Nowy świat czarownic 48-50 (Nefer)  3.91/5 (7)

42 min. czytania

Valentine Cameron Prinsep, „Z pierwszym dotykiem zimy lato gaśnie”

48

Udowadnianie wyjątkowej zdolności gromadzenia oraz dostarczania magicznej siły zajęło Marcusowi sporą część nocy. Wreszcie, wyczerpani, zasnęli oboje z Bereniką. Późne śniadanie spożyli w łóżku. Przypomniał sobie zwyczaje z Międzyrzecza i pomyślał nawet, że oto zaczyna wieść życie niczym jeden z małżonków margrabiny, cieszący się aktualnie szczególną przychylnością pani zamku, ale myśl ta nie wywoła w tej akurat chwili odruchu niechęci. Musiał przyznać, że matka potrafiła z uroków tegoż życia korzystać i w pewnych sprawach warto jej zwyczaje naśladować. Tym bardziej, że nieformalne śniadanie pozwoliło uniknąć spotkania z Lucjuszem, a zwłaszcza konieczności spożycia wspólnego posiłku i rozmowy z Lady Lawinią. Niestety, Berenika przerwała leniwie upływający poranek. Zamierzał właśnie objąć panią i małżonkę, by zachęcić ją do przeprowadzenia kolejnej próby jego własnych talentów, gdy łagodnym, ale zdecydowanym ruchem wyswobodziła się z objęć chłopaka.

– Przepraszam, Marcusie, ale mamy wiele spraw do załatwienia. Spraw naprawdę ważnych, którymi nie chciałam wczoraj psuć naszego wieczoru, gdy już zdołaliśmy się pogodzić. Ale one nie mogą czekać i musimy się nimi zająć.

– Chciałaś powiedzieć, pani, że to ty się nimi zajmiesz. Mnie nie zamierzałaś podobnymi kwestiami zaprzątać ani wczoraj, ani też nie zamierzasz dzisiaj. Czy życzysz sobie, bym oddalił się do moich komnat?

– Marcusie, nie zachowuj się jak obrażony chłopiec. Zapowiedziałam, że chcę korzystać z twojej pomocy przy sprawowaniu rządów i to prawda. Tym bardziej, że to, czego się dowiedziałam, dotyczy nas obojga. Chodzi o lady Berengarię.

– Co takiego szykuje znowu twoja matka?

– Prosiłam cię, żebyś tak jej nie nazywał. Stara księżna nie tylko planowała straszne rzeczy, ale też od dawna te swoje plany realizowała. Ubieraj się, sam się o tym przekonasz.

– O co chodzi?

– Najlepiej, żeby opowiedział ci o tym ktoś inny. Ktoś, kto również stał się jej ofiarą.

– Któż taki? Bo tych ofiar nie brakuje.

– Sir Adrian, ale masz rację, nie tylko on. Ubieraj się – powtórzyła. – Tylko daruj sobie ten oficjalny strój dworski. Jeszcze wczoraj kazałam sprowadzić tutaj twoje normalne rzeczy. Musimy zejść do lochów.

Sama również nie zamierzała przywdziewać poprzedniej, wyszukanej toalety, zniszczonej zresztą ich wspólnymi staraniami. Obojgu wystarczyły wygodne, myśliwskie kubraki, spodnie i buty. Marcus pomyślał przelotnie o zabraniu jakiejś broni, ale uznał to za zbędne. Oboje przepełniała przecież moc.

Berenika poprowadziła chłopaka nieznanymi mu dotąd korytarzami i schodami. Nic dziwnego, lochy Złotej Bramy odwiedził dotąd tylko raz, w szczególnych okolicznościach i albo nie miał wtedy okazji, albo nie dbał o zapamiętanie rozkładu pomieszczeń. Dotarli wreszcie do surowych, strzeżonych przez kilku strażników odrzwi. Za czasów Lady Berengarii z pewnością nie zostałby przepuszczony, na rozkaz młodej księżnej stanęły obecnie otworem. Dziewczyna przyjęła podaną jej pochodnię, to samo nakazała Marcusowi, odrzuciła jednak proponowaną asystę zbrojnych.

– To nie będzie potrzebne.

Zagłębili się w ponurych czeluściach zamku. Chłopak przypomniał sobie poprzednią wizytę, odbytą w towarzystwie Lady Berengarii, pełną przerażających zdarzeń. Najgorszym z nich była oczywiście okropna śmierć Anity, zamordowanej przez szalonego sir Oswalda. Księżna osobiście dopomogła w tym mordzie czwartemu małżonkowi, by później odbyć z pobudzonym zwyrodnialcem stosunek i pozyskać moc. Na szczęście, stało się to już bez obecności samego Marcusa. Mógł natomiast przyglądać się dokładnie odbieraniu mocy zgromadzonej przez upodlonego sir Adriana, czerpiącego zresztą z własnego zniewolenia dziwaczną podnietę. Otrząsnął się z tamtych wspomnień. Chory sir Oswald już nie żyje, on sam spalił mordercę na popiół, stara wiedźma trzyma się z daleka od Złotej Bramy, a cierpienia pana Trzeciego dobiegły wreszcie końca. Tylko dlaczego nadal przebywa w lochach? Przecież zależało mu na ujrzeniu na własne oczy budzącej się do życia wiosennej przyrody, łąk, lasu, nieba. Obecnie zbliżała się zima, ale zawsze to lepsze, niż tkwienie w podziemiach?

Marcusowi zdawało się, że rozpoznaje korytarz i okute żelazem drzwi. Berenika w charakterystyczny sposób uderzyła w nie pięścią. Trzy razy, przerwa i znowu trzy razy.

– Otwierajcie, tu pani Siedmiu Bram!

Wrota uchyliły się z lekkim skrzypieniem. O dziwo, chłopak ujrzał znajomą postać jednej z dawnych strażniczek sir Adriana. Obydwie mocno wbiły mu się w pamięć, nie mógł się mylić. Tak, to musiała być starsza z nich, nosząca podobnie jak wtedy lekki, nabijany metalem pancerz ze skóry oraz wysokie buty na wąskich obcasach. Przynajmniej nie trzymała w dłoni bicza, a sir Adrian, widoczny w świetle pochodni, bo blask późnojesiennego słońca z trudem przedostawał się do celi, nie nosił tym razem łańcuchów, odział się w sposób godny szlachetnie urodzonego i ogólnie wyglądał na zdrowego oraz dobrze odżywionego. Drzwi w kracie dzielącej pomieszczenie pozostawały otwarte.

– Witaj, Szlachetna Pani. – Gwardzistka oddała salut.

– Witaj, Edyto. Gdzie Olga?

– Zajmuje się specjalnymi więźniami, wiesz którymi, pani. Jeden z nich wymagał akurat szczególnej opieki i wypadła kolej Olgi.

– Rozumiem. Pomóż jej, jeśli chcesz. Chciałabym porozmawiać z sir Adrianem.

– Jak rozkażesz, Dostojna Pani.

Edyta ponownie oddała honory i opuściła celę.

– Witaj i ty, sir Adrianie. Mam nadzieję, że niczego ci nie brakuje i czujesz się dobrze?

– Tak, Szlachetna Pani. Czuję się tak dobrze, jak to tylko możliwe. Chciałbym stąd wyjść, choćby na deszcz i zawieruchę, ale wiem, że w tej chwili mogłoby to zaszkodzić twoim planom.

– Wolałabym, byś nazywał mnie Bereniką, albo przynajmniej lady Bereniką, jeśli już koniecznie musisz.

– Tak, oczywiście. Wybacz, lady Bereniko. Jeśli pozwolisz, pozostanę przy tym tytule. Tak bardziej wypada, a zresztą, przyzwyczaiłem się przez te wszystkie lata.

Niespodziewanie dla Marcusa dziewczyna wzięła starego arystokratę w objęcia, starając się w widoczny sposób pocieszyć sir Adriana.

– To ty wybacz, że naprawdę nie mogę teraz oficjalnie wprowadzić cię na dwór. Wywołałoby to zbyt wiele plotek i zamieszania, a mamy wystarczająco dużo kłopotów.

– Wiem, Milady. Wiem, Bereniko. Mam nadzieję, że twoje sprawy układają się pomyślnie?

– Nawet bardziej niż poprzednio. Powrócił wreszcie mój pierwszy, ukochany pan i małżonek, prowadząc zwycięską armię. Oto sir Marcus z Międzyrzecza, a obecnie z Siedmiu Bram. Dysponuje olbrzymią, naprawdę olbrzymią mocą. Teraz poradzimy sobie wspólnie z lady Berengarią, nawet gdyby czegoś jeszcze próbowała.

– Bereniko, proszę… Nie nazywaj jej tym imieniem. Wiesz, jak bardzo mnie to boli i jak bardzo mi na tym zależy.

– Przepraszam, sir Adrianie, postaram się lepiej o tym pamiętać.

– Dobrze. – Starzec uwolnił się z objęć dziewczyny i przyjrzał się Marcusowi. – Widzieliśmy się już chyba kiedyś, panie. – Nie zabrzmiało to jak pytanie.

– Owszem – odparł zakłopotany chłopak. – Jesteś, panie, sir Adrianem z Archipelagu, obecnie z Siedmiu Bram, trzecim mężem niesławnej lady Berengarii. Przyprowadziła mnie tu kiedyś… – Przerwał, nie chcąc przywoływać niemiłych zapewne dla rozmówcy wspomnień.

– Przyprowadziła, żeby pokazać ci, w jaki sposób potrafi zdobywać moc i jak nawet tych, którzy nienawidzą jej z całego serca, umie zmusić do uległości, zmusić do tego, by poczuli wobec niej pożądanie, by służyli jej nasieniem oraz magiczną siłą.

– Tak, panie. – Nic innego nie przyszło mu do głowy.

– No i zobaczyłeś, jak sir Adrian, trzeci mąż lady Berengarii, czołga się u jej stóp, jak całuje jej buty i błaga o możliwość oddania mocy.

– Nie musimy o tym mówić, panie.

– To i tak niczego nie zmieni, sir Marcusie. Widziałeś, co widziałeś. Ale chciałbym, żebyś zrozumiał, co właściwie wtedy ujrzałeś. Opowiem ci, jeśli lady Berenika pozwoli.

– Właśnie po to tu przyszliśmy. Abyś wszystko mu opowiedział, ojcze.

– To twój ojciec, Bereniko?

– Tak. Chcę tak właśnie myśleć, Marcusie.

– Nie możemy mieć zupełnej pewności – wtrącił sir Adrian. – Ale wiem jedno, lady Bereniki nie spłodził sir Oswald. Pojawił się w Siedmiu Bramach zbyt późno, już po jej narodzinach i po…

– To ciebie chcę uważać za ojca, ciebie, a nie któregoś z tych tchórzy, podłych zdrajców i zaprzańców, sir Waldemara albo sir Rogera!

– Nie okazałem się w niczym od nich lepszy. Ja również ulegałem wiedźmie, składałem jej hołdy i znajdowałem w tym zaspokojenie własnej żądzy. Zaparłem się miłości i złożonych przysiąg, niech mi Bogini wybaczy.

– Przynajmniej próbowałeś. To dlatego trzymała cię w tym lochu, nigdy do końca nie uległeś.

– Okazałem się słaby, a ona tę słabość wykorzystała. O tak, była w tym mistrzynią, mistrzynią wykorzystywania cudzych słabości.

– Lepiej opowiedz wszystko po kolei, ojcze, bo sir Marcus pewnie nic z tego nie rozumie.

– Dobrze, Bereniko – Tym razem sir Adrian nie zaprotestował już przeciwko uznawaniu się przez księżną za jego córkę. – Przybyłem do Siedmiu Bram jako młody chłopak, który niedawno dorósł na tyle, by służyć szlachetnie urodzonym paniom nasieniem oraz mocą. Gdy matka się w tym zorientowała, natychmiast nałożyła mi ochraniacz, a wkrótce potem zawarła układy w sprawie mojego małżeństwa. Musisz sam dobrze wiedzieć, sir Marcusie, jak wyglądają te sprawy.

– O tak, panie, wiem aż za dobrze. Przeszedłem to samo i rozumiem, jak musiałeś cierpieć.

– Prawdę mówiąc, aż tak bardzo nie cierpiałem. Nigdy nie miałem ambicji, by posiadać jakąś władzę albo choćby decydować o własnym losie. Tym zajmowały się szlachetnie urodzone damy, moja matka, moja siostra, moja przyszła pani i małżonka. Władza i siła zostały przeznaczone dla nich, lepszych, piękniejszych, mądrzejszych, godnych szacunku i uwielbienia. Tak to urządziła sama Dobra Bogini i nigdy nie myślałem o tym, by sprzeciwiać się Jej woli. Tym bardziej, że dała im również zdolność wzbudzania u mężczyzn pożądania… Byłem gotowy na wszystko, by to pożądanie zaspokoić. A mogło to nastąpić w jeden tylko sposób, gdy zechciała tego twoja pani, chociaż niekoniecznie małżonka, jak miałem się o tym w swoim czasie przekonać, gdy akurat ciebie obdarzyła swoją łaską. Tak to odbierałem i uznawałem za naturalny porządek rzeczy. Wyruszyłem więc do Siedmiu Bram jako poślubiony przez pierścień trzeci mąż lady Berengarii, następczyni tronu księstwa. W ceremonii zaślubin wzięła udział sama księżna, lady Beatrycze, matka mojej pani i małżonki. Przybyła w tym celu do Przystani, stolicy Archipelagu. Przybyła również po to, by poddać tradycyjnej próbie moje talenty i moją zdolność gromadzenia mocy.

– Posiadła cię przed ślubem?

– Tak, usłużyłem jej jako pierwszej w życiu pani szlachetnej krwi. Okazała zadowolenie i potwierdziła wolę zawarcia małżeństwa.

– Czy potem… Czy potem również brała cię do łoża?

Marcus nie potrafił powstrzymać się przed zadaniem tego pytania, bo historia sir Adriana bardzo przypominała jego własną. Obawiał się, że może stary arystokrata nie zechce odpowiedzieć, ale były pan Trzeci pozbył się chyba wszelkich oporów przed wyjawieniem prawdy.

– Tak, niech mi Dobra Bogini wybaczy. Podróż z Archipelagu trwała dość długo, a ona… A ona dokładała wszelkich starań, by pobudzić moje żądze. Byłem młody, młodszy nawet od ciebie, sir Marcusie. Pojmuję teraz, że wypróbowywała na mnie różne znane jej sztuczki doświadczonej uwodzicielki, ale wtedy nie potrafiłem się oprzeć. Prawdę mówiąc, później również tego nie umiałem. A w dodatku… – Sir Adrian zawahał się.

– Cóż takiego, panie?

– Nie ma sensu tego ukrywać, skoro tak wiele już widziałeś. Szybko odkryła moje szczególne upodobanie do kobiet w stroju wojowniczki, wysokich butach, z biczem lub szpicrutą w ręku. Cóż, na zamku matki nigdy nie brakowało gwardzistek, urodziwych, dumnych, silnych. Fascynowały mnie, odkąd pamiętam. Lady Beatrycze wykorzystywała to bez skrupułów, a ja… A ja ulegałem jej i z ochotą padałem do stóp. Jak musisz się domyślać, moja służba nie kończyła się zresztą na całowaniu butów szlachetnej pani.

– Na pewno nie, pożądała twojej mocy i przypuszczam, że w Siedmiu Bramach też nie zamierzała z niej zrezygnować. Mogę to sobie wyobrazić. Czy to z tego powodu twoja pani i małżonka wtrąciła cię do lochu, gdy już objęła władzę? – Mimo woli spojrzał na Berenikę.

– Nie tak szybko, sir Marcusie. Początkowo sprawy układały się inaczej, zupełnie inaczej. Lady Berengaria, moja Berengaria, okazała się piękną, wspaniałomyślną i życzliwą młodą damą, dobrą panią i małżonką. Okazała mi serce, a ja pokochałem ją z całej duszy.

– Chyba żartujesz, panie. To wstrętna, złośliwa wiedźma, morderczyni, co widziałem na własne oczy. Nie wierzę, by mogła kiedyś być inna.

– Ludzie potrafią się zmieniać, zwłaszcza na gorsze, młody Marcusie. Ale masz rację, chociaż zarazem jej nie masz. Pozwól mi jednak mówić dalej. Pokochałem więc moją Berengarię, a i ona obdarzyła mnie uczuciem większym, niż pozostałych małżonków. Chociaż zajmowałem pozycję trzeciego męża, śmiem twierdzić, że w jej sercu byłem pierwszym. Często zapraszała mnie na swoje komnaty, albo raczej wzywała, bo tak wolałem o tym myśleć. Czując jej życzliwość, wyznałem moją uprzednią uległość wobec życzeń lady Beatrycze. Pani i małżonka wybaczyła mi w swojej łaskawości, a nawet sama przybierała odtąd często postać władczej królowej i wojowniczki, a ja odwdzięczałem się gorliwą służbą oraz obfitymi darami nasienia i mocy. Ach, byliśmy wtedy młodzi, potrafiłem usłużyć mojej pani osiem, dziesięć razy w ciągu nocy. Jedyne, co niekiedy mnie niepokoiło, to nagłe zmiany nastroju Berengarii oraz to, że zdarzało się jej zapominać o własnych obietnicach, czy w ogóle o tym, o czym niedawno rozmawialiśmy. Uznawałem to jednak za naturalne u szlachetnie urodzonych dam, które Dobra Bogini stworzyła wprawdzie na własny obraz i podobieństwo, ale nie uczyniła bynajmniej wolnymi od pewnych słabostek i kaprysów, które również sama Boska Pani zapewne posiada. Berengaria zawsze potrafiła zresztą wszystko później wyjaśnić, naprawić, a przynajmniej odwrócić moją uwagę.

– Twoja historia coś mi przypomina.

– Pozwól mówić sir Adrianowi, Marcusie – wtrąciła szybko młoda księżna.

– Ku naszej radości, po pewnym czasie w łonie Berengarii pojawiło się nowe życie. To byłaś ty, Bereniko. Nie miała pewności, bo jak mówiła, brakowało jej wiedzy matki, ale przypuszczała, że to za moją sprawą. Oboje chcieliśmy w to wierzyć. Sir Waldemar i sir Roger rzadko bywali w komnatach Berengarii, a nowy obrót spraw przyjęli ze skrywaną zawiścią, czym zresztą zupełnie się nie przejmowaliśmy. Naturalną koleją rzeczy moja pani i małżonka, moja ukochana, wydała na świat naszą córkę, przyszłą księżną. Stało się to w środku zimy. Zimy potrafią być tutaj paskudne, mroźne, ciemne i bez słońca. Mnie, oczywiście, do niczego nie dopuszczono, Berengaria oddała się w ręce doświadczonych w tych sprawach kobiet, wspomogła ją również wiedzą i mocą lady Beatrycze. Wszystko poszło jednak dobrze i tak pojawiłaś się na świecie. Wybraliśmy stosowne, rozpoczynające się na właściwą literę imię, Berenika. To imię z południa i to ja je zaproponowałem, a Berengaria się zgodziła. Cieszyliśmy się naszym szczęściem i nie dostrzegaliśmy nadchodzącego zagrożenia.

Zresztą, Berengaria może coś przeczuwała. Nie nabrała jeszcze pełni sił, ale nalegała, bym jak najszybciej powrócił do mojej miłosnej służby. Wtedy uznawałem to za kolejny dowód jej uczuć, później pojąłem, że pragnęła również odzyskać moc. Wzywała też częściej sir Waldemara i sir Rogera, o co, niech mi Bogini wybaczy, ośmieliłem się czynić mojej pani wyrzuty. Rozgniewana przyznała, że istotnie potrzebuje mocy, wiele mocy, bo obawia się matki. Podejrzewała, że lady Beatrycze zamierza odebrać jej córkę. Przysięgała, że nigdy na to nie pozwoli, choćby miała spalić zamek. Starałem się rozwiać te obawy w jedyny znany mi sposób, ofiarowując jak najczęściej i jak najwięcej magicznej siły. To zdawało się uspokajać moją Berengarię. Powróciliśmy do naszych wiadomych zabaw, wtedy oddawanie mocy wychodziło mi najlepiej. W chwili szczególnego niepokoju wyznała kiedyś, że już po moim przybyciu do Złotej Bramy pokłóciła się o coś z matką, podejrzewam, że mogło chodzić o wydarzenia naszej wspólnej podróży z Przystani i w gniewie sięgnęła po czary. Ku jej przerażeniu, magia nie zadziałała, nie zdołała dosięgnąć księżnej ani jednym z żywiołów. Wyraziłem przypuszczenie, że lady Beatrycze osłoniła się w jakiś sposób, ale Berengaria zaprzeczyła. Nie wyczuła jakichkolwiek, najprostszych nawet zaklęć obronnych, po prostu jej własne okazały się bezskuteczne, nie mogła ich rzucić i stała bezsilnie przed matką. Ta z kolei bez trudu unieruchomiła córkę, a ona nie potrafiła nałożonych więzów przeciąć. Jej własne czary znowu nie zadziałały. W pierwszej chwili pomyślała, że może zaklęcia nie skutkują, gdyż używa ich przeciwko własnej matce. Nigdy jednak, ani ja, ani ona, nie słyszeliśmy o takich właściwościach magii. Do tego w dziejach Królestwa, jakkolwiek niewiele się o tym mówi i ja sam też dotąd o tym nie wiedziałem, zdarzały się jakoby przypadki magicznych starć pomiędzy matką i córką. Wspominano o tym na lekcjach Berengarii. Osobiście widziałem za to w rodzinnym Archipelagu ćwiczebne pojedynki staczane przez księżną Ariadnę i lady Amandę, moją własną matkę i rodzoną siostrę. Rzucane przez obydwie czary działały i to często w widowiskowy sposób.

– To prawda, panie. Lady Berenika też walczyła w mojej obecności ze starą księżną. Wprawdzie wtedy przegrała, ale jej zaklęcia okazały się skuteczne.

– To wszystko nie jest takie proste, Marcusie. Pozwól jednak kontynuować sir Adrianowi.

– Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że zapewne Berengaria zebrała i użyła zbyt mało magicznej siły. Moja ukochana obawiała się, że w razie następnej konfrontacji coś takiego może się powtórzyć i dlatego tak bardzo zależało jej na pozyskaniu mocy. A ja z ochotą jej w tym pomagałem. Minęło kilka tygodni, zbliżała się wiosna. Berengaria nadal przeczuwała jakieś zagrożenie i zarzekała się, że za nic nie odda naszej córki. Ponieważ jednak nic szczególnego się nie działo, uznałem jej obawy za przesadne. Ależ byłem głupcem.

Pewnego dnia nadeszła wiadomość o odcięciu przez śnieżną zawieruchę jakiejś górskiej wioski. Lady Beatrycze wyruszyła na czele wyprawy ratunkowej. Cały orszak porwała kolejna lawina, ciało księżnej odnaleziono dopiero miesiąc później, po ustąpieniu śniegów, okaleczone przez żywioł i wilki. Rozpoznano je tylko po pierścieniu ze znakiem Bramy i kilku temu podobnych drobiazgach. Niech mi Dobra Bogini wybaczy moją głupotę, ale ucieszyłem się z jej śmierci. Oznaczała przecież koniec obaw mojej pani i małżonki. W ten sposób na tronie zasiadła nowa księżna, wasza lady Berengaria.

– Nasza Berengaria? – spytał Marcus.

– Ta, którą znacie pod tym imieniem. Bo to już nie była moja Berengaria, to nie była moja ukochana.

– Skąd możesz mieć taką pewność, panie?

– Mogę, uwierz mi, że mogę. Czy gdyby ktoś podmienił twoją Berenikę, nie poznałbyś tego?

Marcus wolał nie odpowiadać na takie pytanie.

– Twoje przekonanie to za mało. To jeszcze nie dowód.

– Ale ona wcale tego nie ukrywała. Gdy już zyskałem pewność i nabrałem odwagi, a rzekoma nowa księżna po raz kolejny wezwała mnie w wiadomym celu do swoich komnat, rzuciłem jej to w twarz. Zażądałem wyjaśnień, kim właściwie jest, bo prawdziwą Berengarią być nie może. Odparła, że to nie moja sprawa, mam siedzieć cicho i zapomnieć o swoich podejrzeniach, a wtedy pozwoli mi korzystać ze wszystkich praw i przywilejów szlachetnie urodzonego małżonka. Zechce nawet przyjmować w sypialni składane sobie, a ulubione przeze mnie hołdy, jeżeli dzięki temu zbiorę więcej mocy. Zresztą występowała nawet wtedy w stroju wojowniczki, z biczem w dłoni. Odparłem, że może się wypchać ze swoją propozycją, kocham Berengarię i to jej pragnę służyć, a nie udającej ją wiedźmie, choćby nawet okazała się starą księżną. I ponownie zażądałem wyjaśnień, co z zrobiła z moją prawdziwa panią i małżonką, chociaż miałem już okropne podejrzenia.

– To było odważne, ale bardzo głupie z twojej strony, ojcze.

– Masz rację, Bereniko. Skończyło się na tym, że unieruchomiła mnie czarami, rzuciła do stóp, wychłostała i zmusiła do lizania wysokich butów, które założyła na tę okazję. I…

– I co, sir Adrianie?

– I ku mojemu wiecznemu wstydowi, poczułem w tamtej chwili pożądanie. Uwolniła mnie uprzednio od ochraniacza i teraz penis mnie zdradził, sztywniejąc niczym kołek. Nie potrafiłem, po prostu nie potrafiłem nad tym zapanować. Wtedy już miała mnie całkowicie w ręku. Dosiadła i ujeździła niczym wierzchowca, podeptała mojego przeklętego fiuta, który ponownie zdradziecko powstał z martwych i raz jeszcze skorzystała z mocy. Powtórzyła to kilka razy na różne sposoby. Byłem wtedy młody i silny…

– I co dalej?

– Gdy w końcu leżałem wyczerpany na plecach, nałożyła mi ochraniacz, skuła ręce, postawiła obutą stopę na piersiach i wezwała gwardzistki. Gwardzistki odziane podobnie jak ona sama. Oświadczyła, że jej trzeci małżonek, czyli ja, poprosił o specjalne traktowanie, które niezwykle go podnieca i dzięki któremu potrafi zgromadzić więcej mocy. Jako łaskawa pani i żona zechciała przychylić się do tej prośby i wyznaczyła mi nowe apartamenty, a one mają zostać moimi osobistymi strażniczkami oraz opiekunkami. I tak trafiłem do lochu. Nie, jeszcze nie tego, ten przygotowano później. Odwiedzała mnie następnie regularnie w podziemiach zamku, czerpiąc moc w sposób podobny do tego, który miałeś okazję ujrzeć na własne oczy, sir Marcusie. Wielokrotnie obiecywałem sobie, że tej mocy nie oddam, ale okazałem się zbyt słaby. Wiedziała, jak skutecznie pobudzić moje pożądanie. Odpowiedni strój i władcze zachowanie, połączone z wystarczająco długim okresem przymusowej wstrzemięźliwości sprawiały, że z rozkoszą padałem do jej stóp, a uwolniony z ochraniacza penis przeciwnie, prężył się dumnie. W zamian księżna nie odmawiała mi drobnych przyjemności czy udogodnień, dobrze wyposażonej kwatery, wykwintnego jedzenia, dzbana z winem, ksiąg. Nie pozwalała tylko wychodzić na zewnątrz, czego z czasem zapragnąłem ponad wszystko. Kazała przynajmniej wybić ten otwór, bym mógł oglądać blask słońca.

Wraz z upływem lat moja zdolność gromadzenia mocy zaczęła maleć, a księżna okazywała z tego powodu niezadowolenie. Przejawiała coraz większą pomysłowość w pobudzaniu zmysłów, zgromadziła te wszystkie przyrządy. – Sir Adrian wskazał na wciąż obecne w sali pręgierze, dyby, zwisające ze ścian i sufitu łańcuchy oraz wiele innych, prostych albo wyrafinowanych urządzeń, służących zniewalaniu, unieruchamianiu, wymuszaniu posłuszeństwa i wymierzaniu kary. – Początkowo używała ich sama, ale wobec coraz większych odstępów czasu pomiędzy chwilami, gdy zdolny byłem ofiarować moc, zaczęła korzystać z pomocy gwardzistek, które dbały o moją gotowość, stosując odpowiednie bodźce. Sama przychodziła coraz rzadziej, gdy zameldowano jej o pomyślnych efektach starań strażniczek.

– Torturowały cię te dwie, które tu widziałem?

– Gwardzistki zmieniały się co jakiś czas. Pani Edyta i pani Olga to trzecia z kolei para, zajmują się mną od kilku lat, trudno mi określić dokładnie od ilu.

– Dlaczego jeszcze tu są? – Marcus zwrócił się z tym pytaniem do Bereniki. – Czy nie należałoby obydwu przykładnie wychłostać i wygnać z zamku? Albo najlepiej, uwięzić, poddać torturom i stracić?

– Nie uwierzysz, mój mężu, ale sir Adrian wcale tego nie chce. Przeciwnie, gdy już uwierzył wreszcie w odmianę losu, sam prosił, by w żaden sposób ich nie karać i pozostawić w służbie.

– Ale dlaczego?

– Nigdy tego nie zrozumiesz, młody panie. Przyzwyczaiłem się do nich, wbrew pozorom wcale nie są takie okrutne, często okazywały mi życzliwą łaskawość, opiekowały się mną i oszczędzały najgorszych tortur.

– Tylko dlatego, że nie wolno im było doprowadzić do twojej śmierci, nadmiernej utraty sił i zdrowia. Stara księżna nigdy by czegoś takiego nie wybaczyła.

– Czy to ważne, sir Marcusie? Liczyło się to, że wiele razy potrafiły wysłuchać moich błagań i okazać litość. Nie odpłacę im za to bólem i cierpieniem.

– Ale czy muszą zostać akurat tutaj?

– To miłe, gdy ktoś znajomy dotrzymuje mi w tym lochu towarzystwa.

– W tym miejscu mamy je przynajmniej pod kontrolą, Marcusie – dodała Berenika. – A skoro sir Adrianowi tak na tym zależy…

– Nigdy tego nie zrozumiem, sprawiały ci ból i cierpienie, upokarzały na różne sposoby, a ty je polubiłeś?

– Najgorsze tortury i tak zadawała mi księżna. I wcale nie potrzebowała do tego pręgierza albo bata. Największe upokorzenie nie polegało na tym, że zmuszała mnie do czołgania się u jej stóp i wylizywania butów. Sprawiało mi to właściwie przedziwną przyjemność i przypuszczam nawet, że postępowała tak właśnie w tym celu. Najgorsza męka polegała na tym, że wyduszała z moich ust słowa, w których nazywałem ją panią i żoną, nazywałem moją ukochaną Berengarią. A przecież nie miała prawa do tego imienia i takich tytułów! Może i była prawdziwą panią Siedmiu Bram, ale imię Berengarii i miano mojej żony ukradła! Ukradła, pozbawiając zapewne życia tę, której słusznie się należały. Tysiące razy obiecywałem sobie, że powstrzymam się przed tym upodleniem, że potrafię się oprzeć. Nigdy jednak nie zdołałem, ulegałem za każdym razem. Nawet nie kajdanom i biczowi w jej dłoni, ale własnej, niezdolnej do opanowania żądzy. Wiedziałem przecież, że gdy spełnię w końcu jej wolę, zdejmie ochraniacz i pozwoli mi znaleźć ujście dla trawiącego mnie pożaru. I co gorsza… gdy już uległem, gdy nazwałem wiedźmę Berengarią, panią i żoną, gdy pogardzałem sam sobą niczym najnędzniejszym robakiem, odczuwałem największe podniecenie i największą potrzebę usłużenia mojej oprawczyni. A ona doskonale o tym wiedziała i stosowała tę torturę właśnie po to, żeby zebrać jak najwięcej mocy. Stosowała od lat, odkąd zwykłe sposoby uznała za niewystarczająco skuteczne.

– Jesteś pewien, panie, że prawdziwa Berengaria nie żyje?

– Nie znaleźliśmy w zamku nikogo, kto mógłby nią być – odpowiedziała za pana Trzeciego Berenika.

– Może gdzieś ją wywiozła? Wiem przecież, że poszukiwała i próbowała wykorzystywać dla swoich celów kobiety, w których żyłach płynie błękitna krew.

Tu Marcus przypomniał sobie jednak, jaki los wiedźma zamierzała zgotować pojmanej Aurorze, gdy ta odmówiła poddania się jej woli i zamilkł. Nie, w tym wypadku zapewne nie. Stara księżna wspominała kilka razy, że sir Oswald nigdy nie miał okazji zgwałcić i zabić szlachetnie urodzonej damy, że to jego największe, niespełnione pragnienie. A sam zwyrodnialec zdawał się gorliwie te słowa potwierdzać.

– Moja Berengaria nigdy by nie uległa, prędzej już poszukałaby własnej śmierci. Moc musiała ją w jakiś sposób zawieść, jak się tego obawiała, ale nigdy by nie uległa. Wolałaby zadać sobie śmierć, znalazłaby sposób, nawet skuta łańcuchami i zniewolona czarami. Ty sama stanowisz najlepszy tego dowód, moja córko. Po kimś musiałaś odziedziczyć siłę, a tym kimś na pewno nie byłem ja.

– Zostawmy to, ojcze. O losie prawdziwej Berengarii nic nie wiemy, może rzeczywiście wybrała śmierć, zamiast niewoli. Potrafiłabym ją zrozumieć. Skąd jednak pewność, że zawiodła ją magia? To ważne, bo zapewne czeka nas jeszcze rozprawa z wiedźmą, z tą Beatrycze, czy kimkolwiek jest.

– Już mówiłem, opowiadała o takim przypadku. Nie zdołała użyć mocy przeciwko matce, o ile rzeczywiście sama wyszła z łona lady Beatrycze. Tak czy inaczej, to akurat nie miało w tym wypadku znaczenia. Czary nie zadziałały z jakiegoś innego powodu. Obawiała się tego również na przyszłość i dlatego tak rozpaczliwie gromadziła magiczną siłę, czerpiąc ją z moich lędźwi oraz od sir Waldemara i sir Rogera, cokolwiek bym o tym myślał. Musiała się jednak mylić, to nie brak mocy ją zgubił, posiadała jej mnóstwo. Miała się na baczności i gotowa była tej mocy użyć. Na pewno nie dałaby się zwabić w prostą pułapkę, a otwarte starcie magicznych potęg nie przeszłoby niezauważone. Magia musiała ją zawieść.

– Jeżeli zebrała tak wiele siły i nie mogła jej używać tylko przeciwko samej księżnej, jak powiadasz, to po takim starciu ta moc nadal by w niej pozostała i byłaby niebezpieczna dla każdego innego. Bo przecież przy innych okazjach zaklęcia twojej Berengarii działały, czyż nie? W takiej sytuacji wiedźma nie mogła pozostawić jej przy życiu, bo jedynie ona sama potrafiłaby nad nią zapanować. – Chłopak nie pomyślał nawet, że te słowa muszą sprawić ból.

– Marcusie, proszę cię – napomniała Berenika.

– Tak właśnie postępowała stara księżna, dobrze o tym wiesz, Bereniko. Pozostawiła cię przy życiu po tym, gdy najpierw doprowadziła do zużycia całej twojej mocy i pozbawiła możliwości zdobywania nowej.

– Chciała jeszcze, żebym urodziła córkę i następczynię tronu.

– Ale Berengaria, o której mówimy, wykonała już to zadanie.

Na to Berenika nie znalazła odpowiedzi.

– Sir Marcus ma rację, dobrze o tym wiem. – Stary arystokrata podzielał obawy co do losu małżonki.

– Po co wiedźmie te kolejne córki i dziedziczki? Po co zadaje sobie tyle trudu? – dopytywał się chłopak.

– Nie pojmujesz? Poznała gdzieś czar przedłużania życia, ale przecież sama, we własnej osobie, nie może żyć w nieskończoność. Wzbudziłoby to podejrzenia i zawiść. Potrafi zmieniać postać, ale co z tego? W kogo miałaby się przemienić? W jakąś chłopkę? Przecież zależy jej na władzy, z tego nie zrezygnuje. A tak, zajmuje miejsce czekającej na swoją kolej następczyni. Następczyni, której w taki czy inny sposób, prędzej czy później musi się pozbyć. Ze mną zamierzała postąpić tak samo, ale skomplikowałeś wszystko swoją zbytnią dociekliwością. Dzięki temu jej plan się nie udał. Ale przedtem przynajmniej raz zdołała go przeprowadzić. Zresztą, kto wie, od jak dawna prowadziła tę grę? Może od pokoleń?

– Ty także masz swój udział w tym niepowodzeniu, Bereniko, wiesz jaki.

– To teraz nieważne, musimy koniecznie dowiedzieć się, dzięki czemu potrafi stać się odporną na działanie mocy. I może jeszcze, jak zdobyła ów czar nieśmiertelności?

– Mam w tej kwestii pewien pomysł. Wiem, że od dawna brała jeńców i zakładników spośród władających magią Ludzi Północy. To był prawdziwy powód wojen i najazdów, wydaniem tych nieszczęśników barbarzyńcy opłacali chwile pokoju. Może to któryś z nich?

– Prawda, w lochach przebywa kilkunastu dzikusów. Trzeba ich przycisnąć i przepytać. Zajmiemy się tym jak najszybciej, Marcusie. A ty, ojcze, pozostań proszę tutaj. Przynajmniej na razie. Obiecuję, że wyjdziesz stąd, gdy tylko okaże się to możliwe. Oczywiście, spełnię wszystkie inne twoje prośby.

– To przyślij panią Edytę albo panią Olgę, czuję się bez nich samotny.

– Jak sobie życzysz, ojcze.

– Nie masz pojęcia, co przeżywam. Nienawidzę tej przeklętej wiedźmy, Beatrycze czy kimkolwiek była, ale ona przynajmniej zdejmowała mi co jakiś czas ochraniacz. Nikt inny nie zdoła tego zrobić, nawet ty, córko. I tkwię w nim już od kilku miesięcy. To trudne, trudne nawet dla kogoś w moim wieku. Pani Edyta i pani Olga potrafią przynajmniej zająć moje myśli czymś innym.

49

– Co o tym wszystkim myślisz, Marcusie?

– Nie wiem, Bereniko. Naprawdę nie wiem. Jestem jednak przekonany, że sir Adrian mówi prawdę. Jego opowieść za bardzo przypomina naszą wspólną historię.

– Ty również zostałeś poślubiony przez pierścień, przybyła po ciebie wiedźma i ostatecznie uległeś jej wdziękom, usługiwałeś w łożu oraz oddawałeś moc, zanim nawet zdążyliśmy się spotkać.

– A potem ty dopomagałaś jej w kontynuowaniu oszukańczej gry. Już wtedy, gdy się poznaliśmy.

– Zostawmy te wzajemne wyrzuty Marcusie, przejrzałeś oszustwo i potrafiłeś się sprzeciwić.

– Tylko dzięki temu, że odmówiłaś współpracy, ukochana, ofiarowałaś mi czar ognia…

Chłopak objął Berenikę, która chciwie poszukała wsparcia.

– Ona chciała, żebym urodziła córkę… Jak pani i żona sir Adriana… Potem najpewniej  zabiła prawdziwą lady Berengarię. Masz rację, stanowiła zbyt wielkie zagrożenie, by zostawić ją przy życiu. Mnie także gotowała podobny koniec, bo ja również nie zgodziłabym się służyć wiedźmie. Wiedźmie, którą przez całe lata miałam za matkę… A ona zabijała własne córki, wnuczki, prawnuczki, może od wielu pokoleń…

– Jeżeli nawet, to tym razem jej plan się nie powiódł, jesteś bezpieczna, zasiadasz na tronie Siedmiu Bram, a ona ukrywa się w głuszy. Oboje znamy magię, dysponujemy potężną mocą, nie potrafi nam zagrozić, wszyscy jesteśmy bezpieczni. – Wzmocnił uścisk.

– Jeszcze nie! Jeszcze nie, Marcusie. – Dziewczyna uwolniła się z objęć. – Prawdziwa Berengaria również posiadała moc i znała się na czarach, lecz magia zawiodła ją w starciu z wiedźmą. Musimy dowiedzieć się, dlaczego.

– Chyba mogę się tego domyślić, Bereniko.

– Przecież nie dlatego, że Beatrycze była jej matką, babką albo prababką. Ja również walczyłam z wiedźmą i moje czary okazały się skuteczne, sam widziałeś. A jestem córką Berengarii…

– Nie, to nie ten powód. Liczy się to, od kogo pochodzi moc. Od kogo brałaś ją ty i od kogo miała ją wcześniej prawdziwa Berengaria.

– Mnie moc dałeś ty sam, a Berengaria czerpała od sir Adriana oraz od tamtych dwóch, Waldemara i Rogera.

– Właśnie, sir Adrian… W czym opowieść pana Trzeciego najbardziej uderzająco przypomina naszą, a zwłaszcza moją własną historię?

– W tym, że oboje zostaliście poślubieni przez pierścień i sama księżna Siedmiu Bram pofatygowała się osobiście, aby dopełnić ceremonii.

– Tak, nawet do odległego Archipelagu. A co najważniejsze, przed formalnymi zaślubinami zażądała przeprowadzenia próby zdolności ofiarowywania mocy.

– Czyli, mówiąc wprost, zażądała, byście obydwaj usłużyli jej w łożu i oddali magiczną siłę razem z nasieniem.

– Dokładnie tak. Dlaczego zależało jej na tym tak bardzo, że odbywała te wszystkie podróże, nawet do księstwa Archipelagu? Bo nie wątpię, że przybywała w tym właśnie celu. Aby zostać pierwszą szlachetnie urodzoną panią, pierwszą czarownicą, która weźmie moc i nasienie od dorastającego, błękitnokrwistego młodzieńca.

– Myślisz, że to może coś oznaczać? Że to dawało jej jakąś władzę nad jego mocą? Nad twoją mocą?

– Tak właśnie uważam. Fałszywej Berengarii oraz równie może fałszywej Beatrycze za bardzo na tym zależało. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo. To musi być ważne.

– Sądzisz, że uzyskiwała w ten sposób jakąś odporność na moc mężczyzny, od którego jako pierwsza pani szlachetnej krwi tę magiczną siłę przejęła?

– To tylko przypuszczenie, ale zdaje się pasować do wszystkiego, co wiemy. I tłumaczyłoby też, dlaczego dawni czarodzieje-mężczyźni tak łatwo utracili władzę. Mieli o wiele więcej słabości, niż wszyscy dotąd przypuszczali.

– Ale byli jeszcze sir Waldemar i sir Roger…

– W stosownym czasie księżna Beatrycze odwiedziła zapewne również hrabstwo Samotnej Wieży oraz księstwo Zachodnich Rozstajów. A panowie Pierwszy i Drugi wydawali się zawsze bardzo oddani fałszywej Berengarii. Twoja matka, prawdziwa lady Berengaria, może i brała od nich moc, ale niczego to raczej nie zmieniło.

– Nie, jednak się mylisz, Marcusie! – wykrzyknęła triumfalnie Berenika, dostrzegając lukę w rozumowaniu chłopaka. – W takim razie twoja moc również nie zadziałałaby przeciwko wiedźmie. A przecież użyłam jej skutecznie, ty sam również, podczas bitwy o ten barbarzyński gródek. Nie mówiąc już o Aurorze. Przecież brała siłę właśnie od ciebie.

– Bereniko… Właśnie to, o czym mówisz, najbardziej potwierdza moje podejrzenia. Bo Berengaria, to znaczy wiedźma, nie była jednak pierwszą panią szlachetnej krwi, której oddałem moc…

– Co chcesz przez to powiedzieć, Marcusie?

– Zaraz po tym, gdy stałem się do tego zdolny, ale zanim jeszcze matka nałożyła mi po raz pierwszy ochraniacz, w tę noc odwiedziła mnie w sypialni dziewczyna…

– A ty natychmiast, z ochotą, wciągnąłeś ją do łoża?

– To nie odbyło się akurat w ten sposób, ale nieważne… Liczy się to, że ostatecznie napełniłem ją nasieniem i mocą. Tak, mocą również. Przybrała postać Anity, jednej z służących na zamku margrabiny. Znałem ją od dawna, matka przydzieliła Anitę do mojej służby. Ale musiała być szlachetnie urodzoną, poczułem ssanie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale teraz wiem. Czuję  to szczególne ssanie zawsze, gdy oddaję magiczną siłę pani błękitnej krwi. Tobie, fałszywej Berengarii, Aurorze…

– A skąd możesz znać różnicę?

– Wiesz, że mogę…

– Sudrun… A może jeszcze ktoś?

– Nie… Ale to nie ma znaczenia. Wtedy też poczułem, chociaż udawała zwykłą służącą z ludu.

– Mów dalej.

– Lady Berengaria coś wyczuła, domagała się wyjaśnień, domagała się imienia tej pani szlachetnej krwi, bardzo jej na tym zależało. A ja… Ja pomyślałem, że zostałem oszukany, oszukany przez Anitę. Chciałem pomóc potraktowanej niesprawiedliwie dziewczynie, a jej chodziło tylko o moją moc… I podałem imię oraz nazwę folwarku, do którego zesłała ją moja matka. Byłem głupcem, może Bogini się nade mną zlituje…

– Założę się, że wiedźma już jej tam nie znalazła. Ta nieznana czarownica dostała to, czego chciała i zniknęła. Oddała nam zresztą obojgu przysługę.

– Nie do końca zniknęła. Słudzy wiedźmy znaleźli jednak na tym folwarku Anitę. Prawdziwą Anitę, zwyczajną dziewczynę z ludu. Znaleźli i porwali. Berengaria sprowadziła ją na zamek i oddała szalonemu sir Oswaldowi. A ten zamordował Anitę na moich oczach, przy wydatnej pomocy księżnej. Zaprzeczała, by to ona uwiodła mnie tamtej nocy, błagała o pomoc, a ja nie potrafiłem nic zrobić… Nie potrafiłem… Opowiadałem ci o tym. To dlatego później, w podobnej sytuacji, pomogłem Aurorze. Nie mogłem po raz drugi przyglądać się czemuś takiemu obojętnie…

Tym razem to Berenika objęła chłopaka.

– Przynajmniej w tym mogę cię zrozumieć, Marcusie.

– Wiedźma zarzuciła mi kłamstwo i oświadczyła, że płaci za nie właśnie nieszczęsna Anita. Bo to nie ona skradła mój pierwszy wytrysk mocy, okazała się przecież tylko zwykłą dziewczyną z ludu. A ja nie miałem o niczym pojęcia. Ale i tak wydałem ją na śmierć.

– Jeżeli to nie była ta Anita, to ktoś musiał podszyć się pod nią tylko tamtej nocy, jakaś pani szlachetnej krwi. O ile masz rację, ona też musiała wiedzieć o tym ograniczeniu skuteczności magicznej siły i z jakiegoś powodu chciała zabezpieczyć się przed twoją.

– Albo może dać nam szansę, przede wszystkim dać szansę tobie, Bereniko. Bo jeżeli przypuszczamy słusznie, to tylko dzięki niej moja moc okazuje się skuteczna wobec wiedźmy.

– W takim razie, dlaczego księżna zdecydowała się jednak na dopełnienie naszego małżeństwa?

– Może zależało jej za bardzo na mojej sile? Podobno jest wyjątkowa, wszyscy to powtarzają.

– Pochlebiasz sobie, mój pierwszy panie i mężu. – Berenika na wpół żartobliwie uderzyła go dłonią w tors. – A powtarzają wszystkie te damy i barbarzyńskie księżniczki, którym usługiwałeś w łożu.

– Sama możesz ocenić najlepiej, porównując moją moc z siłą Lucjusza – odparował.

– Może i coś w tym jest – dodała, kończąc krótką sprzeczkę. – Ale w takim razie, wiedźma tym bardziej powinna trzymać cię z daleka od Siedmiu Bram i zerwać zaręczyny pod pierwszym lepszym pretekstem, choćby takim, że spisałeś się niewystarczająco dobrze.

– Może okazała się zbyt pewna siebie, może liczyła, że wszystko da się takim czy innym sposobem odmienić, bo nie przypadkiem tak bardzo interesowała się nie tylko osobą tej pani szlachetnej krwi, ale i miejscem jej pobytu. Z jakiegoś powodu poleciła odszukać i porwać Anitę. Przecież nie tylko dlatego, żeby dostarczyć rozrywki sir Oswaldowi, a mnie ukarać.

– Myślisz, że śmierć tej pierwszej czarownicy mogłaby przenieść domniemaną władzę nad mocą na kolejną, której służyłeś w łożu? Na samą rzekomą Berengarię?

– Nie wiem. Oboje za mało o tym wszystkim wiemy, a nie mamy możliwości przeprowadzenia w tej sprawie eksperymentów. Zresztą, wcale bym ich nie chciał.

– W tej chwili niczego więcej nie wymyślimy. To i tak tylko przypuszczenia. Lecz jeśli są trafne, wiedźma nie zdoła nam zagrozić. Chyba, że znajdzie i zabije tę tajemniczą czarodziejkę. Pozostaje też pytanie, kim ona naprawdę była?

– Może lepiej, byśmy nigdy się tego nie dowiedzieli? Podobnie jak lady Berengaria?

– Może i tak… – odparła bez przekonania Berenika. – Ale teraz mamy jeszcze jedną, pilniejszą sprawę. Przeszukując ukryte lochy zamku odkryłam kilku szczególnych więźniów. A właściwie, wskazały ich Edyta i Olga, które od czasu do czasu zajmowały się również nimi. W specyficzny sposób. Większość z nich to barbarzyńcy, dzikusy z Północy, pojmani przez wiedźmę podczas poprzednich wypraw.

– Tak, mówiono mi o tym. To ludzie obdarzeni mocą, chociaż rozmytej i słabej krwi. Tanowie i przywódcy klanów musieli ich wydawać, by kupić pokój. Znali różne czary, których wiedźma zawsze pożądała i które potrafiła z nich wydusić.

– Nie tylko czary. Mocą również nie gardziła i też ją brała, chociaż gromadzą magiczną siłę powoli. To dlatego zostawiła ich przy życiu, przynajmniej niektórych.

– Nie obawiała się ich, skoro potrafią posługiwać się magią?

– Zbierają moc powoli. Wiedźma przejmowała ją od nich zanim zdążyli zgromadzić jej na tyle, by w jakikolwiek sposób zagrozić pani Siedmiu Bram. Miała też inne sposoby, chodźmy, to sam się przekonasz.

Lochy zamku zdawały się nie mieć końca. Po dłuższym krążeniu krętymi przejściami, dotarli do kolejnego ich odgałęzienia. Wrota otwarł tym razem zwyczajny strażnik. Za nimi znaleźli  kolejny korytarz oraz około dwudziestu odrębnych cel z zakratowanymi drzwiami. Tutaj nie było mowy o żadnych luksusach, świetlikach, dywanach czy księgach. Płomienie lamp i pochodni oświetlały proste, niewyszukane sprzęty, prycze, dzbany z wodą, wiadra dla załatwiania osobistych potrzeb. Mniej więcej połowa pomieszczeń pozostawała pusta. W innych Marcus dostrzegł postacie mężczyzn w różnym wieku, przeważnie starszych. Niektórzy leżeli apatycznie na siennikach, kilku przylgnęło jednak do krat zamykających drzwi, wpijając się w nie twarzami i obejmując uchwytem bezsilnie zaciśniętych dłoni. Dzięki temu Marcus mógł się dokładnie przyjrzeć tym nieszczęśnikom. Istotnie, wyglądali na barbarzyńców. Wskazywały na to rysy twarzy, upodobanie do długich włosów i zarostu, wreszcie dzikie zachowanie. Na widok wkraczającej do lochu Bereniki przynajmniej dwaj spośród szarpiących kraty wydali głośne okrzyki.

– Ja też! Ja też chcę! Zebrałem dużo mocy. Przysięgam, jeszcze chwila i rozwalę tę norę! – przekrzykiwali jeden drugiego.

Strażnik od niechcenia smagnął biczem po drzwiach obydwu cel. Odskoczyli i zamilkli.

– Wybacz, Szlachetna Pani. Są dzisiaj pobudzeni.

– Co tu się dzieje, Bereniko?

– Nie pojmujesz? Sam zobacz.

Zobaczył, a raczej najpierw usłyszał. Gdy tylko umilkły przeraźliwe wrzaski tamtych dwóch, do uszu Marcusa dobiegły inne odgłosy. Tym razem nie pozostawiające miejsca na żadne wątpliwości okrzyki przeżywającego rozkosz mężczyzny.

– Tak, tak! Więcej, szybciej! Już, już, szybciej!

Podeszli do ostatniego z zakratowanych pomieszczeń. Widok wydał się dziwnie znajomy. Stosunkowo młody wiekiem, pozbawiony górnej części odzienia barbarzyńca leżał na pryczy z opuszczonymi spodniami, dosiadany przez Olgę, która ujeżdżała go z zapałem wprawnej amazonki. – „Niczym lady Berengaria w najlepszej formie.” – Pomyślał chłopak. Wrażenie to potęgował zwykły strój gwardzistki, przeznaczony zazwyczaj dla pobudzania emocji sir Adriana: lekki, skórzany pancerz i wysokie buty. Może tutaj również się sprawdzał? A może po prostu nie miała ochoty tracić czasu na zmianę odzienia? Przynajmniej nie używała bicza ani szpicruty, zadowalając się ruchami bioder i wpijając dłonie w uszy więźnia. Obok stali jeszcze dwaj strażnicy, przytrzymujący nadgarstki barbarzyńcy. Z nogami wierzgającego entuzjastycznie wierzchowca skrępowanymi na wpół opuszczonymi spodniami, amazonka radziła sobie sama dzięki zdecydowanemu dosiadowi. W celi znajdowała się jeszcze Edyta, z zainteresowaniem przyglądająca się poczynaniom koleżanki.

– Ja już, już! Błagam, szybciej! – zawył więzień.

– Jeszcze nie pozwoliłam!

Olga puściła uszy dzikusa i odzianymi w skórę palcami brutalnie szarpnęła za jego sutki. Wykorzystał okazję, by unieść głowę i spróbował sięgnąć ustami opadających włosów kobiety. Marcus nie był pewien, czy z zamiarem ucałowania ich, czy może zaciśnięcia zębów i przyciągnięcia twarzy gwardzistki. Tak czy inaczej, nie dostał szansy ani na jedno, ani na drugie. Amazonka uderzyła silnie otwartą dłonią, odrzucając te niewczesne zaloty.

– Teraz, teraz możesz! Tryskaj, głupcze!  Aaaach!

Okrzyk Olgi przeszedł w jęk rozkoszy, zawtórowały mu równie entuzjastyczne odgłosy zadowolenia rumaka. Jeszcze przez jakiś czas oboje zgodnie pracowali biodrami, powoli zwalniając rytm. Wreszcie kobieta zakończyła przejażdżkę i zręcznie zsunęła się z ciała wierzchowca. Ten leżał bezsilnie, ciężko oddychając. Olga poprawiła i obciągnęła dolną krawędź skórzanego pancerza.

– Z tym tutaj będziemy mieli na jakiś czas spokój, Szlachetna Pani – zameldowała, dostrzegając obecność młodej księżnej. – Poradzimy sobie z nimi wszystkimi, bez obawy.

– Nie wątpię. Róbcie, co trzeba.

Strażnicy uwolnili ręce więźnia, po czym cała czwórka gwardzistów opuściła celę, starannie zamykając i zabezpieczając drzwi. Barbarzyńca nadal tkwił bez ruchu na swojej pryczy.

– Teraz moja kolej – przypomniała o sobie Edyta. – Mamy jeszcze jednego, który mógłby okazać się niebezpieczny, gdyby mu na to pozwolić.

– Masz na myśli tego młodego Edgara? To chyba twój ulubieniec.

– Nie taki on już młody. Ale cóż to, słyszę, że zapamiętałaś jego imię?

– Bo ostatnim razem wykrzykiwałaś je, gdy tryskał nasieniem.

– No proszę, a ja zdążyłam zapomnieć.

Obydwie kobiety roześmiały się, dając wyraźny dowód, że wymieniając się docinkami tylko żartowały.

– Jeśli pozwolisz, Szlachetna Pani? – spytała Edyta.

– Róbcie, co trzeba – powtórzyła Berenika.

Gwardzistka podeszła do drzwi jednej z cel, której lokator leżał spokojnie na sienniku.

– Edgarze, jak słyszysz, zapamiętałam jednak twoje imię. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie traktować cię niczym krnąbrnego wierzchowca, który przypadł w udziale pani Oldze?

– Przecież wiesz, że nie mam wyboru – odparł ponuro więzień.

– Ale nie musisz zabierać się do tego niczym skazaniec. Postaraj się znaleźć w tym wszystkim odrobinę przyjemności. Widziałeś tamtych dwóch? Z radością znaleźliby się na twoim miejscu, ale muszą jeszcze poczekać. Długo poczekać, nawet, jeżeli nikt nie ma ochoty w jakikolwiek sposób ryzykować.

– Wy nigdy niczym nie ryzykujecie. Gdybym tylko dostał więcej czasu…

– Słyszałam to już, Edgarze, rozwaliłbyś tę norę. Dlatego właśnie zajmujemy się tobą tak często. No, okaż się grzecznym chłopcem i wyskakuj z łachów. Może będę dla ciebie miła, bo chyba naprawdę trochę cię lubię. Ty zaś dobrze wiesz, że nie musimy robić tego osobiście, ani ja, ani pani Olga.

Więzień bez słowa zaczął ściągać ubranie, a strażniczka odszukała klucz od jego celi i otworzyła zamek.

– Oczywiście, miejcie na niego oko. – Gwardzistka rzuciła rozkaz kolegom.

– Jak zawsze, Edyto.

– Czy musimy na to wszytko patrzeć? – zapytał Marcus, domyślając się, co za chwilę nastąpi.

– Właściwie, niekoniecznie. Miałam wprawdzie inne plany, ale to może trochę poczekać. Edyta i Olga powinny wykonać swoje obowiązki na czas, to bardzo ważne. Ale nie zapomnijcie o sir Adrianie, dopytywał się już o was obydwie.

– Jak rozkażesz, Dostojna Pani. Z przyjemnością dotrzymujemy towarzystwa szlachetnemu panu. Szanuje nas niczym prawdziwe damy, nie to, co ci tutaj.

– Wy też macie traktować go odpowiednio do urodzenia i pozycji. Nawet, jeżeli zechce akurat wylizać wasze buty. Które powinnyście zawczasu oczyścić z zebranego tutaj łajna. Czy to jasne?

– Oczywiście, Pani.

– Chodźmy więc stąd, Marcusie. To nie jest odpowiednia pora na nasze zamiary.

– Mieliśmy jakieś plany wobec tych nieszczęśników? – spytał chłopak, gdy znaleźli się już za drzwiami.

– Owszem. Wiedźma sprowadziła ich tutaj, żeby wydostać wiedzę o czarach, które znają. A potem pozwoliła żyć, by czerpać moc, którą gromadzą. Ja również, my oboje, powinniśmy poznać te czary. Wprawdzie zdążyłam ich już przepytać i pokazali mi to i owo, ale może nie wszystko? Może wiedzą coś więcej? O magii przedłużania życia albo o przyczynach odporności wiedźmy na rzucane przeciw niej zaklęcia? Trzeba ich przycisnąć, a jeśli trzeba, poddać torturom.

– Nie mówisz chyba poważnie?

– Jestem śmiertelnie poważna. Musimy wiedzieć to samo, co wiedźma. Ale to nie jest odpowiednia chwila. Najsilniejsi z nich zgromadzili zbyt dużo mocy, byśmy mogli ryzykować. A po spotkaniu z Edytą albo Olgą tę moc stracą i nawet gdyby chcieli, nie zdołają nam niczego pokazać. Trzeba poczekać przynajmniej kilka dni, będą wtedy nadal słabi i niegroźni, ale zdolni do magicznego przekazania swojej wiedzy.

– Rozumiem, że gwardzistki zmuszają ich regularnie do oddawania mocy, by nie mogli użyć swoich czarów?

– Tak. Z tego, co opowiadały, zazwyczaj czyniła to sama wiedźma, w końcu tylko dlatego pozwalała im żyć. Ale wyruszając na wojnę, pozostawiła to Edycie i Oldze. A one wykonują swoje obowiązki bez zarzutu. I tak naprawdę, wcale nie trzeba nikogo do niczego zmuszać. Niektórzy z tych dzikusów są młodsi i silniejsi, dlatego wymagają częstszych zabiegów.

– A wiedźma nie nałożyła im ochraniaczy… Wszystko przewidziała i zaplanowała.

– W przypadku naszych dzikusów ochraniacze przeszkadzałyby jedynie w pozbawianiu ich magicznej siły wtedy, gdy sami uznamy, że należy to uczynić. A zebranej mocy użyliby zapewne przeciwko nam. Gdyby tylko im na to pozwolić.

– Jak zdążyłem się dowiedzieć, mężczyzna traci całą posiadaną moc z każdym wytryskiem. Nie potrzeba do tego nawet kobiety.

– Ale tak idzie to szybciej, pewniej i skuteczniej. Po co ryzykować? A Olga i Edyta nie mają nic przeciwko temu. W końcu sir Adrian to zupełnie inny przypadek i nie zdoła usłużyć im w pełni, jak może by tego chciały.

– Nie zna żadnych czarów, a ochraniacz nie pozwala mu na wytrysk i oddawanie magicznej siły nikomu poza wiedźmą – zauważył gorzko Marcus.

– One obydwie dbają o niego. I chyba naprawdę go polubiły. Nie będę żałowała im odrobiny rozrywki, zwłaszcza, gdy odpowiada to naszym celom. Ci dwaj, którymi zajęły się dzisiaj, wydają się najbardziej obiecujący, jeśli chodzi o moc, a może również i posiadaną wiedzę. ZZa kilka dni gwardzistki przygotują ich do właściwej rozmowy. Przesłuchamy zresztą wszystkich.

– Naprawdę chcesz poddać tych nieszczęśników torturom?

– Bez szczególnej przyjemności, jeśli o to ci chodzi. Ale muszę mieć pewność, że niczego nie zataili i nauczyli nas tych samych czarów, które poznała wiedźma.

– To nie jest dobry pomysł, Bereniko. Proszę, zaniechaj tych planów.

– Ale dlaczego? To tylko dzikusy, z którymi walczymy od pokoleń.

– Z którymi od pokoleń walczyła wiedźma. Głównie po to, by wydzierać im wiedzę, której zdajesz się tak pożądać. Chcesz ją naśladować? Staniesz się taka sama jak ona. I może nawet… – ugryzł się w język.

– Co nawet? – Wyraz zrozumienia ujawnił się na twarzy Bereniki. – Nie, mój pierwszy panie i małżonku. Coś ci obiecałam i ta obietnica obejmuje również tych barbarzyńców. A księżna Siedmiu Bram zawsze dotrzymuje słowa.

– Kiedyś już to słyszałem… Proszę, zrezygnuj z przesłuchania oraz tortur. Można ich wykorzystać z o wiele większym pożytkiem. Mocy i tak mają niewiele, dam ci jej dużo więcej, zawsze, gdy tylko zechcesz. I nie musisz niczego obiecywać, ufam ci całkowicie… – Objął dziewczynę ramionami. – Proszę, okaż wspaniałomyślność. Oni i tak nie skrywają żadnych wielkich tajemnic. Gdyby któryś znał jakieś ważne czary, wiedźma na pewno nie zostawiłaby go przy życiu. Przecież nie ryzykowałaby możliwości ich ujawnienia dla tej odrobiny mocy, którą gromadzą barbarzyńcy. I nie więziłaby wszystkich w jednym miejscu, jeszcze podzieliliby się tymi groźnymi zaklęciami.

– Może i coś w tym jest…

– Podejrzewam, że tych, którzy znali i przekazali naprawdę istotne zaklęcia, zaraz potem uśmierciła. A ty możesz okazać wspaniałomyślność. Postąpić inaczej. Przecież nie chcesz chyba kontynuować tej wojny? Zwłaszcza przy pomocy lady Lawinii? Uwolnienie tych nieszczęśników mogłoby stać się dobrym wstępem do trwałego pokoju. Możesz to teraz uczynić po największym w dziejach zwycięstwie nad Ludem Północy. Twoim zwycięstwie.

– Tak naprawdę, wcale nie było moje! Nie musisz mi o tym przypominać, gdy tylko dopuściłam cię do spraw państwowych i obiecałam wysłuchiwać twoich rad.

– Nieważne, czyje. W oczach wszystkich i tak pozostanie twoje. A pokój stałby się jeszcze wspanialszym triumfem. Triumfem nad okrucieństwem wiedźmy.

– Wymagasz ode mnie zbyt wiele, Marcusie.

– Bereniko…

– Zastanowię się. Nic więcej nie mogę ci obiecać, ale zastanowię się. Niech to ci na razie wystarczy.

– Jak rozkażesz, pani i małżonko. Jak rozkażesz, księżno Siedmiu Bram.

– Marcusie… – Teraz to ona wzmocniła uścisk. – To nie tak. Wiesz, że nie o to mi chodzi. Ale to trudne, naprawdę trudne. Muszę to przemyśleć. Nazwałeś mnie księżną, a pani Siedmiu Bram zawsze dotrzymuje słowa. Ale też nigdy nie daje go pochopnie. Czy to ci wystarczy, ukochany?

– Tak, Dostojna Pani. – Ujrzał zawód w jej oczach, ale zanim przerodził się w coś więcej, dodał pospiesznie. – Tak, Bereniko. Przyjmuję to, co możesz w tej chwili obiecać.

Miał ochotę zakończyć tę dyskusję pocałunkiem, wydało mu się, że ona również, ale to nie był właściwa chwila. Rozmawiali o sprawach zbyt ważnych, by pocałunek mógł o czymkolwiek zadecydować.

50

– Dość mam już tych lochów – stwierdził, gdy przestali się obejmować. – Przypominają tylko ciągle o zbrodniach wiedźmy. Zbrodniach, których sam widziałem już wystarczająco wiele i o których wolałbym zapomnieć.

– Musiałam spędzić tutaj kilka miesięcy – przypomniała Berenika.

– Tym bardziej czas wyjść na światło dnia. Zwłaszcza, gdybyśmy mieli pozostać tu tylko po to, by torturować tych nieszczęsnych dzikusów.

– Obiecałam, że przemyślę tę sprawę – przypomniała. – Ale bywa, że musimy czynić rzeczy, których nie chcemy i które nie napawają nas dumą. To również część sprawowania władzy, powinieneś o tym pamiętać.

– Ale może nie w tej chwili. Wracajmy, proszę.

– Dobrze – odparła z pewnym wahaniem. – Może masz rację. Zajmijmy się czymś innym.

Wkrótce przekonał się, że istotnie obowiązki władcy nie polegają tylko na wizytowaniu lochów. Polecili przygotować konie, on sam zrezygnował z Demona, nie chcąc przypominać małżonce o stracie Orła, po czym spędzili resztę dnia odwiedzając obozowiska żołnierzy i doglądając rozesłania armii na leża zimowe. Wojacy chętnie witali młodą księżną, życzyli jej wielu zwycięstw i przechwalali się własnymi czynami podczas niedawnej bitwy. Nawet jeżeli Berenice nie do końca sprawiało to przyjemność, starannie ukrywała swoje uczucia. Popularność wśród prostych żołnierzy miała swoje znaczenie. Tym bardziej, że generał Harold przyjął obecność Marcusa u boku pani i małżonki z ledwie skrywaną niechęcią i po zdaniu krótkiego raportu wymówił się obowiązkami. Najwidoczniej nie zamierzał omawiać poważnych spraw wojskowych w obecności irytującego pierwszego męża nowej księżnej. To z kolei zepsuło humor chłopaka. Na szczęście, dosiadając wypoczętych, dobrej krwi wierzchowców mogli na koniec urządzić wyścigi. A raczej kilka ich serii, bo po pierwszej porażce Marcus zażądał natychmiastowego rewanżu. Potem z kolei nie mógł odmówić takowego Berenice i tak ścigali się aż do chwili, gdy słońce zaczęło chować się za wierzchołki okolicznych grani.

– Musimy wracać, Marcusie. Oczekują nas na kolacji sir Lucjusz i jego matka.

– Jak długo jeszcze zamierzasz gościć ją na zamku?

– Czyżby jej obecność również ciebie zdążyła już zirytować, mój panie mężu? Postaram się skłonić lady Lawinię do szybkiego wyjazdu. Sir Lucjusza będziesz musiał w jakiś sposób ścierpieć.

– To przynajmniej zgodne z obyczajem.

– Nie zamierzam stosować się do wszystkich obyczajów, Marcusie. Pamiętaj o tym. A teraz, ostatni wyścig do zagrody przy stajni. Jeżeli zwyciężysz, zaproszę cię wieczorem do sypialni, a Lucjusz obejdzie się smakiem!

Wolał nie pytać, co stanie się w razie przegranej. Wiedział, że żartowała, ale i tak wyprzedził ukochaną o dwie długości. Przyjęła to z uśmiechem.

– Pani Siedmiu Bram zawsze dotrzymuje słowa, mężu!

Najpierw musieli jednak przetrwać kolację. Nie tak już oficjalną, jak wczorajszy bankiet zwycięstwa, ale jednak.

– Jak spędziłaś dzień, droga księżno?

– Sprawy wojskowe, odwiedzałam obozy i doglądałam rozmieszczenia oddziałów.

– Jak się dowiedziałam, towarzyszył ci sir Marcus…

– Oboje lubimy konne galopady. A co ty porabiałaś, hrabino?

– Ach, udzielałam matczynych porad twojemu nowemu małżonkowi. On chciałby służyć ci jak na pana szlachetnej krwi przystało. Musiałam też napisać kilka listów.

– Doskonale rozumiem, że dłuższa nieobecność pani hrabstwa może okazać się niedogodna. Ziemie i poddani Wysokiego Lasu również potrzebują matczynej ręki.

– Z radością wystawiłam się na te drobne uciążliwości, byle tylko utwierdzić naszą przyjaźń i wesprzeć Siedem Bram w wojnie z barbarzyńcami. To mój obowiązek wobec całego Królestwa.

– Nie mam jednak prawa wymagać aż tak wiele, uczyniłaś już wystarczająco dużo, szlachetna pani. Wkrótce mogą pojawić się pierwsze śniegi. Mamy tu bardzo surowy klimat. Jak już mówiłam, wojnę z barbarzyńcami tak czy inaczej trzeba odłożyć na następny rok.

– Rozumiem, droga księżno. W takim razie, jeżeli nie masz nic przeciwko temu, pojutrze wyruszę do drogę. Przez zimę skorzystasz z mocy mojego syna, a do wiosny przygotuję armię Wysokiego Lasu. Razem rozprawimy się z tymi dzikusami.

– Oczywiście, droga hrabino.

Berenika skinęła na pierwszego małżonka, by napełnił kielichy dam. Marcus uczynił to, zgrzytając w duchu zębami. Przynajmniej za dwa dni ta głupia krowa wyjedzie i jeżeli Dobra Bogini okaże życzliwość, nieprędko ujrzy hrabinę Lawinię z Wysokiego Lasu.

Podzielił się tą myślą z panią i żoną, gdy w zaciszu jej apartamentów odpoczywał po kolejnym, obfitym przepływie mocy.

– Ja również z radością pożegnam lady Lawinię, możliwie na długi czas. W tym obydwoje się zgadzamy. Jest jednak jeszcze jedna osoba, którą należałoby wyprawić w drogę zanim nadejdą śniegi. Sudrun…

– Co masz na myśli?

– Wiem, że wiele dla nas uczyniła. Wiem, że uczyniła wiele dla mnie samej. Ale ty z kolei powinieneś zrozumieć, że w Siedmiu Bramach nie ma dla niej miejsca.

– Chcesz ją, ot tak, odprawić? Po prostu wygnać?

– Oczywiście, zostanie uhonorowana i nagrodzona. Nie pożałuję srebra, a nawet złota. Ty sam obiecałeś jej kiedyś swojego konia, Demona. Nie wątpię, że dotrzymasz słowa. Na wszelki wypadek zaopatrzę Sudrun w formalny akt darowizny, by nikt o nic jej nie podejrzewał.

– No tak, przecież Demon należy do ciebie, pani. Podobnie jak wszystko, z czym tutaj przyjechałem.

– Marcusie, wiesz dobrze, że nie o to chodzi. Ale tutaj jej obecność musiałaby narobić kłopotów. I przede wszystkim, pozostawianie dziewczyny byłoby nieuczciwe wobec samej Sudrun. Zasługuje na lepszy los.

– Los wygnanki?

– Jak już powiedziałam, nie odjedzie z pustymi rękoma. Damy jej złoto i listy polecające do naszych agentów w ważniejszych księstwach na Południu. Poradzi sobie.

– Nie obawiasz się, że zdradzi jakieś tajemnice?

– Nikt by jej nie uwierzył, oczywiście, poza samą wiedźmą. A ta ma zbyt wiele do ukrycia, by wyciągać takie sprawy. A zresztą, przecież Sudrun nadal cię kocha, mój panie i mężu. I na pewno nie zrobi nic, co mogłoby ci zaszkodzić.

– Bogini świadkiem, że nigdy nie potrafiłem wynagrodzić jej tego uczucia. I przez długi czas nawet nie dostrzegałem…

– Jeśli chcesz, sama z nią porozmawiam.

– Nie, to mój obowiązek. To ja ją w to wszystko wciągnąłem, sprowadziłem do Siedmiu Bram. Teraz rozumiem, że wcale nie przybyła tu z powodu Demona. Ale w zamian za wierną służbę mogę ofiarować tylko konia. Zasługuje przynajmniej na to, żebym powiedział jej to osobiście. Przygotuj te listy i dokumenty.

I tak zadowolenie towarzyszące Marcusowi, gdy dwa dni później żegnał opuszczający Złotą Bramę orszak Lady Lawinii, mąciła konieczność odbycia odkładanej już zbyt długo rozmowy z Sudrun.

Odnalezienie gwardzistki okazało się jednak zadaniem trudnym. Od samego rana nikt nie widział jej ani w koszarach, ani na placu ćwiczeń, ani nawet w stajniach. Zaniepokojony Marcus przetrząsnął cały zamek, wypytywał oficerów, żołnierzy, służbę. Zadanie utrudniał zamęt towarzyszący odjazdowi hrabiny Wysokiego Lasu. Wpadł wreszcie na pomysł, by dokładniej przeszukać przydzieloną Sudrun kwaterę. Surowo urządzona, sprawiała wrażenie opuszczonej, nie znalazł żadnych należących do dziewczyny drobiazgów. Wreszcie natrafił na ukryty pod siennikiem list. Krotki i napisany w prawdziwie żołnierskim stylu.

Do sir Marcusa,

pierwszego męża księżnej Bereniki z Siedmiu Bram

 

Paniczu Marcusie!

 

Melduję, że wykonałam zadanie, które zostało mi powierzone. Tym samym odkupiłam moje poprzednie winy i proszę o zwolnienie z służby. W Siedmiu Bramach, tak czy inaczej, pozostać nie mogę. Obiecał mi pan kiedyś konia, ale nie potrafiłabym rozerwać waszej przyjaźni. Zresztą, prości żołnierze nie jeżdżą na takich rumakach jak Demon i mogłabym mieć z tego powodu kłopoty. Dlatego zabieram w zamian jednego z tutejszych wałachów. Mam nadzieję, że Dostojna Księżna zechce przyznać mi tę nagrodę. Potrafię o siebie zadbać, wiem, których osób i których okolic powinnam unikać, proszę się więc o mnie nie martwić.

 

Żołnierz gwardii Międzyrzecza i Siedmiu Bram

Sudrun

I jeszcze krotki dopisek, odsłaniający może prawdziwe uczucia dziewczyny: „Paniczu Marcusie, kocham Demona, ale to nie z jego powodu i nie dla takiej nagrody wyruszyłam z Tobą do Siedmiu Bram.”

Czytając te słowa poczuł wstydliwą ulgę. Sudrun oszczędziła mu konieczności przykrej rozmowy. Sam przecież wiedział w głębi ducha, że ofiarowując jej złoto i listy polecające musiałby dziewczynę upokorzyć. Kto wie, czy nie cisnęłaby mu sakiewki i dokumentów prosto w twarz? Demon to inna sprawa. Zasługiwała na tego konia jak mało kto. Ale miała rację. To nie był wierzchowiec, na którym jeździliby zwykli żołnierze. Przyciągałby uwagę, kusił złodziei i bandytów, może sprowadziłby na Sudrun oskarżenie o kradzież?

Kiedy wyjechała z zamku? Zapewne dzisiaj, korzystając z ogólnego zamieszania. Musiała już pokonać kawał drogi i jakiekolwiek poszukiwania nie mają sensu. Zresztą, w jakim celu miałby jej szukać? Aby wręczyć wodze Demona, sakiewkę i wypisane przez Berenikę dokumenty? Sudrun właśnie to odrzuciła. Nie po to odzyskała godność we własnych oczach, by miał ją na nowo wojowniczce odbierać. A co do tego, że w Siedmiu Bramach zostać nie może miała, niestety, rację. Powinna udać się gdzieś daleko, najlepiej do któregoś z południowych księstw i tam ułożyć sobie życie. Liczył, że tak właśnie zrobi.

Berenika przyjęła wiadomość o odjeździe gwardzistki z nieskrywanym zadowoleniem. Marcus odczuł coś w rodzaju wdzięczności z powodu, że przynajmniej nie próbowała niczego udawać. On sam starał się odegnać niewesołe myśli w najlepszy, znany sobie sposób, wypuszczając się na szalone galopady. Odbyli również z Bereniką krótką, kilkudniową wyprawę do Srebrnej Bramy, najbliższego stolicy zamku-garnizonu, strzegącego sąsiedniej przełęczy. Nowa pani księstwa dawała się poznać w różnych częściach kraju. Powinni właściwie objechać całe władztwo, nie śmieli jednak opuszczać na dłużej Złotej Bramy, wobec niewiadomego miejsca pobytu i nieznanych planów wiedźmy. Berengaria, jak nadal nazywał ją w duchu, nie bacząc na uczucia sir Adriana, z pewnością nie zrezygnuje. Cóż jednak może uczynić? Nie odwoła się przecież do Rady Królestwa, sama miała zbyt wiele do ukrycia. Na wszelki wypadek starali się zachowywać czujność i gotowość do użycia magii. On sam, oczywiście, z przerwami, wypadającymi na okresy słabości po oddaniu mocy pani i małżonce. Berenika korzystała bowiem ze służby pierwszego małżonka chętnie i często, unikając zarazem sir Lucjusza. Pan Trzeci nie towarzyszył im nawet podczas wizyty w Srebrnej Bramie.

Ten podszyty ukrytym niepokojem okres względnego spokoju skończył się nagle i w nieoczekiwany sposób. Późnym popołudniem wysłana przez księżną służka poprosiła Marcusa do gabinetu Bereniki. Tym razem nie chodziło jednak o oddanie mocy. Pani i małżonka krążyła niespokojnie po pomieszczeniu.

– Mamy nową wojnę – rzuciła bez żadnych wstępów.

– Zaatakowali nas Ludzie Północy? Niemożliwe! – wykrztusił zaskoczony.

– To nie ci barbarzyńcy. Gorzej. Wyruszyła przeciwko nam armia z Królestwa, a raczej wojska jednego z sąsiednich księstw. Wiesz, którego?

– Nie ma pojęcia.

– Wojnę wypowiedziała lady Miranda, margrabina Międzyrzecza, twoja matka.

– Co takiego? Przecież zależało jej na dobrych stosunkach i sojuszu z Siedmioma Bramami. To dlatego tutaj trafiłem.

– I zawarła ten sojusz. Tylko z kim?

– Z lady Berengarią, z wiedźmą. Ale to jeszcze nie powód, by wszczynać wojnę domową. Pierwszą od kilku stuleci. W jaki sposób usprawiedliwi to przed Radą i całym Królestwem?

– W bardzo prosty. – Berenika ze złością uderzyła pięścią w stół. – Towarzyszy jej prawowita następczyni tronu księstwa Siedmiu Bram, lady Berenika we własnej osobie. Zwróciła się o pomoc do sojuszniczki swojej poległej bohatersko matki, o pomoc w obaleniu fałszywej uzurpatorki.

– Nie jesteś uzurpatorką, w żaden sposób nie zdołają tego udowodnić, a przy jakiejkolwiek próbie odwołania się do Rady wyjdą na jaw machinacje wiedźmy.

– Toteż nie odwołują się do Rady, tylko do wojsk twojej matki. Jestem rzekomo barbarzyńską czarownicą, która zabiła lady Berengarię, przybrała postać Bereniki i korzystając z ogólnego zamieszania przejęła władzę. Aha, na dodatek oszukała, uwięziła albo zmusiła do współpracy pierwszego małżonka lady Bereniki, czyli ciebie.

– Przecież nikt w coś takiego nie uwierzy, ani Rada, ani żadna inna pani księstwa.

– Owszem, uwierzą, skoro te roszczenia poparła margrabina Międzyrzecza. A rzekoma prawdziwa Berenika poprosiła ją o pomoc jako matkę uwięzionego sir Marcusa. Tak to przynajmniej ogłosiły w wydanej wspólnie proklamacji. Przyłączyła się do nich oszukana lady Lawinia. Ona również staje w obronie syna. Sama nie ma większego znaczenia, ale nadaje pozory prawdziwości ich kłamstwom.

– A to suka.

– To nie wszystko. Prawdziwa Berenika poślubiła na zamku margrabiny drugiego małżonka. To sir Olgierd, syn hrabiny Olivii z Głębokich Ostępów. Obydwie strony dopełniły w ten sposób zawartych wcześniej układów.

– Ta nazwa i te imiona wydają mi się znajome…

– I słusznie. Niesławnej pamięci sir Oswald to brat hrabiny Olivii. W ten sposób wiedźma zyskała legalne i zgodne z obyczajem źródło mocy.

– Ciekawe, czy zamierza pobudzać ją u sir Olgierda takimi samymi metodami, jak u jego wuja?

– Jeżeli tą drogą wydobyłaby z nowego małżonka więcej magicznej siły, to czemu nie?

– Ale w jaki sposób Berengaria zdołała przeciągnąć ich wszystkich na swoją stronę? A może jeszcze jakaś pani księstwa przystąpiła do tego sojuszu?

– Z tego, co donoszą raporty, to tylko te cztery. Inne zachowują dystans i wyczekują na rozstrzygnięcie.

– Co robimy?

– Stawimy im czoła, oczywiście. Armia Siedmiu Bram to najlepsze i najbardziej doświadczone wojska w Królestwie, a mocy żadnemu z nas nie brakuje. Księżna Berenika będzie miała okazję potwierdzić swoją świeżo zdobytą, wojenną sławę.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Względna idylla Marcusa i Bereniki nie mogła trwać wiecznie.

I choć większa część tych trzech rozdziałów upływa dość spokojnie, to koniec sugeruje, że wkrótce akcja znów ruszy z kopyta. Wraże armie gromadzą się i świeżo upieczona władczyni będzie musiała znów dowieść swego wojennego kunsztu. Oczywiście ma w rękawie dodatkowy atut – uzdolnionego magicznie małżonka. Biorąc jednak pod uwagę, jak często wysysa z niego moc, w godzinie próby może go ona zawieźć… Ciekaw jestem, jak rozegrasz nadchodzące wypadki, Neferze. I czy swoją rolę odegrają w nich barbarzyńcy – wprawdzie pobici, ale wciąż dysponujący niemałą siłą, zarówno militarną, jak i magiczną, która może przechylić wojenną szalę. Ale na którą stronę?

Jak zawsze Nowy świat czarownic czyta się wyśmienicie i w ogóle nie zauważa się, gdzie minęła poświęcona na lekturę godzina, gdzie te dziesiątki pochłoniętych stron… Czuję jednak, że opowieść ta zmierza nieubłaganie do końca. Mam nadzieję, że nim on nastąpi, zobaczymy jeszcze, choć na krótko, Aurorę. No i ewentualnie Sudrun, choć boję się, że ona może akurat wybrać heroiczne poświęcenie życia dla Marcusa (co ułatwiłoby Autorowi ostateczne zamknięcie jej wątku, ale byłoby hmmm… mocno przewidywalne 🙂 ).

Czekam więc z niecierpliwością, ciekawy, kto pozostanie na placu boju, gdy opadnie wzniesiony przez walczących kurz.

Pozdrawiam
M.A.

Masz rację, przewidując zarówno zbliżającą się finałową kulminację, jak i to, że Aurora oraz Sudrun nie wypowiedziały jeszcze ostatniego słowa w tej opowieści. Nie tylko zresztą one. Wszyscy bohaterowie będą musieli wykazać się posiadanymi talentami, siłą oraz… zdolnością perswazji. Ale to w dalszym ciągu. Tymczasem dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

Pół żartem, pół serio – badacze będą wyrywać sobie włosy z głowy, aby opracować właściwe drzewo genealogiczne władczyń Siedmiu Bram 😉

A trochę powazniej – sam fakt, iż „Berengaria” zabijała i kradła tożsamość swoich córek, wnuczków itd. wydał mi się równie szokujący co … Intrygujący…
Kim ona właściwie jest? Od jak dawna prowadzi swój niecny proceder? Jakie motywy nią kierują?
Można pójść dalej i zadać sobie egzystencjonalne pytanie – co jesteśmy wstanie poświęcić dla życia „wiecznego”?

Zainteresowany odcinkiem, czekam na kontynuację opowiadania.
Pozdrawiam
R.

Ha! Genealogia to bardzo pokrętna dziedzina historii. Kryje w sobie mnóstwo tajemnic. Moim zdaniem, aby postępować tak, jak stara księżna, wcale nie trzeba być „potworem z piekła rodem” albo nie wiadomo jaką maszkarą. Wystarszy być… człowiekiem. Przykładów mamy aż nadto. Dla perspektywy wiecznego życia i władzy niejeden potrafiłby poświęcić bardzo wiele, z rodziną i potomstwem włącznie.
Dziękuję za wizytę i życzę zdrowia.

Zaskoczyło mnie to że Lady Berengaria poszukała pomocy wśród innych dam władających mocą. Spodziewałem się raczej prób wewnętrznych rozruchów lub innych sposobów odzyskania władzy. Ciśnie się na usta pytanie czy inne damy biorące udział na w tej krucjacie są równie długowieczne czy tylko zostały omotane siecią kłamstw fałszywej Lady. Czekam na rozwiązanie tej zagadki . Pozdrawiam

Księżna na pewno posiada ukryte w rękawie atuty, w przeciwnym razie wywołanie wojny byłoby krokiem desperackim. Musi szybko i bezdyskyjnie zwyciężyć, albo przegra, bo na dłuższą metę nie utrzyma mistyfikacji wobec prawdziwej przecież Bereniki. Zwróciłeś uwagę na ciekawy aspekt, w jaki sposób nakłoniła do wystąpienia inne damy z Królestwa, przede wszystkim matkę Marcusa, bo to ona głównie się liczy. Jakiś powód z pewnością się znajdzie.
Pozdrawiam

Napisz komentarz