taką opiekę?

– Niczym. Wygrał pan los na loterii. Genetyczny los. Będzie pan po prostu robił to, co teraz, tyle że pod moją kontrolą. A… efekty będą błogosławieństwem i dla mnie, i dla pana. A także dla Alice, jeśli będzie pan tego oczekiwał…

– Odpowiedź brzmi: nie.

– Panie Turner, to nierozsądne. Przecież nic pan na takim rozwiązaniu nie traci. Nic.

– Nic. Poza jednym. Poza wolnością, panie Virek.

– Niech pan nie będzie głupcem, panie Turner. Przecież pan doskonale wie, że jeśli nie uczyni pan tego dobrowolnie, ja po prostu pana przestanę pytać. I uzyskam od pana to, czego pragnę, tyle że nie będzie pan miał z tego żadnej przyjemności. Po prostu zaśnie pan i zostanie złożony w jednej z moich klinik, jako podłączony do maszyny dawca nasienia.

– Czyli i tak będę pana hodowlanym knurem, tak? A jedyny mój wybór to decyzja, czy będę rozpłodowcem świadomym czy pozbawionym tej świadomości, tak?

Twarz na ekranie chwilę milczy, jakby jej właściciel zastanawiał się, czy lepszą taktyką będzie szczerość czy subtelne kłamstwa.

– Skoro pan tak stawia sprawę… Dobrze. Odpowiedź brzmi: tak. Na to wygląda, panie Turner. Przy czym, ośmielam się zauważyć, bycie knurem świadomym jest znacznie przyjemniejsze. Zapewniam pana, że jestem w stanie zamienić pana życie w absolutny raj. Będzie pan miał wszystko to, czego potrzebuje i pożąda. Czyż nie jest to hojna propozycja? A wszystko, czego oczekuję w zamian to owoce pańskich lędźwi.

– Jest pan skurwielem, Virek.

– Taki mamy świat. Proszę się więc zdecydować. W jakiej formie chce pan trafić do mnie?

Zamykam oczy.

– Jest jeszcze trzecie wyjście, Virek. I ma ono tę przewagę, że mi się najbardziej podoba. Nie dostaniesz mnie, skurwielu. Ani mnie, ani Alice.

Przez twarz na ekranie przebiega nerwowy grymas.

– Jest pan głupcem, Turner. I nie docenia pan moich możliwości.

Sięgam do szuflady i wyjmuję leżący tam miotacz. Plaststalowa rękojeść jest chłodna. Jak moje zamiary. Ale czyż nie jest prawdą, że wszystko ma swój koniec?

– Zamknij oczy, Alice.

– Tato…? Tatusiu, co ty chcesz zrobić…?

Zmęczonym ruchem podnoszę broń i celuję w głowę córki. Przed oczami widzę przez chwilę jej matkę. I matkę jej matki. Nitki laserowego krzyżyka rozpalają się na czole Alice czerwonym błyskiem.

– Przepraszam, Alice. Kocham cię. Zawsze będę.

Dla własnego dziecka byłem dawcą życia, teraz zamieniam się w tego, który je odbiera. Naciskam spust…

Nic się nie dzieje.

Na moim wewnętrznym wyświetlaczu, pod powiekami wyświetla się komunikat błędu. You are not authorised to use this gun. Device is now locked. Please contact your local police department to remove the ban.

– Mówiłem, że pan mnie nie docenia, Turner – słyszę głos Vireka. – Ja mam już pełną kontrolę nad wszystkimi urządzeniami w pana domu. Bo za moje pieniądze mogę kupić taki soft, że nawet gdybyś miał w domu Czarny Lód, to i tak przeniknę do środka. Nie mogę sobie pozwolić, żeby zrobił pan jakieś głupstwo. Opór jest daremny.

Alice stoi nieruchomo, a w jej oczach bezbrzeżne zdumienie i przerażenie splatają się w jeden, nierozerwalny węzeł. Jej świat właśnie się zawalił, ale ona jeszcze tego nie rozumie.

Moje myśli płyną jasno, wartkim strumieniem pozbawionym wirów. Jestem gotowy. Całe życie wiedziałem, że prędzej czy później ten moment nastąpi. Ale to ja mam w tej rozgrywce ostatnie słowo. Jednym skokiem opuszczam pokój i zamykam za sobą drzwi. Rygle są mechaniczne. Ich się nie da zhakować. Są niezawodne. Alice nadal nie reaguje. Stoi osłupiała, skamieniała, niczym żona Lota. W tej chwili dzieli nas tylko pancerna szyba oddzielająca nasz pokój od korytarza. Alice, kochana córko – wybacz. Wybacz, ale muszę uciekać. Mam tylko jedną szansę na tysiąc, ale muszę spróbować. A ty… a ty może odwrócisz ich uwagę. Kocham cię, córeczko…

Przez krótki moment mam nadzieję, że mi się uda. Ale w następnej chwili już wiem, że wszystko na próżno. Zresztą, można się tego było domyślić. Za pieniądze, którymi dysponuje Virek, można kupić najlepszych. Zawodowców, którzy nie zostawiają miejsca na błąd.

Jeden rzut oka na monitory pokazuje mi, że ekipy uderzeniowe stoją przy wszystkich wyjściach z mojego bunkra. Nawet przy tych, o których wiedziałem tylko ja. Stoją spokojnie, cierpliwie czekając, gdzie się pojawię. Mają szerokopasmowe neuroshocki, więc gdy tylko mnie zobaczą, zafundują mi bezpieczny, spokojny paraliż. Skurwysyny. A Virek nawet nie trudził się wyłączeniem mi moich cyfrowych oczu. On po prostu chciał, żebym zobaczył, że pułapka się zatrzasnęła. I że nie mam najmniejszych szans. Że słowo “wolność” dla mnie jest już tylko teoretycznym konstruktem, o którym mogę najwyżej poczytać w holonecie. Pierdolony Chromowy Demiurg.

Obracam się ku drzwiom wejściowym i z jakimś zdumiewającym, zrezygnowanym spokojem konstatuję, że wszystkie elektroniczne zabezpieczenia zostały zdezaktywowane. Ostała się jedynie staromodna, zasuwa z niezwykle odpornego metalu, ale i jej los jest przypieczętowany. Stojąca u moich drzwi ekipa wyposażona jest w termiczny nóż plazmowy. I właśnie z profesjonalną pewnością go używa.

Patrzę zafascynowany na wiśniowoczerwony, przesuwający się po ramie drzwi kształt. Krople stopionego metalu padają na betonową podłogę, głośno skwiercząc w locie. Ile to jeszcze potrwa? Minutę? Dwie? Za chwilę wszystko się skończy. Ale ostatnie słowo będzie należało do mnie. Może i cholerny Virek panuje nad elektroniką, ale to także przewidziałem.

Zresztą, to kiedyś musiało się stać. Nie jestem Władcą Chromu; nie należę do tych żyjących poza granicami śmierci i ludzkich praw elit. Nie będę żył wiecznie. Ale nie będę też żył w niewoli. Podchodzę do szafy i wyjmuję z niej staromodny pistolet. Stary, z XXI wieku. Relikt. Bez cyfrowych wspomagań, bez spersonalizowanej elektroniki, bez neurolinków. Powoli, z namaszczeniem sprawdzam, czy jest załadowany.

– Panie Virek, niech się pan pieprzy. Musi pan sobie poszukać innego buhaja do swojej pieprzonej obory.

– Panie Turner – słyszę zaniepokojenie w jego głosie. – Proszę tego nie robić. Pańska dramatyczna postawa nie robi na mnie wrażenia. To przecież niczego nie zmieni. Pan jest unikalny, ale nie jest jedynym naturalnym wzorcem genowym na świecie. A ja mogę czekać, aż znajdzie się następny dawca.

Pistolet jest załadowany. Odciągam kurek. Teraz wystarczy jedno, miękkie naciśnięcie spustu. Cudowne, mechaniczne narzędzie. I chemia. Stare, dobre spalanie wybuchowe. Coś, czego nie da się zhakować. Coś, co należy do Prawdziwej Rzeczywistości. Co stanowi o jej ważności.

Podchodzę do szyby oddzielającej mnie od Alice. Patrzę na rozszerzone w przerażeniu oczy mojej córki. Coś do mnie mówi, ale ja nie słyszę. Widzę tylko beznadziejną prośbę w ciszy. Pusty ruch warg. Oboje wiemy, co teraz nastąpi. Skurwysyny. Nie dostaniecie naszych ciał.

– Kocham Cię, córeczko – szepczę. I odkręcam zwykły, tradycyjny, metalowy kurek. Gaz, cichy i bezwonny, błyskawicznie zaczyna wypełniać pomieszczenie. W błękitnych oczach Alice pojawiają się łzy.

– Kocham Cię, tato – odczytuję z ruchu jej warg. – Zawsze będę.

Szkoda, że nie dane jest jej żyć! Choć z drugiej strony, komu jest to dane? Za minutę, gdy całe pomieszczenie wypełni się gazem, nastąpi detonacja. Ogień zaleje nas wszechprzenikającym oceanem incernitacji. Nie pozostanie nic wartościowego z naszych ciał. Żaden ślad, z którego można odczytać nasze DNA. Pierdol się, Virek. Gdzieś w tle słyszę jego rozpaczliwe nawoływania o rozsądek.

Pozostało czterdzieści sekund. Trzydzieści.

Miałem ciekawe życie. To nieprawda, że w takich chwilach całe przewija się przed oczami. Teraz, w tej pełnej napięcia chwili widzę zaledwie kilka scen, migoczących na krawędzi percepcji niczym okruchy Switcha. Scen, które warto by było przeżyć jeszcze raz.

Widziałem rzeczy, którym nie dalibyście wiary. Orgie tak pełne perwesji jak to tylko możliwe. Seksualne zboczenia wypełniające cały katalog Tannhausera… Miliony orgazmów zlewających się w jedność. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu.

Pora umierać.

Zaciągam się ostatnim oddechem. Mój mózg z doskonałą jasnością rejestruje każdy ułamek sekundy. Adrenalina szaleje w żyłach.

Patrzę w oczy córce. Dziesięć sekund do wybuchu. Pięć.

W tej samej chwili zamek puszcza. Drzwi, pchnięte olbrzymią siłą, rozwierają się z głośnym hukiem. Jak w zwolnionym filmie widzę wpadające sylwetki. Powietrze wypełnia się kwaśnym odorem paraliżującego neurogazu. Zbyt wolno. Wygrałem.

Ostatnia sekunda. Alice patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Żegnaj – szepczę. I naciskam spust.

Huku, który rozdziera przestrzeń, nie słyszę. Wyrzucony olbrzymią siłą pocisk jest zbyt szybki. Czaszka rozpada się w tysiące kawałków, a cały mój wszechświat roztrzaskuje się w miliony drobin. Z dawna wyczekiwana Śmierć – ostateczne uczucie zrozumienia, czym w istocie jest Rzeczywistość, zbliża się jak nadjeżdżający pociąg.

 

 

Click

Session termination code received. Connection lost. Switch offline.

Przelogowanie jest zawsze najgorsze.

 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zamiast prawienia kolejnych górnolotnych komplentów czy uskuteczniania rozbuchanych analiz, powiem krótko:
Jesteś wielki, Ravenhearcie! 😮

Wdzięczny Ci jestem Drogi Autorze, że w tym tekście już nie ma zbyt wiele scen seksu. Z dużą ciekawością zapoznałem się z bardziej refleksyjną częścią tekstu. Kolejnej dawki pornograficznych ekscesów mój mózg mógłby nie wytrzymać. Piszesz o świcie wirtualnym i ultranowoczesnym, ale trzeba być ślepym i głuchym, by nie odnajdywać analogii z naszym światem.

Co mi się w tej części najbardziej podobało? Chyba fakt, że dobrze odwzorowałeś tok myślenia człowieka uzależnionego, Ja? Nie jestem taki jak oni, oni tak, ja nie Znalazłem też jeden akapit, który błyszczy się od zaimków, niczym maszty przekaźników śmiercionośnej technologii 5G. Nie mam pojęcia czy to Twój zabieg/błąd/korektorka jest tylko człowiekiem. Bardzo mnie to cieszy, gdyż gdyby nie wspomniany akapit to chyba uznałbym, że nie ma co się wygłupiać z pisaniem. 🙂 Autograf i tak od Ciebie wezmę. 🙂

Wiesz w Internecie jest masa ludzi, którzy dwa zdania poprawnie sklecą i już lecą książkę wydawać. Bo oni są “Pisarze”. Nie ma podgatunku, który poważałbym mniej niż Gwiazdy Pisarskiego Internetu. Zwykle mi się nawet czasu nie chce tracić, żeby im wytłumaczyć, że jedyna książka na jaką oni mają szansę, to taka telefoniczna, którą jakaś dobra dusza winna rozbić im na łbie. Bo z dużym oporem dociera, że talentu jednak trochę brak. Nie przypominam sobie, żebym komuś z tego towarzystwa powiedział, że kupiłbym jego rzecz, wydaną drukiem.
Twoją książkę bym kupił, po prostu.

Najsłabszym elementem tej drugiej części jest erotyka i bardzo dobrze. Poprzednia część była pod tym względem tak dobra, nie warto było tego pieprzyć.
I jest nawet mały hołd dla Gibsona 🙂 Podoba mi się to.
Całość? Robi oszałamiające wrażenie, podtrzymuję opinię – tekst wybitny. Zakończenie idealne, I nie wracaj już do tej historii, proszę.
Lis

Fakt, w obu częściach pojawiają się drobne błędy, występują powtórzenia albo zbędne zaimki osobowe, ale poprzednia była na tyle stymulująca, że bodaj ledwie dwa świadomie zanotowałam. Niezwykle rzadko zdarza się, żeby tekst był w równym stopniu pobudzający intelektualnie, co erotycznie – pierwsza część zdecydowanie była, więc czytało się z prawdziwą przyjemnością. W zasadzie jedyne co mi przeszkadzało to mizianie się po łabądkach z innymi autorami NE. Ten tekst jest po prostu za wielki, zbyt dobry, żeby zaśmiecać go podobnymi historyjkami, ale to oczywiście tylko moja prywatna opinia. Zresztą choć całość straci na braku odniesień, można spokojnie łyknąć ją bez znajomości filozofii i literatury. Chyba ;p

Druga część, rzeczywiście mniej erotyczna, bynajmniej nie rozczarowała, ale przyjęta na chłodno, siłą rzeczy musiała zmierzyć się z moją krytyczną naturą ;D
Z czysto fabularnego punktu widzenia bardzo brakuje mi tu postaci matki. Słodka córeczka musiała ją pamiętać, bo przecież jako źródło utrzymania była niezbędna przez kilka-kilkanaście lat jej życia. Dramatyczne okoliczności zgonu rodzicielki, mogłyby przy okazji tłumaczyć dlaczego dziewczyna w miarę karnie siedzi w zamknięciu, nie wpuszczając albo chociaż nie rozmawiając z ponętnym dostawcą pizzy, nie buntując się przeciwko osaczającej opiekuńczości ojca-narkomana. Umierający bohater (albo rozważający śmierć) też byłby bardziej wiarygodny przypominając sobie siostrę lub matkę, z którą rozpoczął produkcję czystej linii płodów… a my przy okazji dowiedzielibyśmy się więcej o jego mrocznej naturze.

Niemniej dziękuję za prawdziwą ucztę

Ania

Napisz komentarz