Magnetyzm XV (Ania) 4.84/5 (31)

Źrodło: Pixabay

Bolesne przebudzenie

Pierwsze co dociera do Mateusza to cisza, tak inna od natarczywych dźwięków miasta słyszanych każdego poranka. Szum drzew, śpiew ptaków – delektuje się tym przez chwilę, jeszcze przed otwarciem oczu, próbując sobie przypomnieć, co robił poprzedniego wieczoru.

Przeciąga się. Delikatna, pachnąca pościel. Przyjemy chłód. Duże wygodne łóżko. Puste. Uśmiecha się pod nosem. A więc to nie był sen! Leniwie otwiera oczy. Błękit. Biel. Fiolet. Puszyste obłoki. Niebo. Na wszystkich ścianach i na szafie. Piękne, majestatyczne, uspokajające. Jak mógł wczoraj nie zauważyć równie zapierającego dech w piersiach malowidła? Brakuje tylko jej. Kruchości. Zapachu. Jedwabistości skóry. Płomiennych włosów. Anielskiej twarzy. Musi tu gdzieś być, niemal na wyciągnięcie ręki.

Unosi się. Obolałe ciało protestuje. Ramiona. Przede wszystkim ramiona. Boki. Uda. Naprawdę przesadził z tym swoim uporem. Było trzeba poprosić o pomoc, choć wtedy… wtedy pewnie wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej.

Krecik na samą myśl unosi łeb, pręży się i ślini. A niech go! Nie chciałby, żeby prawdziwa królewna zobaczyła. Nie chciałby, żeby uznała go za niewyżytego i nieokrzesanego samca, jest przecież cywilizowanym człowiekiem i potrafi nad sobą panować! Cóż, może nie kiedy ona… Usilnie próbuje odwrócić bieg kosmatych myśli. Na próżno.

Wstaje. Rozgląda się. Zadziwiające, że nie pozwoliła się wczoraj rozebrać. Zdjął jej tylko pończochy. Spała w sukience, ale i tak przyjemnie było czuć przez materiał kobiece krągłości. No i wyglądała tak słodko. Niewinnie. To jednak niesprawiedliwe – ona obejrzała go sobie dokładnie, pozwolił bez słowa sprzeciwu, uległ. Nie, nie żałuje, ale…

Nigdzie nie ma jego ubrań ani ręcznika. Speszony zerka nawet pod łóżko, a kiedy podnosi się z kolan w oczy rzuca mu się leżąca na poduszce kartka z pięknie wykaligrafowanym „Dziękuję” zwieńczonym zamaszystą kreseczką łączącą „ę” z niewielkim, zgrabnym ptaszkiem, niemal identycznym jak ten w logo Sitelle Dreams.

Podchodzi bliżej. To nie kartka, to koperta. Dość gruba. Bierze ją do ręki i machinalnym gestem rozchyla, by zajrzeć do środka. Zamiera. Pieniądze. Dużo pieniędzy. Czuje jak cała krew odpływa mu z twarzy, jak ciało staje się coraz cięższe, niczym z ołowiu, i zanurza się w miękkim materacu. Z głośnym westchnięciem opada na pościel.

Cholera! Cholera! Cholera! Niech to wszyscy diabli wezmą!!! Jeśli sądził, że do tej pory robiła mu mętlik w głowie, nawet nie wie jak powinien nazwać to. Ma ochotę krzyczeć. Uzewnętrznić swoją frustrację i gniew. Zniszczyć coś. Nie ma jednak odwagi. Nie tu, nie teraz, nie, kiedy ona może usłyszeć.

Czy ona… czy właśnie… potraktowała go… uznała… za… dziwkę?! Płaci mu? Niby za co? Nic nie zrobił, nic się nie stało… on tu tylko spał! W jej łóżku, sycąc się jej bliskością. Na nic mu nie pozwoliła, zresztą nawet gdyby, pewnie by się nie spisał, nie ma żadnego doświadczenia. Nie nadaje się.

Postanawia znaleźć Ewę. Wyjaśnić. Oddać pieniądze. Na pewno nie może ich przyjąć. W żadnym wypadku! To niedopuszczalne. Nie jest taki. Nie chce być. Nie chce, by ona tak o nim myślała.

Starając się opanować gniew, zrywa z łóżka prześcieradło i szczelnie owija się nim w pasie. Jak na filmach – przechodzi mu przez myśl. Kurczowo ściskając w prawej dłoni kopertę, nieśmiało zagląda do łazienki. Nie ma jej tam. Niepewnie wychodzi na korytarz. Zastanawia się, czy sprawdzić po kolei wszystkie pomieszczenia, ale uznaje, że to bez sensu. Jest cicho. Aż nazbyt cicho. Jakby był tu jedynym człowiekiem. Waha się, kiedy przychodzi mu na myśl, że może natknąć się na panią Elę, zbiera się jednak na odwagę i schodzi na dół.

Ewę zastaje w kuchni. Ubrana w krótki, satynowy szlafroczek, zajada właśnie płatki na mleku. Wygląda przepięknie z mokrymi włosami i nieobecnym wyrazem twarzy. Nie zauważa go. Mateusz puka w drewnianą framugę drzwi. Dalej nic. Dopiero teraz zauważa białe kabelki wystające z jej uszu i wijące się wzdłuż szyi. No tak, pewnie czegoś słucha.

Podchodzi bliżej. Siada naprzeciw niej, po drugiej stronie stołu. Ewa podnosi powoli wzrok i potrząsa głową, jakby nagle oprzytomniała, wyjmuje jedną słuchawkę, potem drugą.

– Dzień dobry! – Uśmiecha się do niego promiennie. – Jesteś głodny?

Mateusz w odpowiedzi kręci tylko głową, żadne słowa nie chcą przejść mu przez zaciśnięte gardło. Czuje się, jakby był niemy, jej obecność całkowicie ograbia go z wszelkich słów, staje się nagle taki malutki, słaby i bezwolny, obdarty z godności. Bezbronny.

Ostatkiem sił zbiera się na odwagę. Unosi rękę i desperackim gestem kładzie na stole kopertę. Napisem w dół. Z trudem, jakby ważyła co najmniej tonę, przesuwa ją w stronę Ewy. Dziewczyna zerka pytająco, nie jest w stanie wytrzymać jej spojrzenia, odwraca więc wzrok. Wbija go w podłogę.

Milczenie między nimi ciąży, rani dogłębnie. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Ona nie będzie już nigdy taka sama. Tego nie da się odwrócić. Wymazać. Te przeklęte banknoty pozostaną już między nimi na zawsze.

Wstaje ze spuszczoną głową. Idzie do salonu. Tam muszą leżeć jego brudne ubrania. Albo w łazience. Nie ma. Znajduje je dopiero rozrzucone na trawniku. Nagrzane przez stojące już wysoko słońce. Musiał długo spać. Wyłuskuje z kieszeni komórkę. Jedenasta trzydzieści sześć. Do diaska! Miał być o dziesiątej w herbaciarni. Pięć nieodebranych połączeń. Mama i Darek. Esemesy. Nawet nie czyta. Zbiera ciuchy i kieruje się w stronę małej łazienki na parterze.

Nim tam dociera, dorywa go Kowalikowa. Minę ma spokojną, ale spojrzenie stanowcze, co kontrastuje z jej kusym strojem.

– To za nadgodziny – wyjaśnia łagodnie, kierując przy tym w stronę Mateusza trzymaną nonszalancko w dłoni kopertę.

Chłopak głośno przełyka ślinę. Nie rozumie. Czuje, że został zagnany w ślepy róg. Albo godność, albo królewna. Jeśli ugnie się, być może już nigdy nie będzie w stanie spojrzeć w lustro, a jeśli się nie ugnie, do końca życia będzie żałował, że nie spróbował, że nie sięgnął po kobietę ze swoich snów.

– Cholera – klnie pod nosem. – Nie jestem dziwką – wykrztusza z siebie tylko nieco głośniej, a ona udaje, że tego nie słyszy, wyciąga w jego stronę rękę ponaglając, by zabrał kopertę. Mateusz przez moment ma wrażenie, iż drwiące oczy Ewy mówią: a właśnie, że jesteś. Podchodzi jednak bliżej i bierze pakunek. Papier dosłownie pali go w skórę.

Czym prędzej chowa się w łazience. Ogarnia się szybko, ubiera i ucieka. Byle nie myśleć! Będzie musiał stawić czoła martwiącej się mamie, wściekłemu Darkowi i licho wie komu jeszcze. Na analizowanie wszystkiego przyjdzie czas później.

Jerzy

Nie żeby nie spieszył się do swojej ukochanej żoneczki, ale spotkał po drodze starego kumpla i weszli do knajpy na piwo. Z jednego zrobiły się dwa, potem trzy, aż w końcu przestał liczyć. A co w tym złego? Każdy ma chyba prawo do odrobiny przyjemności?

Są już z Maryśką niemal dwadzieścia siedem lat po ślubie, urodziła mu dwójkę dzieci, a nadal z niej apetyczna babeczka. Trochę bardziej krągła, mięciutka, ale przez to tylko milsza w dotyku. To nic, że twarz ma już naznaczoną zmarszczkami, a włosy przyprószone siwizną, dalej ją kocha i nadal jej pożąda. Nie on jeden zresztą. Oj, widzi jak patrzy na nią ten Rysiek spod piątki, jak mężczyźni czasem się za nią oglądają na ulicy. Może nie tak, jak za młodu, ale jednak.

Och, nie raz zaszedłby ją od tyłu podczas zmywania lub gotowania. Albo kiedy pastuje podłogę. Ten tyłeczek! Tyle, że ich mała klitka nie zapewnia wystarczająco dużo prywatności. Odkąd chłopcy skończyli szkołę i tak jest lepiej – dorośli więcej czasu spędzają poza domem. Dominik się wyprowadził i tylko czekać, aż Mateusz zrobi to samo, a wtedy hulaj dusza – piekła nie ma, poużywa sobie za wszystkie czasy, pokaże jej na co go jeszcze stać. Może jest stary, ale jary! Wielu młodzików by mu nie dorównało!

Do domu wraca podchmielony i napalony – po drodze myśli o przyjemnych kształtach swojej Marysieńki, o tym jak się do niej przytuli, jak będzie ją obłapiał i postara się namówić do zrobienia tego po cichu, pod kołdrą. Nawet nie pamięta, kiedy ostatnio mieli okazję do igraszek. Miesiąc temu? Dwa?

Zaskakuje go, że w oknie kuchennym nadal widać zapalone światło. Czyżby żoneczka czekała? O tak późnej porze? Po całym tygodniu pracy? Ma tylko nadzieję, że nie będzie się zbytnio dąsać.

– Dzięki Bogu – wita go z wyraźną ulgą, rozluźniając się nieco, a to dobry znak. – Choć jeden postanowił wrócić do domu! Mateusz przepadł jak kamień w wodę. Nie wrócił z pracy i nie dał znaku życia. Komórki też nie odbiera.

– Pewnie gdzieś zabalował. – Jerzy wzrusza tylko ramionami. – A bo to pierwszy raz?

Podchodzi bliżej, próbuje swoją kobitkę objąć w talii, ale ona wyrywa się, patrząc na niego krzywo. Nie ustępuje jednak. Przyciąga ją do siebie i daje soczystego buziaka w usta. Marysia opiera się, choć coraz mniej stanowczo, w końcu pozwala się całować, rozchyla wargi i zaprasza do środka.

– Piłeś – wyrzuca z siebie, gdy mężczyzna przerywa na chwilę. Niby brzmi to jak wyrzut, ale nie dostrzega srogiej miny ani gniewu w głosie. Może raczej zazdrość? Albo poczucie obowiązku? Bo za każdy gram wypitego alkoholu należy się przygana?

– Tylko troszeczkę – mruczy, znów przytulając ją mocniej, ustami szukając zgrabnego uszka. Wie, że lubi, gdy przygryza płatek i gdy szepcze sprośności. – Mam ochotę cię schrupać, wiesz? – Kontynuuje swoje zabiegi.

– Daj spokój! – Żoneczka opiera się coraz słabiej. – On może w każdej chwili wrócić.

– A gdzie tam. – Jerzemu w zasadzie wszystko jedno, są dorośli i chyba przeżyliby nawet, gdyby syn przyłapał ich na baraszkowaniu. To nic złego. Co innego, gdyby posuwał jakąś obcą babę, ale własną żonę? – Jak nie wrócił do tej pory, pewnie nie wróci do rana. Może w końcu znalazł sobie jakąś dziołchę albo nocuje u Ani. – Tak, ta młódka jest naprawdę niczego sobie i na pierwszy rzut oka widać, że zna się na rzeczy. Mogłaby wyedukować ich synalka, tylko nie wiedzieć czemu on w ogóle zdaje się nie dostrzegać jej zauroczenia. A dobry z dziewuchy materiał na żonę – piękna, inteligentna, pracowita i do tego z temperamentem. Zresztą nikt nie każe mu od razu przysięgać w kościele. Mógłby chociaż sobie poużywać, bo teraz ma wrażenie, że czasem mu sperma bije na mózg. To niezdrowe jak chłopak w jego wieku…

– Czasem tak wraca. – Marysieńka dalej próbuje odpierać awanse, ale Jerzy ją zna, poznaje ten rumieniec i to szkliste spojrzenie. Nie, teraz już na pewno nie może odpuścić!

Nie przestając kąsać w szyję, sięga do rozporka i wyłuskuje swoje grzmocidełko. Robal jest nieco wzwiedziony, ale jeszcze za mało, śliski od śluzu, który wyciekł gdzieś w pół zabawy. Wciska jej go w rękę. Jest ciepła i delikatna, przesuwa się z wyczuciem, wydobywając z gardła przeciągły jęk. Tak! Nie ma to jak lata wprawy!

Zgrabiałe, męskie dłonie chwytają ciężkie, pełne piersi. Uwielbia je tarmosić. Zawsze lubił. Nawet, gdy były mniejsze i twarde niczym jabłuszka lub nabrzmiałe mlekiem i tak cudownie wrażliwe na dotyk, a nawet gdy powoli zaczęły przegrywać z grawitacją. Zawsze sprężyste, krągłe i apetyczne, doprowadzające do wrzenia, przyprawiające o zawrót głowy.

Czuje, jak wierny druh prostuje się i mężnieje pod wprawnym dotykiem żony. Mógłby tak skończyć. Przedwcześnie, niczym szczyl. Ciągnie ją do pokoju, na przygotowane do snu małżeńskie łóżko (a dokładniej wersalkę). Kładą się. Wsuwa swoje łapska pod bluzkę, chciwie obłapia krągłości. Całuje. Wszędzie. Po twarzy, po policzkach, brodzie, szyi, dekolcie. Jej ręce też nie próżnują. Pozbywają się jego koszuli, błądzą po plecach, przeczesują włosy. Usta żony też są spragnione. Głodne.

Marysieńka sama podciąga spódniczkę, szeroko rozstawia uda. Jej kotka jest wystarczająco wilgotna. Gotowa. Jurek zdejmuje z niej bluzkę, rozpina stanik i zanim rusza do boju, przysysa się jeszcze do jednego z nabrzmiałych sutków, dłońmi próbuje objąć przelewające się piersi. Ugniata je.

Żoneczka sama nakierowuje wojaka do swojej fiśki. Wchodzi w nią jak w masło. Tego mu było trzeba! Rozgrzanego, chlupoczącego wnętrza; norki, w której poczuje się jak w domu; jedynego miejsca na świecie, do którego idealnie pasuje; jego raju. Bo męskie niebo zawsze znajduje się pomiędzy kobiecymi udami!

Przy każdym ruchu żona wychodzi mu biodrami na przeciw, nie leży biernie niczym kłoda, a wije się i pręży, masując przy tym swoją wisionkę, cichutko mrucząc. Uwielbia te odgłosy. Bezwstydne. Świadczące o przeżywanej rozkoszy, o tym, że jeszcze jest jej z nim dobrze. Jak dawniej.

Nie zawsze była taka gorąca. Na początku może nawet oddawała mu się z obowiązku albo żeby sprawić przyjemność. Wszystko zmieniło się dopiero po urodzeniu pierwszego dziecka. A może jeszcze wtedy, kiedy była w ciąży. Zaczęła mieć potrzeby i wymagania. Najpierw podchodził do tego z rezerwą, bojąc się, że to tylko tymczasowe lub że ona udaje, ale bardzo szybko pokochał ją taką i za żadne skarby świata nie zamieniłby już na poprzednią wersję. Nawet jeśli musi bardziej jej pilnować i bardziej starać się w wyrku.

Bywało trudno, bo taka podniecała go bardziej, sprawiała, że kapłon dygotał niczym trzcina na wietrze i rozbryzgiwał spermę gdzie popadnie, ale zawsze znajdowały się inne metody na zaspokojenie nienasyconego, kobiecego apetytu. W końcu się zgrali. Dopasowali.

Najczęściej tak jak teraz, pieściła się sama, żeby dojść wcześniej, a on grzmocił ją ile wlezie. Czasem to on dopieszczał jej perełkę lub wręcz starał się, żeby doszła jeszcze przed penetracją. Tak chyba było najlepiej – mogła dojść drugi raz.

W tej chwili jednak myślał głównie o sobie. Wyposzczony. Stęskniony. Z każdym pchnięciem nieubłaganie zbliżał się ku końcowi. Jeszcze jeden sztych. I jeszcze jeden. Już prawie! Już… ale zanim eksplodował we wnętrzu swojej ukochanej żoneczki, ze zdziwieniem poczuł, jak jej pieczara drży w posadach, kurczy się i rozkurcza, wysysa z niego całą gorącą lawę, przyprawiając o orgazm wszechczasów, niebezpiecznie przypominający ten pierwszy.

Weekend z przytulanką

Nie wie, czemu się zgodziła – czy to przez litość wobec bezmiaru jego cierpienia, czy raczej ze względu na chęć zagłuszenia własnego bólu. Tak, musi przyznać, że jest zazdrosna o Mateusza. Myśląc o Ewie Kowalik, czuje się jakby ktoś rozdzierał jej serce na strzępy, choć wcześniej sądziła, że raczej pragnie niż kocha przyjaciela. Prawdopodobnie myliła się.

Grzegorz otrzymał zaszczytną rolę pocieszyciela. Czuły, troskliwy, opiekuńczy, całkiem przystojny i kulturalny – po prostu ideał, ale Anka i tak nie wyobraża sobie życia z nim. Może być co najwyżej odskocznią od codzienności. Nie fascynuje jej. Nie wywołuje podziwu. Nie zachwyca.

Teraz, pakując się, ma ochotę zmienić zdanie. Boi się. Powiedział, żeby przygotowała się na chodzenie po górach. Cóż, wolałaby nie wychodzić z sypialni, ale może spacer dobrze jej zrobi. Nie wie tylko, czego w takim razie się po nim spodziewać.

Podjeżdża po nią wysłużoną Toyotą Yaris. Czeka ich ponad sto kilometrów w tej klaustrofobicznej przestrzeni. Wzdycha. W co się u licha wpakowała! Grzegorz za kierownicą jest zupełnie innym człowiekiem. Statecznym. Porządnym. Poważnym. Prawdę powiedziawszy, Anka woli rozbrykaną, łóżkową wersję.

Po drodze opowiada o zlikwidowanym połączeniu kolejowym. Na trasie z Kłodzka do Kudowy Zdrój były ponoć wprost bajeczne widoki – tunele, wiadukty, skaliste zbocza gór tuż za szybą pociągu. Zazwyczaj jechał tylko jeden wagonik, przez co cała podróż wydawała się mało realna. Baśniowa.

Nawet nie wiedziała, że chłopak lubi zaszywać się w głuszy, że ciągnie go w góry i do lasów. W sumie nigdy nie pytała, jakie rozrywki poza pieprzeniem preferuje. Nie interesowała się nim. Nie chciała rozmawiać o pracy, rodzinie czy planach na przyszłość. Teraz też nie chce.

Zatrzymują się w Ząbkowicach Śląskich. Ciągnie ją, żeby zobaczyć Krzywą Wieżę i ratusz. Mury miejskie. Spacerują chwilę, a potem idą na obiad. Przy smacznym, choć prostym posiłku, pyta, czy chciałaby zobaczyć Twierdzę Kłodzko, ale ona jakoś nie ma ochoty krążyć dziś po podziemnych korytarzach. Piątkowe popołudnia zostały stworzone po to, by odpoczywać. Nie namawia jej – może zahaczą wracając.

Do Dusznik docierają koło dwudziestej, kiedy słońce chyli się już powoli ku zachodowi i oświetla świat ciepłym, bursztynowym światłem. Miasteczko jest małe i dzięki temu urokliwe, położone w dolinie Bystrzycy, wśród malowniczych gór.

Grzegorz zarezerwował im pokój w jednym z licznych pensjonatów. Ogromne łóżko wykonano z drewnianych bali. Łazienka spora, z oknem, ale mimo to ponura – chyba przez kiepsko dobrane kafelki. Widok z okna, cóż, na kolejne pensjonaty. Trudno.

Powietrze wydaje się być zupełnie inne niż w mieście. Przesycone sosnowym aromatem, lżejsze, bardziej rześkie. Czystsze. Niemiłosierny upał łagodzą lekkie powiewy wiatru. Jest wdzięczna, że w końcu zamilkł. Cieszy się, że nie słychać już drażniącego ryku silnika.

Próbuje zaciągnąć Grześka pod prysznic, ale on broni się przed tym rękami i nogami. Rezygnuje więc i idzie umyć się sama. Nie, to nie, łaski bez. Poradzi sobie i bez niego.

Woda przyjemnie pieści ciało, mimo że obce i niezbyt czyste otoczenie, nie pozwala całkiem się zrelaksować. Uważa, by nie dotknąć ścian ani drzwiczek kabiny, w prowadnicach których wyraźnie widać pleśń.

Odświeżona nie zadaje sobie trudu, by się ubrać czy chociaż owinąć ręcznikiem. Naga rzuca się na łóżko i zaprasza Grześka gestem do siebie. On przerywa rozpakowywanie plecaka i kładzie się obok. Cały ubrany i sztywny.

– Też pójdę się umyć – szepcze jej do ucha, głaszcząc przy tym ramię. Jego spojrzenie jest pełne zachwytu, ciepłe, a głos przyjemnie niski, mruczący, ale słowa dziwnie nieprzyjemne.

– Nie chciałeś wziąć prysznica ze mną, a teraz idziesz się myć! – Anka cała sztywnieje i odsuwa się od swojego kochanka, by nie czuć zdradzieckiej pieszczoty jego rąk. Nie rozumie. Przyjechała tu dobrze się bawić, a on? On robi sobie jakieś wycieczki krajoznawcze i opowiada o ruinach. Rany, to chyba będzie najmniej erotyczna sekswycieczka w jej życiu!

– Nie chciałem ci przeszkadzać, kabina jest taka mała – odpowiada niewinnie.

– Jeszcze nie widziałam tak małej kabiny, żeby nie zmieściły się w niej dwie osoby! – syczy rozgniewana, ale on nic sobie z tego nie robi i jak gdyby nigdy nic idzie do łazienki. Na dodatek się w niej zamyka! Tylko tego brakowało, żeby zupełnie popsuć wieczór…

Anka ubiera się w pierwsze lepsze ciuchy, bierze swojego smartfona i wychodzi do ogrodu. Przegląda ulubione strony, czyta niusy, zagląda na forum. Dziwi się, że jeszcze go nie ma, że jej nie szuka. Nieco urażona odpala jedną ze swoich ulubionych gier Cut the rope – ten zielony łakomczuszek zawsze poprawia jej nastrój. No, może prawie zawsze.

W końcu jednak sama postanawia sprawdzić, co się dzieje. Kiedy wchodzi do ich pokoju, zastaje Grześka śpiącego. W pidżamie! Przez te dwa lata spała z nim wielokrotnie, ale ani razu nie widziała jego pidżamy. Wzdycha. Będzie ciężko. Zapowiada się długi, nudny weekend…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Mateusz, niestety, po raz kolejny wyszedł na niezgułę. Czy Autorka zechce obdarzyć go w końcu odrobiną charakteru? 😀 Tak jak obecnie, to umięśnione ciało i “słaba” głowa (albo zupełny brak tejże). Poznajemy za to jego rodziców. Pewnie ma za sobą raczej szare, blokowe dzieciństwo. Grzegorz sprawia początkowo wrażenie nieprawdopodobnego dziwaka, ktorego próżno by szukać w świecie realnym. Ale po zastanowieniu się, odnajduję taką osobę w luźnym kręgu znjomych (nomen omen, też z Wrocławia :D).
Jak zwykle, dobrze napisane i jak zwykle fabuła stoi prawie w miejscu. To firmowe cechy tej opowieści, ale czyta się z zainteresowaniem.
PS. Wystraszyłem się, że faktycznie zlikwidowano połączenia na trasie Kudowa – Kłodzko, ale jednak nie. Pociagi jeżdżą tam nadal, przynajmniej na dzień 08. 05. 2018. 😀

Grunt, że opowieść jeszcze Cię nie znudziła – znaczy, że najwyraźniej nie potrzeba wartkiej akcji, żeby utrzymać Twoje zainteresowanie 😉

Czy Mateusz jest niezgułą? W pewnym sensie tak, ale może jest też wrażliwy i nieśmiały wobec kobiet? A może na świcie istnieją takie mięśniaczki bez głowy, żeby kobiety pokroju Ewy miały dla siebie zabaweczki? Mateusz ma swój żywy pierwowzór, sama często nie wiem co o nim myśleć, więc może lepiej żebyś ocenił sam…

A co do PKP – był okres kiedy na tej trasie nie kursowały pociągi. Teraz jeżdżą tam Koleje Dolnośląskie, które najwyraźniej załatały lukę po ogólnokrajowym przewoźniku. I bardzo dobrze, bo to naprawdę ciekawa trasa 🙂

Żądnym silniejszych wrażeń polecam drezyny w Górach Sowich: http://www.drezyny.org/
Nie tak zorganizowane i skomercjalizowane jak drezyny rowerowe w Bieszczadach (http://drezynyrowerowe.pl/), ale posiadające chyba ciekawszą trasę… chyba… 😉

Pozdrawiam

A.

Czytam z zainteresowaniem, czekając kiedy i w jaki sposób wszystkie elementy tej układanki wskoczą na swoje miejsce. Liczę przy tym, że rozdziawię „otwór gębowy” ze zdumienia, że na taki układ nie wpadłem. 😀 Sam jestem zwolennikiem fabuły dynamicznej, dominującej nad erotyką (szeroko zresztą rozumianą), która nie jest celem autonomicznym, ale służy rozwojowi akcji i została w takową integralnie wkomponowana.
Nie mnie oceniać pierwowzór postaci Mateusza, skoro nie znam tej osoby bezpośrednio. Natomiast Mateusz literacki wydaje się wręcz karykaturą nie tylko mężczyzny (wiesz, że nie jestem wielbicielem postaci macho), ale człowieka jako takiego. Wrażliwość i nieśmiałość nie musi jeszcze oznaczać brak jakiegokolwiek poczucia własnej godności. Jak on mógł przyjąć ostatecznie tę kopertę? Postanowił zwrócić i nie potrafił? Ktoś taki rzeczywiście może stać się tylko zabawką w ręku Ewy, zabawką, która szybko się znudzi. Tym bardziej, że z domu raczej podobnych wzorców, nie wyniósł, cokolwiek by o jego rodzicach nie powiedzieć. Masz pewną skłonność do tworzenia takich bohaterów, by wspomnieć opowiadanie „Ozdoba kolekcji”. To mężczyźni z gruntu słabi, a raczej nie tyle nawet słabi, co karykaturalnie przerysowani. Pozbawieni woli, rozumu, odrobiny godności. Może i trafiają się tacy we współczesnej rzeczywistości, takie czasy. Mnie jednak „kluskowatość” Mateusza zaczyna mierzić. Przecież nie może być aż takim zerem. I cóż takiego widzą w nim kobiety, choćby jego przyjaciółka?
Dzięki za wyjaśnienia dotyczące linii Kudowa – Kłodzko. To jedna z piękniejszych widokowo tras w Polsce, spotykamy na niej m. in. najwyższy wiadukt kolejowy w kraju (wzniesiony zresztą jeszcze przez Niemców). Miło słyszeć, że jeżdżą tam nadal pociągi. Kotlinę Kłodzką znam. I tutaj uwaga, podobnie jak Grzegorz jestem dziwakiem interesującym się wycieczkami górskimi, zabytkami oraz dawnymi fortyfikacjami (a tych w okolicy nie brakuje). Nie wiem, czy pchałbym się we dwoje pod zapleśniały, ciasny prysznic (moja Pani też takowych nie cierpi), ale z pewnością nie ubierałbym pidżamy. 😀

Ja tam uwielbiam erotykę dla samej erotyki, ale to oczywiście kwestia gustu 🙂
Poza tym za często chowaliśmy tę ważną strefę życia do szafy, czas nadrobić zaległości, bo czy się nam to podoba, czy nie to jaki lubimy seks i jak traktujemy swoich partnerów wiele o nas mówi. A przez całe to chowanie trochę brakuje nam ogłady…

Cóż, pierwowzór Mateusza też czasem wydaje się karykaturą, uwielbia na przykład mawiać, że tylko gówno płynie z prądem, a sam dokładnie tak robi, niezdolny do działania i podejmowania decyzji. Wydaje mi się, że właśnie głównie tę cechę krytykujesz w moim bohaterze. Tymczasem podobne niezdecydowanie wcale nie musi oznaczać, że dana osoba jest bezwartościowa, może sobie nie radzić wyłącznie na jednej, konkretnej płaszczyźnie. Na przykład z kobietami 😉
Wielu mężczyzn boi się kobiet, szczególnie tych silnych i niezależnych, tyle że wielu w podobnej sytuacji po prostu by uciekło. On czeka na rozwój wypadków. Czy to źle? Może po prostu uznał, że potencjalna wygrana jest warta nagięcia zasad…

A przyjaciółka na początku opowieści miała okazję opowiedzieć co widzi w Mateuszu 😉

Co do bohatera “Ozdoby kolekcji” muszę się jednak nie zgodzić. My go praktycznie wcale nie poznajemy, jest tylko pionkiem na planszy, rozgrywanym przez główną bohaterkę, a godność, jeśli w ogóle oddaje, to wyłącznie za spełnienie seksualne, przygodę. Sięgnięcie po to, czego się pragnie nie jest moim zdaniem oznaką słabości, oddanie władzy drugiej osobie wymaga wręcz swoistego rodzaju siły, podobnie przyznanie do nienormatywnych pragnień. Większość z nas takie ma, ale większość milczy, bojąc się wychylić. Wbrew stereotypom, mężczyźni również. I chyba w tym tkwi “słabość” moich bohaterów – są prawdziwi, zamiast wziąć inicjatywę w swoje ręce, czekają na ruch ze strony partnerki, gotowi eksperymentować, ale niegotowi się do tego przyznać, a już na pewno nie przed kobietą, która mogłaby odrzucić ich propozycję. Panowie nader często dostają czarną polewkę i to niestety oducza ich działania… a szkoda 🙂

Dla miłośników fortyfikacji to rzeczywiście raj, ja raczej doceniam niezadeptane szlaki. Jeśli omija się atrakcje turystyczne u podnóża których wybudowano parkingi, cały dzień można spacerować nie spotkawszy żywej duszy – wspaniałe uczucie 🙂

Poprzez słabość, którą przypisuję Twoim bohaterom płci męskiej, rozumiem właśnie niezdolność do podejmowania decyzji oraz wprowadzania ich w czyn. Dokladnie trafiłaś w sedno. Ale nie dotyczy to tylko tej jednej sfery, czyli nieśmiałości wobec kobiet. To zdarza się często, podałaś przyczyny, ale nikogo nie dyskwalifikuje jako osobnika niezdolnego do samodzielnego życia. Ale Mateusz oraz tamten bohater “Ozdoby” okazują podobny brak zdolności decydowania i działania we wszystkich sytuacjach. O ile pamiętam, to tamten chlopak wpadł w stupor i nie potrafił w żaden udzielić pomocy tonącemu na basenie. Decyzja o tym, czy odda się we władanie tamtej dziewczyny też wcale nie należała do niego. To ona ją podjęła, on nie zrobił zupełnie nic. Poddał się tylko okolicznościom. Czyli, co to za odwaga i zdolność do realizowania ukrytych pragnień? A Mateusz nic właściwie nie osiągnął w żadnej sferze życia. Jest popychadlem w jakiejś firmie pielęgnacji ogrodów, kompletnym niezgułą odnośnie gadżetów (dziwne jak na osobę w jego wieku), widoków na karierę raczej żadnych, mdleje na widok krwi (wiem, to przypadłość niezależna od niego, ale jakoś doskonale pasuje). Jak na ironię, rozwinął umięśnione ciało. Czyżby odwrócenie schematu “głupiutkiej blondynki’? Jego bezwolność wobec Ewy też wcale nie wynika z jakiejś świadomie podjętej decyzji poprzedzonej analizą (nie mam szans, ale może jednak mi się to opłaci?), tylko z bezwolności i poddawania się nurtowi wydarzeń właśnie. Nawet tej nieszczęsnej koperty nie potrafił w końcu oddać, co, przyznaję, pogrążyło go w moich oczach. Raz zdobył się na właściwą decyzję, a potem taka klapa przy realizacji. Liczę na to, że to nie jest jednak powszechna w naszych czasach “normalność” przeciętnego mężczyzny. I podkreślam, to nie musi być zaraz klasyczny macho, ale też nie zupełna “ciepła klucha”. Cóż takiego zresztą może w takim “cieście” zobaczyć kobieta? Wyrobione ciało i to wszystko? Czyli odwrócony schemat “blondynki”. 😀
Z drugiej strony, sam widzę przy różnych okazjach, że takich osób pojawia się coraz wiecej. Odbieram to jako skutek nadopiekuńczości rodziców, którzy usuwają swoim pociechom pyłki spod stóp. Co to jest, żeby “dorosły” młodzieniec nie potrafił sam udać się na maturę czy na egzamin wstępny? Widziałem studentów, z którymi na wykłady przychodzili na zmianę rodzice, robiąc za nich notatki. Potem zamierzali towarzyszyć synkowi podczas egzaminu, wyproszeni, usiłowali jeszcze opowiadać, jak trudną ma on sytuację i wymaga szczególnego potraktowania. Znam też sytuację, że trzydziestolatek przyszedł z ojcem na rozmowę w sprawie o pracę (oczywiście, przepadł w ten sposób już na wstępie), inny zdetonował się na progu sali egzaminacyjnej i nie przystąpił do bardzo ważnego egzaminu (decydującego o przyszłości zawodowej), do którego przygotowywał się przez pół roku, rezygnując w tym celu z pracy i pozostając na utrzymaniu żony (!). A w decydującej chwili zabrakło odwagi, wrócił jak niepyszny do swojego miasta. I kolejne pół roku do następnego podejścia. Co ciekawe, te przypadki dotyczą właśnie mężczyzn. Czyżby okazywali mniejszą odporność i wspomniana nadopiekuńczość rodziców uderzała rykoszetem w nich właśnie najbardziej? A może wynika to stąd, że tradycyjne wyobrażenia o roli mężczyzny wymagają jednak pewnej zdolności do działania, co przeraża ich, gdy znika ten ochronny parasol i zostają skonfrontowani z rzeczywistością? Może kobiecie jest łatwiej, bo przecież nikt nie zdziwi się jej ewentualną słabością? W każdym razie życzę Twoim bohaterom obojga płci jak najlepiej

Wyjątkowo ciekawy komentarz…
Odrobinę przesadzasz wyolbrzymiając nieprzystosowanie Mateusza. To Ewa zemdlała na widok krwi, nie on. Nawet kobiety sukcesu miewają swoje słabostki 😉

Cała ta opowieść jest trochę odwróceniem schematu, więc z tą blondynką całkiem nieźle trafiłeś. W popularnych ostatnimi czasy “powieściach erotycznych” bardzo często występują stosunkowo młodzi milionerzy zafascynowani dziewczynami znikąd, tak młodymi, że jeszcze nie miały okazji nic osiągnąć własnymi siłami. Na dodatek większość tych historii kończy się ślubem 😉

Często mówi się o kryzysie męskości – o tym, że im silniejsze są kobiety, tym słabsi mężczyźni – niestety coś w tym jest. Sęk w tym, że to bardzo skomplikowana sprawa. Oczywiście rozpieszczanie przez rodziców może mieć destrukcyjny wpływ na psychikę, a już na pewno utrudnia wejście w dorosłość, ale to nie wszystko. Dziewczynki nadal wychowuje się inaczej i w domu więcej się od nich wymaga, traktuje trochę jak gosposie. Z drugiej strony rzeczywiście nie narzuca im się aż tak dużej presji na sukces w życiu zawodowym, jak chłopcom. Pomijając nawet fakt, że to niesprawiedliwe, bo jesteśmy czymś więcej niż genitaliami, traci na tym i społeczeństwo i jednostki. Mężczyźni znacznie częściej chorują psychicznie – również ze względu na stres i brak przyzwolenia na okazywanie emocji; a kobiety tracą mnóstwo energii na udowadnianie, że nie są wielbłądem. Osobiście uważam, że wiele z nas jest silnych tylko dlatego, że w wielu sprawach nadal mamy pod górkę. I nierówne szanse. Mamy XXI wiek, a niedawno od potencjalnego pracodawcy usłyszałam, że nic z tego, bo szuka mężczyzny. Mimo regulacji dotyczących dyskryminacji ze względu na płeć, nie bał się udzielić takiej odpowiedzi na piśmie. Wbrew temu, co się niektórym wydaje jest jeszcze wiele do zrobienia i to bynajmniej nie dla dobra kobiet, a dla dobra wszystkich.

Serdecznie pozdrawiam

A.

A propos męskiej słabości, czytałam dziś fajny felieton, trochę chaotyczny, ale jak najbardziej na temat:
https://www.kinkywinky.pl/blog/poradnik/pozytywna-meskosc.html

Za bardzo skrótowe podsumowanie może uchodzić ten fragment: “…bo stereotyp nadal jest taki, że cechy męskie są lepsze i bardziej pożądane w większości, więc bycie bardziej męską było poniekąd fałszywie nobilitujące, a stawanie się bardziej kobiecym jest nadal postrzegane, jako upadek”.

Serdecznie pozdrawiam

A.

Refleksja po lekturze. Z częścią argumentów można się zgodzić, ale z całym wydźwiękiem… Tak sobie. Żyjemy w świecie, w jakim żyjemy. Każdy jest oceniany, czy mu się to podoba, czy nie. A kryteriów tej oceny nie wybieramy sami, wybierają je właśnie ci inni. Można powiedzieć, mam słuszność i nie zwracam uwagi na te oceny. Oczywiście, to prawo każdego, czy to kobiety, czy mężczyzny. Ale wtedy nie wolno się też oburzać na to, że ktoś stosuje takie, a nie inne kryteria. To, stety albo niestety, również i jego prawo.

I tak, i nie, Neferze 😉
Owszem, jako jednostki nie mamy wpływu na kryteria wedle których jesteśmy oceniani w danej chwili, ale jako gracze społeczni mamy wpływ na kształtowanie tych kryteriów na przyszłość. Kobiety coś tam sobie przez lata (dziesiątki lat!) wywalczyły, ale daleko nam do równości. Z tym że, paradoksalnie, obecnie to mężczyźni są w gorszej sytuacji. My mamy wybór między opcją typowo “kobiecą”, typową “męską” i wszystkim po środku – choć oczywiście każdy wybór ma swoje konsekwencje. Panowie natomiast nadal są przymuszani do wchodzenia w tradycyjne role, u nas bardziej niż na zachodzie. Wyobrażasz sobie na przykład mężczyznę przedszkolankę? A istnieją mężczyźni, którzy świetnie nadawaliby się do tego zawodu, wzbogacając wychowanie przyszłych pokoleń i jednocześnie czerpiąc satysfakcję z wykonywanej pracy. Dla wielu ojców na przykład bardzo bolesne okazuje się zderzenie z sądami rodzinnymi, bo nadal pokutują takie a nie inne wzorce. Tymczasem nie należy umniejszać roli ojcostwa i twierdzić, że dziecku powinna wystarczyć matka… To są naprawdę skomplikowane sprawy, a że kajdany nakładane na brzydszą płeć wydają się odrobinę bardziej wygodne, częściej się o nich zapomina… Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją.

Stajesz w obronie prześladowanej tzw. „płci silniejszej” :D. I dzięki za to. Ale całkowite równouprawnienie we wszelkich szczegółach zapewne nigdy nie nastąpi. Obydwie płcie w jakiś jednak sposób się różnią (np. kobiety żyją przeciętnie dłużej 😀 – co jednak rodzi określone problemy, np. w systemie emerytalnym). Podajesz przykłady sądów rodzinnych oraz mężczyzny „przedszkolanki”. To pierwsze, słychać opinie, że ferowane wyroki są tam skutkiem zarówno tradycyjnych poglądów, ale również sfeminizowania zawodu sędziowskiego, zwłaszcza w tego rodzaju trybunałach. Czyli byłby to dość przewrotny skutek zyskania przez kobiety powszechnego dostępu do zawodu cieszącego się tradycyjnie prestiżem i szacunkiem. Dzisiaj kobieta-sędzina nikogo przecież nie dziwi. I nawet słowo ”sędzina” oznacza kobietę-prawnika, a nie żonę sędziego, jak nie tak jeszcze dawno temu. Co do drugiego przykładu, to racja o tyle, że o ile np. kobieta profesor nikogo nie dziwi, to mężczyzna „przedszkolanka” i owszem, zdziwiłby. I nawet nazwy na taki zawód nie ma, bo termin „przedszkolak” już zajęty 😀 (Swoją drogą, neologizmy językowe forsowane przez feministki budzą często śmieszność, psycholożka, ginekolożka kojarzą się z papużką nierozłączką, pilotka z nakryciem głowy, a profesorka ze szkołą podstawową, a nie uniwersytetem – bez urazy, ale to niczemu przecież nie służy, bo co to szkodzi nazwać kogoś „panią doktor”? Nawet bardziej dostojnie brzmi, bo przecież „Pani” :D). Osobiście sam nie widziałbym się jednak w roli przedszkolanki i szczerze mówiąc, nie znam żadnego takiego mężczyzny w swoim otoczeniu (może ukrywają się z tymi talentami?).
Co do wpływania na przyszłe kryteria oceny osób, to w XIX w. część feministek zwalczała przejawy dbałości kobiet o wygląd zewnętrzny (obecnie też takie akcje co jakiś czas powracają). Twierdziły, że to skutek społecznego zniewolenia kobiet, które zmuszone są „przypodobać się” mężczyźnie, bo to on pracuje, zarabia, utrzymuje itp. itd. Gdy same zaczną pracować oraz będą posiadały własne, niezależne środki, to ta potrzeba i chęć w naturalny sposób zaniknie. I co? Nic takiego nie nastąpiło. (I całe szczęście, powiem to otwarcie, narażając się na krytykę jako „szowinista” :D). Co z tego wynika? Pewne odczucia są tak głęboko zakorzenione, że właściwie można je uznać za naturalne. Zawsze będzie tak, że osoba atrakcyjna fizycznie (czyli mówiąc wprost, seksualnie) znajdzie więcej uznania, zyska fory, zostanie lepiej potraktowana itp. itd. przez innych. I obecne zmiany społeczne powodują, że to kryterium wyglądu zaczyna działać w obydwie strony. To wydaje się naturalne, że tak powiem. Próby rugowania takiego podejścia są natomiast nienaturalne i nigdy nie przyniosą powodzenia.

Wiesz Neferze, feminizm ma najróżniejsze odmiany i oblicza, sama na przykład za bardzo lubię mężczyzn, żeby ich nienawidzić, a szowiniści znajdują się po obu stronach “barykady”. Za wiele niefajnych rzeczy odpowiadają zresztą same kobiety – i to nie tylko tak czy inaczej wychowując synów. Można powiedzieć, że do niedawna sytuacja powoli, bo powoli, ale nieustannie się poprawiała. Ostatnio niestety zauważalny jest pewien regres… Wiele młodych kobiet, w pełni korzystając z praw wywalczonych przez poprzedniczki, zdecydowanie odcina się od feminizmu. Nie chciałyby wrócić do dawnych czasów, gdy karierę mogłyby robić najwyżej jako sekretarki lub położne, a do otwarcia konta w banku potrzebowałyby zgody męża, a jednak łatwo przychodzi im mówienie, że NIE SĄ. Fakt, często to bardzo młode osoby, które nie trafiły jeszcze na szklany sufit ani nie przekonały się, że wykonując tę samą pracę przyjdzie im zarabiać mniej niż koledzy i więcej harować, żeby udowodnić, że się nadają. Prawdę powiedziawszy sądzę, że dyskryminacja mężczyzn w sądach rodzinnych (bo to jest dyskryminacja!) wynika z frustracji pracujących tam pań – wiele z nich inaczej wyobrażało sobie swoją karierę w zawodzie, tymczasem utknęły w sądzie rodzinnym lub grodzkim, zamiast zajmować się sprawami karnymi, którymi zajmuje się ktoś być może gorzej wyuczony lub leniwy, tylko dlatego, że ma penisa. W wielu zawodach wygląda to podobnie. Kobieta może być lekarzem, ale łatwiej jej zostać pediatrą niż chirurgiem…

Ale wracając do obrony “płci silniejszej”. Po pierwsze bardzo dyskusyjne jest, która płeć jest silniejsza, po drugie dla mnie jedyną naprawdę ważną ideę feminizmu stanowi walka o prawo wyboru, o możliwość rozwijania się z uwzględnieniem prawdziwych predyspozycji, nie stereotypów. Nie widzę powodu, dla którego miałabym odmawiać innym kobietom realizowania się jako żony i matki, ale jeśli danej parze tak pasuje, nie mam też nic przeciwko, żeby to mąż został w domu (utrzymywanych przez żonę ;p) i wychowywał dzieci. Piszesz o różnicach między płciami, tyle, że one w zasadzie istnieją tylko jeśli weźmiemy przeciętnego mężczyznę i przeciętną kobietę. Różnice wewnątrz danej płci są znacznie większe niż między płciami, a ponadto istnieją ludzie, których trudno wtłoczyć w ten dychotomiczny podział. Zgodzę się, że przeciętnie mężczyźni mają lepszą orientację przestrzenną, ale wiem też istnieje para, w której to kobieta dominuje w tej kwestii. Podobnie ogólnie rzecz biorąc mężczyźni są silniejsi, ale nie trudno znaleźć kobietę silniejszą od jakiegokolwiek mężczyzny. I tak ze wszystkimi cechami, nieważne czy typowo “męskimi” czy typowo “kobiecymi”. Dlatego wszyscy powinniśmy mieć wolny wybór, żeby ułożyć sobie życie po swojemu.

A co do panów przedszkolanków, znam jednego, choć nie w Polsce. Tam co prawda dzieci spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, pozwala im się majsterkować prawdziwymi, ostrymi narzędziami, rąbać drewno itp., ale nie miałabym nic przeciwko, żeby u nas było podobnie. Nie zarzuciłbyś temu mężczyźnie braku męskości, nawet jeśli jest wyjątkowo opiekuńczy. Chłop jak dąb o niegrzecznej urodzie prawdziwego Wikinga. Sądzę, że wielu dziewczynom na sam widok miękną kolana… szczególnie, gdy trzyma w ręku siekierę 😉

Chęć podobania się natomiast leży w naturze ludzkiej – w naturze obu płci! – i nie ma to nic wspólnego z feminizmem. Inna rzecz, że formy dbania o urodę są uwarunkowane kulturowo…

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Co do tego, że kobiety niechętnie identyfikują się obecnie z „feminizmem”, to wcale się nie dziwię. Termin ten źle się w powszechnym odczuciu kojarzy, z różnymi dziwaczkami, prawdę mówiąc. A „zdobycze kobiet” (jak to określiłaś) uważane są dzisiaj w naszym kręgu kulturowym za niezbywalne, oczywiste prawa i nikt przy zdrowych zmysłach ich nie kwestionuje (pomijam dewiantów z drugiej strony, czyli Ojca R. i spółkę – ale dodałem zastrzeżenie o zdrowych zmysłach :D). Pamięć ludzka jest krótka i np. gdy dzisiaj mowa jest o ograniczaniu wolności w naszym pięknym kraju, to wielu odpowiada, że przecież nic mi nie mogą zrobić, bo w razie czego wyjeżdżam za granicę! Cóż za piękna naiwność!
Środowiska prawniczego nie znam i w sumie to nie miałem pojęcia, że sądy rodzinne to boczny tor i ślepy zaułek kariery. Ale z drugiej strony, na bardzo eksponowanych stanowiskach w najwyższych sądach zasiadają panie (mianowane zarówno za poprzedniego, jak i obecnego układu politycznego, o czym na okrągło słyszymy ostatnio w mediach). Czyli także tam nie ma mowy jakimś męskim szowinizmie.
Znam natomiast środowisko lekarskie i tutaj nie zgadzam się z Twoją konstatacją. Po pierwsze, zawód silnie się sfeminizował. Od dłuższego już czasu na akademiach medycznych studiuje więcej dziewczyn niż chłopaków (może dlatego, że to naprawdę trudne studia, trzeba pracować, a nie imprezować :D). Chirurgia wymaga natomiast dużej wytrzymałości i siły, czysto fizycznej (wbrew pozorom). Operacje potrafią ciągnąć się godzinami, bez możliwości przerwy, odejścia od stołu, zastępstwa. Po zakończeniu lekarz często dosłownie „:pada na pysk”. Wielu moich znajomych wyleczyło się ze studenckich ambicji zostania chirurgami po odbyciu stosownych praktyk. Dotyczyło to zarówno chłopaków jak i dziewczyn. Za to nadreprezentacja dziewczyn wybrała specjalizację psychiatryczną (4 na 16 w znanej mi grupie studenckiej). Ginekologia, której przykład podajesz, zawsze uchodziła natomiast za specjalizację pożądaną, na którą trudno się dostać i otwierającą perspektywy dużych dochodów. To na pewno nie był i nie jest boczny tor czy gorszy sort. A jeśli chodzi o „operatywę”, to kobiety-lekarki często realizują się w takich dziedzinach jak laryngologia i okulistyka. To też specjalizacje częściowo zabiegowe, ale wymagające mniejszej siły fizycznej i wytrzymałości (bo zabiegi trwają zwykle o wiele krócej). I tutaj znowu przykład robienia kariery. Znam przypadek, gdy dla uzyskania możliwości wyuczenia się „operatywy” okulistycznej oraz uzyskania dostępu do zabiegów lekarz-mężczyzna wdał się w romans ze starszą, samotną szefową, porzucając dla niej rodzinę. I było to już kilkadziesiąt lat temu.
W środowisku uniwersyteckim też nie widać żadnych oznak dyskryminacji kobiet. Właściwie, to mamy tam już równowagę wśród profesorów, wykładowców, władz rektorskich, dziekańskich itp. Nie zauważyłem też, by we wszystkich wspomnianych tu dziedzinach występowały różnice zarobków pomiędzy kobietami, a mężczyznami zajmującymi te same stanowiska. W sumie, gdy tak się przyjrzeć, to jedyna prestiżowa profesja, w której dyskryminuje się kobiety to „zawód” księdza. Ale to zupełnie inna bajka. 😀 Kościół zawsze był o kilka pokoleń do tyłu.
Może inaczej jest w różnych korpo. Tamtejszych stosunków nie znam i wcale tego zresztą nie żałuję. Tzn., może tam występuje dyskryminacja płacowa. Nie wiem, ale osobiście jednak wątpię. Natomiast prawdą jest, że kobietom, zwłaszcza młodym, trudniej znaleźć pracę. Sam zetknąłem się z „szefami” (zresztą często kobietami właśnie) którzy otwarcie (chociaż nieoficjalnie) przyznawali, że mając do wyboru kobietę i mężczyznę o podobnych kwalifikacjach zatrudnią raczej tego drugiego. Powód? Bardzo prosty. Młoda kobieta zaraz urodzi dziecko, ucieknie na urlop zdrowotny, wychowawczy, macierzyński. A ja zostanę bez pracownika i z zablokowanym na lata etatem (sam mam w rodzinie przykład dziewczyny, która od 10 lat jest na nieustających urlopach związanych z kolejnymi ciążami, to już dla niej sposób na życie). Takiej osoby nie można zwolnić, a zatrudnić kogoś na jej miejsce też trudno, bo nie da się zaoferować stałego etatu. I powiedz, ale tak serio i praktycznie, w jaki sposób tę kwestię rozwiązać? Każdemu bliższa koszula i szef, pracodawca, zawsze będzie miał na oku przede wszystkim własną wygodę i własny interes. A kolejne przywileje pracownicze związane z macierzyństwem w praktyce tylko pogarszają w tę sytuację.

Te niezbywalne prawa kwestionuje więcej osób niż Ci się wydaje, ale to raczej nie temat do dyskusji na portalu erotycznym… Chyba, że w łagodnej wersji chociażby o podwójnych standardach, stygmatyzowaniu kobiet cieszących się własną seksualnością, używaniu obelg o konotacji seksualnej itp. Klimat nie jest jeszcze dość dobry, nie mamy tyle akceptacji, ile potrzebujemy. Jak wspominałam w życiu zawodowym jakoś sobie radzimy. Nie twierdzę, że nie możemy odnieść sukcesu, tylko że zwykle kosztuje nas on więcej pracy i wyrzeczeń. Choć podobnie jak w przypadku Twojego okulisty, bywa, że za kobietami sukcesu stoi mężczyzna na jeszcze wyższym szczebelku (ojciec, mąż, kochanek) lub tak czy inaczej pojęte parytety (ocieplanie wizerunku). Kobieta bywa też maskotką (lub wręcz pacynką) dającą jedynie twarz, kiedy za sznurki pociąga ktoś inny… Choć w sumie z mężczyznami bywa podobnie 😉

Co do wytrzymałości i siły fizycznej tak się składa, że to wy jesteście silniejsi a my bardziej wytrzymałe ;p
Z natury mężczyźni (przeciętnie rzecz jasna) są zdolni do większych jednorazowych wysiłków fizycznych, ale kobiety lepiej znoszą wysiłek długotrwały, więc rzadziej padamy na pysk, choć są rzeczy, które mogą nas przerastać… nie zmienia to faktu, że decydować powinny osobiste predyspozycje, nie płeć. Nie każdy chirurg zresztą musi łamać żebra ;p

Z macierzyństwem problem jest skomplikowany, przyznaję, przerwa w pracy jest konieczna, nawet jeśli nie w ciąży (tu różnie bywa), to bez wątpienia po urodzeniu. Dziecko potrzebuje matki i ten fakt powinien być ważniejszy niż dobro pracodawcy. Być może większą odpowiedzialność powinno wziąć na siebie państwo albo zmuszać ojców do brania części urlopu macierzyńskiego, żeby wyrównać szanse obu płci na rynku pracy. Tyle, że kiedy starsi panowie po zawale wypadają na kilka miesięcy z obiegu, nikt nie robi z tego równie wielkiego halo, jak z nieobecności młodych kobiet…

Ktoś kwestionuje prawa wyborcze kobiet? Ktoś uniemożliwia im założenie konta w banku czy wzięcie kredytu? Zabrania prowadzenia samochodu (nawet Arabia Saudyjska musiała ustąpić w tej sprawie :D)? Chyba jednak nie. Nie bardzo pojmuję, co rozumiesz przez stygmatyzowanie kobiet cieszących się własną seksualnością. Bo np. zachowania ekshibicjonistyczne dotyczą raczej mężczyzn i nie powinny być tolerowane, ze względu na publiczny charakter i możliwość naruszania uczuć innych. Swoboda seksualna oraz realizowanie własnych upodobań w tym zakresie (byle dyskretnie) uważane są raczej obecnie za sprawę prywatną i kwestie te dotyczącą bliskiego kręgu zainteresowanych. Innym nic do tego, niezależnie od płci. Chyba, że chodzi Ci o plotki i obmowę. Ale to przywra ludzkości, której chyba nigdy nie da się wykorzenić.
W przypadku „mojego okulisty” nie dostrzegam żadnego ustosunkowanego mężczyzny. Podałem po prostu znany mi przykład „kariery przez łóżko”, tylko z odwróconymi rolami. I powtarzam, nie zauważyłem, żeby płeć decydowała obecnie o karierze w środowiskach, które wymieniłem.
Co do kobiet w roli sterowanych przez mężczyzn marionetek, to owszem, przypadki takie można podać, choćby w naszym obecnym życiu politycznym. Ale problem nie w tym, że ktoś był sterowany i dał się sterować, bo była to kobieta, tylko w tym, że osoba ta nie wykazywała żadnych cech wybitnych czy inteligencji, raczej dokładnie przeciwnie. I sterowanych w identyczny sposób mężczyzn, przez tego samego sternika, również nie brakuje. A przykładów kobiet sterujących zza kulis mężczyznami można podać o wiele więcej, wręcz mnóstwo, w całych dziejach ludzkości. Tak więc na tym polu nie możesz uznawać „słabej płci” za upośledzoną :D.
Co do panów po zawale, to zwykle nie miewają ich oni w wieku dwudziestu paru lat (a jeśli już się takowy przytrafi, to często śmiertelny), czyli wtedy, gdy szukają pierwszej pracy. A o tym mówiliśmy. Pracodawca może więc liczyć na dłuższy okres „spokoju”. I najłatwiej podjąć decyzję wyboru, bierzemy ją lub jego, w chwili zatrudnienia. Po kilkudziesięciu latach to i mężczyzna i kobieta mogą mieć problemy ze zdrowiem, wymagające hospitalizacji itp. Tylko wtedy są już on czy ona zasiedziali, zdobyli jakąś pozycję i nikt (jak piszesz) nie robi z tego wielkiego halo, bo to w sumie naturalne. A na początku wspomniana decyzja jest o wiele prostsza i z punktu widzenia szefa-pracodawcy racjonalna. Bo taki ktoś (jak powiedziałem, często w tej roli inna kobieta) dba przede wszystkim o własny interes. I to też jest naturalne, żadna ideologia tego nie zmieni. A państwo? Cóż, rozszerza przywileje macierzyńskie (de facto kosztem pracodawców właśnie), ale skutek okazuje się odwrotny od zamierzonego. Bo dodatkowo zniechęca to do zatrudniania młodych kobiet, o ile da się zamiast nich znaleźć mężczyznę. Państwo powinno zmusić ojców do brania urlopu macierzyńskiego? Wybacz, ale w tej chwili zaczynasz przejawiać zapędy totalitarne i chęć ingerowania w najbardziej osobiste kwestie życia rodziny. Państwo taką możliwość stworzyło i to jest ok. Ale zmuszanie na siłę? Decyzja powinna należeć do samych zainteresowanych. A zresztą i tak przy obecnej wiedzy medycznej mężczyzn nie da się zmusić do rodzenia dzieci, więc problem i tak pozostanie.

Neferze, wydajesz się mieć wyjątkowo płytkie spojrzenie. Prawa wyborcze to nie wszystko.

Ale może po kolei. Ostatnio zapomniałam sprostować, że położna i lekarz położnik to zdecydowanie nie to samo, a jako bywalczyni gabinetów ginekologicznych delikatnie powiedziawszy nie odnotowałam faktu, żeby w tym zawodzie przeważały kobiety.

Plotki i obmowa nie są bynajmniej żadną przywarą, a ważnym elementem kontroli społecznej, który sprawdzał się w małych, zamkniętych grupach (teraz na wsiach zapewne też). Pytanie raczej kogo, dlaczego i za co piętnujemy. Zauważ, że nadal najgorsze obelgi, którymi obrzuca się kobiety nadal mają konotacje seksualne związane z rozwiązłością: kurwa, dziwka, zdzira, suka, puszczalska. Te określenia często są używane w oderwaniu od wyczynów danej osoby na polu erotycznym, ale mają swoją siłę rażenia właśnie dlatego, że kobieca rozwiązłość nadal nie jest akceptowana w takim stopni jak męska. Dalej pokutują skutki dawnego podziału kobiet na święte i ladacznice.

Twój przykład sytuacji na rynku pracy jest, wybacz, cokolwiek archaiczny. Dziś mało kto jest zasiedziany na swoim stołku, pracę zmienia się kilka, kilkanaście razy w życiu. W grupie 45+ jednak to nadal kobiety mają większy problem ze znalezieniem pracy, choć to mężczyźni są obarczeni większym ryzykiem zdrowotnym, a panie raczej rodzić już nie będą (choć zdarza się). Podobna dyskryminacja (nawet młodych kobiet) nigdy nie opiera się na racjonalnej kalkulacji, a na obawach napędzanych przez taki a nie inny sposób myślenia.

Masz rację, że rozszerzanie przywilejów macierzyńskich (finansowanych w dużej mierze przez państwo, obciążenia pracodawcy są w zasadzie znikome, pozostaje więc głównie problem zastępstwa) pogarsza sytuację, ale rozwiązania równie trudnych problemów nie są proste. Obecnie owszem, państwo dało prawo wyboru, które z rodziców pójdzie na urlop macierzyński i znam przypadki, w których padło na ojca, nie przy pierwszym dziecku, a przy którymś z kolei, ale zawsze, mało tego, wprowadziło urlop tacierzyński, który panowie chętnie wykorzystują. I pewnie wykorzystywaliby również gdyby był dłuższy. Bardziej o to chodziło w mojej propozycji: delikatnie powiedziawszy nie zaszkodziłoby, gdyby dziecko pierwsze miesiące życia spędziło z obojgiem rodziców, a mogłoby to mieć zbawienny wpływ na sytuację kobiet na rynku pracy.

Co do zmuszania mężczyzn do rodzenia dzieci – większość ciąż nie wymaga przerwy w pracy, a połóg to już kwestia urlopu macierzyńskiego. Uwaga jest więc nie na temat ;p

A teraz sedno. Problemy z równością stwarza nie tylko życie zawodowe, powiedziałaby, że większość trudnych sytuacji wiąże się z życiem osobistym i tym, że to ktoś inny próbuje decydować za nas. Polecam książkę “Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji.”. Nie będzie równości, dopóki państwo będzie podejmować za obywateli decyzje światopoglądowe. Nie będzie jej bez rzetelnej edukacji seksualnej, dostępu do antykoncepcji. Nie będzie dopóki ważniejsza niż świadomy wybór kobiety będzie czyjakolwiek klauzula sumienia, pozwalająca nawet kłamać w żywe oczy. Bez działającego sprawnie sytemu alimentacji – w końcu nawet jeśli to kobiety rodzą, nie rozmnażają się jeszcze przez partonegenezę.

Pozdrawiam

A.

Zarzucasz mi płytkość spojrzenia dlatego, że nie podzielam wszystkich Twoich poglądów? Bo jakiegoś konkretnego dowodu na poparcie takiego zarzutu w Twojej odpowiedzi nie dostrzegłem. Ale również po kolei.
Otóż ja również wiem, na czym polega różnica pomiędzy lekarzem położnikiem, a położną. Ale wiem też, że kobiet lekarzy-ginekologów nie brakuje. I wcale nie muszę w tym celu korzystać osobiście z ich usług. Powtórzę, że ogólnie zawód lekarza od dłuższego już czasu wyraźnie się feminizuje – bez żadnych ideologicznych konotacji tego słowa. A wynika to stąd, jak sądzę, że studia medyczne, następnie specjalizacja oraz towarzyszące jej egzaminy są bardzo trudne, co odstrasza wielu leniwych kandydatów płci męskiej. 😀 A skoro już powołałaś się na osobiste doświadczenia z ginekologami, to i ja uczynię to samo w przypadku innej specjalizacji medycznej, stomatologii. Żyję już parę lat i nigdy, powtarzam nigdy, nie trafiłem na stomatologa-mężczyznę. Były to zawsze lekarki, bardzo dobre w swoim fachu (do których chodzę obecnie, prywatnie oczywiście) i raczej kiepskie (z dawnych lat w gabinetach szkolnych). Ale zawsze kobiety. Dodam, że stomatologia to specjalizacja należąca do tych zdecydowanie bardziej dochodowych.
Podajesz przykłady przekleństw i obelg używanych w języku potocznym. Pomijając już to, że wszelkie przejawy wulgarności należy zwalczać, to wszystkie słowa w danym języku mają jakieś korzenie historyczne. Te przekleństwa też nie pojawiły się wczoraj, tylko w poprzednich stuleciach, oddając stosunki z innej epoki. I trwają siłą przyzwyczajenia. Jakiejś szczególnej ideologii tym wulgaryzmom bym nie przypisywał.
Może i archaiczny ze mnie dinozaur, ale osobiście pracy nigdy nie zmieniałem, jestem z niej ogólnie zadowolony, osiągnąłem nie najgorszą pozycję itp. I o bardzo wielu osobach z kręgu znajomych mogę powiedzieć to samo, dotyczy to obojga płci. A właśnie ludzi wkraczający w moje lata może dotyczyć podany przez Ciebie przykład starszego pana z zawałem. Natomiast znaną mi osobą, która najczęściej zmienia pracę jest akurat moja żona. I nie ma z tym żadnych kłopotów, przebiera w ofertach. Ale o tym decyduje nie płeć, tylko atrakcyjność danego zawodu na rynku pracy.
Wywodów na temat urlopów macierzyńskich i tacierzyńskich nie do końca zrozumiałem. Czy poprzez „wspólną obecność obojga rodziców przy dziecku” rozumiesz jednoczesne wzięcie przez obojga urlopu rodzicielskiego? Podczas gdy obecnie może to uczynić jedno z nich, zresztą kobieta albo mężczyzna? Jeśli tak, to kto miałby to finansować (bo rozumiem, że chodziłoby o dwa urlopy płatne). Z jakich pieniędzy? Świadczeń socjalnych i tak mamy już za dużo. Podczas gdy budżet państwa zawsze robi bokami, kosztem tych, którzy pracują i płacą podatki. Pomysł jest więc zupełnie nierealistyczny.
„Zmuszanie mężczyzn do rodzenia dzieci.” Nie dostrzegłaś ironii? Jeśli nie, to wyjaśnię „łopatologicznie”, wybacz. Po prostu na papierze zadekretować można wszystko, ale to i tak nie zmieni tego, że ciążę przechodzą kobiety i to one rodzą. Medycyna nie znalazła do tej pory żadnego sposobu, by coś z tym zrobić.
I na koniec, pola walki o równouprawnienie kobiet. Przykłady z prawem wyborczym albo zakładaniem konta w banku sama podałaś w poprzednim wpisie. Gdy odparłem, że przecież dzisiaj nikt w naszym kręgu kulturowym tego nie kwestionuje, zarzuciłaś mi płytkość spojrzenia i z miejsca przeniosłaś się na inne pole, czyli kwestię seksualności, antykoncepcji, aborcji, klauzuli sumienia itp. Wybacz, ale mam wrażenie, że traktujesz te sprawy mocno emocjonalnie. Dlaczego tak sądzę? Bo ni stąd ni zowąd uczyniłaś z tego oręż i zaatakowałaś mnie tylko dlatego, że jestem mężczyzną. Tymczasem, o dziwo, ja się z Tobą w tych kwestiach ogólnie zgadzam. Nie jestem żadnym wielbicielem Radia M. oraz głoszonych tam poglądów w tych sprawach. Nawet przeciwnie. Nie podoba mi się przykładowo klauzula sumienia w placówkach pracujących na kontrakcie z NFOZ. Każdy, kto przyjął kontrakt, przyjął też zobowiązanie, że będzie wykonywał procedury dopuszczone prawem i finansowane ze wspólnych składek. Jeśli mu się to nie podoba, to niech z kontraktu zrezygnuje i przyjmuje wyłącznie prywatnie. To jego prawo, nie wolno mu (albo jej) natomiast samemu, według własnego przekonania światopoglądowego decydować w tych sprawach za innych, bezpośrednio zainteresowanych. I wybierać procedury które wykona, a których nie wykona (wszystkie prawem dopuszczalne). Taki luksus dbania o sumienie to we własnym gabinecie i z pacjentami prywatnymi. Tu się chyba zgadzamy? Zanim ruszysz do boju warto więc rozpoznać teren. A swoją drogą, to z politycznego i propagandowego punktu widzenia stawianie tego sporu na płaszczyźnie ruchy feministyczne kontra reszta społeczeństwa jest posunięciem samobójczym. Widziałbym to raczej jako konflikt dotyczący wolności światopoglądowej, świeckości państwa, oderwania go od kościoła (takiego czy innego), praw obywatelskich itp.
Pozdrawiam.

Uhm… płytkość spojrzenia zarzucam Ci raczej ze względu na fakt, że z Twoich wypowiedzi Neferze wynika, że sądzisz, że skoro nie jest źle (a przynajmniej mogłoby być gorzej), znaczy że jest dobrze. O ile dobrze pamiętam, twierdziłam, że kobietom często jest trudniej, nie że nic nie mogą osiągnąć. Po prostu mimo wyraźnego postępu, w jakiejś tam węższej lub szerszej grupie społeczeństwa twardo trzymają się konserwatywne poglądy – blokujące również mężczyzn, o czym już wspominałam.

Z jednym masz bez wątpienia rację: zamykanie pewnych kwestii w szufladce feminizmu jest obecnie samobójstwem. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że nigdy nie było tak, że feministki chciały walczyć z całą resztą społeczeństwa (nawet te ultraradykalne, chciały tylko wystrzelać mężczyzn ;)).

Co ciekawe moim pierwszym stomatologiem był mężczyzna, ale fakt, że później chodziłam tylko do jednego i teraz leczę się u wspaniałej lekarki. Kobiet ginekologów natomiast nigdy dosyć! Lubię mieć wybór. Po pierwszym, bardzo złym doświadczeniu z ginekologiem mężczyzną, wybieram wyłącznie panie (choć to ewidentnie seksizm), ale płeć nie zapewnia odpowiedniej dozy empatii, więc był okres, że musiałam jeździć do innego miasta…

Co do przekleństw, można dyskutować czy to język kształtuje sposób myślenia, czy raczej tylko go odzwierciedla, ale tak czy siak jakaś relacja między słowami a poglądami istnieje. O ile używanie “kurwy” jako przecinka można zrzucić na karb przyzwyczajenia, o tyle jeśli wykrzykiwana jest komuś w twarz podczas sprzeczki, ot, choćby o zakres obowiązków, obawiam się, że wynika z czegoś zupełnie innego: ze świadomości, że właśnie użycie tego określenia, najbardziej zaboli. A czemu boli? Raczej nie z przyzwyczajenia ani ze względu na korzenie historyczne…

I tak, miałam na myśli wspólne wzięcie przez oboje rodziców urlopu rodzicielskiego. Widzisz Neferze, wszystko jest kwestią priorytetów, jeśli chcemy osiągnąć jakiś cel, powinniśmy się zastanowić ile jesteśmy w stanie dla niego poświęcić. Obawiam się, że obecnie środki z moich podatków są gorzej wykorzystywane…

Nie zamierzałam Cię atakować i nie czuję, żebym to zrobiła, a tym bardziej nie dlatego, że jesteś mężczyzną. Naprawdę postrzegasz tę dyskusję jako walkę? Bo ja może właśnie bardziej jako rozpoznawanie terenu 😉
Lubię dyskutować i poznawać cudy punkt widzenia, tak po prostu 🙂
Szeroko pojęta seksualność człowieka jest mi bliska, ale czy mam powód reagować emocjonalnie? Może, skoro czuję, że w pewnych kwestiach sytuacja się pogarsza – o tym też mówi “Zakazane ciało”. To książka popularnonaukowa, czasami traktująca tematy zbyt płytko, ale zwracająca uwagę na upolitycznianie kobiecej seksualności oraz na to, że często próby zawładnięcia płodnością, odebrania prawa o samodecydowaniu, są pierwszym symptomem złych zmian.

Pozdrawiam

A.

“Nie będzie dopóki ważniejsza niż świadomy wybór kobiety będzie czyjakolwiek klauzula sumienia,”

A dlaczego stawiasz wyżej wybór jednej osoby od wyboru drugiej?

A widzisz, w takich sprawach łatwo zostać źle zrozumianym. To skomplikowana kwestia i dotyczy znacznie większej ilości tematów niż Ci się zapewne wydaje – wielu zwykle nieporuszanych. Uważam, że zawód (i miejsce pracy) należy wybierać rozsądnie. Wątpię na przykład, żeby wegetarianin został rzeźnikiem. Natomiast ginekologami często zostają “zbawcy świata”. Niemniej jeśli już nimi są i prawo pozwala im odmawiać wykonywania pewnych procedur, powinni otwarcie informować o podpisaniu klauzuli sumienia, zamiast okłamywać i zwodzić kobiety, bo to moim zdaniem jest absolutnie nie do przyjęcia, ponieważ uniemożliwia zainteresowanej osobie podjęcie świadomego wyboru. Łamią w ten sposób prawa drugiego człowieka i robią to realnie, nie tylko w wirtualnej dyskusji, doprowadzając często do dramatycznych sytuacji.

Tyle, że problem jest szerszy, nawet kiedy patrzymy wyłącznie na porodówkę. Niektórzy lekarze odmawiają podania znieczulenia, bo kobieta powinna rodzić w bólach. Albo dokonują bez zgody pacjentki nacięć (często wyrządzających znacznie większe szkody niż naturalne rozerwanie krocza). Lub, również bez jej zgody, zakładają tzw. mężowski szew. Generalnie odmawiają kobietom podmiotowości i prawa do decydowania o sobie. Oczywiście sytuacja się poprawia, jest wielu wspaniałych lekarzy i wiele wspaniałych szpitali, niemniej problem dalej istnieje i wcale nie gdzieś tam na marginesie.

Czy naprawdę wyobrażasz sobie, że lekarz mógłby odmówić znieczulenia podczas wycinania migdałków, ustawiania otwartego złamania, wszczepiania zastawki? Czemu więc znieczulenie podczas porodu jest rozpatrywane w zupełnie innych kategoriach?

Pozdrawiam

A.

Lekarz to specyficzna praca, w znacznej mierze to nie tyle zawód co misja. A porównanie z rzeźnikiem bardzo nieszczęśliwe…

Sprawdziłem czy lekarz może powołać się na klauzulę sumienia podczas porodu ws. znieczulenia – znalazłem w internecie akademickie dyskusje zamiast opisów realnych sytuacji. Opisana też była takowa sprawa sprzed kilku lat(!). Łączenie więc odmów lekarskich w tej sprawie z klauzulą jest więc raczej nadużyciem.

Pragnę zwrócić uwagę, że na klauzulę sumienia powołują się też kobiety lekarki czy farmaceutki. Czyżby te nieświadome niewiasty kopały dołek pod przyszłością własną i swych córek?
A może łączenie dwóch spraw- klauzuli sumienia z walką o równouprawnienie jest nietrafne.

Uważam, że jest w naszym społeczeństwie wystarczająco sporo miejsca aby pomieścić grupy nazwijmy to – konserwatywne światopoglądowe i te bardziej reformatorskie. I że jedni nie muszą przeszkadzać drugim. Szanujmy się, nie popadajmy w skrajności, że ustawowo zabraniamy czegoś drugim, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.
Z jednej skrajności można popaść w drugą.

Pozdrawiam
R.

Sęk w tym, że od ludzi wykonujących misję, nie zwykłą pracę, należałoby wymagać więcej, nie mniej. Zauważ, że nigdzie nie napisałam, że klauzuli sumienia absolutnie nie powinno być, a że wszyscy powinniśmy się, niezależnie od niej, traktować z szacunkiem. Nie zakomunikowanie na wstępie, że podpisało się klauzulę sumienia nie jest uczciwym traktowaniem pacjenta. Niestety zdarza się, że lekarze tego nie mówią, celowo wprowadzając pacjentkę w błąd i przeciągając procedury. I to jest niezgodne z prawem. Podobnie jak to o rodzeniu w bólu i wiele innych rzeczy. Niemniej to się dzieje, przydarza się prawdziwym kobietom, choć większość o tym nie mówi głośno.

Nie odpowiedziałeś jednak na pytanie o porównanie do innych specjalności. Pozwolę więc sobie je zadać w trochę innej formie. Wyobraź sobie, że niezależnie od obowiązujących procedur, każdy lekarz ma prawo obsługiwać pacjentów zgodnie ze swoimi przekonaniami. Masz wypadek, straciłeś dużo krwi, uratować Cię może jedynie transfuzja. Chciałbyś się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiłeś do szpitala, w którym na zmianie jest właśnie lekarz Świadek Jehowy, gotowy podjąć decyzję, że umrzesz dlatego, że dokonywanie transfuzji jest niezgodne z jego wiarą? Bo ja bym nie chciała… Fakt, że mają rację, że krew się często marnuje i przy wielu procedurach dałoby się bez niej obejść, ale są też sytuacje kiedy jest niezbędna, o ile życie ludzkie uważamy za najwyższą wartość i chcemy o nie walczyć.

A łączenie walki o równouprawnienie generalnie z płcią jest nietrafne. Poglądy nie zależą bynajmniej od tego, co ma się między nogami.

I widzisz, ja tam jestem za wolnym wyborem i nie zmuszaniem nikogo do niczego, sęk w tym, że to środowiska konserwatywne chcą innym narzucać swoją wolę, zamiast uznać, że w pewne kwestie państwo nie powinno mieszać się wcale. Sprawy światopoglądowe powinny zostać światopoglądowe i przez każdego z osobna być rozważane we własnym sumieniu.

Amen 😉

Napisz komentarz