Widzę to w twoich oczach (VBR)  3.02/5 (14)

44 min. czytania

Stefan Grosjean, „The glint of light on broken glass”, CC BY-NC 3.0

Zasypianie zawsze przychodziło mu z trudem, było swoistą sztuką, której nigdy dobrze nie opanował. Kiedyś bał się cieni, obserwował z niepokojem, jak pełzają po jego dziecinnym pokoju, połykając zabawki. Nawet w całkowitej ciemności wciąż je widział. Później winna była praca. Setki godzin przy opisach, analizach formalnych i treściowych, przy interpretacjach. Wieczorem, pod opuszczonymi powiekami, zamiast ciszy od światła, rozbrzmiewała kanonada obrazów, ubrane w wielobarwne kompozycje kształtów, rozmaite rodzaje przestrzeni, formaty, dynamiki, modelunki, kolorystyki, faktury, kształty, wielkości, proporcje. Sztuka. Wszechobecna i ogarniająca wszystkie zmysły. Mówiono mu, że jest wrażliwy, że ma dar, a on był po prostu stuknięty, za co płacił bezsennością. Analiza i interpretacja stały się jego druga naturą, mózg domagał się ich, uporczywie podsuwając obrazy, których nie potrafił od siebie odsunąć.

Tej nocy również nie potrafił zasnąć, a kiedy wreszcie się udało, śniły mu się twarze, wiele twarzy, zmęczony patrzeniem na oblicza nie mógł ani zasnąć, ani czuwać. Leżał półprzytomny, a usta, oczy i nosy przesuwały się tuż przed nim, aż zrobiło się widno.

Na dzień dobry zobaczył jeszcze wielkie orzechowe oczy, ze snu sprzed chwili, ostatnie z cieni, a później przywołał go do porządku ostry dźwięk budzika i zimna woda rzucona na twarz, tuż nad umywalką. Dobudził się filiżanką pospiesznej kawy, założył ciepłe skarpety, koszulę, buty, spodnie i kurtkę.

Przebrnięcie kilkuset metrów w gwałtownych podmuchach listopadowej aury, nie było przyjemne, ale zanim dotarł do zardzewiałej formy miejskiego przystanku, spotkał jeszcze tę nową, całkiem młodą, sąsiadkę. Wprowadziła się do tego mieszkania na parterze, co je w kółko wynajmują, stosunkowo niedawno, więc zachowywała się na razie dziwnie, jak chyba każdy w nowym miejscu zamieszkania. Zanim wpasuje się w obowiązujące lokalnie normy. Właściwie, to jej zachowanie było bardziej niż dziwne. Można było odnieść wrażenie, że jest z wywiadu, albo przynajmniej z jakiegoś kółka szpiegowskiego. Badawcze, nieufne spojrzenie, nieustające oglądanie się za siebie, pospieszne wyjścia z klatki schodowej i natychmiastowe powroty, i znów wyjścia, jakby miała na celu zmylić jakiś pościg, czy misternie usnuty sąsiedzki ogon ciekawych spojrzeń. Prawda była taka, że oprócz niego, nikogo innego nie zainteresowała swoją osobą, reszta sąsiadów traktowała ją jak powietrze, w żadnym stopniu ich nie obchodziła. Niewidzialna była i przezroczysta dla innych, jak większość cudzych najemców, którzy pojawiają się i znikają bez zapowiedzi, nie płacąc właścicielowi kilku ostatnich czynszów.

Z tą dziewczyną, jak uważał Tomasz, było jednak coś bardziej nie tak. Rozumiał, że była nowa, ale wszystko ma swoje granice. Sposób postrzegania rzeczywistości i nadmierna płochliwość sąsiadki sprawiła, że zaczynał poddawać w wątpliwość jej zdrowie psychiczne. W końcu, zdarzyło się kilka dni temu, że spotkał ją na schodach i zaczepił życzliwym – dzień dobry, a ona zmieszana, ujęta jednak nieodpartą oczywistością chwili, odpowiedziała, i tak było już codziennie. Jednak nawet wtedy, na jej wciąż zagubionej twarzy dostrzegał w szybko wysychającym uśmiechu, takie dziwne coś, jakby pozostałość ze stanu niepokoju. Cały ten efekt potęgował jej wygląd, była dosyć szczupła, nosiła za dużą, jasną sukienkę w jasnozielone kwiaty, na nogach lśniące czarne buty na wysokim obcasie. Włosy miała rozpuszczone, nie było wiadomo w którą stronę właśnie patrzy.

Dziś było inaczej, ujrzał ją całkiem w nowym wydaniu. Dziwną, przydługawą sukienkę, o której myślał, że nigdy się nie brudzi, zastąpiła rozpinana bluza i legginsy treningowe, błyszczące szpilki które czyniły ją sztywną i w których poruszała się z niemałym trudem, zastąpiły sportowe buty Nike i ledwo widoczne skarpetki z głębokim wycięciem na kostki. Mimo, że nosiła ubranie, stała przed nim naga. Tomasz zagapił się na jej kształty i choć ciało jej dalekie było od społecznie przyjętego ideału, nie mógł odwrócić wzroku. Dziewczyna wyszła z klatki schodowej tak, jak miała w zwyczaju – niepewnie, rozejrzała się i po chwili wróciła do środka. Za chwilę znów wyszła i wtedy go ujrzała. Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech i skinęła głową na nieme: dzień dobry.

Tak, rozbierał ją wzrokiem, łakomie i nie kryjąc się z tym. Sam fakt, że patrzy na nią w ten sposób sprawiał, że było mu dobrze, niech sobie pomyśli co chce – myślał – nawet niech zrobi się jej wstyd, tym lepiej, niech strawi ją zażenowanie. Dziewczyna jednak jakby w ogóle nie zrozumiała sytuacji, zrobiła kilka skłonów i rozciągnięć, pochyliła się, wyprężając pośladki, później je cofnęła, prostując plecy i nagle zerwała się do biegu po ścieżce, by zaraz zniknąć za betonową ścianą bloku. Jeszcze się odwróciła łapiąc go na bezczelnym odprowadzaniu wzrokiem. Tomasz długo miał przed oczyma skąpą, aczkolwiek pociągającą wypukłość pośladków. W jego wyobraźni biegła naga, skromny biust nie odstawał specjalnie od ciała, prężyły się tylko brodawki. Napięte pośladki pracowały razem z udami i napinającymi się tuż pod skórą, z każdym krokiem, łydkami. Co za rozkoszna kobieta – pomyślał, kiedy w końcu zdobył się na ocenę. Wcześniej ani razu nie analizował jej przez pryzmat atrakcyjności. Teraz jej zachowanie odsunęło się na boczny tor, po prostu wydała mu się całkiem normalna, ostrożna i tyle. Może miała wcześniej jakiś wypadek, może otarła się o śmierć, lub coś jeszcze gorszego, kto to może wiedzieć? – karcił się w myślach za swój niedojrzały wcześniejszy osąd. Postanowił, że następnym razem zagada. No cóż, pewnie widziała go wcześniej z wózkiem i żoną, ale jednak w jej spojrzeniu było coś, coś, co koniecznie musiał wyjaśnić, wytłumaczyć sobie. We jej spojrzeniu, które różniło się od tych innych tak, często widywanych na co dzień, było coś, czemu nie przeszkadzały zaistniałe okoliczności, a on nie mógł tego, od tak, zostawić.

Kiedy ochłonął i dotarł na przystanek, na powrót wpisał się w szare karty rzeczywistości. W autobusie jak co dzień, twarz przy twarzy, sami szarzy ludzie, zmęczeni, zaspani, poukładani w niechlujne rzędy i szeregi, idący jak zaprogramowani. Trzymający się plecaków, smartfonów, odcięci od świata przez miękką wyściółkę słuchawek, zmierzający bez słowa skargi do przechowywalni swego życia.

Nie mając nic lepszego do roboty obserwował z uwagą każdą twarz w autobusie. Chwytał w obcęgi wyobraźni stojących obok niego ludzi i umieszczał je w rozmaitych, wymyślonych przez siebie sytuacjach życiowych.

Oto tuż przed nim – starszy facet w oprychówce jechał pewnie do lekarza, albo do wnuczki. Mógł niedawno został dziadkiem i pomagał jej wykończyć stolarkę w wynajętym mieszkaniu. Wnuczka pewnie bez męża, bo wyjechał, albo nie, puknął ją tylko na imprezie, szybki numerek w pomieszczeniu na miotły i zniknął. Miała pecha, ale nie oddała małej, bo ją samą kiedyś oddano i porzucono. Rodzice wyjechali za granicę, nigdy nie wzięli ślubu i nigdy nie miała rodziny. Gdyby nie dziadek, trafiłaby do domu dziecka. Mężczyzna w oprychówce wytarł nos chustką i starannie ją złożył. Zryta zmarszczkami doświadczenia twarz, oczy wpatrujące się w tłum szarych głów, oczekujących na kolejnym przystanku, jakby bał się, że kogoś nie pozna, czy przeoczy. Jakby ktoś jeszcze oprócz niej mógł być dla niego ważny.

Koło niego szczupła szatynka w bordowych oprawkach studiowała książkę z okładką w kolorze londyńskiego ogródka. Włosy miała do ramion, spływały prosto w dół, dookoła małej twarzy. Dziewczyna ubrana była na czarno, schludnie, na ramieniu miała torebkę, na nogach pończochy. Nie obchodził ją świat dokoła, liczyło się jedynie to, co działo się między okładkami książki. Kiedy nadejdzie właściwy moment, wyciągnie nos z druku, zatrzaśnie tom i na powrót znajdzie się w autobusowej rzeczywistości. Dwie sekundy wystarczą. Zorientuje się w swoim położeniu i opuści autobus z falą kolejnych pasażerów. Tomaszowi przyszło przez myśl, że dziewczyna pracowała w księgarni i musiała być na bieżąco, więc czytała, by wiedzieć o czym jest dany tytuł. Z drugiej jednak strony, coś mu mówiło, że to zbyt oczywiste i na pewno było inaczej. Dziewczyna studiowała Ochronę Środowiska, a teraz zaczytywała się dobrym kryminałem. Może to jakaś nierozwiązana sprawa zabójstw w galeriach, ale nie handlowych, tylko takich normalnych – galeriach sztuki z dziełami, obok których nie przechodzi się obojętnie. Tak – pomyślał, głaszcząc się po policzku – sztuka to cudowny kontrast dla rozlanej krwi. Wyobraził sobie zaraz jakieś prawdziwe płótno, naciągnięte i oprawione w ciężkie zdobione ramy. Płótno przedstawiało akt… rozejrzał się dookoła, przy samych drzwiach stała odpowiednia brunetka. Długie czarne włosy tworzyły warkocz, który słabo kontrastował na szarym materiale jej płaszcza, mimo to był wystarczająco widoczny. Kobieta trzymała się poręczy i wpatrywała w ekran smartfona. Pod płaszczem szkicowały się obfite biodra, w rozcięciu niebieski sweter opinał wyraźny biust. Miała śnieżnobiałą twarz, bez cienia opalenizny – cudownie. Na obrazie byłaby również samotna, ale bez smartfona, leżałaby z kusząco ułożonymi nogami, a ta krew barwiłaby nitki płótna w miejscach jej bladej skóry.

Kto mógłby ją zamordować? Właściwie to nie wiadomo, czy akurat ją. Splamiony czerwienią wizerunek brunetki nie musiałby przedstawiać ofiary.

Nieogolony mężczyzna w podobnym do Tomasza wieku wyglądał na hydraulika, mógł być oczywiście murarzem, spawaczem, albo mechanikiem samochodowym. Grube dłonie świadczyły, że ciężka fizyczna praca nie była mu obca. Silne palce rozszerzyłyby ofierze usta. Nakarmiłby ją słoną pieszczotą swojej wulgarności, może zgwałciłby ją najpierw, ale przedtem jeszcze pozbawił powietrza i patrzył jak łka z szalonej potrzeby zaczerpnięcia tchu. Później rozciąłby jej skórę scyzorykiem i z wolna upuszczał krwi.

Autobusem zatrzęsło. Przejechał po torowisku i stojący pasażerowie silniej złapali się za uchwyty. Biust brunetki rozkosznie zafalował. Spojrzała na niego. Tomasz szybko odwrócił wzrok. Nie wypadało się gapić. Zamknął oczy i zresetował umysł.

Dwie rozgadane uczennice były zbyt daleko, by mógł zrozumieć o czym mówią, śmiały się i gestykulowały. Pewnie mówiły o szkole, że nauczyciel to, nauczycielka tamto, może coś o chłopakach…, nie, o chłopakach to w domu. Ta w granatowym u tej w zielonym, na nocce. Przy serialu z Netflixa, w pidżamach, pod kołdrami o nieśmiałym dotyku i całowaniu, którego jeszcze nie było, ale będzie.

Kobieta około czterdziestki, w nienagannym makijażu i krótkich kręconych blond włosach zwróciła na coś uwagę za oknem. Ubrana była w żakiet i spodnie materiałowe, strój, którego nie znosił, typowy bełkot korporacyjnej mody.

Za oknem zatrzymał się motocyklista, zdjął kask i przetarł szybkę wyjętym z kieszeni skrawkiem materiału. Z kasku wysypały się długie, bursztynowe włosy. Mężczyzna miał surową, przystojną twarz, krótki zarost i patrzył przed siebie zamyślony, wciąż wycierając przednią osłonę kasku.

Kobieta w żakiecie nie spuszczała z niego wzroku. Jakiś mięsień na twarzy jej drgnął, gdzieś między oczami i ustami. Motocyklista jej się podobał.

Tomasz wyobraził sobie jej nieznośnie nudne życie. Kawa na przebudzenie, w pośpiechu połknięta kromka na śniadanie, szykowanie dziecka do wyjścia, odprowadzka do przedszkola, praca na napiętym etacie, zakupy podczas chwili dla siebie, odebranie dziecka i sprzątanie domu, robienie kolacji, usypianie dziecka, a później nudnego męża, może jakiś film, może książka, a może… może wcale nie ma męża, dzieci, tylko pracuje od rana do wieczora w renomowanej firmie, koncernie na stanowisku asystentki jakiegoś ważniaka, albo sama jest kimś ważnym, panią projektant, architekt, mecenas, na co dzień jeździ Bentleyem, którego oddała akurat dzisiaj do przeglądu. Gustuje w młodszych mężczyznach, których utrzymuje, kiedy tylko ma na to ochotę. Może też pracować jako urzędnik, z marną pensją, słabą perspektywą na awans, zagoniona, zahukana, zapomniana. Może być odpowiedzialna, lub całkiem lekkomyślna, może straciła swoją szansę, lub wciąż na nią czeka, może wierzy w Wielką Miłość, może już nie wierzy w nic.

Autobus drgnął i przejechał kilka metrów do przodu. Jej spojrzenie podążyło za zostającym w tyle motocyklistą.

Tomasz był ciekawy, na ile by sobie pozwoliła, gdyby mężczyzna w bursztynowej fryzurze odnalazł jej spojrzenie, gdyby uśmiechnął się i ruszył za metalową puszką autobusu, w której była zamknięta. Czy wyszłaby na pierwszym przystanku, podeszła do warczącej maszyny i podała mu numer swojego telefonu, a później czy czekałaby z niecierpliwością na esemesa z godziną i adresem, by zaczerpnąć konkretnego zapomnienia? Czy długowłosy mężczyzna wykorzystałby jej słabość i upił ją nadmiarem emocji? Czy jad związku w którym tkwi zatrułby ten moment spontanicznego uniesienia?

Autobus ruszył dalej. Kobieta odwróciła głowę i jej rozpromienioną twarz na powrót zasnuł cień smutku, właściwie to nie był smutek, tylko znudzenie, szarość utraconej okazji.

Autobus zjechał na przystanek, z wnętrza wylała się fala innych znudzonych głów. W jej miejsce wtłoczył się nowy materiał do analizy. W większości zasłuchawkowani młodzi ludzie. W całej tej pasażerskiej dynamice dotknął go jakiś statyczny element. Z początku nie wiedział co to takiego. Postacie kołysały się zakorzenione w swoich wirtualnych światach, nie zdając sobie sprawy, że są analizowane, że przypisuje im z nudów role i życia, których być może sami z siebie nigdy by nie podjęli, lub do których by się przed nikim nie przyznali.

Za oknem tłoczyły się kaskady sfrustrowanych zatorem drogowym kierowców, każdy skupiony na swoim celu. Niby wkoło wszystko normalnie, nie działo się nic dziwnego, a jednak. W pewnym momencie złożona konfiguracja postaci ze zbioru pasażerskich figur stworzyła wyrwę, przez którą uderzony został potężnym ładunkiem wzmożonej uwagi. Po przeciwnej stronie autobusu siedziała młoda dziewczyna, która wpatrywała się w niego, jak od razu poczuł, już od dłuższego czasu, a kiedy tylko ich wzrok się spotykał, odwracała spojrzenie. Naraz zdał sobie sprawę, że dziewczyna przygląda mu się od kiedy tylko wszedł do autobusu, ba… była już na przystanku, a nawet wcześniej, zignorował ją gdy podziwiał nową sąsiadkę, nie zwrócił uwagi, gdy wczoraj wracał z pracy, a ona przecież tu była, teraz sobie przypomniał, gdy wczoraj wychodził z autobusu, niemal na nią nie wpadł, w ostatniej chwili przeprosił i zerknął w jej kierunku, a jej już nie było, właścicielki wielkiego, orzechowego spojrzenia.

Pierwsze co mu przyszło na myśl, to obsesja. Dziewczyna się w nim zakochała i teraz go śledzi. Od razu poczuł się dobrze, nawet nie musiał sobie niczego wyobrażać. Serce tłukło się w piersi, a przez całą drogę do firmy uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nawet ktoś zauważył, że jest w dobrym humorze.

Kiedy wyszedł z pracy od razu ją spostrzegł, oczywiście nie dał tego po sobie poznać. Śledziła go z pewnej odległości, nie szła dokładnie za nim, lecz nieco z boku. Pomyślał, że robi to profesjonalnie i być może od dawna, a on z niczego sobie nie zdawał sprawy, poczuł się nago, jak ofiara. Z każdym krokiem kłębiło mu się w głowie więcej myśli. W końcu postanowił to zakończyć. Wszedł wolnym krokiem na podwórze starej kamienicy i skrył się w cieniu, ale tak, by móc obserwować podwórze.

Po chwili pojawiła w bramie. Zatrzymała się przed wejściem na podwórze i stała chwilę niezdecydowana, w końcu ruszyła powoli w paszczę kamienicy.

– Szuka pani czegoś? – zaskoczył ją z ciemności.

Podskoczyła i wyrwał się jej przytłumiony okrzyk.

– Ale mnie pan wystraszył.

– Może słusznie – odparł – śledzi mnie pani.

Przełknęła ślinę, poprawiła paski od niewielkiego plecaka i odpowiedziała spokojnie:

– Potrzebuję pana pomocy.

Nie wyglądała groźnie, ani konspiracyjnie, była najzwyklejszą na świecie młodą kobietą, może studentką ostatniego roku. Niezbyt szczupła, odrobinę okrągła na piegowatej twarzy, ale uśmiechnięta i obecnie cudownie zażenowana, w końcu przyłapana na czymś istotnym, więc słusznie.

Podszedł do niej i wyciągnął rękę pojednawczo.

– Tomasz.

– Justyna – odpowiedziała, wyraźnie wdzięczna za ten gest – Jak mogę pomóc? – zapytał.

– Strzelił mi kran, bez przerwy leci woda, zawór odcinający nie działa, może ty dasz radę?

– A pogotowie wodne?

– Nie po drodze im, jak zadzwonię to może wpadną jutro.

– No tak, to jakby urzędnicy, ale szczebla fizycznego, więc im się nigdzie nie spieszy, gdzie mieszkasz?

– W bloku za kamienicą.

– Tutaj, niedaleko?

– Tak, wybiegłam i zauważyłam ciebie, pomyślałam, że mógłbyś sobie z tym poradzić.

– Wyglądam jak hydraulik? – zdumiał się.

– Nie, niezupełnie, znaczy się, trochę tak.

Pomyślał, że mógłby ją spytać o te kilka dni wstecz, pod klatką i w autobusie, ale nie chciał jej psuć przedstawienia, bo podobał mu się kierunek w którym ono zmierzało.

Hydraulik? – pomyślał – to jak z niemieckich filmów porno. Zaprowadziła go na trzecie piętro bloku z płyty. Mieszkanie okazało się skromną kawalerką.

– Siadaj, rozgość się – wskazała stary, aczkolwiek niespodziewanie wygodny fotel – herbaty, kawy?

– Tak – odezwał się, rozglądając dookoła – herbatę poproszę.

Pokój, jak przystało na blok z lat siedemdziesiątych, urządzony był w epokowym stylu. Na oknach białe, maszynowo tkane firany, przy ścianach brązowe zasłony. Naprzeciw foteli stała równie brązowa serwantka z wyeksponowaną porcelaną, kryształami, ozdobionymi barwnie filiżankami, figurkami słoników i książkami. Wśród szarych okładek wyróżniały się grube, kolorowo oprawione pozycje kucharskie, resztę regału wypełniały bajki i inna, bliżej nieokreślona beletrystyka. Na ścianach tapeta i kolorowe fotokopie reprodukcji Słoneczników Van Gogha i Damy z łasiczką Leonarda da Vinci. Grube linoleum przykrywała bordowa imitacja perskiego dywanu w tureckie wzory, na stoliku pod oknem stał stary kineskopowy telewizor. Tomasz nie przypuszczał, że takie modele jeszcze istnieją, podobny pamiętał ze swojego domu rodzinnego, sporo ważył i często się psuł, teraz byłby pewnie sporo wart. Całe mieszkanie wyglądało, jakby żywcem wyjęte z czasów, w których za cukrem i kawą stało się w dłuższych kolejkach. Dobrze, że wybrał herbatę.

Justyna krzątała się w kuchni. Słyszał wyraźnie jak nalewała do czajnika wodę, nastawiała na gaz. Po chwili na deserowym talerzyku dostał gorącą szklankę fusiastej herbaty.

– Słodzisz? – zapytała.

– Nie, dziękuję – odparł, wpatrując się jak drobiny herbaty wirują we wnętrzu napoju.

– Zostawię cukier, gdybyś zmienił zdanie.

Tomasz zauważył, że dziewczyna była coraz mniej pewna siebie. Niby się uśmiechała, jak wcześniej, ale inaczej, unikała jego spojrzenia, jej ruchy zrobiły się szybsze i nerwowe. Głos drżał, drżały też ręce. Zerkała co po chwila na zegarek, aż zrozumiał, że czeka na kogoś i ten ktoś najprawdopodobniej się spóźnia. Zrobiło mu się nieswojo. A jeśli to pułapka? Został zwabiony do tego mieszkania w innym niż mu się z początku wydawało celu i za chwilę wpadną tu panowie z gładko wygolonymi czaszkami, by wytrząsnąć z niego pin do karty – no cóż, było to możliwe. Teraz zrozumiał, że postąpił nierozważnie. Im człowiek starszy, tym głupszy, pomyślał. Takie rzeczy nie dzieją się od tak po prostu, dziewczyna nie zaprasza faceta do siebie, żeby mu zrobić dobrze, to zbyt łatwe, zbyt oczywiste. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę.

– Nie chodzi o rurę, prawda?

Objęła rękoma swoją szklankę z herbatą i spojrzała na niego. Wielkie brązowe oczy wróciły na swoje miejsce, poczuł, że grzebie mu nimi gdzieś głęboko w duszy. Nie… taka dziewczyna nie byłaby do tego zdolna, wystawić go zbirom? Mógłby jej przecież zapłacić od tak, po prostu, gdyby go tylko poprosiła… zapłaciłby nawet ze dwieście złotych, tak od ręki, za herbatę i zwyczajną rozmowę, za oczy by zapłacił, za zawarte w nich wielkie, brązowe piękno, za to, że przyjemnie się na nie patrzyło.

Potrząsnęła głową zaprzeczając.

– Nie, rury są w porządku – potwierdziła w części jego obawy – chciałam ciebie poprosić o coś… – zamilkła na chwilę, a policzki jej poczerwieniały – o coś innego…

Co też mogła mieć na myśli? Próbował odczytać jej intencje z drżących ust. Czyżby jednak…?

Wypuściła nagromadzone chwilę wcześniej powietrze i najwyraźniej postanowiła dłużej nie zwlekać – zaraz wszystko stanie się jasne – pomyślał.

– Chodzi o seks. Chciałam zapytać, czy zgodziłbyś się pokochać, znaczy się odbyć stosunek, w pełnym tego słowa znaczeniu, wiesz…

Pokój był doskonale wysprzątany. Można było jeść z ziemi, mebli, czy nawet kaloryferów. Gdzie tylko spojrzał, lśniła czysta powierzchnia, nie było odrobiny kurzu, pukla włosów, czy jakiegoś innego niepożądanego obiektu, który mógłby zakłócić harmonię wnętrza. Wszystko było tu czyste, schludne i przyjemnie pachniało. W tej chwili był pewien, że pokój pachniał nią. Nie potrafił określić, czy ten zapach pochodził z jej włosów, skóry, czy raczej był to miks wszystkiego, co składało się teraz na kompletną woń, którą przesycone były meble, ściany i dywan.

– Nie wiem, czy w ogóle jesteś zainteresowany, czy byś chciał, myślę – zrobiła dłuższą przerwę – widzę to w twoich oczach, że tak, że zgodzisz się, ale robię to pierwszy raz i…

Wyobraźnia Tomasza galopowała po szerokim stepie możliwości. W jednej chwili zobaczył siebie jako seks guru, uświadamiacza niewinnych, poskramiacza pokornych dziewic. Justyna nie była jakąś super szprychą, ale nie była też brzydka, od taka po prostu, szara i zwyczajna, a to z kolei czyniło zaistniałą sytuację naturalną i rzeczywistą. Nie mógł się powstrzymać i zrobił to, zerknął na nią w taki sposób, że im dłużej się przyglądał, tym bardziej podobało mu się to, co widział. Nie uszło to jej uwadze i zauważył oznaki zażenowania. Pomyślał, że musiała się naczytać, nasłuchać i w końcu porządnie napalić. Właściwie, to nie miała się czego wstydzić, to przecież naturalne, taki popęd. U jednego występuje słabiej, u innego mocniej, nie można się go od tak po prostu pozbyć, pstryknąć palcami czy coś i już. Całe to ich spotkanie było wynikiem popędu. Po to tu przecież przyszedł. Była mowa o rurach, ale każdy wezwany w podobnej sytuacji mężczyzna liczyłby na więcej, a przynajmniej pielęgnowałby cichą nadzieję. Zawsze istniał cień szansy, że coś się wydarzy i choćby nie wiadomo jak był nikły, warto było próbować.

Uśmiechnął się i sięgnął po jej dłoń. Oddała mu ją z pewnym wahaniem. Była ciepła, delikatna. Chciał ją zbliżyć do ust, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Jeżeli jest dziewicą, to może się szybko rozmyślić i to niezależnie od tego, jaką drogę przebyła wcześniej, żeby podjąć taką decyzję. Postanowił być powściągliwy i ostrożny jak tylko się da. Wsunął jej dłoń między swoje i delikatnie dotykał opuszkami palców, sprawiając sobie przyjemność patrzeniem z bardzo bliska w jej orzechowe oczy.

– Wiesz co… – zagaił – Chętnie wprowadzę ciebie, znam się na tym, możesz mi zaufać – dokończył pełnym życzliwości głosem, pochylając się ku niej.

Teraz ona się uśmiechnęła i zakłopotanie zniknęło z jej twarzy.

– Wiem, masz żonę i trójkę dzieci, musisz być dobry, praktyka robi swoje.

Gdy usłyszał co powiedziała, puścił jej rękę, opadł na oparcie, a krew napłynęła do głowy, że aż mu zaszumiało.

– Skąd… skąd to wiesz? – zapytał zmienionym głosem, nie panując zupełnie nad drżeniem rąk.

Zorientowała się, że powiedziała za dużo. Znów odetchnęła głęboko i najwyraźniej postanowiła być szczera.

– Śledziłam ciebie.

– Acha… dzisiaj?

– Przez kilka dni. Musiałam sprawdzić, ostatecznie wydałeś mi się odpowiedni, dlatego zagadałam.

Pokiwał głową, że rozumie, ale nadal był przerażony. Gdyby Gabi dowiedziała się, że próbował puknąć jakąś młodą na boku, miałby nieźle przejebane, po całej linii.

– Znasz Gabi?

– Twoją żonę? Ładne imię. Nie, nie znam, tylko z widzenia, szłam za tobą, tak poza tym, to nigdy jej wcześniej nie widziałam.

– Zawsze tak wybierasz partnerów seksualnych, śledząc ich, sprawdzasz gdzie mieszkają i analizujesz żony.

– Mówiłam, że to mój pierwszy raz. Musiałam sprawdzić, czy jesteś normalny, poza tym nie wiem, gdzie mieszkacie, wiem tylko, że spotkałeś się z żoną na rynku, wczoraj o siedemnastej. Zakładam, że to była żona, bo pocałowałeś ją publicznie, przy jej dzieciach i zachowywałeś się swobodnie, odpowiedzialnie. Nie wiem jak się nazywasz, nie wiem gdzie mieszkasz i raczej mała szansa, że gdzieś kiedykolwiek wpadniemy na siebie, Warszawa jest ogromna.

Tomasz gapił się w szklankę nie wiedząc co ma myśleć, a tym bardziej co zrobić. Znów go okłamała, wiedziała gdzie mieszka, bo dziś rano śledziła go od samej klatki.

– Musisz mi uwierzyć – westchnęła – zależy mi tylko na jednym, nie obchodzi mnie twoja rodzina, czy pieniądze.

Naraz doszło do niego, że podczas parzenia herbaty włączyła muzykę. Z kuchni docierał przyjemnie cichy bas z jakiejś płyty Josego Jamesa, było to chyba Lean on me o ile dobrze pamiętał.

– Dlaczego akurat ja? – zapytał. – Niczego, ponad to, nie będę mógł ci zaoferować.

– Niczego, ponad to, nie chcę.

– Chcesz to zrobić teraz? – Znów pochylił się w jej kierunku.

Nie ruszyła się z miejsca, obejmowała chciwie dłońmi szklankę z herbatą i milczała, gapiąc się w fusy. Chce, ale się boi, pomyślał Tomasz. Dziewczyna coraz bardziej mu się podobała, a sam fakt, że właściwie przed chwilą wyraziła zgodę, ba… prosiła go, by z nią pobaraszkował, napełnił go dobrym humorem i odwagą. Co z tego, że wie gdzie mieszka? Gabi jej nie uwierzy. Zresztą po wszystkim może jej dać do zrozumienia… może ją nastraszyć, żeby była grzeczna. Zrozumiał, że inicjatywa teraz należy do niego, postanowił wstać i zacząć od jej włosów, za chwilę znajdzie się za nią, wsunie w nie swoje palce i będzie masował skórę głowy, aż ją to odpręży na tyle, by mógł przejść do następnego etapu.

– Masz gumki? – zapytał, bo nagle mu się o tym przypomniało – prezerwatywy znaczy się – poprawił na wszelki wypadek, gdyby nie zrozumiała, o co chodzi.

Rzuciła na niego orzechowe spojrzenie i zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie przejmuj się, odpowiedział, możemy się równie dobrze pobawić bez, tyle że po prostu nie wszystkie opcje wejdą w grę.

– Zależy mi na tym, by były wszystkie opcje i bez gumki – odpowiedziała natychmiast.

– Ale zdajesz sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji.

Skinęła twierdząco głową.

– To dobrze, ja też wolę bez, możemy uważać, ważne, by nie robić niczego na siłę, na wszystko musi być obopólna zgoda, jasne?

– Tak. Też tak to widzę.

Tomasz podniósł się z fotela. Odstawił szklankę po herbacie na ławę i zerknął na Justynę. Siedziała nieruchomo wpatrując się w swoje, również już puste, naczynie. Pochylona nad ławą, wyglądała na spokojną, opanowaną i głęboko zamyśloną. Nogi miała złączone, ręce blisko ciała, ale pod szarym swetrem ledwo widoczne wcięcie powyżej bioder czyniło ją w jego oczach godną dalszego zachodu.

Odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę. Odwróciła się do niego i wtedy ktoś otworzył drzwi wejściowe.

Tomasz zbladł i cofnął się pod okno. Natychmiast wróciły wcześniejsze obawy, ale na ucieczkę było już za późno. Justyna odłożyła szklankę i wstała. Sprawiała wrażenie zmieszanej, ale nie zaskoczonej. Do mieszkania weszła kobieta.

– Styśka jesteś? Zrobiłam zakupy – rzuciła przybyła.

– Mamy gościa – odparła Justyna, po czym podeszła i pocałowała tamtą w policzek.

Dziewczyna odłożyła torby z zakupami, zdjęła ciemnozielony płaszcz, rozwiązała szafirową apaszkę, poprawiła włosy i weszła do pokoju.

– Dzień dobry, Karolina – podała Tomaszowi rękę z szerokim uśmiechem.

Zapachaniało intensywną świeżością irysów i kwiatów pomarańczy.

– Tomasz, dzień dobry.

Miała zimną, schłodzoną październikowym powietrzem dłoń, która nie zdążyła się jeszcze nagrzać ciepłem wnętrza, mimo to Tomasz poczuł od dziewczyny bijące ciepło. Była ładna, twarz miała delikatną, spojrzenie ciekawe.

– Zrobić ci herbatę? – zapytała Justyna, a gdy jej propozycja została skwapliwie przyjęta, poszła wstawić wodę.

– Jesień się rozpędza – powiedziała Karolina, zacierając ręce – nic tylko listopad zaraz i zima.

Nie była wyższa od Justyny, może odrobinę szczuplejsza, na twarzy, oprócz zaciekawienia dostrzegł spokój i odprężenie. Oblicze było niezwykle ruchome, w mgnieniu oka rozejrzała się po pokoju i Tomasz spostrzegł na jej twarzy radość, której źródło nie było mu znane. Miała niebieskie oczy i bardzo ostrożny makijaż.

Tomasz skinął głową, że się zgadza, burknął coś o corocznym braku śniegu i umilkł czekając, aż wróci Justyna.

– Wy się znacie? – zapytała Karolina, kiedy już wszyscy siedzieli przy ławie.

– Właściwie to nie – wypalił Tomasz i zwrócił się ku Justynie, jakby cała odpowiedzialność za jego obecności tutaj spoczywała wyłącznie po jej stronie.

Przedłużające się milczenie dziewczyny działało deprymująco.

– Styśka, co ty kombinujesz? – zmarszczyła brwi Karolina. Justyna, jak to miała w zwyczaju, westchnęła głęboko i odpowiedziała zwracając się do Karoliny:

– Przemyślałam to, o czym rozmawiałyśmy wcześniej.

– O kupnie zmywarki?

– Nie, jeszcze wcześniej.

– Co mogło być ważniejszego od kupna zmywarki? – Karolina nie mogła sobie przypomnieć, o czym ostatnio dyskutowały. Nagle zerknęła na Tomasza i coś przyszło jej do głowy. Zbladła.

– Zwariowałaś.

Justyna uśmiechnęła się słabo.

– Miałaś rację, nie potrafiłam tego zrozumieć, ani uszanować, czasem tak mam, że blokuję się na innych, wcale ich nie słucham, nie akceptuję sposobu myślenia, a zwykle kiedy odkrywam, że mieli rację, jest już za późno i żal, który przychodzi dusi mnie, zabija w środku. Postanowiłam to zmienić, siebie zmienić dla ciebie. Nie chcę ciebie stracić, jesteś dla mnie wszystkim i zrobię dla ciebie wszystko.

Wstała, usiadła na kanapie obok przerażonej Karoliny, sięgnęła ręką do jej szarych włosów, odgarnęła je, dotknęła dłonią policzka, następnie sięgnęła wargami jej ust. Tomasz zdębiał. Najpierw wystraszył się, że tamta podskoczy, odepchnie drugą i będzie coś krzyczeć, ale było dokładnie odwrotnie. Karolina ujęła twarz Justyny w dłonie i całowały się ostrożnie, lecz z wielką tkliwością. Nie spieszyły się, przymknęły oczy, jakby go tu wcale nie było i cieszyły się sobą, oddychając dzielonym między sobą powietrzem.

Wstrzymał oddech i wpatrywał się w nie, nieruchomo. Początkowe zaskoczenie ustąpiło zażenowaniu, a zażenowanie ciekawości. Z kuchni dobiegał cichy głos Josego Jamesa, w pokoju tykał głośno naścienny zegar. Zaintrygowanie przeszło w podniecenie. Wtedy dziewczyny rozłączyły się. Karolinie szkliły się oczy. Justyna wyglądała podobnie.

– Styśka, to przecież poważna sprawa, trzeba się przygotować, wybrać kogoś odpowiedniego, zapłacić mu.

– Wszystko załatwiłam. Zlikwidowałam lokatę, znalazłam odpowiednią osobę, sprawdziłam go – wskazała wzrokiem Tomasza i ten znów poczuł się nieswojo, bo teraz również Karolina mierzyła go dziwnym spojrzeniem, którego nie umiał rozszyfrować.

– Czy on wie?

– Prawie mu powiedziałam.

– Prawie? – zdziwiła się Karolina – jak można to komuś „prawie” powiedzieć?

– Nie zdążyłam, ale byliśmy na dobrej drodze, prawda? – zwróciła się do Tomasza.

W odpowiedzi kiwnął automatycznie głową, ale zaraz tego pożałował.

– No właśnie – ucieszyła się Justyna i raz jeszcze pocałowała towarzyszkę, tym razem w policzek.

Znowu mierzyły go tym dziwnym spojrzeniem.

– Rozmawialiśmy, to prawda, ale chyba nie do końca jestem świadom celu swojej wizyty – zdecydował się w końcu odezwać.

– Czy to, o co ciebie zapytałam wchodzi w ogóle w grę? – zwróciła się do niego Justyna.

– No tak – odparł z pewnym zakłopotaniem – nie widzę przeciwwskazań.

– A gdyby chodziło o nią? – ruchem głowy wskazała na Karolinę.

Tomasz przełknął ślinę.

– Jak to o nią?

– No wiesz…

– Właściwie to jesteście podobne… myślę, że możemy aneksować umowę i stosować ją do was na przemian, jeśli tylko tego chcecie.

– Jesteś prawnikiem? – zapytała niebieskooka.

– Jestem radcą prawnym, doradzam małym i średnim przedsiębiorcom – gładko skłamał.

– Ma żonę i trójkę dzieci – dodała Justyna.

Karolina kiwnęła głową i uśmiechnęła się.

– Skąd wiedziałaś, że dzisiaj jest właściwy dzień – zapytała przyjaciółkę.

– Wiesz, że jestem wścibska.

– Zwariowałaś – Karolina schowała twarz w dłoniach i potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Czy mógłby mi ktoś wyjaśnić szczegóły? – spytał, bo wprawdzie zaczął domyślać się, co było tutaj planowane, ale nie miał jeszcze pewności.

– Chcemy byś to z nami zrobił – odparła szybko Karolina – myślałam, że to już wiesz.

– Z obiema?

– Tak, czy to coś zmienia?

– No nie, chętnie, znaczy się, że jestem do waszej pełnej dyspozycji, jeśli chcecie.

– Wybornie – klasnęła w dłonie.

– Są jednak pewne warunki – dopowiedziała Justyna i sięgnęła po szklankę.

– Zamieniam się w słuch – tylko czekał, aż wreszcie pojawi się haczyk.

Dziewczyny milczały przez chwilę patrząc na siebie i odniósł wrażenie, że porozumiewały się telepatycznie, lub za pomocą jakiejś innej więzi, której jako mężczyzna nie był w stanie zrozumieć. W końcu odezwała się Karolina.

– Po pierwsze zapłacimy ci za to tysiąc pięćset złotych, więcej nie mamy, więc kwota nie podlega negocjacji.

– Ale ja wcale…

– Umówmy się – przerwała mu niebieskooka – że wysłuchasz naszych wszystkich warunków, a później je ewentualnie przedyskutujemy, okej?

– Chciałem tylko powiedzieć… – zaczął, ale umilkł w porę.

– Po drugie – ciągnęła – wszystko, co tu omówimy, a później ewentualnie zrobimy, pozostanie w tych czterech ścianach. Nikt z nas, nikomu i nigdy o tym nie opowie. Wszystko wymażemy z pamięci, się nie wydarzyło. Wszelkie konsekwencje tego spotkania pozostają w naszym gronie. Po wszystkim nie szukamy siebie, nie kontaktujemy ze sobą. Mamy swoje, oddzielne życia i tak ma pozostać.

Chciał coś powiedzieć, ale tylko kiwnął głową, dając znać, że ten punkt mu pasuje. Za nic nie chciałby zaryzykowałby sytuacji, o której mogłaby się dowiedzieć Gabi.

– Po trzecie, jak już pewnie zauważyłeś, kochamy się z Justyną i inni partnerzy nas nie interesują, co przekłada się na to, że nie interesuje nas także seks z nieznajomymi. Chcemy jednak, by to, co zamierzamy, wypadło jak najbardziej naturalnie i efektywnie – mówiąc to Karolina patrzyła mu prosto w oczy, a Justyna odwróciła głowę w kierunku okna – gotowe jesteśmy pójść na pewne, konieczne ustępstwa.

Dziewczyna umilkła, upiła trochę herbaty. Tomasz wyprostował się na fotelu.

– Jak dokładnie miałoby to wyglądać? – zapytał.

– Chcemy, by to był akt miłości, a nie mechaniczny stosunek – odparła. – Mimo tego, że wszystko zostało doskonale zaplanowane przez Stysię, udawajmy, że spotkaliśmy się przypadkowo i bądźmy spontaniczni.

– Właściwie to wszystko już się dzieje  – dodała Justyna – nasze spotkanie tutaj i ta herbata.

Tomasz pokiwał głową na znak, że rozumie.

– To co teraz powinniśmy…?

– Nie pytaj… po prostu bądź naturalny – odparła Karolina.

– Dobrze, spróbuję – odpowiedział i zrobił małpią minę. Dziewczyny roześmiały się. Płyta z Jose Jamesem zgasła z ostatnią piosenką, do głosu doszedł teraz zegarek z półki, najbliższy sąsiad porcelanowych słoników. Karolina dopiła herbatę, Justyna wstała i zebrała puste szklanki. Tomasz obejrzał szczegółowo liczne pęknięcia na suficie, które przypomniały mu znienawidzone w podstawówce konturówki z Ameryką Południową. Niebieskooka wyjrzała przez okno i poprawiła firany. Jej partnerka pozmywała, wytarła naczynia i odwiesiła kolorową ścierkę do naczyń na haczyku, nad zlewozmywakiem. Mężczyzna tymczasem badał wierzchem dłoni gładkość poręczy fotela, w której producent umieścił jakiś purpurowy skrawek materiału.

Normalność wymagała wysiłku.

– Idę się wykąpać – oznajmiła Karolina, a on pomyślał, że właśnie jest to jakiś zwrot w akcji. Nie poproszono go jednak, jak się spodziewał, do mycia pleców, czy innej części ciała. Następnie prysznic wzięła Justyna, a kiedy wyszła, Tomasz oznajmił, że również ma ochotę na kąpiel, co obie dziewczyny przyjęły z wyraźnym zadowoleniem.

Łazienka parowała gorącem spryskanych wcześniej ciał. Tomasz oddychał pełną piersią. Nie czuł żadnych wyrzutów sumienia wobec Gabi, czuł natomiast francuskie perfumy, po których flakonik znalazł na półce pod lustrem. Nie było tu męskiego szamponu, płynu pod prysznic, czy też dezodorantu, umył się więc dokładnie szamponem Alfaparf Keratin i natarł skórę różanym olejkiem, którego butelkę znalazł z szafce. Wytarł się bezczelnie w jeden z pachnących ręczników, które wisiały na drzwiach łazienki, ubrał się i wyszedł.

Sceneria wyglądała teraz zgoła inaczej. Na oknach zasunięte były zasłony, które stworzyły przytulny, złamany blaskiem wielu świec, półmrok. To dziwne, że wcześniej ich nie zauważył. Pogaszone tworzyły nieistotne tło, podczas gdy płonące knoty i pełzające po ścianach cienie zmieniały całkowicie charakter mieszkania. Uderzyła go też woń kadzideł. Dwa języki płomieni pełzały powoli w dół patyczków, uwalniając eteryczną substancję.

W półmroku stało łóżko, właściwie była to potężna kanapa, na której siedzieli wcześniej, obecnie rozłożona i przykryta naciągniętym do granic możliwości śnieżnobiałym prześcieradłem, sporą stertą białych poduszek w różnych kształtach i wielkościach, oraz grubą kołdrą ułożoną na prześcieradle i również napiętą tak, by nie powstało na niej żadne zgrubienie czy zmarszczka. Z głośnika sączył się wolno jazz, na ścianach drżały cienie.

– Chodź – szepnęła Karolina wyciągając ku niemu rękę z najciemniejszego kąta pokoju.

Tomasz uśmiechnął się i usiadł na łóżku.

– Rozbierzesz się? – spytała Justyna.

– Może mi pomożesz, kotku?  – mruknął zalotnie.

– Nie – odpowiedziała szybko – zrób to sam.

– Dobrze – mimo odmowy nie przestawał się uśmiechać.

Jeden z płomieni podniósł się wyżej i jego blask liznął odkrytą skórę dziewczyn. Obie były nagie. Siedziały z kolanami pod brodą i patrzyły, jak zsuwał z siebie slipy.

Nagość mu nie przeszkadzała. Odczuwał nawet odrobinę satysfakcji, że mógł się zaprezentować w pełnej krasie. Dziwnym trafem miejsce, na którym aktualnie siedział było najlepiej oświetlone w pokoju.

– Popieścimy się trochę? – zaproponował, gdy zrzucił z siebie wszystko i oparł się na łokciu, nie przestając uśmiechać.

– Nie dzięki – parsknęła Justyna.

Wzruszył więc ramionami i już niczego więcej nie proponował, tylko siedział i patrzył w nie, a one w niego.

Po pewnym czasie szept Karoliny rozjaśnił sytuację.

– Pocałuj mnie.

Justyna odwróciła się do niej i ich usta zetknęły się miękko. Utonęły na dłuższą chwilę, w najdelikatniejszym i najbardziej czułym pocałunku, jaki kiedykolwiek było mu dane zobaczyć. Ckliwie tliły się w objęciach swych ust, tak powoli i ostrożnie, jakby bały się zdmuchnąć wątły płomień, który je na chwilę połączył. Z początku szukały się źrenicami po to, by zamknąć obrazy swych twarzy, przykryć je powiekami, i w milczącym akcie pocałunku zniknąć wobec siebie, i na powrót odnaleźć na twarzy, szyi, we włosach i dłoniach które rozpoczęły mozolną wędrówkę szlakiem pobudzającej delikatności. Obie drżały jakby z chłodu, jednocześnie płonąc wzajemną bliskością i rosnącym podnieceniem. Już to wystarczyło, by był gotowy, na wszystko. Oblizywał spierzchnięte wargi, oddech z sykiem wydobywał mu się z ust. Mógłby je teraz… obie na raz…, choć nie wiedział jeszcze jak, ale był pewien, że podoła wszystkiemu i zrobi to, czego tylko zapragną. Przysunął się do splecionych ze sobą ciał i obserwował je, z niesłabnącą satysfakcją. Justyna pchnęła Karolinę, ta oparła się plecami o grubą warstwę poduszek. Ręce Justyny spłynęły jak deszcz po chłonnej figurze partnerki. Karolina powiedziała coś szeptem. Tomasz nie zrozumiał, może był to oddech, może słaby jęk, lub tylko westchnienie, nie był pewien. Usta zetknęły się z kolanem kochanki i popłynęły w górę strumienia. Z początku niezdarnie, później z coraz większą wprawą, próbowała zatrzymać w sobie każdy kęs przyjemności, którym hojnie karmiła ją Justyna. Kiedy wreszcie zapanowała nad szalejącą w niej pożogą zerknęła na Tomasza, a później sięgnęła po jego dłoń i położyła mu na penisie. Zacisnęła ją i wykonała kilka ruchów. Zrozumiał. Ułożył się wygodniej, rozsunął odrobinę nogi, żeby miały lepszy wgląd w to co będzie teraz robił. Onanizował się powoli szukając ich spojrzeń. Justyna całowała i pieściła Karolinę, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Karolina przeczesywała dłonią włosy Justyny, w milczeniu absorbując darowane jej pieszczoty. Raz po raz zerkała na Tomasza, a ten pracował wytrwale.

– Dojdź na skraj – szepnęła w jego kierunku.

– Proszę? – zdziwił się.

– Słyszałeś…. – odparła rozmarzonym głosem – zrób to, ale niezupełnie, doprowadź się nad sam skraj, zatrzymaj przy krawędzi i powiedz kiedy.

Justyna wciąż lizała krocze Karoliny. Wsuwała też w nią palce, szczypała ustami i składała niezliczone pocałunki po wewnętrznej stronie ud i na sromie. Karolinie srebrzyły się oczy, oddychała coraz głębiej. Na piersiach pojawił się blask wysiłku. Cienie skakały po skórze coraz bardziej wilgotnych ciał, w powietrzu unosiła się lotna substancja z kadzideł. Tomasz przyspieszył. Główka penisa wystawała dumnie spomiędzy zaciśniętych palców, osiągnąwszy już swój maksymalny rozmiar. Czuł się, jakby przygotowywał taran, którym za chwilę będzie wyważał bramę warowni. Nie, nie posłucha jej, mimo, że przyspieszył, potrafił się kontrolować na tyle, by powstrzymać obezwładniającą falę rozkoszy. Przedłużanie tego momentu było niemal równie przyjemne, jak on sam, a wyjście poza granicę oznaczało apogeum i nieodwracalny koniec. Przecież nie chodzi im o to, by trysnął od samego patrzenia, a może właśnie o to im chodzi, bo nie wiedzą, czego mogłyby się spodziewać po dłuższym i bardziej wnikliwym kontakcie. Chciałyby, ale się boją. Uśmiechnął się chytrze. Żar między kobietami zdawał się nasilać, pojawiły się całkiem głośne westchnienia i przytłumione jęki. Stymulacja penisa musiała wejść w tryb jałowy, bo jednak mogłyby by pojawić się problemy z kontrolą,  rozluźnił palce i pozorował szybką masturbacje. Samo bycie tutaj, patrzenie, słuchanie i czucie tych dziewczyn było wyjątkowo podniecające. Musiał uważać.

Karolinę przeszył dreszcz ekstazy, uniosła się na poduszce i zakryła dłonią usta, by nie krzyknąć, była gotowa. Justyna podniosła się na łokcie i znów porozumiewały się przez chwilę bez słów, tylko patrząc na siebie.

– Możesz? – zapytała Karolina, zwracając się w końcu do Tomasza

– Co mogę?

– Dojść, teraz.

– Mogę… – odpowiedział z pewnym wahaniem, dając sobie jednocześnie kilka sekund przerwy, podczas których członek drgał to taktu nadawanego przez rozpędzony puls.

– Wejdź we mnie i po prostu zrób to, nie chcę się z tym pieprzyć, miejmy to już za sobą.

Justyna natychmiast się odsunęła, robiąc mu miejsce. Karolina nie musiała go dłużej namawiać, przesunął się bliżej i już po chwili zanurzał się w niej, tak głęboko, na ile pozwalał mu naprężony organ.

To była ta chwila. Jego rola i zadanie na dzisiaj. Z każdym ruchem bardziej zdradzał swoją żonę, ale myślał o tym tylko przez moment. KIlka sekund przerwy wystarczyło, żeby wrócić na właściwy szlak w szaleńczym galopie. Karolina zasłoniła ręką usta. Justyna położyła dłoń nieco poniżej jej pępka, jakby chcąc wyczuć ocierającego się o wnętrze kochanki członka, prezent od niej.

Tomasz patrzył na obie z rosnącą satysfakcją. Myślały, że to już za moment, za chwilę, wejdzie i już, wyjdzie, wyjedzie i mission complete. Nic z tych rzeczy, jeśli ma być dawcą, to nim będzie, będzie cholernie dobrym dawcą, dawcą – jebaką. Dobre nasienie musi być dobrze wstrząśnięte, ba… powinno być ubite na pianę, śnieżnobiałą pełną życia, grubą kołdrę piany, a ziemia, ziemia też musi być gotowa, musi być mokra, spulchniona, przeorana. O tak – myślał Tomasz – przeorana na amen. Naprężyły się bicepsy, tricepsy i silne dłonie przyciągneły Karolinę za biodra, bliżej, jeszcze bliżej. Gruby trzon penisa walił głową w mokrą czeluść, podążając szlakiem rozkoszy. Wysunął język i niemal smakował nim gęste powietrze, przyjemność zdawała się materializować między spoconymi udami dziewczyny. Czerpał oficie z każdym kolejnym pchnięciem następną falę przyjemności. Karolina wiła się w kleszczach pożądania, widać nie spodziewała się takiego ataku. Gwałtowny galop, w który ją schwytał, niepokojąco przeszedł w przedłużający się stan aktywnego oblężenia. Nieme torsje protestów zakiełkowały w bezradnych ruchach Karoliny.

Justyna przyglądała się wszystkiemu z niepokojem, lewą dłoń miała wsuniętą między nogi i nieustannie się nią pocierała. Sutki miała wyprężone, kolana złączone, oczy wielkie i orzechowe.

– Dosyć – krzyknęła Karolina – proszę… zrób to.

– Zrób to – zażądała Justyna i położywszy mu na pośladkach dłonie starała się spowolnić ruchy frykcyjne, którym się oddawał, niemal miażdżąc jej kochankę.

Na niewiele się to zdało. Karolina wiła się przytrzymywana przedramionami Tomasza, a on penetrował ją dogłębnie, do samego końca, nie zatrzymując się ani na moment, nie robił przerw, nie dawał wytchnienia.

Jęk Karoliny zaczął z wolna przechodzić w potępieńcze wycie. Czegoś takiego jeszcze nie słyszał. Jego pierwsza dziewczyna podczas seksu milczała jak zaklęta. Druga, w chwilach silnego podniecenia dostawała czkawki i jej brzuch zabawnie podskakiwał. Trzecia jęczała jak aktorka porno, przejaskrawiając każdy wdech i wydech. Gabi trochę piszczała i czasem rzuciła jakieś brzydkie słowo. Z wyciem jednak, przechodzącym w charakterystyczny skowyt, jeszcze się nie spotkał.

Pot perlił się na brzuchu Karoliny. Wystąpiły też pierwsze krople na ciele Tomasza. Desperackim ruchem Justyna schwytała jego penisa między palce i na ile się dało, próbowała go dodatkowo stymulować. Z każdym pchnięciem czuł jak gniecie jej małe dłonie. Dotykała jego moszny i usiłowała ją pieścić. Nie osiągnąwszy jednak efektu po chwili, zniechęciła się i przestała. Pocałowała czule Karolinę w usta i trzymając oburącz jej wykrzywioną twarz, pieściła językiem usta, starając się odwrócić jej uwagę od tego, co czuła.

Tomasz całkiem panował nad sytuacją, utrzymywał stan podwyższonego napięcia, kontrolował oddech, strzegł pełnej dynamiki ruchów, mógłby tak całą noc.

– Proszę, dojdź – skowyt Karoliny przeszedł w wyartykułowaną prośbę.

– To nie takie proste – odpowiedział szybko.

– Jak to nie proste? – zapytała Justyna.

– Może gdybyś zrobiła mi loda…

– Nie taka była umowa – jęknęła Karolina i uderzyła go otwartą dłonią w udo. Przez chwilę chciał jej oddać, jędrne pośladki aż prosiły się o klapsa, ale powstrzymał się.

– Żartowałem – odpowiedział i uśmiechając się szeroko przyspieszył.

Karolina jęknęła po raz kolejny.

– Proszę – błagała go – litości…

Czuła, że z jej ciałem dzieje się coś dziwnego. Traciła nad sobą kontrolę. Pieszczoty Justyny wcale jej nie pomagały, zresztą Stysia wyglądała na coraz bardziej przerażoną tym co się działo i Karolina bała się, że gotowa była wszystko przerwać, nie miała jednak jak pokazać jej, że mimo wszystko akt musi trwać, jej ciało żyło własnym życiem, ten szalony mężczyzna odbierał jej siły sprzeciwu.

Tomasz znów poczuł ręce Justyny na swoich pośladkach oraz mosznie, tym razem dotyk był bardziej zdecydowany, ugniatała go cierpliwie i naciskała okolice odbytu. Zrobiło się naprawdę przyjemnie. Postanowił dłużej nie zwlekać, napawał się jeszcze przez chwilę, tym co robił z Karoliną, która wyglądała tak, jakby miała nie wytrzymać kolejnego pchnięcia, mimo to wytrzymywała je, i tylko obłęd rósł jej w oczach.

Wtedy otwarły się drzwi. Wszedł jakiś facet. Wyglądało, że się rozgląda przez chwilę, a potem po omacku wszedł do kuchni i zaczął coś wyjmować z lodówki.

– Co jest kurwa? – syknął Tomasz i napiął się, chcąc błyskawicznie zwlec się z łóżka, naciągnąć spodnie i wypierdalać, ale dziewczyny przyłożyły tylko palec do ust, by był cicho i same znieruchomiały. Facet wyjął z lodówki jakieś zawiniątko i wszedł do pokoju, macając ściany, na około siebie, podszedł na skraj łóżka.

– Justyna, nie wiem, czy śpisz – szepnął – chciałem ci tylko podziękować.

Tomasz wciąż przygotowany do ucieczki wpatrywał się w mówiącego i czuł się co najmniej dziwnie. Członek mu pulsował, ale wiedział, że dłużej przerwy w tym stanie nie wytrzyma, rozpoczął ponownie dogłębną penetrację, z tym, że wolno, by ociemniały przybyły ich nie usłyszał. Karolina odwróciła wzrok i jej kocie spojrzenie utkwiło w jego twarzy. Coś było dziwnego w jej oczach. Mimo, że przed chwilą prosiła o litość, teraz wyglądała na zadowoloną, jakby tak naprawdę z wszystkiego co robił czerpała prawdziwą przyjemność, z każdego gwałtownego ruchu, jaki otrzymała w prezencie, jakby robiła to częściej, a to przecież nie pasowało do sytuacji.

– Justyna? – ociemniały szepnął drugi raz i usiadł na krawędzi łóżka.

Położył swoją dłoń na pościeli i przesunął ostrożnie w kierunku Justyny. Długie szczupłe palce natrafiły na jej udo i natychmiast się cofnęły.

– Śpisz? – zapytał cicho.

Milczenie Justyny nie brzmiało jak nieświadomość pogrążonego we śnie człowieka, raczej była to cisza z wyboru. To najwyraźniej ośmieliło niewidomego, bo jego dłoń wróciła na pościel i poznanym już wcześniej szlakiem przesunęła się na nogę dziewczyny i podjęła delikatną pieszczotę, muskając skórę opuszkami palców, zataczając nim okręgi, rysując trójkąty oraz inne figury, nieuchronnie zmierzając ku najbardziej intymnym miejscom.

Dziewczyny popatrzyły na siebie. Tomasz zwinął dłoń w pięść, sugerując, że może użyć siły, na co Justyna zaprzeczyła kategorycznym ruchem głowy. Ociemniały mężczyzna musiał być jej znany. Tkwiący w wymuszonym bezruchu mężczyzna przejrzał się w ciemnych szkiełkach okularów tamtego i stwierdził, że sam wygląda komicznie, wisząc nad Karoliną, jak nienaturalnie wygięta małpa. Zrobiło mu się głupio, ale zmiana pozycji mogła go zdradzić. Karolina sięgnęła do miejsca w którym byli złączeni i poczuł, że zachęca go do działania.

Nowoprzybyły coraz śmielej poczynał sobie z ciałem Justyny. Tomasz , który wrócił do ostrożnej kopulacji z Karoliną z przerażeniem dostrzegł, że druga ręka ociemniałego błyskawicznie poradziła sobie z rozporkiem i ściskała teraz, naprężony z podniecenia, ciemny od krwi organ. Tamten onanizował się przerażającą prędkością. Tomasz patrzył na to i nie mógł oderwać wzroku. W wielkich orzechowym oczach Justyny pojawiło się współczucie.

– Zaczekaj – szepnęła.

Mężczyzna wystraszył się i cofnął rękę, ale złapała ją i przyciągnęła do siebie z powrotem.

– Nie…, dobrze było, nie przestawaj.

Teraz przesunęła się bliżej niego, ujęła członek w dłoń i wzięła do ust. Mężczyzna wyprężył się i zadrżał na całym ciele.

– Nie musisz – szepnął z wyraźnym wysiłkiem, który odmawia sobie czegoś, czego tak naprawdę bardzo pragnie.

– Ciii… – mruknęła, ocierając go o wewnętrzną stronę policzka.

Tomasz wpatrywał się jak urzeczony. Dłoń ociemniałego odkleiła się od sromu dziewczyny i zacisnęła na pościeli. Chwycił się jej, jakby w obawie, że łóżko zaraz wywinie kozła.

Co to do kurwy nędzy ma być, pomyślał Tomasz, intymny akt prokreacji, wszystko zapięte na ostatni guzik, a ta nawet drzwi nie zamknęła. Włazi jakiś ślepiec i zamiast wyrzucić go na zbity pysk, to jeszcze mu laskę robi… a może to jego pierwsza laska w życiu – teraz jemu zrobiło się żal ślepca, na szczęście po chwili było już po wszystkim. Mężczyzna ze stłumionym jękiem zsunął się z łóżka na dywan. Justyna dyskretnie pozbyła się ejakulatu z ust i spytała:

– Żyjesz?

– Dziękuję – wyjęczał w taki sposób, że Tomasz mógłby przysiądz, że ociemniałym wciąż targały dreszcze orgazmu. To zdecydowanie był jego pierwszy raz, utwierdził się w przekonaniu.

– Musisz już iść – szepnęła Justyna.

– Wiem, przepraszam i dziękuję, jeszcze raz… za wszystko, naprawdę… jesteś bardzo miła i…

– Wiem – uśmiechnęła się, choć nie mógł tego zobaczyć. – Idź już.

Wstał i na uginających się nogach opuścił mieszkanie. Śmignęły orzechowe oczy i drzwi zostały zaryglowane.

– Nikt już nie będzie nam przeszkadzał – powiedziała Justyna wracając w objęcia Karoliny.

– Możesz mi powiedzieć, co to było? – Karolina wyglądała na zaskoczoną.

– To mój sąsiad, kaleka – odparła Justyna.

– To widziałam.

– Wpada tu od czasu do czasu, ostatnio popsuła mu się lodówka… i

– Wpada od czasu do czasu na loda? – przerwał jej Tomasz. – Gdybym wiedział Stysia, że tak chętnie je robisz, to ciebie bym poprosił, skoro twoja dziewczyna się brzydzi.

Znów zarobił w udo od Karoliny.

– To może w końcu dokończysz? Czy masz z tym problem? Słyszałam, że jak się człowiek brandzluje kilka razy dziennie, to potem mu ciężko strzelać na zawołanie.

– Chyba mnie z kimś pomyliłaś.

– No nie wiem, fakty mówią za siebie.

Apogeum było naprawdę satysfakcjonujące. Wydał z siebie gardłowe warknięcie, odgłos ostrzegawczy samca alfa. Kiedy zwolnił tempo i pompował w Karolinę nasienie, Justyna położyła dłoń na jego torsie, tak, by po wszystkim nie przylgnął do ciała jej kochanki. Wlepiła w niego swoje duże, orzechowe oczy, które teraz wydawały się jeszcze większe i śledziła każdy spazm rozkoszy, który uwydatnił się na jego twarzy. Kiedy umilkł, położyła usta na wargach kochanki i całowała je tkliwie. Druga dłoń przesunęła po torsie Tomasza na brzuch i dalej po penisie na wzgórek Karoliny, jej brzuch, piersi i usta. Karolina łapczywie łapała powietrze stygnąc w jej uścisku.

Kiedy po dłuższej chwili bezruchu drgnął, by wysunąć się z Karoliny, obie poprosiły by tego nie robił.

– Jeszcze nie teraz – poprosiły równocześnie.

– Zostań z nią przez chwilę – prosiła Justyna. – To ważne.

Został, czując, że wzniesiony taran traci na mocy. Justyna pochyliła się nad ukochaną, odgarnęła ręką nieład wzburzonych włosów i łaskocząc ją rzęsami po policzkach szepnęła:

– Uda się.

– Skąd wiesz? – spytała Karolina.

– Widzę to w twoich oczach, na pewno się uda.

Właściwie to obie były spocone i wyglądały, jakby wysiadły z gigantycznego rollercostera. Tomasz napawał się ich osłabłymi z wysiłku ciałami. Co ciekawe, Justyna wyglądała na równie zmęczoną co Karolina. Pot błyszczał na jej skórze, piersi podnosiły się i opadały w szaleńczym tempie, jakby współżył z obiema w tym samym momencie. Pomyślał, że musiała to mocno przeżyć, były lesbijkami, więc on tu nie pasował, a jednocześnie był niezbędny. Taka sytuacja zdarza się raz na sto lat. Prawdziwy farciarz.

Szybko pozbierał się, ubrał i wyszedł. Skierował się do podwórza i tak jak poprzednio, zanurkował w cień kamienicy. Postanowił jeszcze nie wracać. Smartfon pokazywał, że Gabi próbowała się do niego dodzwonić, ale teraz go to nie obchodziło. Stał i czekał. Po dobrym kwadransie, tak jak się spodziewał, Karolina opuściła mieszkanie. Uśmiechnął się widząc jej krótkie kroki i brak finezyjnych obrotów bioder, których można by się spodziewać po jej figurze. Ostre jebanko dało się jej we znaki, pomyślał z satysfakcją i wsunął dłonie do kieszeni. Minęła go i ruszyła ulicą w kierunku centrum. Od dłuższego czasu się zanosiło i w końcu lunęło. Dziewczyna błyskawicznie wyciągnęła parasol. Mężatka – pomyślał – szybka, wygadana i przygotowana na wszystko. Szedł za nią dobre dwadzieścia minut, później obejrzała się ze dwa razy i znikła za rogiem poprzecznej ulicy. Podbiegł, ale musiała już wejść do jednego z niskich bliźniaków. Stał przez chwilę niezdecydowany, ale robiło się ciemno, na szczęście w oknach zapalały się światła, więc szedł powoli, zaglądając do wnętrz mijanych domów, dopóki jej nie ujrzał. Rozmawiała z jakimś wysokim, brodatym mężczyzną. Śmiali się, później zniknęła w jednym z pomieszczeń w głębi domu.

Zrobiło się już całkiem ciemno i zanim wyszła w ręczniku, pocałowała go, następnie szybko się ubrała i usiedli do wspólnej kolacji.

– Mężatka – mruknął do siebie zadowolony, że odgadł to już znacznie wcześniej.

Gabi nie była dzisiaj w dobrym humorze. Tomasz wrócił zamyślony, bez słowa zjadł kolację i włączył wiadomości.

– Madzia coś kaszle – trajkotała bez przerwy. – Tylko patrzeć jak Hania też złapie. Obie będą smarkate, a Ola dziś herbatę na siebie wylała, cudem że ostygłą. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, cała niebieska sukienka do prania, a taka ładna była w białe kwiaty, nie wiem, w czym ona jutro do przedszkola pójdzie, specjalnie jej uszykowałam. Założyła tylko na chwilę i od razu tę szklankę na siebie, no mówię ci, że od stóp do głów mokra, do tego wszędzie szkło. Ledwo to posprzątałam, a zaraz obiad i znów wszystkie wyświnione. Na obiedzie ciebie nie było, w pracy siedziałeś? Dajesz się tam wykorzystywać, postawiłbyś na swoim i powiedział, że chcesz jak normalny, z rodziną zjeść, a nie, że codziennie odgrzewam. Smakowało chociaż?

Kiwnął głową z automatu, sięgnął po kubek z herbatą, upił łyk i wytarł usta dłonią. Palce wciąż mu pachniały Karoliną, wąchał je przez chwilę, aż spytała podejrzliwie:

– Co robiłeś?

Spojrzał na nią zdziwiony, jakby go przyłapała, ale za bardzo nie wiedział na czym.

– Jakieś gówno mi kazali przerzucać.

– Gówno w firmie artystycznej?

– Chemię jakąś czy coś, ręce mi śmierdzą – schował szybko dłonie do kieszeni na wypadek, gdyby wpadła na pomysł wpychania w nie swój nos.

– Ty się nie otruj czymś, bo kto kupi nową sukienkę Olci – chwyciła dziewczynkę przytuliła i pocałowała – no kto kupi nową sukienkę? Tatuś kupi. Tatuś, bo Tatuś kocha Olcię, kocha i kocha.

Podniosła dziewczynkę i kołysała nią.

Miał już dość, mamusiowe trajkotanie wyprowadzało go z równowagi. Musiał czym prędzej wyjść z trybu głębokiej analizy każdego usłyszanego słowa, zastąpić go bierną ignorancją.

Podniósł jeszcze raz ręce do twarzy, zapach przywołał obraz spoconego ciała. Z Gabi nigdy nie było mu tak dobrze. Rozsuwała nogi, piszczała jak świnka i udawała orgazm, a później robiła mu pretensje o wszystko. Wolał już z nią niczego nie robić, niech leci na trybie jałowym, jako mamuśka.

Następnego dnia nie poszedł do pracy. Udał przeziębienie. Kiedy Gabi wybyła z dziewczynkami, ubrał się szybko i zszedł na parter. Drzwi od jej mieszkania były uchylone, zajrzał, ale jej nie zobaczył. Zamiast tego koło drzwi stała wypchana walizka na kółkach i torba sportowa. Wszedł do środka, poprawił włosy i czekał. Wewnątrz dziwnie pachniało. Musiał to być zapach jakiegoś chemicznego środka czystości, lekko mdławy, prawie neutralny, pewnie przebywając tu dłużej szybko by się przyzwyczaił. Kto wie, może przyjdzie mu tu częściej gościć.

Wyłoniła się jak zjawa, z łazienki, głowę miała spuszczoną, włosy długie proste w nieładzie, w ręce trzymała szczotkę do włosów i wyciągała z niej kołtuny. Nie zauważyła go od razu. Zdążył się jej dokładnie przyjrzeć. Nie spieszyła się, nie była nawet zdenerwowana jak zwykle, po prostu stała w niebieskich majtkach i krótkiej, nie sięgającej nawet pępka koszulce i grzebała w zębach szczotki, wydłubując wyrwane elementy swojej fryzury. Dokładnie taka jaką ją zapamiętał. Szczupła, niemal chłopięca, a zarazem pociągająca, w swojej drobnej, dziewczęcej figurze.

Podniosła twarz i te oczy. Tak. Nie pomylił się, taki sam wyraz miała Karolina. Chciwa potrzeba. Uśmiechnął się. Dokładnie wiedział, czego pragnie i jaka jest jej głęboko ukryta potrzeba.

Dziewczyna znieruchomiała, jakby wrosła w ziemię. W pierwszej chwili pomyślał, że zacznie krzyczeć, ale poznała go i tylko zdziwiła się, co tu robi.

– Wiem wszystko – wyjaśnił, zanim ochłonęła.

Potrząsnęła głową, jakby nie rozumiała po polsku.

– Mogę to dla ciebie zrobić. – mówił dalej – Sama widziałaś, mam doświadczenie, jestem zdrowy, płodny i cenię sobie kobiecość. Uwielbiam robić to powoli i delikatnie, będzie ci dobrze i dostaniesz to o czym marzysz, bo marzysz o tym prawda? Widzę to w twoich oczach, wiem co mówię. Jesteś lesbijką? Nie ma problemu, podniecę się siedząc obok ciebie i tylko w tobie dojdę, wszystko jak chcesz… w twoim tempie.

– Nie jestem lesbijką – zdobyła się na pierwsze słowa.

– Tym lepiej – odparł, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Nie wiem co powiedzieć…

– Nic nie mów – odpowiedział ciszej i zbliżył się do niej, czując, że napięcie w jego ciele wzrasta.

Wyciągnął rękę.

Poruszyła się gwałtownie. O policzek Tomasza rozbiła się fala bólu. Jeszcze pchnęła go, że poleciał do tyłu, w niedomknięte drzwi. Twarz mu pulsowała wstydem, uczucie napływającej gwałtownie krwi… Wypadł z mieszkania na klatkę schodową, potykając się o próg, ale pozbierał się szybko i wstał.

– Masz szczęście, że się akurat wyprowadzam – huknęło gdzieś obok jego twarzy.

Zamachnęła się raz jeszcze, zamknął oczy, ale nie uderzyła.

Stał z zaciśniętymi mocno powiekami, z wysiłku drżała mu twarz, bał się, że nie wytrzyma, że otworzy oczy i padnie cios. Kompletnie się tego nie spodziewał.

Jej oczy… to w jaki sposób patrzyła, przecież widział to w jej oczach, a spojrzenie… spojrzenie nie może kłamać.

*

Prawdziwej zimy nie było, mimo to Gabi przytyła, a po Bożym Narodzeniu stała się też bardziej religijna. Co niedziela kościół, dziewczynki ze dwie godziny szykowała przed każdą mszą. Nawet do komunii zaczęła chodzić.

Wiosna minęła jak z bicza strzelił. W sieci jak co roku wrzało, portale randkowe pękały w szwach. Tomasz rzeźbił jak mógł, ale nikogo ciekawego nie spotkał.

Przyszło lato, lipiec i upalny sierpień. Tomasz zdecydował, że godzinę w tygodniu jest w stanie poświęcić, jeśli tylko ją to na tyle uszczęśliwi, że przestanie mu trajkotać, chociaż wiara powinna być sprawą prywatną odwiedzał co tydzień świątynię, dając świadectwo katolickiego wychowania, tak jak chciała Gabi. Nawet miejsce sobie znalazł, takie ulubione, z boku, z dala od grzmiącej ambony. Nie widział księdza, a ksiądz nie widział jego, idealny azyl. Tam sobie siedział i myślał, najczęściej o nastolatkach, które próbował poderwać przez Internet na kasę, ale wbrew powszechnej opinii, nie było łatwo.

Tej niedzieli siedzieli wszyscy razem, na jego tajnej ławce, na balkonie. Na jednej z ostatnich mszy ksiądz powiedział, że rodziny nie powinny się rozdzielać, więc Gabi radośnie klapnęła koło niego z dziewczynkami, więc całą mszę nie mógł się skupić, a właściwie cały początek mszy. W sobotę udało mu się zainteresować sobą jakąś świeżą osiemnastkę, wysłał jej zdjęcia ajfona ósemki i em piątki sąsiada. Była szansa na spotkanie sponsorowane, jakoś pewnie we środę wypadnie, jeśli wszystko dobrze rozegra. Musiał jej ściemnić ze swoim wiekiem, ale jakoś się później wytłumaczy.

Monotonny głos księdza wprowadzał go zwykle w stan sprzyjający głębokiej zadumie, tej niedzieli było jednak inaczej. Ksiądz mówił i mówił, a on nie mógł się na niczym skupić, spoglądał to na warkoczyki swoich córek, to na zasłuchaną Gabi, zastanawiał się, jak wygląd rodziny w kościele może go tak zahamować, w domu problemu zupełnie nie było. Nie rozumiał tego mechanizmu. Przecież swoje rozważania prowadził w duszy, głęboko w sobie. Siedząca obok babcia, prężący się kościelny, czy zgarbiony od minionego czasu kombatant, nikt nie był w stanie mu wcześniej przeszkodzić, dlaczego z Gabi było inaczej? Czyżby wciąż ją kochał? Westchnął ciężko i wtedy zrozumiał, że to była wina księdza. Nie mówił jak zwykle. Nie był to jego standardowy, fanatycznie jednostajny monolog, który zwykł tolerować co niedzielę. Dzisiaj było to coś zupełnie innego. Ksiądz mówił wolniej, między słowami przełykał łzy, nie nauczał, lecz przepraszał. Tomasz nie usłyszał, za co przepraszał ksiądz, nie zdążył zestroić się z nowym sposobem przekazywania informacji. Ogarnęła go nawet ochota, by wyjrzeć zza organów, za którymi ukrywała się jego ławka, i spojrzeć na wygłaszającego dziwne kazanie, ale zanim się na to zdobył, przestrzeń świątyni wypełnił huk.

Grom przetoczył się kilkukrotnie po ścianach kościoła, jakby nie zamierzał opuścić budynku, później ucichł. Tomasz omal nie spadł z ławki. Myślał przez chwilę, że uszy mu eksplodowały, oba w tym samym momencie. Co się mogło wydarzyć? Wybuch gazu? A może to ksiądz zaczął bluźnić i z jasnego nieba spadła na niego kara Najwyższego?.

Gabi była blada, patrzyła niewzruszenie w kierunku ambony i tylko oczy jej się rozszerzyły, niemal wyszły z orbit, dziewczynki usiadły na posadzce i rozpłakały się.

Tomasz wychylił się ostrożnie i widząc krew na ornacie leżącego księdza, przeklął siarczyście, jednak na nikim nie zrobiło to wrażenia. Grom – pomyślał – jak mogłem go przeoczyć? Później zastanowił się, czy czasem tak wysoki obiekt nie powinien być wyposażony w instalację odgromową. Czy taka instalacja poradziłaby sobie z karą Boga? Czy Bóg mógłby działać wbrew prawom fizyki? Czy on, Tomasz, był teraz świadkiem cudu? Może ksiądz była fałszywy? Może uprawiał zły dotyk? Myśli kłębiły mu się w głowie, żadna nie wydawała się wystarczająco racjonalna.

Na prezbiterium, tuż obok otwartej dłoni młodego kapłana leżał rewolwer. Z milczących ławek zaczęli się zwolna podnosić wierni, nie wszyscy, część uklękła.

Ci, co się podnieśli, zbliżyli się powoli do leżącego, bardzo ostrożnie, jakby jeszcze mógł wstać i rzucić się na nich, jak jakiś pokąsany zombi. Jego mózg leżał obok, najwyraźniej wypchnięty przez ołowianą kulkę, Tomasz nie wiedział, jak mogli tego nie zauważyć. Nawet jebany zombi bez mózgu jest niczym więcej niż kupą mięsa.

W końcu kościół ożył. Rozległ się krzyk, płacz, niektórzy ewakuowali się w pośpiechu.

Tomasz zostawił oniemiałą Gabi z dziewczynkami i zszedł do bocznej nawy. Gdzie jest obsługa? – pomyślał – żadnych ministrantów czy kościelnych. Klecha wybrał sobie właściwy moment, pewnie wszyscy na urlopie.

Przed kościołem zebrał się tłum. Przyjechała policja i karetka – nie wiedział po co. Gabi wyszła, cała się trzęsła. Dziewczynki za nią. Przytulił żonę i wtedy ją zobaczył.

Po przeciwnej stronie ulicy szła Karolina, pchając dziecięcy wózek. Obok niej szedł dumny tata, najprawdopodobniej mężczyzna, którego widział w jej domu, zaraz po ich pamiętnym zbliżeniu. Tomasz przez chwilę wpatrywał się w nią i nagle sam z siebie zaczął liczyć w głowie.

Październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec…

Dziecko mogło mieć dwa miesiące… Mężatka…  Nagle wszystko stało się jasne… Musiał tylko potwierdzić jedną, jedyną rzecz.

Justyna.

Czekał na nią w swoim ulubionym miejscu, w cieniu bramy, przez którą musieli przejść wszyscy mieszkańcy blokowiska.

– Co tu robisz?

Zatrzymała się, wystraszona gdy zastąpił jej drogę. Zmieniła się. Jakby postarzała, ale przecież to niemożliwe, nie upłynął nawet rok.

– Musiałem ciebie zobaczyć, jak leci?

– Mnie czy Karolinę?

– Ciebie, przecież mówię. Nie powiedziałem tobie wtedy, ale twoje oczy… widziałem w nich coś więcej.

– Podoba ci się brąz?

– Bardzo.

– To miłe, dziękuję – uśmiechnęła się blado.

– Co u ciebie? – odetchnął, zadowolony, że udało mu się nawiązać kontakt – nadal… – umilkł nie wiedząc jak zakończyć.

– Czy nadal śledzę chłopaków by wręczyć ich w prezencie… – dokończyła za niego.

– Nie o to chciałem zapytać.

– A o co?

– Właściwie to o to.

– Otóż to – odparła i umilkła na dłuższą chwilę. Poprawiła ręką włosy odwróciła się w kierunku swojego bloku, a później znów do niego i powiedziała poważnie.

– Nie ma już Karoliny.

– Jak to nie ma?

– Nie ma i już, w styczniu zniknęła.

– Nie wiesz gdzie mieszka?

– A skąd, przychodziła i odchodziła, kiedy chciała. Powiedziała, że jak zajdzie, to się wprowadzi. Najwidoczniej się nie udało.

– Nie śledziłaś jej nigdy?

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– A po co?

– Żeby wiedzieć…

– Ale co wiedzieć?

– Dlaczego przychodziła.

– To bez sensu, przecież nie było powodu, kochałyśmy się… kochamy.

Tomasz nabrał powietrza by wyrzucić coś z siebie, ale się rozmyślił. Najwyższa pora, żeby zmienić temat.

– Dlaczego w ogóle kobiety?

– Dlaczego kobiety?

– Dlaczego nie umówisz się ze mną?

– Bo jesteś żonaty?

– Daj spokój. Wiesz, że to fikcja.

– Dla mnie wyglądała całkiem poważnie.

– Podobasz mi się, moglibyśmy razem zamieszkać i…

– I co?

– Wszystko, jesteś inna, przydałaby mi się zmiana.

– Acha.

– Więc?

– Co więc?

– Dlaczego kobiety?

– Są atrakcyjniejsze i ładniej pachną – zaśmiała się – ty myślisz inaczej?

– Właściwie to się zgadzam.

– No widzisz, wybór jest oczywisty.

Pokiwał głową i odsunął się od niej.

– Wy mężczyźni to jesteście jednak zero-jedynkowi, albo się rżniemy, albo udajemy, że się nie znamy. Przyszedłeś i teraz chce mi się płakać, dotknij mnie jakoś, przytul albo coś.

Przysunął się i objął ją czule, niczego nie rozumiejąc.

– O, i tak jest dobrze.

Stali przytuleni w cieniu i milczeli. Chłód bramy sprawiał, że ciężko było wyjść za granicę cienia na upał.

– A dlaczego akurat ona?

– Karolina była inna – odparła szybko, pociągając nosem.

– Każdy jest inny – podsumował filozoficznie, bawiąc się kosmykiem jej włosów.

– Nie, nie rozumiesz, ja jestem wyautowana, a ona nie jest gotowa na coming out, myślę, że nigdy nie będzie.

– Nie rozumiem.

– No nie rozumiesz – roześmiała się. – Przecież mówię.

Patrzył, jak się uśmiecha, chociaż w rzeczywistości była zasmucona, przygnębiona i zrezygnowana. Kłębiły się w niej skrajne emocje, dwa roztańczone sztormy w małej główce dziewczynki.

– Wiele mnie to kosztowało – te słowa powiedziała już przez nieskrywane łzy – weryfikacja relacji uczyniła mnie sierotą i osobą samotną. Wiesz co to jest prawdziwa samotność, kiedy jest się stworzonym do bliskości?

– Zapewne nie mam pojęcia – odpowiedział, przesuwając sobie przed oczyma całe życie i odkrywając, że tak właściwie to nigdy nie był samotny.

– No nie masz – odpowiedziała przełykając łzy. – Ona jest dla mnie wszystkim, ale ja nigdy nie będę wszystkim dla niej i ciężko mi się z tym pogodzić, nawet z tym, że nie mogę jej tego okazać, bo nie potrafię, nawet nie wiem jak.

Patrzyła mu z bliska w oczy, z takiej odległości, że nabrał ochoty, by ją mocno przytulić, pocałować, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale bał się, że źle to odbierze, że pocałunkiem złamie granicę, którą już i tak naruszył, nie trzymając się zasad.

Ciążyła mu wiedza. Pierwszy raz w życiu czuł tak ogromny ciężar tego, co powinien powiedzieć, a nie chciał. Patrzył na Justynę ze złamanym sercem, milczał, gdy próbowała zrozumieć, co tak naprawdę ją spotkało.

Od dłuższego czasu wibrował mu telefon w kieszeni. teraz zerknął na ekran, to Gabi.

– Musisz już iść, idź, nie miałeś się wcale pokazywać, jeśli ona wróci i się dowie…

Nie wróci, odpowiedział w myślach, odwrócił się i roztopił w promieniach sierpniowego słońca.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Kolejne dobre opowiadanie VBR-a, Autora, u którego nic nie jest takie, jakim się z początku wydaje.

Tym razem może końcowy zwrot nie jest aż taki ostry czy uderzający, ale i tak pozostawia w stanie pewnej dezorientacji. No i tym razem nie tylko nasz główny bohater został przechytrzony.

Tak czy inaczej, lektura, jak to zwykle przy pracach VBR-a trzyma w napięciu do ostatniego akapitu.

Pozdrawiam
M.A.

Cieszę się, że Ciebie nie zawiodłem.

Mężczyzna w oprychówce, wytarł nos chustką i starannie ją złożył. – skasuj przecinek. Rozdziel „zwolna”.

Dzięki za wskazanie usterek. Uprzejmie informuję, że zostały usunięte.

A jak podoba Ci się opowiadanie?

Pozdrawiam
M.A.

Dobre opowiadanie. Co prawda nie do końca rozumiem ostatni zwrot akcji, ale i tak pochłonąłem tekst ze smakiem i niekłamaną przyjemnością.

Zrobienie z bohatera byczka rozpłodowego bynajmniej mnie nie zaskoczyło, akcja z sąsiadką najwyżej zdziwiła… Hmmm… Autor chyba zalicza mały spadek formy. Wcześniejsze opowiadania były znacznie mocniejsze a zwroty akcji bardziej błyskotliwe.

Aniu, nie łatwo Ciebie zaskoczyć, w ogóle chyba zaskakiwanie ludzi w epoce natłoku informacji jest coraz trudniejsze. Na każdym kroku każdy nas chce czymś zaskoczyć, mało miejsca zostało dla kogoś, kto wszystko widzi na czarno… Dziękuję za pochlebne słowa dotyczące moich poprzednich kompozycji. Czasem tekst żyje swoim życiem i nie sposób na siłę go napisać lepiej,a może sam pomysł był do bani…

Do tej pory spisywałeś się świetnie… a ten tekst? Dałoby się go napisać lepiej, a już na pewno zrobić mu dokładniejszą korektę. Teraz? Teraz liczę, że następny będzie lepszy…

Czuję na sobie kocie spojrzenie, ciężkie od presji… oby wytrzymał mój kręgosłup pewności siebie…

Nieeee… takie spojrzenie powinno wywoływać przyjemny dreszcz i mrowienie w opuszkach palców…

O nie… na takie rarytasy sobie nie pozwalam…

Nieee?

Nie! Zbyt łatwo można się zgubić i przepaść bez wieści…

To bardzo w stylu Twoich opowieści. Femme fatale o kocim spojrzeniu, wodząca autorów na pokuszenie… i sprowadzająca prosto na dno piekła…

W każdej bajce znajdziesz źdźbło nieprawdy.

Pytanie raczej czy Twoje bajki powstają z lęków i obsesji…

Z pewnością. Czerpiąc garściami z siebie samego, ciężko się ustrzec pobrudzenia wnętrznościami. Lęki, przeświadczenia, obsesje, czyli to co siedzi we mnie i w ciemności dotyka, wypełza podczas „zmyślania”. Gęsta substancja zlepia palce i za nic nie można się od niej uwolnić innym sposobem, przynajmniej ja takiego nie znam. Piszę więc.

Uhm… skądś to znam… A mimo wszystko nie rozumiem, czemu moje spojrzenie wydaje się niebezpieczne…

Myślę, że dla mężczyzny, żadne kobiece spojrzenie nie jest bezpieczne.

Żadne? 😮

„Mógł niedawno został dziadkiem i pomagał jej wykończyć stolarkę w wynajętym mieszkaniu. Córka pewnie bez męża, bo wyjechał, albo nie, puknął ją tylko na imprezie, szybki numerek w pomieszczeniu na miotły i zniknął. Miała pecha, ale nie oddała małej, bo ją samą kiedyś oddano i porzucono. Rodzice wyjechali za granicę, nigdy nie wzięli ślubu i nigdy nie miała rodziny. Gdyby nie dziadek, trafiłaby do domu dziecka”. Czegoś tu nie rozumiem . Piszesz że samą ją oddam i porzucono i gdyby nie dziadek to by trafiła do domu dziecka. A na początku że niedawno został dziadkiem i jechał do córki. To kim wreszcie dla niej jest dziadkiem czy ojcem?

AnonimieS dzięki za wnikliwą analizę, zakręciłem się przy tekście, miało być „wnuczki” – oczywiście!

Dobrze napisane. Skomplikowane relacje ludzkie. Ciekawy układ między dwoma kobietami, bardziej bi niż lesbijkami. Nie zawsze oceniam ale tym razem to zrobiłem. Pozdrawiam

Dzięki, mam nadzieję, że kolejnymi opowiadaniami również skłonię do wynurzeń. Twoje zdanie się dla mnie liczy.

Ja się nie wypowiadam na temat wcześniejszej twórczości, bo zaczynam jakoś tak od tyłu (ciekawe, dlaczego? 😉 ) ale nie ukrywam, że chociaż nie jest to łatwa lektura, wciągnęła mnie. Kilka razy zdarzyło mi się czytać artykuły o takich układach – w sensie dwie kobiety w związku, które chcą mieć dziecko i łączą się z mężczyzną w całkowicie beznamiętnym celu prokreacyjnym – ale pod taką postacią nigdy. Można oczywiście się zastanawiać, czy postępowanie każdego z bohaterów da się logicznie wytłumaczyć (i nie tylko pomiędzy główną trójką – na przykład dlaczego Tomasz jest z żoną, której ewidentnie nie kocha? Dla dzieci? Wolne żarty, je też traktuje dość instrumentalnie), albo po co niektórzy w ogóle istnieją (postać ociemniałego, który mam wrażenie jest tu tylko po to, żeby skonsternować czytelnika, o scenie w kościele nie wspomnę), ale nie przesadzajmy…

A niech mi ktoś jeszcze powie, że buduję za długie i zbyt złożone zdania, to odeślę z miejsca tutaj! 😀

Myślę Agnessa, że życie, w prozie swojego trwania, serc nie rozpieszcza, że bycie z kimś kogo się nie kocha, zdarza się dużo częściej, niż płomienne uczucia współzależności w rozkoszy swojego trwania. Czasem przypadek sprawia, że warownie uczuć obracają się w gruzy, bo kamień i cement z nich już dawno wywietrzał i pod pozorem uprzejmości wszystko trzymało się kupy, aż do… z pozoru niewinnej sytuacji.

To zaledwie szkic, tu i ówdzie pociągnięty farbą, ale podkładową a nie końcowym odcieniem. Cóż, prawdziwe dzieło sztuki wymaga ciężkiej pracy albo chwili , gdy eksploduje talent. A ten kapryśny jest niestety. Ciężka praca jest częściej skuteczna. Uśmiechy, Karel

Napisz komentarz