Amour à rebours – en trois actes (Ravenheart)  3.75/5 (36)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 32 minut/-y    

Cam Model, “LittleRedBunny”, CC BY-NC 2.0

Akt I

Stojąca w kolejce przede mną dziewczyna była bardzo młoda, bardzo ładna i bardzo nieśmiała.

– Poproszę paczkę tamponów… – powiedziała cicho, jakby bała się, że robi coś zakazanego, a w każdym razie niestosownego.

Jakaś starsza pani w nieodzownym moherze na głowie zmierzyła ją groźnym spojrzeniem. Powiało naftaliną i mrocznym, toruńskim ciemnogrodem. Czyżby za jej czasów płeć piękna podczas okresu miała obowiązek zamknąć się w ciemnicy i przeczekać „nieczyste dni”? Na szczęście sprzedawczyni w aptece uśmiechnęła się do młodej klientki z wyrozumiałością i podsunęła paczkę O.B.

– Te będą dobre?

– Tak, poproszę. I jeszcze… paczkę prezerwatyw… – dodała dziewczyna, zniżając głos prawie do szeptu i oblewając się konkursowym rumieńcem. Bardzo ładnym rumieńcem.

– Nie za młoda aby panienka na takie zakupy? – Staruszka zareagowała błyskawicznie. – A pani powinna sprawdzić, czy jest pełnoletnia! Przecież to jeszcze dziecko! Ciekawe, co by powiedzieli jej rodzice! – dodała surowo, zwracając się do aptekarki.

Kupująca wbiła oczy w ziemię i szybko wyłożyła pieniądze na ladę. Drżącymi rękami zgarnęła tampony i paczkę durexów, po czym wybiegła z apteki ścigana groźnymi pomrukami staruszki.

Nie wytrzymałem. Nie znoszę nadętych babiszonów przekonanych o absolutnej słuszności ich kodeksów moralnych. A już szczególnie nie trawię wywoływania ciężkiej traumy u małolatek swoimi własnymi kompleksami.

– Szanowna pani, mimo wszystko w tym kraju do zakupu kondoma nie trzeba legitymować się dowodem – oznajmiłem słodko. – Naprawdę, nie trzeba się tak unosić. Poleciłbym pani jakieś dobre ziółka wyciszające, może melisę? Będzie pani zadowolona…

Groźna staruszka aż poczerwieniała ze złości. Kątem oka zauważyłem, że aptekarka przygryza wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Nie chciałem przedłużać awantury, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby nie złożyć zamówienia tak, aby nie uszło to uwadze porośniętej moherem strażniczki moralności.

– Poproszę tubkę żelu nawilżającego. Dużą. Wie pani, tego zwiększającego doznania podczas stosunku…

A potem, żeby jeszcze bardziej pogrążyć turbokatolicką talibkę, dodałem:

– Przepraszam, czy może mi pani zdradzić, czy ten żel można stosować także podczas stosunku analnego?

Zapewniony o braku przeciwwskazań nabyłem towar i wyszedłem z apteki, słysząc za sobą cierpkie komentarze o bezczelności całego mojego pokolenia. Nie przejmowałem się tym jednak, bo moje ciało przenikał już przyjemny dreszcz oczekiwania. Wolnym krokiem przemierzałem korytarze galerii handlowej. Pora stosunkowo wczesna, więc tłumów trudno się było spodziewać. Wreszcie dotarłem tam, gdzie chciałem. Przede mną było wejście do ekskluzywnego butiku. Miejsce pracy mojej Agaty…

Poznaliśmy się w sumie niedawno, na szalonej, klubowej imprezie. Od razu zwróciłem na nią uwagę. Drobna, szczupła, niesamowicie zgrabna – ruszała się w tańcu jak migocząca, czerwona iskierka. Długie, rude włosy otaczały jej głowę burzą wirującego płomienia. Była jak żywe wcielenie ognistej energii, a jej ruchy kusiły lubieżnością zmysłowej kotki. Prowokujące, ale nie wulgarne. Rozgrzewające krew… A ja… no cóż, zawsze miałem słabość do miedzianowłosych dzikusek…

Gdy tylko nadarzyła się okazja, podszedłem i zaproponowałem drinka. Popatrzyła na mnie z uśmiechem, przechylając śliczną główkę i przepięknymi, zielonymi oczami wypalając swoje imię na moim sercu. Wtedy zrozumiałem na czym polega fulmine siciliano, ów osławiony sycylijski piorun.

Agata otaksowała mnie spojrzeniem, ale ocena chyba wypadła pozytywnie, bo zgodziła się. Podeszliśmy do baru i rozpoczęliśmy rozmowę. O wszystkim. Potrafiła rozprawiać o muzyce i o literaturze, o smaku włoskiego wina i o lotach w kosmos. I potrafiła śmiać się tak, że mógłbym do końca życia nie robić nic innego, tylko patrzeć na jej uśmiech.

Zaimponowała mi. Okazała się arcyciekawą osobą o nietuzinkowych zainteresowaniach, zupełnie niepodobną do znanych mi dziewczyn. Była półkrwi Francuzką, przyjechała do Polski studiować kulturoznawstwo. Zaocznie, bo niestety Polska nie okazała się tak tanim krajem, jak sądziła.

A potem znowu szaleliśmy na parkiecie. Nawet się nie obejrzałem, kiedy nadszedł świt. Agata miała niespożyte siły, ale i ona w końcu poczuła zmęczenie. Zamówiła taksówkę (cholera, nie będę mógł jej odprowadzić…). Siedliśmy przy stoliku nad ostatnim drinkiem.

– Świetnie się bawiłem. – Uśmiechnąłem się do niej. – Mam nadzieję, że uda nam się to powtórzyć. Dasz mi swój numer?

Wesołe iskierki zamigotały w zielonej toni jej oczu.

– Dam. Pod jednym warunkiem…

– Rozkazuj…!

Nachyliła się ku mnie, zbliżając usta do mojego ucha. Poczułem woń jej skóry, podkreśloną delikatnymi perfumami.

– Przestaniesz się ciągle gapić na moje cycki…

Cholera, zauważyła! Nie miała dużych piersi, ale parę razy w tańcu wyraźnie poczułem ich jędrność i rzeczywiście, trudno było mi się powstrzymać przed rzucaniem okiem na ich sympatyczne krągłości. Chyba spiekłem raka.

– …w każdym razie, nie rób tego tak ostentacyjnie. A mój numer masz już od dwóch godzin w tylnej kieszeni spodni. Wsunęłam ci tam wizytówkę.

Spotkaliśmy się tydzień później (było to siedem najdłuższych dni mojego życia). I chociaż powietrze między nami wręcz iskrzyło, nie poszliśmy do łóżka na pierwszej randce. Ani na drugiej. Tę trzecią zakończyliśmy już nad ranem u mnie w domu – okazało się, że moje przekonanie o niezwykłości Agaty jest jak najbardziej trafne. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś takiego.

Jeszcze nigdy nie wpadłem tak głęboko, tak szybko i tak beznadziejnie.

Agata była spełnieniem moich marzeń. Inteligentna, oczytana, wrażliwa i z absolutnie rozbrajającym poczuciem humoru. Niezwykła. Jedna na milion. A może jedna na miliard. A jej oczy, zielone jak dwa szmaragdy, w każdej sekundzie rozświetlały się wesołymi ognikami.

A łóżko? No cóż, szybko się okazało, że „trafił swój na swego” i wreszcie znalazłem kogoś, kto dorównuje mi temperamentem. Szybki seks w publicznych miejscach, długie miłosne zapasy w atłasowej pościeli, wiązanie czy gorący wosk – odkrywaliśmy to wszystko na nowo. Poszukiwaliśmy. I znajdowaliśmy. Francuzki bynajmniej nie są przereklamowane.

Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł Gry w Kontrolę. Może zresztą wyczytaliśmy to gdzieś w Internecie. I wzięło nas.

*

Znalazłem ustronne miejsce vis-à-vis butiku, w którym znalazła pracę Agata. Wyciągnąłem telefon i napisałem pierwszego SMS-a: „Napisz mi, gdzie teraz jesteś”. Chwilę trwało, zanim delikatna wibracja oznajmiła nadejście odpowiedzi. „W pracy. Mało klientów, siedzę i uczę się. W weekend mam dwa egzaminy”.

Uśmiechając się pod nosem, szybko wyklikałem odpowiedź:

„A rano byłaś dziś grzeczna, jak obiecałaś?”

„Fuck. Musiałam być. Ale śniło mi się cały czas, jak się do mnie dobierasz. I wchodzisz we mnie…”.

„To dobrze. Bo mam na ciebie ochotę. Dziś. Teraz. YOU ARE MY BITCH”.

To były moje Słowa-Klucze. Kod, który rozpoczynał Grę. Nasza umowa, nasz taniec godowy. Każde z nas, raz w miesiącu, o dowolnej porze, miało jedną, pełną godzinę, w której mogło zażądać dowolnego rodzaju seksu. Druga połówka nie mogła się nie zgodzić. Oczywiście, trzeba było zachować pewien umiar (choćby dlatego, żeby partner nie zechciał wziąć zbyt ostrego rewanżu) – ale Agata ostatnio wyciągnęła mnie ze służbowego spotkania… więc postanowiłem się dziś zemścić. SMS nadszedł szybko.

„Proszę, nie. Nie możemy dziś”.

Poczułem słodki smak zwycięstwa.

„Nie będę negocjował”.

Wiedziałem, że Agata się boi. Że nie spodziewała się tak szybkiej odpłaty. Tym lepiej! To będzie nawet przyjemniejsze, niż się spodziewałem.

„Proszę… Poczekaj choć te dwa dni, a obiecuję Ci KONTROLĘ przez dwie godziny ekstra”.

Uśmiechnąłem się mściwie do siebie. Dam jej parę minut, żeby myślała, że mnie przekonała… Trudno mi się jednak było opanować. Nie odczekałem nawet połowy zamierzonego czasu, gdy moje palce same zaczęły wstukiwać wiadomość.

„No way. Czas płynie. Teraz zdejmij swoje śliczne, białe majteczki. Potem wyjdź przed sklep i wyrzuć je do kosza. Chcę, żebyś nie miała nic na sobie, poza tą prowokującą, krótką spódniczką, którą rano założyłaś. Masz na to dokładnie 100 sekund”.

Wysłałem wiadomość i podszedłem do wielkiej, drzewiastej palmy zdobiącej korytarz galerii. Zasłona olbrzymich, zielonych liści tworzyła doskonały punkt obserwacyjny na butik.

Agata pokazała się w drzwiach dokładnie po dziewięćdziesięciu sekundach. Szkoda. Nie będzie dodatkowej kary za niestosowanie się do poleceń. Wyglądała cudownie. Miała na sobie obcisłą, białą bluzkę i kuszącą, krótką, plisowaną spódniczkę rodem z mokrych marzeń pedofila. Wygrałaby każdy casting do filmu „Napalone lolitki z liceum”.

Przez krótki moment moje kochanie stało niezdecydowane, rozglądając się niepewnie w poszukiwaniu kosza. Cofnąłem się w cień, aby mnie nie dostrzegła. W końcu zauważyła śmietnik i podeszła do niego. Trzymała w ręku coś białego. Majteczki. Bardzo dobrze. Grzeczna dziewczynka. Uniosła klapę i wrzuciła je do środka.

Mój kolejny SMS był już przygotowany, więc wystarczyło tylko wcisnąć „wyślij”.

„Dobrze. Teraz musisz pokazać, że nie oszukujesz. Stań przodem do wystawy i schyl się, jakby coś ci upadło. Chcę zobaczyć, że nic na sobie nie masz. Masz na to 10 sekund”.

Uśmiechając się złośliwie, wyobrażałem sobie, jak moja śliczna przeklina pod nosem. I pewnie knuje słodką zemstę. Ale teraz była MOJA godzina. Moja Gra. Rozejrzałem się po korytarzu. Był prawie pusty, nie licząc jakiejś pary z dzieckiem i grubego ochroniarza. Szkoda. Wielka szkoda.

Agata, zgodnie z rozkazem, odwróciła się w stronę butiku i schyliła się ku podłodze. Doskonale odegrała tę scenkę. Gdybym nie wiedział, że robi to specjalnie, byłbym przekonany, że to zupełnie naturalne zachowanie… Spódniczka na ułamek sekundy uniosła się, ukazując kształtne pośladki rozdzielone rozkoszną linią, której nie zasłaniał nawet strzępek materiału.

Facet, który akurat przechodził obok zamarł i o mały włos nie potknął się o własne nogi. Idąca obok żona chyba zauważyła przyczynę roztargnienia mężczyzny, bo za chwilę rozgorzała między nimi ostra dyskusja. Zupełnie niepotrzebnie. Obrażona kobieta nie miała powodów do niepokoju – słodka pupa Agaty należała wyłącznie do mnie.

Dostałem kolejnego SMS-a.

„Zadowolony jesteś, draniu? Podnieca cię myśl, że pokazuję swój tyłek jakiemuś napalonemu typowi na oczach jego żony???”

Uśmiechnąłem się do siebie.

„Nie pyskuj i bądź grzeczna. To moja godzina. Teraz urwij się z pracy, zejdź na pierwsze piętro i weź jakiś ciuch w Reserved. Będę na ciebie czekał w przymierzalni”.

Wysłałem wiadomość i szybko zbiegłem po schodach. Wszedłem do sklepu. Podszedłem do ekspedientki. Była młoda, ładna i nastawiona bardzo prokliencko.

– Dzień dobry – powiedziałem. – Mam prośbę. Za chwilę przyjdzie tu moja dziewczyna… Taka szczupła, z czerwonymi włosami… O, proszę, tu w telefonie mam jej fotografię. Ma wybrać sobie jakiś ciuszek… Zajmę jej przymierzalnię, a panią bardzo bym prosił, żeby ją skierowała do mnie, okej?

Ekspedientka zawahała się.

– Wie pan, nie wiem, czy mogę…

– Bardzo panią proszę. Chcę jej zrobić niespodziankę na urodziny. – Przybrałem najbardziej niewinny wyraz twarzy w moim repertuarze, dodatkowo okraszony ujmującym uśmiechem.

– No, chyba że tak. – Skinęła głową. – Ech, żeby mój narzeczony robił mi takie niespodzianki na moje święta… Gdzie pan się uchował? Takich mężczyzn już dziś nie ma przecież. Pana dziewczyna wygrała chyba los na loterii.

Nie miałem ochoty na flirtowanie, skinąłem więc tylko głową i szybko wszedłem do kabiny. Rozejrzałem się. Bardzo dobrze, mamy tu sporo miejsca. Małą ławeczkę… i wielkie lustro na ścianie. Jeszcze lepiej…

Nie czekałem długo. Po kilku chwilach drzwi uchyliły się i weszła Agata z bluzką przewieszoną przez ramię. Nasze oczy spotkały się. Nie mówiliśmy nic. Oboje wiedzieliśmy, po co tu jesteśmy… Gdy tylko zatrzasnęła drzwi, przywarłem do niej całym ciałem. Gorączkowo szukałem wilgotnych, rozchylonych ust. Drżąc z pożądania, wbiłem ręce pod jej ubranie, pragnąc poczuć dotyk aksamitnie gładkiej skóry. Moje dłonie natychmiast sięgnęły ku dziewczęcym piersiom. Ścisnąłem je mocno, tak jak lubiła. Gra i wszelkie zahamowania odpłynęły gdzieś poza czerwoną kurtynę czystego pożądania, która opadła na cały świat.

– Pragnę cię… – szeptała, gorączkowo usiłując rozpiąć oporny pasek przy moich spodniach. – Muszę cię mieć… Teraz, szybko…

Jej dłonie zsunęły… Nie! Zdarły ze mnie spodnie razem z bielizną. Kutas, wyzwolony z tekstylnego więzienia, natychmiast wyprężył się na całą długość. Agata opadła na kolana z gardłowym jękiem. Sięgnęła ku mnie z łapczywym pożądaniem i jednym, cudownie uległym ruchem wbiła mój pulsujący narząd w gorącą głębię ust. Poczułem, jak obejmuje go rozpalona, wilgotna miękkość. Miękkość, która mnie pochłonęła, wciągnęła i której się poddałem. Boże… jej usta… jej usta cudownie, wprawnie przesuwające się po mnie… Poczułem, że dochodzę, ale na moment przed orgazmem Agata cofnęła się, umiejętnie i mocno ściskając dłonią mój nabrzmiały członek. To było absolutne mistrzostwo. Złączenie spełnienia i niespełnienia. Świadomość odwleczonej rozkoszy.

– O nie, mój skarbie… – szeptała ociekającym erotyzmem głosem, patrząc mi prosto w oczy. – Nie możemy przecież pobrudzić tej pięknej przymierzalni… Poza tym przecież chciałbyś mi pewnie wsadzić… Spuścić się do środka… Do tej ciasnej, bardzo ciasnej, gorącej dziurki… Która jest twoja… Która służy właśnie do tego, żebyś ją napełniał…

Jęknąłem… Agata wiedziała, jak doprowadzić mnie na skraj szaleństwa takimi słowami. I umiała z tej wiedzy doskonale korzystać.

– Ta dziurka cię pragnie… Jest napalona… Jest naga… bez ochrony tych białych majteczek, które tak nierozsądnie kazałeś mi wyrzucić… Wiesz, co się stanie, jak skończysz we mnie? Wiesz, jak będę musiała się starać, żeby nikt się nie dowiedział, co ze mną zrobiłeś? Chcesz, żeby twoja sperma spływała mi po nogach w pracy?

Znowu nie potrafiłem powstrzymać jęku. Agata wiedziała doskonale, co mnie kręci. I dzieliła ze mną wszystkie dzikie pasje.

– Żel… – stęknąłem, cudem powstrzymując się przed zbyt szybkim skończeniem. – Jest w kieszeni…

– O wszystkim pomyślałeś, łajdaku – zamruczała namiętnie, szukając tubki na podłodze i drażniąc moją wyprężoną męskość drugą dłonią. Błagałem ją w myślach, żeby się pospieszyła. Myślałem tylko o tym, żeby wbić się w nią i władować do środka całą zawartość jąder.

Na szczęście Agata zręcznym ruchem otworzyła opakowanie i wycisnęła obfitą porcję na mojego rozgrzanego kutasa. Przeszył mnie prąd. Żel był lodowaty – a może to tylko mi się tak zdawało…?

– A teraz, zerżnij mnie. Mocno. Tak, żeby bolało. Żebym czuła się tak, jak na to zasłużyłam.

Jednym ruchem podniosłem ją do góry. Jej twarz znalazła się przy mojej. Przywarła ustami do moich warg. Czułem, że każda komórka jej ciała krzyczy do mnie: PIEPRZ MNIE. RŻNIJ. MOCNO. Przeszył mnie ostry ból, gdy przygryzła zębami moją wargę. Dobrze. Uwielbiam takie ostre zabawy. Nie licz na nic mniej.

Chwyciłem ją za ramiona i jednym brutalnym ruchem obróciłem tyłem. Patrzyła rozpłomienionym wzrokiem na nasze odbicia w wielkim lustrze. Momentalnie zadarłem bluzkę w górę, odsłaniając piersi. Nie włożyła stanika, jakby spodziewała się dzisiejszej akcji. A potem pchnąłem Agatę na ścianę – gwałtownie i mocno, przyciskając ją do tafli zwierciadła. Kształtne piersi rozpłaszczyły się na zimnej powierzchni. Jęknęła cicho.

– Patrz, dziwko! – syknąłem wprost do jej ucha. – Patrz, jak będziesz pieprzona. Jak wsadzę ci od tyłu i zerżnę w dupę. I nie waż mi się pisnąć, choćbyś nawet miała zemdleć z bólu…

Jednym ruchem podniosłem jej krótką spódniczkę, odsłaniając krągłe, opalone pośladki. Spomiędzy nich błysnęła do mnie delikatna różyczka jej słodkiej dziurki. Tak, kochanie… zerżnę cię w tę niewinną, ciasną pupcię… Naprowadziłem pulsujący  oczekiwaniem członek na cel. Zadrżała, kiedy nabrzmiała główka znalazła się przed jej niepozornym, malutkim otworkiem. Poczułem opór. Bardzo dobrze, niech będzie z bólem. Wiedziałem, że go lubi.

Pchnąłem do przodu. Powoli, lecz stanowczo. Jej ciało przeszedł dreszcz. Próbowała się rozluźnić, aby ułatwić penetrację. Dałem jej szansę, delikatnie ustępując i napierając ponownie. A potem jeszcze raz. I znów.

To było cudowne. Jej mięśnie w końcu rozstąpiły się przed moim taranem. Powoli, jakby niechętnie, lecz jednocześnie słodko i ulegle wpuściły mnie do środka. Usłyszałem delikatny jęk. Widziałem, jak przygryza z bólu wargi. W jej oczach błysnęły łzy. To był krótki moment, gdy chciałem się wycofać… Ale wtedy poczułem, jak Agata sięga ręką do tyłu, przyciągając mnie do siebie. Objąłem ją. Przytuliłem. I pchnąłem. Mocno. Do końca. Jej paznokcie wbiły się w moją rękę. Głęboko. Do krwi.

Nie puściłem jej. Wystarczyło kilka ruchów… Przestrzeń rozbłysła feerią barw. Przeszył mnie rozkoszny skurcz, wyrzucając potężną dawkę gorącego białego płynu prosto w nią. W jej chętne, miękkie wnętrze.

Staliśmy w przebieralni, dysząc ciężko. Agata sięgnęła dłonią w dół, ale złapałem ją za nadgarstek.

– O nie, moja słodka. Nie wolno. Dziś masz być grzeczna.

Prychnęła jak dzika kotka i szarpnęła się, ale nie puściłem.

– Łajdak – syknęła. – Ty zrobiłeś swoje i teraz zadowolony z siebie pójdziesz sobie precz, tak? Ja też mam swoje potrzeby…

Przytuliłem się do niej. Pocałowałem tuż za uchem, tak jak lubiła.

– Zasady, moja mała – szepnąłem. – Pamiętaj o tym. Ale jeśli będziesz grzeczna to może… pamiętaj: MOŻE pozwolę ci dojść dziś wieczorem. Ale na razie trzymaj rączki na ladzie…

Westchnęła rozdzierająco, ale uśmiechnęła się.

– Dobrze, łajdaku… wygrałeś tym razem. Ale pamiętaj, zemszczę się…

Zsunęła zadartą przeze mnie bluzkę i przygładziła ją niewinnym ruchem.

– Masz przynajmniej jakieś chusteczki, żebym mogła się wytrzeć? – powiedziała, patrząc krytycznie na białe plamy na udach.

Uśmiechnąłem się bezczelnie.

– Poproś.

Zmrużyła oczy, skrywając cudowne, zielone klejnoty pod długimi rzęsami.

– Proooosię…

Wyciągnąłem paczkę nawilżanych chusteczek i pozwoliłem jej na krótką toaletę. Wiedziałem, że to zbyt mało. Że za chwilę wróci do sklepu, roztaczając wokół siebie wyraźny, niedający się z niczym pomylić, męski zapach. Byłem ciekaw, co powie na to jej koleżanka…

Ubrałem się szybko i poczekałem, aż Agata poprawi na sobie spódniczkę. Świadomość, że pod tym kusym przyodziewkiem nie ma nic na sobie, sprawiła, że nabrałem ochoty na następną rundę…

Heroicznym wysiłkiem woli postanowiłem jednak, że się powstrzymam. Nie, nie skorzystam teraz. Przyjemność odłożona w czasie liczy się podwójnie. Wyszliśmy z przymierzalni. Agata podeszła do ekspedientki. Sprzedawczyni zaczerwieniła się jak cegła. Chyba słyszała, co się przed chwilą stało.

– Dziękuję pani – powiedziała Agata, odkładając na ladę bluzkę i patrząc na mnie łobuzersko. – Chyba jednak nie zdecydujemy się. Może następnym razem… Myślę, że będziemy tu chyba częściej zaglądać. Państwa sklep idealnie nadaje się na poranne… – zawiesiła głos – zakupy.

Akt II

Do mieszkania Agata wpadła spóźniona i zdyszana.

– Padł mi akumulator. Przepraszam… wiem, że miałam być wcześniej – wysapała, ściągając zimową kurtkę. – Skarcenie boskie z tą waszą polską pogodą.

– Skaranie – poprawiłem ją automatycznie, uśmiechając się szeroko.

Uwielbiałem te drobne potknięcia językowe, których nie wyzbyła się, mimo że minął już trzeci rok od jej przyjazdu z Francji. Czasem zastanawiałem się, czy nie robi ich celowo, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że od razu mnie rozbrajają.

– Wszystko jedno. Tu jest zimno jak na Syberii. Uratował mnie jakiś taksówkarz, miał kable, coś tam podłączył i ruszyłam. Zrób mi, błagam, gorącej herbaty. Telefon zresztą też mi padł. Dzisiaj mam zły dzień…

Podszedłem do niej i przytuliłem.

– Mój mały, zziębnięty ptaszek… – zamruczałem, zanurzając twarz w płomieniach jej włosów. Niedawno skróciła je, ale pozostawiła ognistą rudość, która tak mi się podobała. Gdy tylko dotknąłem jej ciała, natychmiast poczułem nagły przypływ pożądania. Moje ręce bezbłędnie znalazły drogę do krągłej, jędrnej pupy. Ścisnąłem jej pośladki. Mocno. Znacząco.

– Ty, ptaszek, zajmij się lepiej tą herbatą. – Roześmiała się, dając mi lekkiego klapsa. – I tak będziemy spóźnieni. Wiesz, jak mama nie lubi niepunktualności. A ja jeszcze jestem niezrobiona.

Westchnąłem ciężko. Czyli z miziania i bzykania nici, przynajmniej do wieczora. Ale fakt, moja mama nie znosiła spóźniania.

– Dobrze już, dobrze. Zaraz dam ci tej twojej herbaty. I gripexu, żebyś się rozgrzała.

Odsunęła się ode mnie i przekornie przechyliła głowę. W zielonych oczach zamigotały znajome iskierki.

– Rozgrzana to ja jestem, mój samcu… – Kuszącym ruchem chwyciła mnie za krocze. – Tylko ręce mam zimne, więc chyba nie chciałbyś, żebym się zaczęła do ciebie dobierać.

– Dla ciebie wszystko – zamruczałem, czując jak mój członek natychmiast wypełnia się ciężkością. Nasz związek trwał już dość długo, a przecież nadal była między nami namiętność, ani na chwilę nie słabnąca od naszego pierwszego razu.

– Boże, on natychmiast rośnie! – Zaśmiała się, niby niewinne dziewczę. – Wystarczy pogłaskać i już się budzi…!

– Coś ci się nie podoba? – Przyciągnąłem ją do siebie. – Do tej pory jakoś nie narzekałaś.

– Głuptas. Uwielbiam, gdy tak szybko staje, mój ty mężczyzno potrzebujący potwierdzenia swojej męskości. – Uśmiechnęła się słodko. – Ale niestety, musimy te igraszki zostawić na potem. Mogę tylko obiecać, że jeszcze dziś nie pozwolę mu być takim bezczynnym… No i musimy zadbać o to, żeby ta twoja gęsta, gorąca sperma nie wylała się uszami… Ja chyba ściągnęłam na siebie jakieś przekleństwo, gdy sobie życzyłam, żeby mój facet chciał i mógł codziennie… – westchnęła nieszczerze, ściskając pęczniejący w spodniach członek.

Jęknąłem przeciągle, czując rozkoszny dreszcz schodzący po kręgosłupie, ale Agata tylko pocałowała mnie w policzek, wysunęła się z moich objęć i zniknęła w łazience. Po chwili usłyszałem szum płynącej wody.

Zdążyłem zrobić herbaty i obejrzeć pół odcinka serialu, zanim Agata wystawiła głowę z łazienki.

– To gdzie ta moja herbatka? – spytała przymilnie.

– Czeka w kuchni – mruknąłem, niby to naburmuszony. – Pewnie już wystygła. Ile czasu można brać prysznic?

– Maruda! – Roześmiała się, wychodząc. – Musiałam wygonić z siebie to wasze syberyjskie zimno. We Francji mnie ostrzegali, że u was w zimie chodzą po ulicach niedźwiedzie polarne. I nie narzekaj tak. Przecież chyba chcesz, żebym pięknie wyglądała u twojej mamy?

Oczywiście, jej widok wynagrodził mi oczekiwanie. Po raz kolejny pomyślałem, że jestem szczęściarzem stulecia. Moja Francuzeczka, ubrana tylko w kusy szlafroczek i w wielkim, ręcznikowym turbanie na głowie, wyglądała niezwykle kusząco. Nie dała się jednak długo podziwiać. Śmignęła przez korytarz, zostawiając na podłodze mokre ślady stóp i zniknęła w kuchni.

Wstałem z fotela i podążyłem za nią. Stała przy oknie, siorbiąc gorący napój i usiłując przebić wzrokiem zasłonę ciemności. Zgasiłem światło i podszedłem do niej, obejmując ją od tyłu i przyciskając do parapetu. Zamruczała rozkosznie.

– Przestań, wariacie – szepnęła. – Wyleję herbatę…

– To trzymaj ją obiema rękami – zamruczałem jej do ucha. – A ja się zajmę resztą.

– Ludzie patrzą – zaprotestowała słabo.

– Niech patrzą – mruknąłem. – I niech zazdroszczą…

Jednym ruchem rozwiązałem pasek. Szlafrok rozchylił się, dając mi drogę do rozgrzanego ciała. Sięgnąłem dłońmi ku piersiom, czując wyraźnie, jak pod dotykiem drobne sutki natychmiast twardnieją.

– Chcę cię… – mruknąłem jej w kark. – Bardzo…

Drżała. Odstawiła kubek i oparła się dłońmi o parapet. Poczułem jak cała spina się, prężąc niczym marcująca kotka. Kształtne, jędrne pośladki wysunęły się na spotkanie moich lędźwi.

– Przestań – szepnęła znowu, choć oboje doskonale wiedzieliśmy, że nie chciała, abym jej posłuchał. – Mama czeka… Będzie zła…

Przywarłem do mojego Rudzielca, pieszcząc zgrabne, dziewczęce piersi i gwałtownie całując po karku. Czułem gorącą falę pożądania wzbierającą raptownie, domagającą się ujścia i spełnienia. Agata drżała, gwałtownie łapiąc powietrze.

– Nie, wariacie… Zostaw… Błagam, ja nie jestem z żelaza… – jęknęła, obracając się w moich ramionach i całując namiętnie. – Zresztą, do cholery… Nie przestawaj. Chcę się z tobą pieprzyć, chcę, żebyś mnie zerżnął na stole, od tyłu… Chcę, żebyś skończył we mnie…

Sięgnąłem ku jej szlafrokowi, zamierzając zedrzeć go jednym ruchem. Na moje nieszczęście w tym samym momencie zadźwięczał telefon. Przez chwilę próbowaliśmy ignorować natarczywy dźwięk, ale nie mogliśmy wyprzeć z głów drażniącego terkotania. Że też, cholera, musiałem sobie ustawić taki idiotyczny sygnał…

W końcu, zrezygnowany, sięgnąłem po aparat i odebrałem połączenie.

– Tak, mamo?

– Kochani, przypominam, że ja tu czekam z kolacją… i mam nadzieję, że się nie spóźnicie. Pieczeń zaraz będzie gotowa.

– Agacie padł samochód… Wróciła niedawno. Ale zaraz będziemy się zbierać.

– Jak to? To nie pojechałeś po nią? Jak ty ją traktujesz?! Czy tak młodzieniec zachowuje się względem damy swego serca? Czego ja cię uczyłam? Zobaczysz, dziewczyna pójdzie po rozum do głowy i cię zostawi! I trudno będzie się jej dziwić!

Westchnąłem.

– Tak, mamo, dzięki za budowanie mojego poczucia własnej wartości. Spytam Agaty, czy zamierza mnie rzucić już teraz, czy da mi jeszcze szansę…

Moja diablica uśmiechnęła się przekornie i powolnym, kuszącym ruchem wytrawnej tancerki erotycznej osunęła się na kolana. Jej ręce natychmiast zajęły się moim rozporkiem. Błyskawicznie uwolniła rosnący narząd, pocałowała go i patrząc mi z oddaniem w oczy, powoli wsunęła go sobie w usta. Z trudem powstrzymałem jęk rozkoszy. Matka coś jeszcze do mnie mówiła, ale ja przestałem słyszeć jej słowa. Ograniczyłem się do mrukliwych monosylab, modląc się w duchu, żeby jakoś logicznie wkomponowały się w rozmowę. Boże, przecież nie mogę mieć orgazmu rozmawiając przez telefon z własną rodzicielką!

Wreszcie mama stwierdziła, że idzie sprawdzić, czy pieczeń już dochodzi (zdecydowanie, jeśli ktoś miał tu dojść, to byłem to bardziej ja, niż ta cholerna baranina!) i musi się rozłączyć.

Z ulgą odjąłem telefon od ucha… i w tym momencie poczułem, jak moja Agata z perwersyjnym uśmiechem zabiera usta z mojego znajdującego się na progu spełnienia narządu.

– Potworze, czemu przestałaś?! Już prawie dochodziłem!

– Obiecaliśmy mamie, że się nie spóźnimy – zachichotała, podnosząc się z kolan. – Choć przyznam ci się, że ledwo się powstrzymałam… Tak chciałam poczuć twoją spermę na języku… Mówiłam ci już, że uwielbiam jej smak? I kocham klęczeć przed tobą niczym oddana suka, obciągając ci właśnie wtedy, gdy rozmawiasz przez telefon.

Cholera, wiedziała doskonale, jak działają na mnie takie słowa… Sięgnąłem ku wyprężonemu członkowi obscenicznie sterczącemu ze spodni, aby szybkimi ruchami przynieść sobie ulgę, ale Agata stanowczo mnie powstrzymała.

– Nie ma mowy, kochanie! Wiem, że bardzo chcesz już się spuścić… Ale obiecuję ci, że nie pożałujesz tej trudnej próby silnej woli.

– Okropna jesteś, wiesz? – jęknąłem rozdzierająco, nie mogąc się oderwać od jej pachnącego ciała. – Przecież ja zaraz eksploduję!

– Głuptas… Oczywiście, że pragnę, żebyś mnie przeleciał… pragnę do szaleństwa… Ale jesteśmy umówieni. I pamiętaj, mój rycerzu, że odwlekanie przyjemności prowadzi do jeszcze większej rozkoszy…

Westchnąłem. I pomyśleć, że to ja ją tej maksymy nauczyłem…

– Dobrze… masz rację, moja ty księżniczko. Jakimś cudem, ale się powstrzymam. Ale odsuń się ode mnie, bo nie ręczę za siebie. Leć zrobić się na bóstwo i jedziemy.

Wysunęła się z moich objęć i po chwili znowu była w łazience. Suszenie głowy i robienie makijażu trwało tyle, że spokojnie obejrzałem odcinek serialu do końca.

*

Matka, jak zwykle, przywitała nas wylewną radością i wyrzutami za spóźnienie. Oczywiście, Agatka – wymarzona dziewczyna i materiał na synową – usłyszała, że wszystko to moja wina, że moja rodzicielka doskonale wie, że trudno ze mną wytrzymać. Po czym moja luba została zaciągnięta do kuchni, aby wysłuchać jakichś wstrząsających kobiecych przemyśleń na bazie najnowszego odcinka „M jak miłość”.

Rad nie rad, wziąłem się do nakrywania stołu. Musiałem się czymś zająć, bo każda myśl kierowana w stronę Agaty natychmiast sprawiała, że podnosiły mi się włoski na karku. Gwoli ścisłości – podnosiły się nie tylko one. Jak tak dalej pójdzie, ani chybi dorobię się czegoś, co Anglosasi nazywają syndromem blue balls. Natura tak nas, facetów, ukształtowała, że pozostawanie w ciągłym pobudzeniu i bez spełnienia jest wyjątkowo irytujące. Dobrze by było, gdyby moje kochanie miało tego świadomość.

W końcu zasiedliśmy do stołu. Baranina, która najwyraźniej doszła w odpowiedniej chwili (nie ukrywam, że szczerze jej zazdrościłem), była wyśmienita. Zresztą, moja mama zawsze potrafiła doskonale gotować.

Po obiedzie, jak zwykle, stwierdziliśmy, że zalegniemy na kanapie, dając żołądkom czas na spokojne trawienie. Kanapa była meblem gigantycznym, pamiętającym chyba najlepsze czasy rozpasania meblarskiego PRL-u. Z radością więc zajęliśmy jej rozległe niczym amerykańska preria równiny. Agatka narzekała, że jest jej nieco zimno, więc przywlekła z sypialni monstrualnie wielką kołdrę z lamy czy innego egzotycznego stworzenia. Wpakowaliśmy się razem pod przykrycie i z poczuciem dobrze spożytkowanego czasu oddaliśmy się lenistwu.

Agata wtuliła się we mnie i przykryła po sam koniuszek zadartego noska. Trochę się bałem, że dzisiejsze przemarznięcie zaowocuje grypą, ale matka mrugnęła porozumiewawczo i przyniosła karafkę z nalewką.

Nalewki to nasza rodzinna specjalność. Aromatyczne i słodkie, niejednego już zwaliły z nóg. Owocowy smak skrywał bowiem moc spirytusu, nieznacznie tylko rozcieńczonego wódką. Faktem jest, że rozpalały ciało i krew.

Rozgrzani trunkiem rozmawialiśmy leniwie, oglądając jakieś randomowe programy w telewizji. Swoją drogą: co to jest, że w kablówce jest grubo ponad sto kanałów, tyle że na żadnym nie ma nic ciekawego? W końcu zdecydowaliśmy się na reportaż o szkołach samby. Za oknem mroźna, zimowa pogoda pizgała złem, więc obrazy rozgrzanej słońcem Brazylii wydawały się doskonałym wyborem. Tym bardziej, że pokazywano również zawody karnawałowe – wraz z całym tłumem gorącokrwistych, półnagich i sugestywnie kręcących pupami dziewczyn.

Agata podniosła głowę i widząc, że moja mamuśka, leżąca zresztą pod tą samą kołdrą co my, przysnęła, wtuliła się we mnie mocniej. Po chwili poczułem jak moja miedzianowłosa, ognista dziewczyna przysuwa usta do mojego ucha.

– Kręci cię oglądanie ich tyłków? – szepnęła cichutko. – Podobają ci się?

Przełknąłem ślinę. Mama spała, ale na litość boską, była przecież na wyciągnięcie ręki ode mnie! Jednak Agata uwielbiała ciągnąć tygrysa za ogon.

– Wiem, że masz schizę na punkcie ładnych, chętnych tyłków… – szeptała, gdy jej dłoń rozpoczynała wędrówkę ku moim spodniom. – Wiem, że widok mojej pupy, w której czeka na ciebie takie przyjemne, ciasne miejsce, rozpala cię na maksa.

– Przestań – jęknąłem, bojąc się, że mówię to zbyt głośno.

– Na pewno tego chcesz? – wymruczała mi prosto do ucha. – A może wolisz, żebym go wzięła do ręki… Kiedy ty będziesz sobie patrzył na te brazylijskie dupeczki? Wiesz… nie dziwię ci się… One na mnie też działają…

Jej zręczne palce znalazły się dokładnie nad moim członkiem. Pieściły go przez cienki materiał spodni. A ja nie byłem zdolny się ruszyć. W uszach szumiał mi alkohol i przyprawiająca o zawrót głowy perwersyjność tego, co robi moja szalona dziewczyna. Rany boskie, o metr ode mnie drzemie moja własna mama!

– Fajnie by było mieć taką Brazylijkę, prawda? No, powiem ci, że ja bym tam jej z łóżka nie wyrzuciła… Pomyśl sobie o tym chwilę… Jakby to było mieć w łóżku i mnie, i taką gorącą czekoladkę… Chciałbyś, żebyśmy się przelizały? Żebyśmy na twoich oczach, w kusych spódniczkach, biły się poduszkami? A może wolałbyś zobaczyć nasze dwa, wypięte tyłki… gotowe, gorące, wystawione dla ciebie, żebyś mógł wybrać, który przelecisz pierwszy…

Ku mojemu przerażeniu Agata powolnym ruchem rozpięła rozporek. Zastygłem w oczekiwaniu i w zgrozie. A potem poczułem, jak jej dłoń wślizguje się do środka. Nie trwało długo, nim zupełnie się do mnie dobrała.

– Wiesz co, kochanie? – wyszeptała namiętnie. – Chyba ci się ten pomysł podoba. Ognisty numerek z nami dwoma. Chciałbyś, żebyśmy rywalizowały o ciebie? Żebym błagała, żebyś na rżnięcie wybrał właśnie mnie? A może wolałbyś najpierw tę drugą? Chciałbyś, żebym na to wtedy patrzyła? Jak posuwasz obcą dziewczynę na moich oczach?

Zacisnąłem kurczowo dłonie. Czułem, że zaraz dojdę. Dotyk palców Agaty, jej zapach, ciepło jej ciała i lubieżny głos przyprawiały mnie o szaleństwo.

– Błagam…

Zrozumiała. Ponownie zbliżyła usta do mojego ucha i wyszeptała namiętnie tylko jedno słowo:

– Chodź.

Zręcznie wymknęła się spod kołdry i delikatnie, aby nie zbudzić mamy, zsunęła się z kanapy. Na palcach, cicho niczym skradający się kot, przemknęła do łazienki.

Ja też, starając się jakoś ukryć wyprężony niczym struna członek, opuściłem kanapę. Wolałem nie myśleć, co by się stało, gdyby mama otworzyła oczy. Ale na szczęście wiedziałem, że ma mocny sen. Wolałem jednak nie ryzykować. Gdy tylko dotarłem do korytarza, w dwóch susach znalazłem się w toalecie.

Agata już czekała, oparta o pralkę, wypięta, ze spodniami opuszczonymi do kostek. Spojrzała na mnie przez ramię. Jej płonące oczy mówiły wszystko. Była niczym kotka w rui, lubieżnie wystawiająca się na pokrycie.

– Zamknij drzwi i zerżnij mnie. Zerżnij mnie tak, jak lubisz.

Nie dałem sobie tego dwa razy powtarzać. Objąłem ją mocnym chwytem i jednym ruchem wtargnąłem do środka. Wiedziałem, że może zaboleć, ale nie zdzierżyłbym ani sekundy dłużej. Mogło zaboleć i zabolało. Syknęła, a palce zaciśnięte na pralce pobielały. Przytrzymałem mocno. Moje usta znalazły się na wysokości jej ucha.

– I co teraz powiesz, mała? Prowokowałaś mnie przez cały wieczór… I myślałaś, że ci się upiecze? Wiedziałaś, że chcę cię zerżnąć w dupę… Że chcę ci po prostu wsadzić…

– Wiedziałam – jęknęła. – Uwielbiam dawać ci dupy. Uwielbiam, jak mnie gwałcisz w pupę. Ona właśnie do tego jest, żebyś mógł mnie dosiadać… Wtedy, gdy tylko chcesz…

– Kim jesteś… – syknąłem, łapiąc ją mocno za włosy i nie przestając ruszać biodrami. – Powiedz to!

– Je… jestem… suką… – stęknęła. – Jestem tanią zdzirą, która marzy o tym, żebyś ją pieprzył… Je suis une pute… Jestem szmatą…

– Powiedz, czego chcesz – warknąłem dziko, czując, że zbliżam się do końca. – Powiedz…!

– Chcę być dziwką… twoją… dziwką… le salope ordinale… – wydyszała. – Chcę, żebyś we mnie skończył…! Spuść się do środka swojej suki!

Słowa, na które czekałem. Uwielbiam, gdy Agata tak do mnie mówi. I wiem, że ona też to kocha. A kiedy błaga, żebym doszedł, nie potrafię się oprzeć. Wbiłem się więc w nią z całą siłą, aż po nasadę członka. Orgazm był jak oślepiające uderzenie. Nagromadzone przez cały dzień napięcie znalazło w końcu ujście. Nie wiem, iloma skurczami wystrzeliłem w gorące wnętrze. Pięcioma? Sześcioma? Nieważne. Nie liczenie było mi wówczas w głowie.

I wtedy usłyszeliśmy jak w drugim pokoju moja mama wstaje z kanapy. Zamarliśmy. Agata odepchnęła mnie i w pośpiechu zaczęła wciągać na siebie spodnie. Moja sperma ciekła jej po udach. Ja także w panice usiłowałem doprowadzić się do porządku, nie mogąc złapać tchu i próbując uspokoić oszalałe bicie serca.

– Gdzie jesteście, dzieci? – usłyszeliśmy pytanie. – Przysnęło mi się trochę…

– Jesteśmy w łazience, mamo, zaraz wracamy – odpowiedziałem, modląc się w duchu, aby mój głos brzmiał spokojnie i zwyczajnie.

– To chodźcie do kuchni, na deser będą lody i kawa! Stawiam już wodę.

Jakimś cudem udało nam się doprowadzić do ładu. Minęła jednak dłuższa chwila, zanim pojawiliśmy się w kuchni.

– Agatkę coś zaczęło boleć – usiłowałem się wytłumaczyć. – Szukaliśmy czegoś przeciwbólowego.

– Coś poważnego? – zaniepokoiła się moja rodzicielka.

– Ach, nic mi nie będzie. Może to te dzisiejsze zmagania z polską pogodą. Już mi lepiej – zapewniła Agata z czarującym uśmiechem, pełnym dziewczęcej niewinności. – Przyjęłam już moje… lekarstwo. Na wszelki wypadek, w dużej dawce. Ale przed snem chyba to powtórzę…

Akt III

Niedzielny poranek… taki, jaki powinien być. Budzący się ociężale z głębokiego snu, powoli wsączający rzeczywistość pod wpółprzymknięte powieki. Leniwy.

Obudziła mnie delikatna, powolna pieszczota. Palce Agaty, nieśmiało i ostrożnie skradające się po mojej nodze. Nie otwierałem oczu, delektując się jej czułością. Dobierała się do mnie pod kołdrą, po cichu, jakbyśmy nie mogli się zdradzić z tym, co robimy. Jakby gdzieś obok byli czujni rodzice, przed którymi musimy ukrywać nasze poranne uniesienia. To było słodkie i podniecające zarazem. Czułem się, jakbyśmy wykradali naszą namiętność z rajskiego ogrodu. Jakbyśmy zrywali słodkie jabłka grzechu i występku.

Dłoń przesuwająca się po moim udzie odnalazła wreszcie swój cel. Lekko musnęła członek, nieśmiało – lecz prowokująco. Przez chwilę wodziła po nim opuszkiem palca, kreśląc lubieżną linię pieszczoty i subtelnie budząc go do życia. Dotyk przenikał w głąb, budził w lędźwiach rozkoszny dreszcz, który rozpływał się po całym ciele. Nie otwierałem oczu, podtrzymując iluzję snu, choć pęczniejący z każdą sekundą kształt był wymownym dowodem mojego stanu.

Agata balansowała na ulotnej granicy pomiędzy rozkoszą podniecenia a niewinną, dziewczęcą czułością. Uśmiechnąłem się lekko, gdy – na pozór przypadkowo – musnęła mój napletek. Potem poczułem, jak bierze go w dwa palce i umiejętnie pieści, badając jedwabistą miękkość tej niezwykle delikatnej części męskiego ciała. Uwielbiałem, gdy się mną tak zajmuje, choć wiedziałem, że nie będę w stanie dłużej udawać, że śpię. Jęknąłem cicho, nie mogąc powstrzymać budzącej się cudownej rozkoszy.

– Dzień dobry, kochanie – usłyszałem. – Pomyślałam sobie, że chciałbyś być w ten sposób obudzony…

Palce Agaty wężowym ruchem objęły moją rosnącą męskość i zacisnęły się na niej czułym uściskiem. Pewny chwyt i powolny, miarowy ruch… w górę… w dół… i znowu w górę… Robiła to spokojnie, pewnie, z nieubłaganą konsekwencją. Było w tym coś z zafascynowania męskim erotyzmem i spokojną codziennością chłopki dojącej krowę.

– Uwielbiam czuć, jak rośnie… – wyszeptała mi do ucha namiętnie i czule. – Jak pęcznieje mi w dłoni… Jak nabrzmiewa cały… budzi się do życia… Kocham czuć, jak rośnie dla mnie… Jest taki jedwabisty, taki gładki… ale sztywnieje od razu, jak żywe, świadome zwierzę… Moja bestia… Bestia, którą muszę się zająć… właśnie tak… w górę i w dół… Boże… jak on szybko urósł…

– To ty to sprawiasz – zamruczałem. – I myślenie o tym, co ci zaraz zrobię…

– A co byś chciał mi zrobić? – szepnęła cicho. – Powiedz. Uwielbiam, jak mi to mówisz…

Obróciłem się na bok i otworzyłem oczy. Jej zielone spojrzenie i jej magiczny uśmiech były pierwszym widokiem, który ujrzałem tego dnia. A ja pragnąłem, aby to nigdy się nie zmieniło.

– Chcę cię obrócić… i chcę włożyć ci do środka. Chcę czuć, jak zaciskasz się wokół mnie. Jak wpuszczasz mnie w głąb… na pozór opornie… ale oboje wiemy, że robisz to chętnie. Bo ty uwielbiasz się wypinać dla mnie…

Ruchy dłoni Agaty wyraźnie przyspieszyły, a oczy błysnęły. Widziałem, że jej nozdrza falują, niczym u wyścigowej klaczy podnieconej perspektywą wyścigu. Oddech nabrał głębokości i stał się ciężki, urywany.

– Lubisz się wypinać, prawda? – kontynuowałem. – Czujesz się dobrze w tej roli. Uległej, wiernej suki… Dającej na życzenie i wedle zachcianki… Dającej od rana…

– Przeleć mnie – jęknęła gardłowo. – Przeleć mnie natychmiast. Zerżnij w tyłek. Spuść się tam… Moja pupa już czeka… Ona służy właśnie do tego… Żebyś mógł rano ulżyć sobie… Zerżnij mnie…

Błyskawicznie obróciła się, wypinając bezwstydnie i chowając głowę w poduszce. Jednym ruchem chwyciłem tubkę żelu, który zawsze leżał na stoliku na takie okazje. Szybciej… szybciej… Czemu ta cholerna zakrętka stawia opór…? Wreszcie trysnąłem solidną porcją na palce i błyskawicznie rozprowadziłem ją na wyrywającym się do dzieła członku.

Chciałem ją przygotować i rozluźnić. Mokrymi od żelu placami dotknąłem wypiętej i oczekującej pupy. Odnalazłem słodką dziurkę i lekko nacisnąłem, chcąc przygotować moją dziewczynę na penetrację, ale Agata niecierpliwie jęknęła, żebym wchodził od razu. Chciała właśnie tak. Mocnego, analnego seksu, na granicy rozkoszy i bólu. Kochała to. Oboje to kochaliśmy. Bez zbędnych ceregieli objąłem ją wpół i pchnąłem. Mocno. Jednym, powolnym, ale zdecydowanym ruchem wsunąłem się w nią, w jej rozgrzaną miękkość.

– Boże… on jest taki wielki… – stęknęła. – Uwielbiam, jak się we mnie wbijasz. On jest taki gruby… chyba mnie rozerwie…

– Boli? – spytałem cicho.

– Nie, głuptasie… Zresztą nieważne. Weź mnie. Weź mnie szybko… Użyj… Od tego jestem…

Przyciągnąłem ją do siebie, mocno. Zdecydowanie. Objąłem ją żelaznym chwytem i skorzystałem z jej ciała. Tak, jak chciała. Tak, jak oboje potrzebowaliśmy. Krótko, szybko i do końca.

I ja, i Agata lubimy te poranki, kiedy biorę ją dziko i szybko, w prymitywnym, wręcz zwierzęcym akcie kopulacji. Tu nie ma miejsca na przygotowania, na gry wstępne czy na pieszczoty. Tu jest odwieczne prawo samca do pokrycia chętnej i uległej samicy. W jej najciaśniejszy i najbardziej wrażliwy otwór.

Uczucie, które mi towarzyszy, kiedy kończę w pupie mojej lubej jest nie do opisania. I dla mnie, i dla niej. Agata powiedziała kiedyś, że ma wtedy świadomość bycia moją własnością, niczym niewolnica zakupiona do zaspokajania swojego Pana. I ta świadomość daje jej nieziemską, niewysłowioną rozkosz.

Wystarczyło mi kilka ruchów, by z głośnym jękiem wypełnić ją spermą. To był typowy, namiętny szybki numerek. Nagły i intensywny jak wiosenna burza. Gdy nadszedł orgazm, zaborczo przyciągnąłem Agatę do siebie, objąłem mocno rękami, odbierając możliwość ruchu i pozwalając, aby każda kropla nasienia znalazła się w jej ciasnym wnętrzu. Chwilę leżeliśmy, oddychając głęboko, złączeni dzikością naszego uniesienia. A potem wysunąłem się z niej wolno i niechętnie. Wtedy moja Najmilsza obróciła się do mnie. Jej oczy płonęły zielonym ogniem.

– Mój pan zadowolony? Spełniłam swoją powinność?

– Jesteś cudowna – szepnąłem. – Uwielbiam cię.

– Wiem. Po to jestem. Żebyś miał kogo uwielbiać. I kogo zerżnąć – dodała kusząco, z żartobliwym błyskiem w oku.

Objąłem mojego Zielonookiego Rudzielca i przytuliłem mocno. Było mi dobrze i słodko.

– Kocham cię – wymruczałem w jej ogniste włosy. – Zawsze będę.

– Wiem, mój rycerzu – szepnęła poważnie.

Nagle poczułem, że muszę to powiedzieć. Ta myśl dojrzewała we mnie długo, ale teraz zrozumiałem, że chcę to zrobić właśnie teraz. W zaciszu naszej sypialni. W intymności wspólnej chwili.

– Wyjdziesz za mnie? Tak na całe życie? – spytałem cicho.

Odsunęła się nagle, jakby przestraszona. W jej szmaragdowych oczach zalśniło coś nieokreślonego. Nadzieja? Ulga? Strach? Milczała przez chwilę.

– Przecież wiesz, że to nierealne – szepnęła. – I zupełnie niemożliwe.

– Nieprawda. Jest realne. I zamierzam to zrobić. Oficjalnie i protokolarnie. Z pełnym ceremoniałem. Jeśli tylko się zgodzisz.

Zapadło milczenie. Chwila, w której cały mój wszechświat skurczył się do jednego punktu. Pradawnej Osobliwości, zawieszonej gdzieś na początku Istnienia. Trwaliśmy w tym dziwnym momencie, zastygli w próżni, oczekiwaniu i marzeniu. Magia momentu Kreacji. Magia życia. Dwojga istot, które chcą stworzyć własne Uniwersum, które będzie tylko ich własne, tylko dla nich. Oczy Agaty zaszkliły się łzami.

Wyciągnęła dłoń i dotknęła mojej twarzy, jakby sprawdzając, czy istnieję i czy naprawdę usłyszała to, co właśnie powiedziałem.

– A dzieci? Przecież wiesz, że nie mogę ci ich dać… – jej głos załamał się na chwilę.

– Wiem. I nic mnie to nie obchodzi. Jesteś moją Miłością. Teraz. Dziś. Jutro. Na zawsze.

– Ale przecież możesz kiedyś zacząć chcieć… Przecież każdy facet kiedyś chce być ojcem… Co wtedy?

– Agutku… To ty jesteś dla mnie całym Wszechświatem. A dzieci… zawsze możemy adoptować. I będziemy je kochać. Nauczymy je, że miłość jest najważniejsza. Że pokona wszystkie przeciwności. I wszystkie bariery. Nauczymy je, że można być najbardziej szczęśliwą rodziną na świecie. Tylko mnie kochaj. Wyjdź za mnie… Wyjdziesz? Tak do końca… Na zawsze. Na całe życie. Zgadzasz się?

Przymknęła oczy.

– Zgadzam… – szepnęła, czyniąc mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. – Wbrew całemu światu. Wbrew rozumowi. Tak, zgadzam się. Na całe długie, szczęśliwe życie. Przysięgam ci to.

Nagłym ruchem przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem. Otworzyła oczy i objęła mnie, przylegając do mnie całym ciałem.

– Kocham cię – szepnąłem. – Jestem twój. Na całe życie.

– Kocham cię – odpowiedziała. – Jestem twoja. Na całe życie.

Chwilę leżeliśmy tak, obejmując się i tuląc jak dwa pierwsze istnienia u zarania Kosmosu, które dopiero odkrywają, że cała Przyszłość jest wspólna i należy do nich. W końcu Agata odsunęła się, by spojrzeć na mnie uważnie. Zmarszczyła nosek.

– Zaraz, zaraz… ale jeśli mi się oświadczasz, to gdzie masz pierścionek? Gdzie klęczenie w restauracji, na oczach tłumu? No… nie wiem, czy się nie zgodziłam za wcześnie… – zamruczała, niby to naburmuszona.

– Och, zrobimy powtórkę. Mogę cię prosić o rękę codziennie, jeśli sobie tego życzysz. – Roześmiałem się. – No, i żeby tradycji stało się zadość, powinienem chyba jeszcze poprosić o ciebie twojego ojca?

Parsknęła śmiechem, nie mogąc dłużej udawać powagi.

– Wariat! Romantyk, szaleniec. Wy, Polacy, naprawdę chyba jesteście jacyś inni. Mój polski wariat… Jesteś absolutnie niemożliwy. Ja sobie chyba ciebie wymyśliłam.

– Trafił swój na swego – mruknąłem.

Spoważniała.

– Zdajesz sobie sprawę, że będziemy musieli wyprowadzić się z Polski? Że tu, w twoim kraju, nie możemy być razem? Tak jak chcesz, na zawsze. A jeśli jeszcze chcemy naprawdę myśleć o dzieciach…

– Wiem – westchnąłem. – Ale przecież możemy jechać do ciebie, do Francji. Skończysz studia, a na starość zamieszkamy sobie gdzieś na prowincji, gdzie nas nikt nie znajdzie. Obiecuję, że nauczę się po francusku.

– Wiesz… – W jej oczach zamigotały przekorne ogniki. – Właściwie to po francusku już całkiem nieźle ci idzie…

– Uczę się u najlepszych.

– Mam ochotę dać ci kolejną lekcję, przystojniaku – mruknęła. – No, dalej… pokaż swojej narzeczonej, na co cię stać…

Lubieżnym ruchem przekręciła się w łóżku na wznak, bezwstydnie rozsuwając swoje niesamowicie zgrabne nogi. Poczułem uderzenie podniecenia. Uniosłem się na kolana i pocałowałem Agatę w usta… Potem powoli przeniosłem się niżej, na boskie przegięcie szyi… Pozwoliłem sobie na chwilę pieszczot w tym miejscu, po czym udałem się w dalszą drogę… ku wznoszącym się w szybkim oddechu pagórkom niewielkich piersi zwieńczonych drobnymi, sztywnymi sutkami. Drażniłem je i stymulowałem, przedłużając i odwlekając to, czego pragnęliśmy oboje.

Wreszcie Agata nie wytrzymała. Chwyciła moją głowę rękami, wplatając palce we włosy. Pchnęła mnie w dół, niecierpliwie i gwałtownie.

– Błagam… niżej… zajmij się mną… przestań mnie torturować…

Spełniłem jej prośbę. Sam też tego przecież pragnąłem. Dałem się poprowadzić okrywaną pocałunkami ścieżką jej płaskiego brzucha, zatrzymałem się na moment przy drobnym, niewielkim pępku i zszedłem jeszcze niżej…

…aż do momentu, kiedy moje usta zetknęły się z niewielkim, filigranowym, gładkim penisem. Objąłem go ustami, poczułem jak rośnie i pręży się pod moim językiem… A potem pozwoliłem się prowadzić dłoniom Agaty. Dłoniom, które po raz kolejny pokazały mi, co robić, żeby doprowadzić moją dziewczynę do obezwładniającej rozkoszy.

Kochaliśmy się tak już tyle razy… a ja za każdym razem uczyłem się czegoś nowego. Za każdym razem odkrywałem absolutną, dziką i niemogącą się równać z niczym przyjemność zrobienia laski własnej dziewczynie…

Tak, Agata jest dziewczyną unikalną. Jest shemale, czyli kobietą, która skrywa między swoimi szczupłymi udami bardzo intymną i niezwykłą tajemnicę. Penisa. Agata jest transetką. Jest dziewczyną – niezwykle kobiecą, szalenie uwodzicielską i piękną – mającą przy tym niewielkiego, zgrabnego członka.

Ladyboy, shemale, tranny girl… określeń jest wiele, a każde z nich niesie ze sobą jakąś etykietę. Dla mnie – i dla siebie samej – Agata jest po prostu Dziewczyną. To prawda, trochę inną niż wszystkie – ale czyż każdy facet nie powie tak o swojej prawdziwej miłości?

Dzięki stosowanej od młodego wieku kuracji hormonalnej moja Miłość ma perfekcyjnie dziewczęce ciało, piękne, naturalne piersi i zgrabny tyłek, za którym zawsze oglądają się wszyscy faceci. Ja zresztą też. Jest absolutnie kobieca – czy też może raczej: dziewczęca. Zachowała jedynie penisa – choć oczywiście medycyna potrafi już zrobić waginoplastykę. Ale po co? Czy to zmieniłoby cokolwiek?

Mimo posiadania męskiego atrybutu, Agata nie jest żadnym zniewieściałym facetem (jak czasem wypowiadają się o shemale internetowi kretyni) – a ja nie jestem gejem. Podobają mi się wyłącznie kobiety. I dlatego jestem właśnie z nią. A to, że ma hmmm… łechtaczkę nieco większą niż większość kobiet, zupełnie mi nie przeszkadza. Zresztą, może dzięki temu rozumie najlepiej na świecie, jak sprawić rozkosz facetowi.

Kiedyś, w żartach, powiedziała: „może i nie mam cipki, ale pomyśl o tym tak: żaden z twoich kumpli, którzy mają zwykłe panienki, nie ma szans na codzienny anal”. A ja wiem jedno: możecie mi zazdrościć. Wszyscy.

O jej – czy raczej: o naszej – tajemnicy w Polsce nie wie prawie nikt. I nikt się nie domyśla. Raz tylko Agata przeżyła potworne upokorzenie, gdy pewien stary, polski lekarz podczas wizyty kazał jej się rozebrać i po ujrzeniu jej nagiej, nazwał ją wynaturzeniem. Potworem. Pedałem skrywającym się pod spódnicą.

Tego dnia Agata wróciła do mnie zapłakana i rozedrgana. Nie rozumiała, jak można aż tak nienawidzić. Nie rozumiała, skąd tyle pogardy i niezrozumienia mogło wziąć się w drugim człowieku – a zwłaszcza w lekarzu. A ja chciałem iść i natłuc gnoja po mordzie. Wbić mu te obrzydliwe słowa z powrotem do gardła razem z zębami.

Powstrzymała mnie. Co by to dało? Co by to zmieniło?

Czy można kogoś uderzyć za to, że czegoś nie jest w stanie pojąć? Za to, że nie potrafi wyjść poza ciasne ograniczenia swojego umysłu? Że nienawidzi tego, o czym nie ma pojęcia?

– Wiesz… może jemu po prostu stanął na mój widok i dopiero, gdy zdjęłam majtki, ogarnęło go przerażenie? Może wówczas po prostu przestraszył się samego siebie… – powiedziała wtedy moja dziewczyna.

Agata jest jedna na milion. I choć w mojej ojczyźnie byłaby narażona na nienawiść i pogardę, wybrałem właśnie ją. Wyjedziemy do Francji, weźmiemy ślub i będziemy szczęśliwi. Nikt nie będzie nam mówił jak żyć.

Będziemy bardzo szczęśliwi.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Fajnie, że ta historia znalazła wreszcie zakończenie.

Pamiętam ją jeszcze sprzed lat. Obawiałam się, że nigdy nie poznam finału.

Na szczęście byłam w błędzie. A sam finał nie zawiódł.

Nathalie

Opowiadanie jakże odmienne od “Odnaleźć swoje miejsce”.

Romantyczne, fabularnie proste, ocierające się niekiedy o banał, choć oczywiście dobrze napisane.

Czytam i myślę, gdzie ten Ravenheart prowokator?

A potem dotarłem do finału…

Gdzie jest Mick, kiedy go potrzeba? 😀

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz