Zięć marnotrawny 1/2 (Miss.Swiss)  3.71/5 (731)

19 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 2 maja 2014 roku.

– Duże dzieci, duży kłopot, duszko! – zaśmiał się Teodor i pociągnął z fajki, wypuszczając dym w stronę małżonki – a zważywszy jeszcze, że mamy tychże pięcioro, kłopotów ci zapewne do końca dni twoich nie zbraknie! – To ostatnie zdanie i zaakcentowany zaimek osobowy nie uszły, rzecz jasna, uwagi Matyldy Marii, jak nic nie zwykło uchodzić jej uwagi, o ile uznała to za dostatecznie dla siebie interesujące.

– O chłopaków się nie masz nawet co martwić, dadzą sobie radę, a nawet lepiej będzie, gdy po ożenku osiądą gdzieś dalej. Można im będzie Ernestówkę, albo Matylce przepisać. Za bardzo i tak uczepieni wciąż maminej spódnicy, a chłopy przecież jak dęby wyrosły. – Z tym ostatnim określeniem Teodor przesadził, i to mocno.

Spłodził trzech synów, wszyscy zaś przypominali postawą raczej rozłożyste, niewysokie klony niż dęby, urody byli raczej przeciętnej, lecz z ich wykształceniem, majątkiem i pozycją społeczną, nie musieli martwić się o brak odpowiednich partii.

Żaden z nich do żeniaczki się jednakże nie palił, żaden też do tej pory nie poczynił starań w kierunku zdobycia którejś z bardziej lub mniej urodziwych dziewcząt „ z towarzystwa“, żaden nie wydawał się także zbyt romantycznie usposobiony. Nie pisali wierszy, nie wzdychali pod oknami, nie tracili apetytu, co troskliwa matka do pewnego momentu przyjmowała z ulgą. I tak uważała, że ostateczną decyzję co do związania się z młodzieńców węzłem małżeńskim podejmie ona sama w oparciu o dokładną analizę wszelkich danych. A cóż z uczuciem…
Kto by tam w dzisiejszych praktycznych czasach myślał o uczuciu! Ani poważny, stateczny Ernest, ani zwykle milczący, nieśmiały Leon, ani Tytus, który może i był z nich wszystkich najbardziej elokwentny, lecz takie potrafił snuć androny, że za jego plecami stukano się często w głowę i ostrzegano młode damy z towarzystwa, że ten młodzian, choć majętny i oczytany, nie wszystkie ma klepki w głowie dobrze poukładane.

– Panny zaś… – kontynuował z lubością Teodor, pykając dalej z fajeczki – też jakoś w życiu urządzimy. Jedna już…

– Gdybyś mnie tak nie przekonywał do Lanckiewiczów, wszystko byłoby inaczej! – przerwała mu gwałtownie małżonka. – Miał ten cały Lanckiewicz być inżynierem, miał być dobrą partią, a jest…. co to jest, ja pytam? Dwa i pół roku po weselu, Nelly dalej chodzi bez brzucha, aż się już dziwić zaczynają ludzie, co nie tak poszło…

Teodor poczuł się zaatakowany. Poprawił się w fotelu i przybrał poważną minę. Trochę, faktycznie, niepokoił się i on, nie tyle brakiem niemowlęcego płaczu przy piersi Nelly, lecz przede wszystkim niecierpliwością w tym względzie swojej małżonki, która co i raz w przypływie złego humoru obarczała go odpowiedzialnością za doprowadzenie do małżeństwa starszej córki z synem kolegi od brydżowego stołu. Tym gołodupcem, jak mu wymawiała rozeźlona. A teraz nawet pierwszego wnuka nie mogła się doczekać. Czuł przez skórę, że jej cierpliwość jest na wyczerpaniu.

Bodzio Lanckiewicz nie spodobał się Matyldzie od pierwszego wejrzenia, a niechęć ową pogłębił, przybywając na pierwszą oficjalną wizytę z bombonierą „stanowczo zbyt mało elegancką“ oraz bukietem „niestosownym do okoliczności oraz pory dnia“.  Teodor musiał użyć wszelkich zabiegów dyplomatycznych, a nawet udobruchać małżonkę perspektywą letniego wyjazdu do Sopotów, by zechciała łaskawszym okiem spojrzeć na przyszłego zięcia.

– Chłopak jest technikiem, a na inżyniera jeszcze się wykształci. – Teodor stanął w obronie atakowanego członka rodziny – Po najdłuższym życiu ojca odziedziczy dużą parcelę na Grochowie, jak mnie zapewniono w notariacie. A dzieci się pojawią, pojawią…

– On był i jest nie comme il faut! – odparła z energią małżonka. Nie umiała przekonać się do zięcia. Matylda Maria dobrze znała się na ludziach. Lecz nawet najsilniejsza i najbardziej energiczna niewiasta prowadząca interesy całego klanu, miewa czasem chwile słabości. A nawet momenty, w których jej, zazwyczaj trzeźwy ogląd rzeczywistości, zostaje przyćmiony zmęczeniem, ciężarem odpowiedzialności za interesy, ciągłymi namowami męża. No i stało się. Nelly po prawdzie nie była taką pięknością jak młodsza Lula, ulubienica i oczko w głowie wszystkich członków rodziny, niemniej jednak mogła się podobać. Wtedy, przed zamążpójściem. Czyli dwa i pół roku temu. Teraz była już stracona dla wybornych partii i dobrze urodzonych kawalerów warszawskiej elity.

Matylda stanęła w oknie salonu, skąd roztaczał się przepyszny wręcz widok na letni, pachnący maciejką ogród.

Nelly leżała w hamaku zawieszonym pomiędzy dwoma starymi jabłoniami. Gdy hamak przestawał się bujać, wysuwała z niego raz prawą, raz lewą nogę i, odbijając się od trawnika stopą odzianą w błękitny pantofelek, wprawiała go ponownie w rytmiczne kołysanie. Matylda Maria krytycznie przyjrzała się córce. Ciasno upięty wałeczek z kasztanowych włosów okalał okrągłą twarz z lekko zadartym, uroczym noskiem. W pulchnej rączce Nelly trzymała najnowszą powieść Courts-Mahlerowej, drugą zaś zanurzała w stojącym na taborecie biało-różowym pudełku. Matylda Maria stłumiła westchnienie. Znała dobrze te pudełka z ciastkarni na Francuskiej. Jak i zamiłowanie starszej córki do rumowych pralinek i bez kokosowych wytwarzanych przez mistrza sztuki cukierniczej, pana Zajdla. Nelly ociężale przewróciła się na drugi bok, niczym wieloryb w płytkiej wodzie i wpakowała sobie do ust okrągłą czekoladkę.

– Zaokrągliła się nasza panna od czasu zamęścia – skomentował Teodor, stając obok małżonki. – A może my się martwimy, a tu już… panie, tego… dziewczę jest w stanie odmiennym?

Matylda zmierzyła go surowym wzrokiem.

– Gdzież tam, czy Teodor oczu nie ma? – syknęła ze złością – Nelly albo przesiaduje u Semadeniego, albo dnie całe spędza w hamaku, na objadaniu się czekoladkami. Męża przecie nie uświadczysz, a jak już go do domu coś przygna, to się chowa po kątach, czekając, aż się nieboraczka położy… Czy Teodor wie, o czym to świadczy? Teodor jest mężczyzną, nie muszę mu więc chyba tłumaczyć, jakie problemy ma jego preferé, czyż nie? – głos Matyldy ociekał ironią. Gdy zaczynała zwracać się do niego w trzeciej osobie, jak na początku ich małżeństwa, gdy to on jeszcze był głową rodziny, wiedział, że będzie źle. Nadciągała burza z piorunami mogąca poczynić wiele szkód, a nade wszystko zburzyć jego święty spokój. A święty spokój Teodor cenił nade wszystko. Ewakuację na ulubiony fotel i piorunochron z gazety uznał za zbyt wątłą ochronę, wycofał się więc chyłkiem w stronę jadalni.

– Niech Teodor wraca! Trzeba coś wreszcie postanowić, trzeba działać! – udał, że nie słyszy. Przemknął korytarzem przez kuchnię do wyjścia dla służby. Odetchnął dopiero na ulicy. Z tego wszystkiego zapomniał portfela, ale jego druh Lanckiewicz zapewne pospieszy mu z pomocą, gdyby szczęście zawiodło przy brydżowym stoliku.

Lato 1924 roku było gorące, lecz nie przeszkadzało to dobrze urodzonej warszawskiej młodzieży, a wręcz było jej jak najbardziej na rękę. Znad Wisły aż do posesji Matyldy dobiegały serdeczne śmiechy i przekomarzania młodych ludzi. A to zawody kajakarskie, a to pływackie urządzano regularnie. Lula, w przeciwieństwie do starszej siostry prawdziwy wulkan energii, szalała na kortach tenisowych, choć matka miała wątpliwości, czy aż tyle sportów przystoi dobrze urodzonemu dziewczęciu i nie zaszkodzi jej reputacji. Jednakże do tej pory, z właściwym sobie wdziękiem, Lula potrafiła rozproszyć rozterki Matyldy. Dwie główne wygrane w warszawkich młodzieżowych turniejach tenisowych napawały dumą oboje rodziców, choć ambicje Matyldy względem młodszej latorośli ukierunkowane były w zupełnie inną stronę.

Gdyby tak wydać ją za jakiego ziemianina albo lepiej jeszcze jednego z tych młodych, prężnych przedsiębiorców, którzy to, powróciwszy z pieniędzmi z Ameryki, zakładali firmy w odrodzonej Polsce… Dostatni byt choćby jednej z córek byłby zapewniony.

Lula wpadła do salonu z impetem meteorytu. Matylda z przyjemnością obrzuciła spojrzeniem zgrabną sylwetkę córki i zaróżowione od wysiłku i powietrza policzki. Dziewczyna, ubrana w białą letnią sukienkę (zbyt krótką, skonstatowała z lekką irytacją Matylda), białe skarpetki i pepegi przemknęła przez pokój i wybiegła na taras. Tuż za nią kątem oka dostrzegła wojskowy mundur. Młody mężczyzna, w którym ku swemu niezadowoleniu rozpoznała syna sąsiadów, porucznika Witolda, usilował pochwycić roześmianą Lulę. Ta jednak zgrabnie wywinęła się i zniknęła w głębi ogrodu.

To nie przystoi, i to wojskowemu! Młodzież teraz potraciła wszelkie maniery – oburzyła się w duchu Matylda. Nie zauważyli jej. Nie budziło to zdziwienia, zważywszy, że popielato-fioletowy materiał sukni i szare włosy Matyldy zlewały się z obiciem salonowych mebli. Teodor poczynił był kiedyś na ten temat niby żartobliwą uwagę, jednak wydarzyło się to jedynie raz. Nauczył się wkrótce poskramiać swoje wątpliwe poczucie humoru w obecności małżonki.  Ostrożnie wyszła na taras i rozejrzała się. Popołudniowe światło słoneczne drgało w lipowych liściach poruszanych słabym wiatrem, odbijało się od dużych francuskich okien tarasu, utrudniając rozpoznanie, co działo się wśród bujnej zieleni ogrodu. Czujne matczyne ucho Matyldy zarejestrowało śpiew ptaków, śmiech niosący się znad Wisły, irytujące miarowe skrzypienie hamaka i… przenikliwe szepty dobiegające z lewego, najbardziej zacienionego zakątka w ogrodzie. Z westchnieniem ujęła brzeg zamaszystej sukni i wstąpiła na wąską, ubitą ścieżkę. Szła cicho, powoli, zważając przy tym, by materiał nie ocierał się o bujne krzaki piwonii, okalające dróżkę.

Dawno powinna była wymówić ogrodnikowi, który niezbyt pilnie wypełniał swoje zadania. O ile rabaty i trawnik widoczne z okien domu nie pozostawiały nic do życzenia, o tyle drzewa owocowe w głębi ogrodu, krzewy ozdobne i oczko wodne potraktowane zostały przez niego z o wiele mniejszą dbałością. Matylda przystanęła w cieniu wielkiego orzecha, zasadzonego jeszcze przez jej dziadka. Wytężyła słuch.

Wyraźne szepty i chichoty stały się jeszcze lepiej słyszalne. W zieleni, pośród drgającego słonecznego blasku, zamajaczyła jasna plama. Zrobiła krok w lewo. Podniosła do oczu lorgnon, z którym nie rozstawała się od kilku lat – jej wzrok stracił swą wcześniejszą ostrość i, gdy spoglądała w dal, obraz rozmazywał się stopniowo. Biała plama przytulona do pnia rozłożystej lipy nabrała wyraźnych kształtów, układając się w sylwetkę Luli. Zarumieniona dziewczyna opierała się o pień drzewa. Nie spuszczała wzroku, jak przystałoby na pannę z jej sfery, wręcz przeciwnie – bezczelnie i wyzywająco spoglądała w oczy Witolda, wydymając lekko pogardliwie kształtne usta. Jedną stopę oparła o drzewo, a kusa biała spódniczka zakładana tylko na kort tenisowy podsunęła się do góry, ukazując zgrabne kolano i jasną skórę szczupłego uda.

Niczem ladacznica pod latarnią, stwierdziła ze zgrozą Matylda. Zachwyconemu młodzieńcowi swobodne zachowanie dziewczyny wydawało się nie przeszkadzać. Mocno ściskał palce Luli i gorączkowo ją o czymś zapewniał.

O tem zapewne, jaka to jedyna na świecie, pomyślała gorzko Matylda. Gęba pełna gładkich frazesów, a w kieszeni dziury jak w szwajcarskim serze – skonstatowała z niesmakiem.

Absolutnie nie wolno dopuścić do drugiego mezaliansu, postanowiła. Przeczucie jej nie zawiodło. Od pewnego czasu domyślała się, że Wiciowi, choć z dobrej rodziny, lecz zbyt zubożałej by skoligacić się z jej rodem, coś nadto się oczy śmieją do Luli. Albo i do jej majątku, który już dla niej z Teodorem przeznaczyli.

– Nie odważysz się pan – przekomarzała się tymczasem Lula ze swoim adoratorem, przechylając wdzięcznie zgrabną główkę.

– Ależ okrutnica z panny Luli, tak nieładnie żartować z oficera – nie pozostał jej dłużny zauroczony absztyfikant – a gdybym zakład wygrał, to jakiej nagrody mogę się spodziewać?

– A to pan dopiero zobaczysz! Działaj na własne ryzyko, mój piękny oficerze! – i Lula roześmiała się na całe gardło (a nie, jak była całe życie uczona, dyskretnie i z umiarem).

Młodzieniec wykorzystał okazję, że na krótką chwilę przymknęła powieki, szybkim ruchem ujął twarzyczkę dziewczęcia w obie dłonie i przycisnął usta do miękkich warg. O ile w pierwszej chwili zaskoczona dziewczyna szarpnęła się do tyłu i złapała bezczelnego młodziana za nadgarstki, już w następnym momencie poddała się całkowicie długiemu i namiętnemu pocałunkowi. Kolana jej drżały, przylgnęła swym drobnym dziewczęcym ciałem do mężczyzny, a Matylda ze zgrozą spostrzegła, jak dłoń oficera władczym ruchem przyciska kibić jej córki do munduru. Nie dość na tym, dłoń ta zdecydowanie, choć niezbyt szybko przesunęła się niżej, tuż nad zgrabne pośladki Luli, musnęła spódniczkę – by w chwilę później zniknąć pod białą materią. A dziewczyna na to pozwalała! Trwali tak przez dłuższą chwilę, niewiele tylko zmieniając pozycję, Lula przytuliła się jeszcze mocniej do Witolda, zarzuciła mu ręce na szyję, a on zdawał się jeszcze silniej wpijać w jej usta. Matylda Maria oparła się o najbliższe drzewo, nie będąc w stanie uczynić kolejnego ruchu. Poczuła się przygnieciona ciężarem pedagogicznej porażki.

Na nic pouczenia, wieloletnie surowe wychowanie i plany, plany świetlanej przyszłości. Jeśli ta nieszanująca się dziewczyna pozwalała sobie na takie poufałości z młodym porucznikiem, narażając na szwank nie tylko reputację swoją, ale i respekt, jakim cieszyła się w mieście jej rodzina, rozwiązanie mogło być tylko jedno… jedno, choć inne niż w przypadku Nelly… Nim jednak konkretny plan zdołał powstać w głowie Matyldy, głuchy łomot i przerażony kwik przerwał rozmyślania matrony.

Po krótkiej, pełnej napięcia chwili, w ogrodzie rozległy się rozdzierające okrzyki bólu i przerywane głośnym szlochem wzywania pomocy.

Młodzi zareagowali szybciej i, przerwawszy swoją chwilę intymności, pędzili już na wskroś trawnika ku grupie drzew owocowych rosnących nieopodal tarasu.

Pełna złych przeczuć Matylda, podążyła w pewnej odległości za nimi. Chciałaby podbiec, lecz ciężka materia sukni oplatająca się wokół kostek, tudzież dość okrągłe kształty nieco utrudniały jej ruchy.

Gdyby nie szloch potłuczonej Nelly, scena wyglądałaby komicznie. Zerwane sznurki od hamaka zwisały smętnie z pnia starej jabłoni. Nelly wpadła wprost do pudełka z delicjami pana Zajdla brudząc czekoladą letnią suknię i pulchne policzki. Z pomocą siostry i jej kawalera usiłowała wstać z ziemi.

Matylda przybrała surowy, rodzicielski wyraz twarzy i zbliżyła się do córek. Taki wstyd! I to jeszcze przed tym młokosem z sąsiedztwa… Nie miało znaczenia, że z prawdziwą troską pomógł wstać pannie Nelly z trawnika i zaniepokojony wypytywał ją o odniesione obrażenia. Lula stłumiła śmiech i przyglądała się scenie ratunku z lekko zmarszczonymi brwiami, zła na nieruchawą siostrę za spowodowanie całego zamieszania i przerwanie słodkiego tete-a-tete z wybrankiem.

– Czy odprowadzić pannę Nelly do domu? A może wody podać? – dopytywał się życzliwie oficer, sadzając dziewczynę na taboreciku. – może po jakie…

– Panu porucznikowi dziękujemy – Matylda bezpardonowo wtargnęła w konwersację. Dopiero teraz, gdy wyszła z cienia jabłoni, młodzi spostrzegli jej obecność.

Na próżno młodzian usiłował doszukać się choć cienia sympatii w jej głosie. Odważył się spojrzeć w szare, surowo patrzące oczy Matyldy, by choć tam odnaleźć ślad aprobaty dla własnej osoby. Poślizgnął się jednak na lodowatym spojrzeniu przewiercającym go na wskroś niczym bagnet wroga i, mimo upału letniego popołudnia i munduru zrobiło się biedakowi zimno.

– Dziękuję Witoldowi, poradzimy sobie. – Po tym wyraźnym komunikacie, iż jego dalsza obecność jest niepożądana, nie pozostało mu nic innego, niż złożyć obecnym damom uszanowanie i wycofać się z linii frontu.

Gdy tylko porucznik zniknął za wąską, żelazną furtką ogrodzenia posesji, cała uwaga Matyldy przeniosła się z obolałej Nelly na młodszą córkę. Dopadła do niej, chwyciła za miękki karczek niczym psia mama potrząsająca szczenięciem, i to chwyciła boleśnie, ścisnęła i wysyczała prosto w ucho przerażonej Luli

– To skończone. Raz na zawsze skończone… A jak tak ci spieszno do amorów, postaramy się, byś je mogła bez przeszkód przeżywać z mężem. Już od dziś zaczniemy się rozglądać za dobrą partią dla ciebie, moja panno. Na razie zaś pozostaniesz w swoim pokoju i to do odwołania! Nim większej szkody narobisz i sobie i nam. – Biedna dziewczyna pojęła, że nie ma szans w starciu z wszechwładną matką.

Ta zaś zwróciła się w stronę Nelly

– Ty zaś… o swoim mężu możesz chwilowo zapomnieć.

***

Po upalnym dniu nastała ciepła, spokojna noc. Ciemnożółta tarcza księżyca zawisła nad uśpionym ogrodem. Uśpienie to było jednakże pozorne. W wielkim domu spokojnym snem spali jedynie dwaj ludzie – Teodor i ogrodnik. Bodzio Lanckiewicz ostrożnie otworzył furtkę i wślizgnął się do ogrodu. Opadł ciężko na starą drewnianą ławkę przy parkanie, wyciągnął kolejnego papierosa. Trzeba będzie poczekać jeszcze co najmniej trzy godziny, nim Nelly zaśnie. Szczególnie ostatnimi czasy cierpiała na bezsenność, jej pulchne ramiona szukały jego obecności, gdy po ciemku, ostrożnie wślizgiwał się pod kołdrę. Napierała na niego miękkim rozlewającym się biustem, czasem, nie daj Bóg, zapalała światło. Zażenowany odwracał wzrok od zbyt kusej i opiętej koszulki, trzęsących się policzków. Kulił się w sobie, tłumiąc niesmak. Nie chciało mu stawać. Żeby choć móc przymknąć oczy i wyobrazić sobie kogoś innego na miejscu Nelly. Gdyby wiedział w dniu swego wesela, jakim wyzwaniem będzie właśnie dla niego ta cała małżeńska sprawa… Już samo rozdziewiczenie było koszmarem, bo przymierzał się do tego z tydzień, pod pozorem delikatności oczywiście… I nadal nie był pewien, czy mu się to wtedy tak naprawdę udało.

A przecie nie da się tak przez całe życie. Jak zawsze usłuchał ojca, a to przez lenistwo i perspektywę wygodnego losu. Ojciec za wzór mu stawiał Teodora i jego spokojny, dostatni byt, a on dał się skusić. Cenę płacił słoną.

Zaklął szpetnie i zgasił papierosa. Sięgnął raz jeszcze do kieszeni, gdy przypomniało mu się, że właśnie wypalił ostatniego. Powróciły też wspomnienia dzisiejszego wieczoru, a wraz z nimi i twarda rzeczywistość… Był spłukany. Przegrał wszystko, co do grosza. A takiego finału dzisiejszego wieczoru nic przecież nie zapowiadało. Zrazu szło mu dobrze. Najpierw wygrał siedemdziesiąt złotych w karty, potem (sam nie wiedział do końca, jak do tego doszło, ale na pewno przedtem pili), znalazł się w kasynie oficerskim i znów mu szczęście sprzyjało, bo zgarnął prawie osiemdziesiąt. Podniecony tym łaskawym gestem fortuny i obecnością kilku młodych, wybitnie przystojnych oficerów postanowił grać dalej, w wielkim stylu. Przegrał dwa razy pod rząd, raz wygrał znów małą sumkę. Odłożył trochę do wewnętrznej kieszeni z mocnym postanowieniem, by tych żelaznych zasobów nie ruszać. Musiało starczyć na dorożkę do domu, albo żeby gardło wyschnięte od nadmiernych emocji i trunków przepłukać. Znów przegrał, raz, drugi – niewiele, ale przegrana wywołała w nim wściekłość. Więc brnął w to dalej, a nowe złote polskie szybko zmieniły właściciela. Ani się obejrzał, a naruszył już swój fundusz specjalny, przeznaczony na powrót. Szczęśliwym trafem, zaniepokojony przyjaciel, jeden z tych, co to mu naprawdę sprzyjali wyciągnął go niemal siłą z tej jaskini zła. Swieże powietrze… tego mu było trzeba. Szedł ulicą i już tym razem ze szczerym zamiarem powrotu do domu, ale spokoju nie dawały wspomnienia tych szykownych młodzieńców z kasyna. Podpity, wsiadł do dorożki, lecz zamiast do domu, kazał fiakrowi jechać w okolice placu Napoleona. Bodzio sam siebie oszukiwał, że tylko spojrzy, kto przechadza się w tamtych okolicach, że tylko sobie popatrzy, przejdzie raz czy drugi, a potem posłusznie uda się do domu. Nawet, gdyby chciał, (choć chciał bardzo), już nie miał pieniędzy… Na swoje nieszczęście wypatrzył wkrótce pięknego młodzieńca, młodego blondyna o dziecinnej nieco twarzy, który pozornie bez celu przechadzał się po placu, znikając chwilami w podcieniach fasad, czasem zaś wynurzając się z nich prosto w blask ulicznych latarni. Piękny był. Jeden z tych, jakich Bodzio widywał czasem w snach. Nie mógł się mylić. Mężczyzna trzymał duży palec w klapie marynarki. A więc to jeden z tych… Bodzio zebrał całą swą odwagę, nasunął kapelusz głębiej na oczy, przypomniał sobie, że po wódce jest odważny i ruszył w stronę obiektu swojej admiracji. Męstwo opuściło go nieco, gdy stanął przed blondynem, który spojrzał na niego bezczelnie, hardo i demonstracyjnie odwrócił się do niego bokiem, jakby chciał zaprezentować w pełni swój czysty profil i ruszył dalej, choć wolniej. Piękną miał postawę, gładko podgolony kark, szerokie, umięśnione ramiona podkreślone krojem marynarki, wąskie biodra, na których Bodzio tak chętnie położyłby ręce.

I ten chód… młodzian poruszał się elastycznym, kocim niemal krokiem.

Lanckiewicz wydukał prośbę o ogień. Blondyn zatrzymał się, zwrócił znów w stronę pytającego i usłużnie wyciągnął zapałki. Ich oczy spotkały się na chwilę w niemym porozumieniu. Tak przynajmniej wydawało się Bodziowi. Wydawało, bo gdy nieśmiało wystękał swoją propozycję odwiedzenia jednego z okolicznych domów na godziny, gdy pozwolił sobie na namiętne westchnienie i pełne podziwu obrzucenie wzrokiem sylwetki młodziana, nie znalazł wcale zrozumienia dla swej adoracji. Pierwszy cios wytrenowanej ręki spowodował, krótki na szczęście, krwotok z nosa, drugi – wymierzony precyzyjnie w splot słoneczny pozbawił go tchu na kilka długich chwil i kazał opaść na kolana. Owszem, poczuł dłonie blondyna na swoim ciele, ale nie były to czułe gesty, lecz gwałtowne, brutalne obmacywania, którym towarzyszyły kuksańce i wulgarne określenia. Młody zabrał mu portfel, znalazł jeszcze dziesięć złotych w kieszeni, litościwie oszczędził obrączkę i wymierzywszy upokorzonemu do końca Bodziowi kopniaka w okolicę nerek, zniknął w mroku nocy.

Droga na prawy brzeg Wisły zabrała Bodziowi dwie godziny. Przystawał na moście, raz zwymiotował w krzaki nad rzeką, wreszcie ostatkiem sił dowlókł się do ogrodu domu teściów i opadł na ławkę. Podobnego upodlenia nie zaznał w życiu. Był na dnie. Mógłby, honorowo, skoczyć z mostu. Albo powiesić się na pasku. Odrzucił jednakże ten pomysł, stwierdziwszy, że brak mu energii na takie kroki. Sam przed sobą wytłumaczył się dość prosto – nie mógł takiego dyshonoru zafundować swojej małżonce, która przecież i tak się przez niego okrutnie już wycierpiała. Ani przynieść takiego wstydu swojemu rodowi. Jakoś to będzie, ułoży się. Może naradzi się ze Stachem, przyjacielem studiującym medycynę i wymyśli jakąś dolegliwość, najlepiej zaraźliwą, byle tylko móc odsunąć się od Nelly. Długie rozmyślania i smutki nie były jednak w stylu Bodzia. Gdy podniósł wzrok, dojrzał bowiem coś, co jednocześnie zaciekawiło go i oderwało od niewesołych myśli.

Oto okno na poddaszu otworzyło się ostrożnie. Dostrzegł dwie blade kreski ramion na okiennej ramie, a potem i całą postać ostrożnie wychylającą na zewnątrz. Poznał swoją szwagierkę, młodą, lekko zwariowaną, pełną temperamentu. Lubił ją, choć wiele ze sobą nie mieli wspólnego. Z ciekawością obserwował jak rozgląda się na wszystkie strony, jakby usiłując przeniknąć ciemność. Dziewczyna cofnęła się, lecz w chwilę potem pojawiła ponownie. Usiadła na parapecie, zarzuciwszy nogi na zewnątrz. Teraz widział je wyraźnie, w jasnych spodenkach gimnastycznych i miękkich butach. Przeraził się przez chwilę, że zechce skoczyć, ale niemal natychmiast porzucił tę myśl. Nie wyglądała wcale na osobę, której życie niemiłe. Wychyliła się jeszcze bardziej, przytrzymując jedną ręką okiennicy, drugą przyciągnęła do siebie gruby konar jabłoni, dotykający dachu. Chwyciła go obiema dłońmi, odbiła od dachu i, przesuwając szybko dłonie po gałęzi, dotarła do pnia. Wszystkie te namiętnie uprawiane sporty, wrodzona ruchliwość i gibkość sprawiły, że ucieczka oknem po drzewie nie sprawiły jej najmniejszego problemu. Bodzio z podziwem śledził poczynania szwagierki, jasna bluzka i szorty migały pośród listowia, nim całkiem nie opuściła się po pniu na trawnik.

Zastanawiał się przez moment, czy się nie ujawnić, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Może wtedy zarzuciłaby swój plan, cokolwiek tam uroiło jej się w głowie, a tego był przecież bardzo ciekaw. Cicho skrzypnęła furtka. Wysoki cień przemknął koło Lanckiewicza i przypadł do Luli. Odgłosy szybkich, namiętnych pocałunków i gorączkowe szepty dotarły do zdumionego rozwojem sytuacji Bodzia.

Para przesunęła się nieco w głąb ogrodu.

Bodzio powoli podniósł się z ławki i, ostrożnie stawiając stopy, przesunął się pod rozłożystą jabłoń, by lepiej kontrolować sytuację. Gotów był, rzecz jasna, pospieszyć z pomocą młodziutkiej szwagierce, gdyby wydarzenia przybrały niedobry obrót. Tak sobie to tłumaczył.

Księżyc wisiał nisko nad ogrodem, jak w teatralnej dekoracji. Bodzio stłumił smutne westchnienie. W ciemnej sylwetce rozpoznał Witolda Domaszkę, syna zubożałej, choć dobrej familii, zamieszkującej skromny dom na końcu wąskiej, pokrytej kocimi łbami ulicy w sąsiedztwie. Lanckiewicz admirował go jeszcze w szkole, podziwiał wysportowaną, strzelistą figurę Witolda, zdolnego gracza w siatkówkę, jego piękne, regularne rysy i mocną, zdradzającą zdecydowany charakter szczękę. Wicio, jak mawiali przyjaciele, miał jednak swoje grono oddanych znajomych, na młodszego o dwa lata, niskiego Bodzia, który niczym wierny psiak deptał mu po piętach, nie zwracał większej uwagi.

Był tu, o kilka zaledwie kroków, bardzo zajęty dobieraniem się do wdzięków zachwyconej Luli. Zdaje się, że miał zdecydowane wobec niej zamiary, choć można było powątpiewać, czy jego intencje zasługiwały również na określenie mianem poważnych.

Choć Bodzia nie interesował stan duszy Luli, nie umknęło jego uwagi, jak podekscytowana wydawała się szwagierka. Na jej ślicznej, świeżej twarzy lekka obawa mieszała się z zaciekawieniem i oczekiwaniem.

Porucznik Witold, kształcony w sztukach miłosnych za granicą, we Francji (nim ryzykowne interesy ojca nie pozbawiły rodziny lwiej części majątku), rozpoczął od delikatnej przygrywki. Zaznajomiona już dobrze z jego ustami Lula owinęła ramiona wokół szyi oficera i z zapałem oddawała mu długie i, jak domyślał się Bodzio, głębokie pocałunki.

Mężczyzna zanurzył dłonie w gęstych, modnie obciętych włosach dziewczyny, pogładził muszle uszu i przerwał na chwilę, by lekko zacisnąć palce na smukłej szyi. Wywołało to udany okrzyk przerażenia, w którym jednak wyczuć można było i nutę zachwytu.  Lula była najwyraźniej osóbką potrzebującą silnych wrażeń i emocji. Usta Witolda pominęły jednak szyję i dotknęły, najpierw nieśmiało, potem zaś bardziej zdecydowanie, miejsca pomiędzy obojczykami. Zachwycona dziewczyna odrzuciła w tył głowę. Bodzio głowę mógłby dać, że było to przyjemne i że na pewno spektakl, którego właśnie był świadkiem nie zakończy się na niewinnych pieszczotach przy pniu starej jabłoni. Nie omylił się.

Witold wsunął kciuki pod ramiączka luźnej koszulki i pewnym ruchem ściągnął je w dół. Lula była oczarowana, gdy dłonie i usta porucznika odnalazły jej piersi i obdarzały je teraz mocnymi uściśnięciami. Wreszcie położył dziewczynie ręce na ramionach i delikatnie zmusił, by klęknęła, a potem położyła się na jego marynarce, którą uprzednio rozpostarł pod drzewem. Dziewczyna posłusznie położyła się, zacisnąwszy uprzednio kolana.

– Nie, nie tak – poinstruował ją cierpliwie kochanek – choć trochę musisz się rozluźnić, bo nie będzie przyjemności.

– A – odważyła się wyszeptać – dzieci z tego nie będzie?

– Nie będzie – pospiesznie zapewnił Witold, jednocześnie nie odmawiając sobie pobłażliwego uśmiechu na myśl o naiwności dziewczęcia. – Na pewno. Tylko nikomu nie trzeba nic mówić, bo to co tu robimy jest tylko piękne.

Lula wyprostowała nogi i lekko je rozszerzyła. Bodzio ujrzał, jak Witold pewnym ruchem rozpina spodnie i lekko je rozchyla. Poczuł, że szybko musi zrobić to samo. Starał się być cicho, by nie zdradzić niczym swojej obecności, aczkolwiek parka młodych była tak sobą zajęta, że obecność nawet kilku nieproszonych podglądaczy  pewnie by im w niczym nie przeszkodziła. Tylko przyspieszonego oddechu nie mógł już kontrolować, ani swojej reakcji na widok dorodnego fallusa oficera. Lula podniosła głowę i przyjrzała się temu dziwnemu stworowi, łypiącemu na nią dużym czerwonym okiem z naukową niemal ciekawością.

Dobrze, że nie spyta, do czego to, pomyślał zirytowany Lanckiewicz. Och, jakże irytowały go zawsze głupie, rozpieszczone  pensjonarki, udające dobre maniery i wychowanie, a prawdziwie zepsute do szpiku kości.

Witold pochylił się nad Lulą, ścisnął jej biuścik, a pomiędzy piersiami ułożył swojego członka. Zaczął od lekkich, masujących ruchów, by po chwili przejść do rytmicznych posunięć. Może ich z kilkanaście wykonał, nim wreszcie zdołał opróżnić jądra z życiodajnego płynu i tym samym pokalać mleczną skórę Luli. Ta krzyknęła cicho, raczej rozbawiona niż przerażona. To jednak nie był jeszcze koniec. Porucznik sięgnął ręką pod krótkie, sportowe spodenki dziewczyny. Poddała się temu całkowicie, co bez wahania wykorzystał. Miał wolną drogę wzdłuż ud, ciemne włoski pokrywające wzgórek Wenery, aż do różowych błonek, które też bez przeszkód pokonał. Zaskoczył ją całkowicie. Przełknęła głośno ślinę, gdy palce mężczyzny wniknęły w nią i wykonały kilka mocnych ruchów.

– Trochę boli… – wyszeptała.

– Nawet jak boli, zaraz będzie przyjemnie – zapewnił kochanek.

I w końcu było, choć trochę musiał się napracować nad wciąż zaciskającymi się, wyćwiczonymi mięśniami, które trzymały go momentami jak w kleszczach i nie pozwalały na swobodę ruchów. Nie ustępował jednak, wsuwając w nią palce, coraz mocniej i głębiej. I osiągnął cel.

Oczy Luli rozszerzyły się w ekstazie, usta ułożyły do okrzyku, stłumionego w ostatniej chwili namiętnym pocałunkiem porucznika. Przez chwilę jeszcze oficer obsypywał jej gładką szyję czułymi pocałunkami, obejmował i gładził drobne piersi, nim wreszcie pociągnął na nie koszulkę. Wstał, zapiął spodnie i podał dłoń dziewczynie. Ledwo mogła utrzymać się na nogach. Drżała na całym ciele, stała przed nim ze spuszczonymi oczami. Chyba teraz do niej dotarło, co właśnie zrobiła. Oparła plecy o drzewo, objęła się ramionami. Witold odszedł na kilka kroków i zapalił papierosa. Zaciągnął się dymem kilka razy, zgasił niedopałek i przygniótł go obcasem.

– Ale… –  zaczęła nieśmiało Lula.

Nie oglądając się, ruszył ścieżką w stronę furtki, odprowadzony zaskoczonym spojrzeniem dziewczyny i tęsknym – ukrytego w cieniu Bodzia, który nawet nie zauważył, jak zachlapał sobie i tak już poplamione krwią i błotem spodnie.

Lula odwróciła się powoli, stanęła pod drzewem i spojrzała w górę, jakby oceniając przeciwnika. Istotnie, zsunąć się po gładkim pniu na dół stanowiło zadanie o wiele prostsze, niż wspiąć się w górę. Najniższa gałąź zwisała znacznie poniżej poziomu, którego dziewczyna była w stanie dosięgnąć. Lula bezradnie rozejrzała się wokół. Drzwi do domu zamykano na trzy wewnętrzne zasuwy, tak samo jak i okna na parterze. Psów od dawna już nie trzymano, bo zbyt brudziły trawniki i ujadały, trzeba więc było pomyśleć o innych zabezpieczeniach.

Mogła doczekać do rana i próbować przemknąć się na górę, ale gdy w domu zaczynał się poranny ruch, ryzykowała, że wypatrzą ją uważne oczy służących lub matki. Ta zresztą, podejrzewała Lula, zacznie swój poranny obchód od wizyty w pokoju młodszej córki.

Bodzio odchrząknął.

Przestraszona Lula odskoczyła na metr i obejrzała się. Uspokoiła się dopiero, gdy poznała szwagra.

Zabrzęczał jej przed nosem oczywistym rozwiązaniem – kluczami od kuchennego wejścia.

Przejdź do następnej części – Zięć marnotrawny cz. II

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zgodnie z krytycznym ostatnio nastawieniem, czytając tekst Miss, szukałem dziury w całym. Trudno jednak znaleźć wady, bo Autorka nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu.

W opowiadaniu wędrujemy w lata dwudzieste. Trzeba sobie przypomnieć inne niż dzisiejsze normy obyczajowe i stosunki rodzinne. Z tej perspektywy patrząc, opowiadanie wydaje się wiernie oddawać realia panujące w rodzinie z arystokratycznymi czy jeno szlacheckimi korzeniami, osiadłej w stołecznym mieście i wedle ówczesnych zasad sterującej małżeństwami dzieci z użyciem kryteriów materialnych i genealogicznych, a pomijając inne kwestie. Krew potomków nie woda, więc można się obawiać, że wspomniane sterowanie „w dzisiejszych, praktycznych czasach” napotka nieprzewidziane trudności. Dowód błędów popełnianych, gdy lekceważy się naturalne skłonności młodych, mamy w przykładzie małżeństwa starszej córki.

Ale nie o tym chciałem pisać. Gdy czytam erotykę w wykonaniu Miss, najczęściej mam na ustach uśmiech i nie jest to bynajmniej dowód pozytywnych uczuć, a raczej całej gamy wrażeń, w których analizę nie będę się zagłębiał. Wiem, że Autorka potrafi lepiej, czego dowiodła. Ale rzadko mam okazję te „lepiej” oglądać w jej opowiadaniach. Mam wrażenie, że pewne fragmenty swoich tekstów, Miss traktuje po macoszemu. Czemu tak jest, mogę się tylko domyślać.

Niemniej pierwszą część znajduję godną lektury (lekkiej, łatwej i przyjemniej – nie jest to tekst tak poważnie ujęty, jak na przykład publikowana ostatnio świetna ‘„Dziwka” w mundurze’ kenaarf). Zaciekawiony fabułą, już zdążyłem połamać sobie głowę, dumając, jak zakończą się familijne perypetie rodu trzymanego żelazną ręką przez matkę – Matyldę, która trochę przypomina postacie Zapolskiej. Prawdę mówiąc, niewiele wymyśliłem. Pozostaje czekać, aż Autorka zechce zdradzić rozwiązanie w kolejnej części.

Ukłony dla Miss i Czytelników,
Karel

Karelu, po co szukać dziury w całym? Ja po prostu poddałam się nastrojowi i nie żałuję. Podobieństwo postaci do tych, które wykreowała Gabriela Zapolska w "Moralności pani Dulskiej" jest widoczne, ciekawe, czy to jej tekstem inspirowała się autorka 🙂
Eileen

Szczerze mówiąc, żałuję, że nie będzie kolejnej części 🙂
Eileen

Karelu, tego, co wymyśliła Matylda, ja pewnie nie wymyśliłabym na użytek opowiadania. Zycie ma najciekawsze scenariusze:-)

Odpowiadając na Twoje pytanie Eileen – inspirowałam się historią własnej rodziny. "Matylda" była moją prababką, którą jeszcze poznałam. Nawet w wieku prawie 98 lat trzymała cały klan mocno w garści. Bujająca się w hamaku Nelly to moja cioteczna babka (podobno niewiele co w życiu innego robiła poza tym bujaniem się i objadaniem czekoladkami).
Jakby to dziś powiedziano, laska była na maxa wyluzowana i niczym się nie przejmowała:-)
Zapolska już niestety nic nie napisze, ja natomiast mam zamiar dokończyć tę historię, bo miała ona w prawdziwym życiu również dość interesujący finał.
Dzięki za komentarze:-)

Świetnie! Nie mogę się doczekać! 🙂
Eileen

Autorka daje zabawny i celny opis mocno pretensjonalnych "elit" II RP i to jest zdecydowany atut tego opowiadania. Erotyka dozowana w niewielkich porcjach ale ciekawie przedstawiona – z perspektywy geja-voyeurysty. Czekam na cd. Dobra rzecz.

Absent absynt

I co? na tym już koniec?

No, przecież napisałam wyżej, że na tym nie koniec:-)

Hej!
Stylizacja bardzo udana. Przynajmniej w moim, niefachowym odczuciu. Opowiadanie rozrywkowe, choć nie bez drugiego dna, Karelu, nie bez ;-). Odczytuję tutaj trochę nostalgii za pewnymi normami, których dziś, choćbyś chciał, nie uświadczysz. Mój tata z nostalgią wypowiadał się o czasach przedwojennych, choć sam – oczywiście – urodziny był już w nowych realiach. A jednak próbował jakoś do tamtej epoki wrócić, mimo że to niemożliwe.
Tak odbieram ten tekst. Że nie tak ciężki, jak opowiadanie kenaarf? To nie zarzut, bynajmniej nie w moich oczach. Dobrze, że jest u nas dywersyfikacja. Cięższe teksty – jak niektóre z moich ostatnich czy Dziwka kenaarf – przeplatamy z lżejszymi, jak choćby ten. Ważne jest, by trzymały poziom, a Miss robi to bez najmniejszego wysiłku.

Dlatego, czytając "Zięcia…" z uśmiechem na ustach, polecam go wszystkim.

Pozdrawiam, s.

Droga Miss, dołączam do grona czekających i niecierpliwie tupiących nogą! Opowiadanie dobre i klimatyczne. Podoba mi się 🙂

Dobry wieczór,

i mi w końcu udało się wygospodarować czas, by skomentować Twe opowiadanie, Miss. Przeczytałem je już dawno temu, ale zawsze gdy siadałem do pisania komentarza, coś wchodziło mi w drogę. Jednak o tej nieludzkiej potrze chyba nikt już nie będzie mi przeszkadzał. Mam przynajmniej taką nadzieję 🙂

Przyznam, że tym opowiadaniem mnie zaskoczyłaś. Spodziewałem się kolejnego "Manhattanu", ewentualnie jakiegoś "jednostrzałowca", a tu zaczęłaś następny cykl. W dodatku ulokowany w bardzo ciekawych czasach – w dwudziestoleciu międzywojennym, okresie heroicznym i strasznym, nieco operetkowym, ale również tragicznym. W tym tekście wyczuwam inspirację Gombrowiczem i wspomnianą już Zapolską. Jak zawsze jesteś czujną i uważną obserwatorką ludzkich charakterów, choć zdaje mi się, że tym razem nieco łagodniejszą, raczej ironiczną, niż wydającą wyroki. Może dlatego, że jak sama piszesz, inspiracją dla tekstu były losy Twoich przodków – a wobec nich ma się jednak bardziej pobłażliwy stosunek…

Muszę przyznać, że owoc Twojej kreacji okazał się całkiem smaczny (nawet jeśli jego rozmiary nie pozwoliły długo rozkoszować się smakiem). Podoba mi się zarówno krytyka mieszczańskiej moralności, jak i portret niefortunnego zięcia. Szczeniackie flirty młódki i "oficjera", no i szczypta humoru, nawet jeśli nieco slapstickowej próby (biedna Nelly!). Jest wiele Twoich opowiadań, które podobają mi się bardziej, ale i tym razem lektura była satysfakcjonująca. Z niecierpliwością czekam na kontynuację, ciekaw dalszych losów sióstr, surowej matki, stłamszonego ojca, no i oczywiście – pozostającego w (znacznie mocniej niż dziś dyskryminowanej) mniejszości zięcia.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Cykl to zbyt duże słowo chyba… Będzie jeszcze druga część, której nie zdążyłam ukończyć, stąd nie do końca zamierzone rozbicie historii na dwa rozdziały.
Naprawdę jestem bardziej pobłażliwa? Cóż, być może…
Mam nadzieję, że druga część nieco zaskoczy czytelników, ale na razie cicho sza…

Napisz komentarz