Sto tysięcy jednakowych mikołajów (Seelenverkoper)  2.82/5 (11)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 14 minut/-y    

Robert Patten, “Blaire“, CC BY-NC-ND 2.0

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka25 grudnia 2015 roku.

Cicho zgrzytnął zamek i czterech mikołajów konspiracyjnie, stąpając na paluszkach i klnąc pod nosami o mało co nie zabiło się, złażąc po schodach. Mieli czerwone, grube kubraki, czarne buciory sięgające do połowy łydek, obszerne czapy obszyte króliczym futerkiem i puszyste, srebrne brody. Wszystko made in China i prawie jak naturalne. Pierwszy w rzędzie zatrzymał się i rozpoczął metodyczne obmacywanie ściany. Powstał mały karambol, gdy nafaszerowane hormonem wzrostu, przerośnięte krasnale wpadły na siebie. Iskrami strzelił kontakt, sygnalizując konieczność rewitalizacji instalacji elektrycznej i zalał ich jaskrawy potok światła. Trzech mikołajów zasiadło na wysokich, barowych stołkach, a jeden, ciągle drapiąc się po twarzy, wszedł za kontuar i sięgnął po trunek i kieliszki. Postawił cztery literatki na blacie, odkręcił butelkę czystej, nalał i wpatrzył się w szkło.

Wypili.

Prychnęli, burknęli, skrzywili się, a jeden, polewając, dodał głosem Barmana:

– Chyba mam uczulenie na tą jebaną brodę. Cały ryj mnie swędzi od trzech dni. Skórę prawie zdarłem drapiąc się.

– To jeszcze nic – dodał płaczliwym tonem Profesora mikołaj siedzący na prawo. – Pomyśl jak swędzi własna. Do tego ciągną je nieustanne te gnoje…

– To dlaczego ją zapuściłeś? – wydukał środkowy mikołaj głosem Studenta.

– Bo za własną dawali dodatkowe złoty pięćdziesiąt na godzinę – usprawiedliwił się Profesor. – Poza tym – dodał ciszej – nie chcę, aby ktoś mnie poznał z uczelni. Siedzenie jako brodaty święty w centrum handlowym mogłoby być uznane za niegodne.

– Przypominam – odezwał się głosem Księdza najwyższy ze skrzatów, na którego czerwony kostium był ewidentnie zbyt krótki – że niegodnym nie było dla ciebie pójście do baru ze striptizem. Ba! – Zaskrzeczał. – Niegodnym nie było też zaciągnięcie tam nas. Dla jasności, zgodziłem się tam pójść tylko dlatego, ze opuściła cię żona i nie chciałem zostawić przyjaciela na lodzie.

– Jakby miał iść na lody, to wybralibyśmy burdel – zażartował Młody, który zdążył już ściągnąć czapkę i brodę.

­– Pierdolisz– znacznie krócej wywód Księdza podsumował Barman. – Poszliśmy tam, bo mieliśmy na to ewidentną ochotę.

– Co do samej wizyty zastrzeżeń nie mamy. Problemem jest raczej rachunek za szampana. – wyzłośliwiał się ten z niedoczepianym zarostem.

– Raczej to – sarknął Młody – że nie wziąłeś okularów i myślałeś, że ostatnie dwa zera są po przecinku.

– Ale szampana wypiliśmy wspólnie – jęknął Profesor w ostatnim akcie desperackiego buntu.

Kiwnęli głowami, wypili.

– Tylko dlatego wszyscy dorabiamy na świątecznej promocji w centrum handlowym – orzekł na bezdechu Barman. – Trzeba jakoś zapłacić za tego szampana za dziesięć kafli, jeśli nie chcemy w Wigilię mieć niespodziewanych gości przy stole. W odświętnych bluzach adidasa i ze świeżo wypolerowanymi glacami. W innym wypadku dyrdałbyś tam sam.

Wiedzieli, że kłamał. Profesor nie dyrdałby tam sam. Nawet nie chodzi o zwykłą solidarność plemników, ani o to, że wszyscy wymigali się od pomocy przy przygotowywaniu świat i mordowaniu karpi. Było jeszcze coś. Te wszystkie barwne dziewczyny wyglądające jak żywe reklamy sklepów z ciuchami przemykające dookoła nich jak piękne ryby akwariowe. Czasami gromadziły się wokół rozdziawiając z zaskoczenia wyszminkowane pyszczki. Śliczne nastki, rozkrzyczane dwudziestki, prowokujące trzydziestki. Inwazja seksownych gupików w legginsach ze wzorkiem w renifery lub choinki. Żeby się jakimś szczegółem wyróżnić spośród pozostałych rybek, tak jak pawie oczka po latach hodowli różnicują kształt ogonów. Patrzyli na nie zza zaparowanych okularów i sztucznych bród, pocąc się niemiłosiernie w grubych strojach. Czasem, kiedy rodzice sadzali im na kolana lub plecy rozwrzeszczanego szczyla jedna czy dwie takie świąteczne nimfy też się do nich przytulały trochę inaczej niż powinny to robić dobrze wychowane dziewczęta.

Były jeszcze Śnieżynki. Prawie równie niedostępne co gupiki i dostające podwójną stawkę godzinową. Na ogół strasznie wymęczone nadgodzinami dziewczyny cierpliwie zgadzające się na to, aby stateczni ojcowie rodzin lub napaleni palanci podszczypywali je lub kładli dłoń na pośladku opiętym tylko koronkowymi rajstopami, nie zwracały najmniejszej uwagi na powłóczących nogami mikołajów.

Profesor siedział zasępiony. Zapalił papierosa i wszyscy wiedzieli, że bije się sam ze sobą w jakiejś bardzo ważnej kwestii. Czymś, co siedziało w nim od dość dawna. Mieli tylko cichą nadzieję, że go to nie zabije i że ich towarzysz nie spadnie z krzesła, wydawszy ostatni oddech. To czy zwycięży, czy przegra, nie było aż tak istotne.

– Kurrrrwa – zasyczał w końcu. – Wiecie co? Wcale, kurwa nie żałuję. Nic, a nic. Kiedy oglądałem tańczącą nago osiemnastolatkę i druga taka lalka mnie obsługiwała, byłem bardzo szczęśliwym facetem. Szczęśliwszym, niż przez szesnaście lat małżeństwa. Siedziałem z przyjaciółmi i oglądałem młodziutkie dziewczyny, jakich już nigdy nie będę znów miał.

Towarzystwo zamarło, węsząc ostrożnie.

– Co dziwne, też uważam cię za przyjaciela – pierwszy ciężkiego milczenia nie wytrzymał Młody – ale czy możesz coś więcej powiedzieć o tych dziewczynach, których nie będziesz już miał? Bo wiesz, jeśli chodzi o ten bar to wiem, że rachunek był słony, ale…

– Nie, wcale nie chodzi o nie. Coś mi się przypomniało. Znaczy – odpalił kolejnego papierosa – zawsze to pamiętałem, ale zazwyczaj wolałem nie wspominać. Była kiedyś taka jedna Ewelina. Płaska jak deska i cholernie na mnie napalona. Miała ładne oczy, zniszczone od farby włosy i niesamowicie złośliwy charakter. Zawsze wracaliśmy jednym autobusem do domu. W środy i w piątki. Mieszkaliśmy na oddalonym osiedlu i chociaż chodziliśmy do różnych szkół, kursy były na tyle rzadkie, że jakiś zrządzeniem losu się poznaliśmy i regularnie widywaliśmy. Była nieźle kopnięta. Opowiadała mi o całym swoim życiu, łącznie z rozmiarem penisa chłopaka, a potem siadała na kolanach. Nawet jeśli były wolne fotele. Do tej pory pamiętam, jak pachniała Jabłuszkiem Sandomierskim i tanimi antyperspirantami. Nosiła białe glany ozdobione kwiatkami i pacyfkami narysowanymi różnokolorowymi markerami, obcisłe, postrzępione dżinsy i zniszczone koszulki. Często się śmiała. Heglowski Absolucie, jak ona się potrafiła chicholić. Połowa pasażerów patrzyła na nas wtedy zgorszona, a druga z tego samego powodu udawała ślepych i głuchych. Byłem takim sierotą, że to w końcu ona zaprosiła mnie do swojego domu, kiedy ojciec i maszkara byli na Andrzejkach. Przyniosłem dwie Warki winne, wtuliła się podczas oglądania durnowatego serialu science-fiction, a bluzkę rozdarłem jej przed końcem pierwszego odcinka. Miała chłopięce sutki i niewielkie, ale kształtne piersi. Bardzo wrażliwe. Uwielbiała, gdy zwilżałem je śliną, a potem pieściłem oddechem, aż do pojawienia się gęsiej skórki. Pamiętam, że nie ściągnęła nawet całkiem spodni, ani nawet butów. Usiadła na mnie i od razu wsunęła w siebie penisa. Do końca. Raz postanowiła dla mnie urządzić striptiz. Kupiła nawet specjalnie sukienkę i wiśniowe rajstopy. W ogóle nie potrafiła zmysłowo tańczyć. W końcu zrozumiała to i tylko wesoło skakała dookoła naga, jak ją stworzyła teoria ewolucji.

Czasem śnią mi się jej jęki, chemiczny zapach włosów i to, że po wszystkim chichotała odwracając wzrok. Wtedy wstaję z łóżka i zaczynam łazić, równym, długim krokiem jak… nie wiem – zmartwił się Profesor. Mówił z trudem, jakby coś wewnątrz gardła przeszkadzało mu w wyraźnym artykułowaniu myśli. – Chyba jakbym cały czas czegoś szukał. Gwiżdżę przez zęby, bo żona chrapie jak pół dywizji piechoty gwardyjskiej i ciężko pozbierać myśli.

– Ewelinę – podjął po chwili, ze świeżo zapalonym papierosem – nazywałem moim Czarnym Słońcem. Ona mnie zaś Lacrimoskiem. Dopiero parę lat później zdałem sobie sprawę, że zaczerpnęła z Mozarta przezwisko oznaczające „powódź łez” i, że miała stuprocentową rację, chrzcząc mnie w ten sposób. Byłem bardzo smutnym facetem. Chyba dalej jestem, tylko nikt mi już tego tak pieszczotliwie nie wytyka.

– To naprawdę dziwne – zasępił się Już-nie-lacrimosek – wtedy nie umiałem kochać Eweliny. Miałem zupełnie inny ideał kobiety, a teraz to ona się nim stała. W święta Bożego Narodzenia przyszła do mnie w czapce z pomponem, białych rajstopach wyglądających prawie jak dziecinne, glanach i czerwonej sukience, pod którą nic nie założyła. Kichała i prychała aż do Sylwestra, bo musiała się nieźle przemrozić w tym stroju.

– Polać ci? – spytał zakłopotany lekko Barman.

– Kawy. Nalej mi kawy. Za dużo wódy piję – mruknął zapytany.

– I co wam nie wyszło? – zagadnął Ksiądz.

– Nam? Nie, nie NAM – prawie zawarczał Profesor. – To JA jej nie wyszedłem. Nic więcej się nie stało. Posłuchałem się staruszków, że niby rodzina Eweliny to nic dobrego. Że nie będzie nadążała za moimi aspiracjami, że przeznaczono mnie do znacznie wyższych sfer, a ją do rodzenia dzieci. Takie pierdolenie zupełnie o niczym i bez większego sensu. Tyle, że zanim to do mnie dotarło, wróciła do faceta, który ją czasem bił, a czasem kochał i wyjechali na Wyspy. Nawet nie wiem, co się z nimi dzieje. Zawiodłem ją zupełnie. Najgorsze w tym całym syfie jest to, że nawet jeśli nie kochałem to nigdy, przenigdy nie powinienem dziewczyny zostawiać z tymi problemami samej. Naprawdę, czuję się przez to jak szmata. Dokonując swoich dorosłych i odpowiedzialnych wyborów krzywdziłem wszystkich dookoła, jak najgorszy szczyl. Tylko rodzice i profesorowie byli z tego zadowoleni.

Ekspres buczał miarowo. Potem syczał przez parę sekund, jak wściekły kot i po Barze Schronisko rozniósł się cierpki zapach kawy. Duch minionych świat Bożego Narodzenia przemówił.

– Ja nie wracam do domu – zaczął Barman – bo nie mam rodziny, Młodemu śnieżyca odcięła dojazdy, Profesor jest singlem z odzysku, a jego dzieci nie chcą go oglądać. Ale czemu ty nie gonisz do domu na dzielenie się opłatkiem i świątecznym bólem dupy? – pytanie dotyczące Księdza zawisło w powietrzu jak miecz Damoklesa. Zagadnięty zamarł z kawałkiem marynowanej cebulki w doczepionej brodzie, wyprostował się z godnością i odpowiedział:

– Żona stwierdziła, że święta chce spędzić u mamusi.

– Teściową nazywasz tak pieszczotliwe – zgryźliwie wytknął Młody.

– U mojej mamusi – sprostował Ksiądz nagle, krzywiąc się jakby co najmniej wódka mu nie smakowała. – Niestety świetnie się dogadują i obecnie pewnie skarżą na to, jak strasznym skurwysynem jestem.

– O co poszło tym razem? – drążył temat Młody.

– O pończochy i nieumiejętność negocjacji.

– Czyli jak zwykle.

– Czyli jak zwykle – przytaknął Ksiądz. Tylko ujęcie i interpretacja problemu się zmieniło. Otóż wyobraźcie sobie, panowie, że uznała noszenie przez siebie pończoch i stringów raz na miesiąc za wielkie ustępstwo w sferze seksu. Kurwa mać. Na początku miałem szczerą nadzieję, że kiedyś przekonam ją do głębokiego gardła, analu albo porządnej minetki, ale chuj z tym. Jak zaczyna twierdzić, że taka garderoba stanowi formę ustępstwa to oznacza, że już nawet nie znajduję się w odwrocie, a panicznie bronię ostatnich przyczółków. W dodatku nie chciałem zamordować karpia młotkiem, a po prostu posoliłem wodę w wannie. Tego ostatniego może mi nigdy nie wybaczyć.

– Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona obleją, jak Moskale redutę Ordona, karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute, Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę… – zacytował markotnie Młody.

– Może to wszystko przez fakt – pociągnął nosem Ksiądz – że nigdy nie doprowadziłem jej do orgazmu. Nie lubi, jak pieszczę ją palcami… – przełknął narastającą w gardle gulę – właściwie to chyba w ogóle nie lubi, jak ją pieszczę. Jakkolwiek i czymkolwiek. Gdy ją dotykam, zamyka oczy, jakby mnie nienawidziła. Pragnęła, żebym jak najszybciej skończył i jej już tego wieczoru nie przeszkadzał. Lubi być blisko, ale chyba nienawidzi szczerze seksu. Nie chce się mi podobać lub ma to po prostu w dupie. Dziś patrząc w lustro przy goleniu, miałem ochotę sobie podciąć gardło od ucha do ucha. Niestety – wzruszył ramionami – awykonalne przy użyciu golarki elektrycznej. Założę się, że ten, kto ją wynalazł ma już jakiś karnet na zbawienie, albo przynajmniej coniedzielne spotkania z Chrystusem na polu golfowym.

– Słuchaj – zaczął Profesor – to nie do końca jest twoja wina, przyjacielu. – Chodzi o to, że kobiety muszą się nauczyć same przeżywać orgazm. Zgodzić się na niego, poznać i dopiero nauczyć ciebie. Sam nic tu nie poradzisz, choćbyś był drugim Casanovą. Tu też dużo zależy od wieku i etapów uspołeczniania.

– No chyba, że językiem – postanowił sprzeciwić się Młody.

– Też nie zawsze – skrzywił się Profesor. – Wiecie, na każdy etap naszego życia przypada lista umiejętności czy zdolności, które powinniśmy opanować bezbłędnie. Dlaczego? Bo mamy wtedy najlepsze warunki psychiczne i społeczne, by tego dokonać. Nasz mózg i nasze ciało jest na odpowiednim etapie rozwoju. I tak w uproszczeniu, orgazmu powinniśmy nauczyć się na etapie LO, kreowania bliskich i dojrzałych relacji na licencjacie, a stworzyć trwały związek do końca życia, robiąc magisterkę. Jeśli zlekceważymy któryś etap, postanowimy go przerobić później, to czeka nas dziesięciokrotnie więcej roboty i komplikacje jak po operacji na otwartym sercu przeprowadzonej w oborze. Podsumowując: trzydziestoletnie dziewice, które się nie masturbują siedem dni w tygodniu oraz bogobojnych prawiczków w tym samym wieku należałoby utylizować dla dobra społecznego.

Zamilkli. Przemówił w ich sercach Duch Obecnych Świat Bożego Narodzenia i jakoś żal się zrobiło, że to wszystko takie gówniane. Wypili.

– Zasmuciłeś mnie – wyjąkał Młody. – Jestem na ostatnim roku studiów, a dziewczyny znośnej na horyzoncie ani śladu.

– Najwyżej pójdziesz na drugi kierunek. Będą młodsze i głupsze – uspokoił go Profesor.

– I wychowane na nowym Disco Polo – zaszydził Barman.

– Nie wyjdę dziś z tobą, baby, na techno, Nie pójdę z tobą pod rękę po molo. Nigdy w życiu nie pokocham dziewczyny, która słucha disco polo – mruknął buntowniczo Młody.

– No to pogódź się z masturbacją – zawyrokował smętnie Barman. – Cała Pidżama czy Dezerter nie mają tylu wyświetleń, co jedna piosenka Weekendu. O Boysach nie wspomnę.

– Wiem – odpowiedział Młody – w piątek poznałem taką jedną w klubie. Wiecie, tym znajdującym się trzysta metrów stąd, w budynku dawnego kina Wyswobodzenie. Śnieżynka Kamila stwierdziła, ze bawi się w nim regularnie i pomyślałem, że może spróbuję. Wiecie, jakie ona ma zajebiste nogi.

– I przerwę między nimi – dorzucił rozmarzony Profesor.

Barman poczuł się trochę urażony i odwrócił się, aby zrobić Profesorowi kolejne espresso. Doskonale wiedział, że do klubów chodzi się w innym celu niż do barów, ale Młody mógł chociaż zajrzeć i się przywitać. Nie musiał nawet piwa zamawiać, choć jest dwa razy tańsze niż u wielkiego sąsiada i nikt nikomu nie zabrania wstępnie się najebać. Właściwie, to żył z tego swoistego braku kultury picia większości klientów i ich dążenia do znalezienia się w stanie upojenia alkoholowego już przed wejściem do klubu.

– Mówię wam, panowie – jęknął Młody – chujnia, że łeb urywa. Jak już się przecisnęliśmy przez tłumek, chyba gimnazjalistek w białych futerkach i na kopytkach, to zostaliśmy niemile zaskoczeni przez dwóch napakowanych kurdupli, których eufemistycznie nazywał będę panami selekcjonerami. Ciecie ci – burczał niepomny na swoje zapewnienia Młody – najpierw przypierdolili się do mnie, że jestem w czarnej koszulce. „ Metali nie wpuszczamy” argumentowali, głupawo chichocząc. Poszła dycha. Kumpla próbowali czepiać się o „obuwie sportowe”, ale zrobili to odruchowo, zupełnie nieświadomi dynamiczności sytuacji i realiów środowiskowych.

– To znaczy? – zainteresował się Profesor znad świeżego espresso.

– To znaczy, że kumpel ma ponad dwa metry wzrostu, klatę jak beczkę i koszulkę z klubu boksu tajskiego. Dostał od nich dychę, żeby o wszystkim zapomniał i nie kompromitował ich w obecności tych wszystkich „cipeczek”

Towarzystwo zachichotało wesoło.

– Po wejściu stanęliśmy sobie przy barze „dla wstępnego rozpoznania terenu” jak to ujął mój kolega. Ostatnio zapisał się do jakiejś ligi obrony ojczyzny, czy innej organizacji paramilitarnej, chodzi na tajne komplety i rzuca taką terminologią nieustannie, prawie jakby w oczach postronnych robiło to z niego Aleksandra Macedońskiego.

– Wie, że on był homo?

– Wolę go nie uświadamiać, bo swoje rozgoryczenie mógłby wyładować na mnie – zripostował Młody. – W każdym razie rozejrzeliśmy się uważnie po terenie, ale to była jeszcze godzina wczesna i „świnki” dopiero truchtały do tego chlewiku. Wyczailiśmy więc gościa siedzącego przy stoliku. Garniak, koszula w kolorze kości słoniowej, żel na włosach, rabany na ryju. Tabsy sprzedawał po siedem złotych za sztukę. „Te etki mają zawartość felonutelokodainy dla prawdziwych, nowoczesnych i samoświadomie kreujących własną karierę facetów, jak wy chłopaki!”.   Tłumacząc na nasze, zwykła ecstasy z barwnikiem spożywczymi wyciśniętym wzorem hetmana szachowego. Piwa jeszcze nie zamawialiśmy, bo nikt tam nie wydaje trzydziestu złotych za kufel, jak nie ma dziewczyn. Muszę przyznać, że resztę wspomnień z tego wieczoru mam trochę jak przez mgłę. Dziewczyny tańczące w czapkach mikołajów z okazji szóstego grudnia, ich niezręczność, przesiąknięcie tanim epatowaniem seksem jak z filmów o agencie 007, słodki zapach Marysi, dudniące disco polo o ruchaniu małolat zagrane na trzy akordy, tandetni faceci w odblaskowych garniakach, wielokolorowych skarpetkach i robiących błędy fleksyjnie nawet w prostych wypowiedziach, wpychający najebane dziewczyny na tylnią kanapę stuningowanej fury o rejestracji z totalnego zadupia. W sumie nie pamiętam nawet do końca, jak wylądowałem w łóżku z Kaśką. Obudziłem się z łupiącym bólem głowy, z zaschniętą prezerwatywą przylepioną do fiuta i wtuloną w moje ramię dziewczyną.

– Wcześniej mówiłeś, że nie masz na horyzoncie znośnej dziewczyny… – znów zaoponował Barman.

– Bo ona nawet do tej kategorii się nie kwalifikuje. Nic mnie z Kaśką nie łączy. Zrozum to. Leżała na mnie naga, zupełnie obca dziewczyna. Seks o poranku też był niesamowicie gówniany. Długa gra wstępna, podczas której nieustannie zakrywała piersi, wyraz zobojętnienia na jej twarzy i to, że siedząc na mnie, stale pytała czy już dochodzę. Najgorsze, że po wszystkim się popłakała. Mówiła, że to nie tak miało być, że gdyby miała tabsa czy dwa, to od razu byłoby nam lepiej. Bo wtedy jest wrażliwsza, bardziej empatyczna i otwarta – parsknął. – Może i tak, ale ja naprawdę nie pamiętam, czy była taka w nocy, czy wciskała mi bajkę. Jak się ubraliśmy i wypiliśmy kawę, zaciągnęła mnie na mszę do kościoła i do spowiedzi, twierdząc, że całkiem niedawno odnalazła swojego Boga.

– Trochę kicha – mruknął Ksiądz.

– Wie, gdzie mieszkasz – dodał bardziej trzeźwo Barman.

– Nudzi mnie. Jest pretensjonalna, sentymentalna, naiwna, a w dodatku ma tendencję do tycia. Mimo to, zaprosiłem ją na kawę i do kina. Nie umiem kopać ludzi skrzywdzonych życiem – usprawiedliwiał się Młody. – Tylko, że teraz powiedziała, że się we mnie szaleńczo zakochała i chce mnie przedstawić rodzicom w drugi dzień świat.

– Słuchaj, jak chcesz to możesz kimać jakiś czas u mnie – zaoferował się Profesor.

– Ja się zgodziłem – powiedział Młody, kręcąc głową. – Sam w to nie wierzę, ale się kurwa zgodziłem. Nie, panowie, nie jestem z nią. Po prostu zostawię ją po świętach Bożego Narodzenia, bo jak to tak, rzucać kogoś w grudniu.

– Powiedz to jej w Nowy Rok – wyszydził go Ksiądz. – Będzie ci wtedy na pewno bardzo wdzięczna.

– No dobra – zmarkotniał Młody. – Rzucę ją po Nowym Roku.

– Nie zrozumiałeś – sprostował Ksiądz. – Nie ma dobrego momentu na przekazanie złej wiadomości i naprawdę nie powinieneś z tym czekać. Ja czekałem tak długo, że potem się musiałem oświadczyć i już jakoś głupio było…

– …szczególnie, jak pojawiły się dzieci – uzupełnił Profesor.

– Ale ja nie mam dzieci – oburzył się Ksiądz.

– A myślisz, że po co Madzia pojechała do twojej mamusi? – zaszydził Profesor. U mnie było tak samo, a potem, że to niby w kioskach prezerwatywy dziurkują. Taki chuj! Zawsze w aptece kupowałem. U faceta!

– Powiem jej – powtórzył swoją mantrę Młody. – Po Nowym Roku jej powiem. Zresztą muszę być szczery. Tak jak Kamila – jęknął. – Olała mnie. Ona tam poluje na tępych tłuków, bogatych synków i ewentualnie trzydziestoletnich rozwodników z własną firmą. Po co jej ktoś, kto mówi Wojaczkiem czy Bursą czy… – przerwał i minęła chwila zanim dokończył – …ktoś taki jak ja.

– Najgorsze, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Gdziekolwiek nie pojedziemy, wszystko jest dokładnie takie samo. Sto tysięcy jednakowych miast. Cztery miliardy identycznych kobiet. Wszyscy myślą tak samo i obchodzą święta Bożego Narodzenia, grzeją się cicho w domach z wielkiej płyty, w pozycji na misjonarza – dodał sentencjonalnie Barman. – Nawet jeśli zrobilibyśmy tu rewolucję moralną w czterech, to obalić możemy co najwyżej pół litra, a nie te demony świata ponowoczesnego.

Zamilkli, pomyśleli o antykoncepcji, o stu tysięcy nie różniących się miast, śnieżynkach w kusych strojach, wypili wódkę i kawę, zapalili papierosy. Potem pożegnali się i rozeszli do domów, by jutro w strojach świętych mikołajów wrócić do centrum handlowego. Musieli być dorośli, dojrzali i odpowiedzialni. Musieli wrócić na Boże Narodzenie do domów, przytulić dzieciaki i być szczęśliwymi. Świat nie ma ramion, nie ma ciepłego oddechu, świat nie śpi, nie śni. Cokolwiek snem było, było dla nich domem. Gdziekolwiek by nie poszli, zawsze będzie to dla nich jedynie drogą powrotną. Istniał bowiem jeszcze Bar Schronisko. Istnieli przyjaciele. Gdzieś w perspektywie, za kotarą gęsto padającego śniegu, smutno majaczył duch przyszłych Świąt.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Atmosfera kórwa świąt …

No wiesz jedni lubią -pierniczki a drudzy jak im stopy ;]

“Bar Schronisko”, “Ofensywa samców” a teraz “Sto tysięcy…” – to się już układa w bezimienną, lecz bardzo charakterystyczną serię.

Czy powinniśmy połączyć te teksty linkami, by ułatwić nawigację między nimi?

Ze swojej strony wyznam, że jestem wielkim fanem tej bandy malkontentów i gorzkich komentatorów kryzysu męskości, których wyczarował Seelenverkoper. Gdy tylko mogę, natychmiast zapoznaję się z ich nowymi… może nie tyle losami, bo warstwa fabularna tych opowiadań zawsze pozostaje w tle, raczej z kolejnymi traumami, które wspólnie “przepracowują”, solidnie je przy tym zakrapiając.

Fakt pozostaje faktem, żyjemy dziś w epoce kryzysu męskości, tej tradycyjnej i w ogóle. Dawne wzorce zachowania zginęły, okrutnie zamordowane przez przemiany społeczne i gospodarcze, rewolucję obyczajową. Nowe jeszcze się nie ukształtowały. Swój udział mają nawet czynniki środowiskowe, sprawiające, że mężczyźni mają coraz mniej testosteronu (że o plemnikach nie wspomnę). Słowem, jesteśmy wymierającym gatunkiem. Prędzej czy później ktoś udoskonali sztuczne zapłodnienie i wtedy okaże się, że ludzkość ruszy dalej bez swojej męskiej połowy. Mam oczywiście nadzieję, że nie dożyję tej chwili 🙂

Chłopaki z “Baru Schronisko” omawiają problemy, które pewnie są udziałem wielu z nas. Może trochę przejaskrawione, może zanadto jednostronnie pokazane, ale jednak w słowach tej paczki brzmi prawda (czasów, w jakich żyjemy). Seelenverkoper jest po prostu bardziej spostrzegawczy niż większość z nas, dlatego to on został kronikarzem tej drogi przez mękę zwaną życiem faceta 🙂

Koprze, nie zatrzymuj się w pół drogi, towarzysz nadal Profesorowi, Młodemu, Księdzu oraz Barmanowi. Musisz doprowadzić rzecz do samego, gorzkiego końca!

Pozdrawiam
M.A.

Też bardzo lubię tę grupkę narzekaczy 🙂 Ale i o kobietach dałoby się napisać podobny tekst, tak mi przyszło do głowy przy lekturze. Nie mają wcale łatwiej – to tak dla pocieszenia…

Może pora napisać kobiecą wersję Baru Schronisko. Miss, w Twoje ręce 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Haha, niestety, nie licz na mnie. Pisanie tego typu tekstu za bardzo by mnie zdołowało chyba…

Droga Swiss ja zazwyczaj się świetnie bawię. Wręcz bożonarodzeniowo. Ho ho ho.

Poza tym tylko faceci rozmyślają w święta o swoich byłych? Serio?

Tylko nieszczęśliwi ludzie (niezależnie od płci) rozmyślają w święta o swoich byłych?

@Aniu (lubię to imię), czy ja wiem czy nieszczęśliwych? Po prostu w takich ludziach tkwi jakaś zadra i to tyle. To jak z depresją- tej zadry nie rozpoznasz często na pierwszy czy drugi rzut oka. Niektórzy żyją z nią do końca. To jak swoista świadomość przemijalności raczej. A może nie. Moze rację masz Ty? Tylko co oznacza człowiek nieszczęśliwy?
“Życie na pozór, nasz chleb powszedni
Dziś tak nam potrzebny”

Każdy kto przeżył więcej niż naście lat ma w sobie jakąś zadrę – jeśli znasz kogoś, kto się uchował bez niej, to szczerze zazdroszczę mu szczęścia. Pogratuluj mu ode mnie 🙂
Jestem jednak przekonana, że Ci którzy mimo tej zadry ułożyli sobie życie i znaleźli prawdziwą miłość, bliskość, czułość, znajdują na wspominki inne momenty niż święta… a tym bardziej na wspominanie byłych… co innego wspominać zmarłą babcię czy uszka z grzybami świętej pamięci cioci Lusi, a co innego dawną kochankę/kochanka…

Kim jest człowiek nieszczęśliwy – kimś, kto nie potrafi cieszyć się tym co ma? ;p

Wrócila ferajna z baru S.! A już myślałam, że gdzieś przepadła. Nadal sa cudni!
Opowiadanie znakomite, jak wszystkie w tej serii. Jesteś w tej konwencji niezastąpiony, więc nie ustawaj w pisaniu.
Myślę, że nie tylko mężczyzn gnębią kryzysy, kobiety nie sa od nich wolne. Jakieś to wszystko jest dekadenckie.
Jednak nie przyjmę do wiadomości, że mężczyżni wymrą jako gatunek. Nie zgadzam się! Całe życie pracowałam wśród mężczyzn. Twierdzę,że mężczyzna to jest coś wspaniałego, niezbędnego.
Same kobiety – to byłoby piekło.

Wyobrażam sobie.

Gabinet owalny, najważniejsze decyzje, kobiety w garniakach siedzą w gabinecie owalnym.
– Pani prezydent co Pani sądzi o drugim kryzysie atomowym na kubie?
– domyśl się.
A tak na serio ja nie wyobrażam sobie życia bez kobiet. Kocham was garściami. Niestety nie zawsze jest to uczucie odwzajemniane, bo urodę filmową to ja mam, ale raczej w stylu horroru;]
Niestey, nie wiem czy to nie był ostatni odcinek. “Bar schronisko” który istniał w realu został zamknięty, a przed dwoma czy trzema dniami sprzedany.

Uwielbiam Twoje (auto)refleksyjne teksty.
Ale to publicystyka jest bardziej niż opowiadanie erotyczne.

Drogi Barmanie (tobie odpowiadam w pierwszej kolejności) owszem, to trochę publicystyka. Jednak to, że idziecie szeroką ławą było jednym z powodów dla których przeszedłem tu z portalu-którego-nazwy-nie-wolno-wypowiadać.

Po drugie takie traumy są elementem naszej psychiki i najłatwiej je ująć w takim humorystycznym stylu.

Po trzecie czasem i ja potrzebuję odtrudki od poważniejszej erotyki
Po czwarte jak ja nienawidzę nowych SW.

IdzieMY.
Publicystyka to nie zarzut.
Jesteś z tym tekstem gdzieś pomiędzy Ekspertami a Opowiadaniami.
Podobuje mi się takie pisanie.

Świetnie się czyta, można się pośmiać (ten kobiecy śmiech też jest podszyty goryczą), ale bez wątpienia nie jest to erotyka.

Wielokrotnie pisałam, że na NE jest coraz więcej dobrej literatury a coraz mniej erotyki. Może warto zastanowić się nad bardziej wyrazistym ometkowaniem lub podziałem na teksty erotyczne i okołoerotyczne? ;D

Juz rozumiem co miałeś na mysli piszac, ze moje opowiadanie jest ” w twoim stylu”.
Zagrales tym tekstem na czulej strunie. Bardzo mi się podoba. Szczególnie opowieść Profesora.
Dwa lata abstynencji on NE sprawiły, że to pierwszy Twój tekst, który przeczytalam. Muszę nadrobić zaległości, bo wyczuwam bratnia duszę. Milo mi Cię poznać Koprze 🙂

Rita

Osz w mordę! Koprze, do opowiadań Twych niegodnam sie porównywać!

Przeczytałam kilka Twoich ostatnich tekstów i mi szczęka z wrażenia opadła, wiec teraz również prezentuję urodę raczej radiową. No naprawdę. .. Nie dziwię się, że Megas zazdrości Ci pióra. Sama również zazdroszczę i wpisuję się na listę fanów.
Pozdrawiam
rita

Teraz mogę coś napisać – przeczytałam poprzednie “części”. Uśmiałam się przednio choć podejrzewam, że z męskiej perspektywy to śmiech przez łzy.
Taki humor jednak bardzo mi odpowiada. Męska perspektywa. Celnie, z dystansem. Tak nas widzicie choć nie powiem, że i ja niekiedy też tak nas- kobiety – postrzegam: Misie-Pysie, róż, serduszka…tak spłycam, wiem, trochę romantyzmu nikogo nie zabiło, ale na Boga! 🙂
Uwagę moją przykuła – ciekawe dlaczego? – angielka w “Barze…”. Pomyślałam: angielka i “matka” pełna czystej ojczystej. 🙂
Jestem naprawdę pod wrażeniem obserwacji i uchwycenia ich w tych niedługich opowiadaniach.
A kobiece barowe rozmowy nie różnią się tak znowu bardzo od męskich – może są tylko nieco mniej kwieciste. Przynajmniej ja w takowej wersji je znam.

Pozdrawiam
NNN

Przy pierwszej części byłam pełna aprobaty. Druga odsłona, równie dobra, jednak niczym niezaskakująca, o czym zresztą wspominałam. Teraz, cóż… Jestem rozdarta.
Nie wiem, czy mogę robić Ci wyrzuty za utrzymanie prześmiewczego klimatu, bo przecież bez tego, tekst nabrałby zupełnie innego kształtu. Narzekania bohaterów przyciągają i odpychają jednocześnie.
Być może strzelam sobie w stopę, bo przecież też bywam monotematyczna.
Aczkolwiek, pomimo powyższych utyskiwań, opowiadanie mi się podobało. Po prostu, lubię Twój styl pisania.

Pozdrawiam,
kenaarf

Ciekawe podsumowanie narzekających na codzienność bohaterów. Warte przeczytania.

Napisz komentarz