Black Magic (VBR)  3.71/5 (70)

15 min. czytania

Josu Sein, “Confession”, CC BY-NC 2.0

Duże miasta mają to do siebie, że można w nich spotkać różnych ludzi. Rozpiętość charakterów jest, ostrożnie przyjmując, kosmiczna, dlatego lubił metropolie. Bogactwo wyboru było jego drugą naturą. Duże miasta miały wiele zalet, ale przede wszystkim tę jedną, która odpowiadała mu najbardziej. Powstawała w nich rozkoszna anomalia ilościowa, popularnie zwana tłumem. W tłumie czuł się najlepiej. Różnorodność go odprężała. Możliwości w tłumie piętrzyły się na zawołanie i to na wyciągnięcie ręki, niemal go onieśmielając. Nie spodziewał się takich odczuć, w ogóle nie spodziewał się, że jest zdolny czuć cokolwiek. Życie w dużym mieście nieustannie go zaskakiwało, ale to dobrze, źle byłoby wtedy, gdyby jedyne co czuł, to pustka, wtedy nawet zdziwienie to powód do zadowolenia.

Dzisiaj niedziela, dzień pański. Włożył czystą, wyprasowaną koszulę, spodnie zrobione na kant i błyszczące mokasyny. Wyszedł dobrą godzinę przed czasem i odwiedził pobliski park. Posiedział na ławce, wsłuchując się w trele kapturków i w przyspieszone tętno przebiegającej tuż obok biegaczki. Kolorowe legginsy cudownie opinały wyćwiczone nogi i pośladki, obcisła koszulka termoaktywna uwydatniała kołyszący się biust. Całe jej ciało poruszało się sprężyście z tą fitnessową gracją, która urzekała zręcznością, świeżością i naturalnością ruchów. Gdy przebiegła, nie zwlekał zbyt długo. Odwrócił się i odprowadził jej pośladki tęsknym spojrzeniem, aż nie zniknęła za murem zieleniny, wtedy westchnął cicho, wstał i skierował się prosto do świątyni. Ze wszystkich stron w to centralne miejsce ściągały pojedyncze sztuki. Jedne zgarbione, smutne, idące jak do wodopoju, inne z wysoko podniesionym czołem, dumne, pyszne, wystrojone. Już uśmiechał się szeroko. Do kościoła mógł wejść każdy, także on, jednak właśnie przestało mu się spieszyć, chciał jak najdłużej nasycić się myślą o tym, co wydarzy się w środku, gdy już się tam znajdzie, sam na sam z nimi wszystkimi.

Rozległ się dźwięk, w górze, gdzieś w powietrzu zawirowało głośne uderzenie, jedne, drugie, trzecie. Na dzwonnicy zakołysała się ciężko masywna bryła. Podniósł głowę i obrzucił nienawistnym spojrzeniem kawał solidnego brązu. Mimo, że dźwięk niemal rozdzierał mu uszy, szedł dalej, aż do samych drzwi w cieniu budynku. Zanim jednak wszedł, zakołysał się tracąc równowagę, objął rękoma głowę i przycisnął dłonie do uszu. Jeszcze kilka uderzeń, wytrzyma. Stworzony był do ciszy, kulił się w cieniu świątyni z bólu i cierpiał. Wyczulonego na dźwięki hałas bezlitośnie kaleczył, każde uderzenie rozdzierało głowę, paraliżowało myśli, wydawało mu się, że kości czaszki w końcu się poddadzą, pękną i zgniotą drogocenny mózg, wysyłając go w podróż do niebytu. W końcu hałas ustał. Rozejrzał się na około, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Podniósł się z kolan, otrzepał spodnie, poprawił koszulę i wchodząc jako ostatni, dał się połknąć przez czeluść wnętrza świątyni.

Mrok przedsionka sprawił, że musiał się zatrzymać. W powietrzu unosiła się woń starego drewna, jakby zbutwiałe resztki wymalowano obficie lakierem zabezpieczającym. Przesunął dłonią po ozdobnych wykończeniach aspersorium, zanurzył palce w chłodnej cieczy jego wnętrza i wsunął je sobie do ust, zrobił tak kilka razy, dokładnie zlizując wodę z palców. Smak płynu był niepowtarzalny, raczył się nim jak niektórzy szampanem, czy lepszymi winami z odpowiednich roczników.

Za kotarą było już jasno, nawet za bardzo. Słońce rozświetlało witraże, a te rzucały kolorowe cienie na transept. Wielkie stare lampiony, wypełnione po brzegi szeregami elektrycznych baniek, świeciły obficie w prezbiterium rozświetlając przede wszystkim śnieżnobiały obrus ołtarza i błyszczące, w bogato zdobionych szatach kapłana, ornamenty chrześcijańskich symboli.

Za ołtarzem ksiądz grzmiał płomienną przemową. Niemal wszyscy słuchali go w skupieniu. Ławy były pełne. Wystarczył mu rzut oka, by z zadowoleniem przekonać się, że kobiet było więcej. Mężczyźni zajmowali miejsca na końcach ław, lub w tylnych rzędach, z przodu zaś siedziały kompletne rodziny z dziećmi.

Szedł powoli środkiem nawy głównej, przypatrując się milczącym i zasłuchanym wiernym. Z biegiem upływających minut, okrzepłe ze skupienia twarze traciły na uwadze. Nie sposób było mówić tak, by wszystkich pochłonął żar słów. Jeżeli nawet zdarzali się jeszcze tacy mówcy, to należeli do rzadkości, a tłumy, które do nich lgnęły, własnym swym ogromem przeszkadzały same sobie, rozpraszały uwagę jednostek, na czym mu właśnie zależało.

Pierwszą, jaką wyłapał, była kobieta w zielonej, rozkloszowanej, kopertowej sukience, która sięgała jej zaledwie kilka centymetrów nad kolana. Szczupła, niewysoka brunetka, udawała, że słucha kapłana, strzępiąc palcem prawej ręki na pozór niewinny kosmyk włosów. Jej myśli zwrócone były w całkiem innym kierunku. Minionej nocy, w jej włosy zanurzona była pięść brutalnego mężczyzny. Wcześniej zdarł z niej całe ubranie, lżył i podduszał. To, czego doświadczyła trudno nazwać miłością, ale podobało się jej. Specjalnie o to prosiła. Padło dużo brzydkich słów, pojawiły się siniaki, jak zwykle w zakrytych miejscach i zdarzyło się coś więcej. Ledwo widoczne otarcia na nadgarstkach – ślad po lince świadczył o tym, że fascynowała ją utrata kontroli. Unieruchomiona, pozbawiona możliwości ucieczki, odebrała karę, która jej się słusznie należała. Niegrzeczna, taka była. Solidne pieprzenie pod dyktando lędźwi brutala miało być zasłużoną karą. Poznała go przypadkiem, przepuścił ją w drzwiach supermarketu, a później kupił piwo i głośno rozmawiał przez telefon z kumplami. Miał wielkie, mięsiste dłonie, gruby kark i wydatną żuchwę. Siła ją fascynowała, jego kwaśny pot sprawiał, że przechodził ją wstręt, a mimo to, albo właśnie dlatego, pociągało ją w nim to i ujarzmiało jej odczucia, sprawiając, że chciała więcej, wciąż więcej, wulgarność, gwałt i energia.

Stojący u jej boku mąż również nie słuchał księdza. Błądził myślami po pasmach górskich Andaluzji. Dawno temu swoją miłość do małżonki zastąpił hiszpańskim uczuciem. Grenada, Kordoba, Malaga i oczywiście Sewilla, nie mógł żyć bez tych miast. Godzinami studiował blogi opisujące podróże przez region, czytał o zwyczajach i kulturze. Gotów był wyjechać z kraju i zamieszkać w jednym z tych miast, choćby miał się tam zająć zbieraniem oliwek. Niestety, jego małżonka nie podzielała tej miłości. Nienawidziła upałów. W letnie dni kąpała się kilka razy dziennie i jego również do tego zmuszała. Bo wciąż, jak twierdziła, czuć było od niego potem.

Zostawił ich i przeszedł kilka kroków w głąb nawy.

Samotna dziewczyna przy kości lubiła róż. Sukienka balowa na niedzielną ofiarę to średni wybór. Gdyby była czerwona to jeszcze… ale różowa? Jej oczy ślizgały się niepewnie po surowej linii ławek z poprzedniego rzędu, a on badał ją uważnym spojrzeniem, czytając głębiej niż tylko z płytkich przemyśleń.

Tak, współżyła przed ślubem, właściwie to ruchała się z każdym fagasem, który zaprosił ją na coś więcej niż lody. Gdyby ją teraz zapytać, to nie wiedziałaby nawet ilu ich było, musiałaby wszystkich na spokojnie policzyć. Najlepiej z kartką i ołówkiem, i w tabelce. A teraz, gdy postanowiła się zmienić, trafił się akurat taki, który od razu wydał się lepszy, niż ci wszyscy przed nim i z nim było zupełnie inaczej. Była więc w rozterce, pójść na całość jak zwykle, czy trzymać się postanowienia i zwlekać, jak długo się da, może nawet do ślubu… a jak go tym zniechęci i on uzna, że jest dziwna, czy jebnięta? Właściwie, to miała ochotę, ale za każdym razem gdy sobie dogadzała, kończyła w zimnym łóżku.

Dwaj tatusiowie podpierający ściany w nawach bocznych wyglądali na bardzo znudzonych. Nie czuli się dobrze, obaj ledwo wytrzeźwieli i kac nie odstępował ich ani na chwilę. Niewiele pamiętali z poprzedniej nocy. Było dobrze, ale na szczęście mózg uwolnił ich od szczegółów. Soboty kończyły się grubo, były zwieńczeniem długiego tygodnia na budowie, na której trzeba było nietrzeźwość trzymać w jako takich ryzach. Niedziele więc były dniami spokoju i kontemplacji, a jedynym zmartwieniem była zrzędząca w domu baba i zbyt mocno wysterowane mikrofony w kościele.

Trzęsąca się staruszka, którą właśnie mijał, wpatrywała się tępo w ołtarz, albo w wielki krzyż, tuż nad ołtarzem, tego nie mógł być do końca pewien. Wsłuchiwał się w nią przez chwilę, ale nie usłyszał niczego. Z taką ciszą spotkał się tylko raz, w domu wariatów.

Postawny młodzieniec, którego biały t-shirt mienił się w blasku witraży, wyobrażał sobie plecy. Nagie, brązowe plecy pięknej kobiety z południa. Wielkie oczy, długie rzęsy i jedwabiście delikatna skóra rozpieszczona promieniami południowego słońca. Kobieta z jego wyobrażeń miała smukłą figurę, mocne i długie nogi. Kobieta była przywiązana do ciężkiego zdobionego klęcznika, a on, ostrym jak szkło batem, smagał i rozcinał skórę, kreślił krwawe pręgi na plecach, które nie zaznały wcześniej bólu, a jedynie kobiece pieszczoty. Twarz młodzieńca wykrzywiła się w słabym uśmiechu, który mógł dostrzec tylko on. Co za wspaniały przekaz. Młodzieniec krzywdził kobietę i czerpał z tego prawdziwą przyjemność, krew musowała mu w żyłach i niemal trząsł się z podniecenia. Ciekawe było też to, że robił to tutaj, na schodach samego prezbiterium. Krew sączyła się winogronowymi kroplami na posadzkę, echo kropel rozbrzmiewało bezkarnie we wnętrzu kościoła.

Wpatrywał się przez dłuższą chwilę w splamione osoczem chłodne płyty świątyni i ruszył dalej.

Szczupły, mogący uchodzić za przystojnego mężczyzna w szarej marynarce, drążył kciukiem wgłębienie w ławce. Chyba zostanie jego ulubieńcem. Cały poprzedni tydzień oszukiwał i fałszował raporty, przytulając prywatnie znaczną ilość gotówki. Zanim jego pracodawcy się połapią, opuści już miasto. W międzyczasie spotykał się z trzema kobietami, z których dwie wciąż liczyły na coś więcej, a trzeciej płacił gotówką.

Zaraz, zaraz. Co taki miłośnik niejasności robi w tym miejscu? Przyzwyczajenie? Rutyna? A może tak jak on, dobrze się czuje w tłumie, może tak jak on szuka nowych podniet, celów do realizacji? Tak – odetchnął z wyraźnym zadowoleniem – to na pewno to. Mężczyzna w marynarce dłubał kciukiem w ławce, a przyglądał się krótko obciętej kasztanowłosej dziewczynie, która przyszła tu z matką. Starsza kobieta po śmierci męża podupadła ostatnio na zdrowiu i młodsza wspierała ją jak mogła. Obie były zmęczone i smutne. Kasztanowłosa stanowiła znakomity cel, jeśli tylko odpowiednio by się za nią zabrał. Mężczyzna w marynarce jednak nie obmyślał strategii, lecz dłubał kciukiem we wnętrzu kasztanowłosej. Ta jęczała w poduszkę, nie mogąc powstrzymać naturalnej reakcji, a on zastanawiał się, co schorowana matka dziewczyny pomyśli, słysząc jak córka ulega dopiero co poznanemu facetowi. Ten rozchyli jej blade uda i nie tracąc na moment kontaktu wzrokowego wepchnie się między nie głęboko, a później zamknie jej pośladki w dwuręcznym uścisku. Będzie się powoli rozpychał, aż wyczuje ten moment, dostosuje tempo, tak żeby krzyczała, na całe gardło. A później wyjdzie z jej pokoju, z triumfalną miną i napije się herbaty, jak gdyby nigdy nic, zerkając na zgaszoną twarz wdowy i napawając się jej myślami i nienawiścią, a później więcej go już obie nie zobaczą.

Następna ławka to same kobiety, bardziej lub mnie winne. Właściwie nic ciekawego. Jedna tylko zielonooka, stojąca na samym skraju, niemal w nawie bocznej, w cieniu, powtarzająca modlitwę drżącym, pełnym niepokoju głosem.

Okrążył ją i powąchał, pachniała łąką, ciepłą ziemią i słonecznikami. W mgnieniu oka zrzucił z niej ubrania, a jej wydatna figura od razu go podnieciła.

Już miał jej dotknąć, naruszyć spięte ciasno włosy, zmierzwić fryzurę, gdy rozproszył go obcy dźwięk. Stukanie w drewno, szybkie, nerwowe. To był sygnał. Z żalem przesunął dłonią po jej wydatnych pośladkach, oblizał spieczone usta i odwrócił się do źródła dźwięku.

Młody ksiądz ucałował właśnie stułę i zasiadł w konfesjonale.

Wciąż podniecony stanął w niewielkiej odległości od drewnianej konstrukcji, nie mogąc się zdecydować, czy zająć lewą, czy prawą stronę. Nikt inny nie kwapił się do skorzystania z sakramentu, więc stał jeszcze chwilę niezdecydowany, a ksiądz patrzył prosto, przez niego gdzieś na drugi koniec nawy, nieobecnym wzrokiem.

Wybrał lewą stronę, zbliżył się powoli i uklęknął. W miejscu dla penitenta było ciemno, w przestrzeni kapłana majaczyło słabe światło, które pozwalało mu czytać, jeśli zachodziła taka potrzeba. Światła wystarczało również do tego, by się księdzu przyjrzeć. Oprócz nabożnego skupienia nie odczytał w nim niczego więcej.

Zwrócenie uwagi księdza wiązało się z wymówieniem regułki.

– Niech będzie pochwalony – mruknął z obrzydzeniem, niskim głosem.

Ksiądz poruszył się gwałtownie, jakby ktoś przerwał mu błogi sen, lub zakazaną fantazję, albo po prostu nie myślał o niczym szczególnym. Smakował mu dziś rano posiłek, więc najadł się i rozkoszował uczuciem sytości.

– Na wieki wieków – odpowiedział młody kapłan i uczynił staranny znak krzyża, po czym nachylił się nad dzielącą ich kratą z grubego drewna bukowego, i znieruchomiał  nasłuchując z zamkniętymi oczyma

Gorliwość tego młodego człowieka podnieciła go jeszcze bardziej. Gdyby nie było tej kraty, zapewne by się nie powstrzymał i pocałował księdza prosto w usta. Zamknął oczy i przez chwilę wyobrażał sobie jak duchowny mógłby smakować. Czysty umysł, zdyscyplinowany do regularnego wysiłku, kultura słowa, niewątpliwa moralność. Lata formacji w seminarium zrobiły swoje… a może? Może właśnie nie. Może laska moralności pękła nad młodym klerykiem. Uśmiechnął się, słowo laska pasowało tu znakomicie. Doświadczeń z reguły się nie wybiera, spadają ze stołu opatrzności, jak okruchy – głazy na syzyfowe głowy niewinności człowieczej.

Ksiądz czekał cierpliwie, musiał się już przyzwyczaić do tego, że skruszonym duszom nie łatwo zebrać myśli i rozpocząć dzielenie się słabościami.

Penitent zastanowił się, ile mogliby tak razem milczeć, ile wytrzymałby ten młody człowiek z zamkniętymi oczyma pozorując dobrotliwą cierpliwość. Czy fellatio, które zaserwowałaby mu dla przykładu… zielonooka, trwałoby dłużej? Wszystko wskazywało na to, że być może tak, bo już po chwili ksiądz poruszył się, westchnął i zapytał:

– Czym obraziłeś Pana Boga, wyznaj swoje grzechy, śmiało.

Jak dobrze wyszkolony – pomyślał penitent i zaraz mruknął cicho.

– Jestem nieczysty.

Ksiądz westchnął ponownie, zanim zdążył odpowiedzieć, usłyszał więcej:

– Jestem diabłem wcielonym, demonem, który nie boi się nikogo i niczego.

– Skąd masz tyle siły w sobie? – Nieoczekiwanie zapytał kapłan.

– Siły? – zdziwił się penitent.

– Tak – odparł kapłan – żeby nie bać się nikogo i niczego, trzeba być bardzo silnym. Trzeba mieć pewność że nic nas nie zaskoczy, żadna sytuacja.

– Siłę czerpię z ludzi.

– Ach tak – ksiądz ponuro kiwał głową, jakby analizował otrzymaną odpowiedź. – Jest to jakiś sposób.

– I to jeszcze jaki! – ucieszył się penitent. – Nie ma niczego bardziej rozkosznego od odbierania ludziom nadziei i wiary.

– To jest ciężki grzech – odparł kapłan.

– Zgadza się – uśmiechnął się w swojej ciemności penitent. – I o to chodzi.

– W jaki sposób się to odbywa? – zainteresował się kapłan.

– Odbieranie wiary i nadziei? Mam o tym opowiedzieć?

– Tak, o to pytam.

– Zazwyczaj kuszę.

– Kusisz kobiety? To chyba nie jest łatwe, biorąc pod uwagę, że większość teraz prowadzi się raczej dobrze.

– Niech ksiądz nie żartuje – prychnął penitent. – Kobieta kuszona to kobieta zdobyta – odparł powoli, przesadnie artykułując głoski, a na koniec oblizał spieczone usta.

– Mam odmienne zdanie – chrząknął spowiednik. – No dobrze, a mężczyźni?

– Ja jestem w mężczyznach, w każdym ich pożądliwym spojrzeniu, w myśli, fantazji. Potrafi to ksiądz sobie wyobrazić?

– W moich spojrzeniach też jesteś?

– Prywata, co? – odparł ze śmiechem. – A jak ksiądz myśli?

Zapadła chwila ciszy, którą w końcu przerwał.

– Wie ksiądz, co może sprawić mistrzowski cunnilingus, albo, żeby księdzu było łatwiej sobie wyobrazić, to wyśmienite fellatio. Myślę, że ksiądz zmieniłby wiarę.

– Nie sądzę, żeby uciecha doczesna mogła…

– Ech… znałem kiedyś taką jedną – przerwał duchownemu. – Była starsza i to o kilka dobrych lat, ona wszystkiego mnie nauczyła. Myślę, że pokazałaby księdzu nową drogę. Jej język…

– Język?

– Właściwie to języki.

– Języki?

– Tak, języki na które ksiądz patrzy podczas rozdawania komunii.

– Ja… patrzę…? – głos kapłana złamał się w nieodpowiednim momencie.

– Nie tylko patrzy, ale również wyobraża sobie je w innych sytuacjach, że tak powiem, bardziej klarownych.

Cisza po drugiej stronie krat wprawiła go w jeszcze lepszy nastrój. Spowiednik chciał ze wszystkich sił przebić dzielący ich mrok. Czuł jego wysiłek i ogromną falę paniki, która powoli połykała męskość kapłana. Myślał przez chwilę, że ksiądz wstanie, odłoży stułę i ucieknie. Ten jednak wygrał ze sobą i się uspokoił.

– Każdy ma jakąś słabości – odparł w końcu, ze źle skrywanym wstydem i poprawił się na ławce, jakby trzeszczeniem drewnianej konstrukcji chciał zagłuszyć treść wypowiedzi.

– Jestem pod wrażeniem, że się ksiądz nie wyparł.

– Proszę też zauważyć, że do niczego się również nie przyznałem.

Penitent machnął głową z rozbawieniem, choć dobrze wiedział, że kapłan nie może go zobaczyć.

– Zabawne jest to, że zwróciliśmy uwagę na tę samą kobietę.

Jasna strona konfesjonału milczała, więc ciągnął dalej.

– Lewa nawa, tuż przy prezbiterium, zielonooka piękność, która nie bierze do ust, przyjmuje na dłoń, znaczy się komunię, rozumie ksiądz?

Spowiednik milczał, nie przeczył.

– Marzenie, ukryta potrzeba, choć wcale nie dała powodu, a jednak ksiądz drążył, wyobrażał sobie i rozpamiętywał. Wycinał ksiądz języki z innych kobiet i przyklejał jej, wyobrażając sobie jak dotyka nimi księdza palec, niby przypadkiem, jej ślina na księdza ręce, a w oczach księdza jej twarz, cała wilgotna, zbrukana, na kolanach…

– Dosyć!

Wszystko miało swoje granice. Kapłan wyskoczył z prezbiterium jak oparzony i zniknął w kruchcie, z której wydostał się na zewnątrz.

Penitent wstał. Podniósł niedbale ciśniętą na podłogę stułę i zawiązał ją sobie na szyi jak szalik drużyny futbolowej, po czym z rozmachem wyszedł na nawę główną.

Przedstawienie trwało.

Zielonooka podpierała się o skraj jednej z ławek. Po dwóch kwadransach stania na zmianę odciążała nogi przesuwając swój ciężar. Oglądał sobie przez chwilę jej uwidocznione łydki, po czym stanął tuż przed nią, odwrócił się do niej i czekał, aż przed nim uklęknie. Znów wyobrażenie… położył dłoń na jej głowie, zagłębił palce w ciasno, lecz estetycznie spiętych włosach i przyciągnął do siebie. Języki, które nie należały do niej, wiły się i głośno mlaskały, robiąc mu dobrze. Później pchnął ją, rozsunął błyszczące od kremu uda i kalał, dopóki się nie zmęczył.

Kiedy skończył, podniósł się powoli, z nieukrywaną satysfakcją wyprasował dłońmi koszulę i nagle przeszedł go intensywny dreszcz. Mrowienie, którego doświadczył, zdarzyło się pierwszy raz w jego długim życiu, było tak intensywne, że omal nie stracił równowagi. Kiedy zapanował nad sobą dostrzegł, że w świątyni panuje cisza. Wierni ze zdziwieniem wpatrywali się w ołtarz i stojącego za nim kapłana, a ten zatrzymany w pół słowa, z uniesionymi w górę rękoma wytrzeszczał swoje potwornie przekrwione oczy prosto na niego. Mrowienie znów przeszyło jego ciało. Ksiądz gapił się, lustrując jego postać od stóp do czubka głowy, ale przecież nie mógł go zobaczyć. Coś takiego nigdy się wcześniej nie wydarzyło, bo było niemożliwe, ale jednak… działo się coś niezwykłego, w jednej chwili penitent stracił pewność siebie.

Poruszył się i z wysiłkiem ignorując kolejne fale dreszczy przeszedł kilka kroków w kierunku środka nawy głównej. Nagle zorientował się, że stoi na krawędzi prezbiterium.

Wzrok kapłana nieustannie podążał za nim.

To było nieprawdopodobne, ale się działo – myślał intensywnie. – Jak to możliwe? Nic nie przychodziło mu do głowy, nie wiedział również, co tak naprawdę widział kapłan, bo przecież był tysiącem postaci, według własnych wyobrażeń i postanowień, codziennie kimś innym. Sam nie był pewien, czy w ogóle jakoś wyglądał, nie pamiętał już, czy istniało cokolwiek ponad jego samowyobrażenie.

Zaraz, zaraz – wpadł na jakiś trop, coś mu się rozjaśniło w głowie – z czym mogło się wiązać odkrycie jego obecności? To jakiś koszmar… przed oczyma przesunęły mu się kobiece twarze, dziesiątki twarzy, wszystkie wykrzywione w śmiesznych spazmach fizycznej rozkoszy, wszystkie które znał, zadowalał, lub których mógł w przyszłości doświadczyć, jęczały i wzdychały.

– Zdradzisz nas? Wyrzekniesz się?

– Nigdy – szepnął i oblał go zimny pot, znów wystąpiły dreszcze, czuł, że żuchwa mu drży i zęby szczękają, zdzierając szkliwo.

Musi o czymś pomyśleć, szybko, o czymś przyjemnym, bo nie wytrzyma.

Zielonooka… ona go wciąż podnieca, jej nie zdradzi, nie wyrzeknie się.

Ślepy zaułek.

– Czy na pewno?

Ależ tak, zabrzmiało mu w głowie i powtórzył słabym, drżącym głosem, nie będąc jednak pewnym tego, co mówi.

– Tak…

– Proszę za mną powtarzać – głos starego księdza brzmiał łagodnie, i na dodatek teraz uśmiechał się on zachęcająco.

Zielonooka była tuż obok i patrzyła na niego, tak, prosto na niego.

– Ja Tobiasz…

– Ja Tobiasz… – powtórzył błądząc myślami po dobrze sobie znanych ciałach kochanek.

– …biorę ciebie Małgorzato…

– …biorę ciebie Małgorzato… – zawirowały obrazy w oczach, jęczące kobiety wypinały się i brał je po kolei, zanurzał się językiem w ich wnętrzach, on, mistrz cunnilingusu, potrafiący docenić każdy grymas na twarzy pochłoniętej rozkoszą.

– …za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Mówił dalej, powtarzał zaklęcia za tym wystrojonym szamanem, czując, jak uchodzą z niego obrazy, jak robią się coraz bardziej blade i nieosiągalne. Wszystkie zlały się w jedno, w jedną twarz zielonookiej.

– Co Bóg złączył…

Zielonooka była piękna, na pewno mu wystarczy, będą teraz jednym ciałem, jedną duszą, co było a nie jest nie pisze się w rejestr…

Ze świątyni wyszedł na miękkich nogach. Sypnął się ryż i trochę monet. Wiwaty, pocałunki. Rodzina. Wódka. Noc z zielonooką i ból głowy jeszcze przed świtem.

Wyczołgał się cicho z łóżka i przeszedł na drugą stronę ulicy, do parku. Trele kapturków, nieśmiałe promienie leniwego słońca i te cudowne legginsy przebiegającej sportsmenki. Był teraz innym człowiekiem i już miał się odwrócić, gdy ta zatrzymała się, wyjęła z ucha słuchawkę i zapytała:

– My się tu chyba widzimy codziennie… nieprawdaż?

Skinął głową, potwierdzając.

– Chciałbyś z tym coś zrobić? – zapytała ostrożnie. – Mieszkam tu niedaleko.

– No wiesz – odezwał się w końcu i schował lewą rękę do kieszeni, by pozbyć się obrączki.

– Mistrz cunnilingusu, czy się mylę?

Spojrzał na nią zdziwiony.

– Skąd…

– Koleżanka mi ciebie pokazała. O różnych rzeczach się gada na babskich wieczorach i ja… wiesz, jestem zainteresowana.

– Ach tak – skinął głową, że rozumie.

Jej pierś unosiła się powabnie na fali przyspieszonego biegiem oddechu, przestępowała z nogi na nogę. Stojąc do niego bokiem prezentowała szczegółowy obraz doskonałej anatomii nóg i pośladków. Rafa koralowa wyhaftowana na legginsach podkreślała jej właściwe kształty, ale Tobiasz…, Tobiasz był teraz zupełnie innym człowiekiem.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witam,

Dziwne to było, ale i tak lepsze od poprzedniego. Poprzedniego to w zasadzie nie przeczytałem do końca.

Ileż to różnych myśli można mieć w kościele, w kościele do którego nie chodzą przecież święci a zwykli ludzie ze swoimi zwykłymi bądź niezwykłymi grzechami.

Już na samym początku Używasz sformułowania “niedziela – dzień pański”. Pański się tutaj powinno napisać z dużej litery, tak by było wiadomo o którego Pana właściwie chodzi. Dalsza lektura już nieco dookreśla ten byt.

Rozmowa z księdzem była w moim odczuciu niedopracowana. Po pierwsze to mało możliwe że duchowny uległ by aż takiej panice. Może nie każdy jest egzorcystą ale trzeba dużo więcej by go pobudzić do takiej reakcji. Po drugie, penitent okazał nieco za dużo pewności siebie, niemal zarozumiałości i nie wyszło przekonywująco. Podkopywanie wiary duchownego nie jest proste o ile nie została już podkopana lub od początku była słaba.

Czy Wiesz skąd etymologicznie wywodzi się pozycja “misjonarska” ?

Pozdrawiam,
Mick

Właściwie drogi Micku, to nie wiadomo o którego pana chodzi i tak ma zostać. Nie wszystko musi być dopowiedziane i jasno określone, a szczególnie pan protagonisty, który jest… no właśnie nie wiadomo dokładnie czym.

Co do duchownego w panice… nie byłbym taki pewien jak może zareagować człowiek, gdy stanie przed drugim, który właśnie zajrzał mu do głowy i odkrył najmroczniejsze myśli i sekrety. Myślę też, że zarozumiałość penitenta jest zrozumiała, od samego początku taki był, do samego końca, no może do momentu przyłapania, przez wzrok starszego księdza.

Co do pozycji misjonarskiej… zapewne mnie zaskoczysz…

Nie było moim zamiarem zaskakiwanie 🙂 z resztą to nie jedyna wersja. Ponoć misjonarze odwiedzając ludy tubylcze zauważyli że kopulują oni na pieska, jak zwierzęta. Starali się więc przekonać ich do pozycji w której mogli by się od tych zwierząt odróżniać. Źródło z którego to wyczytałem podało jeszcze że misjonarze bynajmniej nie ograniczali się do suchego instruktażu.

Zaś w całej historii chodzi mi jedynie o to, że chcąc mieć wpływ na kogoś dobrze jest zbliżyć się do ofiary a to wymaga kompromisu. Oczywiście nie sądzę żeby “poświęcenie” misjonarzy miało wymiar wybitnie cierpiętniczy 😉 na pewno hojny Pan Bóg uczynił przyjemną ich misję.

https://m.youtube.com/watch?v=pat2c33sbog

Witam,

nie zamierzam ukrywać: opowiadanie spodobało mi się. Zmysłowe, tajemnicze, natomiast finał tym razem naprawdę mnie zaskoczył 🙂 Zapewne moja czytelnicza satysfakcja wynika po części z niechęci do Kościoła jako instytucji, jak i do jego odzianych w sutanny reprezentantów, ale cóż z tego – liczy się końcowy efekt, a ten uznaję za bardzo pozytywny.

Pozdrawiam
M.A.

Oj, jakie to dobre!

VBR wyrasta powoli na jednego z najlepszych Autorów tego zacnego grona!

5tka od ręki.

Gdy przeczytałem, nie spodobał mi się sposób napisania zakończenia. Coś nie zagrało, zazgrzytało. Nie fabularnie. Stylistycznie, konstrukcyjnie? Może przy kolejnym podejściu dałoby się łyknąć sposób zaserwowania ostatniego epizodu, niemniej sygnalizuję pierwsze wrażenie.
Ale całość dość nowatorska i dobrze napisana. Brawo.
Uśmiechy,

Karel

Napisz komentarz