Angel (MRT_Greg)  3.49/5 (68)

16 min. czytania

Źródło: Pixabay

Przyszedł do mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Ba. W najmniej pożądanym. Pojawił się bowiem w chwili, gdy wszystko szło ku lepszemu. Moje perspektywy jawiły się w błękitnych barwach, podkreślonych delikatnym różem. Zwiewne i kuszące, lekkie, ciepłe, pożądliwe, ale nie przyprawione chutliwością. Wręcz przeciwnie – potrzeba długotrwałego związku, oparta na wzajemnym zaufaniu i mówieniu sobie o problemach oraz ich wspólnym rozwiązaniu, silniejsza była niż chęć kolejnej łóżkowej sesji. Co tu dużo mówić. Byłem zakochany. I to ze wzajemnością, w dodatku tak niespodziewanie silną, że czasem musiałem się uszczypnąć, by się przekonać, że to nie sen. Wszystko było radosne, wesołe i zmierzało ku szczęśliwej przyszłości.

I wtedy właśnie pojawił się on. Skurwysyn tak po prostu stał na moim balkonie, gdy wyszedłem na porannego strzała. Ani się nie odezwał. Nie no. Wiedziałem. Czułem. Choć miałem nadzieję, że jednak nie. W każdym razie mogłem oczekiwać, że się pojawi. No, ale nie w tym momencie. Bezczelny dupek wiedział, że ja wiem, po co przyszedł, więc tylko stał i wbijał wzrok w opalającą się Jessicę.

Dochodziła godzina jedenasta, słońce już mocno prażyło, a jej zgrabne ciało błyszczało od pokrywających ją olejków. Szczupła, wysportowana, jasna mulatka. Piąta woda po afrykańskim kisielu, bardziej cyganka o ciemnych jak noc włosach i typowo mongolskich, silnie zarysowanych kościach policzkowych. Gdy się uśmiechała, to nie tylko ustami, lecz całą twarzą. Nigdy nie płakała. Nie miała powodów. Córusia bogatego tatusia, mieszkała w przestronnym aparthouse’ie na dachu pięciopiętrowego bloku, zbudowanego poniżej skarpy. Mój budynek stał na szczycie wzgórza, dzięki czemu mieszkając na zaledwie trzecim piętrze, miałem widok na całe osiedle. Najbardziej rzecz jasna spektakularna była najbliższa perspektywa, ograniczona do wszystkich pięciu apartamentów na dachach. Jednak to na lokum Jessici skupiały się spojrzenia reszty mieszkańców. Najdynamiczniejsze miejsce w tej części miasta, z co weekendowymi balangami, trwającymi do rana. Rezydentami nowoczesnego osiedla byli ludzie młodzi, pracujący za dnia, nocą spragnieni życiowych uciech. Nikt nie narzekał na hałas i światła.

Kiedyś też tam gościłem. Złakniony nowobogackiego splendoru, doskonale wpisywałem się w korporacyjny tłum. W takich miejscach nie uświadczysz pracowników administracji, nauczycieli, przedstawicieli służb porządkowych. Tam mieściła się kwintesencja biurowych krawacików i czarno–białych spódniczek. Na co dzień schludni, pochłonięci swoją pracą, wieczorem zmanierowani, zblazowani chłopcy w markowych ubraniach i stylizowanych fryzurach spotykali wypindrzone lalunie, pachnące drogimi perfumami i wszechogarniającym chciejstwem. Chcieli bawić się, chcieli tańczyć, chcieli gadać, chcieli pić, chcieli całować się i dupczyć. Nieważne z kim, gdzie i kiedy.

Byłem jednym z nich. Jeszcze nie tak dawno. Spędzałem wieczory przy salonowym barku, tłumacząc pijanym współbiesiadnikom teorie logistyki. Spedytorzy nie byli dla nich atrakcyjnym towarem, ja jednak potrafiłem wpisać się w ich profil. Moja gadka potrafiła przekonać każdego, że mimo średniej półki, na jakiej pracowałem, jestem godzien ich towarzystwa. Słuchali więc z pijackim zaciekawieniem, przerywanym pyknięciem z elektronicznego papierosa lub kolejną serią szotów. Dyskutowaliśmy o teoriach względności, stoicyzmie i prawach marketingu. Posługując się mikroskopijną wiedzą, wysnuwaliśmy fantasmagoryczne tezy, które potem udowadnialiśmy z pełnym zacięciem. Typowy imprezowy bełkot, który w tym niepowtarzalnym momencie doskonale rozumieliśmy. Nie zwracałem wtedy uwagi na gospodynię,  ważniejsze było dla mnie podrywanie przygodnej laluni, którą potem mogłem wydymać za zasłoną. Korzystanie z czyjejś sypialni często wiązało się z obecnością innej pary. Zmiany partnerek wpisywały się jednak w koloryt imprez i nikomu to nie przeszkadzało. Kiedyś nawet wszyscy skończyliśmy w głównym salonie. Widok kopulujących równocześnie kilkunastu par i trójkątów był zapewne niezapomniany dla osiedlowych podglądaczy. Wówczas mogłem tylko wyobrażać sobie pozostałych mieszkańców, stojących z opuszczonymi do kostek majtkami i z wypiekami na twarzy masturbujących się zawzięcie. Ich przyspieszony oddech zaparowywał szklane tafle oddzielające ich od gorącej nocy. Jęk wydobywający się z dziesiątek gardeł i perłowe nasienie spływające kaskadami po ascetycznie białych ścianach. Tak jak niegdyś u mnie, gdy w narkotycznym amoku wyobrażałem sobie obejmujące mnie uda Jessici.

Któregoś ranka, po kolejnej takiej imprezie, chwiejąc się na nogach, wyszedłem z łazienki i zobaczyłem Jessicę w objęciach wciąż nieźle podpitego kolesia. Obłapiał ją rękami i próbował wsadzić język w jej usta. Opierała się. Nie wiem, co wtedy pomyślałem. Może nawet zupełnie nic. A może chciałem być na jego miejscu, ale miałem w sobie jeszcze dość przyzwoitości, by nie robić z siebie chama. W każdym razie chwyciłem gościa za kołnierz, otworzyłem drzwi wejściowe i wywaliłem go za nie. Nawet się nie zorientował, gdy zatrzasnąłem mu je przed nosem. Zaraz potem usłyszałem cichy szum windy, gdy zjeżdżała w dół, wioząc nieco zapewne zdezorientowanego pasażera. Wszystko to ledwie zanotowałem, gdyż bardziej skupiony byłem na dziewczynie przede mną.

Często zdarzało się, że imprezowicze nawet nie znali gospodarza balangi. Przychodzili, bawili się i wychodzili. Ja jednak mieszkałem naprzeciwko i doskonale wiedziałem, z kim mam do czynienia. W końcu, ileż to razy waliłem gruchę, patrząc na opalającą się dziewczynę. Teraz miałem okazję posmakować jej ciała.

Jessica była zbyt wypita, by wyprosić kolejnego amanta, a też zbyt niedopita, by pozwolić mu bezkarnie odejść. Najwyraźniej natarczywość mojego poprzednika przyniosła konkretne efekty. Piękna gospodyni zbliżyła się powoli do mnie, położyła dłonie na barkach, po czym bez żadnych wstępów zatopiła usta w moich. Chwilę potem połykaliśmy się wzajemnie, sięgając językami, gdzie się tylko dało.

Sunąc dziwnie ni to tanecznym, ni pijackim krokiem w kierunku jej sypialni, zdzieraliśmy z siebie ubrania, tycząc swoisty szlak z przedpokoju. Dużo wszak tego nie było. Już przy łazience byliśmy całkiem nadzy. Moje ręce gładziły jej plecy, przesuwając palcami wzdłuż kręgosłupa, od szyi, aż po wgłębienie między pośladkami. Ścisnąłem jej pupę. Jęknęła mi cicho do ucha. Ocierała się o mnie piersiami, tymi zgrabnymi, sztucznie uformowanymi półkulami, tak jędrnymi, jak matka natura nigdy by nie stworzyła. Twarde brodawki starczały dumnie, prezentując – lekko licząc – całą moją pięcioletnią wypłatę. Zsunęła się w dół i wciągnęła kutasa w usta. Całego naraz, jak gdyby jego długość nie miała żadnego znaczenia. Gdy poczułem, jak liże mnie po jądrach, oparłem głowę mocno o ścianę i przymknąłem powieki. To było to, czego mi ostatnio brakowało. Nawet wielogodzinna orgia nie równała się z ekstatycznie przyjemnym obciąganiem, jakiego właśnie doświadczałem. Gdy wypuszczała mnie z objęć policzków, przesuwała szczupłą dłonią po moim sztywnym palu, mocno zaciskając na nim palce. Bolało. Ale to był przyjemny ból.

Zapragnąłem wbić się w nią. Bez żadnych przymiarek, lizania i wstępnych gierek. I chyba odczytała moje myśli. Wstała, odwróciła się tyłem i z lekko ugiętymi w kolanach nogami, oczekiwała na sztych. Przez ułamek sekundy delektowałem się jej gibkością i soczystością wyprężonego owocu. A potem wbiłem się w nią aż po nasadę, wydobywając z jej ust dziki wrzask. Była ciasna, ale równocześnie tak mokra, że nie miałem specjalnych trudności, by dotrzeć do jej najgłębszych zakamarków. Byłem jednak wówczas tak podniecony, że nie zwracałem na to uwagi. Złapałem ją za szyję, przycisnąłem do ściany i waliłem jak tylko mogłem. Nie skłamię, jeśli uznam to za jedno z najlepszych dupczeń na przestrzeni ostatnich lat.

Chwilę walczyłem z nią, gdy usiłowała się wyswobodzić od moich dłoni, w końcu zmieniłem miejsce uścisku. Złapałem jej biodra i choć wydawało się to niemożliwe, wbiłem się w nią jeszcze mocniej i jeszcze głębiej. Wrażenie, że przebijam ją na wylot, było tak groteskowe, że nieomal wybuchnąłem śmiechem. W tym momencie zgubiłem rytm. Wyswobodziła się i uciekła ode mnie.

Dogoniłem ją w sypialni. Tam, na wielkim mahoniowym łóżku, przygniotłem swoim ciałem i przez chwilę bawiłem się jej słabością. Usiłowała zrzucić mnie z siebie, jednak była zbyt słaba. Siłka, na którą uczęszczałem od trzech lat, przyniosła więcej korzyści, niż się mogłem spodziewać. Byłem ciachem i korzystałem z tego do woli.

W końcu dziewczyna dała za wygraną. Leżała spokojnie i tylko iskry w jej oczach świadczyły, jak jest poirytowana całą sytuacją. Poleżałem więc jeszcze chwilę na niej, delektując się słodkością jej ust. Potem klęknąłem przed nią, rozsunąłem jej nogi i przez chwilę pieściłem ją palcem. Podciągnęła kolana pod brodę, wdzięcznie prezentując napuchnięte płatki sromu. Nie czekała długo na moją reakcję. Jeszcze przez moment biłem ją twardym kutasem, w końcu jej głuche warknięcie przypomniało, po co się tam znaleźliśmy. Rozsunęła palcami wargi, pozwalając mi wsunąć się bez oporu. W takiej pozycji miała zasłoniętą twarz i klatkę piersiową, jednak widok, jaki miałem przed sobą, zupełnie to rekompensował. Jak zahipnotyzowany spoglądałem na mojego kutasa, mokrego od jej soków, pojawiającego się i zaraz potem znikającego w jej cipce. Wychodziłem z niej cały powoli, niespiesznie, delektując się wystudiowanym ruchem, po czym wbijałem z impetem. Zmienne tempo było o tyle dobre, że wytrzymywałem tak bardzo długo, potrafiło jednak czasem osłabić podniecenie partnerki, prowadząc do przerwania stosunku. Jessica wykazywała właśnie takie początkowe objawy zniechęcenia. Nie mogłem na to pozwolić. Ta dziewczyna potrzebowała solidnego rżnięcia, zwieńczonego spektakularnym orgazmem, a nie długotrwałej sesji, zakończonej donośnym chrapaniem obojga płci.

Czym prędzej więc rozłożyłem jej nogi i przypuściłem szturm. Wiedziałem jednak, że całe jej ciało pragnie podobnej maltretacji, dłonie więc zacisnąłem na jej piersiach, palcami zgniatając twarde brodawki. Głośny jęk, jaki wydobył się z jej ust, świadczył, że osiągnąłem pożądany efekt i choć czułem, że to mocno przyspieszy mój orgazm, nie przerywałem aktu.

Sprężysty materac idealnie współgrał z moimi ruchami. Delikatnie uginał się, gdy wbijałem się w nią, szybko wyrzucając ją do góry, gdy wychodziłem. W efekcie moje starania były zwielokrotnione, co jeszcze bardziej przyspieszyło mój finał. I jak się okazało również jej.

– We mnie! – syknęła mi wówczas do ucha a ja nie zastanawiałem się nad ewentualnymi konsekwencjami.

Zalałem ją taką porcją nasienia, że jeszcze przez długi czas wypływało z niej szerokim strumieniem. Ona zaś rzucała się po całej pościeli, raz po raz zaciskając uda i wierzgając nogami. Rozsmarowywała po sobie kapiącą z jej pochwy spermę, co jakiś czas oblizując palce. Ja zaś siedziałem w kącie łóżka i obserwowałem ten taniec orgazmicznej agonii, zastanawiając się, czy wszystko z nią w porządku. Gdy w końcu ucichła i uspokoiła się, położyłem się obok niej, otaczając ramionami. Wtuliła się we mnie jak mała dziewczynka, spragniona tatusiowego ciepła.

Zaraz jednak stała się na powrót niegrzeczną córeczką. A ja nie zamierzałem być grzecznym tatusiem.

Całe dwa miesiące trwała ta nasza swoista gra pozorów. Prezentowaliśmy wokół siebie złudne wrażenie kochającej się pary, jednak tylko my dwoje – jak mi się wówczas wydawało – wiedzieliśmy, że łączy nas tylko seks. Miłość była zbyteczna, wręcz niepożądana. Żadne z nas jej nie potrzebowało, skupiliśmy się tylko na fizycznych doznaniach, które rekompensowały nam jakiekolwiek podejście emocjonalne. Trwałoby to zapewne jeszcze trochę, gdyby nie pewne zdarzenie, które w jednym momencie kazało mi szerzej otworzyć oczy.

Wróciwszy któregoś dnia z pracy – Jess studiowała zaocznie, dnie spędzając na internetowych zakupach – w drzwiach wejściowych usłyszałem podejrzane jęki. Im bliżej jednak podchodziłem do jej sypialni, tym bardziej świadomy byłem tego, co się dzieje za drzwiami. Doskonale bowiem znałem odgłosy, jakie z siebie wydawała podczas stosunku. Trudno też było nie odróżnić męskiego posapywania. Jednak gdy otworzyłem drzwi, moje przypuszczenia okazały się marnymi skrawkami wulgarnej rzeczywistości. Moja Jess kochała. Stop. To nawet pieprzeniem trudno nazwać. Ona jebała się. Dwóch opasłych murzynów rypało jej obydwie dziury z siłą prymitywnych tłoków parowych. Uwięziona między spaślakami otworzyła na moment oczy i dojrzała mnie osłupiałego. Otworzyła szeroko usta, dając wyraźnie do zrozumienia, że jeszcze jeden otwór pozostaje wolny. Ja jednak stałem jak wmurowany, nie mogąc pojąć, jak te dwa pytongi mieszczą się w jej ciasnych skromnościach.

A później ktoś chyba strzelił palcami. Ocknąłem się z dziwnego letargu i cicho wycofałem w głąb korytarza. Pospiesznie zebrałem swoje rzeczy i skierowałem do wyjścia. Nie chciałem być świadkiem finału. Niemal mi się udało, jednak izolacja akustyczna windy chyba nie była projektowana do zagłuszania potwornego wycia osiągających orgazm wieprzków. Do dziś po nocach prześladuje mnie tamten widok, jak również grymas jej twarzy, świadczący o doświadczanej właśnie wtedy przyjemności, nieosiągalnej w moim monogamicznym towarzystwie.

Całe dwa miesiące tkwiłem w przeświadczeniu, że była tylko ze mną. Że moje starania sprawiały, że nie potrzebowała kolejnych bodźców. Głuchy na ewidentne znaki nie dostrzegałem lub źle interpretowałem zmiany, jakie zachodziły w naszym otoczeniu. A gdy poddałem analizie moje wspomnienia, uświadomiłem sobie, że byłem prawdziwym idiotą. Trudno przecież, by dziewczyna, która całe noce spędzała na orgiach, nagle miała się zadowolić jednym kutasem. Usiłowałem odgonić od siebie natrętne myśli, niestety symboliczna metafora dwóch ciężarówek zgniatających między sobą matiza była zbyt natarczywa i zbyt mocne piętno odcisnęła na moim umyśle. W dodatku wyobraźnia podsuwała kolejne obrazy. A świadomość, że liżąc jej cipkę, zasysałem spermę jakiegoś jebaki, który umknął tuż przed moim przyjściem, sprawiała, że nie mogłem nic jeść.

Rzuciłem się więc w wir pracy i przygodnych spotkań. Nie wiem, ile wówczas przez moje łóżko przewinęło się kobiet. Nawet nie potrafię przypomnieć sobie ich twarzy. Singielki, mężatki, młode żonki, nie dopieszczone przez wyjeżdżających na delegację mężów, doświadczone mamusie, które po trzech rozrywających porodach przestały być podniecające dla ich zapracowanych mężczyzn, prezeski firm, sekretarki korporacyjnych buldożerów, studentki, nastolatki. Te ostatnie, chude dziewczątka o anorektycznych pupach i tak ciasnych cipach, że bez żelu się nie dało. Podobała im się rola niegrzecznych córeczek; „Och, tatusiu. Mocniej, tatusiu. Tatusiu, proszę… proszę, nie… tak, tatusiu, jeszcze raz… mocniej, tatusiu. Och, tatusiu…” Krew we mnie wrzała. Zatraciłem się w chuci i pracy. Piłem wódkę, gdy łaknienie suszyło gardło. Paliłem papierosy, gdy głód przyprawiał wręcz o mdłości. Czasem coś przekąsiłem. W pracy. Batona, żeby uzupełnić poziom cukru. Praca, wódka, seks, dragi, fajki. Istny kalejdoskop zdarzeń, zamazany obraz życia, surrealistycznej rzeczywistości. I choć straciłem jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, kuriozalnie byłem u szczytu formy. Przestałem liczyć bonusy i premie, zasilające moje konto. Nawet pierwszy awans przeszedł niepostrzeżenie. Choć w tym czasie Jessica stała się już odległym wspomnieniem, a w moim łóżku zaczęły gościć kobiety, które potrzebowały czegoś więcej niż solidnego pieprzenia i apokaliptycznego orgazmu, nadal trwałem w nieodgadnionej jaźni.

Dopiero jedno zdarzenie sprawiło, że obudziłem się z tej dziwnej śpiączki. Któregoś bowiem wieczoru, gdy moje łóżko było zaskakująco chłodne, wstałem z pościeli i w samych bokserkach wyszedłem na balkon. Chłód wieczoru owiał moje ciało. Gwar miasta zakłóciło kwilenie sowy. Wychwyciłem nozdrzami dym z papierosa i również zachciało mi się palić. Zerknąłem w bok. Tyłem do mnie, przy niewielkim stoliku siedziała kobieta. Średniej długości włosy spadały na jej ramiona, nieskutecznie kryjąc siną pręgę, biegnącą od lewego ucha, ginącą w materiale sukienki. Patrzyłem na tę linię jak zahipnotyzowany. Usłyszałem siebie, jak wymawiam pojedyncze słowa:

– Poczęstujesz mnie papierosem?

Trzęsąca dłoń podała mi cieniutkiego peta. Naturalnie spalony do połowy. Nawet ani razu się nim nie zaciągnęła. Rzucałem niewyraźnym spojrzeniem to na zgarbioną postać, to na papierosa. W końcu przytknąłem go sobie do ust, lecz nie zdążyłem się już zaciągnąć. Kobieta wstała, odwróciła się w kierunku mieszkania i ze zwieszoną głową wkroczyła do jego wnętrza. Jakby mnie ktoś zdzielił w twarz. Zachwiałem się, rzuciłem peta przez barierkę i wpadłem do swojego pokoju. Działałem w dziwnym amoku, otwierając drzwi do swojego mieszkania, a następnie waląc pięściami do sąsiedniego.

– Otwierać! – wrzeszczałem i – czego w ogóle wtedy nie zanotowałem – dodałem – otwierać, bo wezwę policję!

Mój łomot niósł się echem po całym korytarzu, jednak – czy to ze strachu przed nieznajomym, czy z powodu ogólnej znieczulicy typowej dla czasowych najemców nowomiejskich blokowisk –  nikt nie odważył się wyjrzeć i sprawdzić, co się dzieje. Już myślałem, że faktycznie będę musiał skorzystać z telefonu, gdy otworzyły się drzwi mieszkania, do którego się dobijałem. Stojący w progu mężczyzna wyglądał na około czterdzieści lat, miał lekko zaokrąglony brzuszek i niewielki zarost na twarzy. Jakiś kierownik lub prezes małej firmy. Albo kierowca pekaesu.

– O co chodzi, kolego? – usiłował nadać swemu głosowi szorstkiego brzmienia.

– O co chodzi? – powtórzyłem za nim pytanie. Na moment mnie zatkało. W zasadzie to sam nie wiedziałem, o co chodzi. Ale wówczas, przez szparę między nim a framugą ponownie ujrzałem ją. Stała jak kukła, zupełnie nie reagując na hałas ani nieproszonego gościa. Jakby zupełnie oderwana od rzeczywistości.

– O co chodzi? – powtórzyłem, po czym wskazałem ją palcem – O to.

Koleś skrzywił się z przekąsem.

– Moja żona… – zaczął – ona… czasem nie uważa. Wie pan…

– Na moje oko to raczej wygląda, jakby pan nie uważał.

– Słuchaj no, kolego. To moja sprawa, kto na co uważa, a ty wypier…

Nie dałem mu skończyć. W jednej chwili cała moja frustracja ostatnich miesięcy, bezwład i szok po rozstaniu z Jess, wybuchły z nieznaną mi mocą. Koleś wypinał wątłą pierś i zaciskał pięści, grając groźnego. Ale przeliczył się. Wpadłem na niego, pociągnąłem za koszulę i strzeliłem z misia prosto w nos. Typek z wrzaskiem poleciał na stół. Dopadłem go i poprawiłem prawym sierpowym. Upadł na podłogę. Chwytając się szafki, podniósł ciężko i chwiejąc na nogach, rzucił bykiem w moim kierunku. Krew zalewała mu oczy, więc nie kojarzył zbytnio, co się dzieje. Wykorzystałem siłę jego rozpędu, pociągnąłem go za rękę, sam lekko skuliłem, zarzucając go sobie na plecy, po czym wyprężyłem się, wyrzucając go w powietrze. Koleś fiknął koziołka i zwalił się plecami na szklany regał. Flakoniki, kolorowe zdjęcia w ramkach, jakieś duperele, rozbryzły się w kakofonicznej fontannie.

W filmach po czymś takim facet wstaje jak gdyby nigdy nic i dalej się naparza. Na jego nieszczęście to była rzeczywistość. Koleś legł i już nie wstał. Z kolei na moje nieszczęście trochę jednak facet ważył. Poczułem rwanie w barku. Ból zamroczył mnie do tego stopnia, że aż przysiadłem.

Ktoś musiał jednak wezwać policję. Razem z nimi przyjechał ambulans. Lekarze w pierwszej chwili chcieli zająć się mężczyzną, jednak zobaczywszy kobietę, wciąż niewzruszenie stojącą jak słup soli, zmienili priorytet. Młody funkcjonariusz przysiadł koło mnie.

– Ładnie go pan załatwił – mruknął, nie patrząc mi w oczy.

– Przepraszam – odparłem, – chciałem tylko…

– Niech pan nie przeprasza – wszedł mi w słowo. – Gdybym był na pana miejscu, chyba bym gnoja zastrzelił. Nie ma dnia, byśmy do takiego nie jechali. Czasem człek aż nie chce siedzieć po stronie prawa. Czasem ma ochotę wziąć pałę i pójść rozjebać łeb jednemu z drugim.

Spojrzałem na niego zaskoczony.

– Nie słyszał pan tego ode mnie – rzucił szybko.

– Czego nie słyszałem? – spytałem, doskonale rozumiejąc, co miał na myśli.

Pokiwał głową.

– Ale zeznania niestety będą potrzebne. Najpierw jednak niech się panem zajmą lekarze. Potem proszę zgłosić się na komisariat – wyciągnął do mnie rękę z wizytówką.

Przez chwilę jeszcze siedzieliśmy w milczeniu, obserwując innych policjantów skuwających kolesia. Nie patyczkowali się z nim, głusi na jego biadolenie. Mężczyzna co chwila zanosił się płaczem jak niemowlak. W końcu skutego dźwignęli z podłogi i ruszyli do wyjścia. Siedzący ze mną dotąd funkcjonariusz poklepał mnie po ramieniu, po czym wstał i wyszedł za nimi. Karetka zabrała kobietę, a ja na chwilę zostałem sam w obcym mieszkaniu. Żona! Akurat. To mieszkanie nie należało do małżeństwa. Raczej do samotnej kobiety, potrzebującej bliskości i chwilowej obecności skurwysyna, który postanowił wykorzystać jej słabość. Przy niej był brutalem. W konfrontacji z innym okazał się zwykłą pizdą.

– Może pan chodzić? – lekarz stanął w drzwiach.

– Jasne – mruknąłem, wlokąc się w jego kierunku.

Zwichnięty bark i nadwyrężone biodro. Mikroskopijny zaledwie ślad na tle jej siniaków, stłuczeń i ciężkich do zagojenia ran psychicznych. Na policji przyjęto mnie jak bohatera, choć oficjalnie starano się tego nie okazywać. Moje zeznania ograniczyły się do kilku zdań, które opatrzono stosownymi formułkami podsuniętymi mi przez stróżów prawa. Całość wyglądała tak, że koleś nie powinien wyjść przez minimum kolejne dziesięć lat. Jak się później dowiedziałem, dostał trzy w zawiasach i sporą kaucję. Dwa tygodnie po rozprawie pobił jakąś nastolatkę, a potem nagle słuch po nim zaginął. Miasto miało swoje tajemnice.

Któregoś ranka stałem na balkonie, wypalając porannego jointa. Dym zakręcał mi nad głową, po czym niknął gdzieś z boku. Lekki wiaterek muskał moje plecy, gdy oparty o barierkę spoglądałem w dół. Zielony trawnik, co tydzień koszony pedantycznie przez pracowników firmy ogrodniczej, gwałciła obecność starej wersalki, wyrzuconej przez któregoś z mieszkańców. Nikt się do niechcianego mebla nie przyznawał i po jakimś czasie stał się nawet elementem wystroju, szczodrze wykorzystywanym przez pijanych studentów.

Szmer koło mnie kazał mi spojrzeć w bok. Ewa stała z rękoma założonymi na piersiach, trochę niepewna, ale wyraźnie chcąca coś powiedzieć. Trzeba było jej w tym pomóc. Uśmiechnąłem się.

– Może masz ochotę na śniadanie? – spytała lekko drżącym głosem. – Zrobiłam jajecznicę.

– Jasne! – odrzekłem. – Bardzo chętnie.

Zgniotłem niedopałka o parapet i pstryknąłem przed siebie. Podniosłem nogę, by przekroczyć płotek, rozdzielający naszą przestrzeń balkonową, gdy zatrzymała mnie w pół kroku. Sięgnęła ku barierce i zwolniła zatrzask. Płotek okazał się furtką. Otworzyłem usta zaskoczony.

– Tyle lat tu mieszkam i nie wiedziałem o tym.

– Pierwsze, co tu wyczaiłam. Pozwala nawiązać kontakty sąsiedzkie.

– Mówisz? – uniosłem brew.

Odwróciła się szybko, usiłując schować pokrywający jej policzki rumieniec. Za późno.

– Wi–dzia–łem – niczym przedszkolak przesylabizowałem, dreptając za nią.

Mieszkanie miała już wysprzątane, wszelkie ślady bytności tamtego, jak również mój wkład w nieporządek zostały sprawnie usunięte. Bez słowa usiadłem we wskazanym miejscu. Poczekałem, aż nałoży na talerze i siądzie naprzeciw mnie. Jedliśmy w milczeniu. A potem zaczęliśmy rozmawiać. I tak to się zaczęło.

A pół roku później zjawia się ten skurwysyn i każe mi to wszystko tak po prostu zakończyć. Nieczuły jebaniec, towarzyszący mi cały czas. Cichy świadek moich erotycznych ekscesów, kompan wszelkich pijackich orgii i prawdziwa, w dupę kopana, bratnia dusza. Kto słowem nie pisnął, gdy podpieprzywszy ojcu paczkę fajek z kieszeni, jarałem do utraty świadomości na schodach piwnicy? Kto nie podał ramienia, gdy najebany jak bela, wpadłem do przerębli w jeziorze? Kto nie odzywał się ni słowem, gdy zamroczony prochami dopierdalałem ulicami wsi sto pięćdziesiąt na godzinę, nie przejmując się kompletnie niczym? No, właśnie. Kto? Głupi, samolubny chuj, który miał być moją ostoją w ciężkich czasach i młodzieńczych wybrykach. Anioł Stróż. Akurat! Jebany, nie liczący się z nikim dupek, pierdolona menda, wykorzystująca każdą ludzką słabość. Nieludzka hybryda, stawiająca kolejne kreski na ścianie życia.

– Pierdol się!

Wrzasnąłem na niego, zaciskając dłonie na barierce. Przełożyłem nogę ponad balustradą. Przez chwilę siedziałem tak, czując mrowienie pod czaszką. Strach pełzał po zakamarkach mego ciała. Pierwotny lęk przed teoretycznie nieznanym. Niechcianym. Samemu sobie sprawionym. W końcu stanąłem po drugiej stronie barierki, tyłem do dziedzińca.

Spojrzał na mnie mlecznymi oczami.

– I co się, kurwa, gapisz?! – syknąłem. – Spierdalaj z mojego balkonu!

Zmrużył ślepia.

– Pierdol się – mruknąłem ponownie, tym razem bezgłośnie. Jakby bardziej do siebie.

Zwolniłem pochwyt.

Dogonił mnie na samym dole. A zaraz potem wzbiliśmy się wysoko w stronę kłębiastych chmur. Gwar miasta, wszelkie odgłosy ucywilizowanej natury zostały gdzieś daleko. Pozostał tylko jednostajny szum jak odgłos wiatru między drzewami. Drganie powietrza. Ledwie wyczuwalne. Błogi stan niezmąconego spokoju. Wolność.

Drganie.

Jakieś dziwne kłucie.

Tak ma być?

Rozejrzałem się. Byłem zupełnie sam. Otaczająca biel próżni nie miała początku ani końca. Wczoraj, dziś i jutro zlały się w jeden punkt.

I zaś, kurwa, zniknął! Ja pierdolę! Angie…!

Światło.

Noż, kurwa, co znowu?!

– Mamy go.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze
Odpowiedz

MeridaNiewaleczna

Szkoda, że nie można dać więcej gwiazdek.
Świetne, dzisiejsze, ludzkie. Opisy, chwytliwe porównania, nie za dużo, nie za mało. Głośny śmiech przy matizie, mocniejsze ściskanie telefonu przy nieszczęściu sąsiadki, przebieranie udami przy pierwszym seksie z jess.
Matiz zostanie ze mną na dłużej🤣
A do reszty wrócę nie raz.

Pozdrawiam

Ale jak już się nacieszysz Matkiem, to nam go oddasz? 😀
Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa 😉

Bardzo dobrze napisane opowiadanie. O życiowym rozbitku, który dość niespodziewanie znajduje bezpieczną przystań, a potem, gdy staje przed perspektywą jej utraty wybiera… no przecież nie zdradzę zakończenia tym, co jeszcze nie czytali 🙂

Przeczytałam z przyjemnością. A czasami i drżeniem. Dziękuję.

A ja przyznam, że do pewnego momentu czytało mi się to opowiadanie rewelacyjnie, tak pod względem stylu, jak i samej historii. Ale pod koniec wkradł mi się jakiś chaos i niezrozumienie dla paru spraw i nie do końca wiem, jak się do tego odnieść. Najwyżej przeczytam raz jeszcze 🙂

Chaos końcowy był zamierzony. Ogólnie chodziło o psychikę bohatera, wspomagającego się całe życie kolejnymi dawkami używek 😉 Zaś finalnie kumulacja wielu zdarzeń i konsekwencji, które go w końcu dopadły. Takie życiowe, tylko w przewrotnym MRT`owskim stylu 😀
Dziękuję za odwiedziny i komentarz 😉

Zgadzam się z Przedmówczyniami,

niezwykle udany tekst. Soczysta scena erotyczna, dowcipnie opisany moment, w którym bohater odkrywa prawdziwą naturę swej kochanki, no i potem przekonujące “pójście w tango”. A następnie kolejna szansa od losu, na którą chyba już nie liczył. Nie do końca kupuję postawę policjantów – niestety, w naszym kraju stróże prawa i porządku nie są znani z wielkiej skuteczności w zwalczaniu przemocy domowej (i przymykaniu oczu na tych, którzy ich w tym dziele wyręczają). Ale z pewnością dobrze mi się o tym czytało 🙂

Nie do końca natomiast spodobało mi się zakończenie. Nie pojmuję do końca ostatniej decyzji bohatera. Naprawdę aż tak bardzo obawiał się, że zrujnuje to, co udało im się zbudować… że zrobił to jeszcze szybciej i bardziej dobitnie? Niezbyt potrafię sobie wyobrazić psychikę człowieka, która podpowiada mu takie właśnie rozwiązanie. Na szczęście, wątpliwości pojawiają się dopiero przy finale i nie psują przyjemności z lektury.

Pozdrawiam
M.A.

Daję pięć gwiazdek za poezję tu i tam, czasem mocno ukrytą.

@MA
Odpowiedź na kwestie finałową powyżej 😉
Co do Policji… na wszystkie zatrzymania mnie przez stróżów prawa, tylko dwa razy trafiłem na nieczułych służbistów. Z jednym niemal napiłem się piwa (bezalkoholowego), tylko dostał wezwanie. Wiem, że nieporównywalna sprawa ale… To są zwykli ludzie i mają zwykła ludzką psychikę, choć niekiedy mocniejszą, biorąc pod uwagę to, czego nieraz bywają świadkami. Uznałem, że dając im nieco więcej “swobody”, zostaną ciepło przyjęci i ktoś zwróci na nich uwagę. No i udało się 😀

@Karelu
Odkrywasz tajemnice bohatera, których nawet sam autor, by u niego nie podejrzewał 😛 Poetycznie dziękuję 😉

Bardzo ciekawy dobrze napisany tekst. Dobre sceny erotyczne i opis życia podczas przerw od seksu . Pozdrawiam

Życia a niekiedy tylko egzystencji. Ale może właśnie to jest elementem życia…?
Dziękuję za poświęcenie kilku minut na mój tekst i własne przemyślenia.
Pozdrawiam 😉

Napisz komentarz