Bitwa na miłość w czasach zarazy – wyniki 3.73/5 (112)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 22 minut/-y    

 

Autorzy Najlepszej Erotyki grzecznie siedzą w domach. Autorzy Najlepszej Erotyki bardzo się nudzą. Autorzy Najlepszej Erotyki z nudów snują apokaliptyczne wizje erotyczne.

I właśnie tymi wizjami – opublikowanymi w formie Bitwy – chcemy się dziś podzielić z naszymi Czytelnikami.


Źródło: Pixabay

Seelenverkoper – Zbijany (5% Waszych głosów)

Zakuty w kevlarową zbroję Sulisławski wypluł resztki ostatniego skręta, zmiażdżył w wielkiej jak bochen chleba dłoni stalową piersiówkę, w której nie było już ani kropli wódki i odpalił napęd odrzutowy w butach. Skoczył i z szaleńczą prędkością uderzył w nowo radzieckiego humanoidalnego drona, zmiatając go z nóg i obalając na ziemię. Kolejne ciosy okutych w stal pięści miażdżyły twarz i tors przeciwnika. Kiedy wstał i spojrzał na iskrzącą kupę elektronicznego śmiecia, splunął i chyba poczuł satysfakcję. To był ostatni z przeciwników, który śmiał naruszyć świętość miasta stołecznego Warszawy. Wrzasnął z radości. W tle rozbrzmiała wykonywana przez orkiestrę pierwszego programu polskiego radia „Rota”, a wielki telebim przypomniał o zbliżającej się dacie premiery serialu „Mała Apokalipsa” na jednej z największych platform streamingowych już dwudziestego drugiego lipca.

Spróbowałem odpalić na schodach Dworca Centralnego papierosa. Zapalniczka Zippo była dziwnie lekka i zamiast chłodnego, niebieskawego płomienia zaskwierczała jedynie, a z knota uniosła się strużka dymu. Kanister benzyny rafinowanej tkwił gdzieś na samym dnie bagażu podręcznego. To był jeden z dziwniejszych prezentów, jakie zabrałem ze sobą w drogę. Pomiędzy skarpetami i czarnymi koszulkami miął się jeszcze kolejny konspekt mojej ostatnio odrzuconej przez wydawnictwo powieści, oddany mi bez zbędnych słów w hotelowym holu. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i ponownie wybrałem numer Tadzia Skórki. Sukinkot miał na mnie czekać na peronie, a odkąd wsiadłem w intercity, jedyny odzew, jaki od niego miałem, to „przez twe oczy zielone”, które słyszałem na graniu na czekanie. Top wszech czasów z etiudą rewolucyjną Chopina. Podejrzewam, że właśnie bajeczka, jaką stworzyłem, by się z nią spotkać, że niby przypadkiem i że trochę z przymusu, poszła się jebać. Ostatecznie przerywam połączenie, gdy znany i szanowany artysta, o którym ponad dekadę temu powstał film katowany teraz do porzygu w każdej szkole podstawowej, dochodzi do bardzo filozoficznego wniosku, że tak zakochać to się, kurwa, można tylko raz. Ekran telefonu rozbłyska światłem i widzę na nim twój uśmiech. Na zdjęciu masz aparat na zęby. Nigdy nie sądziłem, że doda ci choć trochę uroku, ale tak się właśnie stało. Kiedy rozkładam ekran, przyglądam się jeszcze delikatnej szyi, drobnym ramionom uniesionym do góry, sterczącym, białym piersiom zwieńczonym czekoladowymi sutkami, i niewielkim dłoniom splecionym nad niesforną czupryną czarnych, kręconych włosów. Brązowe oczy wbijają się we mnie hipnotyzująco. To coś w rodzaju autoagresji. Okaleczania się mentalnego. Przypomnienie o tym pierdyliardzie szans, jakie mi dawała na poprawę, na zdobycie jej i bycie z nią. Mem niosący ze sobą poczucie straty i świadomość tego, jakim kawałem złamanego organu męskiego jestem na wszystkich szerokościach geograficznych. Jak bardzo umiem zawieść jedyną kobietę, która zdecydowała się dla mnie być. Przy okazji wszystkich innych bliskich. Ranić. Z transu budzi mnie dopiero przypadkowy nielat, który wpada mi na plecy, sarka coś niezrozumiale w nowomowie o obowiązkowej eutanazji po czterdziestce i sprawia, że otaczający świat staje się znów realny. Do bólu.

Znacie to uczucie, kiedy w stolicy z ciemnego, długiego tunelu śmierdzącego szczochami wychodzi się i widzi górujący nad okolicą Pałac Kultury i Nauki? Ja jeszcze znam. Teraz, rozebrany do połowy, jest raczej okaleczonym kikutem dumy nieistniejącego imperium rozniesionym w strzępy w celu udowodnienia czegoś, o czym wszyscy od dawna wiedzieli. Że przeszłość się nie liczy i można ją zmieniać. Początkowo w mediach gruchnęła wieść: chcą go wysadzić i zapraszają wszystkich zainteresowanych tego to a tego i że będzie to egzekucja publiczna. Ale okoliczne korpy chyba się bały, że im szyby z biurowców wypadną i pomysł przepadł. Istniała szansa, że nie podzielono jeszcze łupu, jakim stała się działka w centrum. Nie wierzę, że komukolwiek za wyjątkiem mnie było po prostu żal.

Zalewa mnie fala światła. Huk ulicznego ruchu i zapach spalin oraz spalonego mięsa na kebaba. Na schodach koło brudnej budy z cieszącym mordę Azjatą siedzisz ty. Dostrzegam cię bez problemu w tłumie. Pewnik w pejzażu zmian. Sto tysięcy jednakowych miast i zawsze taka sama. Ma na sobie tę cienką, czarną sukienkę. Po zdjęciu różowej szpilki rozmasowuje stopę. Wykrzywia nogę, jakby łapał ją skurcz i sięga wyżej, ku łydce. W lecie nie nosi rajstop. Lubi się opalać, chodzić nago po ogrodzie. Pierwsze ślady słońca odbiły się już na ramionach, z których schodzi skóra, pomimo tego że zapewne jak zawsze starannie je nakremowała. Kark okryła gęsia skórka. Nie pomalowała paznokci. Kiedyś to był znak, rodzaj umowy, ale co pozostało z tajnego sanskrytu drobnych ustaleń, co zmieniło się w nowy nawyk, a co w pielęgnowane wspomnienie. Z płóciennej torebki z nadrukiem żółtej łódki przybijającej do wyspy wyciąga książkę, na której okładce jest staruszek przewiązujący pomidory. Poprawia okulary, następnie zakłada opadający jej na oczy kosmyk włosów za ucho. No przecież, kurwa, wiem, że także mnie zobaczyła. Ciężko mnie nie dostrzec, jak stoję jak ten ograniczony na umyśle i się wgapiam. Prawdopodobnie nawet trochę się ślinię. To nie jest tak, że nie chcę podejść i wziąć jej w ramiona, unieść i słuchać, jak się śmieje; że nie chcę zatopić ust w jej aromatyczne, okryte resztką porannej kawy wargi. Tylko, że nie sądzę, aby tak było.

­ – Jak to leciało? – chrypię w końcu i wskazuję na książkę.


Źródło: Pixabay

Agnessa Novvak – To (nie?) jest kolejna opowieść o wirusie z koroną, czyli zło konieczne (32% Waszych głosów)

Kobieta w kitlu odkłada wypełniony drobnym pismem arkusz na biurko. Marszczy młodą, budzącą zaufanie twarz w pełnym zatroskania grymasie. Przeczesuje sięgające pasa loki, z każdą chwilą coraz mocniej poddając się równie czarnym co one myślom.

Z zadumy budzą ją kroki na korytarzu, zwiastujące pojawienie się w drzwiach ciekawskiej twarzy.

– Pani ordynatorowa u siebie?

– Dyżur mam! – rzeczona kierowniczka oddziału podnosi poirytowany wzrok. – I jestem zajęta.

– Bo według mnie – stara pielęgniarka wprasza się do gabinetu i wypełnia krzesło tęgim zadkiem – nie ma już sprawiedliwości na świecie! Ja swoje przeżyłam i diabli mnie wciąż nie biorą, a tu tacy młodzi umierają!

– My się chyba nie rozumiemy…

– No właśnie! Do szkoły chodziłam, jak w sześćdziesiątym trzecim zaraza we Wrocławiu wybuchła! Prawdziwa ospa, nie jakieś grypy! Całe miasto zamknęli! Nie mogłam nawet z domu wychodzić! W wakacje! I wszystko strasznie chlorem śmierdziało!

– Proszę mi nie przypominać, co się wówczas działo, ponieważ… – przygryza język w ostatniej chwili – …mi pani odpowiadała. Ostatnio przedwczoraj. Tymczasem skupmy się na bieżącej sytuacji, dobrze? Zrobiłam obchód, porównałam wpisy z ostatnich dni – pokazuje gestem papiery na stole – i w większości przypadków widać poprawę. Tylko tym dwojgu z trzynastki się nie polepsza…

– Ja też o nich się najbardziej martwię! To jeszcze dzieci są! Rodzeństwo! Co ich rodzice muszą teraz przeżywać? Nie mam pojęcia, co stwórca …

– Pani Tzarova! Dość tych dywagacji! Nie wnikam w działanie sił wyższych, lecz wiem doskonale, co pani powinna zrobić! Proszę wyjść, przekazać innym, że mają mi nie przeszkadzać, a później wrócić do domu i porządnie się wyspać. Oraz koniecznie powiedzieć doktorowi Zuhausowi, że znów ma burd… lunapar w dokumentacji. Życzę dobrej nocy!

* * *

Momentalnie po szczęknięciu klamki ordynatorka oddziału chorób zakaźnych szpitala w Śmiertnej Górze nerwowo wbija palce w skronie. Mało brakło, a znów powiedziałaby zbyt wiele… Paradoksalnie nawiązania do hiszpanki – nie wspominając o dżumie, cholerze czy dowolnym morze sprzed wieków – są zwykle odbierane przez postronnych jako przejaw niecodziennego poczucia humoru. Względnie ignorowane. Co innego wspomnienia o wydarzeniach wciąż żyjących w pamięci naocznych świadków.

Z wolna uspokaja się, kierując myśli ku zajmującemu izolatkę rodzeństwu w stanie praktycznie krytycznym. Zdaje sobie sprawę, że przecież już podjęła decyzję. Nie może postąpić inaczej. Nie chce. Nawet jeśli nie będzie to proste – zwłaszcza przy dwojgu potrzebujących naraz – ani… czy na pewno pozbawione przyjemności?

Otwiera ciężką, zabezpieczoną kodem kasetkę. Wyjmuje pękatą buteleczkę, odkręca szlifowany korek i zaciąga nieco smołowatej cieczy do strzykawki. Wkłada ją wraz z pękatym woreczkiem oraz porcelanowym tyglem do kieszeni, dla zachowania pozorów zakłada maseczkę i zamyka za sobą drzwi.

Bezgłośnie wchodzi do feralnego pokoju. Zapala lampkę, odsłania twarz i dłuższą chwilę przypatruje się podłączonym do aparatury pacjentom. Pamięta doskonale, że wszelkie zasady rządzące równowartą wymianą mówią jasno i bezwzględnie: nie ma niczego za darmo i być nie może. Teoretycznie jednak wystarczy nieco włosów, śliny lub najlepiej krwi, by spłacić zaciągnięte zobowiązanie. Jakkolwiek istnieją pewne płyny ustrojowe o jeszcze mocniejszym działaniu, jednocześnie pozwalające na…

Wykłada zawartość kieszeni na stolik i zaczyna cicho śpiewać. Nucąc niemożliwą do spamiętania melodię ściąga maskę oddechową z trupiobladej twarzy wychudłej blondynki. Kolejno odpina kable, sondy oraz cewniki. Ostrożnie wprowadza igłę w wenflon. Powolutku, milimetr po milimetrze dociska tłoczek, wsłuchując się w słaby oddech. Z początku rwany i chrapliwy, nagle uspokaja się, jakby nastolatka spokojnie spała. Powtarza więc procedurę u jej niewiele starszego brata, obserwując z uśmiechem nieśmiałe rumieńce, wykwitające na policzkach obojga.

Nie zwlekając, przesypuje porcję intensywnie ziołowego suszu z kapciucha do tygielka i przytyka zapalniczkę. Gasi światło. Migotliwym płomieniem kreśli w ciemności serię znaków ponad głowami leżących w taki sposób, by zaciągali się aromatycznym dymem. W finale rytuału zamyka oczy, powtarza ciąg gestów ponad sobą i skończywszy go, milknie. Dusi płomień palcem. Wreszcie podnosi powieki, błyskając parą nieludzkich, żarzących się krwistą czerwienią źrenic.

Bez ceregieli odrzuca pościel, podciągając dziewczynie koszulę. Pochyla się i z największą delikatnością składa pocałunek na ledwie zaróżowionych ustach. Przeciąga dłonią po niedojrzałych piersiach, zwieńczonych jaśniutkimi brodawkami. Podąża wzdłuż zapadłego, ozdobionego malutkim tatuażem brzucha. Wsuwa palce pomiędzy kłujący zarost. Przyklęka na łóżku, chwyta smukłe uda i unosi je wysoko, rozchylając kobiecość niczym najpiękniejszy z pięknych kwiat. Zaciąga się dziewczęcą, ulotną… drażniącą wonią potu i zdecydowanie nieświeżej intymności. Raz po raz, jakby upewniając się, czy na pewno…

Wciska długi, ostro zakończony język we wciąż dziewicze wnętrze, wylizując przyschnięte płatki. Obejmuje ustami malutką, jakby skrytą wstydliwie perełkę, niespodziewanie szybko reagującą na pieszczoty subtelnym drżeniem. Opiera nogi blondynki na barkach, sięgając spiczastymi paznokciami do sutków.

Wtem, znacznie szybciej niż mogła się spodziewać, czuje spięcie młodzieńczego ciała, podkreślone przeciągłym jękiem. Na ów sygnał błyskawicznie przerywa karesy i zbiera lepką, niewinną namiętność do porcelanowej miseczki.

Podchodzi do chłopaka i pospiesznie odrzuca kołdrę. Uśmiecha się na widok wybrzuszonej bielizny, świadczącej jednoznacznie o jakże pożądanych efektach działania tajemnych ingrediencji. Uwalnia nadspodziewanie okazałą męskość. Choć dobrze wie, że może sobie poradzić na wiele innych sposobów, bierze ją w usta i ssie pożądliwie, nie żałując śliny. Z nieukrywaną przyjemnością ostatni raz przeciąga językiem po napiętej skórze, po czym wskakuje na łóżko.

Odsuwa palcami krawędź fig i przykuca nad prężącym się przyrodzeniem. Zdając sobie sprawę z nieprzewidywalności młodzieńca, pieści się przez koronkę, coraz energiczniej kołysząc biodrami. Oszołomiona emocjami, dymem i niebagatelnym rozmiarem, szczytuje w ciągu ledwie kilku chwil. Zaraz potem ponownie, jakby chcąc w pełni wykorzystać nadarzającą się sposobność. Dopiero wyraźne skurcze i rozlewające się we wnętrzu ciepło przypominają jej o najważniejszym.

Zeskakuje na podłogę, pospiesznie wyciska resztki nasienia z wciąż sztywnej męskości wprost do tygielka i od razu podpala. Unosi strzelające iskrami naczynie i drżącym z emocji głosem wypowiada niezrozumiałe formułki do chwili całkowitego wygaśnięcia ognia. Zbiera palcami wciąż ciepły popiół i odciska srebrzyste znaki na ustach. Wszystkich trojga.

W tym samym momencie boleśnie pojmuje, że próba uleczenia dwóch osób równocześnie nie była najmądrzejsza. Bez świadomości pada na podłogę.

* * *

Potrząśnięcie przywraca ją do rzeczywistości. Zrywa się gwałtownie, wbijając wzrok w siwowłosą pielęgniarkę.

– Po co te nerwy? Przecież nie zjem! Ubrałam dziewuchę, chłopaka zresztą też. Od razu widać, że czują się lepiej! I pokój przewietrzyłam, więc nie ma obawy, że ktoś coś zauważy.

– Czego niby miałabym się bać? – bezskutecznie próbuje przysłonić strach obojętnością.

– A tego, że ja wiem, kto pani jest. Znaczy, domyślam się… zresztą, czy to ważne? Grunt, że jak byłam mała, dobrze zapamiętałam młodą, ładną siostrę, co mnie szczepiła. Wyglądała identycznie te pięćdziesiąt lat temu, potem jak została moją ordynatorową i dzisiaj też. A podejrzewam, że dużo dłużej tak wygląda.

– W takim razie proszę wszystkim o tym rozpowiedzieć! – blefuje, choć nogi się pod nią uginają.

– A po co? Nie rozumiem jak ani czemu, ale dużo dobrego pani robi. Bardzo dużo. A ja dużo o tym myślałam. Kto wie, może dzięki pani w ogóle żyję? Poza tym – uśmiecha się szeroko – kto mi w taką głupią historyjkę uwierzy? Prawda?


Źródło: Pixabay

Ferrara – Miłość w czasach apokalipsy (27% Waszych głosów)

Armageddon przyszedł i załatwił sprawę szybko i sprawnie. 59,8% populacji ludzkiej zmarło w ciągu pierwszego miesiąca. Momentalnie przestaliśmy reagować emocjonalnie na kolejne doniesienia o śmierci naszych bliskich, naszych przyjaciół. To było jak sen – połowa ludzkości nagle zaczęła umierać na niewydolność oddechową, a połowa nawet nie poczuła objawów. Niestety, wirus zabrał głównie ludzi po pięćdziesiątce oraz dzieci poniżej piętnastego roku życia. Oczywiście były wyjątki – żywotni, zahartowani, uprawiający jogging sześćdziesięciolatkowie i dzieciaki, które wygrały wyjątkową odporność na loterii genetycznej są wciąż wśród nas. Z kolei młodzi, nałogowi palacze, osłabieni i chorzy, nawet dwudziestolatkowie, ludzie z obniżoną odpornością – nie mieli żadnych szans.

Świat zwolnił.

Minął już prawie rok od pandemii. Kiedy idę ulicami Warszawy, wciąż czuję się trochę jak we śnie. Patrzę na lisy biegające po parkingach, na których rdzewieją porzucone samochody. Na krucze watahy rozgrzebujące śmieci. Na trawę już przebijającą się przez popękane płyty chodników. Wystarczył rok, żeby natura przypuściła atak na miasto. Rząd oczywiście nic z tym nie robi – brak ludzi do pracy równie trywialnej, jak pielenie czy przycinanie żywopłotów.

Oglądam witryny pozamykanych sklepów, powybijane szyby. Mieszkańcy poruszają się pieszo lub na rowerach. Od czasu do czasu przejedzie pojedynczy samochód dostawczy, karetka, policja lub straż pożarna. Nikt inny nie porusza się samochodem po mieście – ceny benzyny i gazu są horrendalnie wysokie. Zostają jeszcze autobusy elektryczne – społeczności poszczególnych dzielnic same organizują kursy. O tak, wiele rzeczy, które do tej pory zapewniał rząd, teraz organizowane są przez wspólnoty sąsiadów. Wiele praw przestało obowiązywać. Nowe rządy starają się dostosowywać do sytuacji. Co najciekawsze, nikt nie panikuje. Apokalipsa była bardzo, bardzo spokojna.

Przechodzę obok modnego niegdyś lokalu i na chwilę tracę wątek. Głośne jęki dobiegają przez wielkie, uchylone okno. Zaglądam do środka. Ktoś najwyraźniej przejął to miejsce i serwuje kawę w zamian za seks. Widzę wewnątrz z siedem osób o różnym stopniu rozebrania. Prawdziwy tłum. Dwóch mężczyzn pieprzy jedną kobietę, zręcznie korzystając z niewielkiego stolika. Zajmują się nią z obu stron. Pozostali rozmawiają, śmieją się, zaczynają się do siebie nawzajem dobierać. Aż miło popatrzeć. Całe lata oglądania pornografii wreszcie zaowocowały. Ludzie coraz chętniej urozmaicają sobie seks rzeczami podpatrzonymi online.

Ruszam dalej. Dziś nikt już nie produkuje pornografii. Nie ma takiej potrzeby. Owszem, niektórzy wciąż chętnie szperają w starych kolekcjach online. Internet wciąż funkcjonuje, najważniejsze dzielnice mają prąd, a w magazynach leży pełno bezpańskiej technologii. Większość ludzi ma w domu po kilka smartfonów, tabletów i od cholery innego sprzętu. Telewizja nadaje tylko jeden kanał, tworzony przez pasjonatów. Nagle jest za dużo mieszkań. Kiedy wywieziono zmarłych, rząd ogłosił „amnestię lokalową” – możesz zająć dowolny pusty lokal. Bezpłatnie. Ekonomia i biznes umarły w ciągu sześciu tygodni. A jednak wszyscy sobie radzą. Unia Europejska niby wciąż istnieje, ale póki co, każdy kraj, a nawet każde miasto i miasteczko, funkcjonują indywidualnie. Ludzie obawiali się bezprawia i anarchii, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wszyscy mają zapewnione spełnienie podstawowych potrzeb. Światowe banki zresetowały długi publiczne i wyzerowały konta ludzkości. Rządy państw zapewniają miesięczną „pensję” każdemu obywatelowi, wystarczającą na pokrycie tych opłat, które jeszcze funkcjonują. Na ulicach rządzi głównie barter i PayPal zasilany wirtualnymi walutami. Przynajmniej w Europie bieda i bezdomność zostały zupełnie wyeliminowane w ciągu miesiąca.

Mijam na chodniku dwie kobiety. Jedna ubrana w koronkowy, przezroczysty top. Widzę jej drobne piersi i ciemne sutki. Druga do wygodnych dżinsów założyła górę od kostiumu kąpielowego. Obie mają mocny, kolorowy makijaż niczym prosto z wybiegu. Ja idę boso, tak jak mam w zwyczaju latem, w samych garniturowych spodniach. Pożeramy się nawzajem wzrokiem, kiedy przechodzę tuż obok. Uśmiechamy się, wąchamy swoje drogie perfumy i zapachy naszych ciał. Przesuwają wzrokiem po mojej sylwetce, dłońmi po moim torsie. Nie znam ich. Zatrzymujemy się, mówimy sobie cześć, dotykamy się, ocieramy o siebie, całujemy namiętnie, ja z nimi, one ze sobą i ze mną. Wymieniamy się ID, żegnamy, ruszamy dalej. One zarumienione, ja z wyraźnie widocznym przez cienkie spodnie wzwodem.

Tak, na ulicach panuje nowa moda. Trochę Burning Man, trochę Woodstock. Brak konwenansów, tabu i kolorowych magazynów dyktujących modowe trendy. Każdy ubiera się jak chce. Wystarczy wejść do dowolnego z zamkniętych sklepów z ciuchami i wybrać co się chce albo kupić coś u ulicznych sprzedawców zachwalających ręcznie wykonane ubrania na nową erę.

Zaglądam do apki w telefonie i widzę, że obie kobiety są zdrowe. Jedna szuka partnera na jutro rano. Zgłaszam się.

Mijam kolejną parę. Uprawiają seks na masce samochodu a gapie przystają i przyglądają się im. Po chwili dołącza do nich kolejna para. Nikt nic nie mówi. Nie ma potrzeby.

Bo widzicie, wirus nigdzie nie odszedł. Pozostał z nami. Wchłonięty do puli innych wirusów, z którymi człowiek musi nauczyć się koegzystować. Kiedy WHO ogłaszało z pewną konsternacją, co należy zrobić, żeby uchronić się przed chorobą, cały świat wstrzymał oddech.

Jedyny pewny sposób, to jak największe różnicowanie wzajemnej flory i fauny bakteryjnej. Masowe. WHO początkowo kombinowało z sezonowymi szczepieniami a rządy już planowały wielkie, logistyczne operacje, kiedy lekarze z wzruszeniem ramion kontestowali, że w sumie wystarczy uprawiać seks.

W miarę możliwości – najlepiej codziennie.

Najlepiej za każdym razem z kim innym.

Najlepiej we wszystkich formach naraz: oralnie, waginalnie, analnie.

Nie wybuchł żaden skandal. Znów – ci, którzy przeżyli, zachowali spokój. Rzecz szybko stała się tematem żartów. Ale już po miesiącu okazało się, że żadne szczepionki nie będą potrzebne.

I tak właśnie cały świat zaczął się pieprzyć.

Większość szpitali i przychodni musi zajmować się chorobami wenerycznymi. Ale ludzie szybko się uczą i kolejnych przypadków jest coraz mniej. Ludzi jest tak mało, że nikt nie chce być outsiderem na timeoucie” jak mówi się na tych, którzy leczą się z jakiejś choroby. Zarazisz się czymś – dostajesz leki, apkę na telefon i oznaczenie z henny na brzuchu, ile dni masz powstrzymać się od seksu. Tyle.

Wiedza i świadomość społeczna stoi na tak wysokim poziomie, że lekarze zakładają wyeliminowanie niektórych chorób wenerycznych w ciągu dwóch lat.

I tak mija czas w tym nowym świecie. Seks stał się tematem numer jeden i najpopularniejszą formą spędzania czasu. Stałe związki praktycznie nie istnieją. Kobiety, które zechcą urodzić dzieci, wychowują je w lokalnych szkolnico-komunach. Mało kto jednak decyduje się rodzić – wirus wciąż krąży.

WHO wyliczyło, że przy takim stylu życia przyswoimy wirusa w ciągu około dwunastu lat. Co będzie dalej? Wrócimy do dawnego świata? Znów zaczniemy się mnożyć bardziej, niż potrzeba? Znów zaczniemy konsumować? A ta dekada dekadencji i otwarcia na seks stanie się tylko legendą?

A może tak już pozostanie na zawsze? Może osiągnęliśmy następny etap rozwoju ludzkości?

Zwolniliśmy, wzięliśmy głęboki oddech.

Mam nadzieję, że to dopiero nasz pierwszy.


Źródło: Pixabay

Shewolf – Domek w górach (27% Waszych głosów)

– Spróbuj jeszcze raz, przecież na pewno ktoś tam jest! – krzyknęła wzburzona Liz.
– Cały czas próbuję, ale przecież słyszysz, że nikt się nie zgłasza, tylko jakieś trzaski w tle. Jest zawierucha i na pewno pozrywało kable! Kurwa mać, akurat dziś musiał wysiąść ten pierdolony prąd. Agregat wystarczy nam na dwa dni. – Marcus był wściekły i przestraszony. Nie mógł jednak pokazać jak bardzo się boi.

* * *

Od kilku tygodni czwórka przyjaciół przebywała w domu wysoko w górach. Dacza należąca do rodziców Marcusa, dostarczała wielu rozrywek w przepięknej, zimowej scenerii. Basen, sauna, jacuzzi, skutery śnieżne i narty. To był ich czas. Mieli spędzić tam dwa tygodnie upragnionego odpoczynku po zdanych egzaminach. Wieści jakie do nich dotarły powstrzymały ich od powrotu do miasta. Byli zszokowani bieżącymi wydarzeniami. Krwawe żniwo zbierał nowy rodzaj wirusa. Atakował nagle i bardzo szybko się rozprzestrzeniał. Przenoszony między ludźmi drogą kropelkową, bądź przez kontakt z krwią, wdzierał się do mózgu, powodując uczucie wrzenia, krwotoki i śmierć. Ludzie w popłochu zaczęli uciekać z miast. Tylko w ujemnych temperaturach mieli szanse przeżyć, chroniąc się przed zakażeniem. W górach panowała sroga zima. Czwórka przyjaciół z przerażeniem śledziła doniesienia z kraju. Zamknęli się w domu najszczelniej jak mogli. Stacja radiowa dawała im możliwość połączenia się z bazą, która w razie problemów mogła zdjąć ich skuterami śnieżnymi ze szczytu. Teraz radio milczało, a prąd wysiadł. Zasięgu komórkowego na tych wysokościach i przy śnieżycy również brakowało. Ograniczyli korzystanie z wszystkiego, z czego się dało. Ogrzewali tylko jedno pomieszczenie. Czekali. Nie wiedząc na co… Na ratunek? Na śmierć?

* * *

Liz i Jane siedziały na kanapie w salonie, wpatrując się w płomienie i słuchając dźwięku palącego się drewna. Okryły się puchowym kocem i wtuliły w siebie. Ich przyjaźń zaczęła się już w liceum i przetrwała trudne czasy studiów. Oddalone od siebie o setki kilometrów, na różnych uniwersytetach. Cieszyły się, że mogą ten czas spędzić we czwórkę. Marcus i Rob przyjaźnili się jeszcze dłużej. Męska przyjaźń, braterska więź, tak silna, że jeden za drugim wskoczyłby w ogień. Pewnego, letniego wieczoru na wakacyjnej imprezie ich drogi się zbiegły i od tamtego momentu byli nierozłączni.
– Mam nadzieję, że chłopakom uda się w końcu skontaktować z bazą. Nie mogę uwierzyć, że w dzisiejszych czasach nie ma zasięgu komórkowego – powiedziała Jane, obejmując Liz kurczowo. Bała się.
– Nie dziś, to może jutro. Agregaty nie są tak mocno obciążone, powinny na dłużej wystarczyć. Nie martw się. – Liz pogłaskała Jane czule po głowie.
Jane miała piękne włosy: jasne, miękkie i długie. Sięgały jej do zgrabnego tyłka. Pachniały. Liz nie mogła się powstrzymać i wtuliła w nie twarz. Kobiety głaskały swoje ciała w milczeniu. Dłonie splatały i rozplatały się ze sobą. Liz czuła ogromną odpowiedzialność za kruchą i delikatną Jane. Jej jasne włosy i uroda sprawiały, że czuła niesamowitą przyjemność, mogąc ją obejmować i skryć w swoich ramionach. Gładziła drobne ciało od gładkiej czupryny, przed kark i plecy. Droga powrotna kreśliła ścieżkę od dłoni, przez rękę aż do twarzy. Czuła jak pod dotykiem przyjaciółka się rozluźnia, czerpiąc ogromną przyjemność z pieszczoty. Jej oddech nieznacznie przyspieszył, ale nie poruszyła się. Liz od dawna wiedziała, że kobiety znaczą dla niej więcej choć jak dotąd nikomu się nie przyznała, nawet najlepszej przyjaciółce. Zwłaszcza jej. Liz bała się, że to może zniszczyć ich relację na zawsze. Obie miały swoich facetów i pozornie były szczęśliwe. Mimo to coraz częściej myślała, że pełnię osiągnie tylko z kobietą. Dłoń Liz zsunęła się do drobnych, ale krągłych pośladków Jane. Muskała je bardzo delikatnie by jej nie spłoszyć. Nie była pewna, czy usłyszała dyskretne mruczenie. Kobieta miała na sobie jedynie koronkowy kombinezon do spania, który odsłaniał prawie w całości pośladki. Biały materiał pięknie podkreślał jasną skórę. W pewnym momencie Jane uniosła się lekko i spojrzała głęboko w oczy Liz. Było w tym spojrzeniu coś nowego, dotąd nieznanego. Czaiły się w nich iskierki, które prowokowały, kusiły i nie pozwalały wątpić. Jej długie włosy opadające na niewielkie piersi oraz zsunięte ramiączko bielizny pobudzało Liz coraz bardziej. Dotknęła włosów przyjaciółki, okręcając je wokół palców. Napięcie wzrastało, elektryzując swoim natężeniem. Mała Jane prowokowała. Patrzyły na siebie bez przerwy. W pewnym momencie Liz chwyciła mocniej włosy, przyciągając usta do swoich. Zaczęły się całować, zachłannie penetrując językami. Miękkie, słodkie i mokre wargi. Języki splotły się w wirującym tańcu. Liz przyciągnęła Jane na swoje kolana. Kobieta usiadła szybko, obejmując przyjaciółkę za szyję. Liz miała długie, kasztanowe włosy i ciemne oczy. Była kobietą o pełniejszych kształtach, większą od drobnej Jane. Była też bardziej władcza i dominująca.
Liz wplotła palce we włosy Jane i odciągnęła jej głowę do tyłu. Całowała i lizała szyję, ściskając jednocześnie drugą dłonią małe sutki. Pocałunki przybierały na sile. Obie były rozpalone. Liz zsunęła z przyjaciółki koronkowy kombinezon, odsłaniając piersi. Ugniatała przez chwilę cudowne krągłości, patrząc w oczy. Była piękna, zachwycająca, delikatna i jednocześnie bardzo silna. Diabeł w owczej skórze. Liz ustami przylgnęła do piersi. Całowała je zachłannie, ssała sutki, przygryzając raz po raz. Jane wplatała palce we włosy Liz. Dociskała jej głowę do siebie. Oddychała ciężko, jęcząc z rozkoszy. Ich usta na powrót się spotkały. Pocałunki stały się dzikie i zachłanne. W powietrzu unosił się zapach podniecenia. Pragnienie wzrastało niewyobrażalnie szybko, jakby czekały na ten moment latami. Jane zdjęła z Liz koszulę i biustonosz, uwalniając duże i pełne piersi. Przyssała się do jej sutków z taką samą zapalczywością. Ssała, lizała i gryzła, łapiąc je w obie dłonie. Czuła, jak cała pulsuje, jak pragnie więcej i więcej. Wilgotnieje. Obie kobiety poddały się obezwładniającemu uczuciu spadania, zatracania się. Szybko zrzuciły resztę ubrań i splotły się na podłodze między kanapą, a kominkiem. Dotykały się, gładziły i pieściły, pragnąc poznać każdy skrawek i zakamarek swoich ciał. Ich ruchy stawały się zachłanne, szybkie, mocne i dzikie, jakby chciały posiąść się nawzajem. Dłońmi sięgnęły do ociekających i nabrzmiałych łechtaczek. Zanurzały w sobie palce. Pieściły nawzajem, jęcząc. Ocierały piersiami o siebie, zwiększając zakres ruchów i nacisk. Chciały tylko jednego – spełnienia. Dotykały się coraz szybciej i bardziej natarczywie. Jęczały i sapały, głośniej i głośniej, nie zważając na nic. Nie przejmując się, że mężczyźni je usłyszą. Dążyły tylko do orgazmu. Tylko to się liczyło. Docisnęły swoje ciała mocniej i w natężeniu ruchów, coraz szybciej, coraz mocniej, wykrzyczały swoje spełnienie równocześnie. Wiły się, ciała drżały niesione spazmami rozkoszy. Zatraciły się w sobie. Na moment nic i nikt się nie liczył. Tylko orgazm, który dały sobie wzajemnie, przepełniający trzewia. Spojrzały na siebie z czułością i zatonęły w silnym, mocnym uścisku, niczym Yin i Yang. Ich ciała stały się teraz jednością, granice się zatarły. Rozróżniał je jedynie odcień skóry. Ich usta ponownie pieściły się w niemym przyzwoleniu na więcej.

* * *

– Hej dziewczyny, śpicie? – głos Markusa wybił je ze snu. – Baza się odezwała, jutro ktoś podjedzie naprawić prąd, ale musimy przyjąć kilka osób, którym udało się uciec z miasta. Możemy w takim razie skoczyć do jacuzzi. Idziecie? – rzucił, odchodząc.
Kobiety spojrzały na siebie zaskoczone i skołowane. A więc to był sen? Patrzyły, nie wiedząc co się wydarzyło. Po chwili dostrzegły na podłodze rozrzucone ubrania. Głośny śmiech wypełnił salon, przerywany zachłannością pocałunków i dłoni.


Źródło: Pixabay

MRT_Greg – Jaszczu (9% Waszych głosów)

– Uwaga! Przerywamy program, by nadać oficjalny komunikat: Wczorajsze badania AHO wykazały, że woda dostarczana do państwa domów została skażona i nie nadaje się do spożycia. Użycie w celach higienicznych możliwe jest tylko po dwukrotnym zagotowaniu. Konsumpcja grozi…

– Ja pierdolę! – David jeszcze bardziej zapadł się w fotelu. Zniesmaczony przerwą w ulubionym serialu, oparł głowę na dłoni. Nagle coś go tknęło. Odchylił się nieco do tyłu – Rachel?! RACHEL!

Nie słysząc odpowiedzi, wstał z zamiarem pójścia do kuchni, gdy w pół kroku zatrzymał go dzwonek do drzwi.

– Co do…? – wymruczał, czując, jak ogarnia go gniew.

Ludzie od miesiąca siedzieli w domach. Całkowicie zamarł jakikolwiek ruch, czasem słychać było sygnał karetki lub odległe wycie wozów strażackich. W dzielnicy domków jednorodzinnych, jak do tej pory, panował względny spokój. Każdy dbał o swoje zdrowie, zachowując dystans nawet względem bezpośredniego sąsiedztwa.

Powoli zbliżył się do drzwi i zerknął przez firankę w oknie po prawej. Zakapturzona postać stała na werandzie, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Widoczne uwypuklenie z tyłu płaszcza jednoznacznie wskazywało, kto się kryje pod przebraniem.

– Idź stąd! – David krzyknął przez drzwi. – Słyszysz? Nie wpuszczamy jaszczu do domu! Wynocha stąd.

Nieznajomy spojrzał za siebie, jakby szykując się do odejścia, jednak po chwili znów nacisnął dzwonek. David ujrzał ramię stwora. Było wyraźnie ludzkie, powleczone jednak gadzią łuską. Aż się zachłysnął.

– Powiedziałem, żebyś stąd odszedł. Mam broń! I nie zawaham się jej użyć! – Ostatnie słowa podkreślił uderzeniem pięścią w drzwi. Postać nawet nie drgnęła. – Dobrze. Sam tego chciałeś.

David odwrócił się z zamiarem pójścia po broń, gdy stanął na wprost lufy rewolweru. Przełknął głośno ślinę. Odsunął się nieco i spojrzał na napastnika.

– Rachel? – zaskoczony zmarszczył brwi.

Kobieta zdawała się go nie dostrzegać, dopiero gdy podniósł rękę, chcąc odepchnąć od siebie mordercze narzędzie, skupiła na nim swój wzrok. David poczuł, jak puszczają mu zwieracze. Lewa strona twarzy jego żony pokryta była bladożółtymi pęcherzykami. Niektóre z nich popękały, ukazując szarą łuskę. Źrenice Rachel ułożyły się na kształt gadziej elipsy.

– He…

Huk wystrzału i nanosekundowy ból zlały się w jedno, gdy pocisk kalibru siedem milimetrów wrył się w czoło Davida i eksplodował pośrodku jego czaszki, przyozdabiając fragmentami mózgu groszkową tapetę w holu wejściowym. Rachel nawet nie spojrzała na osuwające się ciało. Zlizała językiem krople krwi, jakie spadły jej na policzki.

Drzwi wejściowe, wyważone solidnym kopniakiem, otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł nieznajomy. Trwoga na jego ludzko-gadziej twarzy z miejsca ustąpiła wyraźnej uldze. Zaraz potem otoczył ramieniem trzęsącą się Rachel, do której w tym momencie dotarło, co zrobiła. Wyjął rewolwer z rozedrganych rąk i odłożył na szafkę. Przytulił kobietę do siebie.

Przez chwilę stała oszołomiona, by zaraz zanieść się płaczem. Mimo metamorfozy jaką przeszedł w ostatnich dniach, w postaci obok bez trudu rozpoznała Stephena Meyersa, sąsiada z naprzeciwka. Tego, który dwa lata wcześniej zaadoptował dwa jaszczu, po tym, jak w wyniku pożaru, straciły dach nad głową. Sam nie mógł mieć dzieci. Pani Meyers nie darowała mężowi tej decyzji i wyprowadziła się z domu. Mieszkanie z jaszczu pod jednym dachem, uwłaczało, jak twierdziła jej godności. Od tamtej chwili nie było dnia, by jakiś chuligan nie zdemolował posiadłości Meyersów. Wszyscy sąsiedzi odwrócili się od niego. Tylko Rachel, jakby na złość swojemu mężowi, jako jedyna pomagała mężczyźnie w trudnych chwilach. Dave nie zwracając uwagi na coraz częstsze sąsiedzkie spotkania, nie dostrzegał zmian jakie zachodziły w jego żonie. A ona sama, choć wzbraniała się przed samą sobą, wkrótce poczuła, jak w jej sercu zagościło dawno zapomniane uczucie.

Teraz podsycane dodatkowo zwierzęcą, wiosenną chucią, wybuchło z całą mocą.

Przygnębienie znikło jak ręką odjął, gdy poczuła napierający na jej podbrzusze, masywny kształt. Wciąż nieco niepewna uśmiechnęła się zalotnie. Wyraźny zapach feromonów sprawiał, że stawała się uległa. Odpięła ramiączka sukienki i pozwoliła, by ta zsunęła się na podłogę. Jej smukłe ciało było apetycznym kąskiem dla rodzaju ludzkiego. Jaszczu woleli bardziej obfite kształty. Niemniej niespodziewany kochanek nie był stuprocentowym gadem.

Jednym szarpnięciem zerwał z niej majteczki, po czym sam pozbył się płaszcza, stając przed nią zupełnie nagi. Odetchnął z wyraźną ulgą, jakby materiał sprawiał mu ból.

Zapatrzyła się na zielony monstrualny organ, sterczący spomiędzy nóg Stephena i poczuła nieznany jej dotąd przypływ pożądania. Odwróciła się tyłem do mężczyzny i, oparłszy o blat stolika, sięgnęła dłonią między uda. Palcami rozsunęła wargi sromowe, gotowa na przyjęcie członka. Była przekonana, że drąg tych rozmiarów, nawet w potokach zalewającego ją własnego śluzu, nie zmieści się w jej skromnym wnętrzu. Szybko jednak przekonała się, jak bardzo zmieniła się w ciągu ostatnich dni. Jej pochwa bez większego trudu przyjęła członek pana Meyersa i choć początkowy ból sprawiał, że rozkosz była znikoma, zaraz potem doznania stały się zdecydowanie przyjemniejsze. Masywny pal, normalną kobietę rozerwałby na pół. Dłonie jaszczu zacisnęły się na piersiach Rachel, wyrywając z jej ust kolejny okrzyk rozkoszy. Mężczyzna posuwał ją szybko i energicznie, sapiąc jej przy tym do ucha. Rozdwojony język pieścił delikatną szyję kobiety, drażniąc co chwila płatki jej uszu. Oddała mu się całkowicie, czerpiąc ze zbliżenia rozkosz, o jakiej jej się dotychczas nawet nie śniło. Chitynowy pancerz na plecach mężczyzny skrzypiał w rytm pchnięć, jakby do taktu z głośnymi mlaśnięciami dobywającymi się od strony jej pośladków. Podbrzusze Stephen miał delikatne, pokryte jeszcze resztkami ludzkiego owłosienia. Pragnienie spełnienia było tak ogromne u obydwojga kochanków, że niespełna pięć minut po pierwszym sztychu Rachel poczuła wypełniające ją nasienie. Sama przeżywała orgazm w ułamek sekundy później. Zmęczony mężczyzna oklapł na podłogę.

Pozwoliła mu na chwilę odpoczynku i zaraz potem dosiadła energicznie. Miała niespożyte siły, potęgowane absencją ostatnich dni ze Davem.

Godzinę później do mieszkania wpadł Seraphin, starszy syn Stephena.

– εαδφγηχβ!

– Co on mówi? – spytała Rachel, wyraźnie przestraszona niepokojem, malującym się na twarzy sąsiada.

– Musimy iść. Szybko! Nie pytaj, zaufaj mi.

Nie miała powodów, by tego nie czynić.

Na ulicy czekał samochód. Kierowca, pełnokrwisty Jaszczu, zawiózł ich do hali targowej, gdzie ukrytą windą zjechali kilkadziesiąt pięter w głąb ziemi. Ukryci w naturalnych kamiennych pieczarach wraz z tysiącami innych przedstawicieli obu gatunków poczuli, jak zatrzęsła się nad nimi ziemia. Nie mieli się jednak czego obawiać. Promieniowanie wynikłe z wybuchu bomby termojądrowej nie było w stanie przeniknąć tak głęboko.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Nie żadna epidemia, a wręcz klęska nawiedziła Najlepszą Erotykę. Urodzaju. Serio 😀
Niby wspólny temat i malutka objętość, a każde z opowiadań nie dość, że jest zupełnie inne, to jeszcze ma i swój świat, i bohaterów, i fabułę… Cyberpunk, horror, sensacja, fantastyka, czego tu nie ma? Szczerze – nie mam pojęcia na który tekst zagłosować, bo wszystkie są na swój sposób świetne! 🙂
Mam nadzieję, że takie bitwy częściej zagoszczą na łamach portalu!

Faceci są wzrokowcami, więc mam swój typ, oglądnąwszy obrazki. Ale zdecyduję, gdy przeczytam. A tymczasem wracam do swojej zdalnej pracy biurowej, dzięki której nie tęsknię tak jak przed epidemią za weekendem.
Uśmiechy,
Karel

Ja po obrazku wybrałabym czwórkę, a Ty?

Pod względem “seksowności” bardziej podchodzi mi chyba 3. Za to fotka nr 2 jest najbardziej sugestywna i pasuje do treści. Ja nie wiem, jak administracja wyszukuje te ilustracje 😀

Aniu, No, oczywiście fotka jedynki – nie ma konkurencji at all.
Opowiastka dwójki to również nawiązanie do historii rodzinnych. Członek rodziny kreślił po wojnie mapy, podróżował po całym kraju od morza do gór i zwykle ponad 6-8 miesięcy nie było go w domu. Pewnego roku akurat był w albo pod Wrocławiem. I miał już wracać, gdy wybuchła epidemia.
Powrót do domu opóźnił się o dwa miesiące albo coś koło tego. I to było dla rodziny dość trudne. Tęsknota, niepokój, brak wieści o losie bliskiej osoby.
Uśmiechy i niech się opamiętają antyszczepionkowcy,
Karel Godla

A już myślałam, że zwyciężyła Twoja słabość do pielęgniarek 😉

Buuu, chcę zagłosować a pokazuje mi, że już zagłosowałam 🙁

Spróbuj np. z telefonu. Ostatnio przy pojedynku też były jakieś problemy aż system glosowania się na chwilę wysypał.

Oddałem głos na miniaturę nr 2, jak dla mnie, zdecydowanie najlepszą. Przewaga tego opowiadania polega, moim zdaniem, na ścisłym dopasowaniu tematyki do przyjętego tematu oraz na uczynieniu z aktu erotycznego decydującego i niezbędnego elementu fabuły, wręcz jej osi, podczas gdy w pozostałych akty te odgrywają w zasadzie rolę ozdobników, bez których teksty mogłyby się obejść bez większej straty dla przebiegu akcji. Sama fabuła w miniaturze nr 2 też została rozbudowana „z najszerszym oddechem”, nawiązując do znanych wydarzeń z przeszłości oraz zręcznie łącząc je z obecnymi (i przyszłymi?) czasami. Tym niemniej, gratulacje dla wszystkich uczestników.

A na przykład opowiadanie nr 4? Tam przecież też scena erotyczna jest punktem centralnym, powiązanym ciągiem przyczynowo-skutkowym (w końcu bohaterowie nie bez przyczyny są tam, gdzie są) z wymaganą tematyką. Choć faktycznie w zupełnie inny sposób niż w nr 2. Ale widocznie tak autorom (autorkom?) pasowało 😉

Zapytany bezpośrednio o przyczyny wyboru dwójki, wyjaśniam. W przypadku miniatury nr 4 trudno mówić o centralnej roli sceny erotycznej w fabule, bo fabuły takowej opowiadanie właściwie nie posiada, co najwyżej w wersji szczątkowej oraz pretekstualnej. Ot, grupka osób zostaje odcięta skutkiem wybuchu epidemii w takiej czy innej (w tym wypadku górskiej) samotni, po czym oddają się igraszkom erotycznym. Pomysł raczej banalny i niczym szczególnym nie zaskakujący. Utwór posiada przy tym budowę modułową, składa się z rozbudowanej sceny erotycznej (ok. 80-90 % tekstu) oraz dwóch dodatków, swego rodzaju wstępu i zakończenia. To w tych dodanych fragmentach pojawiają się informacje o epidemii, ale ich związek (podobnie jak i samego motywu choroby zakaźnej) ze wspomnianą wyżej sceną wydaje się raczej luźny. Obydwa te fragmenty mogłyby bez żadnego problemu zostać zastąpione innymi, podającymi inne przyczyny dla których bohaterowie (w tym wypadku bohaterki) znalałzy się w sytuacji sam na sam , po czym umilały sobie czas seksem. Przyczyn takich można wstawić w tym miejscu setki i w niczym nie wpłynęłoby to na bardzo skromną fabułę opowiadania. Oto powód, dla którego uważam, iż dwójka wypadła w tej „bitwie” lepiej.

Pal licho obrazki. Próbowałem przeczytać, ale tylko dwójkę się dało strawić i zrozumieć. Może najbardziej naiwne i prymitywne w przekazie ale jednak dla mnie najbardziej godne głosu.

Uśmiechy,
Karel Godla

Nie wypowiadam się za innych, ale mnie ktoś kiedyś namówił na tekst rozmiaru ~1000 słów, czyli tyle, ile wyżej. Na jakiejkolwiek zgrabności, subtelności czy inne ości nie tam ma miejsca.
Tzn. są autorzy, którzy mistrzowsko piszą miniaturki (jeden nawet niedawno opublikował zbiór), ale dla mnie to zaskakująco ciężka forma.

Przyznam, że sama miałam problem ze zrozumieniem jedynki, ale generalnie historie wydają mi się proste… zresztą, jak zauważyła Agness, trudno przy takiej objętości wymagać skomplikowania. Są bardzo różnorodne, każda ma swój urok, ale moją lewacką duszę skradła zdecydowanie ta o pandemii jako przyczółku zmian obyczajowych (mimo, że zabrakło w niej soczystych scen seksu). Scena seksu? Chyba jadnak wolę mniej ceremonialną z czwórki – widać tradycjonalistką ze mnie ;p

Temat niezwykle ciekawy i jak widać, każdy zabrał się do niego nieco inaczej. Podoba mi się różnorodność i pomysłowość. Wiadomo, że nie każdemu wszystkie opowiadania się spodobają, niemniej gratuluję Wszystkim Autorom. 🙂

Hmmm… A mojej raczej faszyzującej duszy najbardziej spodobał się tekst nr 2. Chyba wszystko na jego temat zawarł w swoich uwagach Nefer.
Natomiast jedynka wydaje mi się wstawionym na potrzeby bitwy prologiem czegoś dłuższego, co chyba wcale nie ma związku z zadanym tematem.
Pozostałe teksty są w miarę dobre.
Pozdrawiam.

Zagłosowałem na “trójkę” – najlepiej nakreślony świat po zarazie. Dodatkowy plus za najprzystępniejszy język ze wszystkich miniaturek.

Odpowiedz

GGMARQUEZ vel SEELENVERKOPER

@Szerksznas to scena. Nigdy nie czytałeś Miłości w czasach zarazy? Jednej z najbardziej erotycznych i niesamowitych powieści XX wieku? O miłości, seksie i zdradach? Taka brazylijska telenowela w wersji hard. Z tym kojarzy mi się temat. Nie z Koronawirusem. Z tytułem tej uhonorowanej noblem powieści, która kształtowała całe pokolenia. Spójrz na nią w tym kontekście. Zawsze zresztą sądziłem, że tym jest właśnie erotyka. Niedowiedzeniem. Pozostawieniem tego, co chce się przekazać pomiędzy słowami. Pomiędzy ludźmi. Nie lubię obrażać inteligencji czytelników. I nienawidzę naruszać swojej;]

Tej powieści nie czytałem. Może za jakiś czas, gdy opadną emocje i sytuacja się uspokoi, ją przeczytam.
Ze znanych mi utworów, o ile się nie mylę, o zarazie traktują fragmenty “Rapsodii świdnickiej” Władysława Jana Grabskiego. Nota bene, to jedna z lepszych powieści historycznych, jakie znam.

Bez fałszywej skromności, bez podlizywania się, bez kadzenia i bez udawania powiem wprost – jak to się stało, nie wiem 😀 Serio.
Pół biedy, że drugi raz czytelnicy swoimi głosami dają mi wygraną w tego typu rywalizacji, za co zresztą serdecznie im dziękuję. Ale żeby z ostatnim objawieniem (objawioną 😉 ) NE w postaci SheWolf i mistrzem (nie tylko) krótkiej formy, czyli Ferrarą? Tego się najstarsze foki nie spodziewały…
Wszystkim uczestnikom gratuluję naprawdę wyrównanej walki i przede wszystkim niesamowitego poziomu opowiadań konkursowych! I mam nadzieję, że jeszcze nie raz skrzyżujemy klawiatury 😀

Gratuluję! Po raz kolejny udowadniasz, że te gierki są właśnie dla Ciebie i rywalizując, piszesz opowiadania godne uwagi 😉 Tak trzymaj!

Koprze – kto choć raz zetknął się z Twoją twórczością, doskonale wiedział czyjego autorstwa jest opo nr 1. Jesteś niepowtarzalny 😉
O stworzenie wygranego opo podejrzewałem Karela, zaś miast Ferary widziałem Lisa (którego nieobecność bardzo niemo mnie rozczarowała). W dodatku nie wiem czemu uległem sugestii, jakoby autorami byli sami faceci.

Pozostaje się cieszyć, że ktoś miał siły jeszcze nadgryźć opo nr 5 (choć reklamy pozostałych widziałem na tyle często, że sam o nim zapomniałem). Ale to pewnie moja korektorka ulitowała się nad grafomanem i pewnie jeszcze taki jeden, pod groźbą nie dostania… 🤣

Pozdrawiam
MRT

@Gregu – ja już nawet nie próbuję odgadywać, kto jest autorem, bo i tak trafiam kulą w płot 😉 Natomiast zastanawiam się, dlaczego akurat stawiałeś na @Karela? Czyżby przez pewną nierzeczywistość historii? A może po prostu wreszcie piszę jak człowiek, a nie Agnessa? 😀

Gratulacje Agnesso! ☺️
I dla reszty Autorów również. Poziom bardzo wysoki, dlatego cieszę się, że mogłam wziąć udział w bitwie.

Dziękuję bardzo! A następnej bitwie konkursie weź udział koniecznie, w końcu poziom tej nie wziął się znikąd! 🙂

Gratulacje i podziękowania dla Autorów, w tym największe dla Agnessy – wybrana przez mnie miniatura spod jej klawiatury wygrała głosowanie.
Uśmiechy dla wszystkich bywalców Najlepszej i trzymajcie się zdrowo
Karel Godla
P.S Kurde. Wszyscy mnie kojarzą z fetyszem pielęgniarki. Zapewniam, że nie przesłaniają mi świata, ale prawdą jest, że w powieści, którą sobie aktualnie piszę do szuflady, 50% erotycznych epizodów odgrywają właśnie one. Dziwne, gdy to sobie uświadamiam. 🙂

Zaiste interesujące. Czyżby jakiś “Szpital na peryf… perwersjach” się szykował? 😀

PS Dziękuję za uznanie, choć twój komentarz @Karelu był przecież całkiem krytyczny. Ale może to i dobrze 😉

Agnesso, Tobie chyba mało kto dogodzi. Wybrać jako najlepszą jej miniaturę – źle, “naiwne i prymitywne w przekazie” – mój komplement też Ci się nie podoba. Nic, tylko sobie w łeb…
Żaden “Szpital…”., tylko bohater po wypadku trafia na dłużej do szpitala. A tam są dostępne tylko pielęgniarki wśród których jest wiele młódek. Chciał nie chciał, musiał robić to z nimi.
Uśmiechy,
Karel Godla

Ależ ja ci właśnie szczerze dziękuję za tamte komentarze! Świadczyły one, że przeczytałeś uważnie wszystkie teksty (bo przecież nie tylko mój) i mimo wszystko wybrałeś twoim zdaniem najlepszy – lub najmniej zły, zależy jak patrzeć 😛 – z nich.
I tak, mnie bywa trudno dogodzić. W różnych aspektach 😀

Agnesso,
Gucio prawda, że przeczytałem uważnie wszystkie teksty. One w większości broniły się przed moją lekturą rękami i nogami – tak były dla mnie niezrozumiałe, choć stylistycznie bardzo dopracowane – doceniam trud. Jednak opowiadanie to tylko w szczególnym przypadku może być rebus. Wolę zrobić 6350 – tego Freecela (6349 wygrałem – 100% 🙂 niż czytać rebusy. Prosty czytelnik jestem.
Uśmiechy,
Karel Godla
P.S. W ramach uzupełnień w lekturze klasyki wziąłem się za Zbrodnię i Karę. Tyle słyszałem, że stwierdziłem: trudno, ogarnę tego starocia, bo tych Mrozów, Bond itd. nie da się czytać, pozostają tylko klasyczne starocie. Czy ktoś z Was to czytał? Przebrnąłem 3 rozdziały i nie wiem, czy skończę. Nigdy nie czytałem tak dołującej opowiastki. Idealna lektura na czas zarazy, szlag by to trafił 🙁
Po prostu walczę sam z sobą, aby nie rzucić tego w diabły.

„Wiele młódek”? – to dopiero fantazy!!! 😉
Zdaje się, że u nas średnia wieku pielęgniarek to coś koło pięćdziesiątki…

Aniu, masz rację. Młode wyjechały tam, gdzie chociaż trochę płacą.
Niemniej wg mojej fabuły w dwudziestoosobowym zespole oddziału, na którym leżał bohater, znalazło się 6 czy 7 w atrakcyjnym wieku i nie tylko wieku 🙂

Gratuluję wszystkim uczestnikom bitwy, była naprawdę udana 🙂
I mam nadzieję, Agnesso, że w końcu zrozumiałaś o co chodzi z tą anonimowością…

To nie chodzi Aniu o rozumienie (lub nie), ale raczej podejście do tego typu spraw. Tym bardziej że wtedy moje autorstwo było znane, a kontrkandydata nie.
Natomiast jeśli widzę, że wasze rozwiązania sprawdzają się lepiej w praktyce, to nie będę się przecież ślepo okopywać przy swoim zdaniu. Wy mieliście rację, ja nie do końca i… tyle 😉

Napisz komentarz