Switch 2.0 Reload 1/2 (Ravenheart)  3.69/5 (31)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 59 minut/-y    

ᴋʀᴇɪɪα´s “…Cyberpunk….”, CC BY-NC-SA 2.0

Pierwsza część opowiadania znajduje się tu.

Click

Session termination code received. Connection lost. Switch offline.

Przelogowanie jest zawsze najgorsze.

 

 

Powracający świat uderza jak pocisk snajpera. Ciało wypręża się w nagłym skurczu, a mózg gwałtownie protestuje. Oszalałe synapsy rozbłyskują impulsami niczym największy neon w New Shinjuku. Melanż splątanych rzeczywistości rozciąga napiętą membranę osobowości we wszystkie możliwe strony. Prawda miesza się z ułudą – tak dokładnie, że zmaltretowane chemiczno-elektryczną torturą neurony zaczynają wątpić we własne istnienie.

Wyjście ze Switcha nie daje się porównać z niczym, nawet z traumą narodzin. Bo w porównaniu z Logoutem, na świat przychodzimy właściwie spokojnie i bez stresu. Przygotowani przez dziewięć długich miesięcy, bezpieczni w matczynym wnętrzu, stopniowo przyzwyczajamy się do bycia sobą. Dojrzewające mózgi dzień po dniu uczą się rozwijającego się ciała, którego są właścicielem. Badają je i próbują. Smakują dźwięki przesączające się przez płyny owodniowe, rozkoszują się rosnącą świadomością bodźców. Akt końcowy tego procesu, wypchnięcie z macicy, jest tylko zmianą otoczenia, wejściem w nowy świat. Ale ciało pozostaje to samo.

Przy wyjściu ze Switcha zmienia się wszystko.

Odłączony od narkotyczno-elektronicznego haju mózg przeżywa nie dający się porównać z niczym szok. Nagle zdaje sobie sprawę z posiadania zupełnie nowych wymiarów, nowych organów i obcych tkanek. Szaleństwo bodźców wali w niego z siłą pędzącego pociągu. Oczywiście potraktowana brutalnie świadomość usiłuje się bronić przed zadawanym jej gwałtem. W panicznym zrywie stara się przypomnieć sobie kim była przed Switchem – a jednocześnie nadal jeszcze śni elektroniczno–chemiczny, opętany sen Programu.

Zderzenie Teraz i Przedtem wywołuje istną eksplozję sprzecznych doznań. Jest niczym zespolenie śmierci i narodzin. Technozgon i Farmakozmartwychwstanie połączone w nierozdzielnym akcie.

Słabsze umysły nie potrafią sobie z tym poradzić. Neurony żądają coraz więcej danych, a pijane obłąkaniem nerwy zanoszą się spazmatycznym chichotem, próbując przesłać sprzeczne informacje, wszystkim, którzy chcą słuchać. Ale słuchać nie chce nikt – natomiast każda synapsa wrzeszczy swoim głosem, przekrzykując swoje siostry. I wreszcie mózg smaży się we własnym chaosie. Dziko skaczące EEG, nagle leci w dół, by zamrzeć w ostatnim, zamierającym drgnięciu.

Wypłaszczenie.

Koniec. Kolejny Usmażony.

Przeżyłem wystarczająco wiele Zjazdów, żeby rozumieć ryzyko. A jednak wciąż wracam po nowego Switcha. Bo Switch to życie. Czasem myślę, że jedyne prawdziwe.

Świadomość wraca powoli. Stapia się w jedno z drobnych odłamków rzeczywistości, niczym drgający pręt, stopniowo zamierający w nieruchomy kształt.

Z koktajlu wielorzeczywistości najpierw, niczym chemiczny osad w przeterminowanym Pląsie, wytrąca się słuch. Mózg zaczyna się stabilizować, a dźwięk leniwie krystalizuje z multisensorycznej synestezji. W końcu zaczynam rozróżniać cichy szmer aparatury, przelewającą się rurami wodę i przytłumiony rytm obleśnego baru za ścianą.

Ten rytm to przede wszystkim transowa, psychodeliczna muzyka. Nie muszę jej nawet słyszeć, żeby ją sobie przypomnieć. Jest we mnie. Rezonuje. Pulsuje. Jakby była najważniejszym elementem tej rzeczywistości. Zagłusza wszystko: dźwięki Miasta, jednostajne mruczenie generatorów, jęki serwomotorów, głosy ludzi – ale przede wszystkim zagłusza sumienie. Psychodeliczne wibracje wnikają do mojego ciała, choć właściciel zapewniał o dźwiękoszczelnych ścianach. Ale może to po prostu odprysk pamięci? Nagłe pobudzenie zlepka neuronów w tej szarej brei, którą nazywamy mózgiem?

Potem, w obłąkanym fazowym przejściu, powraca wzrok. Najpierw, początkowa ciemność zaczyna miarowo pulsować ciemną czerwienią, aż nagle, niespodziewanie wszystko eksploduje oślepiającą bielą, niczym rodząca się Nova. Po kilku chwilach z pożogi blasku wyłaniają się kontury pokoju. Zrazu mgliste, nieokreślone i dwuwymiarowe, z wolna wypełniają się magicznym chiaroscuro. Wreszcie wszystko się wyostrza, nabiera realności i konkretu. Leżę spokojnie, czekając aż obraz wróci do normy. Dopiero gdy znowu pojawia się ostrość widzenia, decyduję się unieść głowę.

Patrzę na moje ciało – leżące na brudnym, na wpół przegniłym sienniku, bezwładne i zdane na łaskę karmiącej je maszyny… Potem moje spojrzenie przesuwa się na wbite w żyły długie, srebrne igły. Plastikowe rurki łączą je z zestawem autoiniektorów, które cierpliwie dostarczają pożywienie i chemiczną pulpę dla umęczonego ciała i sponiewieranego umysłu. Cały ten koktajl wnika we mnie, a potem naczyniami krwionośnymi rozchodzi się do najdalszych zakamarków. Zakamarków ciała, które mózg dopiero usiłuje poznać. Ciała, którym jestem i którym głęboko pogardzam.

Nie czuję, że jest moim własnym – bo przecież jeszcze kilka chwil temu byłem kimś innym. Lepszym. Piękniejszym. Doskonalszym. I kiedy to sobie uświadamiam, usłużna pamięć natychmiast podsuwa mi obrazy. Głowa opada w tył. Zabiera mnie Switchowy Odpływ.

*

Jeszcze niedawno byłem młodym, niemieckim arystokratą. Wysokim, przystojnym i wysportowanym. Był koniec XIX wieku, a w moim pałacu odbywały się najdziksze orgie. Totalna, niczym niepohamowana rozpusta naszego fin de siècle – tyle, że podana na srebrnej tacy i w eleganckim kieliszku. Przedestylowana i wysublimowana do najdalszych granic dekadencji. Nie było takiej przyjemności, której byśmy nie spróbowali.

Łagodny powiew przynosi zapach ciepłej nocy, krystalicznie czystego, górskiego powietrza i żywicznej świeżości alpejskich świerków. Przestrzeń rozświetla miękki, srebrzystozłoty blask księżyca. Stoję na balkonie, dotykając szorstkiej, kamiennej powierzchni balustrady. Oddycham głęboko, rozkoszując się chwilą.

Zza pleców dobiega dźwięk otwieranych drzwi. Nie obracam się. Zapewne ktoś, podobnie jak ja, szuka odrobiny wytchnienia. A może po prostu spokojniejszego miejsca, gdzie mógłby znaleźć chwilę nocnej samotności pomiędzy kolejnymi orgazmami?

Więc dalej wpatruję się w noc, sącząc kieliszek wyśmienitego burgunda. Po chwili jednak czuję za sobą czyjąś obecność. Obracam się i spostrzegam wysokiego, przystojnego Austriaka. Horst von Reichenbach. Ubrany, podobnie jak ja, w elegancki czarny frak, szyty na miarę przez wiedeńskiego krawca. W półmroku lśni biała, wykrochmalona koszula.

– Miło cię widzieć, przyjacielu – uśmiecham się.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Zresztą, przepuszczenie okazji do spotkania byłoby doprawdy niewybaczalnym grzechem. Rauty w twoim pałacu cieszą się wielką sławą.

Uśmiecham się, bo wiem, że komplement jest całkowicie zasłużony.

– Przywiozłem ci mały prezent – mówi Horst i wskazuje kogoś stojącego skromnie opodal, przy drzwiach.

Dostrzegam niewysoką, dziewczęcą postać ubraną wyłącznie w prześwitującą haleczkę. Ma jasne, naturalne włosy, zaplecione w skromny warkocz. Jest bosa. Przypomina zwiewną rusałkę ze słowiańskich legend. Przyglądamy się chwilę, smakując jej niewinną urodę. Przez moment błyska mi myśl, że jesteśmy jak dwa wilki obserwujące młode jagnię. A moje mroczne, atawistyczne ja właśnie odsłania kły.

– Podejdź, dziecko – Horst gestem przywołuje dziewczynkę.

Zbliża się powoli, opornie, z wyraźną obawą. Na jej twarzy rysuje się mieszanina strachu, ciekawości i zawstydzenia. Sutki drobnych, jędrnych piersi są sztywne i wyraźnie widoczne pod delikatnym materiałem. Ze strachu? Z zimna? A może z podniecenia? Przecież musiała widzieć, co dzieje się w pokojach, które mijała. Zadaję sobie pytanie: ile może mieć lat? Czternaście? Piętnaście? Wątpię. Myślę, że jest młodsza. Dużo młodsza.

– To Lena – mówi Horst, wyciągając rękę w jej kierunku i muskając policzek.

Dziewczyna bezwiednie nadstawia się na pieszczotę, jak malutki kociak. Może nie wie, jak bardzo Horst lubi zrywać takie niewinne kwiatuszki? A może on już zabawił się z nią, obiecując, że uczyni z niej służącą w jakimś wiedeńskim zamku, aby tylko wydobyć uległość z jej ciała?

Horst przeciąga palcem po skórze dziewczynki. Wolno. Lubieżnie. Rozkoszuje się władzą, jaką nad nią ma. Dotyka jej ust i lekko rozchyla dziewczęce wargi. Są różowe i z pewnością kusząco miękkie.

– Znalazłem ją na jakiejś zapadłej galicyjskiej wsi. Właściwie – uśmiecha się kącikiem ust – to wygrałem ją w karty od plebana. To jakaś jego daleka krewna. Graliśmy o nią w pokera. Niesamowita partia. I jakie napięcie! Byliśmy tak pijani, że postawiłem przeciwko niej mojego ulubionego konia.

– Ryzykowna gra – odpowiadam uśmiechem.

– Och, opłacało się, zapewniam cię. Sam popatrz – skinieniem głowy daje znak Lenie.

Dziewczyna uśmiecha się niepewnie i posłusznie podnosi rąbek halki, odsłaniając olśniewająco białe, gładkie uda. Pomiędzy nimi błyska idealnie bezwłosa, subtelna kreska jej niewinnej kobiecości. Lena przygryza lekko wargi. Nawet w ciemności nocy widzę, jak rumieni się, obnażając przed obcym mężczyzną.

– Dotknij. Jest miękka jak jedwab – zaprasza Horst, nie przejmując się zakłopotaniem Leny.

Wyciągam dłoń i powoli zbliżam ją do łona dziewczyny. Zatrzymuję palce tuż przy jej ciele, ciesząc się ulotną delikatnością ciepła, którym promieniuje. Jest taka świeża, taka nieskalana. A może to tylko ja ją tak idealizuję? Może używali jej już wszyscy, łącznie z własnym ojcem, aż w końcu matka zdecydowała się ją odesłać do krewnego księdza? Może on także rżnął ją co noc w cichym pokoiku na zakrystii? Może zagrał o nią w karty, bo bał się, że jest już w ciąży?

A może właśnie ta słowiańska rusałka wcale nie jest tak niewinna, jak się wydaje? Może sama lubi ofiarowywać swoją dziewczęcość, póki jeszcze jej ciała nie zdeformowały trudy wiejskiego życia i kolejne ciąże? Czy może to jednak jest niewinne, czyste dziecko? Świeży kwiatuszek, który nieśmiało wyrastał gdzieś na galicyjskiej wsi?

Dotykam jej szparki, kładąc opuszki palców na nierozkwitłym jeszcze pączku. Jest ciepła. Kojąca i podniecająca zarazem. Czuję, jak drży pod moim dotykiem. Drapieżnik, który jest we mnie, podnosi łeb i zaczyna uważniej patrzeć na jagnię.

– Jest twoja – mówi Horst. – To mój prezent urodzinowy dla ciebie. I dla twoich gości.

– Dziękuję, przyjacielu – kwituję uprzejmie. – Wyborny podarunek. Masz doskonały gust. Mimo twojej szczodrości, czułbym się jednak niezręcznie, pozbawiając cię jej wdzięków. Umówmy się więc tak: przyjmuję ją i nie omieszkam używać zgodnie z jej przeznaczeniem. Ale kiedy tylko będziesz moim gościem, Lena zawsze będzie do twojej wyłącznej dyspozycji.

Horst dziękuje mi skinieniem głowy i szerokim, lubieżnym uśmiechem. Podnoszę palce do twarzy i chciwie wciągam podniecający, intymny zapach słowiańskiej dziewczynki. Ona patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami. Mają jasne tęczówki, o barwie przypominającej majowe niebo. A woń jej dziewiczego łona przywodzi na myśl świeżą trawę. Usta rusałki drżą lekko. Ona już chyba domyśla się, jaki będzie jej los.

*

Świat rzeczywisty znowu powraca i zajmuje miejsce w świadomości. Rozpycha się w niej i mości, sadowiąc wygodnie w mózgu. Jeszcze przez chwilę czuję zapach Leny, ale jednocześnie już wiem, że nie jest on realny. Że nigdy nie byłem niemieckim arystokratą, a to wszystko jedynie ułuda. Nigdy nie położyłem dłoni na delikatnym łonie jasnowłosej dziewczynki. Bo ona nigdy nie istniała. To tylko Switch flashback – zamierające wspomnienie, które mózg próbuje rozpaczliwie pochwycić. To cichnące echo. Niknący ślad na wodzie. Zaraz wyblaknie i odpłynie. Jest nierzeczywisty, bo ja wiem; ja mam świadomość, że nigdy realnie nie istniał. W przeciwieństwie do prawdziwego, bo odbieranego wszystkimi zmysłami świata switchowego kłamstwa.

Flashbacki są częścią każdego Powrotu. Ale każdy z nich w końcu rozpływa się niczym roztapiające się w piecu śmieci.

Prawdziwa Rzeczywistość jest zupełnie inna niż Switch. Rzeczywistość jest szara, paskudna i wypełniona nędzą istnienia. Tu każdy ból, każde uczucie i każda emocja są realne – a przez to niedoskonałe. Tu każdy krok, każdy czyn i każda decyzja ma swoje konsekwencje. I nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Choć są takie, w których chciałbym nurzać się do końca życia.

Przymykam oczy. Z karminowej magmy wyłania się kolejny obraz.

*

Zawsze fascynowało mnie dzielenie się doznaniami. Albo może inaczej: uczestniczenie i rozumienie przeżyć tego, z kim się pieprzę. Lord Byron, który rżnął swoją siostrę-bliźniaczkę mówił, że gdy leży pod nim, z zadartymi wysoko nogami,  bezwstydnie ofiarując mu swoją szparę, daje mu szalone przeżycie pieprzenia samego siebie. Zawsze zastanawiałem się, co czuł, gdy tuż pod sobą widział rozpaloną podnieceniem twarz dziewczyny, która była tak do niego podobna? Co czuł, gdy w jej oczach pojawiało się nadchodzące uderzenie orgazmu? Co czuł, gdy jego ukochana siostra porzuciła własnego męża, aby urodzić dziecko właśnie jemu, swojemu bratu?

Czy mu zazdroszczę? Nie. Byron żył na przełomie XVIII i XIX wieku, on mógł tylko mgliście wyobrażać sobie, co czuje jego partnerka. Mógł opierać się tylko na magicznej, tajemnej więzi łączącej najbliższe rodzeństwo. Ja mogę wniknąć w umysł i duszę drugiego człowieka dzięki technologii. Wniknąć prawdziwie, zupełnie i totalnie. Dzielić z nim rozkosz, wstyd, upokorzenie i słodki smak grzechu. A zresztą, czemu ograniczać się tylko do jednej osoby?

W mrokach Podmiasta zawsze można było znaleźć wszystko. I to jeszcze zanim pojawił się Switch.

SoulShare™. Przełomowy wynalazek epoki, w której wszystko można kupić. Nawet myśli. Nawet najskrytsze uczucia. Wszczepiasz komuś do mózgu malutki procesor, który monitoruje jego aktywność. Subtelne jak dotyk skrzydełek ćmy elektrody podpinają się pod właściwe miejsca. Odczytują ulotne napięcia przeskakujące z synapsy na synapsę i zapisują je w odmętach cyfrowej pamięci. Potem ten sam sygnał, oczyszczony i sprawdzony, wydestylowany i wzmocniony, bezprzewodowo wędruje do ciebie. Wtedy ty, dzięki wykupionemu abonamentowi możesz poczuć w sobie wszystkie emocje drugiego człowieka. Wszystkie emocje. Najczystsze i najbardziej skryte. Nie ma takiej tajemnicy, którą można ukryć przed wszędobylskimi przyłączami SoulShare™. To jest jak sumienie, jak demon, jak perfidny, nieskończenie doskonały szpieg w umyśle. A jeśli jeszcze masz konto premium, to możesz nawet sączyć własne rozkazy głęboko w podświadomość drugiego człowieka. Tak delikatnie i tak niepostrzeżenie, że nie będzie potrafił rozróżnić tego, co jest jego własnym przeżyciem, a co – podszeptem z zewnątrz.

Wystarczy mieć wystarczająco wiele kredytów.

Takie rozrywki nie są dostępne dla wszystkich. Tu trzeba mieć naprawdę zasobne konto, dobre kontakty i szerokie znajomości. A tak się składa, że ja wszystkim tym dysponuję.

Dyskretny, nierzucający się w oczy autocab zatrzymuje się przed jednym z niepozornych budynków w Neo Akihabara, dzielnicy słynącej z zaawansowanych typów rozrywek. Przymykam oczy i jedną myślą potwierdzam płatność za kurs. Drogo. Ale za dyskrecję się płaci. Zresztą nie płacę tylko za przejazd. Płacę za to, że potwierdzono właśnie, że jestem osobą wiarygodną. I że warto mnie dopuścić do sekretów dzielnicy.

Autocab cicho zamyka drzwi i rusza w swoją drogę. Zostaję sam na wilgotnym od deszczu chodniku. Ulica jest prawie pusta, ale akurat w tym miejscu to nic nadzwyczajnego. Tu nikt nie traci czasu na chodzenie ulicami. Tu załatwiasz to, po co przyszedłeś i ruszasz dalej.

Podchodzę do drzwi biurowca. Szklana powierzchnia lśni nieskazitelnym blaskiem. Na powierzchni, mimo padającego deszczu, nie widać nawet najmniejszych kropelek. Natotechnologiczne, higrofobowe cudo. Uśmiecham się do siebie i przymykam oczy. Przez chwilę otacza mnie ciemność, w które widzę tylko drżące, złote litery spływające z nicości. Mój cyberdeck przekazuje odpowiednie sekwencje i po chwili drzwi rozchylają się, wpuszczając mnie do środka.

Recepcja jest urządzona w stylu nawiązującym do końca XX wieku. Młoda hostessa rozciąga wymalowane usta w profesjonalnym uśmiechu.

– Dzień dobry. Miło nam, że pan nas znowu odwiedził.

Zabawne. Nie mówi, że jest miło JEJ (zresztą, jak android mógłby mieć uczucia?), tylko że jest miło NAM. Oni. Stugębna, rozrośnięta jak macki Lewiatana korporacja. Totalne, powszechne, bezpostaciowe zaibatsu. Iluż to specjalistów trudzi się nad zapewnieniem mi właściwej rozrywki? Wszystkim jest miło?

– Dzień dobry. Lubię u was bywać.

– Doceniamy to, panie Anderson. Zechce pan chwilę poczekać? Pana pokój za chwilę będzie gotów.

Uśmiecham się i potwierdzam. Przez chwilę zastanawiam się, czy to też jest wyreżyserowanym spektaklem. To oczekiwanie, znaczy się. Bo przecież w doskonałej firmie produkt zawsze dostarczany jest just in time. Ale specyfiką akurat tej usługi jest to, że nie będę dymał się z zawsze gotowym androidem. Będę się pieprzył z człowiekiem. Z naturalną istotą, pełną wahań, rozterek i emocji. Jej wyrzuty sumienia będą do bólu prawdziwe. I jej rozkosz. I ból. I wstyd.

A ja tymi uczuciami będę się delektował, niczym koneser najdoskonalszą potrawą mistrza kuchni. Zamówioną i przygotowaną specjalnie dla mnie.

– Zapraszamy, panie Anderson. Dostałam właśnie sygnał, że umówiona z panem kobieta już czeka – mówi hostessa, uśmiechając się na poły profesjonalnie, na poły porozumiewawczo. – Życzę miłych wrażeń i udanego spotkania.

Winda bezgłośnie szybuje w górę, prowadząc mnie autostradą do nieba. A może raczej do piekła? W końcu zamierzamy nurzać się w grzesznej perwersji. Zresztą, czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Liczy się, że za chwilę dostanę, czego szukałem.

Powoli otwieram drzwi pokoju, rozkoszując się przeciąganiem tej chwili. Gdzieś na pograniczu świadomości odbieram lekkie echo przekazywanych przez SoulShare™ myśli kobiety, która na mnie czeka. Myśli (a może raczej: emocje?) trafiające do mnie poprzez neurozłącza są jak próba pochwycenia dymu. Z jednej strony mam świadomość ich realności, a z drugiej nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy są to bardziej słowa, obrazy czy może raczej niepoddające się werbalizacji uczucia? Ale czuję je bardzo wyraźnie. Myśli innego człowieka. Strzępy jego duszy. Prawdziwe i realne. Jak krwisty stek.

Wchodzę do środka, ostrożnie zamykając drzwi, aby nie naruszyć wynaturzonej świętości tej chwili. Jakbym siadał do pięknie zastawionego stołu. Jakbym podnosił do ust kieliszek pięćsetletniego trunku. Jakbym był drapieżnikiem podchodzącym do bezbronnej ofiary.

Kobieta siedzi na krześle ustawionym dokładnie na środku pokoju. Ma około czterdziestu lat. Kilka dodatkowych kilogramów tylko dodaje jej atrakcyjności. Godny podziwu jest piękny, dorodny biust, który zalotnie rozpycha białą bluzkę. Nie włożyła stanika, mile prowokując mnie ciemnymi aureolami sutków prześwitującymi przez ubranie. Piersi są ciężkie, naturalne. To nie jest wykreowany na moje potrzeby android. To żywy człowiek, żyjący prawdziwymi emocjami. Prawdziwa, realna kobieta.

Jest zadbana, a stan jej skóry zdradza osobę, która swój bilans życia zapisuje raczej z niewielką, ale jednak zadowalającą nadwyżką. Miejska klasa średnia. Może jest stateczną matką, która w tym hotelowym pokoju szuka odrobiny seksualnego szaleństwa? Może właśnie odprowadziła syna do korporacyjnego przedszkola, by spędzić tu ze mną rozkoszną chwilę zapomnienia? Może jest panią domu, która właśnie pożegnała buziakiem w policzek przeciętnego do bólu męża, który wychodzi do swojej nudnej pracy? A może to gospodyni domowa, która chce zakosztować nieznanego? Grzesznego? Występnego?

Ma na sobie krótką, czarną spódnicę, kontrastującą ze śnieżną bielą koszuli. Nogi – ładne, o zgrabnych delikatnych łydkach przyoblekła w czarne, samonośne pończochy. Stopy tkwią w błyszczących, wysokich szpilkach. Musiała włożyć je przed chwilą, bo lśnią blaskiem nowości. Obraz dopełnia czarna, aksamitna przepaska zasłaniająca oczy.

Czuję napływające do mnie echa emocji. Są delikatne, ale zupełnie wyraźne jak zapach nadchodzącego deszczu. Jak uwertura opery.

Soulshare działa tylko w jedną stronę. Ona nie ma żadnego wejrzenia we mnie – a ja mogę swobodnie zanurzyć się w jej emocjach. Zajrzeć w najgłębsze zakamarki jej duszy. Nawet te nieuświadomione.

Przepełnia ją wstyd. Wyobraża sobie, co czuje obcy mężczyzna, widząc ją, bezbronną, uległą, przygotowaną wyłącznie dla jego przyjemności. Przeznaczoną mu na ofiarę – by zaspokoić jego żądzę. Miotają nią sprzeczne emocje. Bo choć czuje przejmujące upokorzenie, to jednak w skrytości serca rozkoszuje się tym uczuciem. Fascynująca obserwacja. Ta kobieta wstydzi się i jednocześnie ten wstyd wypełnia ją skrajnym podnieceniem. I – co więcej – ona wie, że jest całkowicie zdana na moją łaskę. A nawet znajduje upojenie w tym obezwładniającym uczuciu całkowitego wyzbycia się kontroli nad własnym losem.

Czy zorientowała się, że jestem już w pokoju? Chyba nie. Zamknąłem drzwi bardzo cicho. Tak cicho, że nawet jej wyostrzony przez deprywację wzroku słuch nie odkrył mojej obecności. Jestem jak drapieżca, czający się w mroku, obserwujący swoją ofiarę i przepełniony rozkosznym poczuciem siły.

Chrząkam cicho.

Natychmiast neurozłącza rozbłyskują feerią emocji wybuchających w kobiecie. Delektuję się nimi, jak wprawny koneser rozprowadzający na podniebieniu łyk doskonałego wina. Czuję dojmującą nutę strachu. Wyraźnie walczy z równie silnym smakiem oczekiwania. I ten cudowny ocean wstydu przyprawionego pożądaniem. Nieomal czuję, jak jej ciało wypełnia się wilgocią.

Podchodzę do niej i ujmuję za podbródek. Podnoszę, oceniając jej wygląd. Wiem, że czuje się teraz jak niewolnica na starożytnym targu. Ja – jej przyszły pan – oglądam ją i oceniam. Tak właśnie ma być. Kupiłem ją. Jej ciało… ale przede wszystkim jej duszę. Emocje. Pragnienia. Wstyd. I podniecenie.

– Jak masz na imię? – zadaję pytanie spokojnym głosem. Tak naprawdę nie interesuje mnie jej odpowiedź. Chcę tylko, żeby w jej umyśle zaczął się budować mój obraz. Żeby stworzyła sobie moje wyobrażenie. Chcę, by cały jej świat skupił się na jednym pytaniu: kim jestem?

– Mam na imię Anna – odpowiada kobieta, a jej emocje pozostawiające wypalone ścieżki w moim mózgu mówią mi, że nie ośmieliła się skłamać.

– Ile masz lat?

– Trzy…. trzydzieści… osiem.

Uśmiecham się złośliwie, bo chyba nie rozumie, że tkwię w jej umyśle lepkimi palcami neurozłączy tak głęboko, że nie jest w stanie niczego przede mną ukryć.

– Przecież oboje wiemy, że kłamiesz. Więc ile?

Fala upokorzenia. I winy. I jeszcze czegoś. Poczucia nagości. Wie, że jest odarta z jakiejkolwiek  możliwości ucieczki przede mną. Wtedy zalewa ją fala gwałtownego podniecenia.

– Czterdzieści jeden.

– Widzisz? Trzeba było tak od razu.

Przysuwam sobie krzesło i siadam naprzeciwko Anny.

– Zdejmij majtki.

Posłusznie wykonuje moje polecenie. Wybrała na dziś bieliznę lekką, koronkową, w kolorze głębokiej czerni. Teraz wystudiowanym ruchem zdejmuje ją i rzuca w bok.

Czuję jej zapach. Intensywny. Mocny. Zapach kobiecości. Zapach strachu. Zapach podniecenia.

– Rozchyl nogi – rzucam cicho.

Posłusznie wypełnia rozkaz. Ma ładną cipkę, wygoloną i wypielęgnowaną. Wargi sromowe są ciemne i nabrzmiałe. Połyskują. Anna jest podniecona. Zawstydzona i cholernie podniecona. Jak suka w rui. I kompletnie nad tym nie panuje.

– Podoba mi się, że jesteś napalona. Że myślisz już tylko o tym, żeby wejść na łóżko, rozłożyć przede mną nogi i dać się przelecieć.

Dreszcz emocji.

– Tak, czuję twoje podniecenie, Anno. Czuję, jak twój umysł skamle, żebym tylko już zabrał się za ciebie. Ale ja najpierw chcę się trochę pobawić… – drażnię się z nią. – Więc najpierw pokaż mi, jak sama się zabawiasz.

Posłusznie sięga ręką ku swojej cipce i zaczyna się dotykać. Jest taka napalona, że nie ma w tym żadnej gry wstępnej, żadnej delikatnej pieszczoty. Po prostu pociera się jak szalona, za każdym razem wkładając w siebie palce. Druga dłoń, pobielała, zaciśnięta jest na oparciu krzesła. Czuję, że Anna zbliża się do orgazmu. Nie pozwolę jej. Chcę trochę z nią pograć. Więc kiedy już, już, ma nadejść spełnienie, rzucam kolejną komendę.

– Stop. Przestań.

Udaje się jej powstrzymać, nadludzkim niemal wysiłkiem woli. A może jest tak nawykła do posłuszeństwa? Może słuchanie rozkazów też sprawia jej rozkosz? A może to świadomość, że siedzi przede mną, obcym mężczyzną, z piersiami falującymi w gwałtownym oddechu i z mokrą, znajdującą się o włos od orgazmu cipką?

– Lubisz pokazywać, jak sobie robisz dobrze?

Spuszcza głowę. Wie, że i tak znam odpowiedź.

– Lubisz. A mimo to czujesz wstyd. Wyczuwam go. Pachnie fiołkami, wiesz? Jest tak wyraźny, że mógłbym go pokroić.

Patrzę na jej piersi gwałtownie wznoszące się i opadające w rytm przyspieszonego oddechu.

– I wiem, moja droga Anno, że jesteś podniecona. Nawet nie muszę grzebać ci w mózgu. Widzę Twoje wargi, nabrzmiałe i śliskie. Jak u grzejącej się suki. Suka… to słowo chyba dobrze cię opisuje, prawda? Kiedy przychodzi twój czas, robisz się tak napalona, że byłabyś gotowa dać każdemu, prawda? Byle ktoś skorzystał z twojej, cieknącej cipy. Anno, to są te momenty, że czujesz się jak suka w rui, prawda?

Milczy. Płomienny rumieniec wypełza jej na policzki.

– Ciekawisz mnie, Anno. Intrygujesz. Przyszłaś do tego pokoju, ubrałaś się jak rasowa dziwka, rozkładasz przede mną nogi, o mało nie doprowadziłaś się do orgazmu… Nie masz problemu z tym, że widzę twoją bezczelnie mokrą cipę. A mimo to jest gdzieś w tobie wstyd. I strach. Tak, teraz czuję go wyraźnie. Ty po prostu się boisz, że ktoś zobaczyłby, jak brandzlujesz się przed obcym facetem.

Fala emocji zalewa mnie jak tsunami.

– Ach… więc to o to chodzi… Jest ktoś, na kim ci zależy, a kto nie powinien znać twojej mrocznej strony… Kogo masz na myśli? Kto nie powinien cię teraz zobaczyć?

Chwila ciszy. I potem, pokorny szept.

– Mój mąż.

Zapada cisza, której nie chcę przerywać. Pozwalam jej stanąć oko w oko z własnym, tak podniecającym, wstydem. A potem wstaję i zbliżam się do siedzącej kobiety. Nachylam się nad nią, pozwalając by poczuła mój zapach.

– Opowiedz mi o nim.

– On… jest zwykłym człowiekiem – zaczyna urywanym głosem, a ja zauważam, że nie wymieniła jego imienia, jakby nie miał twarzy ani własnej osobowości. – Po prostu, zwykłym człowiekiem. Pracuje. Codziennie. Utrzymuje naszą rodzinę.

– Jaki jest? Czemu za niego wyszłaś?

– On… On jest dobry. Zawsze był. Od kiedy pamiętam.

– Kochasz go?

– Ja… ja nie wiem. Tak. Kocham. Chyba. Tak.

Mam wrażenie, że chce, abym potwierdził lub zaprzeczył. Przecież znam jej myśli. Tak, widzę wyraźnie, że oczekuje ode mnie odpowiedzi. Ale nie zamierzam jej udzielić. To ja stawiam pytania.

– Więc czemu tu przyszłaś?

Milczy.

Nachylam się nad nią, trzymając usta tuż przy jej uchu. Moja ręka, niedbale, powolnym ruchem sunie w dół. Dotykam jej nabrzmiałej łechtaczki. Ciałem kobiety wstrząsa dreszcz, a SoulShare w mojej głowie rozbłyskuje gorącą czerwienią podniecenia. Anna przygryza ustach, bojąc się ruszyć, ale całą swoją duszą pragnąc, żebym wsunął palce do środka. Dobrze. Pobawię się więc z nią. Z jej dziką chcicą, nad którą nie potrafi panować. Przesuwam palcami po śliskich wargach sromowych. Uśmiecham się do siebie. A potem podsuwam dłoń Annie do ust, zostawiając na nich mokry ślad śluzu.

– To jest odpowiedź. To dlatego przyszłaś.

Czuję delikatny ślad protestu w jej uczuciach, jakby chciała zaprzeczyć samej sobie. Ale wie, że to niemożliwe. Ukradkowym, na pół świadomym gestem zlizuje wilgoć. A potem opuszcza głowę w biernym geście potwierdzenia.

– Więc jeśli ty jesteś tu, z cieknącą cipą, z rozłożonymi przede mną nogami, podczas gdy twój mąż cierpliwie pracuje na domowy budżet… – zawieszam głos. – To kim jesteś, Anno?

Przełyka ślinę.

– Dziwką.

– Więc na co czekasz?

Wyciąga dłonie i dotyka wypukłości w moich spodniach. W jej duszy rozlega się jęk pożądania. Oto pod jej palcami rośnie kutas zupełnie obcego faceta. A od niej, siedzącej tu w dziwkarskiej koszuli, bez majtek i z zasłoniętymi czarną przepaską oczami oczekuje się spełnienia obowiązku.

Ostrożnie rozpina zamek i sięga ręką do środka. Nie noszę bielizny, więc natychmiast czuje ciepło mojego ciała. Wprawnym ruchem wyjmuje członek na zewnątrz i zaczyna go masować, radując się tężejącym kształtem. Jej pieszczoty są powolne, bo nigdzie nam się nie spieszy. A ona chce poznać każdy centymetr mojego członka, każdą fałdę skóry i każdą żyłę.

– Duży – mruczy. – Jest duży. I taki… mięsisty. Chciałabym go zobaczyć. Mogę?

– Nie. Masz go tylko obsłużyć.

– Tak, Panie – szepcze. – Będzie, jak sobie życzysz.

Zbliża twarz do mojego wyprężonego narządu. Powoli otwiera usta i nieskończenie delikatnym, powolnym ruchem dotyka językiem fioletowej, nabiegłej krwią główki. Patrzę na jej twarz, na której maluje się łapczywa chciwość mojego smaku. Anna jest jak dziecko, które pierwszy raz smakuje loda. Potem jest już odważniej, obejmuje mnie całego uszminkowanymi ustami, a jej dłoń nasuwa z powrotem napletek na pulsującą żołądź. Wszystko to niknie w mokrym, gościnnym wnętrzu. Czuję, jak wszędobylski język Anny wsuwa się między główkę a napletek, pieszcząc jego grubą skórę. Druga dłoń łagodnie wsuwa się pod moje jądra. Waży je i gładzi. Oddaje hołd męskiej potencji.

Doznania, które mi serwuje kobieta, są mocne. Każde drgnięcie jej języka wywołuje iskry przesuwające się wzdłuż kręgosłupa. Ale prawdziwą rozkosz daje mi świadomość emocji Anny, nieprzerwanie przesyłanych przez neurolink. Dzięki nim wiem, co czuje krańcowo podniecona suka. Suka, która zdaje sobie sprawę ze swojego miejsca. I którą cieszy to, że sprawia, że mój sztywny chuj znajduje się na krawędzi orgazmu.

– Jesteś dziwką – rzucam przez zęby, walcząc sam ze sobą, aby nie dojść. Jeszcze nie.

Na chwilę wyjmuje mnie z ust.

– Wiem. Dlatego mnie chcesz. Bo znasz mnie. Znasz moją naturę. Wiesz, że jestem stworzona, żeby sprawiać przyjemność samcom. A ja wiem, że akurat ty potrafisz to docenić.

– Pokaż mi piersi.

Cofa się i chwyta za poły swojej pięknej, białej bluzki. Nie bawi się w rozpinanie guzików. Jedno szarpnięcie i obnażone półkule znajdują się na widoku. Ciemne, sztywne od podniecenia sutki wyraźnie odcinają się od jasnej skóry. Anna wsuwa dłonie pod ciężki biust i unosi go lekko, szczypiąc jednocześnie twarde brodawki.

– Są dla ciebie, Panie. Na twoje rozkazy – mówi po prostu. W tych słowach nie ma ani cienia gry. Ona naprawdę daje mi całą siebie.

Milczę, zauroczony jej bezwzględnym oddaniem. Anna sięga po mojego kutasa i dotyka nim po kolei obu sutków. Ten gest ma w sobie coś absolutnie pierwotnego. Atawistycznego.

– Są twoje. Oznaczone przez niego i gotowe na wszystko. Chcesz zlać się na nie? Czy wolisz żebym zrobiła ci nimi dobrze? Chcesz, żeby pachniały twoją spermą, Panie?

Nagle czuję falę dzikiego pożądania. Nachylam się nad Anną i gwałtownym ruchem ujmuję ją za włosy, odchylając głowę do tyłu.

– Potem. Mamy czas. Teraz chcę spuścić ci się do cipki. Może jak wrócisz do domu, twój mąż będzie chciał ci zrobić minetę. Chcę, żeby wtedy czuł mój zapach. Żeby czuł mój smak. I żeby bał się spytać, co jego żona robiła w ciągu dnia.

Błyskawicznie wstaje z krzesła i klęka na łóżku, wypinając w moją stronę kształtną, obfitą pupę. Wargi sromowe lśnią zapraszająco. W mózgu słyszę echo jej myśli. Pragnienia, abym ją wziął. Posiadł, niczym płodną samicę. Ten sam, prymitywny, pierwotny zew odzywa się we mnie. Nie tracę czasu na zdejmowanie spodni. Mój sztywny penis wbija się w ciasną, mokrą cipkę. Zaciskam dłonie na udach Anny i przyciągam ję do siebie.

– Tak, kurwo… Do tego się nadajesz! Aby wystawiać się do rżnięcia, każdemu, kto zapłaci… – rzucam gardłowo, pieprząc ją dziko. – Jesteś stworzona do tego. Stworzona, aby cię pieprzono… Aby sobie używano w twojej mokrej szparze…

Anna pomaga mi jak może, kręcąc tyłkiem i wychodząc mi na spotkanie.

– Tak, właśnie tak! Jak rasowa dziwka. Rżniesz się pierwszorzędnie… Wiesz czemu? Wiesz?

– Tak…! – wyrywa się jej pomiędzy namiętnymi jękami. – Bo jestem… jestem…

– Kim jesteś? Powiedz to! Nazwij się! Kim jesteś?

– Puszczalską suką! – wybucha raptownie. – Suką do jebania! Wiecznie napaloną, sprzedajną dziwką!

Jej okrzyk, wzmocniony falą emocji dostarczoną mi przez SoulShare przepełnia czarę. Ze zwierzęcym rykiem dochodzę w jej środku, wypełniając ją strugami gęstej spermy. Moje palce, zaciśnięte na jej udach, wbite głęboko w ciało na pewno zrobią siniaki. Ale to mnie nie obchodzi. Liczy się wyłącznie moje spełnienie.

Chwilę trwa, zanim wysuwam się z niej. Padam na łóżko obok Anny.

– Grzeczna sucz. Jestem zadowolony. Teraz możesz sobie zrobić dobrze. Chcę zobaczyć.

Natychmiast przekręca się na łóżku i szeroko rozkłada nogi. Widzę jej śliskie, szeroko rozwarte łono, po którym przeciąga palcami. Z obrzmiałej cipki wypływa moja sperma, ale Annie to nie przeszkadza. Może nawet dodatkowo ją to podnieca? Szybko zgarnia odrobinę białego płynu i rozprowadza go po łechtaczce. Echo jej podniecenia płynie do mnie bezprzewodowym przekazem. Annę doprowadza do szaleństwa zrozumienie, kim naprawdę jest. I lęk przed tym, że jej dobry, spokojny mąż kiedyś dowie się, jak szaleńczo brandzlowała się przed obcym facetem, w anonimowym hotelowym pokoju.

Z fascynacją obserwuję dłoń kobiety, w zapamiętaniu pocierającą nabrzmiały wzgórek. Jej biodra instynktownie wysuwają się w przód, byle tylko mocniej nadstawić łechtaczkę, byle tylko szybciej doprowadzić się do końca. Myśli Anny przeskakują od próby wyobrażenie sobie tego, jak wyglądam JA i nad kłębiącą się wizją jej męża.

Czuję, jak wraca do mnie podniecenie, indukowane wyuzdaną groteskowością tej sceny i krążącymi w żyłach wspomagaczami. I kiedy Anna zbliża się do końca, kiedy znajduje się tuż-tuż nad progiem orgazmu przysuwam się do niej i nachylam się w stronę jej ucha

– Tak, kurwo… Dojdź. Pokaż mi suczy orgazm. A ja może prześlę go twojemu biednemu, żałosnemu mężowi…

Ciałem Anny targa spazm rozkoszy, bólu, wstydu i upokorzenia. Z jej ust wyrywa się ni to jęk, ni to skowyt, gdy pierwsze skurcze orgazmu przenikają jej ciało.

To tylko pierwsze z naszych dzisiejszych uniesień. Po nim zrealizujemy inne. Misjonarsko, na pieska, po kowbojsku… Dzięki Bogom Chemii i Chromu mogę cały czas utrzymywać podniecenie. Ale tak naprawdę nie chodzi o takie czy inne wypięcie tyłka. Chodzi o to, że dzięki SoulShare mam pełną świadomość, jak grać Anną. Jej obnażona dusza reaguje na moje działania jak fortepian pod palcami pianisty. Pełna kontrola. Pełna dominacja. Pełne oddanie.

W końcu, ja też mam na chwilę dość. Leżę na wznak, z oczami wbitymi w sufit.

Anna leży obok. Jej pierś faluje w rytm oddechu. Jędrne pośladki są zaczerwienione od niedawnej chłosty. Jej palce delikatnie pieszczą mój członek.

– Chcesz się odświeżyć? – pytam leniwie. – Za chwilę chcę rozpocząć drugą część naszego rendez-vous.

– Mogę?

– Tak. Możesz też na chwilę zdjąć opaskę… ale dopiero jak wejdziesz do łazienki. Na umywalce znajdziesz załadowany iniektor. Zanim wrócisz, zrób sobie strzał.

Odbieram uczucie niepewności. Przypomina zapach lawendy w letni wieczór.

– Nie bój się. To tylko odrobina wzmacniaczy. Sprawi, że zmęczenie ustąpi i znowu będziesz mogła służyć mi z taką z energią jak przed chwilą.

Kiwa głową, dając mi znać, że rozumie. Pomagam jej więc wstać i prowadzę do łazienki. Zabawne, ale jej spocone, pokryte śladami spermy ciało nadal budzi we mnie żądzę. Kiedy drzwi się zamykają, wracam do pokoju i nalewam sobie szklaneczkę synthoholu. Typowa, chemiczna mieszanina pobudzaczy, afrodyzjaków i wzmacniaczy. No i oczywiście syntetycznych narkotyków, perfekcyjnie dobranych do mojego profilu genetycznego. Ot, cudo molekularnej biologii. W dodatku bardzo smaczne.

Przymykam oczy i oddaję się słodko ociężałym fantazjom. Dzięki krążącym w żyłach fluidom znowu czuję w sobie moc i rosnące pożądanie. Zupełnie, jakby ktoś wcisnął mi przycisk z napisem REFRESH.

Rozlega się cichy sygnał. Dzwonek do drzwi. Świetnie. Akurat w doskonałym momencie. Kolejna część wieczoru. Jak nowy, wspaniały akt nadciągający po antrakcie. Podnoszę się cicho z łóżka i podchodzę do wejścia. Nie muszę pytać, kto to. Do tego miejsca nie może trafić nikt przypadkowy. Recytuję w myśli kod dostępu.

Drzwi otwierają się, ukazując stojącą postać. To dziewczyna, młoda dziewczyna. Świeża jak polny kwiat, który można zobaczyć w holocentrum. Jak pączek rozkwitający wiosną, gdy Natura budziła się do życia. A jednak tę słodką niewinność, opakowaną w kształt nastoletniej uczennicy, już dawno trawi czerw zepsucia.

To młoda kurewka, oddająca swoje ciało do najbardziej perwersyjnych aktów. Te kształtne, delikatne usta nie raz i nie dwa spływały spermą podstarzałych dziadów, którzy postanowili spełnić swoje fantazje. Żaden otwór tej dziewczyny, którego można użyć do celów seksualnych, nie jest dziewiczy. I choć rodzice tej małej uważają swoją słodką Natalie za niewinnego podlotka, to jest ona prawdziwym demonem erotycznego nienasycenia.

– Dzień dobry panu – Natalie skromnie spuszcza powieki, udając, że moja nagość i sterczący kutas ją zawstydzają. – Cieszę się, że mogę pana znów widzieć. Czego sobie pan dziś zażyczy?

– Wejdź. Mam dziś ochotę na słodkie trio. Twoja starsza koleżanka już jest. Bierze prysznic.

Natalie wchodzi do pokoju i rozgląda się ciekawie.

– Zdejmuj ciuchy – rozkazuję i podaję jej iniektor. – I weź to.

Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Natychmiast zdjęła bluzkę i niewielki, gustowny stanik. W następnej chwili zgrabnie zsunęła spódniczkę i już po chwili stała zupełnie naga, niewinna i słodka. Szybko i sprawnie przyłożyła końcówkę iniektora do brzucha. Nawet nie skrzywiła się, gdy zawartość z cichym syknięciem znalazła się pod skórą. Minęło kilkanaście sekund i jej źrenice rozszerzyły się raptownie.

– O kurwa, ale towar – jęknęła. – To musi być warte fortunę. Ja pierdolę, czuję cipkę, jakby żyła własnym życiem. Jakby ktoś ją lizał… o kurwa… od środka… Gościu, właśnie kupiłeś sobie najbardziej namiętną uczennicę w tym mieście.

Każę jej podejść do siebie i obrócić się tyłem. Sądzi, że chce ją wziąć na stole, w pupę, więc natychmiast się nadstawia, ale ja po prostu mam dla niej przepaskę na oczy. Chcę, żeby odczuwała mnie całym ciałem. Żeby każdy nerw jej ciała błagał o spełnienie. Jeszcze tylko kilka kropel perfum z wzmocnionymi feromonami i moja słodka Natalie jest gotowa. W sam czas!

W tym momencie Anna wychodzi z łazienki. Odświeżona, czysta, pachnąca. Jej ciężkie piersi kołyszą się ponętnie.

– Moje drogie… Mała niespodzianka. Dziś będziemy się pieprzyć we troje. Chcę zobaczyć, jak dwie kobiety potrafią zadowalać jednocześnie i siebie nawzajem, i mnie. A wszystko to w ciszy, spokoju i w ciemności. Tak, jak odbywa się to od setek tysięcy lat. Zapraszam was na spektakl odwiecznego pożądania. Poznajcie się i zakosztujcie siebie.

Zbliżają się niepewnie, po omacku. Biorę je za ręce i prowadzę ku sobie. Czuję pulsowanie uczuć Anny. Podniecający strach. Wstyd. Zastanawia się, komu ją oddam. Komu będzie musiała oddać we władanie swoje ciało.

Pierwszy pocałunek między nimi. Anna, choć starsza, jest wycofana, ostrożna i wahająca się. Za to Natalie ostro bierze się do rzeczy. Kładzie ręce na piersiach starszej kobiety i mruczy z uznaniem. Jej własny biust jest jeszcze mały, jeszcze nie nadszedł czas jego rozkwitu. Ale dziewczyna wie, co robić. Jej pocałunek złożony na sutkach Anny jest ognisty i podniecający. A potem ich usta stykają się ponownie. Młodość i doświadczenie. Kiedy starsza z nich dotyka piersi młodszej, czuję zaskoczenie. Zaskoczenie i… podniecenie. Ach tak, moja droga Anno? W swoich skrytych, ukrywanych przed mężem fantazjach chciałaś pieprzyć się z nastolatką? Cieszę się, że mamy podobne zachcianki.

Dziewczyny całują się coraz namiętniej. Natalie czuje wpływ krążących w jej żyłach stymulantów. Gdy lądują w łóżku, natychmiast zabiera się do robienia ognistej minety. Mokre odgłosy, które temu towarzyszą, budzą we mnie żądzę. Kładę się obok Anny i całuję, pozwalając jednocześnie, by Natalie swoją drobną rączką masowała mojego rosnącego kutasa.

Chwilę później zmieniamy pozycję. Młoda, nie przerywając lizania łechtaczki Anny, pieczołowicie wkłada mój narząd w gorące wnętrze. Pozwala mi na kilka ruchów w środku, po czym zmusza mnie, abym wykorzystał jej usta. A potem znowu umieszcza mnie w cipce starszej kochanki.

Rżniemy się na wszystkie sposoby, wymieniając płyny ustrojowe i dzieląc się seksualnym opus magnum. Wspólnym, choć rozpisanym na trzy głosy. Niezwykłości doznań zawdzięczamy ciągłe podniecenie, a solidnym dawkom stymulantów – siły.

Ile trwa nasza mała orgia? Pięć godzin? Siedem? Czasu nie liczymy. Liczy się tylko ciągła pogoń za orgazmem, za rozkoszą, za spełnieniem.

W końcu nadchodzi ten ostatni raz. Chcę, żeby był mocny. Więc zmuszamy Annę, by siadła na podłodze, oparta o łóżko. Natalie trzyma ją za głowę, a ja posuwam w usta. Mocno, zdecydowanie. Brutalnie. Każdy mój ruch jest zaspokojeniem mojej naturalnej potrzeby samca. Chodzi o to, aby czuć ten wspaniały szum w uszach, ten dreszcz emocji, to fascynujące upojenie swoją władzą.

Kobieta, którą rżnę, dławi się i krztusi. Gdy tylko na moment wysuwam się z niej, rozpaczliwie walczy o haust powietrza i wtedy właśnie wjeżdżam w jej gardło z niepohamowanym impetem.

SoulShareTM bezustannie przesyła mi jej doznania i echa jej emocji. Tak, w tym całym procesie upodlenia, sprowadzenia ludzkiej istoty do roli seksualnej, bezbronnej zabawki ona znajduje perwersyjną, wszechogarniającą rozkosz. Jest tylko ciałem, przeznaczonym do zaspokajania mojej chuci, zdanym na każdy mój kaprys – ale to właśnie przepełnia ją wirującą w opętanym tańcu mieszaniną wstydu i przyjemności.

Bo ona wie, że ja nie tylko penetruję jej usta. Ona WIE, że dzięki neurotransmisji impulsów jej umęczonych synaps ja penetruję jednocześnie jej duszę. Gwałcę ją fizycznie i psychicznie, obnażając wszelkie jej słabości i słodkie tajemnice. A świadomość, że obnaża się przede mną w ten sposób, sprawia, że jej cipka jest mokra nie tylko do mojej spermy, ale także – a może przede wszystkim – od jej bezwstydnej żądzy.

Młodsza dziewczyna leży na łóżku i wyginając ciało w lubieżnych pozach, zawzięcie się masturbuje. Jej palce, pieszczące nabrzmiałą łechtaczkę, przesuwają się tak szybko, że zlewają się w jeden, drgający kształt. Uszy młodej dziewczyny przepełniają jęki mojej partnerki i obleśne mlaskanie mojego kutasa w ustach. Te dźwięki przyprawiają ją o szaleństwo. Chciałaby zerwać z oczu opaskę i chłonąć tę scenę całą sobą, ale wie, że nie ma na to pozwolenia. Więc korzysta z tego, że zajmuję się inną, by przynieść sobie ulgę palcami. Jej zapamiętanie jest tak wielkie, że w tej chwili nie jest już świadomym człowiekiem, ale strzępem świadomości, która podąża ku jednemu celowi: orgazmowi.

Nie mogę na to pozwolić. One nie są tu dla siebie, one są dla mojej, wyłącznej satysfakcji. Nie przerywając brutalnej penetracji ust mojej kochanki, krótkim, zdecydowanym rozkazem każę młódce przestać się brandzlować i klęknąć obok drugiej kobiety.

Jest mi posłuszna. Musi być. Tym bardziej, że właśnie zbliżam się do końca. Jeszcze kilka krótkich ruchów i dochodzę, wyrzucając w powietrze triumfalny, zwierzęcy ryk. Zaciskam dłonie na głowie kobiety i pozwalam, by fala spermy wypełniła jej gorące usta. Przyjmuje mnie w siebie posłusznie i pokornie. SoulShare beznamiętnie przynosi mi echo jej emocji. Zna swoje miejsce. Nurza się w świadomości. Wie, że jest dla mnie niczym więcej niż tylko kurwą, której używam wedle swojej woli. I to właśnie uczucie napełnia ją mroczną, gorącą satysfakcją.

W końcu wycofuję powoli malejącego członka i obejmując głowy kobiet, zbliżam je do siebie. Instynktownie wiedzą, czego po nich oczekuję. Starsza przejmuje inicjatywę i składa na ustach młodszej pocałunek. Widzę, jak dzieli się z nią moim nasieniem, spływającym z jej warg prosto na język dziewczyny.

Zastygam w bezruchu, upojony pięknem tej sceny. Dwie kobiety, starsza i młodsza, całujące się namiętnie, wymieniające się moją gęstą spermą w akcie perwersyjnej, seksualnej komunii. I ich doznania, wibrujące mi w głowie dzięki neuronalnemu interfejsowi. Młoda nie przepada za smakiem nasienia, ale ponad wszystko na świecie kocha świadomość, że jej ciało podnieca mężczyznę. I kobietę, z którą właśnie wymienia namiętne pocałunki. Natalie pławi się w świadomości, że jest po prostu nastoletnią kurwą.

Obie badają zakamarki swoich pragnień. Obie znajdują dziką rozkosz w tym, że są wolne w poszukiwaniu rozkoszy. Obie wiedzą, że spełniły swoje zadanie.

Zadowolony z siebie, opadam na fotel. Jeszcze przez chwilę obserwuję piękny, lubieżny taniec ich języków, splecionych w namiętnym oddawaniu czci mojej spermie. Doskonały koniec tego spektaklu.

Nasza seksualna sesja jest skończona. A ja – zaspokojony i rozluźniony. Pozostał tylko jeszcze jeden fragment tej układanki. Słodkie dopełnienie sceny. Wisienka na torcie. Coś, za co zapłaciłem ekstra. Coś, co nadzorująca wszystko korporacja przyjęła jako zlecenie specjalne – i oczywiście wypełniła co do joty.

Zapalam papierosa. Ma wytrawny, cierpki smak. Tego właśnie mi brakowało.

– Zdejmijcie opaski – rozkazuję sucho. – Chcę, żebyście się poznały. To moja nagroda za wspaniały seks. I za wasze prawdziwe, skryte uczucia, którymi mnie tak hojnie dziś obdarzałyście.

Jak na komendę zdejmują opaski. W tym momencie eksploduje gejzer ich emocji, który zalewa mnie niczym gigantyczne tsunami.

Córka patrzy w oczy swojej matki. Matki, która poza swoim normalnym, uporządkowanym życiem jest sprzedajną dziwką. Matka widzi swoje własne dziecko. Zbrukane, pokryte spermą i pachnące na równi zapachem męskości i jej własnymi sokami. W pierwszej chwili jeszcze nie uświadamiają sobie znaczenia tej sceny. Potem zwala się na nie świadomość tego, co zrobiły.

Ile razy dzisiejszej nocy córka doprowadziła swoim zręcznym językiem matkę do orgazmu? Ile razy matka własnymi rękami wprowadziła mojego kutasa w jej ciasną cipkę?

Próbuję rozdzielić splątane strumienie emocji, ale wymaga to olbrzymiego wysiłku. Na szczęście z pomocą przychodzi mi doświadczenie. Już wiem, które emocje należą do której kobiety.

Córka jest po prostu porażona. Kuli się wewnętrznie, płonąc żywym ogniem wstydu i upodlenia. Nie, nie wstydzi się, że jest kurwą. Ona o tym wie. Jest przerażona, że dowiedziała się jej matka. Że już nigdy nie spojrzy na nią jak na niewinne dziecko. Zgarnia rękami prześcieradło, okrywając się nim w skazanej na porażkę próbie wyparcia tego, co właśnie się stało. Jej umysł znajduje się na krawędzi załamania. Uświadamia sobie, z całą dokładnością i szczegółowością, co dziś robiła. Każdy pocałunek własnej matki. Każdy ruch jej palców w swoim wnętrzu. Smak dzielonej spermy.

Matkę przepełnia dziki, niepohamowany gniew. Przez chwilę chce się na mnie rzucić, zatłuc pięściami, zadusić. Ale doskonale zdaje sobie sprawę, że to bezcelowe. Jestem od niej dużo silniejszy. A żaden ból wyprowadzonego przeze mnie uderzenia nie zmaże jej poczucia winy. Potem nagłe uczucie mija. Z wolna uświadamia sobie, kim jest. Sprzedajną dziwką, której oddawanie się za pieniądze przynosi nie tylko wstyd, ale… piekące, rozkoszne poczucie winy. I… krańcowe podniecenie. Przeraża ją myśl, co właśnie uczyniła. Ale czuje jeszcze w środku echa swoich orgazmów. Czuje do siebie pogardę, ale jednocześnie z przerażeniem odkrywa, że jej ciało – wbrew jej samej – znowu zaczyna odczuwać przyjemny dreszcz.

I wie też, że dzięki łączącemu nas interfejsowi stojący przed nią mężczyzna całkowicie zdaje sobie sprawę z jej uczuć. Że właśnie ja widzę ją nie tylko nagą, ale także zupełnie odartą z jakiejkolwiek tajemnicy.

– Wynoś się stąd, skurwysynu – syczy. – Nie chcę cię znać. Nigdy więcej nie zbliżaj się do nas, bo cię zabiję. Przysięgam, że cię zabiję.

Oboje wiemy, że to tylko puste słowa. Że w jej umyśle jest jeszcze coś, co szepcze do ucha i objaśnia prawdziwe uczucia.

Wiedziona impulsem zbliża się do swojej szlochającej córki i w rozpaczliwie matczynym geście przytula ją, szepcząc błagania o wybaczenie. Gładzi ją po głowie, ale… to mnie patrzy w oczy. Bo wie, że ja wszystko przenikam. Że znam każdą jej myśl.

Oboje wiemy, że gdy już poukłada sobie wszystko w głowie, gdy obie naprawią swoje rodzinne relacje, gdy uda się udać, że o wszystkim zapomniały… Podczas jakiejś samotnej nocy, palce matki powędrują w dół, aby w ciszy przynieść ulgę nabrzmiałej oczekiwaniom cipce.

I wtedy przywoła wspomnienie szalonej orgii z obcym facetem i własnym dzieckiem.

Znowu wróci słodkie uczucie wstydu połączone z krańcowym podnieceniem.

I będzie wracało, za każdym razem. A ona każdej nocy będzie marzyć o tym, że firma się z nią skontaktuje, bo jej klient chce ją znowu pieprzyć. I dzielić z nią jej upodlenie.

Oboje to wiemy.

*

Wracam do rzeczywistości. Opornie i niechętnie, bo ta rzeczywistość nie ma mi nic do zaoferowania, poza swoją prawdziwością… i głęboką pogardą, którą czuję sam do siebie. Więc aby skrócić sobie czas powrotu, przymykam oczy, rozpamiętując dzień, w którym wstąpiłem na tę drogę…

*

Oczekiwanie w tym podrzędnym barze ciągnie się jak gęsty smar. Jak krew spływająca z uszkodzonych przewodów demonicznej maszyny rodem z gigerowskich koszmarów. Kap… kap… kap… sekundy skraplają się niczym smolista rosa na pękniętej rurze. Jedna po drugiej zlepiają się w opalizujące, ciemne minuty; zwieszają się gęstymi soplami nad przepaścią i podążają w dół, łącząc się w mroczne kałuże kwadransów.

Wnętrze lokalu, stylizowane na amerykańską tandetę lat pięćdziesiątych XX wieku także wygląda na zastygłe w czasie. Jakby całe pomieszczenie przeniosło się do wnętrza szklanej kuli ze sztucznym śniegiem. Można nią potrząsnąć, dodać ułudę zmiany i chaosu, ale po chwili wszystko wraca do pierwotnego stanu zawieszenia. Czekania na coś, co nigdy nie następuje.

Senna barmanka odcina się miękkością pulchnego ciała od kanciastej czerwieni lady. Patrzę na nią z odrobiną współczucia, zastanawiając się, jak bardzo musiało ją przycisnąć życie, że zdecydowała się na upokarzającą pracę w tej spelunie. Jej plastikowy, rażący taniością strój tylko podkreśla szarość smutku i beznadziei malujących się w jej oczach. Ile ma lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Może więcej. A jednak musi tu stać, w tandetnej blond peruce, z przerysowanym uśmiechem, grubą warstwą szminki naniesioną na usta. Przypomina mi fotografię, którą kiedyś widziałem – zrezygnowanego mopsa przebranego w idiotyczne wdzianko, które z założenia miało być zabawne, a stało się upadlające. Betsy. Tak ma na imię. A przynajmniej tak głosi tabliczka przypięta do jej fartucha.

W prawdziwym barze z epoki zatrudniona byłaby jakaś ładna dziewczyna, kusząca młodością, kokieterią i komiksowym powabem seksownej pin-up girl. Tu wystarczyć musi ta smutna kobiecina, której krągłości dawno straciły swój urok. Bar udaje klimat, barmanka udaje zainteresowanie, klienci udają, że im smakuje. Kultura ułudy. Prawdziwy świat, który karmi się permanentnym kłamstwem.

Odwracam wzrok od korpulentnej Betsy, aby nie przysparzać jej cierpienia swoim spojrzeniem. Pod ścianą rozsiadł się wysoki, postawny mężczyzna wyglądający na przeciętnego robotnika. Siedzi w towarzystwie małego chłopca – dla odmiany pięknego jak z żurnala. Albo jak z promocyjnych plakatów Hitlerjugend. Czyżby niedzielny obiad samotnego ojca z synem? Ich łyżki rytmicznie pogrążają się w parującym talerzu pożywnej i taniej dyniowej zupy.

Przy stoliku, pod plakatem jakiegoś zapomnianego gwiazdora, którego sławę przykrył kurz i patyna, rozsiadła się obfita damulka, ubrana w beżowy kostium w wielkie, białe grochy. Kobieta ma długie, utapirowane blond włosy, zadarty nosek i różowiutką cerę. Całość przywodzi na myśl Miss Piggy. Byłaby może i atrakcyjna – dla konesera pięknych, pulchnych dziewczyn. No i musiałaby być dwadzieścia lat młodsza. U jej stóp zadbany, czarny francuski buldog z ożywieniem chłepce wodę ze stalowej miski, rozchlapując przy okazji bryzgi cieczy na podłogę.

No właśnie, podłoga. Moją uwagę przyciąga czarno-biała mozaika złożona z wielkich, lśniących, kwadratowych płyt. Czerń-biel, czerń-biel, hipnotycznie powtarzająca się w synchronicznych krokach, niczym cykl dni i nocy, które zlewają się w jedno, nudne i powtarzalne życie. Monotonia wzoru wciąga niczym otchłań. Czerń. Biel. Czerń. Biel. Jak upływające sekundy. Jak mozolnie i nieubłagania posuwający się naprzód Czas.

Przymykam oczy i pozwalam, aby zawisły przede mną kontury cyfr cyberzegara. Tandetny, przestarzały wszczep, ale mam do niego sentyment. Przywodzi na myśl pierwsze lata doświadczeń z neuroimplantami. Były zawodne, niebezpieczne i uroczo niepraktyczne. Po cóż bowiem korzystać z procesora podłączonego do nerwu wzrokowego, skoro można zawsze spojrzeć na zegarek, albo choćby zapytać przechodnia? Te stare add-ony są jak wspomnienie dawnych, lepszych czasów. Pod zamkniętymi powiekami wyświetla się płonący na zielono czas, leniwie odmierzając upływające sekundy. Już niedługo. Już za chwilę. Wreszcie nadchodzi umówiona godzina. Otwieram oczy.

Mężczyzna jest szczupły, niewysoki i kompletnie przeciętny. Ma pooraną zmarszczkami i naznaczoną przebytą ospą, zniszczoną twarz. Oblicze człowieka, który widział już wiele i którego nic nie zdziwi. Rysy twarzy i siwiejący wąsik zdradzają meksykańskie korzenie. Siada naprzeciw mnie i przygląda mi się ze smutnym, jakby przepraszającym uśmiechem. Beżowy prochowiec i kapelusz kładzie na fotelu. Czeka.

Lustruję go wzrokiem. Moje spojrzenie przewija się po podniszczonej, żółtawej koszuli, po podwiniętych rękawach i zatrzymuje się na niepozornej, srebrnej obrączce, którą nieznajomy ma na placu.

– To ty? – rzucam szeptem.

Uśmiecha się lekko, drwiąco, samym tylko kącikiem ust. Odbieram to jako potwierdzenie. Ale oczy pozostają bezbarwne, wodniste i pozbawione wyrazu.

– Rozumiem, że jesteśmy dogadani. Mam nadzieję, że to masz… że masz ten kontakt, bo ja swoją część umowy wypełniłem.

– Wiem.

Nie próbuję się dowiedzieć, skąd wie. Z kieszeni wyciągam niewielką holokartę. Lśni zimnym, metalicznym blaskiem. Kładę ją między nami, dokładnie w połowie dzielącej nas odległości.

– Oto mój towar. To, o co prosiłeś. Teraz pokaż mi próbkę tego, co możesz mi dać. Jeśli rzeczywiście jesteś Behemotem.

– Behemotem staję się w Matrycy. Tu mam mniej wyszukane imię. Nazywam się Edward. Edward Olmos Gaff.

– Jak tam sobie chcesz. Interesuje mnie co innego. Masz to? Powiedziałeś, że dasz mi próbkę.

Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że znowu czas się zatrzymał. Mężczyzna przygląda mi się ze znużeniem bladymi, zmęczonymi oczami. Mam wrażenie, że naprawdę wróciłem do połowy XX wieku, a ten gość jest radzieckim szpiegiem, z którym negocjuję zdradę tajemnicy państwowej. Z głośników starej szafy grającej dochodzą mnie dźwięki “Mony Lisy” Nat King Cole’a. Szafa jest oczywiście tylko nędzną repliką, ale daje radę.

Facet jest deckerem i to jednym z najlepszych, z jakimi miałem do czynienia. Oczywiście, to nie ja go namierzyłem. To on znalazł mnie, wypełniając odwieczne prawo ekonomii: podaż zawsze szuka popytu. A teraz oto spotykamy się w realnym ciele, w tym pieprzonym barze o wiele mówiącej nazwie Meatworld.

Nieznajomy wyciąga do mnie rękę, na której dostrzegam ruchomy holotatuaż przedstawiający grubego, tłustego kota o sarkastycznym, ironicznym spojrzeniu. Kiedy ręka mężczyzny zawisa w powietrzu, kot patrzy na mnie złotymi oczami, po czym, ostentacyjnie znudzony, kładzie się i zaczyna się lizać pod ogonem.

Waham się tylko przez ułamek sekundy. Palce naszych dłoni się stykają. Behemot ma suchą, ciepłą i przyjemną w dotyku dłoń. Interfejsy neurohaptyczne przez chwilę dogadują się, sondując wzajemnie swoje możliwości i badając zastawione pułapki.

– Wpuść mnie – prosi, zupełnie jak wampir z kiepskiego kablowego widowiska.

Zdejmuję barierę. Przez mgnienie oka przenika mnie dreszcz, gdy obcy kod zaczyna sączyć się do mojego neurodecku. A potem wrażenie znika. Przez chwilę tylko mój wzrok traci ostrość. Na moment, na jedno mgnienie oka. Jakbym próbował przenieść ostrość obiektywu pomiędzy dwoma przedmiotami. Wrażenie jest tak krótkie, że zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle miało miejsce.

– I co teraz? Nic nie czuję. Zacznij demo.

– Rozejrzyj się – tym razem głos mężczyzny rozbrzmiewa wprost w mojej głowie. A więc rzeczywiście się podłączył bezpośrednio do mnie. Jego mózg, sprzężony z moim, przez delikatne nici neuronów, sztucznych synaps i interfejs haptyczny przesyła swoje myśli, uczucia i doznania. Połączenie umysłów. Połączenie dusz.

Nieco zdziwiony rozglądam się po na pozór niezmienionym lokalu. Znudzona barmanka patrzy w moją stronę i nagle… wszystko zaczyna się dziać jednocześnie.

Jej oczy rozszerzają się ze zdumienia. Zmęczone, obwisłe piersi dojrzałej kobiety nagle wzdymają się i podnoszą pod jej służbowym strojem. Pęcznieją i rosną, stając się kwintesencją męskich mokrych snów. Twarz Betsy wygładza się, traci znamiona znużenia, a w zamian za to nabiera cech drapieżnej lubieżności i zmysłowości. Usta, dotąd skrzywione w zawodowym, fałszywym uśmiechu, ożywają, nabrzmiewają i pokrywają się erotyczną, krwistą czerwienią. Na moich oczach pulchna i zmęczona barmanka przekształca się w ociekającą seksem kelnereczkę, epatującą błyszczącą namiętnością, wyuzdaniem i obietnicą spełnienia najbardziej wyrafinowanych zmysłowych doznań. Tylko jej oczy pozostają wciąż takie same, choć odbija się w nich przerażenie pomieszane z fascynacją tym, co się dzieje.

Samo wnętrze lokalu także zaczyna falować jak tkanina poruszana wiatrem. Litery firmowego sloganu wymalowanego nad barem nagle ożywają i wijąc się jak obleśne robaki przesuwają się, zmieniają i przekształcają. Po chwili zamiast sztampowego “Jak możemy ci dziś służyć?” widzę “Nasze pracownice tylko czekają, aby cię dobrze obsłużyć”. Barmanka, w której oczach nadal widzę bezbrzeżne zdziwienie, jakby nie panowała nad swoim ciałem, jednym ruchem wskakuje na ladę, zadziera spódnicę i wpycha sobie dłoń w majtki. Po chwili zaczyna się onanizować szybkimi, nerwowymi ruchami. Na jej twarzy przerażenie własnym zachowaniem miesza się z ekstazą.

Siedzący w loży ojciec z synem unoszą głowy znad swoich talerzy. Przez chwilę, bezbrzeżnie zdumieni, patrzą na masturbującą się zapamiętale i jęczącą barmankę, po czym jak na komendę sięgają pod stół, aby rozpiąć swoje rozporki. Nie odrywając wzroku od rozgrywającego się na barze pokazu, zaczynają się brandzlować. Młody chłopiec chłonie całą scenę z otwartymi ustami, w których rodzi się pierwszy w jego życiu jęk rozkoszy. Jego ojciec wali konia mechanicznie, bez emocji, jakby chciał tylko rozładować buzujące w nim napięcie jednym, szybkim orgazmem. Żaden z nich nie zwraca uwagi na absurdalność tej wyuzdanej, publicznej masturbacji.

Gruba właścicielka buldoga przestaje jeść i rozgląda się po sali, jakby dopiero uświadamiając sobie, co się dzieje wokoło. Następnie w jej oczach zapala się dziki blask. Szybko schyla się pod stół i stawia na nim swojego ulubieńca. Z rozgorączkowaną niecierpliwością stawia go na stole, by natychmiast sięgnąć dłonią między psie nogi. Tłuściutkie jak serdelki palce sprawnie wydobywają nabrzmiałe, czerwone prącie. Ma dziwny kształt i pokryte jest gęstą siateczką żyłek. Zwierzę błyskawicznie korzysta z okazji i zaczyna wściekle ruszać zadem, używając dłoni kobiety jak gorącej suki. Psi kutas błyskawicznie powiększa się, a wraz z narastającym podnieceniem rośnie charakterystyczna bulwa u nasady. Buldog jest ekstremalnie podniecony i po chwili zaczyna strzelać na stół wodnistą spermą. Właścicielka, nie przerywając onanizować swojego ulubieńca, drugą dłonią zaczyna zgarniać ze stołu wilgotne plamy. Nie wierzę własnym oczom, gdy z jakimś dziwacznym, obłąkanym zapamiętaniem zlizuje ślady psiego nasienia ze swoich palców.

Zmianom podlegają nie tylko ludzie i ich zwierzęta. Ściany baru nagle tracą swój płaski charakter. Pokrywają się jakimiś dziwnymi, guzowatymi naroślami, pod którymi wiją się organiczne kształty. Są jak kłębiące się w plastikowej torbie węgorze. Z każdą sekundą przybywa ich coraz więcej, aż wreszcie, jeden po drugim, wybrzuszenia pękają, uwalniając zielonobrunatny, ohydny śluz. Z powstałych otworów strzelają oślizgłe macki, które niczym perwersyjne bicze skręcają się w powietrzu, skręcają i kłębią. Kilka z nich sięga w stronę wciąż zapamiętale onanizującej się barmanki. Niczym oszalałe ramiona ośmiornicy zaciskają się na jej kończynach, zmuszając do rozłożenia rąk i nóg. Betsy próbuje walczyć, chce nadal pieścić swoją ociekającą sokiem cipkę, ale nie ma szans z siłą obleśnej, potwornej ośmiornicy. W tym momencie najgrubsza macka, cała pokryta drobnymi wypustkami przypominającymi małe penisy wbija się w łono kobiety i penetruje je zawzięcie, wywołując u ofiary spazmy rozkoszy. Dwie następne wślizgują się pod fartuch, zaciskając się wokół piersi. Kolejna przemocą rozwiera usta kobiety i wpycha się do środka. Monstrualne macki gwałcą kobietę wywołując przeszywające ją skurcze – na połu bólu, na poły rozkoszy.

Odrywam wzrok od rozgrywającej się przede mną szalonej orgii i zwracam spojrzenie na deckera. Uśmiecha się drwiąco, obserwując moje reakcje. Skurwiel, bawi się moim mózgiem, wyczarowując te obrazy!

Puszczam jego dłoń i w tym momencie znowu widzę lekkie zafalowanie obrazu, po którym wszystko wraca do normy. Barmanka z absolutnie znudzoną miną przeciera blat szmatką. Ojciec i syn powoli, miarowo przebierając łyżkami, jedzą dyniową zupę. Paniusia z psem dopija kawę i przegląda pożółkłe czasopismo.

– Przyznaję, masz fantazję – kiwam głową. – Ale to nadal tylko ułuda. Przecież wiem, że ze ścian nic nie wyrosło, a ta kobieta nie zlizywała z palców psiej spermy. Że ten młody chłopak nie spuścił się, widząc gwałconą przez ośmiornicę Betsy. To tylko dość wiarygodna, ale ściema. To nie rzeczywistość.

– Doprawdy? – decker po raz pierwszy uśmiecha się szerzej. – A co to właściwie jest: rzeczywistość?

– Rzeczywistość to coś, czego można dotknąć. Można czuć jej zapach. Kiedy cię gwałcą, czujesz prawdziwy, realny ból. I strach. Pierwotny strach. A jeśli to ty gwałcisz, to czujesz każdy ruch wijącej się pod tobą dziewczyny. Możesz zlizać pot z jej ciała i będzie on słony. A jeśli wbije ci palce w plecy, to zostawi na nich krwawe, piekące ślady. To jest właśnie rzeczywistość. Ona nas otacza. Jest prawdziwa. I w tej rzeczywistości Betsy ma nadal cycki zmęczonej pięćdziesięciolatki. To, co widziałem, to tylko film. A każdy film, nawet pornograficzny, kiedyś się kończy. Potem trzeba co najwyżej skorzystać z chusteczki, napić się Nuka Coli i wyjść z holokina. Więc kiedy puściłem twoją dłoń, to wiedziałem, że magia ruchomych obrazków się skończy.

– Cóż, przykro mi, że cię rozczarowałem – na twarzy deckera ponownie gości delikatny uśmiech. – Zamówmy więc tę twoją Nuka Colę na zakończenie rozmowy. Pozwól, że ja postawię.

Przywołuje ruchem dłoni barmankę. Podchodzi do nas, a decker zamawia dwie butelki zimnego płynu. Barmanka kręci przecząco głową. Nie ma Nuka Coli. Dostawa będzie dopiero jutro. I to jest właśnie pieprzona, niedoskonała rzeczywistość w której nie możesz mieć tego, czego chcesz. Zamawiamy więc kawę, ale nie americano, tylko porządną, gorącą, parzoną po turecku. Wkrótce po barze rozchodzi się niepowtarzalny aromat prawdziwego naparu. No dobrze, wiem, że to tylko aromatyzowany kofeinowo-narkotyczny substytut, ale cieszę się, że zadbano o oddanie zapachu. Za takie rzeczy się płaci. Za ułudę, która jest tak dobra, że nie można jej odróżnić od rzeczywistości.

– Czy gdybym się podłączył do Switcha i zamówił Nuka Colę, to poczułbym jej smak? – pytam.

– A chciałbyś tego? – mężczyzna wzrusza ramionami. – Przecież sam mówisz, że to tylko ułuda. Jak w holokinie.

– Ale jeśli idę do holokina na horror, to chciałbym się bać. Nawet, jeśli wiem, że cały czas siedzę na widowni. A jeśli idę do kina obejrzeć pornola, to chciałbym, żeby jakaś dziwka mi obciągała podczas seansu. Immersja, rozumiesz?

Betsy pojawia się ponownie, niosąc dwie filiżanki parującej kawy. Pierwszą stawia przed moim rozmówcą. Potem obraca się ku mnie i nachylając się nad stołem podaje mi moje naczynie. Nie wiem, czy zrobiła to specjalnie, ale gdy zbliża się do mnie, czuję zapach jej taniej wody toaletowej. I nagle, zupełnie nie wiem czemu, ogarnia mnie fala pożądania. Do niej. Do tej, niemłodej już, kelnereczki. Czuję jak mój penis wznosi się w erekcji. Uczucie to jest tak nagłe i niespodziewane, że tracę dech. W tej chwili chciałbym chwycić barmankę za jej włosy, pociągnąć w dół i zmusić, żeby mi zrobiła loda, na oczach tego napuszonego deckera i reszty klientów w barze.

W tym samym momencie Betsy obraca głowę i patrzy mi głęboko w oczy. Nasze spojrzenia spotykają się. Napięcie między nami staje się nieomal namacalne.

– Naprawdę chcesz, żebym ci obciągnęła? – słyszę głos barmanki. – Chcesz tego? Żebym wyciągnęła ci ze spodni sterczącego fiuta i wyglansowała go wargami? Chciałbyś spuścić mi się w usta i zmusić, żebym połknęła?

Siedzę zaskoczony, nie rozumiejąc, co się dzieje. Betsy wybucha śmiechem.

– A może wolisz, żeby zrobiła to ona? – wskazuje na paniusię z psem. – Ta, natychmiast zwraca głowę w moim kierunku. Otwiera sugestywnie usta, spomiędzy których wysuwa się nieludzki, długi na dobre ćwierć metra, cudownie obleśny, ociekający śluzem jęzor.

– Co, do kurwy… – rzucam przez zęby.

– Nasze pracownice tylko czekają, aby cię dobrze obsłużyć! Choć, jeśli chcesz, obciągnąć ci mogą także oni – mruczy dziewczyna wskazując na ojca i jego syna, którzy jak na komendę wstają i otwierają usta w obscenicznej propozycji.

Chłopiec, jakby dla podkreślenia swojej chęci dogodzenia mi, jednym ruchem opuszcza spodnie wraz z majtkami i wypina w moim kierunku szczupłą, dziewiczą pupę. Gdyby nie małe, kołyszące się jąderka mógłbym przysiąc, że widzę tyłek ponętnej lolitki. Ale i tak przechodzi przeze mnie mroczny dreszcz podniecenia. Przez chwilę gotów jestem zerwać się z miejsca i zgwałcić tego chłopca na oczach jego własnego ojca. I, jestem dziwnie pewien, że mężczyzna będzie trzymał wówczas syna za ręce, a potem ochoczo zajmie moje miejsce. Wszechogarniająca, dzika żądza przepełnia mnie nagłą falą.

– Co się tu, kurwa, dzieje? – ryczę, zrywając się na równe nogi. Filiżanka, stojąca na stole, podskakuje do góry i przewraca się. Wypełniający ją wrzątek rozlewa się i ochlapuje mi krocze. Potworny, niewyobrażalny ból gorącej kawy na moim stojącym kutasie rozpala mi zmysły tak, że przed oczami błyska mi wybuchająca supernowa.

W następnej sekundzie wszystko mija, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znowu siedzę przy stole, bar jest cichy i spokojny, a ja nadal trzymam w dłoni rękę uśmiechającego się deckera.

– No, to teraz rzeczywiście jest czas, żeby wyjść z kina. Czy jesteś zadowolony z seansu? Czułeś ten prawdziwy ból, za którym tak tęskniłeś?

Wyrywam dłoń z jego ręki i podejrzliwie patrzę na swoje spodnie. Są suche, a mój kutas nie jest poparzonym, pieprzonym centrum bólu mojego wszechświata.

– To jest właśnie demo Switcha, o które prosiłeś. To jak, chcesz więcej? Chcesz doświadczyć prawdziwego Zalogowania? Totalnej immersji?

Nie muszę nic mówić. Obaj znamy odpowiedź.

*

Leżę, z oczami wbitymi w brudny sufit i po raz kolejny przypominam sobie mój pierwszy kontakt ze światem Switcha. Przed oczami mam twarz niepozornego deckera, który dał mi szansę na posmakowanie nowych doznań. Na zatopienie się w nierealnej, ale doskonale prawdziwej rzeczywistości. Iniektory cicho mruczą, pompując do żył chemiczną papkę.

Switch jest narkotykiem doskonałym. W labiryntach zaprogramowanych scenariuszy możesz znaleźć dokładnie wszystko. To jak wielki hipermarket perwersji i rozkoszy. Hipermarket, w którym wszystko jest prawdziwe. W każdym razie w momencie, w którym to przeżywasz.

Patrzę ponownie na rurki wprowadzające bladożółte gluty do moich żył. Patrzę i nie chcę wiedzieć, że są realne i prawdziwe. Chcę powrócić. Rozpaczliwie chcę powrócić. I uwierzyć, że wracam do realnego świata.

*

Ciemne, brudne, wilgotne pomieszczenie. Zimny loch, rozświetlany jedynie migoczącym blaskiem pochodni. Na ciężkim, dębowym stole leży dziewczyna. Jest zupełnie naga. Podziwiam jej doskonałe ciało, odcinające się jasną plamą na ciemnym drewnie. Czarne, pordzewiałe kajdany, zaciśnięte na delikatnych dłoniach stanowią doskonały kontrapunkt w tej kompozycji.

– Nie bój się – szepczę jej do ucha z miłością. – Zobaczysz, że ci się będzie podobać.

– Błagam, nie rób mi tego – szlocha. – Jak możesz. Przecież mnie kochałeś…

– Kocham cię cały czas, najdroższa – mruczę, gładząc ją po głowie.

Drzwi otwierają się z głośnym, przeciągłym zgrzytem. Dziewczyna cała spina się, ale więzy trzymają mocno. Z jej ust wydobywa się przepełniony zgrozą krzyk protestu.

Do piwnicznej izby wchodzi kilku mężczyzn, w większości pijanych. Niewielkie pomieszczenie wypełniają ich głośne śmiechy.

– Błagam… nie rób tego – szloch dziewczyny przechodzi w cichy jęk. – Jeśli nie masz litości dla mnie, to zmiłuj się nad naszym dzieckiem, które noszę w sobie. Twoim dzieckiem.

– Najdroższa, kocham i ciebie, i nasze dziecko – dotykam jej twarzy. A potem zwracam się do przybyłych: – Możecie zaczynać. Korzystajcie. Czym chata bogata…

W migotliwym świetle pochodni widzę ich twarze, prostackie i wykrzywione lubieżnymi uśmiechami. Twarze mętów. Patrzę jak trącają się łokciami i szepczą między sobą, ustalając kolejność. W końcu jeden z nich zdobywa się na odwagę. Podchodzi do mojej, rozpiętej na stole żony i kładzie brudną dłoń na jej łonie. Piwnicę przeszywa rozdzierający krzyk grozy. Pijak uśmiecha się krzywo i brutalnie wpycha swój ciemny paluch do środka. Wrzask przerażenia i protestu jest ogłuszający. Facet wyciąga dłoń i z dumą prezentuje ją kumplom. Potem ostentacyjnie wkłada ją sobie do ust i zlizuje smak kobiecości. Eleganckiej, czystej, szlachetnie urodzonej dziewczyny. Takiej, na którą nigdy nie śmiał podnieść oczu. A teraz, dzięki mojemu przyzwoleniu może położyć rękę na brzuchu mojej Pięknej. Brzuch jest krągły, uwypuklony rodzącym się w nim życiem. Facet wybucha rechotem, ukazując przegniłe dziąsła i resztki czarnych zębów. Wskazuje kompanom piękne, jędrne piersi i wulgarnie opowiada, jak będzie się nimi bawił.

– No, na co czekasz? – uśmiecham się szeroko. – Bierz ją sobie. Ulżyj sobie. Przecież tego chcesz. Przelecieć jednocześnie moją żonę i córkę w jej łonie.

Wydarzenia toczą się szybko. Mężczyzna rozpina spodnie i wydobywa napęczniały oczekiwaniem członek. Tak jak jego właściciel jest wielki, brudny i obleśny. Tu nie ma miejsca na grę wstępną, subtelność czy grę kochanków. To jest po prostu zwierzęca chuć. Wielki kutas wbija się w moją żonę jednym ruchem. Gdy pijany włóczęga zaczyna gwałcić leżącą na stole ofiarę, ponownie rozlega się jej nieludzki, przerażający wrzask. Pozostali mężczyźni otaczają stół ciasnym kołem. Jeden po drugim zrzucają odzienie i zaczynają się brandzlować, poganiając pierwszego szczęśliwca i domagając się swojej kolejki.

Zanim skończą i pozostawią moją Piękną, ociekającą spermą, zbrukaną i poniżoną, upłynie jeszcze dużo czasu. To będzie fascynująca noc. Zbliżam się do stołu i z zadowoleniem patrzę na krzyczącą i błagającą o zmiłowanie żonę, którą właśnie posuwa kolejny z pijaków. Uśmiecham się na widok jego wielkich jąder, głośno uderzających o jej ciało. Za chwilę uwolnią przepełniające je nasienie. A kiedy wszyscy nasycą się jej ciałem, wtedy ja zajmę ich miejsce. I będę pieprzył moją ciężarną żonę we wszystkie jej słodkie otwory. Jest bowiem moją wyłączną zabawką i tylko od mojego kaprysu zależy, co będzie się z nią działo.

Tak. Należy do mnie. Całkowicie. I mogę z nią zrobić absolutnie wszystko.

Jej twarz nagle zmienia się i rozpływa, niczym obraz na poruszonej fotografii. Czas zwalnia, zamiera i zastyga – a może po prostu rozpada się na kawałki? Rysy znajdujących się w lochu osób zamazują się, jakby szalony malarz postanowił namalować na płótnie postać w ruchu. W miejscu twarzy mojej młodej żony widzę przenikające się obrazy, jakby wszystkie możliwe scenariusze zlały się w jedno. Wszystko pulsuje we  frenetycznym wirze zlewających się strumieni zdarzeń. Widzę twarz dziewczyny, która jest jednocześnie młoda i stara, dojrzała i dziewczęca. Czas przestał mieć znaczenie.

Widzę ją śmiejącą się i zatroskaną, kochającą i nienawidzącą. Widzę moment, w którym przeżywamy nasz pierwszy pocałunek i widzę chwilę jej śmierci. Zastygły czas wybucha nieskończoną multijednoczesnością dróg. Dziewczyna umierająca w wieku piętnastu lat na tyfus. W innej wersji – jako kobieta dojrzała z twarzą rozpłataną toporem. W jeszcze innej – z bliznami po ospie. Lub spaloną w pożarze.

Omnipotencja i wszechwiedza. Kalejdoskop możliwości, dla których czas, przyczynowość i następstwo nie istnieją. Czy tak właśnie widzi nas Bóg? Czy jesteśmy po prostu superpozycją wszelkich możliwych wariantów, wypadkową funkcją prawdopodobieństwa rozpiętą między Niemożliwością i Pewnością? Czy ja też jestem takim zlepkiem wszystkich możliwych mnie? A jeśli tak, to który z nas jest prawdziwy? Który z nas jest mną?

W jednej sekundzie przez mój umęczony mózg przelewają się wszystkie możliwe warianty rzeczywistości. Ja, obserwujący zbiorowy gwałt na matce mojego nienarodzonego dziecka. Ja, prowadzący ją do ślubnego ołtarza. Ja, broniący jej ciała przed stadem rozpasanych żołdaków. Żołdaków, z których każdy ma moją twarz. Ja, czujący jej ból, poniżenie i przerażenie. Ja – będący nią.

Omniistnienie. Omniodczuwanie. Omnidoznanie.

Ja, Grzesznik. Ja, Ofiara. Ja, Bóg.

Ach, rozpłynąć się w tej Wszechmocy Omniistoty…! Pozostać tu na wieczność. Ale gdzieś tam, na pograniczu świadomości wiem, że to pułapka. Że to jedna z Iluzji Switcha – Pokusa Boskości, odwieczna klątwa Człowieka. Śmiertelnika, któremu boskość jest zakazana.

Więc rezygnuję i poddaję się. Wycofuję świadomość do prawdziwej rzeczywistości, która zwala się na mnie ze swoją przygniatającą, rozpaczliwą nędzą istnienia.

Smród. Smród wymiocin i metaliczny smak krwi w ustach. Znowu leżę na zapleczu obskórnego baru, wracając z dalekiej, Switchowej podróży. Bo każdy powrót jest trudniejszy.

*

Switchowe flashbacki są jak falowanie oceanu. Jak odwieczny rytm przypływów i odpływów. Im dłużej pozostajesz Tam, tym trudniejszy powrót i tym większa pokusa Powrotu.

Prawdziwy świat ma tylko jedną pokusę: realność doznań. Tu każdy ból i każda przyjemność jest rzeczywistością prawdziwą, w odróżnieniu od rzeczywistości ułudy – Switcha. Jest prawdą obiektywną, a nie subiektywną.

Filozoficzny bełkot? Może. Ale trzeba być filozofem, aby odkryć jakiś strzęp piękna w tym parszywym życiu. Życiu, które jest tylko smutną egzystencją mięsnego worka, które nazywamy ciałem. Wystarczy, że spojrzę na własny brzuch, owłosione nogi czy blade ręce, aby zebrało mi się na wymioty. Próbuję je powstrzymać zamknięciem oczu, ale wtedy pojawia się kolejny obraz.

*

Wchodzę do sali balowej, rozświetlonej dziesiątkami migotliwych świec. Orzeźwiający zapach nocy zamienia się w słodką, ciężką woń cygar, perfum i namiętności. Esencja perwersji. Sala jest urządzona w stylu wiktoriańskim, w mrocznych, soczystych barwach położonych równą powierzchnią na dębowych boazeriach. Wyłożone ciemnokarminową tapetą ściany przypominają buduar.

Kilka par kopuluje na wielkim łożu. Parweniuszowska nagość ich ciał kontrastuje z eleganckimi ubraniami pozostałych, z głęboką czernią fraków i nieskalaną bielą koszul. Na ich tle, złączona w miłosnym uścisku grupa przypomina wielką, pulsującą narośl. Ramiona, nogi i głowy przeplatają się ze sobą, łącząc w jedno, obłąkańczo spółkujące ciało – jak u odbywających gody żab.

Wszystko jest przesycone duszną, oszałamiającą atmosferą seksu. Wszechogarniający zapach fizycznej miłości, spermy i potu wypełnia wnętrza niczym niewidzialna mgła.

Ktoś wymawia głośno moje imię. Obracam się i widzę zbliżające się ku mnie trzy postaci. Mężczyzna, wyróżniający się spośród nadchodzących, jest wysoki i szczupły. Jasne, lekko rudawe włosy przydają jego przystojnej twarzy dostojeństwa i powagi.  Towarzyszą mu dwie młodziutkie dziewczyny, tak do siebie podobne, że muszą być siostrami, o bladej skórze i jasnobłękitnych oczach. Przewiewne, wyglądające na drogie sukienki, przez które prześwitują ich drobne piersi ze sterczącymi sutkami podkreślają ich niesamowity wygląd… Są jak zjawy, na wpół eteryczne i nierealne. Nie mogę sobie przypomnieć imion, ale na pewno tę trójkę już kiedyś spotkałem. Gdzieś z odmętów pamięci wypływa jego nazwisko. Hrabia d’Ferrare?

– Dobry wieczór, hrabio – witam go uśmiechem. – Miło mi znów pana widzieć. Długo kazał pan nam czekać na swoje przybycie. Proszę mi pozwolić na drobny wyrzut, ale już bardzo dawno nie mieliśmy zaszczytu pana gościć między nami.

– Istotnie – odpowiada miłym, aksamitnym barytonem. – Ostatnimi czasy nieco zaniedbałem życie towarzyskie.

– Panie hrabio, wszyscy dopytują o pana. To zbrodnia pozbawiać nas tak długo swojej obecności. Ale cały czas liczę, że pan zagości między nami na dłużej. Proszę pamiętać, że jest pan zawsze najbardziej wyczekiwanym gościem. Ileż to już czasu minęło od naszego ostatniego spotkania?

– Długo. Widzieliśmy się chyba na pamiętnym przyjęciu u madame Ross?

– Tak mniemam. Nie można wszak zapomnieć niezwykłego widowiska, które zapewniły nam urocze towarzyszki pana hrabiego. Pozwolę sobie przekazać, że wielu moich gości liczy na powtórną przyjemność ujrzenia ich w tak niezwykłym spektaklu.

D’Ferrare uśmiecha się uprzejmie, ale trudno z tego wywnioskować, czy jest to obietnica czy może uprzejma odmowa.

– Proszę także przekazać wyrazy mojego absolutnego oddania Madame Ross i jej bliskim. Liczyłem na to, że odwiedzą nasz skromny zamek. Młody panicz George wydawał się zainteresowany zaproszeniem… Tymczasem jednak proszę rozejrzeć się po moim skromnym domu i korzystać do woli z uciech, które zapewniamy. Uwadze pana hrabiego i jego niepowtarzalnych towarzyszek polecam zwłaszcza atrakcje altany myśliwskiej.

Hrabia d’Ferrare skłania się lekko. Na jego ustach znów błądzi tajemniczy uśmiech. Ujmuje pod ramiona swoje młodziutkie towarzyszki i prowadzi je we wskazanym kierunku. Odpływają w dal. Piękna, elegancka trójka. Zjawiskowa. Magiczna. Po chwili, z oddali, dobiega nas rozgorączkowane poszczekiwanie psów. Żałuję, że nie zdecydowałem się odprowadzić moich gości i spędzić z nimi choć odrobiny czasu. Nie mam jednak okazji, by dłużej się nad tym zastanawiać, bo zbliża się ku mnie kolejna osoba.

Baronessa W. podchodzi do mnie zupełnie naga, jeśli nie liczyć obłędnie wysokich, czarnych szpilek i aksamitnego krawata tej samej barwy, nałożonego na nagą szyję. Drobne, jędrne piersi W. kołyszą się kusząco. Kruczoczarne włosy są już potargane i w nieładzie. Baronessa zwinęła je niedbale w luźny kok, który sprawia, że wygląda jeszcze bardziej pociągająco niż zazwyczaj. Esencja dzikości, rozpasania i bezwstydu – połączone z wysublimowaną elegancją. W subtelnych palcach przypominających dłoń wiolonczelistki, trzyma długą fifkę, w której czerwonym ognikiem żarzy się papieros.

– Monsieur, czy użyczy pan ognia damie w potrzebie? – baronessa W. ma niski, wibrujący głos, w którym każdy mężczyzna usłyszy zew seksualnego nienasycenia.

– Madame, tak pięknej kobiecie nie sposób odmówić – skłaniam głowę i sięgam po zapałki.

– Mam też inne potrzeby, które wymagają równie gorącego ognia – cedzi drapieżnym, zmysłowym altem, patrząc mi w głęboko oczy. Potem kładzie dłoń na swojej wygolonej kobiecości. – Chodź mnie wypieprzyć.

Czuję gwałtowny przypływ pożądania. Podnieca mnie jej prośba, prostacka, ordynarna i bezpośrednia, doskonale kontrastująca z jej pozycją społeczną. Nagle czuję inną dłoń na ramieniu.

– Moja droga, nie dam sobie dziś ukraść mojego ślicznego brata. Zamierzam wykorzystać go do spełnienia starej obietnicy…

Irene, moja siostra. Jeszcze bardziej zboczona niż ja. Ma tlenione na biało, krótkie włosy. Jej oczy gorzeją, a rozszerzone źrenice wydają się czarnymi, głębokimi studniami. Jest już tak pijana, czy może to efekt zażywanych narkotyków? Ma na sobie białą, nakrochmaloną męską koszulę i spodnie do konnej jazdy, wpuszczone w wysokie, skórzane buty. W dłoni trzyma pejcz. Umie się nim posługiwać. Przed chwilą widziałem, jak smagała nim młodego chłopaka, przywiązanego do krzyża świętego Andrzeja. Smagała mocno, bezlitośnie. A kiedy nasyciła uszy jego krzykami, założyła swoją ulubioną zabawkę – wielkiego penisa na skórzanej uprzęży – i brutalnie zgwałciła swoją ofiarę, sycąc uszy jego błaganiami o litość. A potem, jak gdyby nigdy nic, przebrała się i powróciła do naszych gości. Chłopaka odwiązano i na wpół przytomnego rzucono do pokoju, w którym kilku dojrzałych panów zabawiało się z młodzieńcami. Nowe ciało zostało powitane zachwyconymi okrzykami.

– Jakaż to obietnica? – baronessa W. wydaje się zaintrygowana.

– Och, to nasza słodka tajemnica… Prawda, braciszku? – Irene opiera się o mnie. Jej dłoń wężowym ruchem prześlizguje się po moim ciele, aby zaborczo ścisnąć mojego pęczniejącego w spodniach członka.

Baronessa W. obserwuje to z płonącymi oczami. Wygląda, jakby chciała się na mnie rzucić, zedrzeć ze mnie ubranie i posiąść. Tu, na podłodze. Razem z moją siostrą.

– Irene, przestań, mamy gości, którymi się trzeba zająć – mruczę nieszczerze. – Na wypełnienie obietnicy mamy jeszcze czas.

Siostra nachyla mi się do ucha.

– Chcę cię. Chcę, żebyś mnie wypieprzył – szepcze, spoglądając na baronessę. – I chcę mieć z tobą dziecko. Dziś. Chcę, żebyś mi dał pięknego, słodkiego chłopca, mój zboczony braciszku. Chcę zanurzyć się z tobą w odmęty kazirodczej miłości… I chcę, żebyś wiedział, że jestem dziś płodna. Bardzo płodna. I jeszcze bardziej napalona na ciebie niż zwykle.

Baronessa W. pilnie nasłuchuje. Wzwiedzione i napięte sutki dosadnie pokazują jej krańcowe podniecenie. Smukłe palce wślizgują się w jej wypielęgnowaną, wygoloną kobiecość. Przygryza wargi, dogadzając sobie bezwstydnie, stojąc pośród gości niczym wcielenie kobiecej chuci.

Przechodzący mężczyzna nie może się powstrzymać. Nagłym ruchem chwyta W. za rękę i odciąga w kąt pokoju. W. nie opiera się, choć wciąż patrzy na moją siostrę. Ale na baronessę już czeka inna rozkosz. Tam, na olbrzymim łożu, czwórka karłów przebranych za małych chłopców kopuluje z wielką, grubą kobietą przypominającą samicę w szczycie rui. Ma gigantyczny brzuch i piersi przywodzące na myśl krowie wymiona. Karzełki wyglądają doprawdy zabawnie w dziecięcych ubrankach, ale ich członki są wielkie jak u zwykłego mężczyzny. Sterczą z rozporków, grube i nabrzmiałe niczym penisy jakichś groteskowych zwierząt.

Cała piątka zgodnie parzy się na łóżku. Z fascynacją pomieszaną z odrazą obserwuję, jak jeden z karłów prawie znikł między tłustymi, nalanymi udami kobiety. Dwóch innych miętosi wielkie cyce, pozwalając, aby dłonie kobiety zajmowały się ich penisami.

Mężczyzna, który porwał od nas baronową, ciągnie ją w kierunku łoża. Gdy W. pada na wznak, czwarty z karłów z radosnym rechotem włazi na nią, wtłaczając swojego fallusa prosto w jej usta. Baronessa krztusi się i dławi, ale dzielnie przyjmuje swoją rolę. Mężczyzna rozpina rozporek i wbija się w kobiece łono niczym buhaj dosiadający jałówki. Irene i ja patrzymy na to jak na scenę parzących się zwierząt. I oboje odczuwamy rosnące podniecenie.

– Chcę cię. Chcę cię teraz, braciszku. I nie dam cię dziś żadnej innej. Masz dziś mnie zapłodnić. Mnie. To jest nasza noc – mruczy Irene, nie przestając ugniatać mojego penisa. Oboje wiemy, że już wygrała.

*

I znów scena rozmazuje się i odpływa. Przez chwilę jedna Rzeczywistość walczy z drugą o lepsze. Mój mózg rozpaczliwie walczy o ustalenie, która z nich jest prawdziwa. Czuję się jak tonący, któremu na chwilę udało się wydobyć na powierzchnię. Zachłystując się, wciągam do płuc ożywczy haust Teraźniejszości, po czym znów czarna otchłań zamyka się nade mną. I znowu inny świat bierze mnie w swoje posiadanie.

*

Jest upalny, letni wieczór. Słońce już zaszło, ale powietrze nadal przepełnia jego żar. Ciemna toń jeziora jest atramentowoczarna i spokojna. Idziemy ku niej wolnym krokiem, pogrążeni w niezręcznym milczeniu.

Tyle razy układałem sobie w głowę tę rozmowę. Tyle razy planowałem, jak wyrazić swoje uczucia. I zawsze, za każdym razem rozumiałem, że strach przed odrzuceniem mnie zadławi.

Monika jest najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem. Jest delikatna, ulotna i wrażliwa. A ja zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, kiedy tylko weszła do naszej klasy. Boże, jak ja pragnąłem, aby nauczycielka kazała jej usiąść obok mnie…

Przez pierwsze trzy miesiące bałem się do niej nawet podejść. Bałem odezwać. Jej delikatność, jej słodka niewinność mnie onieśmielała. Zresztą nigdy nie miałem odwagi do dziewczyn. Chłopaki już dawno mieli za sobą swoje pierwsze razy, a ja – wieczny marzyciel i niedojda – nawet nie zaproponowałem żadnej dziewczynie chodzenia.

I nagle zdarzył się cud. Moi rodzice po jednej z wywiadówek zaprosili rodziców Moniki na naszą działkę. Właśnie siedzą w tej chwili i popijają na tarasie wino.

– Monika, ja chciałem… ja chciałbym – zaczynam fatalnie i słowa więzną mi w gardle.

– Tak, słucham? – pyta moja Bogini. Jej ciepły, cichy głos rozlewa się miodem w mojej duszy. Zdobywam się na odwagę. Teraz albo nigdy. W nagłym akcie desperackiej odwagi chwytam dziewczynę za rękę.

– Monika, wiem, że to strasznie głupie, co powiem. Ja… ja chciałem ci to powiedzieć dawno… bardzo dawno… bo widzisz… ja bym bardzo chciał, żebyś zgodziła się zostać moją dziewczyną. Bo bardzo mi się podobasz, ale nie miałem wcześniej odwagi. I teraz….

Z każdym wyrzucanym słowem rośnie mi w gardle dławiąca kula niepewności. W końcu nie mogę już oddychać. Zaciskam oczy, żeby nie zobaczyć na twarzy mojej Miłości wyrazu zaskoczenia albo drwiny. Czas dłuży się nieprawdopodobnie.

I wtedy czuję łagodny dotyk oddechu na mojej twarzy.

– Ty też mi się podobasz…

Coś nieskończenie miękkiego, delikatnego i subtelnego dotyka moich ust. Czuję zapach skóry Moniki. Łagodny i dziewczęcy. Taki, jaki zawsze wyobrażałem sobie w snach.

Pocałunek, który nadchodzi jest nieśmiały i nieporadny. Oboje jesteśmy niedoświadczeni, oboje próbujemy dopiero poznać, czego chcemy. Włosy Moniki muskają moje policzki. Otwieram oczy i napotykam niepewne, błyszczące spojrzenie dziewczyny.

Tak rodzi się miłość.

*

Czuję, jak fala mdłości podnosi się do gardła. Niewyobrażalnym wysiłkiem woli powstrzymuję wymioty. Obskurny pokój wiruje wokół mnie. Dlaczego Powrót zawsze jest taki trudny?

*

Ten sam pałac, to samo życie, ta sama Rzeczywistość. Tylko inny czas, choć poza nim  nie zmienia się nic w upojnym ciągu całkowicie dekadenckich orgii. Teraz jest zima.

Siedzimy w niewielkim, przytulnym saloniku. Markiz d’Sablet, Irene i ja. Irene jest w piątym miesiącu ciąży, ale to tylko roznieca jej seksualny temperament. Uczestniczy w każdym spotkaniu, nie opuszcza żadnej okazji do nurzania się w bezeceństwach. Dziś także cały pałac rozbrzmiewa głosami hucznej zabawy. Markiz przygląda się mojej siostrze wzrokiem pełnym wyrafinowanej lubieżności pomieszanej z fascynacją i czymś jeszcze, czego nie jestem w stanie określić. Próbuję zrozumieć i przeniknąć, co kryje się za tym spojrzeniem tak mocno, że aż gubię wątek rozmowy.

Nagle zapada cisza. Irene wpatruje się we mnie wyczekująco, od niechcenia pieszcząc dłonią sterczący z rozporka narząd markiza. D’Sablet jest geniuszem kontroli własnego ciała. Jak on potrafi prowadzić rozmowę, gdy moja cudowna, zboczona siostra trzyma go na krawędzi orgazmu? Ją to też bawi. Właśnie patrzy na mnie tymi swoimi błyszczącymi, niesamowitymi oczami.

– Odpowiedz, proszę… – dociera do mnie, że zadała mi jakieś pytanie.

– Przepraszam, moja słodka, zamyśliłem się. O co pytałaś?

– Co jest dla ciebie sensem życia?

Zaskoczyła mnie. Aby zyskać na czasie, zapalam długiego, egipskiego papierosa i przez chwilę delektuję się jego aromatem.

– Dziwny problem – mówię po chwili. – Nie zastanawiałem się nad tym. Może po prostu łapanie chwili? Carpe diem?

Markiz mruży oczy w tak dobrze mi znanym złośliwym uśmiechu.

– Dlaczego chwili? Przyjemność trzeba sobie przedłużać. Smakować ją. Popatrz, nasza słodka Irene doskonale to rozumie. Ledwie powstrzymuję się przed dojściem…

– A ja ledwo powstrzymuję się, żeby nie wpakować sobie twojego członka prosto do gardła – mruczy moja siostra, a jednocześnie przyszła matka mojego dziecka. – Uwielbiam czuć, jak twoja sperma zalewa mi gardło. Nie rozumiem, jak kobiety mogą wzdragać się przed tym wspaniałym uczuciem połykania męskiej esencji…

– No, to może przyjemność wieczna? – próbuję skoncentrować się na zadanym pytaniu. – Wiesz, każda religia ją obiecuje. A skoro robi to każda z nich, to coś musi w tym być.

– Przecież to absurdalne – mówi d’Sablet wzruszając ramionami. – Każda religia jest sztuczna. Narzuca ograniczenia naszemu człowieczeństwu, prezentując mu jakąś ułudę. Miraż. Jeśli chodzi o sprawy religii, ludzie są winni wszelkich możliwych nieuczciwości i występków intelektualnych. To zresztą nie moja opinia, chyba to powiedział ktoś mądrzejszy ode mnie.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo ludzie z niezrozumiałych dla mnie powodów hamują swoje popędy w sztuczny sposób, odwołując się do wyimaginowanych bytów. A jednocześnie zazdroszczą im swobody. Och, popatrz choćby na Greków. Przecież Zeus pieprzył wszystko, co się rusza. I dzięki boskiej mocy – w takiej postaci, jak chciał. Europę posiadł jako byk. Wyobrażasz to sobie? Potężny buhaj gwałcący młodą kobietę? Kompletna, symboliczna dominacja siły nad uległością. Archetyp wzięcia w posiadanie. Natomiast Leto posiadł jako łabędź. Kompletne nieprzystosowanie gatunkowe, a jednak ją zapłodnił. Seks międzygatunkowy – jakże piękny, a jak wielkie tabu stanowiący. Albo zapładniający Danae złoty deszcz. Zwróćcie jednak uwagę: Zeus to robił z lubością i na wszystkie sposoby, ale ludziom nie pozwalał. Dlaczego?

– Żeby mu zazdrościli?

– Ba! Ale czego? Samego aktu prokreacji? Bzdura! Ale władza… tak, to jest klucz. Widzisz: Zeus jest symbolem omnipotencji. Robi to, co chce, jak chce i z kim chce. Kiedy chce! Zauważ, że w ten sposób przełamuje odwieczny męski lęk przed impotencją.

– Mój brat nie musi się jej bać – parska Irene gładząc się po brzuchu. – Gdy tylko mnie widzi, staje mu na zawołanie.

– Mylisz się. Każdy mężczyzna boi się impotencji. Bo naszą rolą jest zdobywać, pokonywać i upokarzać swoich wrogów. Brać sobie ich kobiety i dołączać do własnego stada. Jesteśmy zaprogramowani na bycie samcami alfa. Ale każdy z nas podświadomie i podejrzliwie patrzy, czy jego konkurent i zabójca już się nie czai za plecami.

– Zeus zrzucił z tronu swojego ojca, Uranosa…

– Właśnie. Żeby rządzić, władać i zapładniać. Trzeba zrzucić z piedestału poprzednika. A potem trzeba stale potwierdzać swoją potencję. To męska, naturalna potrzeba. Z kolei bierność, masochizm i narcyzm są najbardziej znamiennymi, uwarunkowanymi biologicznie cechami kobiet. To także zresztą nie tyle moja opinia, co cytat. Jeśli cię to bawi, możesz w wolnej chwili poszukać źródła.

– Odwieczny ludzki popęd? Ale przecież posiadanie dzieci jest uważane za moralne, a mordowanie – nie.

– Rzeczywiście, prokreacja jest zasadniczo celem seksu. Ba, charakterystyczną cechą wszystkich perwersji jest nieobecność w nich reprodukcji. To stanowi kryterium, przy pomocy którego psychoanaliza określa perwersyjność danej aktywności płciowej – gdy czyni osiąganie przyjemności celem w oddzieleniu od celu rozrodczego. Seks homoseksualny dla wielu jest tabu nie dlatego, że jest nieprzyjemny, ale że odrzuca jakąkolwiek szansę na zapłodnienie. Ale apologia prokreacji to także ułuda. Właściwym, ponadbiologicznym prawem jest przyjemność. To wiedział już nawet Arystyp z Cyreny. On wiedział. Jego maksymą życiową było: “Jedynym dobrem jest przyjemność, a jedynym złem – przykrość”. Tyle, że od wieków prawo zakazuje ludziom robić to, do czego skłaniają ich popędy. Bo inaczej każdy byłby Zeusem. Albo próbował nim być.

– No, a co sądzisz o naszym dziecku? – pyta Irene. – Dla wielu byłoby złamaniem praw natury. Jest owocem złamania odwiecznego tabu incestu.

– Bzdura – markiz d’Sablet jak zwykle zapala się do dyskusji. – Chów wsobny nie jest zły sam w sobie. On tylko uwypukla cechy dziedziczone. Te pozytywne i te negatywne. Przecież chów wsobny od wieków stosujemy w hodowli zwierząt. Wasze dziecko odziedziczy i wzmocni wasze cechy. Zarówno te dobre, jak i te złe.

– To dlaczego istnieje tabu kazirodztwa?

– Bo ludzie w odniesieniu do siebie boją się tego, czego nie unikają w hodowli. Eliminacji tych, u których ujawniły się cechy negatywne.

– Uważasz, że powinno się zabijać ułomne dzieci?

– Nie. Dlaczego mielibyśmy to robić? Z punktu widzenia gatunku wystarczy, że nie będą się dalej rozmnażać.

– No, ale teoretycznie mogłyby…

– Właśnie. Dlatego wymyślono tabu kulturowe. Ale zauważcie: nieskończenie wielu cywilizowanych ludzi, którzy wzbraniają się przed zabójstwem czy kazirodztwem, nie odmawia sobie bynajmniej zaspokojenia żądzy posiadania, agresji i żądzy seksualnej. Nie wzdragają się szkodzić innym: kłamstwem, oszustwem, zniesławieniem, o ile może to ujść bezkarnie; i stan ten utrzymuje się zaiste od wielu wieków istnienia kultury.

– Braciszku – rozmarzonym głosem mruczy moja Irene. – Myślisz, że nasze dzieci będą tak bardzo chutliwe jak my? Przekażemy im w genach umiłowanie seksu?

– Myślę, że tak – uśmiecham się, widząc zapalający się w oczach przyszłej matki lubieżny błysk.

– Wspaniale. Nie mogę się już doczekać momentu, gdy zaczniemy je wprowadzać w świat naszych erotycznych fascynacji.

– Niezależnie od tego, czy urodzi się nam córka czy syn?

– Niezależnie.

– Jesteś zboczoną wariatką, wiesz?

– Wiem, głuptasie. Oboje jesteśmy. Mamy to po rodzicach.

– Uwielbiam słuchać waszych libertyńskich rozmów. –  Nigdy nie wiadomo, czy d’Sablet mówi poważnie, czy żartuje. – Czyż może być coś bardziej uwolnionego od idiotycznych więzów drobnomieszczańskiej moralności niż brat i siostra planujący uprawianie seksu z własnymi dziećmi?

– Większość ludzi ukamieniowałaby Irene już za sam fakt, że świadomie i z pełną premedytacją zaciągnęła mnie do łóżka w najbardziej płodne dni.

– A jeśli jeszcze usłyszeliby, że zamierzam zaciągnąć własne dziecko do naszego łóżka, żebyś to właśnie ty je rozdziewiczył, braciszku… i to niezależnie od jego płci – prycha moja siostra, nie przestając robić dobrze rozpartemu w fotelu markizowi.

– Irene, czy ja ci już mówiłem, że jesteś najcudowniejszą pod słońcem libertynką – wzdycha d’Sablet. – Powinnaś napisać książkę o swoich poglądach na temat rodzinnego seksu. Z miejsca byłaby bestsellerem w naszym zboczonym środowisku.

– Och, mam dość tych filozoficznych rozważań – mówi Irene i podnosi się z kanapy. – Chodźcie, przejdźmy się. Zbytnio się podnieciłam i ze smutkiem konstatuję, że dawno nie patrzyłam na porządne rżnięcie.

My także wstajemy i we trójkę opuszczamy pokój, pogrążając się w świecie trwającej w całym zamku orgii. D’Sablet nie bawi się nawet w chowanie swojego sterczącego członka w spodniach. Irene na chybił-trafił wybiera drzwi, zza których dochodzą głośne jęki i posapywania. Wchodzimy do pokoju.

Dwóch mężczyzn, zupełnie nagich, spoczywa na gigantycznym łożu zasłanym dziesiątkami karminowoczerwonych, zdobnych złoconymi dekorami poduszek. Obaj mężczyźni są zupełnie nadzy i pogrążeni w leniwej rozmowie. Obaj mają już swoje lata, a ich sylwetki, brzuchate i spocone, świadczą że wiodą życie sybarytów i hedonistów, nieodmawiających sobie jadła i trunków. Ani innych przyjemności.

Dwóch młodziutkich chłopców o twarzach uroczych aniołków, przywodzących na myśl wczesne prace Donatella, dogadza im oralnie. Każdy z nich umiejętnie i z oddaniem pracuje nad zaspokojeniem swojego patrona. Wielkie, nabrzmiałe penisy mężczyzn stanowią obleśnie perwersyjny kontrapunkt dla ich drobnych ust. Trzeci chłopiec, niewiele starszy od dwóch pozostałych, ułożył się tuż obok jednego z mężczyzn i nadstawił swojego malutkiego członka do pieszczot. Jego drobne, białe ciało wydaje się jeszcze mniejsze w zestawieniu z wydętym, owłosionym brzuchem mężczyzny. Ten, nie przerywając dyskusji ze swoim rozmówcą, machinalnie bawi się małym, lecz dumnie wzwiedzionym przyrodzeniem młodzika.

Irene obserwuje to wszystko zachłannym spojrzeniem, kurczowo ściskając mnie za rękę.

– To cudownie perwersyjne – mruczy mi do ucha. – Jak w greckim domu publicznym. Esencja męskiej chuci. Same fiuty. Żadnych cipek.

– Nie moja bajka – wzruszam ramionami.

– Jesteś głupi. Gdybyś zamknął oczy, nie wiedziałbyś, czy obciągam ci ja, służąca czy ten cudowny chłopiec. Patrz, jaką ma słodką buzię!

– Ciebie bym rozpoznał.

– Wiem – śmieje się. – Ale ja nie potrafiłabym tak długo trzymać cię bez orgazmu jak oni. Uwielbiam czuć, jak dochodzisz. Dla mnie, we mnie albo na mnie. Uwielbiam twoją spermę, wiesz?

Przez chwilę przyglądamy się scenie. A potem wychodzimy, pozostawiając sprawy własnemu biegowi. D’Sablet decyduje się zostać. Rzucając mu pożegnalne spojrzenie widzę, jak kładzie się na łożu i przygarnia do siebie jednego z chłopców. Chwilę gładzi go po pośladkach po czym każe mu uklęknąć na łóżku i wypiąć drobny tyłek. Z niedowierzaniem patrzę jak gruby penis zaczyna napierać na delikatny otwór analny. Chłopiec kurczowo zaciska dłonie na pościeli, ale jego przeciągły jęk nie jest wyrazem bólu, lecz rozkoszy.

– Kręci cię to? – pyta przekornie Irene. – Bo jeśli tak, to z radością oddam ci zaraz moją tylną dziurkę. Jestem do twojej dyspozycji, braciszku. Jak zawsze.

Nie potrafię się jej oprzeć. Chcę ją posiąść teraz, właśnie teraz. W tym perwersyjnym, libertyńskim otoczeniu, z młodzikami sprawnie obsługującymi swoich klientów, ja chcę przerżnąć jedyną cipkę, która jest w okolicy.

*

Nagle cała scena odpływa. Ostry dźwięk wdziera się we wspomnienie i ponownie brutalnie i bezwzględnie przywraca mnie do rzeczywistości. Iniekcje są zakończone. Automaty przestają upychać chemiczną papkę w moje żyły. W organizmie krąży już odpowiednia ilość neurochemów i hemostatyków. Przytomnieję. Zabawa ze Switchem jest niebezpieczna nie tylko przy samym Odłączeniu. Switch kusi, żeby z niego nie wychodzić. Switch kusi, żeby powrócić. Żeby zostać Tam. Tym, kim się chce być.

Z westchnieniem podnoszę się do pozycji półsiedzącej. Wysuwam wtyki z gniazd, które tkwią w mojej czaszce, i wyjmuję igły z przedramienia. Patrzę z niepohamowaną pogardą na swoje ciało, które jest mdłe i rozlazłe. Mięso. Pulsujący zlepek komórek, mazi i śluzu. Jakże kontrastuje z doskonałą prostolinijnością lśniącej igły. Siadam na łóżku, opuszczając nogi.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Pociągające i odrzucające zarazem. Piękne i straszne. Niesanowite. Hipnotyzujące.
Nie podejmuję się określić, czy to najlepsze do tej pory opowiadanie, jakie dane mi było przeczytać na NE, ale bez dwóch zdań jedno z najlepszych!

PS Nie wiem, jak inni, ale ja uwielbiam nawiązania do innych autorów oraz ich dzieł! I na pewno przeczytam tekst raz jeszcze, by je wszystkie wyłuskać. A przynajmniej się postaram! 🙂

Ja pierdolę… I właściwie skończył mi się pomysł na kreatywny komentarz. No ja pierdolę… Jak siedzisz w opowiadaniach erotycznych tak długo jak ja, w zasadzie nie ma opcji, żeby coś Cię ruszyło. A ja… Skończyłem czytać ten tekst i odruchowo sprawdziłem czy tornister na jutro spakowałem, do szkółki niedzielnej. Gdzie tam ja? Czytasz tekst klienta i wiesz, że to jeden z najlepszych, które przyswoiłeś, taki, co to go będziesz pamiętać do końca życia. Że chłonąłeś go, nie jak kolejne, proste opowiadanko o grzmoceniu na pralce między rosołem, a schabowym, ale… No kurwa. Ilość intertekstualnych nawiązań do filozofów, pisarzy, kurwiarzy i ladacznic jest tak wielka, że będę wracał tutaj jeszcze nie raz. I uczciwie mówię, że jestem za głupi, żeby znaleźć wszystko bez pomocy wyszukiwarki. Ba, nie potrafię nawet rozwikłać wszystkich środowiskowych nawiązań, a przecież zdawało mi się, że powinienem kojarzyć całe rozpisane erotycznie towarzystwo.

Raven robiący intertekstualne nawiązanie do samego siebie. Coś fantastycznego! Kiedyś powiedziałem jednemu ze swoich podopiecznych, że dobry pisarz musi mieć duże ego – za tę oczywistą w sumie uwagę chciano mnie spalić na stosie. A to był komplement, właśnie o coś podobnego mi chodziło. Nie mam żadnych, najmniejszych nawet wątpliwości, że Ravenheart godny jest wszystkich legend, które o nim krążą. Napisałeś, Drogi Autorze, tekst WYBITNY, najlepszy w karierze, jak dotąd. Wyszedłeś poza opowiadania erotyczne, jednocześnie ani na chwilę nie przestając być obrzydliwie dobrym pornografem.

No ja pierdolę. Jak żyć? Poprzeczka powędrowała bardzo, bardzo, bardzo wysoko. W zasadzie powinienem odpuścić sobie pisanie emocjonalnych komentarzy po nocach, ale… Nie chcę. Bo należy Ci się, jak psu buda.

Lis

@Lisie – potwierdzam każde słowo, które napisałeś! Powiem więcej – to jest ten moment, w którym ja osobiście zaczynam się serio zastanawiać, po co w ogóle piszę? Oczywiście znam swoje miejsce w szeregu, ale i tak w porównaniu do takich dzieł, jak powyższe, moje wypociny wygladają jak zupki z proszku przy Beef Wellington.

PS Składam oficjalną petycję, żeby Ravenheart wreszcie wydał swoją twórczość przynajmniej jako e-book, a najlepiej na papiurze! I do księgarń z nią! Bo tak! A jeśli nie, trzeba go będzie do tego zmusić! 😀

Myślę, że już zostało wyżej powiedziane wszystko lub prawie wszystko na temat tego dzieła. Jestem zachwycona, onieśmielona i oczarowana talentem, twórczością, lekkością pióra, a jednocześnie tak silnym przekazem. Aż dech zapiera. Ustawiam się pierwsza w kolejce po książkę Ravenheart’a. Ukłony i wielkie brawo.
She Wolf

Ps. Chyba czas

Przepraszam za “PS” – tego miało nie być 😉

Analogowi jesteście, na książkach nawet topowi pisarze zarabiają śmieszne pieniądze. Ravenovi to ja bym od razu dał serial na Netflixie. Biłby rekordy rekordów i tego właśnie Autorowi życzę. Nawet jeśli skończysz na pornhubie, będziesz ustawiony do końca życia ostatniego z Twoich prawnuków 🙂
A wiecie co jest najlepsze? Fakt, że podzieliliśmy ten tekst ze względu na objętość na dwie części.

To się nazywa Ravenheart w szczytowej formie!!! 😀

Drodzy,

dziękuję za komentarze, którymi mnie zaszczycacie. Uważam, że są przesadzone 🙂 I nie jest to wyraz fałszywej skromności.

Naprawdę, wolałbym więcej krytycyzmu 😀

Sam widzę niedostatki Switcha 2.0, a przecież moje spojrzenie jest wysoce nieobiektywne. Zastanawiałem się na przykład, czy to w ogóle jest tekst erotyczny. Bo, oczywiście, są w nim “momenty”, ale z drugiej strony moim celem było oddanie hołdu gatunkowi, jako takiemu oraz najróżniejszym Autorom, Postaciom naszej Erosceny, które naprawdę cenię. I których uważam za Pisarzy lepszych ode mnie – choćby to, że ich teksty zawsze trzymają poziom, a mnie zdarzały się rzeczy lepsze i gorsze. Jest w tekście także próba postawienia pytań – co może jeszcze być przedmiotem podniecenia, a co już przekracza tę granicę. Albo: czy jest granica dobrego smaku?

Czy na Najlepszej jest miejsce dla mrocznych scen (jak ta z gwałtem na ciężarnej)? Czy można swobodnie pisać o “tentaclach” i czy kogoś może to ciekawić (poza fanatykami hentai). Albo co Czytelnicy powiedzą na scenę z chłopcami (nawiasem mówiąc, bardzo bym chciał napisać opowiadanie gejowskie!). Ktoś napisał o mnie, że lubię patrzeć na erotykę z różnych punktów widzenia i zagłębiać się w mroczne meandry ludzkich perwersji. Tak, chyba rzeczywiście coś w tym jest. Przy czym – to, o czym piszę, nie zawsze musi fascynować MNIE. Tak jak autor kryminałów nie musi być przecież mordercą (nawet w fantazjach!). Pisanie traktuję trochę jak rzemiosło – mam do wykonania dzieło, które trzeba tak zrobić, aby Czytelnik się nim zafascynował (nawet jeśli to jest jeleń na rykowisku – to niech on będzie, nieziemskim jeleniem :D).

Pozwoliłem sobie także znowu poumieszczać w tekście różne nawiązania (Foksiu i Agnesso dziękuję za zauważenie tego :D). Ciekawy jestem czy wszystkie rozszyfrujecie 😀 Są nawiązania do filmów, do książek, do filozofów nawet (podobnie jak w pierwszych Switchu, choć było tam tego dużo mniej). To moja ulubiona gra z Czytelnikami. Trochę tak, jakbym ich zachęcał do wejścia w świat przedstawiony i do aktywnego szukania.

Hmmm… czyżbym właśnie próbował Wam podłączyć SoulShare? 😀

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze – to właśnie dla nich piszę. Nie dla ocen, bo oceny wystawia się szybko, łatwo i przyjemnie, a ściganie się na gwiazdki kompletnie mnie nie rusza. Wolę dostać jeden przemyślany komentarz od Czytelnika (no, a zwłaszcza Czytelniczki :D) niż sto najlepszych ocen.

Zgodnie więc z życzeniem Ravenhearcie, masz krytykę:
– niektóre pojęcia mogłyby – czy wręcz powinny – zostać wytłumaczone na końcu. Chyba że planujesz to w drugiej części,
– czasami w narrację wplata się chaos i nie do końca wiadomo w jakim stanie znajduje się narrator,
– nawet kilka słów udało mi się znaleźć z niewłaściwymi formami, ale teraz na szybko ich sobie nie przypomnę na wyrywki…
Tylko w ten sposób można szukać dziury w całym w każdym tekście, nawet najlepszym z najlepszych. Pytanie – po co? Dla czystego czepialstwa?

A skoro już doszliśmy do pytań, to zadawaj ich jak najwięcej, bo potrafisz to robić! Pytasz o rzeczy trudne – wręcz takie, gdzie ani prosta ani przyjemna odpowiedź nie jest możliwa, ale robisz to z wielkim smakiem i klasą. Można oczywiście napisać opowiadanie oparte całkowicie ,a którymkolwiek z podawanych wyżej motywów, jednak wyszedłby z tego najpewniej pretensjonalny, oparty na prostackiej kontrowersji pornos. Natomiast sceny te, wplecione w taką a nie inną konwencje opowieści, w której jawa miesza się z narkotycznym snem (?) bohatera, mają zupełnie inną siłę oddziaływania. Z jednej strony uderzają z wcale nie mniejszą siła, ale z drugiej każą się zastanowić nad granicami, których nie jesteśmy (lub właśnie jesteśmy?) w stanie przekroczyć. I to jest wspaniałe.
Pomijam już nawet styl, bo nie wiem czy jest rzecz, której nie potrafisz zrobić. Tekst jest trudny w odbiorze nie tylko pod względem treści, ma też nieraz rozbudowaną strukturę zdań, specjalistyczne słownictwo, masę odniesień – o których sam wspominałeś – i wiele więcej, a jednak niesamowicie wciąga i jest niemożliwie wręcz “czytalny”. Do tego trzeba być nie tylko autorem dobrym warsztatowo i mającym pomysły, ale także (a może przede wszystkim) cholernie inteligentnym i wrażliwym.

Czekam jak na szpilkach na drugą część, a potem na pewno przeczytam obie jeszcze raz wspólnie 😀

W drugiej jest o wiele mnie seksów, za to więcej cyberpunka 😉

Napisz komentarz