Stygma. Karl von Rückkehr (MRT_Greg) 3.34/5 (2)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 13 minut/-y

Źródło: Pixabay

03 październik 1946. Godzina 16:15. Norymberga. Przesłuchanie nr 14. Więzień: Karl von Rückkehr.

– Oskarżony o udział w spisku i przygotowaniach planu przeciwko pokojowi, zbrodnie przeciwko pokojowi, zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości i skazany na karę śmierci przez powieszenie. Czy przyznaje się do winy?

– Nie.

******

Gdzieś, teraz

Stoję przy drewnianym słupku otaczającym pole. Przywiązany do niego parciany pas łączy się z kolejnymi po bokach i następnymi, aż do drogi. Wpleciony między nitki drut pod lekkim napięciem nie pozwala pasącym się koniom przekroczyć tej bariery. Dziś jednak nie ma zwierząt. Dotykam linki, spodziewając się mrowienia pod palcami, lecz do niczego takiego nie dochodzi. Przede mną ciemna linia lasu. Dzieli mnie od niej niewielki strumyczek i szeroki łan ugoru. Jakaś niesamowita siła targa na boki koronami drzew, lecz rząd stojących naprzeciw mnie, wzdłuż otwierającego się naprzeciw mnie leśnego duktu, stoi spokojnie, jakby od reszty lasu oddzielała je jakaś niewidzialna bariera. Wyciągam rękę w kierunku gęstwiny, coś mnie do niej przyciąga. W momencie, gdy na twarzy czuję delikatny powiew ciepłego wiatru, słyszę za sobą kobiecy głos. Rozrywany jednak w przestrzeni jest niewyraźny. Nie rozróżniam słów, choć podświadomie wiem, że chodzi o mnie.

Przymykam oczy, gdy mocniejszy poryw sypie mi w twarz nitkami suchego siana. Odwracam się w stronę głosu, lecz przed sobą widzę tylko… ciemną linię lasu. Dzieli mnie od niej niewielki strumyczek i szeroki łan ugoru. Jakaś niesamowita siła targa na boki koronami… Zaciskam zęby, gdy przechodząc pod taśmą, czuję, jak końcówki drutu szarpią moją kurtkę, przeskakuję potok i biegnę w stronę zieleni. Wysokie źdźbła traw smagają mnie po twarzy, lecz nie zwracam na to uwagi. Nagle potykam się na kretowisku i upadam twarzą w błoto. Podnoszę się.

Przede mną ciemna linia lasu. Dzieli mnie od niej niewielki strumyczek i szeroki łan ugoru…

Zrozpaczony potrząsam przed sobą zaciśniętą pięścią. Tym razem nim przejdę pod taśmą, odchylam ją rękoma, zaginam palcami końcówki drutu i przechodzę na drugą stronę. Przeskakuję potok i biegnę co sił w stronę zielonej ściany. Przebiegam obok kretowiska, na którym widnieje wyraźny ślad mojej podeszwy. Teraz już uważniej wypatruję pojawiających się znienacka przeszkód, zaczepiam rękawem o młodą sosenkę, z daleka jej nie widziałem, nie spuszczam jednak z oczu zbliżających się do mnie drzew. Wreszcie jestem tuż obok. Zwarta linia w tym miejscu nie wpuszcza do środka nawet światła słonecznego, tym bardziej i ja się nie przecisnę. Idę wzdłuż granicy i dochodzę do ścieżki. Z daleka wydawała się szersza, tak naprawdę ledwie się w niej mieszczę.

Wkraczam do lasu  Po drodze dotykam liści dzikiej jarzębiny. Kruszą mi się pod palcami. Po chwili czuję na twarzy delikatne łaskotanie. To liście, spadają z drzew i ocierają się o mnie, zaścielając ziemię pod stopami. Spoglądam w górę – niebo zasnute ciemnymi chmurami nie zwiastuje nic dobrego. Z góry leci na mnie lawina kolorowych płatków. Liście dębu, kasztana, topoli, niczym rój pszczół przemykają raz w prawo, raz w lewo, spadając coraz niżej. Ciężkie chmury rozszczepiają światło ostatnich promieni słońca,  barwiących otaczającą mnie gęstwinę na nieziemsko rubinowy kolor. Wydaje się, jakby gdzieś tam, w górze otwarła się czara i wlała w otchłań poniżej gęste strugi na wpół zakrzepłej krwi. I ta cisza. Wszechogarniająca, niesamowita, jakbym miał watę w uszach. Choć stąpam po gałązkach, które łamią się pod moim ciężarem, do moich uszu nie dociera żaden dźwięk.

Po chwili otoczenie się zmienia. Znad ziemi unosi się mgła. Początkowo oplata tylko moje stopy, później płoży się po ziemi, a następnie unosi do góry jakby przyciągana jakąś nienamacalną siłą. Lepka zawiesina zasłania dalszą perspektywę, widoczność spada do zaledwie kilku metrów. Przyćmione, rozproszone światło zmienia ponownie swą barwę, nadając otaczającej mnie rzeczywistości sterylną, monochromatyczną formę. Krzaki wokół mnie przypominają dzikie bestie i piekielne stwory, czuję ich wzrok na sobie, zimny oddech na karku. Przyspieszam kroku, rozglądając się trwożliwie dookoła. Przede mną wyłania się sznur zakapturzonych postaci. Na ich widok serce, dotychczas bijące dotąd jak oszalałe, zamiera. Czuję nagły skurcz, kręci mi się w głowie, słaniam się na nogach i upadam na ziemię. W ostatniej chwili podpieram się ręką. Zaskoczony zauważam, że mgła unosi się nad ziemią a jej dolna granica znajduje się mniej więcej na wysokości moich łydek. Podnoszę się z przymkniętymi powiekami, lecz tak jest jeszcze gorzej. Otwieram więc szeroko oczy, by stawić czoła nadchodzącym. Wkrótce dociera do mnie prawda – ulga ciepłą strugą płynie wewnątrz nogawki. Ściśnięty ze strachu pęcherz teraz się rozluźnia. Podchodzę bliżej, już bez strachu, do milczącego korowodu. To tylko rząd strzelistych jałowców wywołał we mnie taką panikę. By dodatkowo przekonać swój umysł dotykam rośliny. Zielone igły pod moimi palcami momentalnie brązowieją i sypią się pokosem na ziemię. Po chwili już tylko czarne badyle sterczą w górę. Cofam rękę jak oparzony. Czy wszystko, czego dotknę, musi obumierać?

Kątem oka zauważam jakiś ruch. Mimo, że nie dostrzegam nikogo, opar w tym miejscu skręca się niczym w oku cyklonu. „Ktoś tam musi być” – myślę sobie, – „przecież w naturze nie występują poziome spirale.” Jakby dla potwierdzenia moich myśli, słyszę jakieś głosy, a zaraz po nich dziewczęcy pisk. Krzyk przedłuża się, wznosi się, by po osiągnięciu wysokiego „a” zamrzeć nagle ucięty. To nie był zwykły okrzyk, lecz głos najwyższego przerażenia. Zrywam się więc do biegu. Czuję, jak moje mięśnie, niczym tłoki parowozu, niosą mnie w tamtą stronę. Ciężko sapię, przedzierając się przez nisko zwieszone gałęzie; osłaniam się przed nimi rękoma, ale i tak któryś z wąskich pędów dostaje mi się pod okulary i zerwie je z nosa. Upadam na ziemię i znów tracę kontakt z rzeczywistością. W ciągu tej krótkiej chwili przenosi mnie do początku lasu. Wściekły bardziej na siebie niż przedziwną naturę tego miejsca, poprzysięgam sobie ponownie większą ostrożność. Nisko zwieszony konar nie jest już taki groźny, gdy odchylam go delikatnie dłonią. Drobna gałązka smaga mnie po twarzy, zrywając okulary z nosa. Łapię je w ostatniej chwili. Brudna smuga wygląda jak pęknięcie. Na szczęście znika, przetarta rękawem koszuli. Zakładając szkła na nos, odnotowuję załamanie przestrzeni. Teoretycznie stoję na miękkiej wyściółce, jednak wokół mnie ziemię zaściela mnóstwo kamieni. Niektóre omszałe, inne odsłonięte, błyszczą trupią bielą. Idę już zdecydowanie ostrożniej. Krzyk powtarza się, lecz jakby stłumiony, bełkoczący, a zaraz po nim jeszcze jeden, tym razem wysoki, wyraźny:

– NIE!

Zapominam o postanowieniu sprzed kilku sekund. Przeskakuję przez sterty głazów, nie zwracam już uwagi na zadrapania. Co chwila się potykam, podpieram poranionymi dłońmi i pędzę przed siebie, czując, że zaraz wydarzy się coś strasznego. Wreszcie zdyszany wypadam na polankę. Tu nie ma mgły. Nie ma też strasznych miraży. Jest za to całkiem realny horror.

Stopy wrastają mi w podłoże. Zastygam niczym kamienny posąg, obserwując, jak obłoczek pary z mych ust leniwie oddala się ode mnie. Lecz to nie on mnie tak przeraża ani najwyraźniej słaba grawitacja, tylko krąg, jaki formuje się pośrodku traw. Unoszące się kamienie wirują wokół postaci po środku, tworząc coś na kształt ażurowej kuli. Dostrzegam wysoką, bladą kobietę. Jest naga. Latające głazy co chwila przysłaniają mi widok, tak że trudno mi dostrzec cokolwiek więcej. Za nią, w pewnym oddaleniu, w głębokiej trawie widzę małą dziewczynkę. Siedzi skulona, obejmując rękoma kolana. Usta otwarte w bezgłośnym krzyku. Na lewo od kobiety rozlała się ciemna plama, niczym fragment mroku nocy w jasności dnia. I oczy. Żółte ślepia bestii migotają złowróżbnie raz przy samej ziemi, by po chwili tuż pod ostatnim kręgiem u góry. Napotykam ten wzrok i nie mogę oderwać od niego oczu; czuję, jak włochate macki obejmują mnie i wyciągają z ziemi. Ciemność zasnuwa mi oczy.

Po chwili jestem wewnątrz kamiennego obłoku. Czuję postać tej istoty, której pochodzenia nie jestem w stanie odgadnąć. Wewnątrz i na zewnątrz istnego koszmaru, przed oczami przebiegają mi kosmate wizje orgii: mężczyźni i kobiety wiją w się męczarniach, kopulując ze sobą w najdziwniejszych pozycjach. Po chwili obraz rozwiewa się, wyciągam rękę w stronę kobiety. Teraz widzę wyraźnie każdy fragment jej nagiego ciała. Skołtunione włosy otaczają piękną niegdyś twarz, która dziś poorana zmarszczkami, ubrudzona ziemią, razi swoją szpetotą. Lecz ciało wciąż ma jędrne, drobne piersi prężą się dumnie, a twarde sutki sterczą nabrzmiałe. Talia, nieco zaokrąglona na wysokości bioder, spływa długimi gładkimi nogami do samej ziemi. Stopy wbija w grunt…, nie… to czarne korzenie ją pochłaniają, nie pozwalając ruszyć się z miejsca. Ręce wiszą bezwładnie wzdłuż boków, na lewym ramieniu widać świeżą szramę, jak od noża lub innego narzędzia.

Podchodzę… płynę… w jej kierunku, wyciągam szponiastą dłoń i zatapiam w jej ciele. Rozkoszuję się krwią, która tryska z rany, oblizuję językiem usta łaknące życiodajnych płynów. Wyszarpuję ramię z rany i rozkładam na boki dłonie niczym kapłan podczas mszy. Niewidzialna siła rozsuwa nogi kobiety, pomiędzy którymi pobłyskuje blade łono. Wraz z kolejnym ruchem mej ręki odchyla się do tyłu i kładzie na wielkim głazie. Wokół, niczym na ołtarzu, pojawiają się wąskie płomyki ognia, oświetlając makabryczną scenerię. Wychodzę z cienia, czując, jak drobne płomyczki pełgają po moim ciele; krzywię się, czując ich zdrowe ciepło. Lecz wszystko to jest zaledwie mgnieniem, gdy górę bierze pożądanie. Spomiędzy moich ud wysuwa się długi, zakrzywiony członek. Jest gigantyczny, gruby, poznaczony ciemnymi żyłami z odsuniętym napletkiem, pobłyskuje purpurą żołędzi. Przerażona kobieta usiłuje zacisnąć uda, lecz niewidzialna siła trzyma ją jak w kleszczach, nie pozwalając na najmniejszy ruch. Choć nasze kolana ledwo się stykają, penis już powoli znika między fałdkami jej łona. Zaciska palce na mchu, wyrywając jego kępki. Wypycham biodra do przodu, chcąc wbić się w nią, lecz wydaje się to być chwilowo nieosiągalne. Jest niedostępna, sucha jak wiór. Klękam więc u jej stóp, długi język wibruje mi w gardle, jakby kierowany własnym życiem, wypełza z mych ust i powoli przesuwa się po jej udach w stronę zaciśniętych warg. Czuję, jak zaczyna drżeć pod wpływem moich delikatnych niczym puch liźnięć. Mimowolnie rozchyla płatki swego kwiatu, ukazując mi różowe wnętrze. Choć zniecierpliwiony, staram się dotrzeć w każdy zakątek, ze szczególną dbałością wylizuję nabrzmiewającą kulkę, ukrytą między fałdkami. Pojawiają się pierwsze krople soków, a już po chwili płyną nieprzerwanym strumieniem, kapiąc na kamienny postument, na którym spoczywa. Szybko chwytam je koniuszkiem języka, rozmazuję je po jej podbrzuszu, a następnie wciskam język w jej wnętrze.

O, tak! Teraz jest gotowa! Gorąca i mokra, zaciska mięśnie pochwy, czując łaskotanie mojego języka. Zagłębiam się w nią coraz bardziej, smakując słodycz jej wnętrza, penetruję najdalsze miejsca, docieram aż do granic. Och, nie zmieszczę się cały! Nie może tak być. Spoglądam w dół na swój organ, czule przesuwam po nim dłonią. Nagle do mojej podświadomości dociera lubieżna myśl stwora. Niepomny na kruchość kobiety, chce wbić się w nią na całą długość. Obraz ofiary rozrywanej w potwornej chuci, powoduje mdłości. Oddycham ciężko, łapiąc łapczywie powietrze. „Nie!” – krzyczę w myślach. – „Nie zrobię tego! Chciałeś, bym wniknął w ciebie, więc pozwól mi działać po swojemu!” Czuję, jak oślizgłe macki, acz z niechęcią, ustępują. Mój członek kurczy się, osiągając standardowe, można by rzec, rozmiary, choć wciąż z dziwnymi naroślami. Między rozpłaszczonymi piersiami widzę wzrok kobiety. Dostrzega w mych oczach odrobinę człowieczeństwa i chyba pojmuje jaką wojnę toczę w sobie, gdyż rozluźnia ramiona i przymyka powieki, oddając mi się całkowicie.

Pochylam się nad nią i wsuwam członek w jej rozkoszne wnętrze. Pojękuje cichutko, gładząc się po piersiach, ociera swym udem o moje biodra. Nie chcę jej skrzywdzić, pragnę tylko zaspokoić obleśne żądze bezcielesnej istoty, pod której władaniem się znalazłem. Moje dłonie, na przemian raz własne, poskręcane artretyzmem, raz te ohydne, włochate, porośnięte twardą szczeciną z grubymi, ptasimi szponami na końcu, obejmują kształtne pośladki kobiety Tłoczę się w nią posapując; czuję, jak ślizgam się w jej pochwie, nie mogąc doczekać tej upragnionej chwili. Z jednej strony chciałbym, żeby już nadeszła, z drugiej – pragnę przedłużać tę rozkosz w nieskończoność, zespolić się z nią po wsze czasy i trwać w tym błogostanie do końca świata. Gwałcona jęczy coraz głośniej, wbija swoje starannie formowane paznokcie w moje ramiona. Chowam w swych dłoniach jej zgrabne piersi, ściskam mocno sutki, wiedząc, że sprawiam jej tym ból, ale i nieopisaną przyjemność. Wygina ciało w pałąk, drży i po chwili tężeje. Fale skurczów w jej pochwie powodują, że i sam osiągam spełnienie. Odchylam się do tyłu, wbijając po raz ostatni i wybucham w jej wnętrzu. Czuję, jak moje nasienie wypełnia ją nieprzerwanym strumieniem rozkoszy.

Postękując, drgam w spazmach. To nie może być! Wciąż leje się ze mnie, a ona niepomna na to, co się dzieje, trzyma mnie wciąż w sobie. Wreszcie dociera do mnie prawda. Nie pozwoliłem bestii na krwawą jatkę, tak teraz nieprzerwanym strumieniem spermy zapełniampo brzegi kobiece łono. Cuchnąca czarna maź, miast perłowego nasienia, niczym kwas przeżera jej tkanki i wpływa do kolejnych organów. Ona krzyczy, wije się pode mną. Z mieszaniną fascynacji i przerażenia obserwuję, jak jej brzuch nadyma się niczym balon, płuca rzężą w agonii, z ust wypływa cienki strumyczek brunatno–zielonej breji. Po chwili tryska już wszystkimi otworami, fontanną złożoną z na wpół przetrawionych resztek pokarmu, krwi i spalonych wnętrzności. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę nic zrobić. Nie mogę krzyczeć, choć rozpacz wzbiera mi w gardle. Słyszę tylko dudnienie krwi pulsującej w żyłach skroni i obmierzły śmiech potwora.

Pozwala mi usiąść. Opadam więc ze schyloną głową na ciepłą ziemię, pławię się w śmierdzącej kałuży, jaka zbiera się wokół głazu, na którym ona leży. Kątem oka zerkam na dziewczynkę. Do tej pory nie zwracałem na nią uwagi. Leży zemdlona obok, krwawy strumień omija ją i pełznie w kierunku wirującego kręgu. Delikatny wietrzyk podwiewa jej sukienkę, ukazując chude jak patyki nóżki. Czuję, jak w bestii, we mnie…, obok mnie, budzi się kolejne pożądanie. „Nie!” – krzyczę. – „Nie dostaniesz jej! Nie masz takiej siły!” Zrywam się z ziemi i rzucam na przelatujący w pobliżu głaz wielkości dorosłego człowieka. Czuję piekielny żar, swąd palonych włosów, ogień w trzewiach i szponiastą dłoń zaciskającą się na mym gardle. Zawieszony w próżni obraca mnie przed swoje oblicze. Płyny kształt zmienia się raz po raz, jednak w gmatwaninie dostrzegam pierwotne zło; to, przed którym księża straszą w kościołach; to spotykane w ciemnej uliczce miasta; to, które jest zawsze obok nas, niekiedy blisko, niekiedy daleko, na granicy podświadomości. I niekiedy wydostaje się na powierzchnię, przeistaczając nas samych w potworów. Elżbieta Batory, Pedro Alonso Lopez, Henry Lucas, Andriej Czikatiłow…

Dławiący uścisk na gardle wzmacnia się, gdy próbuję się wyszarpnąć. Tkwię jednak nadal jak w imadle.

– Nie mam takiej siły?! – potworny szept rozbrzmiewa w mojej głowie.

Kątem oka widzę obraz jak w starym kinie. Mała dziewczynka podnosi się z ziemi, patrzy z przerażeniem na zewłok będący niegdyś jej matką. Osłania oczy przed blaskiem, uśmiecha się i idzie w naszym kierunku. W przypływie paniki macham rękoma, rozmazując obraz. Po chwili rozpływa się, a ja wciąż tkwię w uścisku bestii. Nie walczę już. Pozwalam, by moje kończyny zwisały bezwładnie. I wreszcie ta myśl! Podnoszę głowę, spoglądam istocie prosto w te jadowite ślepia i szepczę:

– Wybaczam ci…

Rozdziawia paszczę, wijący się we wnętrzu rozdwojony język błyszczy krwawą żółcią. Z gardła dobywa się ryk, od którego pękają mi bębenki w uszach. Monstrualna otchłań, najeżona podwójnymi rzędami ostro zakończonych kłów, zbliża się do mojej głowy i po chwili zatapia je w mojej szyi. Ból jest nie do wytrzymania. Usiłuję coś krzyknąć i…

Stoję przy drewnianym słupku otaczającym pole. Przywiązany do niego parciany pas łączy się z kolejnymi po bokach i następnymi aż do drogi. Wpleciony między nitki drut pod lekkim napięciem nie pozwala pasącym się koniom przekroczyć tej bariery. Dziś jednak nie ma zwierząt. Dotykam linki, spodziewając się mrowienia pod palcami, lecz do niczego takiego nie dochodzi. Przede mną ciemna linia lasu. Dzieli mnie od niej niewielki strumyczek i szeroki łan ugoru. Jakaś niesamowita siła targa na boki koronami drzew, lecz rząd stojących naprzeciw mnie, wzdłuż otwierającego się naprzeciw mnie leśnego duktu, stoi spokojnie, jakby od reszty lasu oddzielała je jakaś niewidzialna bariera. Wyciągam rękę w kierunku gęstwiny, coś mnie do niej przyciąga, zaraz jednak cofam ją. Umysł smagnięty potwornym wspomnieniem każe mi uciec jak najdalej od tego miejsca. Odwracam się i w dziwnym bezczuciu biegnę przed siebie. Rozmazany obraz przed oczami dopiero w ostatniej chwili pozwala dostrzec stojącą na poboczu kamienną kapliczkę. Zderzając się z omszałym murem, w przebłysku świadomości dostrzegam oddalającą się ode mnie ciemną smugę. Cichy jęk, niczym skrzek potrąconego psa, wydobywa mi się z ust. Osuwając się na ziemię, czuję, jak tracę przytomność. Moja dusza krzyczy w nieokreślonym cierpieniu.

Drgnąłem, czując chłodny powiew na odkrytych ramionach. Chude, z wystającymi kośćmi, odsłaniają nękającą mnie chorobę.

Szeroko otwartymi oczami wpatruję się w spękany tynk na suficie. Wciąż jeszcze krzyczę. Zegar na ścianie wybija godzinę trzecią trzydzieści. Zasupłany w pościeli staczam się z łóżka, na miękki, puszysty dywan. Unoszę się do pozycji siedzącej, rękoma przejeżdżam po szyi. Wszystko na swoim miejscu. To tylko koszmar. Potworny, makabryczny, ale tylko sen. Wydostaję się spod materiału, prześcieradło mokre od potów roluję i rzucam w kąt pokoju. Po chwili dołącza do niego kołdra umazana zasychająca spermą. Trzęsąc się jeszcze, kładę się na łóżku i przykrywam kocem. Pewnie już do rana nie zmrużę oka.

******

Godzina 12:15

Wgryzam się w kanapkę z tuńczykiem. To mój pierwszy posiłek dzisiejszego dnia. Po męczącej nocy czuję się nad wyraz rozluźniony, jakby coś we mnie pękło, wylało się i nigdy nie miało powrócić. Koszmar, jaki mnie gnębił, zniknął w otchłaniach pamięci. Nawet nie pamiętam, czy mi się coś śniło. Z nogami na stole, popijając kęs gorącą herbatą, wpatruję się w telewizor, chłonąc informacje ze świata. Muszę być spostrzegawczy. Gazeta, w której pracuję, ma opinię rzetelnego informatora, jakikolwiek błąd jest nie do pomyślenia. Odstawiam kubek. Na stoliku obok drukarka wypluwa biały arkusz papieru. Znów się cholerstwo zacięło. Gmeram pod obudową, gdy nagle kątem oka dostrzegam na ekranie znajomy obraz. Podkręcam głos i z rosnącym przerażeniem wysłuchuję wiadomości:

Dziś rano w niewielkim lasku obok wsi Stajenna znaleziono zwłoki poszukiwanej od tygodnia znanej aktorki Elżbiety Z. Po raz ostatni widziano ją żywą, gdy wraz z córką  Karoliną spacerowała w pobliżu miejscowej stadniny koni. Od tego czasu, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań z udziałem żandarmerii wojskowej, nie znaleziono najmniejszego nawet śladu zaginionej. Najdziwniejsze wydaje się być to, że las, w którym została znaleziona, został wielokrotnie, dokładnie przeczesany. Na ślad nie wpadł też żaden z psów tropiących.

Wszystko wskazuje na to, że ofiara została wcześniej brutalnie zgwałcona, a następnie okrutnie zamordowana. Miejsce zdarzenia otaczają kręgi kamieni, co może sugerować rytualne zabójstwo. Córki zamordowanej jak dotąd nie odnaleziono, co pozwala mieć nadzieję, że nadal żyje. Policja odmawia dalszego komentarza w tej sprawie.

Ze wsi Stajenna mówiła…

Telewizor zgasł. Świetlówka ponad moją głową zamigotała, brzęcząc niczym złapana w pajęczynę mucha. Pieczenie na szyi spowodowało, że mimowolnie sięgnąłem tam ręką. W ciemnym ekranie telewizora dostrzegłem własne odbicie, tuż za uchem znajdowały się dwa, bliskie siebie, wgłębienia o średnicy około pół centymetra. Po suficie przemknął szary cień i zaraz znikł w wywietrzniku. Zastygłszy w przerażeniu, wyłowiłem uchem zamierający w oddali głos:

– Nie mam takiej siły?! Nie dziś, to jutro…  kto wie…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ciekawe…

Ciekawe i oryginalne, czy ciekawe i jestem pierwsza ?

Raczej: ciekawe i oryginalne, ale boję się napisać choć słowo więcej, bo autor bardzo drażliwy ;’D

Bardzo sprytnie ;).

Pisz Aniu. Żadne Twoje slowo nie ma takiej mocy by zirytować mnie bardziej niż moja słodka mała dzidzia, ktora rano postanowiła przefroterować w poprzek dywanu swoją kochaną obesraną pupcią…
Nawet najbardziej gówniana krytyka mnie dziś nie ruszy 😆
Mick… Nie krępuj się. 😉

O proszę, rodzicielstwo ma jednak jakieś zalety! 😀

No nieźle. Ale to było jak mniemam w domu i było trochę czasu żeby to ogarnąć ? Ja miałem kiedyś hardcore poza bazą. Do tego dość perfidny i w napiętych ramach czasowych.

Greg,
Syn ma rozmach jak jego tata 🙂 Niedaleko pada jabłko od ogóra 🙂 Udręki ojcostwa to dopiero pierwszy etap, później może być trudniej. Trzymam kciuki za dobrą męską relację, pozytywnie oddziałującą na obu facetów : starszego i młodszego.
Uśmiechy,
Karel

Syn ? No proszę. Ja myślałem że córcia :).

Wiesz Greg, mnie jak zwykle irytuje niewykorzystany potencjał.
Jesteś świetny w kreowaniu ostro popieprzonych bohaterów (opętanych jak widać też ;)), ale zbyt leniwy, żeby doszlifować opowieść do końca.

Możesz sprecyzować?

Mogę podać kilka przykładów, ale uznasz zapewne, że się czepiam…

Słupek z natury rzeczy nie może otaczać pola, może być najwyżej elementem ogrodzenia otaczającego je.

Powtórzenia, jak tu w przypadku naprzeciw: „lecz rząd stojących naprzeciw mnie, wzdłuż otwierającego się naprzeciw mnie leśnego duktu”.

Głos „rozrywany” w przestrzeni jakoś do mnie nie przemawia, szukałabym lepszego określenia… Zresztą głos to jeszcze nie nawoływanie, więc podświadome wyczuwanie „że chodzi o mnie” wydaje się bez sensu.

„Nitki” suchego siana… poważnie? 😉

„Wkraczam do lasu” – brak kropki…

„lawina kolorowych płatków” – jak mniemam ciągle chodzi o liście? Liście i płatki to zdecydowanie dwie różne rzeczy. Poza tym powinieneś się zdecydować czy wszystko pod dotykiem bohatera usycha i obraca się w proch, czy po prostu nastaje jesień.

„Na ich widok serce, dotychczas bijące dotąd jak oszalałe, zamiera.”

Leżący na ziemi bohater nie może uznać, że mgła unosi się na wysokość jego łydek, bo jego łydki leżą na ziemi ;p

„ale i tak któryś z wąskich pędów dostaje mi się pod okulary i zerwie je z nosa” – nielogiczne. Może miało być „dostanie”, skoro chwilę później rzeczywiście coś zrywa te okulary z nosa?

Mówią że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu …

Masz rację – sporo błędów, których można było uniknąć i… w zasadzie nie mam nic na swoja obronę, bo czas był. Może zabrakło czystego umysłu…
Słupek, powtórzenia, kropki (a raczej ich brak)… to faktycznie może powodować dyskomfort czytającego.
Niemniej…
…jak wspomniał Mick;
– płatki liści – przejdź się czasem do parku z magnoliami – zapamiętaj jak lecą płatki kwiatów a potem jesienią do lasu i porównaj z lecącymi liśćmi – dla mnie: jak płatki.
– tak – nitki siana – przyjedź na NESpot – wrzucę Cię w stóg i będziesz wyciągać te nitki z… 😀
– mgła – łydki. Spójrz, proszę, na panią ->
https://www.tapeciarnia.pl/tapety/normalne/218964_sportsmenka_lekkoatletyka_bieg_start.jpg
Co prawda ona szykuje się do startu ale upadając i podpierając się ręką w ostatniej chwili przyjmuje się pozycję podobną – gdzie znajduje się łydka?
– okulary zerwane z nosa – brak rozdzielenia na kolejny akapit – w całym szaleństwie opowiadania musiałem przeanalizować kilkukrotnie by sobie to uświadomić. Kto tak wnikliwie czyta opowiadanie, które ma mu posłużyć do przyspieszonego ruchu ręką…???
Dziękuję za komentarze 😉
Zapraszam częściej 😀

Całkiem spore to nic! ;D
(i bardzo dobrze!)

Magnolię mam nawet w swoim ogrodzie i to akurat nie jest najlepszy przykład, bo te płatki są znacznie cięższe od jesiennych, suchych liści. Nie wirują, ciężkie i mokre spadają pionowo w dół…

Ale najważniejsze pytanie: naprawdę sądzisz, że to najlepsze opowiadanie do przyspieszonego ruchu ręką? Ja cholernie żałuję, że na NE coraz trudniej o takie. Milion razy powtarzałam, że łatwiej tu o dobrą literaturę niż o dobrą erotykę. Nie powiem, sama też wpisuję się w ten nurt, publikując opowiadania, które nie zostały stworzone do przyjemności, ale kiedy wejdziesz między wrony…

Serdecznie pozdrawiam

A.

PS Kiedy ten G-spot? 😉

Udało mi się dopiero dzisiaj do końca przeczytać utwór, ale mnie on nie posłuży raczej jako wspomagacz do ruszania ręką. Nie dostrzegłem związku między prologiem a resztą tekstu. Chyba że zbrodniarz miałby być tym demonem ?

Nie czytało się najgorzej. Tylko dwie rzeczy mnie trochę zatrzymały. Drogi Gregu, co oznacza zwrot “lekkie napięcie” (Tesla przewraca się w grobie) ?

Nie znam co prawda reszty przedstawionych postaci ale czytałem sporo o Elżbiecie Batory i jawi mi się ona jako ekstremalny przypadek zakłamania historii. Po śmierci męża podstępem przejęto jej majątek a ona sama została żywcem zamurowana w wierzy. Jasne że w tamtych czasach nikt barankiem nie był, zwłaszcza szlachta, ale Elżbieta nie była jakoś wyjątkowo okrutna jak na tamte standardy.

Pozdrawiam,
Mick

Errata: zamiast “wierzy” powinno być “wieży” bo to chodzi o budowlę. Głupi słownik telefonu zmienił !

Drogi Micku – powiązanie z prologiem jest w pewnym sensie ukryte ale jest. Jeśli prawidłowo odczytasz tytuł, to wszystko będzie jasne 😉
Agrhhh – nie mogę we własnym tekście znaleźć tego napięcia 😣
Czyli – Aniu – czas na powrót do pierwotnych założeń? Piszmy o seksie? No to czas na manifest do autorów NE! 😁
G-Spot… Ech… Chciałaby du..a do raju 😂

Przyjmiesz wyzwanie napisania tekstu specjalnie dla onanistów? 😉

Hmmm… to mogłoby być ciekawe.

Mam (elektroniczną) szufladę pełną scen erotycznych między różnymi bohaterami Opowieści helleńskiej oraz Perskiej Odysei, których jeszcze nie udało mi się wykorzystać w tekstach fabularnych (a pewnie wszystkich i tak nie dam rady). Może warto byłoby jedną czy dwie użyć w ramach takiego wyzwania? 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Jest na samym początku. Później się powtarza.

“Wpleciony między nitki drut pod lekkim napięciem nie pozwala pasącym się koniom przekroczyć tej bariery.”

lekkie – niskie… oj tam 😀

Nooo … khm khm, ależ to kardynalne.

Swoją drogą słyszałem że jakoby konie, są wyjątkowo wrażliwe na prąd elektryczny.

Mroczne i pełne niedomówień. Trzeba uważnie czytać, żeby wychwycić sens. Mrok niepamięć czy wyparcie strasznego czynu? A może wizja ała Jackowski? Dla mnie te pytania są bez odpowiedzi …

Napisz komentarz