Dzidzia II (MRT_Greg) 4.47/5 (12)

Źródło: Pixabay

– Nie trzask…!

Nie zdążyłem. Wyszła z auta obrażona, unosząc nosidełko z berbeciem. Mały wymachiwał kulaskami, zupełnie nie przejmując się niczym dookoła. W przeciwieństwie do jego matki. Od porannej kłótni nie odezwała się słowem. A poszło o duperelną sprawę. Że niby spędzam za dużo czasu przed kompem. Ja?! No kurwa! Ktoś przecież musi zrobić nastaw wojsk, żeby potem było kim napierdalać. Ona na swoim koncie to ma tylko towary. Ja mam wojsko. I się uzupełniamy. Czasem tylko ktoś drze japę, że niby na jednym kompie dwa konta. Chuj mu w dupę! Bo to ja jeden. My mamy współpracę, a nie, że se doładowujemy.

Dobra. Fakt. Mały dziś ostro zasrał pieluchę, gdy robiła śniadanie. No ale przecież nie mogę się grzebać od rana w gównie. Są jakieś granice. Zrobiłem herbatę i umówiłem jej spotkanie u makijażystki. Sie bym musiał rozdwoić, żeby zająć jeszcze brzdącem.

– Wypierdolę ci ten komputer – krzyknęła z sypialni.

– Żebym ja ciebie nie wypierdolił. – Czasem miałem już dość jej marudzenia o wszystko.

– Chciałbyś…

Pewnie, że bym chciał. Odkąd się wprowadziła, może ze trzy razy zamoczyłem. Bez gumy nie chciała, bo niby chce karmić młodego minimum pól roku. Chuja tam prawda. Młody już dawno od cyca odklejony. Ale wytłumaczenie to se musiała jakieś znaleźć. Dobrze wiedziałem, że zależy jej tylko na tym, aby wrócić do figury. W sumie to też wolę chude dupy z małymi cyckami, podskakującymi wesoło podczas ujeżdżania. Dupienie spaślaka jest co najwyżej śmieszne, ale mało podniecające.

Miałem kiedyś taką jedną. Na dyskotece u Wątróbki. Świętowaliśmy powrót brachola z woja, trochę my popili, potańczyli, dupy pościskali i raz ino mrugnąłem… Patrzę i leżę na betonie, a nade mną dwa mlecznobiałe galony dyndają jak dzwony kościelne. Rzut oka dookoła. Nikogo nie ma. Chociaż tyle dobrego, bo wstydu nie będzie na wsi. Ale ja to, kuźwa, nie lubię nie wiedzieć co mnie dyma, wiec się zebrałem w sobie i przewaliłem ją na plecy. Dziunia jęknęła, bo jebła na podłogę jak wór nawozu. Kurwa mać! Cóż najlepszego wtedy zrobiłem…? Trza było zamknąć oczy i pozwolić jej na działanie. Takiego pasztetu to dawno nie widziałem. Nie wiem, co mi dolali do piwa, ale obiecałem sobie solennie, że zapierdolę chuja jednego z drugim.

No ale cipka jest cipka – tak se wtedy myślałem – się wsadza, wyjmuje, jedno i drugie czuje przyjemność. Super. Ino przy każdym moim pchnięciu obserwowałem, jak tłusta fala rusza w górę, niczym tsunami mknie w kierunku rozlanych po bokach cycków, po czym przemknąwszy przez szyję, rozbija się o falochron trzech podbródków. Cofka pędzi z podwójną siłą, odpycha mnie od jej cielska, fałdy zaciskają się, a ja znów szukam ciepłego krateru pośród tropikalnego buszu.

Wydupiłem ją. A co? Ja bym nie potrafił? Nie wiem tylko, czy aby nie trysnąłem jej w którąś szczelinę między fałdami. Ja się czułem odprężony, a lala i tak nie zwracała na to uwagi. Jęczała soczyście przez cale ruchanko, a na koniec kopnęła w powietrze, a zaraz potem rypła girami w podłogę. Ubrałem się w pospiechu i dałem nogę. Ze stryszku nad dyską, schodami pożarowymi w dół aż do kotłowni, po czym myk przez okienko i powrót na oficjalu. Kumpli już nie było, w środku zaś gościła ekipa ze Stryjennej. Sam byłem, to na chujów się nie miałem co pchać.

Rozleniwiły mnie wspomnienia. Kiedyś to było życie. Dobra wóda, dobra cipa i balanga była jak trza. Teraz gówno z rana, gówno w południe i gówno na wieczór. Po drodze małe rzyganko i kompres w pieluchę. Se musiałem na powrót okleić folią siedzenia, żeby mi smark nie przesikał. Ale w sumie nawet dobrze wyszło.

Brykę se kupiłem. Trza było nieco poklepać, kumpel chlusnął nowym lakierem.

– Czerwień ferrari – tak się nazywa ten odcień – powiedział mi, oglądając po raz pierwszy moje cacko. – Damy alusy, podwójny wydech, muza na mp3, tuba i nikt ci nie podskoczy. Git bajera.

Jak zobaczyłem po robocie, to mi szczena opadła. Zagazowana bryka, mjuzik na ful, szybka bzzz w dół, łapka za okno…

Jadę audi w elpedżi

Jestem panem całej wsi

Jest Mariola, jest Teresa…

Nie no. Marioli nie ma. Jest Marysia. A Teresa za moim siedzeniem. Mamuśka nigdy nie chce siąść obok mnie. Nie żebyśmy się hajtnęli z młodą, ale jej mama jest git i nie ma co wydziwiać.

– Czemu mama nie siądzie obok? – dopytuję za każdym razem.

– To jest bezpieczne miejsce. Za kierowcą najbezpieczniejsze.

– Nie no, mama… – Rozkładam ręce.

Wiadomo, siedzenie pasażera to strefa śmierci. Jak wyjedzie coś na czołówkę, to ni ma chuja bata we wsi, pasażer ląduje w chłodnicy. Ale ja to z innymi nie jeżdżę jak pirat.

Zerkam w lusterko wsteczne i już wiem, dlaczego nie mogłem się oprzeć jej córce. To spojrzenie. Onieśmielające. Zatapiam się w nim i tracę oddech.

No nic. Trza iść. Samo się, kuźwa, nie zrobi.

Wygramoliłem się z samochodu i ruszyłem w kierunku szarego budynku. Wyglądał jak obora teścia, a siedzące w środku w boksach stworzenia były zadziwiająco podobne. Inspektorat drogowy w Wierchowie. Nazwa to akurat była kurewsko myląca. Jedynego inspektora, co znałem, to codziennie siedział na radarze za wsią, licząc na jełopa, co po tych dziurach pojedzie szybciej niż pięćdziesiąt. Inspektor. Ta… Ciul złamany jeden. Jak się wyjebał po pijaku w płot proboszcza, to byłem spoko kumpel, bo nikomu nie powiedziałem. Ale jak znalazł zioło, co ukryłem po powrocie z Holandii, to nagle się zrobił wzorowy glina. To mu pokazałem filmik, jak się wyczołguje z radiowozu i od tej pory nie podskakuje.

Skrzypnięcie szklanych drzwi, linoleum walące stęchłą wodą, rządek krzeseł jak w przychodni. Automat wydający numerki się zjebał. Rozglądam się dookoła i dostrzegam lalusia ze stosikiem karteczek.

– Chciałem przerejestrować auto – mruczę, nie będąc pewien, czy do właściwej osoby.

– Świetnie pan trafił. – Laluś prezentuje śnieżnobiałe trzy tysie na rękę, po czym podaje mi karteczkę z numerem.

– A tam się będzie wyświetlać? – dopytuję.

– Nie. Panie krzyczą po numerku.

Kiwam głową i już ruszam w stronę urzędniczek, gdy zatrzymuję się w pół kroku.

– A krzyczą po każdym numerku czy tylko po wybranych? – Nie mogłem się powstrzymać.

– A… W sumie to różnie. – Laluś nie rozumie aluzji.

– Zależy jaki klient, nie? – Trącam go ręką i wybucham śmiechem.

Szczerzy się w ogólnym niezrozumieniu. Może ciota…

Wciąż rozbawiony przeciskam się do okienek.

– Ej, kolejka jest! – Podenerwowany głos dochodzi gdzieś spod ściany.

– Spoko kurwa, każdy swój numerek zaliczy – rzucam tam rozbawionym spojrzeniem, ale nagle wszyscy okazują zainteresowanie przejeżdżającą obok budynku koparką. Tylko jeden dziadunio siedzi i gapi się na mnie jak żaba w piorun.

– Ja do B – odpowiada szybko.

Wzruszam ramionami. Jakaś dziunia stoi przede mną. Dżiny to chyba od córki pożyczyła. Każda fałdka odcina się na całej wysokości od miejsca, gdzie powinna być kostka po mięsiste dupsko. Jak usiądzie, to jej to wszystko trachnie i się wyleje. Stoi więc jakby kij połknęła i ani nie drgnie, nawet gdy szepczę, nachylając się nad jej uchem:

– Pokażesz mi swój numerek?

Dziunia nabiera powietrza zaskoczona moim ciepłym oddechem na szyi. Albo zapachem fajek. Trudno powiedzieć – obydwa są mocno odczuwalne. Jej twarz po chwili pokrywa rumieniec, rozlewając się aż po głęboki dekolt.

– Trzy Ce – odpowiada zachrypniętym głosem.

Kiedyś bym ją klepnął w tyłek i rzucił “nie dla suki kiełbasa”. Dziś przysuwam się bliżej, by poczuła nacisk na pośladki. Mój kutas co prawda spoczywa w spokoju w slipach, ale ręka przez kieszeń dokonuje spustoszenia w jej spokoju. Lala nieznacznie wypina pupę, opierając się mocniej o ścianę. Przeciągam palcami po wgłębieniu między pośladkami. Wciskam je głębiej, na ile pozwala sztywny materiał. Niemal wyczuwam wargi skryte zapewne za koronkowymi majteczkami o pięć numerów za małymi. Zapach jej podniecenia w mgnieniu oka zabija wszelkie inne, dotychczas wypełniające nam nozdrza. Jednoznaczna woń gwałci ciasną przestrzeń, sprawiając, ze stojący w pobliżu faceci stają się niespokojni. Jak stado rekinów gotowych do pożarcia pływaka z zadraśnięciem na nadgarstku pociągają nosami, usiłując odnaleźć pożądane źródełko. W końcu dociera do nich prawda i świadomość, że oto obok stoi rozgrzana cipa, gotowa do dupienia, powoduje spore zamieszanie. Z zazdrością spoglądają na mnie. Się nie dziwię. W domu pewnie czeka na nich stado pociech z królową balu, który skończył się trzy wieki wcześniej. Każdy by sobie podupił.

– Co tu tak…? – W przejściu staje numerkowy.

– Śledzik, panie kolego – odpowiadam, wykrzywiając usta w złośliwym grymasie. – Kto smakuje, ten wie.

Marszczy brwi.

– Niektórzy wolą kakałko – dodaję, będąc już w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewien, że koleś jest pedałem. Ten jeden procent jego dalszej nieświadomości… – albo ciepłe paluszki.

– Mam nadzieję, że nie znowu… – mruczy do siebie, ruszając w stronę kibli.

– Ja pierdolę, co za dupa wołowa – Moje zniesmaczenie sięga zenitu.

Otaczający mnie tatusiowie uśmiechają się z przekąsem. Każdy jednak odwraca wzrok, gdy spoglądam w ich kierunku.

– Następny!

Głos dobiega gdzieś zza wysokiej lady. Sto pindziesiąt – oceniam na pierwszy rzut oka. No. Sie robiło u stolarza, to się ma ten dryg do wymiarów. Ale… To w takim razie niewiele mniej niż moja ma wzrostu. Już ją widzę, jak podskakuje, by zobaczyć, kto ją obsługuje.

No ale wiadomo, że istoty po drugiej stronie nie oczekują widoku zgrabnej wymalowanej lali z twardym młodym cycem, przypominającej im zamierzchłe czasy dawnej młodości, a częstokroć wręcz niedosięgłe ideały. Istoty po drugiej stronie plastykowego kontuaru czekają na księcia z bajki, który omami ich swoją wodą kolońską i słodzić im będzie komplementami w zamian za łaskawe wypełnienie dokumentów. One zaś będą trzepotać…

– Następny!

Przypomniało mi się. Tak darła się sprzątaczka w podstawówce, w której skończyłem sześć klas, bo na więcej głupot nie starczyło mi cierpliwości.

– Numerek!

– Chętnie, ale może najpierw załatwimy papiery?

Obserwuję kark kobiety, pokrywający się lekką różowością. Dziunia z lewej jest już cała czerwona. Za to paszkwil z prawej wbija we mnie swoje gargulcowate spojrzenie i cedzi przez zęby:

– To jest urząd, a nie knajpa.

– Weź mi tu, kurwa, nie pierdul! – Złość szybko mnie bierze. – Jak nie knajpa, to przestań się obżerać pączkami i chlać kawę. Zajmij się obsługą, bo jesteś tu, żeby pracować, a nie wydziwiać. Łaskawca, kurwa, urzędniczka, jasna pani, zawsze dziewica. Co się, kurwa, gapisz? Do roboty!

Potwora przez moment siedzi jak wcięta. Otwiera paszczę, szykując się do jakiejś mądrej riposty, na szczęście jej koleżanka ma więcej rozumu.

– Który numerek? – dopytuje, uśmiechając się lekko.

– Dwudziesty dziewiąty – odpowiadam, wyszczerzając zęby. – Jestem młody, to daję radę.

– Ja mam codziennie minimum pięćdziesiąt – ripostuje nonszalancko.

Unoszę brew. Dobra jest. I odpowiedzieć potrafi, i dowcipna. Fajna babka, choć jak na moje oko już dawno po trzydziestce. Ale zwłaszcza takie to potrafią zaskoczyć. Młode są wszystkie na jedno kopyto. Wypindrzone chude lalki, oferujące ciasne cipki i pojedyncze jęki, które możesz wyłączyć prostym: zamknij się! Starsze dziunie mają wymagania. Więcej pieszczot, lizanko po cipce nie wystarcza, by foczkę rozpalić. Z drugiej strony niekiedy dobry masaż potrafi doprowadzić taką do orgazmu, po którym zrobi ci wszystko, co zechcesz. Lód w jej wykonaniu to prawdziwy koncert życzeń. Młode pindzie wciągną chuja w ryj aż po jaja i z wytrzeszczonymi gałami oczekują kolejnych poleceń. Starsza babka wyliże kutasa jak ociekający czekoladą bolec, ściśnie jaja w dłoniach i wsadzi palec dupę, sprawiając że kutas stanie się jeszcze twardszy. Dupcenie wtedy jest boskie.

– Ale to chyba zależy od klientów, nie? – Jak gdyby nigdy nic ciągnę temat.

Uśmiecha się. Podaję jej dokumenty i obserwuję, jak wprowadza dane. Lekko trzęsącą ręką wypełnia poszczególne pola. Czyli jednak! Kuję więc żelazo, póki gorące.

– Chciałbym być teraz na miejscu tego długopisu.

– Kolego! – Koleś z lewej nie wytrzymuje. – Weź przestań!

– Proszę pana, proszę nie zwracać uwagi. – Jego dziunia ma długie tłuste włosy, które co chwila zawija za ucho. Te zaś nie chcą już się trzymać tamtego miejsca i sklejonymi strąkami opadają na czoło. Cza było nie żreć tyle pączków.

– Więc chce pan dopisać się do dowodu ? – dopytuje go, starając się nie poddawać nerwowej atmosferze.

– Nie. Mamusia przepisała na mnie auto i będę jedynym właścicielem.

Spoglądam na maminsynka. Dizajnerskie galoty, kurtka ze złotą asygnatą na kołnierzyku, zapinana na zamek biegnący po skosie. Czarny berecik i – no ja pierdolę, co za pedał – trampeczki biało-zielonomajtkowe. Lekki zarościk na twarzy. Moja była miała taką szczecinkę na cipce. Nawet mu się pod brodę układa w podobny kształt. Przyglądam mu się uważniej. Oblizuje koniuszkiem języka spierzchnięte usta. No pedał całą gębą! Pewnie jakiś menadżer w podrzędnej firemce, kreujący się na nuworysza. Całą kasę wydaje na imprezy, dojąc równocześnie mamusię, do której przyjeżdża na obiadki.

– To jest nowe auto? – dopytuje go urzędniczka, choć wszystkie papiery ma przed sobą.

– Tak. Kupiła na mnie.

Jakby wyczuł atmosferę. Rzuca szybkim spojrzeniem w moim kierunku.

– Jestem jedynakiem. – Jego usprawiedliwianie się jeszcze bardziej mnie bulwersuje.

– I mamusia, zamiast pojechać sobie na wakacje, to kupuje synusiowi autko.

Konsternacja na twarzy pizdusia warta jest więcej niż tysiąc słów.

– A gdzie tam! – Macham ręką. – Pewnie nawet przez myśl synusiowi nie przeszło, że mogłaby chcieć od życia coś więcej niż zajmowanie się maminsynkiem.

– Ja sobie wypraszam! – Pizduś pokazuje ząbki

– Se, kurwa, wypraszaj. Jak se sam zapracujesz na brykę, to pogadamy. A póki co, to cipa z ciebie i tyle.

– Nie jesteśmy na ty. I co to pana interesuje?

– Chuja mnie interesuje! Stoję tu i kurwica mnie bierze, jak słyszę takie głupoty. Majtki też mamusia pierze?

– Proszę. – Jego urzędniczka ma więcej rozumu w głowie. Oddaje mu dokumenty, kierując równocześnie w stronę kasy. Gnojek przechodzi obok, jak by był jakimś bóstwem. Ale ramię ma słabe. Czmycha, gdy odwracam się w jego stronę. Niech tylko podskoczy. W ryj dostanie, że się kopytami nakryje.

– Audi rocznik osiem osiem. To już prawie zabytek. – Tym razem moja lalunia oddaje mi dokumenty.

– E tam… – Wzruszam ramionami. – Solidna bryka, wyrychtowana i podrasowana. Nie to co te kosiarki, co teraz jeżdżą po drogach. Jak jebnę po garach, to asfalt zwija!

Uśmiecha się, kiwając w zrozumieniu. Laska widać ma ochotę na ostrą jazdę. Nie dziwię się. Po całym dniu w urzędzie, gdzie ma do czynienia z tatusiami i maminsynkami, nic tak nie odświeża jak ostre rypanko na tylnym siedzeniu.

– Chciałabym to zobaczyć – śmieje się.

– No problemo! – Przeczesuję włosy, uśmiechając się zawadiacko. – O której wychodzisz?

– Kaśka! – Gargulec odzyskał głos.

– Kaaasiaaa… No ładne imię – kontynuuję niczym niezrażony. – Wszystkie Kasie to fajne dziewuchy. Jeszcze żem takiej nie poznał…

– Ja też mam na imię Katarzyna. – Gargulec przerywa mi podryw.

Czasem się trafi błąd w ewolucji – jadę mądrym słowem – ale to wyjątkowy wyjątek. To co? O siedemnastej?

Kasia się uśmiecha. Ma ochotę dziewczyna, ale tłumiona przez paszkwila boi się odezwać.

– Spoko. Nic nie mów – nachylam się do niej, na ile lada pozwala. – Podjadę, gdy skończysz.

Jej śmiech jest zaraźliwy. Chichocząc jak popierdolony, idę do kasy. Uiszczam opłatę, wracam do Kasi i zabieram blachy z dokumentami.

– To trzeba nakleić…

– Wiem – przerywam jej wpół słowa.

– Po właściwy dowód proszę się zgłosić za około trzy tygodnie.

– Dobrze, Kasiu. Mam nadzieję, że ten numerek też zrealizuję u ciebie.

– Kto wie… – Kręci głową, śmiejąc się bezgłośnie.

Wychodząc z budynku, obmyślam plan pozbycia się wieczorem młodej z berbeciem.

– Cześć. Odbierzesz mnie z Warszawskiej?
– Już jadę.
No pięknie. Niedaleko głównej ulicy wylotowej w kierunku stolicy mieszka jej mama. Pewnie poszła się wyżalić. Mam przerypane. Tym bardziej wzrosła ochota na seksik z urzędniczką.

Wsiadłem i odpaliłem brykę, po czym z basowym grzmotem ruszyłem z parkingu. Plac przed urzędem doskonale nadawał się do popisowej nawrotki. Dodałem gazu, skręciłem kierownicą i złapałem za ręczny. W poprzednim aucie – zajebiste kurwa BMW – miałbym problemy z wyprowadzeniem z poślizgu. Tu przedni napęd ratował w wielu sytuacjach. Choć z drugiej strony pozbawiał możliwości fajnego zarzucania dupą.
Piszcząc oponami, wypadłem na asfalt i lekko zajechałem drogę jakiejś dziuni w błyszczącym nowością suwie. Doniosły klakson został daleko w tyle. Dwója, rura, trzy, gaz, cztery, bania, gdzie się pchasz, pacanie, jazda mi stąd, kurwa, redukcja, by cie chuj, rura, cztery, gaz. Oł jeee! Trzymając jedną ręką kierownicę, odpalam fajkę, otwieram okno i wydmuchuję dym. Błękitną chmurę szybko rozwiewa pęd wiatru. Przecinam na żółtych skrzyżowanie, zakręt w prawo pokonuję, czując sporą nadsterowność, kończą się dwa pasy, pet w gębę, chwytam mocno kierownicę, skręt w lewo, ręczny, kontra w prawo, gaz. Wjeżdżam bokiem na przystanek tuż przed klekoczącym miejskim. Kierowca trąbi na wariata w czerwonym audi. Stojący na przystanku ludzie uciekają w popłochu. Pewnie srali w gacie, gdy leciałem w ich kierunku.

Młoda czeka niewzruszona przy krawężniku. Wsiada do środka i nonszalancko rzuca torebkę na tylne siedzenie.
– A gdzie dżunior? – Marszczę brwi.
– Został u mamy. Musimy podjechać do wujka, ma fotelik dla młodego.
Wzdycham, po czym ruszam już znacznie spokojniej. Na najbliższych światłach zawracam i kieruję się w stronę stolicy. Za miastem nieco rozluźniony zerkam na Marysię. Ładnie się zrobiła.
– Byłaś jeszcze u Helenki?

Znana w Wejherowie fryzjerka tania nie jest ale potrafi robić zajebiste, dizajnerskie fryzy.
– Aha… – Młoda pokręciła głową, rozrzucając loczki, a przy okazji słodki zapach lakieru do włosów. Słońce prześwieca przez kosmyki, nieliczne promienie słońca, wpadające przez przednią szybę, pieszczą jej twarz. Jest śliczna. Moja Marysia.
– Możesz tu skręcić? – pokazuje wjazd do lasu
– To jakiś skrót? – dopytuję, wykonując polecenie.

Nie bywaliśmy często u wujka, rzadko pojawiał się w Polsce, więc nigdy do końca nie pamiętałem drogi. Jednak wjazd w las trochę mnie zaskoczył.
– Taaa… – odpowiada przeciągle.
Jedziemy jakiś czas w milczeniu. Wyboisty, poprzeplatany korzeniami dukt staje się coraz gorszej jakości. Gdy w pewnym momencie usłyszałem chrzęst pod podwoziem, uznałem, że dalej nie jadę. Młoda zresztą nie naciskała. Co za szczwana bestia. Uknuła…
– Ej, co jest? – Odsuwam się zaskoczony.

– To jest napad!
Kiedy zdążyła założyć maskę na twarz? Uśmiechnięta facjata V ukrywa jej emocje. W ręku trzyma plastikowy pistolecik. Podnoszę ręce w udawanym przerażeniu.
– Proszę. Proszę mnie nie krzywdzić – rzucam błagalnie, wykrzywiając usta w grymasie.
– Zamknij ryj! Wysiadaj!
Opuszczam pojazd i staję obok. Młoda przechodzi przez moje siedzenie. Przełykam ślinę, widząc, jak unosi się jej minispódniczka. Wystarczająco wysoko, by mi się zrobiło ciepło, nie na tyle jednak, bym mógł dostrzec jej majteczki.
– Co się, kurwa, gapisz? – Gasi mnie po raz kolejny. – Ręce do tyłu.
Wykonuję polecenie. Umieszczam ręce wewnątrz samochodu. Młoda zamyka elektryczne szyby, niemal ucinając mi dłonie. Odkłada pistolet na dach, po czym na chwilę nieruchomieje. Przygląda się przerażonej ofierze. Rozkoszuje chwilą dominacji.
– Czego chcesz? – Jeszcze próbuję się stawiać.
– Mówiłam, żebyś się zamknął?! – Krzyknięciu towarzyszy głośny plask. Nie mam się jak chwycić za piekący policzek.
– Ty, kurwa, uważaj z takimi…
Drugie uderzenie jest znacznie mocniejsze. Pieczenie przechodzi w niemiłe pulsowanie.
– Ty cholerna zdziro… – zaczynam się wkurzać nie na żarty. Ta zabawa już mi się nie podoba.
Kolejne uderzenie, a potem pchnięcie na samochód. Gdyby nie unieruchomione ręce, pewnie bym się wywalił. Zagryzam w bólu zęby. Czekaj no, szmato. Sie doigrasz. Wydostanę się tylko…
Kolejny raz, po czym łapie mnie ze złością za koszulę i ciągnie w dół.
– Tylko nie Cypis! – rzucam ze złością.

T-shirt, wygrana na koncercie znanego discopolowca, ląduje w strzępach na ziemi.
Wściekły prężę muskuły, usiłując się uwolnić. Nic z tego . Kumpel założył nowe silniczki, za chuja szyb nie ruszę. Pozostaje mi czekać. Zdany na jej łaskę, mierzę ją wzrokiem. Ciężko oddycha. Unosząca się klatka piersiowa, ukazuje dwie cudowne półkule, zakończone sterczącymi brodawkami. Podoba jej się ta zabawa. Tylko co bardziej? Pranie mnie? Dominacja?
– Wal się! – rzucam, ciekaw jej reakcji.
Nie muszę długo czekać. Najpierw policzek – przestaję już czuć ból – zaraz potem chwyta mnie za pierś i zgniata w drobnych rączkach. Boli. Ale równocześnie jest jakoś tak… przyjemnie.
– Coś się tak rozmarzył? – Uderzenie znowu ląduje mi na twarzy. Dzwoni mi w uszach.
– A to co? – chwyta mnie za pasek u spodni.
No cóż. Widok mojej napalonej laseczki zrobił swoje. Mój kutas coraz bardziej napina materiał spodni.
– Czy ja ci pozwoliłam na… coś takiego?!
Zrywa ze mnie kolejne warstwy ubrań. Nagi stoję dumnie, podrygując kutasem.
– Czy ja pozwoliłam ci stanąć?!

Ze złością chwyta mnie za członek. Mocno ściskając, przesuwa w górę i w dół, odsłaniając co rusz napęczniały łepek. Boli. Ale to przyjemny ból. W jej dłoniach. Niech robi, co chce. Uch… Ależ jest dobrze.

– Hej! – krzyczy mi prosto do ucha. – Pobudka, królewiczu!
Na chwilę znika mi z oczu. Coś gmera za moimi plecami. Czuję jej dłonie na moich nadgarstkach. A zaraz potem…
– Co żesz…?
Szybko przeciąga linę ponad gałęzią zwisającą nad samochodem, zawiązuje supeł i odchodzi na kilka kroków, przyglądając się swojemu dziełu. Próbuję swoich możliwości. Zostawiła mi jednak niewielkie pole do manewru. Krok do przodu to maksimum. Mogę jeszcze uklęknąć. Tak mi się zdaje. Znów znika i za chwilę pojawia się z naręczem koców i kilkoma poduszkami. Zapomniałem je wczoraj wypakować z bagażnika. Kolejny prezent od mamusi.

Marysia rozkłada je na ziemi tuż przede mną, po czym kładzie się na plecach, obserwując mnie spod przymrużonych powiek. Jej ręka błądzi po brzuchu, sięga coraz niżej, podciągając powolutku spódniczkę. Przełykam głośno ślinę. Jakże chciałbym być teraz na miejscu jej paluszków. Mógłbym językiem…
Jakby odczytała moje myśli. Oblizuje spierzchnięte wargi. Zwilża palce, po czym kieruje je pod spódniczkę.
– Weź no… Przestań się nade mną znęcać – szepczę błagalnym tonem.
Głucha jest jednak na moje prośby. Rzuca spojrzeniem w kierunku, z którego przyjechaliśmy, po czym unosi lekko biodra i powoli ściąga majteczki.
– Teraz? Teraz sprawdzasz, czy nikogo nie ma? – pytam poirytowany. – A to, że stoję tu od jakiegoś czasu unieruchomiony, nagi, ze sterczącym kutasem, to nic?

Wzdycha, kręcąc głową. Unosi nogi ku górze i kontynuuje rozbieranie. Gdy moim oczom ukazuje się jej błyszczący srom, zaczynam się rzucać jak oszalały. Nie zważam na liny wrzynające się mi w ciało. Fuck! Jak pragnę w końcu się w nią wbić! Nie panuję nad własnym ciałem. Dupa porusza się rytmicznie do przodu i do tyłu, krew pulsuje w skroniach. Skupiony wzrokiem tylko na jednym miejscu, przestaję dostrzegać cokolwiek innego wokół mnie. A ona dalej drażni się ze mną. Zatrzymuje majteczki na wysokości kolan, zgina nogi, dłonią zasłania pożądany widok. Lecz tylko na chwilę, bo zaraz rozsuwa wargi, przesuwa palcami wzdłuż cipki i wraca. Nieco na boki i znów wzdłuż, i po chwili sięga głębiej palcami, a z jej ust wydobywa się cichy jęk.

Arghhh! Ja tu cierpię, do kurwy nędzy! Ale to przyjemne cierpienie. Dudnienie w skroniach przebiega w tym samym rytmie, co ruch jej paluszków. Szybciej i coraz bardziej natarczywie. Jest coraz bliżej, a ja mogę tylko patrzeć, jak jej ciałem wstrząsa dreszcz rozkoszy. Jak wije się na skołtunionych kocach i pręży swe zgrabne ciało, by zaraz potem zalec w bezruchu. Ciężko dyszy, a ja wraz z nią, choć rwanie w kroczu przypomina mi, że to ona przeżyła przyjemność.

Gdy tracę nadzieję na własną przyjemność, Marysia wstaje z koca, ściąga do końca majteczki i podchodzi do mnie lekkim krokiem. Gdybym miał wolne ręce, z pewnością złapałbym ją za głowę i przyciągnął do kutasa, by go porządnie zassała. Niestety, zniewolony jestem zdany na jej łaskę. Mogę tylko biernie obserwować jej poczynania. Drażni się ze mną, flirtuje jak niewinna nastolatka, kurewka jedna, skubie rąbek sukienki. Czasem przejedzie paznokciami po klacie, docierając do podbrzusza, lecz gdy już prawie ma dotknąć kutasa, nagle ucieka jak spłoszona. Odsuwa się ode mnie, jakby nie mogąc się zdecydować, na co może sobie pozwolić. Gdy podejmuje decyzję, jestem już u kresu wytrzymałości. Odwraca się do mnie tyłem i dociska pupę do mojego krocza. Pomaga mi dłonią, nakierowując kutasa na swoja cipkę. Chwilę jeszcze pieści się nim. W tym samym czasie sięga mi nad głową i rozwiązuje supeł. Uwolniony łapię ją w objęcia i przewracam na ziemię.

– Teraz zobaczysz, mała suko, co znaczy droczyć się ze mną!
– Taaak…– pojękuje, gdy ściskam natarczywie jej pośladki.
Pierwsze pchnięcie jest jak haust powietrza wyciągniętego z wody topielca. Głębokie, bez szczególnej troski o przyjemność drugiej strony. Wreszcie! Wreszcie mogę ulżyć swojemu pożądaniu. Lecz nie wytrzymam tak długo w bezruchu. Dźgam raz po raz twardym jak skała kutasem, nie przejmując się jej wygodą. Tyle czasu mnie mamiła! Obejmuję dłońmi jej pośladki i przyciągam mocno do siebie. Mam ochotę przebić ją na wylot. Niech suka poczuje moją chuć aż w gardle.

Nachylam się nad jej ciałem i nie przestając posuwać, zgniatam dłońmi jej cycki. Są tak pełne mleka, że ledwie je obejmuję. Przez chwilę bawię się ich ciężarem, wkrótce powracam jednak uwagą do istotniejszej czynności. Czuję, że wkrótce dojdę, ona również spostrzega, że przyszpilona do ziemi nie ma jak mi uciec.
– Nie… Nie we mnie…
– Właśnie, że w tobie – dyszę zadowolony, dociskając ją jeszcze mocniej do ściółki. – Trzeba było się ze mną nie droczyć, pani porywaczko. Trza było obciągnąć kutasa w samochodzie, dać polizać cipkę i byłoby cacy. Ale nie. O nie! Ty wolałaś strzelić palcówę na oczach podnieconego faceta, wcześniej go rozbierając i każąc mu na to patrzeć. Trzeba… Uch… Było… Ooo… Pomy… Ooo! Taaak!

Głębiej już się nie da. Strzelam spermą w jej wnętrzu raz za razem. Cała frustracja ostatnich dni, a zwłaszcza dzisiejszego załatwiania spraw w urzędzie, znika jak ręką odjął. Długo nie pozwalam jej się wyślizgnąć. W końcu padam z boku, wyczerpany do cna. Wstaje pospiesznie i sięga palcami do cipki.
– …śleć – kończę z uśmiechem na ustach.
– Pomyśleć? Pomyśleć?! A ty, kurwa, nie umiesz?! Prosiłam „nie we mnie”. Chyba wiem dlaczego!
– Spoko. Nic nie będzie. No daj spokój. Od jednego strzału w ciążę nie zajdziesz.
– Nie?! A jak było za pierwszym razem?!
Zmarszczyłem brwi.

Mam nadzieję, że będzie dziewczynka – rzekła dwadzieścia minut później, gdy wracaliśmy do domu. Wyciągnęła papierosa i przytknęła go sobie do ust.
– Ni chuja! – odpowiedziałem, wyrywając jej peta. – Nie zgadzam się na drugą marudną cipę w domu!

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Świetne, można się popłakać ze śmiechu, a dyskoteka u Wątróbki – niezapomniana! 😀

Humor sytuacyjny made in PL. Pan numerkowy naprawdę istniał a panie krzyczały po numerku. Po każdym 😉😁

Fajne opowiadanie, zabawne..
Buraczane jak mój barszcz dziś na obiad.

Napisz komentarz