Nowy świat czarownic 27-28 (Nefer)  3.19/5 (23)

32 min. czytania

John William Waterhouse, “La belle dame sans merci”

27

Wyruszyli drugiego dnia o świcie. Księżna zebrała ponad piętnaście setek pieszych oraz cztery setki jezdnych. Jak się dowiedział, kolejne oddziały wymaszerowały z kilku innych zamków. Ich liczby i wielkości nie znał, w szczegóły go nie wtajemniczano. Wiedźma okazała przynajmniej tyle przyzwoitości, że pozwoliła Marcusowi pożegnać się ze swoją panią i małżonką. Prawdziwą panią i małżonką, bo przecież fałszywa Lady Berenika, następczyni tronu, miała oficjalnie towarzyszyć matce, która w odpowiednich momentach zamierzała odgrywać jej rolę. Aby uniknąć konieczności uroczystego, wspólnego opuszczenia Złotej Bramy, rzekoma księżniczka ruszyła już poprzedniego dnia na czele silnego oddziału zwiadowczego. Powróciła ukradkiem po pewnym czasie, pod osłoną kolejnej, przybranej postaci, z grupką zaufanych. Tego akurat Marcus mógł się domyślić, śledząc krzątaninę na zamku. Wszystko to z pewnością przysparzało księżnej sporo kłopotów i pochłaniało zasoby mocy. Wolałaby może uniknąć podobnych komplikacji, ale nie mogła już liczyć na współpracę córki. On sam mocno się do tego przyczynił, demaskując grę Lady Berengarii. Cóż z tego, skoro jak dotąd i tak radziła sobie ze wszystkim doskonale, a on nie ośmieli się otwarcie jej przeciwstawić, dopóki przeklęta czarownica trzyma w ręku zarówno Berenikę, jak i Sudrun. A w pobliżu pozostaje chory, oszalały z żądzy sir Oswald. Jak się domyślał, pan Czwarty podróżował w jednym z drewnianych, wysoko i szczelnie zabudowanych wozów taborowych, przewożących jakoby osobiste bagaże księżnej. W pewnym sensie, hrabiego można było zresztą za takowy bagaż uznać. Z armią pociągnęli także dwaj oficjalni mężowie, sir Waldemar oraz sir Roger. Marcus dziwił się początkowo ich obecności, skoro pani Siedmiu Bram niejednokrotnie wspominała o zaawansowanym wieku oraz niewielkiej w istocie przydatności panów Pierwszego i Drugiego. Domyślił się wreszcie, że stanowili tylko parawan. Skoro zarówno jego własna rola jako dawcy mocy, podobnie jak i poczynania sir Oswalda stanowić miały tajemnicę, to księżna musiała przecież w jakiś sposób wyjaśnić, skąd bierze zużywaną w trakcie kampanii magiczną siłę.

Rozmowa z Bereniką wypadła krótko. Odbyła się zresztą w obecności Lady Berengarii, co  kneblowało usta obojga.

– Uważaj na siebie, Marcusie. Będę wyczekiwała twojego szczęśliwego powrotu.

– Na pewno powrócę, ukochana. Może uda mi się coś wymyślić…

– Nie ryzykuj na tej wojnie, mój mężu. To przecież ja, jako twoja pani i małżonka zobowiązana jestem do sprawowania opieki oraz zapewnienia nam obojgu bezpieczeństwa.

– Ale w tej chwili nie możesz nic zrobić. Ja przynajmniej mam teraz pewną swobodę, może…

– Marcusie, matka zna wiele sztuczek. Sam widziałeś, jak skończyła się moja próba stawienia jej czoła. Liczyłam, że zdołam ją zaskoczyć, ale zdążyła przygotować się na atak. Powinnam była pamiętać, że wyszkolona pani szlachetnej krwi wyczuje każde, najmniejsze nawet użycie magii w swoim otoczeniu. A już zwłaszcza magii bojowej. Powinnam była o tym pamiętać… Okazała się zbyt przebiegła. Nie drażnij matki bezcelowym oporem. Wiem, że zażąda od ciebie oddawania mocy. Nic na to nie poradzisz, nie mam o to żalu, sama pomagałam do czasu w tej sprawie. Ale proszę… Przynajmniej pomyśl wtedy o mnie, a nie o niej, choćby przybrała najbardziej uwodzicielską postać. A to z pewnością potrafi i na to nie pożałuje magicznej siły. I wiedz jeszcze, że chociaż nie przepadam za tą Sudrun, to jednak nie życzę jej tego, o czym mówiłeś. Nie życzę jej losu tamtej służącej z Międzyrzecza. Graj rolę posłusznego małżonka następczyni tronu, a ja może zdołam tutaj coś wymyślić.

– Dostaniesz na to trochę czasu, moja droga. Planuję, że kampania potrwa przynajmniej trzy miesiące. Musimy nauczyć naszych dzikusów rozumu, zanim pogoda się pogorszy i spadną pierwsze śniegi. A teraz wystarczy tych pożegnań, obowiązki wzywają nas obie. Ty zaczęłaś już nawet swoje wypełniać – zażartowała księżna z nutą zadowolenia w głosie. – A sir Marcusowi pomoże w jego własnych ochraniacz. – Istotnie, nałożyła przyrząd na genitalia chłopaka jeszcze w lochach, niemal natychmiast po zakończeniu magicznego pojedynku z córką.

Ponieważ rozmawiali przez kraty, nie zdołali nawet porządnie objąć się ramionami, przytulić… Mogli jednak spleść palce dłoni, wymienić długi pocałunek. Nie ośmielili się natomiast, choćby szeptem, wypowiedzieć wprost tego, co chcieliby przekazać sobie oprócz wyrazów miłości.

– Kocham cię, Marcusie. I naprawdę, uważaj na siebie… Uważaj na siebie…

– Nie obawiaj się, wrócę cały i zdrowy. Ja też cię kocham i zawsze przybędę na twoje wezwanie, jak na dobrego małżonka przystało.

– A ja nie zamierzam cię wzywać, panie mężu, ale stale cieszyć się twoją obecnością.

Tymczasem połączyli tylko po raz kolejny usta, po czym zmuszony był opuścić więzienny, chociaż urządzony z luksusem apartament żony.

A więc będzie musiał uważać. Będzie musiał bardzo uważać, by nie wzbudzić podejrzeń wiedźmy. W jaki sposób zareagowałaby na odkrycie, że oto jako pierwszy od wielu pokoleń pan szlachetnej krwi potrafi posługiwać się własną mocą? Choćby jego skromne umiejętności obejmowały w obecnej chwili tylko zdolność wzniecania niewielkiego płomienia? Księżna bez wątpienia uznałaby to za groźbę nie tylko dla całego porządku Królestwa, ale przede wszystkim oraz w pierwszej kolejności dla samej siebie. Groźbę, którą należałoby natychmiast wyeliminować. I nawet status znakomitego dawcy magicznej siły nie zdołałby go uratować, przeciwnie, tym bardziej przyczyniłby się do zguby. Czy wzbudzanie płomienia można uznać za czar przynależny do magii bojowej, o której wspominała Berenika? Przecież potrafiła to również jego matka, margrabina. Rozpalała świece, by podkreślić przy różnych okazjach własne wejście, oświetlić urodę i eleganckie stroje. Wszyscy brali to za niewinną sztuczkę, służącą zrozumiałej próżności wielkiej pani. A tymczasem, może ognista kula zdolna pochłonąć oddział zbrojnych różniła się od takiego płomyka tylko skalą oraz ilością użytej siły? A magicznej mocy podobno mu nie brakowało. Postanowił, że koniecznie musi to sprawdzić i ćwiczyć. O takich ćwiczeniach wspominała też zresztą Berenika. Potem pojęła jednak, na jakie niebezpieczeństwo wystawiłyby one męża i zdołała go ostrzec. Będzie musiał bardzo uważać.

Rozmyślał o tym wszystkim, gdy posuwał się stępa, w męskim siodle, na nędznej chabecie, umieszczony w bezpiecznym otoczeniu silnie chronionych taborów. Jeżeli zacznie eksperymentować z magią, przyciągnie uwagę Lady Berengarii. Jeżeli nic nie zrobi, pozostanie w posiadaniu jednego, w tej chwili niewiele znaczącego czaru. Ponurego nastroju Marcusa nie zdołało poprawić pojawienie się Sudrun, która nadjechała od czoła kolumny i zrównała się z chłopakiem. Od chwili zdemaskowania machinacji księżnej nie miał dotąd okazji do rozmowy z gwardzistką, zdążył przemyśleć pewne sprawy i postanowił nie wtajemniczać dziewczyny w mroczne sekrety dworu Siedmiu Bram. W ten sposób naraziłby ją tylko na dodatkowe niebezpieczeństwo. Może powinien powiedzieć jej przynajmniej o sir Oswaldzie, obawiał się jednak, że nawet taka groźba nie skłoniłaby Sudrun do porzucenia służby i ucieczki. Przecież podobno ona go kocha, przypomniał sobie ciśnięte mu w twarz słowa księżnej.

– Witaj, paniczu Marcusie. Przydzielono mnie do oddziału chroniącego tabory. Dzięki temu będę mogła częściej ci towarzyszyć. I mam też zajmować się Demonem, oporządzać go i przejeżdżać.

– To dobrze, to chyba bezpieczniejszy przydział – odpowiedział, chociaż wątpił, czy akurat dzicy mieszkańcy Północy są tymi, którzy najbardziej zagrażają w tej chwili dziewczynie.

– Nie do końca mnie to cieszy..

– Tak bardzo spieszno ci do walki z barbarzyńcami?

– Jestem żołnierzem i do tego mnie szkolono, a to wrogowie całego Królestwa.

– Sudrun, niech Królestwo samo martwi się o siebie. Nie narażaj się bez potrzeby. Właściwie, byłoby najlepiej, gdybyś zrezygnowała ze służby i udała się do jakiegoś innego władztwa, możliwie na drugim końcu świata.

Już wypowiadając te słowa, zdał sobie sprawę z ich bezsensu. Księżna z pewnością nie pozwoli teraz dziewczynie odejść. Mogłaby wprawdzie spróbować ucieczki, mając Demona pod siodłem zyskałaby niejakie szanse. Ale na jak długo? Lady Berengaria na pewno nie szczędziłaby wysiłków, by odnaleźć zbiega. A to, że jej ręce sięgają bardzo daleko, udowodniło już porwanie Anity. Nie, ich losy były splecione ze sobą. Musi chronić Sudrun, a nie wystawiać na dodatkowe zagrożenia. Wystarczy, że czuł się winny za okropną śmierć służki. Gwardzistka wcale nie miała zresztą zamiaru przyjmować jego rady.

– Nie po to przybyłam do Siedmiu Bram, żeby teraz odchodzić, choćby z Demonem. I nawet teraz, gdy twoje sprawy układają się lepiej, książę. Pogodziłeś się z lady Bereniką, zdobyłeś jej życzliwość, okazuje ci względy, chociaż pokonałeś ją w wyścigu. Mówią o tym wszyscy na zamku i w armii. Szkoda, że nie mogłam zobaczyć tego na własne oczy, ale słyszałam, że poradziłeś sobie znakomicie, paniczu.

No tak, przecież ona o niczym nie wie. Umocnił się w postanowieniu utrzymywania Sudrun w nieświadomości.

– Miałaś wtedy rację, to Demon zdołał zbliżyć nas do siebie. Nie musisz już dłużej nade mną czuwać – zdobył się na żart.

– To mój obowiązek, paniczu. Jako żołnierza i gwardzisty. Tak w Międzyrzeczu, jak i tutaj. A pomimo życzliwości młodej pani, starsza księżna nie darzy cię chyba przyjaźnią. I nic dziwnego, biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się podczas naszej podróży z zamku margrabiny. Nadal mogę ci się przydać, sir Marcusie.

– Sudrun, dlaczego to robisz? Dlaczego tu przybyłaś i chcesz mi pomóc?

– Bo obiecałeś mi konia, paniczu.

– Dobrze wiesz, że nie zdołam ci go ofiarować. Nie bez zgody Bereniki, a pewnie i księżnej również. Dlaczego? Z jakiego powodu poskromiłaś Demona na życzenie lady Berengarii?

– Bo taki wydała rozkaz.

– I to wystarczyło? Ona sama przedstawiła to inaczej… Powiedziała, że okazałaś posłuszeństwo dopiero wtedy, gdy zagroziła, że to ja zapłacę za twoją krnąbrność.

– Paniczu, nie mogłam na coś takiego pozwolić!

– Ale dlaczego? Przecież nie powinienem nic dla ciebie znaczyć.

– Tak, nie powinieneś, Marcusie. Wiem, że to moja wina. Na zamku Dostojnej Margrabiny otrzymałyśmy pewne rozkazy, to żadna tajemnica. Ale ja nie wykonywałam tylko rozkazów… Nie wykonywałam tylko rozkazów… I mogłam choćby w taki sposób, ale jednak mieć cię dla siebie… Na pewno nie odejdę, dopóki ty tutaj jesteś, paniczu.

– Sudrun, chcesz powiedzieć, że ty… że ty mnie kochasz?

Nie odpowiedziała, odwróciła tylko wzrok. Nie potrzebował jednak innego potwierdzenia. Ależ był ślepy! Traktował gwardzistkę jako świetnego kompana podczas konnych gonitw, a wkrótce później również jako gorliwą towarzyszkę innych zabaw. Ochoczą, pomysłową i nienasyconą. W swojej naiwnej nieświadomości nie dostrzegał niczego więcej. Lubił Sudrun, ale lubił też jej koleżankę, Tamarę. No, może wyróżniał odrobinę z powodu umiejętności jeździeckich oraz przyjaźni z Demonem. Ale nigdy by się nie spodziewał, że ona aż tak bardzo… I oto kolejna, zakochana w nim dziewczyna, którą naraża na niebezpieczeństwo, może nawet na śmierć. Nie może dopuścić, by z jego powodu uczyniła coś szalonego.

– Paniczu, wiem, że to moja wina. Wiem, że ja nie mam prawa, wiem, że poślubiłeś przeznaczoną ci małżonkę i pozostajesz pod jej opieką. W dodatku to bardzo piękna i potężna pani, szlachetnie urodzona, przyszła księżna, doskonale jeździ konno, zdobyłeś jej przychylność, zresztą nie mogło stać się inaczej, sam również ją pokochałeś… To ona posiada wszelkie prawa do twojej miłości, twojego nasienia i twojej mocy, ale ja tego wszystkiego nie potrzebuję, chcę ci tylko pomóc, choćby z daleka… pozwól, sir Marcusie.

– Sudrun, to nie ma sensu. Lubię cię, zawsze lubiłem. Dałaś mi wiele przyjemności, co ja mówię, rozkoszy. Mam nadzieję, że odwzajemniłem się tym samym. Wiesz jednak, że taki panuje obyczaj. Tak szkoli się dorastających panów szlachetnej krwi, by potem potrafili usłużyć poślubionej małżonce. Ja także mam teraz panią i małżonkę. Tak jak powiedziałaś, jest piękna, odważna… I to ona posiada wobec mnie wszelkie prawa. Przecież ja nie mogę dać ci zupełnie niczego, nawet… A przede wszystkim, ja sam kocham lady Berenikę. Kocham swoją panią, a nie ciebie, Sudrun. Wybacz, ale im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej. – Liczył, że te bezlitosne słowa zdołają ochłodzić uczucia dziewczyny. – Gdy skończy się ta wyprawa, poproszę księżną, żeby pozwoliła ci opuścić służbę. Z sowitym wynagrodzeniem, to na pewno mogę obiecać. I kto wie, czy nie z Demonem?

Może uda się przeprowadzić coś takiego? Jeżeli Sudrun przestanie okazywać swoją niewczesną miłość, może księżna uzna dziewczynę za niepotrzebną? Skorzysta też z okazji, aby w przynoszący chwałę jej hojności sposób pozbyć się konia, którego nie potrafi dosiąść i który utrudnia Lady Berengarii udawanie własnej córki. Tym ważniejsze, by Sudrun nie dowiedziała się o niczym kompromitującym dwór Siedmiu Bram w stopniu większym niż obecne plotki. Opowiedział wprawdzie gwardzistce o przybieraniu przez księżną młodszej, bardziej urodziwej postaci. Ale różnego rodzaju magiczne zabiegi poprawiające urodę stosowały prawie wszystkie szlachetnie urodzone damy, o ile tylko posiadały dość mocy. To nikogo specjalnie nie zdziwi.

– Nie zależy mi na srebrze, książę! A i Demona nie chcę dostać w taki sposób!

Ostatnie słowa o ukochanym rumaku wypowiedziała z mniejszą może niż te o srebrze pewnością, zadarła jednak dumnie głowę i popędziła konia. Został sam ze swymi myślami. Poczuł się podle, ale przecież musiał tak postąpić. To dla jej własnego dobra!

Aby odegnać wyrzuty sumienia zaczął uważniej przyglądać się okolicy. Około południa pokonali wreszcie wydłużoną przełęcz Złotej Bramy, chronioną przez wysunięte posterunki. Kolumna wydostała się na szerokie, pokryte głównie surowym lasem równiny. Tu i tam trafiały się jednak rozległe, trawiaste łąki, poprzecinane gęsto strumieniami. Trzymali się raczej otwartych przestrzeni, wyraźnie wzmocniono jednak czujność. Od głównej kolumny odrywały się oddziały konnych zwiadowców, przetrząsające krawędzie mijanych kniei. Tymczasem barbarzyńców nie napotkano, dawało się jednak odczuć, że oto armia wkroczyła na ziemie wroga. On sam często czuł na sobie czyjś wzrok. Raz czy drugi przyłapał Sudrun na tym, że przypatrywała mu się z pewnej odległości. Natychmiast odwracała spojrzenie, ale po pewnym czasie sytuacja powtarzała się. Nie podjechała już jednak bliżej.

Przed wieczorem rozbili obozowisko na rozległej, przeciętej strumieniem polanie. Otoczone silną strażą tabory rozstawiono na skraju głównej kwatery wojsk. W pobliżu rozbito namioty księżnej, jej dwóch oficjalnie uznawanych mężów oraz jego własny, bo okazało się, że jako małżonek następczyni tronu także posiada do takowego prawo. Przynajmniej obyło się tutaj bez urodziwych służek. Prawdę mówiąc, nie przydzielono mu żadnej służby i musiał sam zająć się koniem oraz urządzić w namiocie. Strawę otrzymał przydziałową, jak wszyscy. Wcale mu to zresztą nie przeszkadzało. Pomyślał przelotnie, jak radzą sobie sir Waldemar i sir Roger. Nie wyglądali na doświadczonych wojowników czy choćby myśliwych. Ale skoro sama pani Siedmiu Bram obywała się na wyprawie bez osobistej służby, to i oni musieli się dostosować. Tak oto surowe, żołnierskie obyczaje księżnej znowu przychodziły jej z pomocą. Brak wścibskich służek kręcących się po kwaterach szlachetnie urodzonych znakomicie ułatwi jej machinacje. Podobnie jak założenie własnego obozowiska nieco na uboczu. Znowu zauważył Sudrun. Tym razem zajmowała się Demonem, zabrała go nawet na krótką przejażdżkę po najbliższej, chronionej przez patrole okolicy. Miał wielką ochotę poszukać pociechy w bliskości czworonożnego przyjaciela, ale przecież postanowił, że zmrozi i zniechęci do siebie dziewczynę. Dla jej własnego dobra. Dostrzegł jednak, że ona nadal posyłała mu długie spojrzenia.

Słońce chowało się już za krawędzią drzew, gdy wszczął się nowy ruch. Oto rozstawiano jeszcze jeden namiot, tuż obok kwatery Lady Berengarii. I tak jak w przypadku namiotu księżnej, wywieszono na jednym z masztów chorągiew ze znakiem Bramy. Posłyszał, że właśnie powróciła niespodziewanie księżniczka Berenika. Zdaje właśnie raport matce, bo podobno przyniosła ważne wiadomości. Zostanie już na noc i dlatego księżna poleciła przygotować dla córki osobną kwaterę. – „Ciekawe, czy tylko dla samej młodej pani.” – Pomyślał złośliwie, bo po krótkiej chwili zaskoczenia pojął, o co musi w tym wszystkim chodzić. I nie zdziwił sił się, gdy po pewnym czasie, w zapadającym już zmroku z namiotu księżnej wynurzyła się znajoma sylwetka.

– Hola, sir Marcusie! – zawołała Berenika machając przyjaźnie dłonią. – Nie przyjdziesz przywitać się z małżonką? Skończyłam już na dzisiaj z obowiązkami, matka dała mi wolne i mamy trochę czasu dla siebie.

Nie wypadło do szczególnie dostojnie, powinna wezwać go przez posłańca, ale przebywali przecież przy armii, na wyprawie wojennej i pałacowe maniery można było odłożyć w kąt. A młoda pani lubiła przecież bezpośredniość. Tak, prawdziwa Berenika wybrała ostatecznie szczerość i odrzuciła fałsz. I za to teraz płaciła, zamknięta w lochach Złotej Bramy. A on miał do czynienia z wiedźmą. Poczuł gwałtowną niechęć. Wiedział, że musi ulegać jej woli, przynajmniej w tej chwili, ale nie oznacza to przecież jeszcze odgrywania komedii miłości na oczach gwardzistów i zwykłych żołnierzy. Potraktuje przeklętą czarownicę z uprzejmym, lodowatym chłodem. W tejże chwili poczuł jednak na plecach znane już sobie spojrzenie. Sudrun wpatrywała się zachłannie w całą scenę, nie odrywając oczu od obojga rzekomych małżonków.

– Witaj, piękna i szlachetna pani! Witaj, Bereniko! Cieszę się, że wróciłaś bez przeszkód. I do tego tak szybko!

Zmusił się do wykrzyczenia tych słów i ruszył w stronę fałszywej księżniczki jeśli nie biegiem, to przynajmniej szybkim krokiem. Otworzyła ramiona, a on zamknął ją w uścisku. Poczuł przyjemny, wytworny zapach.

– Zmieniłaś perfumy, pani? Odświeżyłaś się i może wzięłaś nawet kąpiel?

– Berenika czasami ich używa. Z kąpieli wypadało zrezygnować, ale przecież nie musimy przy takiej okazji rozkoszować się odorem stajni.

– Ja nie poczyniłem żadnych przygotowań i obawiam się, że pachnę koniem. Tak zresztą wolę, a myślę, że i Berenice nie byłoby to przykre.

– Tu mógłbyś się zdziwić, sir Marcusie. Kobiety potrafią okazywać zmienność upodobań w zależności od sytuacji. Ale to miło z twojej strony, że tak radośnie witasz swoją panią i małżonkę. Tylko tak dalej, a nie wyjdziesz na tym źle. Potrafię okazać łaskawość, a to wszystko nie musi odbywać się w aż tak przykry sposób, jak pewnie myślisz.

Omal nie żachnął się, słysząc te słowa. Chyba zresztą nie po raz pierwszy padły one z ust księżnej. Nadal czuł jednak wbity we własne plecy wzrok Sudrun. Przymknął powieki i przywarł wargami do warg wiedźmy. Przedłużał tę chwilę na użytek obserwującej ich dziewczyny. – „Wybacz, Bereniko. Tak jak chciałaś, mam przed oczyma ciebie, tylko ciebie.” – Usta wiedźmy okazały się zadziwiająco miękkie i chętne, przejęły inicjatywę i teraz to ona wyciskała pocałunek, wsuwając język pomiędzy wargi i zęby chłopaka. Miał ochotę potraktować tego niechcianego gościa w sposób, na który zasługiwał, ale to przecież niczego by nie zmieniło.

– Otwórz oczy, sir Marcusie. Wiem, że chcesz widzieć tylko Berenikę, swoją ukochaną panią i małżonkę, ale czyż tak właśnie nie jest? Czyż to właśnie nie ona stoi tutaj, a ty tulisz ją w ramionach? Czyż to nie jej oddasz za chwilę moc? W sposób, który może sprawi ci choćby odrobinę rozkoszy? Chodźmy do namiotu księżniczki.

„Muszę okazywać jej teraz czułość oraz własne pożądanie, ze względu na Sudrun.” – Powtarzał uporczywie, prowadzony do wejścia. Obejrzał się przez ramię. Tak jak się spodziewał, dziewczyna obserwowała scenę, stojąc nieruchomo za grzbietem Demona. Złapał jej spojrzenie, ale natychmiast odwróciła wzrok. – „To wszystko dla jej dobra.” – Pomyślał, odrzucając płachtę i wchodząc do środka.

Niestety, otwarcie oczu okazało się błędem. Bo oto istotnie, tak jak zapowiedziała wiedźma, miał przed sobą Berenikę. Pojmował, że to tylko uczyniona magią postać ukochanej, ale zmysły też wiedziały swoje. Wysyłały sygnały, nad którymi umysł nie potrafił zapanować. I ku swemu wstydowi poczuł ból w zniewolonych ochraniaczem genitaliach. Lady Berengaria swoim zwyczajem roznieciła płomyki kilku świec. Teraz i on pewnie by to potrafił, nie zamierzał jednak ujawniać się ze swoimi nowymi zdolnościami. Berenika też rozpalała niekiedy świece, więc uczynek wiedźmy nie zepsuł odgrywanej roli. Ubrana w prosty strój jeździecki, nie próbowała tym razem wywierać wrażenia oporządzeniem wojownika, orężem czy przesadnie władczą postawą. To byłoby nie na miejscu. Zamiast tego usadowiła chłopaka na stołku, podała wino, sama również popiła z kielicha i zapowiedziała.

– Siedź spokojnie, mój szlachetny książę. Pozwól, bym sprawiła ci rozkosz.

Nie czekając zresztą na żadne pozwolenie, zmysłowo pozbywała się kolejnych elementów odzieży. Nie potrafił oderwać wzroku. Mimo woli przypomniała mu się scena ostatniego zbliżenia z Bereniką. Obrazy rozmazywały się, przenikały wzajemnie i nakładały na siebie. Ona też odrzucała części stroju jeździeckiego, w równie pociągający sposób. Wyginała ciało, obracała się dookoła, wyciągała ramiona, prężyła dumnie piersi, gdy już je obnażyła. Nie skąpiła też widoku swego własnego miejsca rozkoszy. Ból narastał.

– A teraz, zajmę się tobą, mój piękny panie.

Całkowicie już naga, podeszła od tyłu i objęła chłopaka ramionami. Pochyliła głowę i przytuliła do jego policzka. Znowu poczuł ten zapach, poczuł jej włosy. Przymknął powieki i przywołał obraz Bereniki, prawdziwej Bereniki. Tak jak przedtem otwarcie, tak teraz zamknięcie oczu nie okazało się najlepszym posunięciem. Wyobrażenie niczym nie różniło się od tego, co mógł mieć przed sobą tu i teraz, w tym namiocie. Poczuł, jak zwinne palce rozwiązują sznurowania kubraka, ściągają go przez ramiona i głowę, rozpinają pas… Usiłował przypomnieć sobie Anitę i sir Oswalda, okropne sceny, których świadkiem był w lochach, nawet upokorzonego, całującego stopy księżnej sir Adriana. Pojawiły się jakieś blade i rozmyte, pan Trzeci wydawał się zresztą zadowolony ze swojej służby. Ciepła, zwinna dłoń zacisnęła się lekko na ochraniaczu i genitaliach. Obrazy z lochów zniknęły. To znaczy, niezupełnie. Powróciła wizja Bereniki, pobudzającej go ustami, przyjmującej  i wciągającej pomiędzy wargi sterczącego fallusa. W tejże chwili opadł zniewalający przyrząd i męskość wyprostowała się w sporej okazałości. Otworzył oczy, Berenika, nie – to Lady Berengaria, uśmiechała się lekko, gładząc dłonią sterczące przyrodzenie chłopaka.

– Doskonale, mój ukochany – wyszeptała.

Dokładnie tak, jak w jego wyobrażeniu, upadła na kolana i przyjęła wyprostowany trzonek w usta, wciągając głęboko. Zachłysnął się z wrażenia, gdy w zjednoczonym, idealnie zgranym rytmie podjęły pracę jej wargi, jej zęby, jej język… Wspomagane ruchami całej głowy, które to odrobinę uwalniały przyrodzenie, to znowu wprowadzały je niemal w gardło. Popił z kielicha,  odstawionego uprzednio z nietkniętą zawartością. Musiała wzorować całą sytuację na ich ostatnim miłosnym spotkaniu z Bereniką, spotkaniu, którego była świadkiem. Robiła mu to z całą świadomością wyuzdanej uwodzicielki, doświadczonej w tego rodzaju łowach oraz w usidlaniu zdobyczy. O tak, była w tym lepsza od córki. Księżniczka okazywała żywiołowy entuzjazm, z naddatkiem nadrabiając brak doświadczenia i pewną gwałtowność. Teraz miał do czynienia z wyrafinowaną kusicielką, mistrzynią sztuki sprawiania rozkoszy. Nawet nie poczuł, kiedy pojawiło się znajome gorąco.

– Wybacz Bereniko, wybacz moja ukochana… Jestem słaby i nie potrafię… – wyszeptał. Czy słyszał już kiedyś podobne słowa? Nieważne, teraz liczyło się tylko pożądanie.

Lady Berengaria z doświadczeniem prawdziwej mistrzyni wyczuła właściwą chwilę. Nie bawiła się już teraz w żadne gry tylko zerwała z kolan i pociągnęła chłopaka w stronę przygotowanego legowiska. Było mu obojętne, w jaki sposób i w jakiej pozycji to zrobią, Byle szybciej, byle szybciej wytrysnąć w jej wnętrzu. Upadła na posłanie, podparła się rękoma. A więc w takiej, żeby przyjąć jak najwięcej nasienia i jak najwięcej mocy. Nie robiło mu to większej różnicy. Sam również opadł w dół, przybrał odpowiednią postawę, otrzymał gorliwą pomoc zręcznej dłoni i już po chwili tonął w gorącej, wilgotnej studni. Najchętniej zanurzyłby się w niej cały. Nie silił się na jakąkolwiek finezję tylko pchał raz za razem, a ona wspomagała go ruchami bioder. Uwolnienie, uczucie ssania i nieodłączne osłabienie przyszły bardzo szybko, niemal nie do rozdzielenia. Runął na rozłożone skóry.

– Dlaczego mi to zrobiłaś? – spytał, gdy odzyskał odrobinę sił.

Księżna zdążyła już powstać, oczyściła się i nakładała właśnie kolejne elementy garderoby.

– Bo potrzebowałam twojej mocy – odparła po prostu, teraz nie musiała już udawać, a z jego oczu opadły łuski zauroczenia.

– Ale dlaczego tak? Dlaczego aż tak bardzo udawałaś?

– Mój słodki książę, pytałeś kiedyś, jaki to sposób jest najlepszy wobec ciebie. Obawiałeś się nawet, że może zechciałabym użyć bicza i łańcuchów. Bez obawy, to nie dla sir Marcusa, chociaż lubisz skórzane stroje wojowniczek. W końcu wychowywałeś się wśród gwardzistek. Otóż najlepszym sposobem w twoim przypadku jest miłość, nic innego, tylko stara, dobra miłość. W sam raz dla zakochanego, naiwnego młodzieńca.

– Ty mówisz o miłości?

– Czyż nie kochasz Bereniki? Nie próbuj nawet zaprzeczać. Kochasz ją do szaleństwa. I bardzo dobrze. Jak widzisz, bardzo skutecznie przybrałam postać własnej córki, a ty nie potrafiłeś się jej oprzeć. Obiecałeś Berenice mieć ją przed oczyma w chwilach, gdy będziesz służył mi mocą, a ja ułatwiłam ci dotrzymanie słowa. – Roześmiała się. – Nienawidzisz tej wiedźmy, lady Berengarii, jakkolwiek uwodzicielsko by się dla ciebie przystroiła, ale z jednym wyjątkiem. Kochasz księżniczkę i jej względów nie potrafiłeś odrzucić.

Gdyby posiadał w tej chwili choć odrobinę mocy, cisnąłby bez wahania potężną kulą ognia. Czuł, że dokonałby tego nawet bez żadnych ćwiczeń

– Po co to wszystko? – rzucił zgnębiony. – To już prędzej zakuj mnie w kajdany i potraktuj biczem, jak pana Trzeciego. Naprawdę, poczułbym się lepiej!

– O nie. Potrzebuję dużo mocy. Jesteśmy na wojnie i nie mogę zawieść w najważniejszych chwilach. Barbarzyńcy muszą dostać nauczkę. A sir Waldemar oraz sir Roger… Są przydatni, owszem, ale ich magiczna siła na pewno nie wystarczy. Cóż, mamy jeszcze sir Oswalda, ale on potrzebuje szczególnej podniety, chwilowo niedostępnej, bo nie zabierałam ze sobą żadnych dziewek, by rzucić je na pożarcie. A tymczasem moc przyda się jeszcze tej nocy.

– O czym ty mówisz?

– Berenika przyniosła ważne wieści, to już pewnie słyszałeś. Nawet zdradzę ci jakie. Zwiadowcy odnaleźli wioskę dzikusów. Ośmielili się podejść tak blisko przełęczy, dostaną nauczkę. Wkrótce wyruszam na czele trzech szwadronów jazdy. Nie spodziewają się nas tak szybko, liczą, że kolumna posuwa się powoli. Spadniemy na nich o świcie. Lady Berengaria rozpocznie kampanię od szybkiego sukcesu, żołnierze nabiorą dodatkowego animuszu.

– Nocny wypad na czele niezbyt wielkich sił? Czy to nie ryzykowne?

– Nie wtedy, gdy posiadam tyle mocy, ile właśnie mi ofiarowałeś, piękny książę. To powinno wystarczyć do ukrycia przemarszu oraz jako zabezpieczenie, nawet gdyby… Nie spodziewają się zresztą, od dawna nie miałam okazji wystąpić z taką siłą. – Urwała i zmieniła temat. – Ty zostaniesz tutaj, najlepiej w tym namiocie. W końcu Berenika pragnie nacieszyć się obecnością przy armii ukochanego małżonka. Rano zniknie z obozu, okaże się, że wyruszyła z następnym zadaniem. Wybacz, że będziesz mógł wyobrazić sobie tylko kolejne dowody miłości swojej pani i małżonki. I będziesz musiał uczynić to w ochraniaczu, bo na mnie już czas. Ale towarzystwa starej wiedźmy nikt przecież nie będzie żałował.

28

Został sam, bezsilnie miotając się w namiocie. I oto raz jeszcze zdołała go podejść, wykorzystała i odebrała moc. Wiedział przecież, że wiedźma udaje tylko Berenikę, ale i tak nie potrafił oprzeć się widokowi, uściskom i pocałunkom ukochanej. Zmysły wołały pełnym głosem, że oto stoi przed nim jego pani i małżonka, a on uległ im jak bezsilny głupiec, zapominając o własnym rozumie. Cóż takiego powiedziała przeklęta czarownica? – „Najlepszym sposobem na ciebie, mój książę, jest miłość, stara, dobra miłość.” – I okazało się, że znowu miała rację. Gdyby od samego początku trzymał ją na dystans, gdy tylko przywołała go do siebie i obdarzyła pierwszymi pieszczotami… Może zdołałby się opanować. Ale chciał pokazać coś Sudrun, podjął grę Lady Berengarii, a potem zmysły wzięły górę. Przynajmniej dziewczyna przekonała się naocznie, że nie ma dla niej miejsca w sercu „panicza Marcusa”. Może to wreszcie przywróci jej odrobinę rozsądku? – „To jedyny sposób.” – Tłumaczył sam sobie, czując ukłucia wstydu, że potraktował tak obcesowo nierozsądną, ale wierną gwardzistkę.

Gdy wreszcie ochłonął, pomyślał, że księżna opuściła już zapewne obozowisko i wyruszyła na nocną wyprawę. Może więc wykorzystać okazję i poćwiczyć z czarem ognia? Dla pewności odczekał jeszcze jakiś czas i spróbował. Na początek zdmuchnął kilka świec, potem przypomniał sobie, co pokazała mu Berenika, przypomniał widok, smak, zapach płomienia. Wyobraził trzask drewna płonącego w ognisku. Wbił spojrzenie w jeden ze zgaszonych knotów i wytężył siły… Nic… Nie rezygnował, przecież wiedział! Wiedział jak to zrobić, poczuł to wszystko w jednej chwili, gdy ukochana otworzyła przed nim umysł i ukazała płomień w błysku zrozumienia. Zaraz potem wdała się w beznadziejny, przegrany pojedynek z matką. Postać otoczonej ochronnym błękitem Lady Berengarii pojawiła się nieproszona przed oczyma chłopaka. Nie zdążył już jej odegnać. Oto zatlił się czerwony punkt żaru, knot zadymił! Jeszcze chwila i zapełgał wątły płomyczek. To jednak wystarczyło, ognik powiększył się, zapłonął, dając światło i ciepło. A więc potrafił rozpalić świecę! Naprawdę potrafił posługiwać się mocą! Poczuł pewne osłabienie, inne jednak niż wówczas, gdy po prostu oddawał magiczną siłę razem z nasieniem. Jeszcze jedna próba, może kilka świec od razu? Przecież matka, księżniczka Berenika i wreszcie sama pani Siedmiu Bram potrafiły dokonać tego na zawołanie, dla kaprysu. Powtórzył całą procedurę, ale nic się nie stało. Czegoś zabrakło. Może… Wzdrygnął się i świadomie już przywołał obraz sir Oswalda, duszącego nieszczęsną Anitę. Płomienie pojawiły się duże i silne. A więc to jest to, potrzeba mu emocji, by skorzystać z własnej mocy. O to nie powinno być trudno w obliczu Lady Berengarii. Zgasił wszystkie świece i lampy, podjął kolejne ćwiczenie. Obraz ognia, twarz pani Siedmiu Bram, sir Oswald… Udało się, ale efekt nie okazał się już równie spektakularny. Zapłonęły tylko trzy knoty, słabo w dodatku, dając więcej dymu niż światła. Dopiero po chwili rozpaliły się lepiej, w naturalny jednak sposób. Poczuł się słabo. Czy naprawdę nie stać go na nic więcej? Zrozumienie przyszło po chwili. No tak, podobno gromadzi moc wyjątkowo szybko, ale przecież niedawno oddał ją całą, bez reszty. Księżna dosłownie wyssała go do ostatniej kropli. Nic dziwnego, że wyczerpał skromne, dopiero co zebrane siły. Musi odczekać. Odczekać i podjąć próby w bardziej sprzyjających okolicznościach. Pamiętając jednak o tym, by czynić to z daleka od wiedźmy. Tymczasem i tak osiągnął jednak całkiem sporo. Okazał się pierwszym od pokoleń szlachetnie urodzonym panem, który opanował sztukę rzucania czarów. Choćby i było to w tej chwili zaledwie jedno zaklęcie. Czy czekało go szaleństwo, jak twierdziły stare opowieści? Nie wierzył w coś takiego. Pomimo podekscytowania nie odczuwał przecież żadnego pragnienia zachowania mocy, zachowania i używania tylko dla siebie, przy wykorzystaniu własnego umysłu. Przeciwnie, chętnie podzieliłby się magiczną siłą z Bereniką. Co tam podzielił, oddałby ją nawet całą, gdyby tylko ukochana była tu przy nim. Może dzięki nabytym umiejętnościom zdoła jej w jakiś sposób pomóc? Pomóc im obojgu? Ostrzegała przed takimi myślami, ostrzegała na pewno w dobrej wierze. Musi zachować ostrożność, ćwiczyć ukradkiem i czekać na sprzyjającą okazję. W końcu nadejdzie, czegoś takiego wiedźma nie może się przecież spodziewać!

Podekscytowany, z trudem zdołał zasnąć. Obudziły go odgłosy zwijania obozu. Opuścił namiot rzekomej Bereniki i zakrzątnął się wokół własnych bagaży, oporządził konia, sam coś zjadł. Świadomie unikał Sudrun, która kręciła się gdzieś na skraju spojrzenia, ale nie próbowała nawiązać rozmowy. Księżna nadal nie wróciła i pomyślał, że może mógłby odejść gdzieś na bok i poćwiczyć. Opamiętał się po chwili. Mimo wszystko, znajdowali się na wrogiej ziemi i samotne krążenie poza obozem mogło okazać się niebezpieczne. Nikt też nie pozwoliłby na coś takiego cennej własności Lady Berengarii, to znaczy – oficjalnie księżniczki Bereniki, ale w tej chwili i tak nie czyniło to większej różnicy. A w obozie mógłby co najwyżej dyskretnie rozpalić jakieś małe ognisko, gdyby bardzo uważał. I w końcu księżna powinna pojawić się w każdej chwili. Jak powiedziała, zamierzała zaatakować barbarzyńców o świcie, a słońce stało już wysoko.

Ostrożność ta okazała się jak najbardziej uzasadniona. Rozległy się okrzyki powitania, w obozie zapanowała radosna wrzawa. To pani Siedmiu Bram powracała ze zwycięskiego wypadu. Pierwszej wygranej potyczki podczas tej kampanii. Nie potrafił opanować ciekawości i wyszedł na spotkanie. Czyż tego zresztą nie oczekiwano by po zadziornym, ciekawym świata młodzieńcu, który nigdy dotąd nie brał udziału w wyprawie wojennej?

Ujrzał wkraczające do obozowiska szwadrony, nie wydawało się, by jezdni ponieśli poważniejsze straty. Żołnierze sprawiali wrażenie zadowolonych, jak zawsze po zwycięstwie, nawet odniesionym w drobnej w sumie potyczce. Prawdopodobnie nie napotkali większego oporu, a w nagrodę za trudy pozwolono im zrabować wioskę. Co prawda, nie należało raczej spodziewać się w niej szczególnie cennych łupów. Wzięto tylko pewną liczbę brańców. Przyglądał się z ciekawością widzianym po raz pierwszy w życiu barbarzyńcom. Nie sprawiali wrażenia krwiożerczych potworów, jak przedstawiano ich w południowych księstwach. Berenika miała rację, wyglądali niczym zwykli poddani, bardziej tylko zabiedzeni, a obecnie jeszcze osowiali i przygnębieni. Przeważali mężczyźni i kobiety w stosunkowo młodym wieku, dzieci i starców nie zauważył. Wśród dziewcząt dostrzegł dwie wyróżniające się pewną urodą, prowadzono je osobno i pilnowano z większą uwagą.

Lady Berengaria, ożywiona i tryskająca energią, przyjmowała raporty oraz wydawała  rozkazy dotyczące wymarszu. Zauważyła jednak Marcusa i przyzwała do siebie, gdy odprawiła już oficerów.

– Mam nadzieję, książę, że dobrze spędziłeś noc?

– Owszem, ty również wyglądasz na zadowoloną, pani.

– Wypadł powiódł się doskonale, jak na to liczyłam.

– Odniosłaś wielkie zwycięstwo, Szlachetna Pani. – Nie kryjąc ironii wskazał na gromadkę żałosnych jeńców.

– Uważasz, że barbarzyńcy to łatwy przeciwnik? Mylisz się, sir Marcusie. Tym razem okazali się nieostrożni i dali się zaskoczyć. Ale była to tylko zwykła, niewielka wioska. Nie zdobyliśmy tam szczególnej chwały, ani bogatych łupów, od czegoś trzeba jednak zacząć.

– Co zrobisz z tymi ludźmi?

– Pójdą do pracy w kopalniach albo na folwarkach, część może odsprzedam. Czekają nas cięższe walki i dlatego pytam poważnie, czy dobrze wypocząłeś, książę?

– Czyżbyś spodziewała się powrotu lady Bereniki?

– Jeszcze nie teraz, ale zapewne nastąpi to wkrótce.

– Nie wątpię, Dostojna Pani, że księżniczka okaże się przydatna.

– O tak, nasunąłeś mi nawet pewien pomysł, sir Marcusie. Zbieraj więc tymczasem siły dla swojej pani i małżonki. Obdarzyłeś ją nimi wczoraj, ale w tej chwili nie zdołałbyś powtórzyć tego równie skutecznie.

Słysząc te słowa, pomyślał o własnych próbach z rozniecaniem ognia.

– Cóż więc uczynisz, pani? Sama poradzisz sobie ze wszystkim?

– Dokładnie tak. Jak zawsze, w razie potrzeby.

– Przy pomocy jednego ze swoich mężów?

Dostrzegł, że dziewczęta, które zwróciły jego uwagę, odprowadzono na bok i zniknęły gdzieś wśród taborów. Wolałby tego nie zauważyć, ale teraz nie potrafił już nie myśleć o sir Oswaldzie,  pożądającym zapewne w jednym z wozów kolejnej ofiary.

– Owszem, sir Marcusie. Ty jednak  czekaj na powrót Bereniki i ciesz się, że służysz tak łaskawej pani i małżonce. – Odprawiła chłopaka ruchem ręki.

Nie rozmawiał więcej tego dnia z panią Siedmiu Bram, gryzł się tylko tym, co miało wkrótce nastąpić, a czemu nie był w stanie przeszkodzić. Te barbarzyńskie branki… Nie powinien się nimi przejmować, należały do wrogich plemion, przecież wcale ich nie znał… Cóż z tego, przed oczyma pojawiał się nieustannie obraz owładniętego morderczym szałem pana Czwartego. Dzisiaj znowu doczeka się uczty. Czy księżna rzuci mu obydwie dziewczęta? Czy bardziej jeszcze pobudzi tym zwyrodnialca? W jaki sposób się to odbędzie? Zapewne dyskretnie, w miarę możliwości, w wozie sir Oswalda. Nie wiedział nawet dokładnie, w którym. Domyślał się tylko, że wiedźma poczeka do wieczora, zbrodnia dokona się pod osłoną mroku. Co prawda, to wszystko i tak zapewne nikogo specjalnie by nie obeszło. Tylko jego samego i pewnie jeszcze Sudrun. Tak, Sudrun! Za wszelką cenę musi oszczędzić jej podobnego losu. I co z prawdziwą Bereniką, uwięzioną w lochach Złotej Bramy, co z poczętym w jej łonie nowym życiem? Z małą Blanką, przyszłą panią Siedmiu Bram? O nich też nie może zapominać.

Słońce przesuwało się powoli po czystym, północnym niebie, silnie ubezpieczona kolumna posuwała się w dobrym tempie w głąb kraju barbarzyńców. Krajobraz nie zmieniał się, nadal przeważały lasy, rozdzielone jednak sporymi połaciami trawiastych łąk. Pomimo świecącego wesoło słońca przenikał go chłód, spowodowany nie tylko ponurymi myślami. Klimat był tu surowy, życie na pewno ciężkie. W sumie, trudno się nawet dziwić tym dzikusom, że ryzykowali napady na bogatsze ziemie południa. Chociaż, tak naprawdę, to w tej chwili oni sami występowali w roli najeźdźców. Księżna osobiście spaliła wioskę, kto wie, jakie zniszczenia poczyniły inne kolumny? I nie wydawało się, by napotkała przy tej okazji na silniejszy opór. Gdzie podziewali się ci groźni wojownicy z opowieści, którymi straszono na południu dzieci?

Obóz rozbito w podobnym porządku jak poprzedniego wieczora, tym razem nikt mu jednak nie przeszkadzał. Lady Berengaria, występująca obecnie pod własną postacią, zostawiła Marcusa w spokoju i zajęła się innymi sprawami. Mógł się bez trudu domyślić, jakimi. Starał się obserwować tabory, ale nie potrafił zauważyć, czy i kiedy tam się udała. Jeżeli tak, to zapewne uczyniła to dopiero w mroku, zapadłym po długim zachodzie słońca. Poganiany niezdrową ciekawością oraz pragnieniem jakiegokolwiek działania, postanowił rozejrzeć się wśród wozów taborowych. Może przynajmniej coś zauważy albo posłyszy? Zawrócono go niemal natychmiast. Okazało się, że namioty szlachetnie urodzonych otoczono dyskretną strażą, której wydano dokładne instrukcje.

– Zechciej wybaczyć, książę, ale to wrogi kraj. Takie otrzymaliśmy rozkazy. To wszystko dla twojego bezpieczeństwa.

Oczywiście. Nie mając innego wyjścia, upokorzony i zniechęcony, zaszył się w namiocie. Pomyślał, że skoro jest tak dokładnie pilnowany, to nawet podczas nieobecności księżnej trudno będzie znaleźć okazję do poważniejszych ćwiczeń. Czymś innym było rozpalenie świecy we własnym namiocie, a czymś innym spopielenie kulą ognia jakiegoś drzewa. W obozie na pewno nie da się zrobić czegoś takiego bez zaalarmowania wszystkich dookoła. Siły zdołał chyba odzyskać, przynajmniej częściowo. Poczuł wielką ochotę, by jednak coś podpalić. Cokolwiek, knot świecy albo lampy, stołek, skórę z legowiska. Choćby w taki sposób przeciwstawić się wiedźmie, która do spółki ze swym zwyrodniałym panem małżonkiem mordowała właśnie zapewne jedną albo nawet i dwie niewinne dziewczęta. Z trudem odzyskał opanowanie, księżna przebywała w pobliżu, a Berenika ostrzegała nie bez powodu. Długo i bezskutecznie nasłuchiwał każdego podejrzanego odgłosu, wyobrażając sobie różne okropne sceny. Wreszcie, zmęczony, zdołał zasnąć.

Kolejny dzień marszu okazał się podobny do poprzedniego. Posuwali się wciąż na północ, nie napotykając wroga i rozsyłając silne patrole zwiadowców. On sam krążył konno wśród wozów taborowych, usiłując rozpoznać ten właściwy, więzienie, a zarazem miejsce zbrodni popełnianych przez sir Oswalda. Żadnej z dwójki dziewcząt nie wypatrzył już wśród gromadki brańców. Nabrał pewnych podejrzeń odnośnie ciężkiego, zabudowanego i okutego żelazem pojazdu zaprzężonego w czwórkę silnych koni. Pewności nadal jednak nie zyskał. Wbrew przypuszczeniom chłopaka, w porze południowego posiłku nikt nie dostarczył tam żadnej strawy. Ale przecież wiedźma wydawała się zbyt sprytna, by pozwolić na coś równie oczywistego.

Wieczorem doczekał się wezwania. Nie zdziwił się nawet, gdy naprzeciw wyszła mu Berenika. Rozmawiali przed namiotem Lady Berengarii, na oczach wszystkich, chociaż poza zasięgiem czyichkolwiek uszu. Wolał jednak zachować stosowne formy, ona także.

– Wróciłaś już pani i małżonko? – Skłonił się na tyle ceremonialnie, na ile potrafił. Tym razem utrzyma dystans. – Jak powiodła się twoja misja, na czymkolwiek polegała?

– Och, wszystko udało się doskonale. Mamy tu kolejną, dużo większą osadę. Z tego, co zauważono, barbarzyńcy nie zamierzają tym razem uciekać i nawet wznieśli jakieś fortyfikacje. Głupcy! Rozbijemy ich w pył. Nikt nie zdoła uciec. Poprosiłam matkę, żeby to mnie powierzyła dowodzenie tą akcją.

– Co takiego?

Wiedział, oczywiście, że ma przed sobą księżną, ale takie słowa w ustach „Bereniki” jednak go zaskoczyły. Ciągle ulegał złudzeniu i nie spodziewał się przejawów aż takiej, bezlitosnej brutalności ze strony ukochanej. Czy jednak i ona sama, we własnej osobie, nie żywiła podobnej wrogości wobec dzikusów?

– A dlaczego nie? Poślubiłam dopiero co pierwszego małżonka, posiadłam moc i chcę zbierać doświadczenia. Żołnierze powinni przyzwyczaić się do mojego dowództwa, żeby później chętnie szli za mną w bój. A barbarzyńcy niech nauczą się odczuwać strach przed lady Bereniką, młodą panią Siedmiu Bram. Nie wątpisz chyba, że sobie poradzę?

– Oczywiście, poradzisz sobie na pewno, Szlachetna Pani. Jak zamierzasz to wszystko zorganizować?

– Matka wydała już odpowiednie rozkazy, sama pozostanie w obozowisku albo uda się do jakiejś innej kolumny i nie będzie się teraz do niczego wtrącać, żeby dać mi okazję wypróbowania moich talentów oraz mojej mocy. Poprowadzę jazdę i część piechoty. Tym razem nie zdołamy pewnie zaskoczyć dzikusów, ale i tak zwyciężymy. Księżniczka Berenika z Siedmiu Bram odniesie swój pierwszy triumf nad barbarzyńcami.

– Czy ta zwycięska pani zamierza może w tym celu już dzisiaj skorzystać z mocy posłusznego sługi i małżonka? – spytał z ironią.

– Miło, że o tym pomyślałeś, sir Marcusie – odparła w podobnym tonie. – Ale nie, obdarzyłeś swoją panią wystarczającą siłą poprzednim razem. Będzie lepiej, jeżeli zbierzesz jej więcej przed następną okazją. Nie chciałabym uczynić ofiarowywania mocy obowiązkiem zbyt przykrym i uciążliwym dla mojego pierwszego męża.

No tak, skorzystała zapewne z usług sir Oswalda i posiadała chwilowo dość magicznej siły. Wolała też może oszczędnie dozować swoje uwodzicielskie sztuczki, by nie spowszedniały w jego oczach.

– Mam jednak dla ciebie inną propozycję. Otóż jest moim życzeniem, żebyś towarzyszył mi w tej bitwie. Wyruszysz razem z moim oddziałem.

– Jak rozkażesz, Dostojna Pani.

Nie odczuwał wielkiej ochoty do przyglądania się masakrze barbarzyńców, ale przecież nie mógł odmówić.

– Doskonale. Wiem, że szlachetnie urodzonych panów należy trzymać z daleka od podobnych niebezpieczeństw, ale nie przewiduję większych kłopotów, a jako żona znajdująca upodobanie w swoim pierwszym małżonku, chciałabym ukazać się w twoich oczach silna i zwycięska. Mam nadzieję, że zrozumiesz tę odrobinę próżności i wybaczysz możliwe niewygody. Zwycięstwo rozpala też zwykle krew i zmysły, o czym może będziemy mieli okazję się przekonać, mój panie i mężu – dodała z uśmiechem. – Przygotuj się, wyruszamy o świcie. Czeka nas jednak dłuższa droga i pewnie nie zdołamy powrócić do głównej kolumny przed nocą.

Teraz zrozumiał. Zabierała go ze sobą jako rodzaj zabezpieczenia, gdyby coś poszło niekoniecznie po jej myśli i potrzebowała źródła nowej, magicznej siły. Czyżby jednak czegoś się obawiała? Może bitwa stworzy też jakąś okazję i dla niego?

– A teraz, wybacz, sir Marcusie, ale to moje pierwsze samodzielne dowództwo i muszę wszystkiego dopilnować. – Odprawiła „małżonka”, szczęśliwie nie próbując okazywać i nie oczekując szczególnych dowodów czułości. Uznała może, że w oczach ewentualnych obserwatorów tłumaczy ją podekscytowanie nadchodzącą walką.

Marsz okazał się trudny, musieli przedzierać się przez gęsty, podmokły las. Stało się jasne, dlaczego księżna rozdzieliła siły. Kolumna z ciężkimi taborami nie zdołałaby tędy przejść, Lady Berengaria musiała wysłać je inną drogą, bardziej okrężną. Zaczynał pojmować już co nieco z taktyki tej wojny. Nie należało spodziewać się walnych bitew w otwartym polu, raczej szybkich wypadów przeciwko kolejnym wioskom. Osławieni barbarzyńcy nie objawiali też, jak dotąd, swojej krwiożerczości i nie potrafili przeciwstawić się najazdowi, który spadł na ich ziemie. Czy rzeczywiście byli tak groźni, jak ich przedstawiano? A może obawiali się mocy i magii wojennej?

Z lasu wynurzyli się wczesnym popołudniem. Na ile zdołał to ocenić, rzekoma Berenika prowadziła prawie całą jazdę z kolumny księżnej oraz połowę piechoty. Teraz posuwali się znacznie szybciej i słońce stało nadal wysoko, gdy ujrzeli zapowiadaną osadę. Przypominała raczej dość prymitywny, ale sporych rozmiarów gródek. Fortyfikacje, o których mówiła Lady Berengaria, składały się z fosy oraz drewniano-ziemnego wału. Na kilku odcinkach wzmocniono je pospiesznie ustawionymi częstokołami. Nad bramą wznosiła się solidna, przysadzista wieża, także drewniana. Na koronie wału tłoczyli się obrońcy, wygrażając napastnikom i wykrzykując jakieś obelgi.

– No proszę, wystawili coś takiego – skomentowała księżna – To siedziba jednego z ich wodzów. Nie spodziewali się pewnie, że zapuszczę się tutaj z lekkimi siłami, przez lasy i bagna. Ale młoda pani Siedmiu Bram posiada moc, której nie zdołają się przeciwstawić. Przekonają się o tym jeszcze dzisiaj. Nie traćmy dnia, przez noc mogliby uciec albo ściągnąć posiłki.

Miał okazję ujrzeć, jak sprawnie rozstawia swoje wojska. Zatrzymując przy sobie setkę jezdnych, pozostałych konnych wyprawiła w dwóch grupach, które z przeciwnych stron objechały gródek, niepokoiły obrońców, zmuszały do rozdzielenia sił. Właściwy szturm podjąć miała jednak piechota. Na obydwu flankach bramy, każdy oddział po trzy setki pieszych. Ostatnią setkę księżna pozostawiła w odwodzie, naprzeciwko wrót forteczki. Wysunęła ją nieco do przodu, tuż poza zasięg strzały z łuku i nakazała ustawić szyk obronny. Być może po to, by zablokować ewentualną próbę desperackiego wypadu, jak przypuszczał Marcus. Towarzyszył „Berenice” na niewielkim pagórku. Żołnierze zajmowali pozycje szybko i sprawnie, nie wyglądali na amatorów w wojennym rzemiośle.

Żaden z oddziałów nie zaopatrzył się w drabiny, faszynę, łopaty czy inny sprzęt szturmowy, który mógłby posłużyć do zasypania fosy oraz zniszczenia lub pokonania wałów i częstokołów. Po chwili chłopak zrozumiał, dlaczego nie były one potrzebne i nie obciążano nimi wojska podczas marszu, ani też nie tracono obecnie czasu na ich przygotowywanie. Armia polegała przecież na magii!

Księżna nie próbowała podejmowania rozmów, nie wyprawiła herolda, niczego nie obiecywała i nie wzywała nikogo do poddania się oraz otwarcia bramy. Po prostu, gdy tylko wszystkie oddziały zajęły wyznaczone pozycje, skoncentrowała się i posłała dwa uderzenia mocy. Widział już coś takiego w górach, gdy rozbiła skalny zawał. Obecnie użyła mniejszej zapewne siły, na tyle jednak skutecznie, że uczyniła w wybranych miejscach dwa wyłomy w fortyfikacjach, rozwalając tam wały oraz zasypując fosę. Żołnierze ruszyli do ataku, osłaniając się tarczami przed strzałami i oszczepami obrońców, wkrótce starli się z barbarzyńcami w bezpośrednim zwarciu. Nie zdołali jednak tym pierwszym uderzeniem wedrzeć się do środka, walka przy wyłomach przeciągała się.

„Na co ona czeka? Dlaczego nie zniszczy całego tego gródka od jednego razu, nie spopieli go kulą ognia? Teraz nie może już nawet użyć swobodnie mocy, żeby nie razić własnych ludzi?” – Zastanawiał się gorączkowo.

Wkrótce otrzymał pierwszą odpowiedź. Gdy rąbanina w wyłomach osiągnęła nowy stopień natężenia, Lady Berengaria zaatakowała ponownie. Tym razem cios trafił w bramę i okazał się równie skuteczny. Wrota rozpadły się, wieża pochyliła niebezpiecznie.

– Zostań tutaj, Marcusie – rozkazała i ruszyła w dół pagórka na czele odwodowej setki jeźdźców, zwalniając jednak, by dać czas własnej piechocie na przeformowanie zwodniczo obronnego szyku, opanowanie  bramy i otwarcie drogi dla jazdy.

On sam przyglądał się temu zafascynowany, nie dostrzegając nawet kilku konnych przydzielonej mu eskorty. Nadal jednak nie pojmował, dlaczego księżna najwyraźniej oszczędza magiczną moc, oraz dlaczego osobiście prowadzi ten atak. Czy aż tak zależy jej na wojennej chwale córki? Odczuwał coraz większe napięcie, sam już nie wiedział, komu życzyć zwycięstwa. Krew szybciej krążyła w żyłach i przyłapał się na myśli, że on również chętnie wziąłby udział w szarży. Przecież potrafi walczyć, a skazany jest na bierne przyglądanie się bitwie! Wszystko przez to, że urodził się jako pan szlachetnej krwi!

Nagle stało się coś zaskakującego. Z bocznego, nieuszkodzonego dotąd fragmentu wałów trysnęła struga ognia, zmierzając prosto w stronę pieszych, wdzierających się już pomiędzy resztki rozbitej bramy. To znaczy, zaskoczyło to Marcusa, księżna okazała się przygotowana. I dała drugą odpowiedź na pytania chłopaka. Osłoniła oddział znanym mu już błękitem, płomienie opadły bezsilnie, wzniecając tylko kilka pomniejszych pożarów walającego się dookoła drewna. Ogień wydawał się zresztą znacznie słabszy niż ten, którym posłużyła się nie tak dawno w lochach Złotej Bramy prawdziwa Berenika. Nie ulegało jednak wątpliwości, ktoś spośród obrońców użył magii! Co prawda, bez powodzenia. Marcus spodziewał się rewanżu ze strony wiedźmy, ale nic takiego nie nastąpiło. Może brakowało jej już sił i oszczędzała moc na możliwe, kolejne niespodzianki? Szturm i tak przebiegał pomyślnie, jeżeli ataki magiczne nie powtórzą się, gródek  wkrótce upadnie. Chyba, że…

„To jest ta chwila, na którą czekałem.” – Pomyślał w uniesieniu. – „Ona z pewnością nie ma już mocy, a przynajmniej bardzo ją nadwyrężyła. Teraz, teraz mogę ją dopaść!”

Wprawdzie nie znalazł dotąd okazji, by poćwiczyć z magią na większą skalę, ale lepsza sposobność i tak szybko się nie trafi. Czuł, że odzyskał siły, wiedział, jak skorzystać z mocy. Na pewno jest w stanie uczynić coś więcej, niż tylko rozpalić świecę! Skoncentrował się i spróbował przywołać obraz sir Oswalda. Piechota wtargnęła już przez rozbitą bramę do środka forteczki, w jej ślady poszła jazda odwodu. Stawiano tam jednak jeszcze opór, Marcusa dobiegły wrzawa i szczęk broni. Lady Berengaria zwolniła na chwilę, lustrowała czujnie ocalałe fragmenty wałów, ale przecież nie spodziewa się chyba ataku od tyłu? W obydwu wyłomach również spychano teraz obrońców, zwycięstwo nastąpi lada chwila. Ludzie z eskorty chłopaka skupili uwagę na toczącej się bitwie. Wysunęli się nieco do przodu, rozproszyli  i wypatrywali magicznego zagrożenia na koronie fortyfikacji. Może obawiali się kolejnego uderzenia, skierowanego teraz ku ich wyróżniającej się grupce? Gródek i tak już upadł, a utrata źródła mocy byłaby największym ciosem dla najeźdźców. Przecież mężczyzna dosiadający wierzchowca w charakterystyczny i niedogodny sposób musiał być panem szlachetnej krwi, noszącym ochraniacz. Znakomity cel ataku. Poczuł smak, zapach, oddech płomienia. Tak, właśnie tak! Teraz!

W chwili, gdy miał już posłać własną kulę ognia, księżna trąciła konia i ruszyła w stronę bramy. Uczyniła to znajomym ruchem, tak bardzo znajomym… Berenika… Żar pojawił się wreszcie, posłuszny w końcu woli chłopaka, ale o wiele słabszy, niż na to liczył. Pragnął zniszczyć wszystko i wszystkich, przeklętą wiedźmę, jej żądnych krwi i łupów żołdaków, nawet barbarzyńców oraz ich żałosny gródek,  ostatecznie to także wrogowie! Czuł, że mógłby to zrobić! Ale nie potrafił, nie chciał przecież godzić w Berenikę! To zawahanie zadecydowało. Osłabiony pocisk pomknął w ślad za znikającą pod chwiejącą się wieżą księżniczką. Nie, wcale nie księżniczką, w ślad za nienawistną wiedźmą, sam już nie wiedział, w kogo właściwie uderza. Drewniana konstrukcja zawaliła się ostatecznie, buchnęły dym i płomienie. Czy dostrzegł tam poblask błękitu?

Widząc upadek bramy, żołnierze atakujący wyłomy zawołali triumfalnie, zapewne niewielu z nich zdawało sobie sprawę, że pod płonącymi belkami mogła zginąć pani Siedmiu Bram, nieważne, czy młoda, jak sądzili, czy stara, jak stałoby się to naprawdę i na co liczył Marcus. Natarli z nowym animuszem, przełamując resztki zorganizowanego oporu. Wdarli się do gródka, skąd dobiegły krzyki oraz wzniosły się nowe, gęste kłęby dymu. Jeźdźcy z dwóch oddziałów ubezpieczających szturm rozjechali się szeroko, zgarniając i ścigając tych, którzy próbowali jeszcze ucieczki. Rozpoczynała się grabież i rzeź. Księżniczka Berenika z Siedmiu Bram odniosła swoje pierwsze zwycięstwo.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

A zatem Marcus pożegnał się z prawdziwą Bereniką i u boku łże-Bereniki wyruszył na wojnę przeciw straszliwym barbarzyńcom z Północy.

Wygląda jednak na to, że wieści o straszliwych barbarzyńcach były równie prawdziwe, jak żona, której towarzyszy nasz protagonista. Najwyraźniej starej księżnej opłaca się utrzymywanie mieszkańców Królestwa w niewiedzy co do prawdziwej natury ich północnych kuzynów. Ot, taka akcja propagandowa, żeby sobie samemu – jako obrończyni przed tymi rzekomymi bestiami w ludzkiej skórze – przydać powagi. A może jeszcze po coś?

Cieszę się, że naprzód posuwa się wątek magicznych talentów Marcusa. Nie tylko po raz pierwszy od setek lat mężczyzna zdobył możliwość posługiwania się magią – on umie coraz więcej. Wkrótce Berengaria znajdzie w nim godnego adwersarza. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Ciekaw jestem również, jak działa magia wśród barbarzyńców. Czy i tam jest – przynajmniej w teorii – zarezerwowana wyłącznie dla kobiet? Byłoby ciekawie, gdyby się okazało, że najważniejsza różnica kulturowa między Północą i Południem to właśnie dopuszczenie mężczyzn do magii. Może to właśnie przed tym broni się Berengaria, czyniąc z mieszkańców północnych ziem przerażające i godne pogardy istoty?

Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Pozostaje czekać na ciąg dalszy. Widać, że Autor trzyma tę historię w garści i świadomie prowadzi ją ku – sobie tylko znanym – rozstrzygnięciom. Fabuła nie meandruje i nie tonie w wątkach pobocznych (jak mi się często zdarza), jest raczej jak pewnie wypuszczona strzała, która nieustępliwie mknie do celu. Liczę, że wkrótce zobaczymy, gdzie dosięgnie!

Pozdrawiam
M.A.

Wreszcie udało mi się zalogować . Poprzedni komentarz jest do usunięcia bo zawiera błędy. Marcus powoli dojrzewa ale brakuje mu cierpliwości i mentora. Do tego jego eksperymenty są utrudnione, znajduje się pood stałym nadzorem. Ponadto okazuje się że mocą dyspomują również mezczyni. Pozdrawiam

Zgodnie z życzeniem usunąłem Twój poprzedni komentarz.

Pozdrawiam
M.A.

MA: Cenię Twoją opinię, jako autora kilku już, bardzo udanych, szeroko zakrojonych powieści historycznych (chociaż w fantasy, jak dotąd, nie zapuszczasz się, to gatunki te są w pewien sposób spokrewnione). Trafnie zauważasz, że ci barbarzyńcy tymczasem jakoś mało straszni i krwiożerczy. To nawet oni zasługują bardziej na współczucie jako ofiary najazdu (a zapewne regularnie powtarzanych wypadów księżnej). Zapewne ma ona powody, by ich atakować i oczerniać zarazem. Marcus stara się rozwijać swoje talenty, odkrył, że emocje znakomicie ułatwiają użycie magii. Obawiam się, że silnych doznań mu nie zabraknie. Co do talentów magicznych barbarzyńców, zarówno mężczyzn jak i kobiet, mam pewien pomysł (logiczny, jak sądzę), dotyczący możliwości ich spożytkowania. Wpłyną one na losy bohatera. I wreszcie fabuła. Istotnie, przywiązuję do niej dużą wagę w moich opowieściach. Uważam, że powinna w jakiś sposób zaciekawić, cechować się zwrotami akcji, w miarę możności zaskakującymi, a zarazem logicznie przygotowanymi przez poprzednio opisane wydarzenia i uwarunkowania. Tutaj również mam ogólny plan całości oraz bardziej szczegółowy, dotyczący kilku kolejnych odcinków. Bohaterowie potrafią jednak okazać własne zdanie na ten temat i bywa, że postępują po swojemu, nijak nie chcąc nagiąć się do „odgórnych dyrektyw”. 🙂

Anonimie: Marcus jest swego rodzaju prekursorem i samoukiem. Berenika przekazała mu umiejętność rzucania jednego czaru, ale musi ją rozwinąć, a ćwiczenia okazują się utrudnione, z różnych zresztą powodów. Tymczasem odkrył, że silne emocje wzmacniają jego talent. Tym bardziej powinien nad nimi panować, co jednak może okazać się niełatwe.

Dziękuję za komentarze i pozdrawiam.

Coś powoli ten nasz panicz dojrzewa, ale może w końcu mu się uda…

Dojrzewanie jest zadaniem niełatwym i często mocno rozciągniętym w czasie, zwłaszcza dla “płci silniejszej”. -:)

Napisz komentarz