Spowiedź (MeridaNiewaleczna)  3.15/5 (26)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 11 minut/-y    

Źródło: Pixabay

Nie pamiętam dnia, w którym w mojej głowie zrodziła się ta myśl. Doskonale pamiętam za to poprzedzające ją zdarzenia. Seks. Mąż nie inicjował zbliżeń zbyt często. Właściwie oboje już dawno zrezygnowaliśmy z inicjowania czegokolwiek między sobą. Współlokatorzy z aktem ślubu. Tamtego wieczoru wyszłam z łazienki z zamiarem zażycia ulubionej pigułki nasennej i blokowaniem czarnych myśli muzyką, zanim otuli mnie farmaceutyczna kołdra. On siedział na łóżku, przesuwając leniwie dłonią po śliskim od własnej śliny, prężącym się dumnie członku. Lubiłam patrzeć, jak pluje na swoją żołądź. Namiastka perwersji, której tak bardzo pożądałam. Ten rzadki stan bycia w centrum jego zainteresowania. Wstał i obrócił mnie pośladkami do siebie. „Oprzyj się o komodę i wystaw mi się porządnie.” Posłuchałam. Nie chciałam zepsuć atmosfery, ale też podobał mi się jego władczy ton, pragnęłam stać się grzeczną i namiętną żoną. Taką, w której zatapiałby się nie tylko z biologicznej żądzy, lecz także z miłości. W poprzednim wcieleniu naszego związku seks traktowaliśmy jak dobrą kawę. Po przebudzeniu, popołudniu, dla smaku. Czasem nachodzi mnie myśl, że może przedobrzyliśmy, wyczerpaliśmy limit, w myśl powiedzenia „co za dużo, to niezdrowo.” Niemniej jednak nadal znał moje ciało na pamięć, znał każdy sposób na wywołanie lepkości wyściełającej cipkę małżonki. Kręcił młynki wokół łechtaczki, drażnił kutasem wejście. Odciskami na palcach pocierał wrażliwe ścianki. Działał na mnie, szybko wilgotniałam. Parę mocnych pchnięć wrzucało mnie na przedsionek orgazmu. I tam już zostawałam. Do wspięcia się na ostatni schodek potrzebowałam silniejszych wrażeń. Bodźce, stanowczo odrzucane i uważane przez mojego męża za wymysły kobiecych gazet, z łatwością doprowadzały mnie do spazmów i ekstatycznych skurczów. Prośby o urozmaicenie naszych stosunków o odważniejsze „zabawy” traktował jako skutki uboczne zażywanych przeze mnie antydepresantów. Odrzucał, wyśmiewał, zapominał. Tkwiłam w zbyt dobrze mi znanym przedsionku, czekając na finał po jego stronie. Przyspieszenie, napięcie mięśni ud i wytrysk. Odczekał chwilę, wysunął się z perfekcyjnie przygotowanego na pulsujący finał seksu, po czym wyszedł z pokoju, rzucając w przestrzeń: „Pofantazjuję sobie, że cię zapłodniłem.” Zamarłam. Nie! Tylko nie to, proszę, błagam! Nie chcę wspominać, nie chcę ciąć i drapać. Przycisnęłam pięści do skroni, wbijałam je w czaszkę, nie zwracając uwagi na ból. Coraz mniej powietrza w pokoju, niewidzialna ręka zakryła mi usta, odbierając możliwość wołania o pomoc. Błędnik wsiadł do rollercoastera i osunęłam się na podłogę. Wypełniła mnie mgła, gęsta i mokra. Usiłowałam uciekać, zakryć się kocem, schować pod włosami – wszystko, żeby mroczna kreatura nie dostała się do mego jeszcze bijącego serca. Na próżno. Stalowe ostrza wbiły się bezszelestnie, jedno po drugim, aż przekaz zagnieździł się w każdym żywym milimetrze mnie. „…szczęście, że umarło od razu…”, „byłaby z ciebie matka…”, „…jesteś odpadem…”, „…twoja wina…”

Co kierowało mężem? Dlaczego postanowił wbić mi nóż tam, gdzie doskonale wiedział, że zaboli najbardziej? Nie rozmawialiśmy o TYM, nigdy. Nawet zaraz po… Nieznany głos podpowiada mi, że wpadłam w idealnie skonstruowaną pułapkę, że plan zakładał ostateczną rozsypkę mojej psychiki.

Gdzieś po drodze minęła noc. Nastał nowy dzień. Inny. Ciemny. Coś pękło o północy. Coś umarło, coś się narodziło. Usiadłam przed domem, za towarzystwo mając łzy, wino i paczkę papierosów. Koszmarnie głośny krzyk rozbrzmiewający w każdej komórce ciała doprowadził styrany umysł do szaleństwa szepcącego “Zeszmać się”. Zdanie tak proste w swym przekazie, a tak długo nie byłam w stanie znaleźć tego ostatecznego środka do celu: do upadku na samo dno. Potrzebowałam gwoździa do własnej trumny i oto go znalazłam. Po co? – zapytasz. Otóż żeby się sprawdzić. Sprawdzić, czy uderzenie tyłkiem w najgłębsze dostępne dno pozwoli mi w końcu odciąć cierpienie i niekończące się pasmo doświadczeń sprowadzających moje życie do definicji marnowania miejsca na ziemi. Obrócić się w proch, ugasić pożar myśli… Słuchasz tej opowieści, siedząc naprzeciwko mnie, więc wiesz już, że nie. Widzę w twoich oczach nieumiejętnie skrywaną ciekawość. Tak. Opowiem ci. Dzisiaj będziesz moim spowiednikiem. Zdejmij ten ciasny krawat, to potrwa…

Zaczęłam ostro. Po co marnować czas, jeśli nie darzy się go ani szacunku. Zawsze lubiłam mocną masturbację. Stymulacja łechtaczki i pierwsze lepsze dildo czy wibrator to nie „zabawa” dla mnie. Nie uznawałam subtelności, słodkich muśnięć i zbędnych pieszczot. Nie masowałam swojego „sekretnego miejsca”, drapałam paznokciami do krwi. Przyzwyczaiłam skórę do bólu, nauczyłam mózg rozpoznawać w nim rozkosz, uzależniłam przyjemność od natężenia i brutalności bodźców. Zamiast silikonowych cudeniek do cipki pchałam butelkę wódki Stock. Podobała mi się perwersyjna dwuznaczność połączenia pieszczot i alkoholu. Nie raz i nie dwa, wraz z resztką squirtowych soków wyciekała czerwona strużka. Dodawała im metalicznego posmaku, doskonale komponując się z miodową cierpkością płynnego podniecenia. Stałam się chciwym obserwatorem i swoim pierwszym fanem. Łazienkowe lustro wiernie towarzyszyło mi w próbach doprowadzenia się do jak największego obłędu sensorycznego. Znajdowałam ulgę w samoponiżeniu poprzez zajadłe policzkowanie. Przerywałam, gdy zaczynałam tolerować ból zbyt dobrze. Szukałam nowych, nietkniętych jeszcze skupisk zakończeń nerwowych i porównywałam reakcje. Piersi, pośladki, wewnętrzna strona ud i ramion. W dni obfitujące w szczególnie dużą dozę nienawiści do własnej egzystencji przyjmowałam większą dawkę przepisanych mi antydepresantów, do bicia używałam paska.

Twoją uwagę zwróciły psychotropy… Kiedyś… Kiedyś pragnęłam naprawić swoje życie. Siebie. Zniekształcone myśli i wizje. Postanowiłam dowiedzieć się, co się ze mną stało. Które potknięcie doprowadziło do upadku, po którym poczułam się Syzyfem. Nie miało znaczenia, jak mało dzieliło mnie od pełnego powstania, zawsze upadałam z powrotem. Za każdym razem boleśniej. W tym czasie straciłam już męża. Zmienił się w obcego mężczyznę mieszkającego pod tym samym dachem, z którym czasem  uprawiałam wstęp do seksu. Lekarze, psychoterapeuci. Wszyscy bez jednego wyjątku służyli temu samemu demonowi. Podjudzał ich do niekończących się zaczepek o TO. A ja nie mogłam, uwierz mi, naprawdę nie mogłam. Najdelikatniejsze zbliżenie się myślami do miejsca, gdzie TO wrosło w mój umysł, wywoływało natychmiastowe napady paniki, wymioty, deszcze żyletek i tornada zbitych luster. Nie udało się, nie wyszło, rozpadło na kawałeczki i poraniło do końca.

Pytasz o ślady. O reakcję męża. Sam powiedz, czy da się zauważyć cokolwiek u osoby, której się nie widzi? Te siniaki, otarcia, zapuchnięcia stanowiły pożywkę dla rozwijającej się obsesji na punkcie podążania obraną ścieżką, masochistycznej autodestrukcji. Inni? Nie ma innych. Od dawna  noszę „pelerynę-niewidkę”.

Mimo całego dramatyzmu moich czynów, ciągle osiągałam szczyt. Mocno i wielokrotnie. Myślę, że najbardziej podniecał mnie fakt realizowania planu, myśl o rychłym końcu. Przy okazji odkryłam całkiem pokaźne pokłady masochizmu drzemiące gdzieś w głębi mej zainfekowanej mrokiem depresji duszy.

Mijały miesiące, wyczerpałam pomysły na dalsze tortury umęczonego ciała. Orgazm przychodził coraz rzadziej. Nastał czas przejścia do następnego etapu. Wstępując na drogę samozniszczenia, postanowiłam nagrywać swoje masochistyczne sesje. I tak oto stery przejęła SuicideWhore33. Druga ja. Czy może do tej pory uśpiona część mnie? Odsłon przybywało z dnia na dzień, a moje poczucie własnej wartości kwiliło cicho przygniecione niewybrednymi komentarzami, wyzwiskami i żądaniami więcej. Obnażyłam się w całości, łącznie ze łzami schładzającymi napuchnięte policzki niemalże na każdym nagraniu.

Często natrafiałam na reklamę pewnego portalu zamieszczającego anonse żądnych ekstremalnych doznań kobiet i mężczyzn. Uznałam, że to znak. Wkrótce SamobójczaZdzira33 zadebiutowała na salonach mekki sadystów, masochistów, fetyszystów czegokolwiek tylko dusza zapragnie i wyrzutków seksualnych zwanych dyplomatycznie outsiderami. Opisałam siebie najefektywniejszym chwytem marketingowym: gotowa na wszystko. Skrzynka odbiorcza osiągała limit wiadomości codziennie. Prawie wszyscy proponowali spotkanie.  Nie spałam kilka nocy z rzędu, analizując możliwości i zagrożenia, a właściwie jedno zagrożenie. Któryś z testerów reklamowanej gotowości mógłby popełnić ostateczność za mnie. Odebrałoby mi to możliwość samodzielnej finalizacji „projektu”. Mimo upartej niechęci do opuszczania domowego azylu dysponowałam paroma możliwościami spotkań. Mąż, a może raczej współlokator nocował „w pracy” lub wyjeżdżał w kilkudniowe delegacje, a kurwienie się we własnym domu potęgowało uczucie wstydu i upokorzenia.

Na pierwsze mroczne rendez–vous wybrałam Sadystę69. Czterdziestodwulatek obiecywał poniżanie, tortury i ostre rżnięcie. Nie kłamał… Gdy wpakował mi kutasa po samo gardło i nie wycofując się, zacisnął palcami nozdrza, ogarnęła mnie chwilowa panika. Parę wypełnionych chęcią ucieczki sekund. Powstrzymała mnie własna, plująca podnieceniem cipka. Sadysta wzbudzał zimny strach i odrazę jednocześnie, wzbudzając pożądanie i chęć posmakowania upokorzenia w jego wydaniu. Zgwałcił moje gardło, sycząc  do ucha inwektywy i wymyślne plany tortur. Po około godzinie walki z odruchem wymiotnym, gorącem kapiących łez i sączącym się z przedziurawionej duszy wstydem wpadłam w nieznany mi wcześniej stan odrealnienia. Stałam z boku i spod przymkniętych powiek obserwowałam, jak zupełnie obcy mężczyzna rysuje batem krwawe „esy-floresy” na moim-nie moim ciele. Doznania rozrywanej skóry odbijały się echem w żołądku, wywołując mdłości. Niemalże nadludzkim wysiłkiem zepchnęłam komunikaty ciała w głąb umysłu, skupiając się na pulsowaniu zniecierpliwionej cipki. Miłośnik Markiza de Sade zdawał się nie odczuwać zmęczenia i posiadać niewyczerpane pokłady energii. Po chłoście zbryzgał biczowane miejsca ciepłym moczem, wzniecając żar palącej zakończenia nerwowe tortury na nowo. Mój niewytrenowany odbyt nieoczekiwanie stał się zapalnikiem dzikiej furii. Spoliczkował mnie wściekle, splunął w twarz i przeciągnął za włosy po podłodze. Upodlenie sprawiło, że trzęsłam się jak osika, próby zebrania myśli kończyły się porażką. Zamknęłam się w sobie na obraz dziecka wyczekującego końca rodzinnej awantury. Czerwoną twarz sadysty wykrzywiał odpychający grymas oślizgłej przyjemności. Oczy płatały mi figle, przekazując do mózgu obraz diabła chędożącego dziewicę na kościelnym ołtarzu;  diabła wbijającego się ochoczo żylastym kutasem w zaciśnięty strachem zwieracz należący do wyjącej i  drapiącej dywan mnie. Zatapianej w kotle z wrzącym bólem – mnie. Mnie, ofiary nadziei, że odbierające przytomność umysłu tortury w połączeniu z kastrującym duszę upodleniem zwyciężą z zupełnie innym rodzajem bólu.

Gdybyś mógł siebie teraz zobaczyć, jesteś tak zdegustowany i przerażony, że chyba nawet mi cię trochę żal… Poprawiasz się w fotelu. Odczuwasz dyskomfort? Tak, po wizycie Sadysty69 mnie też dopadł brak poczucia komfortu we własnym ciele. Stało się obce, taki żywy kombinezon. Spodziewałam się podobnego wrażenia, nie uchroniło mnie to jednak przed histerycznym wręcz rozgoryczeniem po zniszczeniu ogromnej części siebie.

Potrzebowałam chwili oddechu, paru dni spędzonych na analizie siły pragnienia dalszej realizacji planu. Codziennie stawałam nago przed lustrem. Przeprowadzałam specyficzną inspekcję, szukając wskazówek, śladów, znaków zwiastujących zbliżający się rozpad. Rozpad duszy, umysłu i ciała. Nadal stanowiły jedność, lecz konstrukcja drżała coraz mocniej. Fundamenty – umysł – skrajnie wyczerpany, wypełnienie – ciało – zmęczone i obolałe, rusztowanie – dusza – walczyła bohatersko dalej, nie zważając na otrzymywane ciosy. Przyznaję, że momentami odczuwałam coś na kształt dumy, nie spodziewałam się na tyle silnego oporu ze strony jądra mojej egzystencji. Z drugiej strony odbierałam duchowy bunt jako przeszkodę, możliwość odwrotu czy rezygnacji rozpłynęła się w powietrzu wraz z zamknięciem drzwi po sesji z Sadystą69. Zaszłam zbyt daleko i nie miałam już do czego wracać.

Bezsenne noce wypełniałam rozmowami z wynaturzonymi w swych pragnieniach mężczyznami, momentami ich pomysłowość mnie przerażała. Obrazowe opisy tortur, drastyczne fantazje, zupełnie nowy poziom wulgarności. Początkowo nieśmiali, rozkręcali się pod wpływem moich zachęt. Zamykali w klatkach, prowadzali na smyczy, karmili wyplutym jedzeniem, poili spermą. Bezpieczeństwo wirtualności zdzierało maski wykute z ograniczeń codzienności. Pojawiali się i znikali, żaden nie zabawił w moim świecie dłużej niż potrzebował. Z wyjątkiem Władcydusz75. Nietuzinkowe wizje, barwne opisy i… zainteresowanie mną. Władca nie szukał jedynie taniej podniety czy szybkiego upuszczenia pary. Pytał, dociekał, zdawał się naprawdę pragnąć dostępu do mojej duszy. Rozpoznawał moje nastroje i dostosowywał ton, po tygodniu złapałam się na wyobrażaniu spotkania z nim. Mówił akurat o docieraniu do granic, krawędzi możliwości i deptaniu owych limitów. Tłumaczył, jak bardzo można podporządkować sobie drugiego człowieka. Podporządkować, a nawet odczłowieczyć. Z jego słów wynikało jasno, że uwiedzenie duszy jest kluczem do sukcesu. Sukces w tym przypadku mógł przyjąć formę zarówno rozwoju, jak i całkowitej destrukcji. Osobę po drugiej stronie interesowała wyłącznie opcja numer dwa.

Widzę w twych oczach płomyk zaciekawienia. Chcesz wiedzieć, czy doszło do spotkania? Chcesz usłyszeć więcej o tajemniczym zaklinaczu dusz. Zawodowa ciekawość? Czy może ludzka, pierwotna wersja ciekawości? Odpowiedz, proszę… Potwierdź słuszność wyboru właśnie ciebie.

Dziękuję.

W moich „rozmowach” z Władcą wielokrotnie przewinęło się pytanie o cel mojej wirtualnej aktywności. Niezmiennie odpowiadałam, że szukam siebie, swoich granic. W końcu padło: „Powiedz, czy bawiłaś się kiedykolwiek myślą o sprawdzeniu, jak daleko jesteś w stanie się posunąć?”. Drżące palce ułożyłam na trzech klawiszach. Zerknęłam na ekran, na którym pojawiło się: „Sprawdzimy razem?”. Spocona dłoń w ostatniej sekundzie prześlizgnęła się po klawiaturze, by nadusić trzystopniową sekwencję… Dwa zestawy liter. Dwa króciutkie słowa. Tyle samo ruchów, taka sama liczba znaków. Kolosalna różnica w znaczeniu i konsekwencjach. Opadłam na łóżko, dysząc ciężko, w uszach pulsowała krew układająca się w zalewającą ciało osobliwym ciepłem myśl. OSTATNI ETAP.

Nie wiesz, co zrobić z dłońmi… Zazwyczaj zajęte są notowaniem twoich uwag i ozdabianiem ich abstrakcyjnymi wzorkami. Nie notujesz. Wiesz, że długo nie zapomnisz nawet jednego zdania. Gdybyś zapytał teraz, czy mnie to cieszy, odpowiedziałabym, że raczej smuci. Zakładałam, że podczas realizacji przedostatniego punktu planu, czyli naszej rozmowy, nie będę już odczuwać zbyt wiele. W swojej wizji wnętrze powinnam mieć równie znieczulone, co powłokę zewnętrzną. Myliłam się. Wiesz, jest całkowicie na odwrót. Każdy bodziec, myśl, sensację odbieram z potrojoną mocą. Nadwrażliwość sensoryczna obejmująca również umysł. Nadreaktywność umysłowa obejmująca również ciało. Paradoks zniszczonej egzystencji.

Władca nie zażądał obietnicy posłuszeństwa, wysyłania dowodów wykonania poleceń czy chociażby włączenia mikrofonu podczas stosowania jego instrukcji. Kręcił go sam fakt tworzenia i przekazywania swoich wizji. Czasem pozwolił sobie na pytanie „po”. Pomysły nie przerażały zawiłością czy wieloetapowością. Ich prostota w połączeniu z minimalizmem budziły niepewność i strach. Dwieście uszczypnięć w każdy sutek, nago, pozycja klęcząca. Przy pierwszej trzydziestce jęczałam z podniecenia, utrzymanie prostego klęku w trakcie fal ciepła i prądu przepływających pomiędzy wilgotną cipką a zaciskanymi miejscami okazało się wyzwaniem. Pot, spierzchnięte wargi, drżące uda, zaciśnięte szczęki i bitwa z myślami. Przerwać i kilkoma dzikimi szarpnięciami  doprowadzić się do wybuchu czy kontynuować. Zbyt długo nie podejmowałam decyzji, do jęków dołączyły syknięcia. Palce zaczęły drętwieć, sutki piekły i traciły wrażliwość. Złość zepchnęła podniecenie na drugi plan. Przepuściłam szansę na dobry orgazm, w kolanach czułam żyletki wbijane przez bezlitośnie twardy parkiet, a liczba wykonanych uszczypnięć ledwo przekroczyła setkę. Naiwność. Początkowo wątpiłam w celowość zadania, nie wierzyłam, że coś tak banalnego mogłoby przynieść upokorzenie. Pod koniec plułam wręcz upokorzeniem. Nie chodziło o ból zmaltretowanych sutków czy zmęczonych kolan. Jakże żałosną kreacją zastąpiłam siebie. Klęczeć samotnie na środku kuchni, sztywnymi palcami beznamiętnie szarpać kawałki skóry, zostawiając przy tym na podłodze kałużę łez i śliny. Bo facet z internetu tak powiedział… „Czujesz się jak gówno?”. Ostateczny cios w przebraniu pytania. „Tak”. Siedemdziesiąt dwa kilogramy wstydu i odrazy do siebie w przebraniu kobiety histerycznie łkającej na łóżku. Dlaczego słuchałam obcej osoby poznanej online? Z jakich, prawdopodobnie nielogicznych, powodów pozwalałam mu się upokarzać? Nie. Nie tak. Upokarzałam siebie na jego życzenie. Nie! Nadal nieprawda. Upokarzałam siebie na własne życzenie, w imię osiągnięcia upragnionego celu. Pieprzony cel. Dopuściłam wreszcie do siebie świadomość, że zgubiłam cel po drodze. Zdeptałam go. Zeszmaciłam się wielokrotnie i na krotność sposobów. We własnych oczach straciłam wartość i jako kobieta, i jako człowiek. Sprzedałam ciało, wyśmiałam duszę, wycięłam odruchy i instynkty. Wypaczyłam myślenie o sobie, życiu i wszystkim dookoła. Zminimalizowałam rzeczywistość do wiary w bezsensowność dalszego życia oraz sensowność samowyniszczenia prowadzącego do własnoręcznego „wylogowania” się z procesu istnienia.

Okłamałam cię. Nigdy nie spotkałam się z Władcądusz75. Bez planu, bez celu, bez drogi do jego realizacji, bez pomysłu co dalej. Straciłam zainteresowanie Władcą i jemu podobnymi. Nie dostrzegałam już sensu w przekraczaniu granic. W tłamszeniu siebie. Straciłam zainteresowanie sobą… Zasępiłeś się. Zapaliło ci się w głowie czerwone światełko, prawda? Alarm ostrzegawczy. Niebezpieczeństwo zobojętnienia. Dopóki wierzyłam w cel, dążyłam do czegoś, istniała jeszcze dla mnie szansa. Nie jestem pewna na co. Szansa. Po prostu. W obliczu całkowitej bezczynności i braku atencji ta szansa zanika.

Zirytowany sytuacją mąż umówił mnie z tobą, nie zostawiłam mu wyboru, usuwając wcześniej kontakty do pozostałych duszospecjalistów. Miał zadzwonić właśnie do ciebie i tak też zrobił. Wyciągnął mnie dzisiaj z głębin koców, poduszek, kołder i pledów. Spoliczkował dla otrzeźwienia i rzucił we mnie ubraniem. Zostawił mnie samą, gdy poszedł przygotować sobie drinka na uspokojenie skołatanych nerwów. Nie wiedział, że przez cały czas pieczołowicie chowałam w sobie ostatnią, maleńką kropelkę siły. Uchroniłam ją przed wszędobylską apatią, zuchwałą depresją i niszczycielskim lękiem. Zachowałam ją na tę chwilę. Na wizytę u ciebie, drogi spowiedniku.

***

Z oczu kobiety skulonej na ogromnym, antycznym fotelu nie spadła ani jedna łza. Bez pośpiechu sięgnęła do wnętrza lakierowanej torebki i wyjęła mały, poręczny rewolwer. Smith & Wesson M&P 340.

– Teraz jestem naprawdę gotowa.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Tematycznie to zupełnie nie moja bajka, ale poza tym jestem pod wrażeniem. Widać naprawdę spory progres warsztatowy autorki, a sama historia jest opowiedziana bardzo spójnie j konsekwentnie. Oby tak dalej! 🙂

Tematycznie moja bajka :). Całość spójna , nie stroniąca od drastycznych szczegółów. Co do propozycji netowych. Gdyby ludzie realizowali w realu choćby trzydzieści procent z nich, to miłośnicy BDSM byli by uznani za groźna sektę. Pozdrawiam

Odpowiedz

MeridaNiewaleczna

A nie sa? 😉🤣 dziekuje za przeczytanie i komentarz.

Odpowiedz

MeridaNiewaleczna

Dziekuje😁

Witam,

Również nie moja bajka. Lektura zapada w pamięć, dopracowany język nie zakłóca przekazu.

Zdziwiło mnie trochę jakim głosem mi się to czytało. Przybliżę. Otóż w przypadku lekkich i podniecających tekstów, czyta się szybko nie czytając nawet dokładnie wszystkich słów. Co dalej, co dalej ? Drżąc z podniecenia. W tym przypadku było inaczej. Czytało się wolno, rozbrzmiewającym w myślach głosem lektorki o nienagannej dykcji. Bywało że każde słowo dochodziło jak strzała trafiającą w dziesiątkę.

Myślę że ludzie, znajdujący się na pewnym etapie swojego małżeństwa, mogli by zacząć się zastanawiać czy to nie zaczyna się dziać u nich. Początki są podobne. Mąż lub żona, stają się oprawcami gdyż nadal nam na nich zależy. A najbardziej boli nas to że nie zależy już im. A także to że ich boli to że im nie zależy.

Utwór wzbudził we mnie przygnębienie i współczucie. Oczywiście trudno żeby było inaczej.

Do tej pory, oglądając syf, nie zadawałem sobie pytania “dla czego ?”. Syf, to syf. Jednak z drugiej strony, świata nie uleczysz. Nawet jeśli empatia wzbudzi w tobie jakieś myśli, zatrzyma na moment i nawet jeśli nie pomyślisz “nie chcę wiedzieć”.

Na zewnątrz tego nie widać, może to odkryć na przykład taka spowiedź.

Pozdrawiam,
Mick

P.S. “Nawet nie zauważyłeś, że mam nowy nos …”

Odpowiedz

MeridaNiewaleczna

Bardzo dziękuję Mick, właśnie taką reakcję chciałam wywołać. Zatrzymać Czytelnika na moment, coś pokazać, zwrócić uwagę.
Fajnie, że jesteś i zawsze coś skrobniesz, nawet jak się nie podoba.
Pozdrawiam ciepło.

“Nie podoba” … Nie podoba mi się, że bez wątpienia są takie sytuacje jakie Opisałaś, że coś takiego może mieć miejsce. Nie chodzi o sam utwór.

W seksie upatruję lekarstwa na zło, nie zaś drogę do zatracenia czy narzędzie tortur. Seks stanowi nieodłączną część każdego człowieka, naturalną jak oddychanie. Prawdziwy dar Matki Natury pod wieloma względami. Lubię czytać o nim, uprawianym z naturalną radością i entuzjazmem, swobodnie i bez przymusu.

Pozdrawiam również,

Odpowiedz

MeridaNiewaleczna

Pisałam ogólnie, lubię u Ciebie konsekwentne wyrażanie porządnych opinii, nawet jak utwór nie przypadł Ci do gustu. Potrzeba tu więcej ludzi Twojego pokroju.

Ojej :). Czuję się udelektowany ;). Dziękuję :).

Napisz komentarz