Brunetka według Batavii I  3.52/5 (18)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 22 minut/-y    

Źródło: Pixabay

– Pani Anno – zwraca się do młodej kobiety siedzącej na miejscu dla pasażera – proszę założyć okulary. Sam wciska się nie bez trudu za stery.

– Pełny gaz. Zapłon wyłączony – krzyczy do mechanika stojącego przed samolotem, sadowiąc się w fotelu pilota.

Ten z widocznym wysiłkiem przerzuca śmigło przez kompresję. Kilkukrotnie powtarza tę czynność, a w końcu:

– Włączyć zapłon! – nakazuje, odsuwając się od łopat.

Szczęknął rozrusznik. Sekunda… dwie… trzy… Gwiaździsty silnik ociężale zaskoczył. Zadymiły rury wydechowe, dyszkantem wypluwając kępki ciemnobłękitnych spalin. Zimny motor pracuje nierówno, krztusi się wypadającymi zapłonami. Mijają długie minuty, gdy grzeje maszynę na wolnych obrotach. Aż w końcu nadchodzi ten moment, gdy równym, potoczystym rytmem grają wszystkie cylindry.

Aleks podnosi dłoń z wzniesionym do góry kciukiem. Mechanik na ten sygnał wyciąga podstawki spod kół. Srebrzyście lśniąca tarcza wiruje coraz prędzej i samolot zaczyna powoli kołować. Stojący na linii startu mężczyzna jest nienaturalnie gruby. Porywy chłodnego powietrza, wślizgując się pod niezapięty szczelnie kombinezon, czynią z niego groteskową postać. Na głowie ma słuchawki i przekrzykując hałas, porozumiewa się przez radio z wieżą lotniska. Upływa kilka długich minut, nim daje wyczekiwany sygnał trzymaną w dłoni chorągiewką, przyzwalając na lot. Na ten gest Aleks przesuwa manetkę gazu do oporu. Silnik od razu nabiera obrotów, rycząc coraz głośniej. Pełna moc.

Maszyna toczy się, podskakując na nierównościach murawy lotniska. Spod kół tryskają fontanny rosy, lśniące niczym diamenty w porannym słońcu. Rośnie prędkość. Krótko przycięta trawa zaczyna coraz szybciej umykać spod skrzydeł. Szpaler drzew okalających lotnisko zbliża się w zastraszającym tempie. Znienacka wstrząsy ustają, gdy pneumatyki oddzielają się od ziemi. Dwupłat ociężale wzbija się w powietrze, powoli nabierając wysokości. Wykonuje łagodny skręt, prześlizguje się nad wierzchołkami strzelistych topoli, które zdają się muskać podwozie. W oddali daje się dostrzec lądujący samolot. Stado wron zrywa się przed nim do lotu. Czarny cień schodzącej coraz niżej maszyny płynie równo po ziemi. Z góry wyraźniej widać przemijającą jesień: drzewa ogołocone z liści, w miejsce zieleni traw ścieli się zgniło rudy kobierzec. Pilot przyciąga mocniej do siebie drążek sterowy. Ostry blask słońca zalewa kabinę, bijąc prosto w oczy. Nad torfowiskami okalającymi lotnisko snują się pasma porannej mgły. Na wschodzie widać zamglone górskie szczyty. Dołem wije się kręta wstęga drogi. Powietrze syczy i gwiżdże na krawędziach płóciennych skrzydeł. Na trzystu metrach samolot przebija strzępki białoszarych chmur. Maszyna drze na pełnych obrotach w górę, a strzałka wysokościomierza mija kolejne cyfry. Wyżej… wyżej… 500… 600… 800… wyrównuje lot, gdy są na tysiącu metrów. Pilot próbuje odwrócić się do siedzącej z tyłu pasażerki. Gruba, podbita futrem kurtka krępuje ruchy, więc tylko skręca głowę i przekrzykując warkot silnika, pyta:

– Wszystko w porządku? – pęd powietrza zniekształca słowa i nie ma pewności, czy dobrze go zrozumiała.

Ona pochyla się w jego stronę i krzyczy coś niezrozumiale. Bardziej wymowny jest potakujący ruch głowy i uśmiech na twarzy przesłoniętej wyłupiastymi goglami. Ma jednak wrażenie, że jej głos podszyty jest lękiem. Nie zastanawia się nad tym dłużej, tylko skupia się na przyrządach. Spogląda na busolę, gdzie igła pod szklaną pokrywką, oprawioną w błyszczący mosiądz, powoli zmienia położenie. Lekki ruch drążka, nacisk stopy na pedał i samolot przechylony na lewe skrzydło ustawia się w kierunku celu. Obciążona maszyna topornie reaguje na stery. Ostrze wskaźnika zatrzymuje się na wprost napisu NORD. Wyrównuje lot. Sprawdza jeszcze licznik obrotów, ustawienie przepustnicy, prędkościomierz… poziom paliwa. Są na kursie.

Już w pierwszej godzinie lotu zmienia się krajobraz. Zniknęły spod skrzydeł ludzkie siedliska, drogi, pola, pojedyncze zabudowania, tylko gęsty las po kres widnokręgu pokrywa ziemię. Czasami srebrną taflą błyśnie jezioro albo wiekową tajgę przetnie kręta, połyskująca nitka rzeki.

Jak zawsze, nawet wtedy, gdy ma siedzącego za plecami pasażera, zostaje sam ze swoimi myślami wśród jednostajnego warkotu silnika. Ot, samotność pilota…

***

W środę wezwał go szef. Szatynka siedząca za biurkiem, gdy tylko przekroczył próg, z wyraźnie widocznym wysiłkiem uniosła się z krzesła.

– Dzień dobry, miałem… – zaczął i pomimo zdecydowania w głosie, całym sobą zdradzał zakłopotanie.

– Dzień dobry – weszła mu w słowo. – Wiem. Mam cię wprowadzić natychmiast. – Przesadnie umalowane czerwone usta rozchyliła w bliżej nieokreślonym grymasie.

Grube, antypatyczne babsko, niezdarnie kręcąc tyłkiem, skierowało się do drzwi z tabliczką, na której widniał napis: KOMANDOR.

Natychmiastowe wprowadzenie do gabinetu było czymś tak niezwykłym, że nawet nie zdążył zareagować zdziwieniem. Dowódca zawsze kazał czekać pilotom. Taki psychologiczny chwyt. Dla wzywanego był to czas, by zrobić rachunek sumienia. Nie dane mu było jednak roztrząsać powodu wezwania, bo sekretarka, stojąc w uchylonych drzwiach, już anonsowała jego przyjście. Wchodząc do gabinetu, mimowolnie otarł się o jej biodro, a nozdrza wypełnił mu odurzający, intensywny nad miarę, zapach konwalii.

Biuro dowódcy niezmiennie budziło jego fascynację. Na pokrytej ciemną, dębową boazerią ścianie rozpięte były płachty map, wisiały dyplomy, zdjęcia pilotów wymieszane z utrwalonymi pędzlem malarza obrazami akrobacji lotniczych. Po przeciwnej stronie stały przeszklone szafy z półkami uginającymi się pod ciężarem książek, poradników, instrukcji i… modeli samolotów. Tych było kilkadziesiąt. Wśród personelu lotniska krążyła plotka, że komandor latał na wszystkich stojących tu maszynach. Nikt tak naprawdę nie wiedział, ile w tym prawdy. W jednym szeregu lekkie jednosilnikowe awionetki zajmowały miejsce na przemian z ciężkimi czteromotorowymi transportowcami. Z tyłu za nimi, jakby przyczajone, kryły się smukłe maszyny myśliwskie. One najbardziej przyciągały wzrok i rozbudzały wyobraźnię – opływowe, drapieżne sylwetki, najeżone żądłami luf, całe w bojowym kamuflażu.

Aleks tym razem nie miał czasu się rozglądać. W jednym z głębokich skórzanych foteli, naprzeciwko mahoniowego biurka siedziała młoda kobieta. Komandor, dobrze zbudowany mężczyzną z krótko ostrzyżonymi siwymi włosami zajmował miejsce za masywnym meblem, pokrytym rozłożonymi papierzyskami. Na dźwięk kroków przekraczającego próg pilota przerwał rozmowę z nieznajomą i lekko mrużąc szare oczy, spojrzał w kierunku wchodzącego.

Ten służbiście zameldował swoje przybycie. Przez chwilę trwała cisza. W końcu szef odchrząknął i wskazał mu ręką drugi fotel. Poczuł rosnącą podejrzliwość – nigdy się nie zdarzyło, by wzywany pilot inaczej niż w postawie zasadniczej wysłuchiwał tego, co ma mu do zakomunikowania dowódca. Zawahał się przez ułamek sekundy, nim usiadł we wskazanym miejscu, a raczej zapadł w miękkim skórzanym siedzisku.

Dyskretnie zaczął się przyglądać kobiecie naprzeciw: skromna, ciemnogranatowa sukienka z niewielkim dekoltem; włosy upięte w wysoki kok lśniły ciemnym brązem; przeciętna buzia z lekko zadartym noskiem. Brązowe oczy w oprawie długich rzęs z zaciekawieniem spoglądały na lotnika. Wzrok ten zdawał się mierzyć wartość człowieka. Dziwne uczucie, a równocześnie nie było w tym spojrzeniu nachalności czy wyższości, jaką niektórzy okazują wobec nowo poznanych osób. Widać to szacowanie wypadło na jego korzyść, bo z naturalnym wdziękiem, sprężystym ruchem uniosła się z fotela i wyciągnęła do niego rękę.

– Jestem Anna. – Śmiała się ustami i oczami, widząc jego zakłopotanie. Miała miły dla ucha głos. Teraz dopiero w pełni mógł dostrzec zgrabną figurę. Jakiż dysonans do kaszalota w sekretariacie – zdążyło przemknąć mu przez myśl.

Zerwał się z fotela i ujmując wyciągniętą dłoń, przedstawił się:

– Aleks – po czym zaraz się poprawił: – Aleksander.

Gdy ponownie zajęli miejsca, szef, ten wymagający, znany z bezwzględności człowiek oznajmił: – To jeden z naszych najlepszych pilotów… – i urwał na moment, jakby się zawahał, czy nie powiedział za dużo. Zwracając twarz w stronę nieznajomej, dodał: – On z panią poleci.

Aleks, nieprzygotowany na taką ocenę, zamrugał mimowolnie i poczuł, że się czerwieni. Za dużo tych niespodzianek jak na jeden dzień – pomyślał. Zerknął dyskretnie w stronę Anny. Przyglądała mu się nadal z widocznym zainteresowaniem. Było w niej coś niezwykle pociągającego – może to rozchylone, wilgotne wargi, a może jeszcze co innego, nieuchwytnego. A może to właśnie to spojrzenie czyniło ją atrakcyjną.

– Dzisiaj załadują wam sprzęt i medykamenty do samolotu, a jutro o ósmej rano startujecie – ciągnął dowódca, jakby nie dostrzegając ukradkowej wymiany spojrzeń. – Pani dziękuję, a ty zostań.

***

Wzgórza i doliny, lasy, tafle jezior migoczące srebrem w pełnym słońcu… Po czterech godzinach lotu widok ziemi zaczął się zmieniać. Coraz więcej bezdrzewnych przestrzeni, a horyzont zalśnił białą nitką. Jeszcze z półtorej godziny lotu… – pomyślał. Częściej dało się dostrzec połacie śniegu. Powietrze wyraźnie stało się chłodniejsze, pomimo coraz mocniej operującego słońca. Tu, na północy, zima przychodzi szybko.

Aleks sprawdził kurs i zaczął uważniej rozglądać się za miejscem do lądowania. Na terenie pokrytym podobnymi do siebie wzniesieniami, skalnymi wzgórzami, kępami drzew łatwo było przeoczyć budynek stacji badawczej. Obniżył lot. Najpierw zszedł na trzysta, a potem na dwieście metrów. Niepewność zakradła mu się chłodem do serca… Zawahał się… Czy aby nie przegapił lądowiska? Znał ten teren, już kilka razy transportował dla geologów ładunki. Krajobraz jednak zmienił się całkowicie. W miejsce bujnej zieleni traw i krzewów pojawiły się zamarznięte tafle mokradeł i przestrzenie pokryte białym puchem. Żadnych stałych punktów orientacyjnych. Spojrzał na wskaźnik paliwa. – Mam czas… – szepnął do siebie uspokajająco.

Wysoki maszt radiostacji niespodziewanie wyłonił się zza wzgórza, a zaraz za nim zabudowania. Przeleciał nisko nad dachem. Na ryk silnika nikt jednak nie opuścił domostwa. Zawrócił i jeszcze raz przeleciał nisko, nim zaczął podchodzić do lądowania. Śmiało usiadł na prowizorycznym lądowisku. Świeży śnieg zawirował w powietrzu.

Zatrzymał samolot w odległości kilkudziesięciu metrów od budynku. Wyłączył zapłon, śmigło zamarło w bezruchu i zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili do zmęczonych uszu, dotarł poświst chłodnego wiatru. Z trudem opuścił kabinę samolotu. Pierwsze kroki wykonał jak na szczudłach. Zastygłe mięśnie potrzebowały czasu, by nabrać sprężystości. Anna gramoliła się niezdarnie z kabiny. Złapał ją za łokieć, pomógł wysiąść na skrzydło i zeskoczyć na ziemię.

***

Kobieta wstała skinęła na pożegnanie głową i skierowała się do drzwi. Pilot przyglądał się, jak zmierza do wyjścia. Zdążył jeszcze dostrzec zgrabne, umięśnione łydki, nim dowódca zwrócił się do niego. Przekraczając próg, nowa znajoma jeszcze raz zerknęła dyskretnie w stronę Aleksa.

– Polecisz na stację „Pod Kurhanem” – zaczął szef – i zabierzesz ze sobą panią doktor. Byłeś już tam kilka razy, więc znasz teren. Na stacji pracuje teraz dwóch nowych geologów – tu dowódca przerwał i podniósł z biurka jakiś strzęp papieru. Nasunął na nos okulary, zmarszczył czoło, a po chwili odnalazł interesujący go fragment i kontynuował: – doktor Olaf Petersen i profesor Mikołaj Woronin. – Upuścił arkusik na blat. – Od dwóch tygodni nie mamy z nimi łączności radiowej. Nie wiemy, co się stało. Co tydzień o tej samej godzinie nadsyłali dane zebrane z przyrządów meteorologicznych i informacje na temat wyników swoich badań. Czternaście dni temu, o umówionej godzinie przesłali komplet wskazań z przyrządów meteo, a w dwie godziny później odebraliśmy idiotyczny radiogram. – Uniósł w palcach zapis, przeczytał, pokręcił głową z dezaprobatą i podał kartkę Aleksowi. – Czytaj.

Na poliniowanej stronie, poza godziną przyjęcia wiadomości i podpisem telegrafisty, było tylko jedno zdanie:

H-i-s-t-o-r-i-a  t-o  k-ł-a-m-s-t-w-o

T-e-r-a-z  p-o-z-n-a-c-i-e  p-r-a-w-d-ę !-!-!

Podniósł zdziwiony wzrok.

– Najpierw radiotelegrafista sądził, że to żart – ciągnął zmęczonym głosem dowódca. – Nie przyniósł do mnie wiadomości, tylko próbował się z nimi połączyć. Podobno bez skutku. Następnego dnia rano nadeszła kolejna wiadomość. – Tu szef podał mu następną kartkę i oparł się łokciami o biurko. Czekając, aż pilot zapozna się z treścią, bawił się okularami. Aleks szybko przeleciał wzrokiem zapis:

2-5  p-a-ź-d-z-i-e-r-n-i-k-a.  I-d-z-i-e-m-y  p-o  w-i-e-d-z-ę -!

S-i-ó-d-m-a  t-r-z-y-d-z-i-e-ś-c-i  d-w-i-e

S-z-e-ś-ć  k-i-l-o-m-e-t-r-ó-w  n-o-r-d – w-e-s-t   P-e-t-e-r-s-e-n

– Oni zwariowali? – wyrwało się Aleksowi. Chciał powiedzieć więcej, ale dowódca miał szczególny wyraz twarzy. Jakby ukrywał coś jeszcze w zanadrzu.

– Podejrzewamy – zaczął, – że może zaczęli grzebać w którymś kurhanie… zamrożone bakterie, wirusy i te sprawy. Pani Anna Doronina jest doktorem biologii. Nikogo lepszego nie mamy w tej chwili dostępnego. Ona jest doświadczoną alpinistką, więc zimno i duży wysiłek nie są dla niej czymś nowym. Twoje zadanie polegać będzie na zapewnieniu jej bezpieczeństwa, udzieleniu pomocy i utrzymaniu łączności radiowej. Zamilkł, a po dłuższym zastanowieniu dodał: – Dla twojej i tylko twojej wiedzy: Jednym z zadań Woronina było sprawdzić, czy w tych lokalizacjach są złoża uranu. Petersen o tym nie wiedział, ale mógł się domyślić. Zabierzesz ze sobą broń. Wszystko, co tu usłyszałeś, jest tajne.

Aleks po raz kolejny tego dnia wlepił w komandora zdziwiony wzrok. Coraz bardziej jest to wszystko tajemnicze – pomyślał. Po chwili się otrząsnął i odważył się spytać: – Czy pani biolog zna treść tych depeszy?

– Nie – oświadczył dowódca. – Tylko ty znasz ich treść. Ona wie tylko, że prawdopodobnie doszło do jakiegoś bliżej nam nieznanego zachorowania pracowników stacji i ma im udzielić pomocy.

– Rozumiem – skwitował Aleks. – Czy gdyby sytuacja tego wymagała, mogę ujawnić te informacje?

– Nie – szef uciął krótko. – Nie wiem, co zastaniecie na miejscu. Taka informacja, gdyby wypłynęła na zewnątrz, mogłaby zaszkodzić i im, i nam. To uznani pracownicy nauki o światowej renomie. A nasze władze można by posądzić o wysyłanie zagranicznych naukowców na pewną śmierć.

Zapadła cisza.

– Rzeczy weźcie tylko niezbędne. – Dowódca wstał zza biurka. – Broń wydadzą ci ze zbrojowni. Liczę na ciebie. Rano o wpół do ósmej zameldujesz się u mnie. Przed wylotem dostaniesz najświeższe informacje. Po dotarciu na miejsce prześlij wiadomość. Radiotelegrafista będzie na nasłuchu od siedemnastej. To wszystko.

Aleks zerwał się natychmiast, gdy wstał komandor, wysłuchał rozkazu, zrobił w tył zwrot i wyszedł z gabinetu.

***

Stacja badawcza… Szumne określenie drewnianej chatki z kominem. Gdyby nie wysoki, kilkudziesięciometrowy maszt z odciągami, zakończony anteną połączoną kablem przez dach z radiostacją, byłby to typowy domek myśliwski; jeden z tych, jakie często można spotkać na północy. Nikt jednak nie wyszedł im na spotkanie. Anna ruszyła w kierunku domu. Aleks, uważnie lustrujący wzrokiem otoczenie, powstrzymał ręką wychodzącą zza niego dziewczynę.

– Powoli… – mruknął, nie odwracając głowy – ostrożność nie zawadzi.

Cofnął się do samolotu, otworzył luk bagażowy i wyciągnął sztucer. Przyglądała mu się z rosnącym zdziwieniem. Przeładował broń i dopiero ruszył w kierunku stacji.

– Po co to? – spytała nieco zaskoczona, krocząc za nim.

Bez słowa wskazał wyżłobioną przed wejściem do budynku, wąską strużkę śladów.

– To wilki – wyjaśnił.

Podeszli pod budynek. Rozejrzał się jeszcze raz wokół, nim naparł na drzwi. Wewnątrz panowała ciemność. Dopiero po dłuższej chwili, gdy wzrok oswoił się z mrokiem, zaczął rozróżniać prycze, wygasły piecyk, na stole talerze z resztkami jedzenia, kubki i rozrzucone sztućce. Przy ścianach piętrzyły się skrzynki pełne konserw, opakowania herbaty, suchary, paczki kawy i wiele innych rzeczy. Pod oknami ciągnął się blat długi na całą ścianę. Na nim stała radiostacja, leżały jakieś kamienie, kartki, zeszyty, notatniki, kolby, palniki Bunsena i inne nieznane mu przyrządy. U stropu, obok żarówek wisiały wygasłe lampy naftowe.

Ostrożnie wsunął się do wnętrza, a za nim Anna. Ujął lampę i potrząsnął. W zbiorniczku zachlupotała nafta. Podciągnął klosz, wyjął z kieszeni zapałki i zapalił knot. To samo uczynił z drugą zwisającą nad blatem. W środku pojaśniało. Zajrzał do sąsiedniego pomieszczenia. W panującym tu półmroku dojrzał skrzynie z amunicją i beczki z paliwem, obok nich drzemiący agregat prądotwórczy i akumulatory do radiostacji.

– Są tam? – Anna stała zdezorientowana. Ani śladu ludzi. Nie tego się spodziewała.

– Nie. Rozejrzę się wokół stacji i przyniosę drewna – rzekł Aleks. – Może znajdę ich gdzieś w pobliżu. Ty tu zostań.

Wyszedł na zewnątrz. Szerokim kołem obszedł teren stacji. Za budynkiem leżał stos porąbanego drewna. Uważnie rozglądał się, szukając śladów ludzi. Pomiędzy pagórkami porośniętymi niskimi brzózkami dostrzegł wąską, krętą ścieżkę zasypaną śniegiem. Dwa tygodnie to długi okres, wiatr i opady zatarły wszystkie tropy – pomyślał.

Zarzucił sztucer na plecy, wziął naręcze brzozowych polan i ruszył do chaty. W drzwiach zaskoczył go ostry blask elektrycznego światła. Cicho stukotał silnik prądnicy. Anna przeglądała notatki badaczy leżące na blacie.

Jaka zaradna! – pomyślał zaskoczony.

– I co? – dopytywała niecierpliwie, podnosząc głowę znad kartek. – Znalazłeś któregoś?

Aleks zrzucił drwa przed piecykiem.

– Nikogo i żadnych śladów – odpowiedział, kręcąc głową. A za moment dodał: – Chodźmy zabrać nasz ekwipunek z samolotu. Niedługo zapadnie ciemność. Dzisiaj za dużo nie zwojujemy. Rozpalimy ogień, nadamy wiadomość i przejrzymy wszystko tutaj. Może znajdziemy jakąś wskazówkę, gdzie ich szukać.

Kobieta zastanowiła się chwilę i w końcu, akceptując plan, kiwnęła bez słowa głową.

***

O wpół do ósmej wyprężony jak struna stał przed dowódcą.

– Podejdź do stołu – nakazał szef. – Tu jest mapa z zaznaczonymi miejscami, w których geolodzy planowali pobrać próbki.

Aleks zbliżył się i pochylił nad płachtą.

– Jak widzisz, znaczniki są położone w odległości od pięciu do dwudziestu kilometrów od bazy – kontynuował wyjaśnienia. – Każdy planowany obszar badania jest zaznaczony na zielono.

Przerwał, pozwalając pilotowi przyjrzeć się mapie. Od centralnie zaznaczonej napisem „Pod Kurhanem” bazy rozchodziły się promieniście linie do punktów w terenie. Każde miejsce zakreślone było zielonym kółkiem z wpisaną po środku rzymską cyfrą. Spośród dwudziestu pięciu okręgów tylko w ośmiu ktoś naniósł czerwony krzyżyk.

– Co oznaczają te krzyżyki? – spytał, wskazując palcem czerwony znacznik.

– To miejsca sprawdzone – wyjaśnił szef. – Kolejność nadsyłanych przez Woronina informacji jest zgodna z planem. Dziewiątka to ostatnia pozycja, o której wiemy, że do niej się wybierali, lecz w przesłanym meldunku były tylko dane meteo. Zawsze przed wyruszeniem informowali, do którego punktu się wybierają.

– Czy jest możliwe, że zmienili kolejność miejsc i nie powiadomili o tym dowództwa? – zastanowił się na głos Aleks.

– Wszystko jest możliwe. – Komandor mimowolnie nieznacznie wzruszył ramionami. – Petersen długo zabiegał o zgodę naszych władz na przyjazd tutaj. Mógł wpłynąć na Woronina.

Szef spoglądał w okno i dłuższą chwilę milczał, nad czymś się zastanawiał. W końcu, błądząc gdzieś niewidzącym spojrzeniem, zaczął mówić półgłosem, jakby do siebie:

– Proponowano Petersenowi wyjazd w inne miejsce, lecz on kategorycznie odmówił, nie podając powodu. Z tego, co wiem, zajmował się też hipotezami o wpływie obcych cywilizacji na starożytne kultury, nawet napisał jakąś kontrowersyjną, ale dobrze przyjętą rozprawę naukową. Wspominał o tym Woronin podczas pobytu na lotnisku. Czyżby…

Szybko jednak powrócił do rzeczywistości i sięgnął na stół po grubą szarą kopertę.

– Tu są zdjęcia lotnicze wytypowanych miejsc, wykonane przed rozpoczęciem działalności geologów. Może pomogą wam w ich odnalezieniu. Jeszcze jakieś pytania?

– Nie. – Pilot odsunął się od stołu.

Dowódca złożył mapę i razem z kopertą wręczył Aleksowi.

– Tu jest częstotliwość i godziny nadawania – powiedział, dopinając do koperty kartkę. – Czekam na pierwszy meldunek.

Aleks wyszedł zamyślony z gabinetu. Na lotnisku przy samolocie czekała już Anna.

***

Klęcząc przed piecykiem, rozpalał ogień, gdy dziewczyna sprzątała ze stołu i układała rozrzucone na podłodze garnki. Przyjemnie było patrzeć, jak zgrabnie się porusza. Wkrótce ogień zaczął buzować aż miło, a czajnik gwizdem oznajmił gotującą się wodę.

– Herbaty? – spytała, gdy Aleks rozkładał na uprzątniętej powierzchni mapę.

– Chętnie – odpowiedział, ściągając futrzaną kurtkę.

W pomieszczeniu zrobiło się cieplej, a kiedy żeliwne ścianki piecyka nabrały wiśniowej barwy, Anna poszła w jego ślady, pozbywając się kurtki i futrzanych spodni. Podniósł głowę, gdy postawiła przed nim herbatę. Wzrok pilota przyciągnął biust wyeksponowany pod mocno dopasowanym, wełnianym swetrem. Jego spojrzenie zawędrowało na pośladki, kiedy dziewczyna odwróciła się, by przynieść cukier. Ciasno opięte spodniami, z linią szwu podkreślającą krągłości, aż prosiły się, by ująć je w dłonie. Było w jej ruchach coś takiego, co zapraszało, by przyciągnąć do siebie, objąć, przytulić, muskać ustami rozpuszczone włosy. Zdał sobie sprawę, że przez pryzmat naturalnej prostoty, z jaką postępowała od początku wkroczenia w ten zimny, niegościnny świat, wydała mu się piękna.

Zbyt późno, by nie dostrzegła, gdzie spogląda, odwrócił oczy. Po twarzy Anny przemknął cień zakłopotania. Bez słowa usiadła naprzeciwko ze szklanką w dłoni, próbując skupić uwagę na mapie. Rozpuszczone włosy końcówkami muskały blat.

– Co to za oznaczenia? – jak gdyby nie zauważyła jego spojrzenia, spytała, wskazując palcem zielone kółka.

Wytłumaczył jej, a potem sięgnął po szarą kopertę i wysypał na stół zdjęcia lotnicze. Spośród czarnobiałych obrazków wybrał jeden oznaczony rzymską dziewiątką. Pozostałe na powrót wsunął do koperty.

– Sprawdzę dzisiaj jeszcze raz otoczenie stacji, a jutro ruszymy do tego miejsca – wskazał palcem zdjęcie. – Musimy wyjść wcześnie rano.

– To jakieś urwisko, a może jar – zdjęcie było nieostre, więc Anna uważnie studiowała fotografię.

Sięgnęli po zdjęcie jednocześnie. Na kilka sekund ich dłonie się zetknęły i zapadła niezręczna cisza. Podnieśli znad stołu głowy i spojrzenia się skrzyżowały. Anna uśmiechnęła się. Siedziała bez ruchu. Tym razem uśmiechały się także jej oczy.

– Proszę – nie odrywając wzroku, Aleks puścił miękką, delikatną w dotyku dłoń dziewczyny.

– Chyba warto wziąć sprzęt do wspinaczki – zaproponowała wpatrzona w ciemne oczy Aleksa. Niespodziewanie dla siebie samej uświadomiła sobie, że znalazła się w samym centrum zainteresowania młodego człowieka.

– Nie zaszkodzi – coś nieuchwytnego pomiędzy nimi znikło, gdy pilot spuścił wzrok.

Zakłopotany zerknął na zegarek, a potem sięgnął nerwowym ruchem po szklankę, upił łyk herbaty i wstał. Podszedł do przyokiennego blatu i włączył radiostację. Ekran upstrzony cyframi częstotliwości rozświetliło bladożółte światło. W leżących obok słuchawkach narastał szum.

 – Natrafiłaś na jakąś wskazówkę w tych papierzyskach? – głową wskazał stos notatek geologów. Jego głos zabrzmiał nienaturalnie.

Stroił radiostację, aż trafił na muzykę. Sygnał jak fala narastał coraz głośniej, by po osiągnięciu maksimum zacząć cichnąć.

– Nie, nic. Same informacje geologiczne – Anna odpowiedziała zza jego pleców.

– To masz tu jeszcze książkę radiostacji. Może w niej jest jakaś informacja, która nas naprowadzi na ich ślad – odwrócił się i położył na stole grubą czarną księgę, starannie unikając wzroku towarzyszki. – Ja zrobię obchód. Przejdę ścieżką jakiś kilometr… może dwa. Rozpoznam teren. Wrócę na czas nadawania.

Założył kurtkę. Anna wstała od stołu i podała mu sztucer. Marszcząc brwi, przyłożył palec do ust i jakby dostrzegł coś niesłychanie ważnego, spojrzał za plecy dziewczyny. Zaintrygowana zachowaniem pilota, odwróciła twarz w tamtą stronę. Aleks pochylił się i pocałował ją w policzek. Gdy zaskoczona odskoczyła, on, chichocząc, szybko znikł za drzwiami.

***

Wiatr wzmógł się i zaczął prószyć drobny śnieg. Najpierw sprawdził samolot, poprawił brezentowe pokrowce nad siedzeniami pilota i pasażera, następnie obszedł wokół budynek stacji. Spojrzał na zegarek, nasunął futrzany kaptur na głowę, sztucer ujął pod pachę i ruszył między pagórki. Idąc, zastanawiał się, co mu strzeliło do głowy, że ją pocałował. Zachował się jak nastoletni sztubak kradnący całusy dziewczynom. Rozglądał się, szukając śladów geologów.

– Strzeli mnie w pysk i tyle – szepnął do siebie na myśl, jak zachowa się Anna po jego powrocie.

Rozmyślania przerwał mu wbity na skraju ścieżki niewysoki palik, o który zahaczył butem. Czyżby geolodzy znakowali trasę? – zastanawiał się chwilę. Zerknął na zegarek. Minęło trzydzieści pięć minut. Zawahał się, czy nie pójść jeszcze dalej. W końcu zrezygnował i ruszył w powrotną drogę.

Dopiero przed stacją wróciła obawa, jak zostanie powitany. Zatrzymał się, otrzepał kurtkę i z wahaniem wszedł do środka. Gdy zamykał za sobą drzwi, gdzieś za wzgórzem zawył wilk, a z oddali zawtórował mu skowyt innych.

Na stole stały talerze, a z garnka na piecyku, przy którym krzątała się Anna, dolatywał apetyczny zapach. Zdążył zauważyć, że włosy spięła w koński ogon.

Zrzucił kurtkę i unikając wzroku dziewczyny, zasiadł przed radiostacją. Zerknął na karteczkę wręczoną przez dowódcę i dostroił aparaturę na właściwą częstotliwość. Na zegarku dochodziła siedemnasta.

– Odkryłeś jakieś ślady? – zza pleców padło pytanie.

Aleks go nie usłyszał, już nałożył słuchawki, ujął klucz i zaczął nadawać. Pomieszczenie przez długie minuty wypełniał metaliczny stukot. Informował dowództwo, co zastali na miejscu i jakie zamierzają podjąć dalsze działania. Skupiony pilot nadal nie dostrzegał Anny stojącej z boku. Sięgnął po ołówek i kartkę. Przez dłuższy czas nic się nie działo, aż w końcu eter wypełniła odpowiedź. Zanotował litery, układające się w słowa. Krótkim ciągiem znaków potwierdził odbiór wiadomości. Ściągnął słuchawki i z kartką w dłoni odwrócił się do dziewczyny.

***

 Słońca nie było widać. Niska pokrywa chmur zaciągnęła szarością krajobraz aż po widnokrąg. Z nieba zaczął padać pierwszy śnieg, podobny do deszczu, o płatkach wielkich i wodnistych. W zetknięciu z ziemią topniał, chociaż padało go coraz więcej. Spomiędzy pagórków wyłoniła się jedna, a za moment druga też objuczona plecakiem postać. Widać było po obu wędrowcach zmęczenie. Kroki stawiali drobne, a ruchy mieli powolne. Z wyraźnie widocznym zadowoleniem zatrzymali się pod drzwiami chatki.

– Myślałem, Mikołaju, że nie dam rady dojść – mężczyzna, który wypowiedział te słowa, z westchnieniem ulgi zrzucił plecak na ziemię. Oparł się o ścianę, zsuwając z głowy futrzany kaptur.

Towarzysz, idąc w jego ślady, odstawił własny tobół pod drzwi, a fuzję, do tej pory trzymaną pod pachą, oparł obok.

– Powinniśmy byli przenocować – odpowiedział chrapliwym, zmęczonym głosem. – Nie jesteśmy już młodzieniaszkami. Musimy teraz odpocząć kilka dni.

Roześmiali się obaj. Szczupły, starszy mężczyzna, wyciągnął zza pazuchy paczkę papierosów i poczęstował towarzysza. Z głośnym trzaskiem w panującej ciszy zapłonęła zapałka.

– Zbliża się zima – stwierdził Mikołaj, przypalając papierosa. – Będzie coraz chłodniej, a nasze wyprawy staną się coraz bardziej niebezpieczne.

Zaciągając się dymem, Olaf bez słowa, potakująco pokiwał głową. Powoli uspokajały się ich oddechy. Cienka, szybko topniejąca pokrywa śniegu zalegała wokół. Przemożne zmęczenie, a nade wszystko brak pokrzepiającego snu zaczęły dawać znać o sobie. W panującej ciszy i monotonnie sypiącym śniegu powieki same opadały obydwu. Płatki osiadające na głowach w błyskawicznym tempie zmieniały się w malutkie strumyczki ściekające po włosach. Błogi bezwład ogarniał ich członki. Pierwszy otrząsnął się Mikołaj, gdy papieros zaczął parzyć mu palce.

– Olaf! – prawie krzyknął. – Idę odczytać dane z przyrządów, a ty wnieś plecaki i rozpal ogień.

Ten na głos towarzysza, z wyraźnym trudem oderwał się od ściany. Mruknął coś niezrozumiale, sięgnął po bagaże, uchylił drzwi i chwiejnym krokiem wszedł do środka. Gdy Mikołaj wrócił, zastał niemrawo płonący ogień w piecyku i współlokatora pogrążonego w głębokim śnie. Jego futrzany ubiór leżał niedbale rzucony na podłodze obok pryczy stojącej pod ścianą na wprost drzwi. Rzucił na blat notatki i zza sterty paczek sucharów wyciągnął okurzoną butelkę. Dołożył drew do ognia i pociągnął kilka łyków spirytusu. Czuł, jak ciepło rozlewa się po żyłach. Ogień w piecyku też nabrał wigoru, strzelając iskrami z wilgotnych polan. Zrzucił więc ciepłe futrzane okrycie i z błogim wyrazem zadowolenia na twarzy położył się do łóżka. Już po minucie zapadł w głęboki sen.

            Obudził go hałas. Uchylił powieki i… intensywnie wciągnął powietrze. Tak. Nie ulegało wątpliwości. Rozchodzące się po izbie zapachy świeżo parzonej kawy i smażącej się jajecznicy mile podrażniły nozdrza. Poczuł głód. Usiadł na pryczy z rozburzonymi włosami. Na wpół przytomny, błędnym wzrokiem wodził za Olafem krzątającym się po izbie. Na stole właśnie lądowały talerze z kopiastymi porcjami jajecznicy.

– No!? – odezwał się w końcu Mikołaj, próbując przyczesać dłonią stojące włosy – zupełnie jak kobieta. – Wiesz, czym mnie wyciągnąć z łóżka.

– Wczoraj padłem – tłumaczył się Petersen z miną winowajcy i wskazując zastawiony stół, dodał: – więc dzisiaj ci to wynagradzam.

Już za moment obydwaj w milczeniu pochłaniali pajdy chleba na przemian z porcjami jajecznicy. Tylko huczący ogień w piecyku, mlaskanie przerywane siorbaniem gorącej kawy wypełniało wnętrze. W końcu Olaf odstawił pusty talerz, podczas gdy Mikołaj kawałkiem chleba jeszcze czyścił swój z resztek jajecznicy.

– Mikołaju – zwrócił się do profesora, zapalając papierosa, – jak sądzisz? Czy kiedykolwiek u zarania ludzkości obca cywilizacja zetknęła się z naszą?

Ten przerwał pucowanie talerza i roześmiał się w głos. Przełknął ostatni kęs, przymknął oczy i po namyśle już poważnie odpowiedział:

– Moje postrzeganie świata opiera się na faktach, dowodach materialnych. Nie na samych hipotezach. Więc moja odpowiedź brzmi: Nie. Wiedziałem, że kiedyś zaczniesz mnie wypytywać. Nawet się zdziwiłem, że nie poruszasz tego tematu. Przecież to twoja druga pasja po geologii.

– Znam twoją pracę – ciągnął, odstawiwszy talerz – przyznaję, że ma w sobie duży potencjał. Trudno ci jednak będzie dowieść zawartych w niej teorii. Tak naprawdę, to uważam, że nigdy ci się to nie uda.

Zapadła cisza…

– Taaaak… Na pewno cię poinformowali, że zabiegałem o to, żeby brać udział w badaniach geologicznych na tym terenie. – Brzmiało w tym stwierdzeniu pytanie, lecz on, nie czekając na odpowiedź, mówił dalej.

– Ja już robiłem rekonesans na tym obszarze. Co prawda, byłem tu nielegalnie i nikt poza paroma tubylcami o tym nie wie, ale natrafiłem na… – przerwał, zaciągnął się dymem z papierosa, odłożył go do popielniczki. – Coś ci pokażę.

Wstał od stołu i podszedł do swojego plecaka. Przez czas jakiś schylony przetrząsał jego wnętrze. W końcu wyprostował się i z ciemnobrązowym zawiniątkiem w dłoni wrócił do stołu. Ostrożnie, z jakimś pietyzmem, rozwinął skórzane opakowanie. W środku znajdowała się wąska, prostokątna, metalowa płytka rozmiaru dwóch paczek papierosów i kilka czarnobiałych zdjęć noszących ślady częstego dotykania. Podsunął profesorowi całą zawartość. Ten wziął w dłoń płytkę, podczas gdy Olaf wznowił swój wywód.

– Pisząc swoją pracę, byłem przekonany, że w taki lub inny sposób obca cywilizacja miała wpływ na przyszłość gatunku ludzkiego. To znalezisko wywróciło całkowicie moje postrzeganie naszej przeszłości. Kolejnym miejscem naszych badań jest dziewiąta strefa – ciągnął nieco ciszej. – Ja już tam byłem. Zdjęcia i to coś pochodzą z stamtąd.

Gładka powierzchnia zdawała się miejscami zarysowana. Profesor przybliżył ją do oczu. To, co początkowo wziął za skazy, okazało się zawiłym geometrycznym wzorem wykonanym liniami cienkimi jak włos. Cały układ wydawał się chaotyczny i bezsensowy. Okręgi poprzecinane liniami elips, proste załamujące się pod różnymi kątami, trójkąty… Co rusz dostrzegał nowe, z pozoru dominujące kształty, a już za sekundę wzrok przykuwał kolejny wyłaniający się z chaosu szczegół. Odwrócił płytkę w dłoni. Awers pokryty był w całości równymi kolumnami małych, nieznanych mu znaków. Nic nie mówiąc, odłożył płytkę na skórę i sięgnął po zdjęcia. Drgnął pod wpływem tego, co na nich zobaczył, zerknął zdumiony na Petersena. Jeszcze raz dłużej i uważniej im się przyjrzał.

– Człowieku! I ja mam w to uwierzyć? – prawie krzyknął, wskazując na fotografię. – Jakże to możliwe?

Petersen uśmiechnął się smutno. Palce dłoni zaciskał i otwierał bezwiednie jak ktoś, kto zdradza największy swój sekret i niepewny drży z obawy przed wyszydzeniem.

– Nikt nie chciał mi uwierzyć. Nawet badania materiału, z którego wykonana jest ta tabliczka, nie przekonały znawców tematu. Nikt… – zamilkł i machnął z rezygnacją ręką.

– Co to za pismo? Co przedstawiają te rysunki? Co to za…. – profesor zadawał pytania jedno za drugim.

Nie dane mu było dokończyć, bo Petersen wstał od stołu i mu przerwał: – Będziesz pierwszym, Mikołaju, który ujrzy to na własne oczy. Wtedy odpowiem na wszystkie twoje pytania.

– Chcę wyruszyć jutro rano – dodał po chwili, kończąc rozmowę. – Dosyć czasu tu zmarnowałem.

Przez cały dzień, pomimo pytań Mikołaja, milczał jak zaklęty. Gdy nadeszła umówiona godzina, nadał wiadomość meteo, a potem niespodziewanie spytał:

– To wyruszysz ze mną jutro? Czy mam iść sam?

Woronin w milczeniu przyglądał się Olafowi, gdy ten niepewny wyczekiwał odpowiedzi. Z jednej strony ciekawość pchała go do poznania prawdy, ale z drugiej zastanawiał się, czy towarzysz nie popadł w obłęd. Poznał już naukowców zaślepionych idée fixe, gotowych poświęcić własne życie dla udowodnienia swoich absurdalnych teorii. Nie posądzał go o sfabrykowanie zdjęć i tym bardziej to, co przedstawiały, jawiło się zagadką wartą poznania. Gdzieś w głębi jego naukowego pragmatyzmu odrzucającego niepotwierdzone teorie zabłysła myśl ulotna jak bańka na wodzie, że to, co ukazują, może być prawdą.

– Pójdziemy razem. Nie dlatego, że chcę koniecznie poznać, czy to prawda, ale dlatego, że jesteś moim przyjacielem – mówił powoli, z namysłem, zastanawiając się na każdym wypowiedzianym słowem. – Nie pozwolę, byś się sam narażał.

– Nie pożałujesz, Mikołaju… Nie pożałujesz – żarliwie zapewniał Petersen. – Zobaczysz, nie pożałujesz.

Zajął miejsce przed radiostacją i zaczął coś szybko nadawać.

***

Odwracając się, uderzył nosem w biust dziewczyny, lecz ona ani drgnęła.

– Czytałam, co notowałeś. Posilmy się i przygotujmy sprzęt do jutrzejszej wędrówki – roześmiała się, widząc jak ucieka wzrokiem. – Teraz chodź do stołu.

Posiłek zjedli, wymieniając tylko zdawkowe uwagi na temat spodziewanej pogody w dniu jutrzejszym. Anna zabrała się za sprzątanie, a pilot w tym czasie uzupełnił plecaki w prowiant i liny. Na pryczach położył czyste koce.

– Na którym łóżku chcesz spać? – spytał dziewczynę.

– Może na tym – wskazała na to stojące na wprost drzwi.

– To idziemy spać. Wyruszamy jutro o szóstej rano. Musimy dojść na miejsce na tyle wcześnie, żebyśmy mieli czas ich szukać za dnia.

Wyłączył agregat, w ciemności zrzucił ubiór i wpełzł pod koce. Przez kilka minut słyszał, jak szeleści zdejmowany przez dziewczynę strój. Skrzypnęła prycza i zapadła cisza. Tylko ogień trzaskał w piecyku.

Aleks przewrócił się na drugi bok i w tym momencie z trzaskiem zarwała się jego prycza.

– Ładnie się to wszystko, k****, zaczyna – klął pod nosem, gramoląc się z podłogi.

Spod ściany dobiegł go najpierw tłumiony chichot, a za moment już niepowstrzymany głośny śmiech.

– To nie jest śmieszne! – stwierdził oburzony Aleks, trąc obolałe plecy.

– Ależ jest! Zapomniałeś otworzyć spadochron – dziewczyna zanosiła się śmiechem.

Jego oburzenie najpierw wzrosło przez wygłoszoną kpinę, po chwili zdał sobie jednak sprawę z komizmu sytuacji i sam się z grymasem bólu na ustach uśmiechnął.

– Chodź tu do mnie do łóżka, bo znowu gdzieś z hukiem wylądujesz.

Zamarł. Takiej propozycji się nie spodziewał. Wahał się, czy nie powinien odmówić i spać w śpiworze na podłodze. Pokusa jednak była zbyt silna. Nie do końca był jednak przekonany, czy to nie żart.

Z bijącym sercem, po omacku zbliżył się do pryczy i położył za Anną. Dziewczyna leżała na prawym boku z podciągniętymi udami i kolanami.

– Dziękuję… – zdążył tylko powiedzieć, gdy ona przytuliła się do niego plecami.

Cdn.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zdaje się, że to pilot zwykle siedzi z tyłu ;D

I tak się zastanawiam: które z nich w końcu jest młodsze, Aleks czy Anna?

Serdecznie pozdrawiam

A.

PS Jestem bardzo ciekawa jak rozwinie się ta opowieść…

Zabrałeś mnie autorze z objęć bezpiecznej matki do nieba. Rozzuchwalony wiatr rzucał mną po przestrzeniach. Śledziłam losy pór roku, podziwiałam fryzury Tajgi i łysiny twardych i samotnych wzgórz. Ładnie to zrobiłeś, ten pierwszy kontakt, jeszcze na “szczudłach” i za łokieć, ale już było gorąco, choć zimny wiatr dmuchał im w oczy. A później jeszcze cieplej, zakłopotane spojrzenia, skrzyżowane dłonie i śmiech oczu. No i zmaga się wiatr, kruszy się śnieg z niebios… mamy pocałunek i haniebną ucieczkę ze sztucerem w nieznane.
Trochę chyba poszedłeś na łatwiznę z tą złośliwością rzeczy martwych… a może to Anna podpiłowała, albo rozkręciła coś przy łóżku? Ciekawa jestem co będzie dalej… może znalezisko Olafa, leży gdzieś w chatce, w której pozostawiłeś pilota i alpinistkę, może to jakiś katalizator zbliżeń, który sprawia, że wszystko stanie się łatwe i proste? Za dużo tu tych może… może po prostu napisz ciąg dalszy, bo już się nie mogę doczekać.

Ja też pomyślałem o tym że podpiłowała :D.

Bardzo wciągające. Strasznie jestem ciekaw co będzie dalej. Teoria panspermii ? Obce artefakty. Odrobinę Stalkerskie klimaty. Kim naprawdę jest Anna ? Być może każde z nich ma zasób wiedzy przeznaczony wyłącznie dla każdego z osobna. Własny zestaw rozkazów i zadań. Odwzajemnione pożądanie a może jednak próba wykorzystania starych jak świat męskich słabości ? Ta pani doktor – alpinistka wydaje się jednak troszkę podejrzana. Pyta, po co broń ? 😀 Gdzieś słyszałem że na arktycznych stacjach wykorzystywana jest broń wojskowa, Rosyjskie stacje maja na wyposażeniu AK 7.62 mm, odpowiedni kaliber jest ponoć potrzebny dla obrony przed białymi misiami. No i spirytus do picia, pewnie jakieś 60%, piłem taki w 98 z naszymi wschodnimi sąsiadami, napój dla prawdziwych dzików. :D. Piszesz tak ładnie że i Bagley by się nie powstydził. Obce znaki … Słyszałeś o incydencie w Uzbekistanie ?

Narracja wg dobrych wzorców, nieco drętwa w stylizacji na dzieło sprzed dziesięcioleci ale pachnie jakością i przygodą i odrobiną researchu.
Czekam z zainteresowaniem, co się wydarzy. I jak widzę powyżej, nie tylko ja się niecierpliwię.
Uśmiechy,
Karel

Dziękuję, że znaleźliście czas, by to “coś” przeczytać.
Sam jestem ciekaw, jak dalej potoczy się ta historyjka ;))))

Myślę że większość z nas przeczytała ten utwór z dużą przyjemnością, doceń więc proszę swą sztukę. Ja jestem ciekaw, jeśli dalej Pociągniesz wątek obcej cywilizacji, co na ten temat Napiszesz ? Czy Pozbierasz po prostu plotki i fakty i Zbudujesz wspaniałą przygodę, czy Twoja praca będzie miała charakter nieco bardziej filozoficzny i mistyczny (coś a’la Max Lars). Ciekaw jestem Twoich przemyśleń o ile istnieją, na tematy ingerencji obcych cywilizacji w rozwój ludzkości. Miła fabuła będzie smakowitym dodatkiem.

Scena w której pani doktor zaprasza lotnika do wspólnego spania, już brzmi świeżo, niejako jak z życia. Na pewno jest bliższa niż pyszne opisy wspaniałych orgii i wyuzdania. Mam nadzieję że wyjdzie z tego takie zdrowe, solidne piep…nie. Tak żebyśmy po przeczytaniu odczuli chęć zapalenia papierosa ;).

Pozdrawiam ciepło,
Mick

Napisz komentarz