Magnetyzm XIV (Ania) 4.68/5 (468)

DIVASOFT, “Homemade IX”, CC BY-NC-ND 3.0

Niepewność

Czas płynie od jednego koszenia trawnika do drugiego. Bywa w domu prawdziwej królewny regularnie, spotyka tam różnych ludzi – najczęściej energiczną, siwiejącą już gosposię – ale ani razu nie spotkał właścicielki. Czasem nawet zastanawia się, czy to przypadkiem nie kara za brak postępów w grze.

Nie potrafi rozgryźć trzeciej, najbardziej fascynującej, bo podobnej do Ewy postaci. Póki tylko gładzi skórę lub głaszcze ciało przez ubranie, wszystko wydaje się w porządku, ale gdy tylko sięga po rąbek materiału, by go zdjąć, pojawia się migający niczym neon napis game over. Dwie poprzednie jęczały z rozkoszy i pozwalały robić ze sobą dosłownie wszystko, ta najwyżej mruży zmysłowo oczy i rozchyla usta. Nic więcej.

Jak zawsze zwrócił się o pomoc do Ani, ale ona tylko wzruszyła ramionami. Nie interesują jej żadne głupie gry. Nie ma czasu. Nie wie, co jeszcze można zrobić. Chyba sama przeżywa jakieś problemy, bo wydawała się nieco rozdrażniona. Nic z niej nie wydusił, a szkoda, bo choć raz mógłby się na coś przydać, wykazać jako przyjaciel. Nawet gdyby nie był w stanie zażegnać kłopotów, mógłby przynajmniej ją wspierać.

Wiedząc już, że Ewa lubi patrzeć, zaczął częściej zdejmować koszulkę po to, by równomiernie opalić ramiona, brzuch i plecy. Oczywiście koledzy z pracy musieli skomentować nikłą muskulaturę, ale jakoś przełknął tę gorzką pigułkę i nie zmienił swojego postanowienia. Od tamtego „pokazu” robi też codziennie serię brzuszków i pompek, częściej i dokładniej się goli, a nawet zaszalał i kupił drogą wodę toaletową. Może nie taką z najwyższej półki, ale też nie z najniższej.

Nie wie tylko, czy te wysiłki cokolwiek dadzą. Z każdym dniem nadzieja coraz bardziej przygasa. Na próżno wyczekuje telefonu, na próżno wypatruje prawdziwej królewny i na próżno wieczorami, po pracy w herbaciarni, chodzi na przystanek, na którym spotkali się po raz pierwszy.

Mimo wszystko w każdy piątek budzi się podekscytowany, więcej czasu niż zwykle spędza w łazience i ubiera lepsze ciuchy. Mniej wysłużone. Tak też robi i dziś. Ze ściśniętym żołądkiem oraz dziwnym ciężarem w piersi przemierza tramwajem senne miasto, wysiada koło Hali Stulecia i prężnym krokiem udaje się w stronę rezydencji. Niewidzialna ręka otwiera mu bramę, potem ją za nim zamyka.

– Dzień dobry, panie Mateuszu. – Z domu wychodzi pani Ela i wita go serdecznie jak zwykle.

– Dzień dobry – odpowiada z uśmiechem. Lubi tę malutką kobietkę, uśmiechniętą i pogodną, przynoszącą czasem w ciągu dnia schłodzony napój. – Co tam słychać? – zagaja, wiedząc, że gdyby nie miała nic do powiedzenia, nie wychodziłaby teraz specjalnie do niego.

– Wszystko w porządku, ale będzie miał pan dzisiaj więcej roboty. Nasza chlebodawczyni była u rodziców i przywiozła trochę roślin do posadzenia. A, i chciała żeby wykopał pan tamten krzew koło bramy. – Kobieta odwraca się gwałtownie, wskazując na bujną tarninę, która rosła tu od samego początku. Projektant postanowił ją zostawić jako ciekawy okaz, ale widocznie Ewie się nie podoba. Zresztą trzeba przyznać, że to chyba nieco niefortunne miejsce.

Hortensje. Róże. Okazała azalia. Fiołki ogrodowe. Takie skalne kapustki, których nazwy nawet nie zna. Maliny. Krzak agrestu. Trzeba przyznać, że trochę tego jest, ale cieszy się. Pamięta o nim. O jego istnieniu.

Z zapałem bierze do rąk łopatę i odnajduje dla poszczególnych roślin odpowiednie siedliska. Wielki krzew przed wykopaniem przycina, ale ciernie i tak boleśnie kaleczą mu ramiona i twarz. Rozbudowany system korzeniowy stanowi prawdziwe wyzwanie. Obłocony i zakrwawiony nadal się z nim siłuje, gdy pod bramą pojawia się samochód. Przestronny, granatowy Mercedes klasy S. Za kierownicą siedzi mężczyzna w komicznym uniformie i z czapką na głowie. Szofer. A więc z tyłu za przyciemnionymi szybami musi się kryć ona.

W pośpiechu zabiera z podjazdu wszystkie narzędzia i robi miejsce. Wyprostowany niczym struna patrzy na powolnie wtaczający się na posesję samochód. Pojazd staje tuż pod frontowymi drzwiami. Ewa Kowalik najpierw wysuwa zgrabnie złączone nogi w szpilkach i cielistych rajstopach, potem z gracją stawia je na rozgrzanym bruku i w końcu wyłania z środka cała, w swojej olśniewającej postaci. Ubrana jest w beżową, lnianą sukienkę, dokładnie opinającą krągłości oraz króciutką marynareczkę do kompletu.

Wpatrzony w nią niczym w ósmy cud świata nie zauważa nawet, że samochód odjeżdża, a brama zatrzaskuje się z hukiem. Wszystko wydaje się snem, majaczeniem umysłu zmęczonego ciągłym oczekiwaniem, mamionego obietnicą wysokiej nagrody.

Mateusza przechodzi zimny dreszcz, gdy prawdziwa królewna zerka w jego stronę i przebiega lodowatym, oceniającym spojrzeniem po całym ciele. Zaczynając od stóp, a kończąc na oczach. Wzdryga się ponownie, widząc, jak odwraca się i wchodzi do budynku. Przez chwilę stoi osłupiały, ale szybko zabiera się z powrotem do roboty. Wzgardzony.

– Chyba powinien pan kończyć na dziś. – Pani Ela już trzeci raz przynosi mrożoną herbatę.

– Nie mogę tego tak zostawić. – Z wdzięcznością bierze szklankę i wskazuje na coraz gorzej wyglądającą roślinę, okopaną już głęboko, a jednak nadal twardo trzymającą się gruntu.

Cóż, ochłodziwszy się trochę, wraca do pracy, świadom, że jest już późno. Z każdą chwilą coraz bardziej zmęczony, ale i zdesperowany, całkowicie skupia się na łopacie, ziemi i kolcach. Pot spływa mu po plecach, koszulkę dałoby się wyżymać, co rusz brudną ręką ociera czoło, ale nie ustaje w wysiłkach.

Okopuje cholerne zielsko wciąż głębiej i głębiej, sekatorem podcina te z korzeni, do których jest w stanie dosięgnąć, po czym, uzbrojony w grube rękawice, zaczyna ciągnąć. Z całych sił, z zaciśniętymi do bólu szczękami i szczerą determinacją w ciemnobłękitnych oczach. Czuje, jak krzak ustępuje, jak powoli odrywa się od podłoża, zapiera się więc mocnej stopami i daje z siebie wszystko.

Tym razem wygrywa z kapryśną przyrodą – słyszy głośny trzask, po czym ląduje plecami na krótko przystrzyżonym trawniku, a na nim oczywiście to kłujące zielsko. Jeszcze nim uświadamia sobie swój sukces, słyszy głośne klaskanie jednej pary rąk. Zdziwiony odchyla głowę do tyłu. Jego królewna. Siedzi zaledwie dwa metry dalej, na trawie, nadal ubrana w beżową sukienkę i, jak może stwierdzić dzięki jej nieprzyzwoicie skrzyżowanym nogom, w pończochach, nie rajstopach. Z tej pozycji ma doskonały widok na koronkowe majteczki, jednak speszony zamyka oczy.

– Wstań – słyszy chłodny, władczy głos. Wstaje więc, zastanawiając się, od jak dawna na niego patrzy. Musiał debilnie wyglądać, siłując się z tym chaszczem! – Zdejmij koszulkę. – Zdejmuje, nerwowo rozglądając się dokoła. – Jesteśmy sami – dziewczyna mówi znacznie ciszej, uspokajająco. Sama też podnosi się z ziemi, wygładza i otrzepuje sukienkę, chwiejnym krokiem, obcasami grzęznąc w miękkiej ziemi, podchodzi do Mateusza.

Staje. Kilka centymetrów od jego nagiej, spoconej skóry. Musi czuć nieprzyjemny, ostry zapach rozgrzanego ciała, widzieć każde ziarenko piachu i każde zadrapanie. Mati wstrzymuje oddech. Chciałby, żeby była jeszcze bliżej, ale nie śmie choćby drgnąć, urazić jej lub wystraszyć.

Ewa unosi jedną rękę, opuszkami dotyka męskiej dłoni. Jej palce są ciepłe, drżące, delikatne, wspinają się powoli wyżej, po przedramieniu, aż do łokcia. Chłopak zamyka oczy, skupia się na doznaniach, takich nowych, zmysłowych, innych. Zaciska zęby i stara się nie poruszyć, nie uciec przed dotykiem, ani nie sięgnąć po więcej. Musi być silny, musi być niczym skała, ale każda komórka ciała, jakby na przekór, zdaje się być bezpośrednio połączona z wajchą między nogami. Dosłownie czuje impulsy elektryczne z jej palców płynące wprost tam.

Mimowolnie wzdryga się. Ewa przerywa pieszczotę. Odsuwa się. Znów czuje na sobie badawcze spojrzenie zielonych oczu. Drży pod nim. Spragniony. Niepewny. Zagubiony. Nie wie, co jest dozwolone, a co nie, woli więc zdać się na nią, być posłusznym, choć jako większy i silniejszy to on powinien mieć przewagę.

Całkowicie oddaje się we władanie kruchej, delikatnej istotce. Świadomość, że sam musiał wybrać uległość, że nie została ona narzucona siłą, najwyżej podstępem,  przyprawia o przyjemne mrowienie pełzające po skórze, opanowujące jej powierzchnię łagodnymi falami, rozchodzące się od koniuszków palców, tych u nóg i tych u rąk, aż po podbrzusze.

Czuje, jak dziewczyna wsuwa ciepłe dłonie między jego uda, a luźno opadające wzdłuż boków ręce, napiera lekko, chwyta za nadgarstki. Mateusz wykonuje to nieme polecenie – unosi wyprostowane ramiona. Zmęczony ciężką, fizyczną pracą w niemiłosiernym upale, ledwo daje radę, ale dla niej jest gotów do poświęceń, gotów znosić niewygody i ból.

Mięśnie buntują się, słabną, nie są w stanie utrzymać poziomo, w bezruchu, ciężkich, spracowanych rąk. Walczy ze sobą, przekracza granice, jakby od tego zależało jego życie. Nie otwiera oczu, zatopiony w swoich doznaniach. Skupiony na postawionym zadaniu. Wyczuwa obecność Ewy, jej spojrzenie. Wdycha świeży zapach. Zafascynowany i zlękniony, że może nie sprostać oczekiwaniom. Zawieść.

Ta krótka chwila wydaje się trwać całą wieczność. Oczekiwanie. Ewa gwałtownie przerywa subtelny, zdawałoby się nieśmiały, dotyk, palce przemykające płocho i zwinnie po plecach, brzuchu, gładzące napięte mięśnie, nagle zastygają w bezruchu.

– Opaliłeś się. – Kobiecy szept jest najpiękniejszą melodią na świecie. Słychać w nim uznanie, co napawa Mateusza dumą, zalewa od środka przyjemnym ciepłem. – To dobrze. Cieszę się. – Słodycz uderza mu do głowy jak wino, szumi i buzuje. Cieszy się… Docenia… Czyli było warto!

Ból. Przyjemność. Zmęczenie. Ciepło. Elektryzujące dreszcze. Wszystko miesza się w nim, a centrum doznań niebezpiecznie przesuwa w dół, ku grzesznym partiom ciała, tym nad którymi nie sposób zapanować.

Jego żółwik już dawno obudził się, wyciągnął pomarszczoną szyjkę i zaczął ciekawsko łypać dookoła swoim oczkiem. Najchętniej wyrwałby się ze spodni i wyprężył przed prawdziwą królewną niczym struna. Wątpi, by te zakusy uszły jej uwadze. Ma wrażenie, że na policzki wypełza mu właśnie zdradziecki rumieniec, ujawniając nieczyste myśli. Bierze powolny, głęboki wdech, ale rozszalałe serce i krew buzująca w żyłach za nic nie chcą się uspokoić.

Ewa przysuwa się jeszcze bliżej, niemal przywiera do mokrych od potu pleców. Zniszczy sobie sukienkę – przechodzi Mateuszowi przez myśl, ale chwilę później nie jest już zdolny rozumować. Wcale. Cały dygocze pod owiewającym skórę oddechem dziewczyny. Kręci mu się w głowie. Mimo zamkniętych oczu, świat wiruje, ucieka spod nóg. Jeszcze nigdy cielesność nie była dla niego równie realna, tak obezwładniająca. Dominująca. No może raz, kiedy Kropeczka…

Wciąga powietrze ze świstem. Nie może teraz o tym myśleć. Musi się powstrzymać. Piłka nożna! Jedenastu spoconych facetów biegających za kawałkiem skóry. Tak! Nie! Rety… może jej to mogłoby się spodobać, może chciałaby, żeby… Jęczy. Nie ma już sił. Nie panuje nad sobą.

Ręce drżą, spod pach i po plecach płyną nowe strugi potu. Kapie z niego. I wtedy drobne dłonie lądują nagle na rozporku, badając wypukłości, głaszcząc, gładząc, uciskając. Serce zabójczo przyspiesza, oddech traci rytm. Czy tak czuje się człowiek tuż przed zawałem? Nie, chyba nie. Wypręża się, napina, naładowany nową energią, gotowy przenosić góry.

Bardziej słyszy niż czuje zgrzyt rozpinanego zamka. Ten odgłos jest odległy i obcy, dochodzący z innego miejsca, z innego świata.

– Nie masz chyba nic przeciwko, żebym sobie ciebie dokładniej obejrzała? – Słowa dziewczyny dudnią, a on jest bębnem, na którym je wygrywa. Już całkiem rozedrgany, bezwolny, nie potrafi z tym walczyć, może tylko płynąć. Z nurtem.

Smukłe dłonie kusicielki Ewy wsuwają się pod materiał, ześlizgują się z jego bioder obnażając całkiem, wystawiając na widok drzew, krzewów, pustego domu. Sam, z własnej woli, jest ślepy. Pod dyktando kobiety unosi jedną stopę, potem drugą. Pozwala się obnażyć. Bezpowrotnie. Zupełnie nieświadomy tego, co wyprawia jego mały, nie chce być, woli o tym nie myśleć, nie zastanawiać się, czy to dobrze czy źle, że ślini się i pręży tuż przed jej ustami. Idealnymi ustami.

Mocno zaciska powieki, otwarcie oczu na pewno by go zgubiło. Zatraciłby się. Zgrzeszył. Dotyk łaskocze, kiedy Ewa przejeżdża po włoskach na łydkach i udach, kiedy dotyka pod kolanem i w pachwinach, tak blisko centrum jego wszechświata.

– Słodki – dziewczyna zmysłowo szepcze, niby od niechcenia przejeżdżając po sterczącej antence. – Nie będzie nam potrzebny, wiesz o tym, prawda? – pyta, wstając i jednocześnie mocniej chwytając go w dłoń. Mateusz drży bliski spełnienia pod tym pewnym dotykiem. Każdy nerw jest już napięty do granic możliwości, każda komórka spragniona pieszczoty. Przygryza wargę. – Prawda? – Ewa zaciska na nim palce, niemal boleśnie. Chłopak pierwszy raz otwiera oczy, spogląda na jej spokojną twarz, niewyrażającą żadnych emocji. Kiwa głową, sam nie wiedząc, z czym się zgadza, ale teraz zgodziłby się na wszystko.

Oczy dziewczyny są soczyście zielone, wprost przepastne, ale też pełne nienazwanej determinacji, żądne władzy, władzy absolutnej. Wzdryga się i wtedy ona przyspiesza. Obrabia jego pitolka sprawnie, zamaszyste ruchy delikatnej, kobiecej dłoni są zdecydowane i rytmiczne. Patrzy mu prosto w oczy. Triumfalnie. Pozwolił zawładnąć sobą i teraz pęcznieje, spina się i przygotowuje do ostatecznej kapitulacji.

Z trudem utrzymuje ręce w poziomie, ledwo stoi na nogach, świadom, że ten wysiłek się opłaci, że dzięki niemu będzie jeszcze lepiej, a dzięki niej – wyjątkowo. Błaga dziewczynę wzrokiem, by nie przestawała, w myślach zaklina, by dała mu spełnienie. Robi to. Ewa, ta piękna, niesamowita i nieosiągalna kobieta, daje mu rozkosz. Jej dłoń wydusza z jąder wszystkie soki, zalewa gwałtowną falą przyjemności, obezwładnia.

Sperma rozbryzguje się na trawę skoszoną kilka godzin wcześniej, wsiąka w ziemię, użyźnia. Doznania wydają się pierwotne, dzikie, zwierzęce. Bezsilny opada na kolana. Ręce mu drżą, czuje chłód, ale jest szczęśliwy, prawdziwie szczęśliwy i po raz pierwszy w życiu czuje się częścią świata, malutkim trybikiem, którego istnienie ma głębszy sens. Może nigdy nie pozna tego sensu, ale liczy się, że on istnieje.

Kładzie się na plecach, a ona kładzie się tuż obok, z głową wspartą na jego ramieniu. W milczeniu patrzą w niebo. Ewa nie robi sobie nic z potu, brudu czy robactwa pełzającego po ziemi. Wtulona w bok, zdaje się być małą dziewczynką, szukającą kogoś, kto się nią zaopiekuje, a Mateusz ma szczerą ochotę to zrobić, opiekować się, chronić przed całym, złym światem.

Chwila słabości

Miała naprawdę ciężki dzień, nic nie szło tak jak powinno, a najgorsze, że nie mogła się skupić. Wszystko przez Anila – usilnie próbował się z nią skontaktować. Oczywiście nieskutecznie, ale śniada, przystojna twarz prześladowała ją cały dzień. Zapach, rozgrzewający niczym hinduska kuchnia. Smak ust. Pieszczoty. Łóżkowa akrobatyka. To wszystko mieszało się boleśnie z wypadkiem, łzami, bliznami, trudną rekonwalescencją i zdjęciami z jego ślubu. Głupi złamas!

Marzyła, by zanurzyć się w chłodnej wodzie i pływać, aż do utraty tchu. Dlatego wróciła wcześniej. Nie myślała o Mateuszu Nowickim. Dopiero, gdy zobaczyła go, ubłoconego i spoconego, przyszło jej na myśl, że byłby świetnym urozmaiceniem wieczoru. Co tu dużo mówić, chciała zabawić się jego kosztem, wykorzystać. Na szczęście nadal niewinnego – dobrze, że Baśka przeleciała nie tego gościa, którego zamierzała. Bardzo dobrze. Rewelacyjnie.

Odprawiła gosposię oraz szofera (nawet pozwalając mu zabrać samochód na weekend!). Zdjęła uwierający od wielu godzin stanik. Nie cierpi cyckonoszy, to znaczy lubi ładną bieliznę, ale swobodniej zawsze czuła się bez niej. Zjadła przygotowaną na kolację sałatkę grecką i popiła ulubionym białym winem.

Kiedy skończyła, chłopak dalej męczył się z tą samą rośliną, poszła więc popatrzeć. Wyglądał zabawnie: zawzięty, choć bezsilny. Nie sądziła, że mu się uda, ale udało się. Miło ją tym zaskoczył. Miała wrażenie, że się jej boi. Choć z drugiej strony zerknął między nogi. Zmieszany szybko uciekł wzrokiem, ale jednak.

Ewidentnie był zainteresowany i… speszony. Słodko speszony. Poczuła przyjemny dreszcz rozchodzący się łagodną falą od podbrzusza, ciało zareagowało tak, jak dawno nie reagowało już na nikogo. Zwilgotniała. Nie zrobiła tego umyślnie, nie prowokowała go, po prostu lubi siedzieć po turecku, nie pomyślała nawet, jaki widok będzie miał, jeśli upadnie. No cóż, nie mogła zresztą przewidzieć, że się przewróci.

Strach i uległość całkiem ją rozczuliły, nie potrafiła jednak odpuścić, musiała sprawdzić, na jak wiele pozwoli. Pozwolił na wszystko.

Trzeba przyznać, że opalony wygląda jeszcze lepiej. Duży, silny i zbudowany harmonijnie. Ogromne wrażenie zrobiły na niej umięśnione nogi i jędrny, owłosiony tyłek. Smakowity. Aż chciałoby się ściskać i ugniatać. Albo smagać batem.

Jego stojak nie należy co prawda do największych, no ale trudno, nie jest jej przecież do niczego potrzebny. Zresztą może to nawet lepiej, bo jeśli kiedyś odważy się spróbować, przezwyciężyć swój irracjonalny lęk, nie ma co przesadzać z ambicją.

Wyglądał słodko, kiedy bawiła się tym jego wisiorkiem. Trochę jakby walczył sam ze sobą lub odczuwał ból. Te zaciśnięte oczy, ta gra mięśni, gdy za wszelką cenę starał się utrzymać pozycję. Orgazm przeżył cicho, ale bynajmniej nie spokojnie. Cały drżał i dygotał. Przygryzał wargę. Aż chciałoby się objąć, tulić, dzielić tym doświadczeniem.

No i przytuliła się. Położyła obok. Zdążyła już zapomnieć, że mężczyźni są tacy inni w dotyku. Twardzi. Szorstcy. Ale też ciepli. Oddychający. Pachnący. Pulsujący w rytm uderzeń serca. Zdążyła już zapomnieć, jak to jest być otoczoną silnym ramieniem, zamkniętą w bezpiecznym uścisku. Małą. Delikatną. Wiotką. Miękką. W tej chwili, przy nim, właśnie taka chce być, chce to czuć, okazać słabość. Może on tego nie wyczuł albo nie zrozumiał, ale jest tuż obok, przez ułamek sekundy ważny.

Szybko otrząsa się z tego stanu. Odsuwa się od Mateusza, świadoma czego oczekuje i pewna, że to dostanie. Wstaje. Otrzepuje sukienkę. Chłopak wygląda na wykończonego, ale nie zamierza przyznawać mu żadnej taryfy ulgowej.

– Idź się umyć – mówi chłodno. On zerka na nią jakby podejrzliwie. Nieco ospale unosi się, siada. – W łazience na pewno znajdziesz czysty ręcznik – dorzuca, kierując się już w stronę domu. Chłopak rusza za nią pospiesznie. Dobrze. Grzeczny szczeniaczek.

Nie czeka na niego długo. Czysty, pachnący, w obłokach gęstej pary, wychodzi z łazienki. Wokół bioder ma przepasany ręcznik kąpielowy. Z mokrych włosów skapują lśniące krople wody, przetaczają się po opalonym, szerokim torsie, po kępce rzadkich, kręconych włosów. Wygląda naprawdę kusząco! Inaczej. I mimo, że nie ma się czego wstydzić, w jego ruchach wyraźnie widać nieśmiałość. Skrępowanie.

Chłopak staje dwa metry od niej. Przygląda mu się zafascynowana. Oczarowana. Jest zakazanym owocem, nieprzyzwoitym pragnieniem, grzechem. Jest wyzwaniem. W każdej chwili może po niego sięgnąć. Uwieść. Wykorzystać. Zepsuć. Zmącić nieskazitelną czystość. Pozbawić hamulców. Rozkosznie młody, prężny, seksowny. Niewinny. Do tego taki podatny na pieszczoty!

Robi krok. Drugi. Trzeci. Wyciąga ku niemu dłoń. Patrzy w intensywnie niebieskie oczy. Bezczelnie niebieskie. Odbija się w nich niczym w tafli wody. Są błyszczące. Iskrzące. Pożądliwe. Głodne! Ten głód przyprawia o gęsią skórkę.

Pragnie zapomnieć się, skosztować malinowych ust, zaznać niecierpliwego dotyku. Wtulić się. Drżeć pod wpływem jego pieszczot. Wie jednak, że ruchy chłopaka będą nieśmiałe, a palce niewprawne. Jest taki niedoświadczony. Czysty. Jest białą kartką, którą będzie mogła zapisać.

Powtarza wcześniejszy gest – delikatnie, lekko niczym piórko, dotyka lewej dłoni. Tym razem naruszenie swojej przestrzeni osobistej Mateusz przyjmuje ze stoickim spokojem. Ani drgnie, a Ewie nie o to chodzi. Dalej chce poznawać, eksplorować, ale coś innego. Własne granice. Siebie.

Uśmiecha się blado i władczym gestem chwyta jego prawy nadgarstek. Chłopak w pierwszej chwili stawia opór, zapewne odruchowo, ale zaraz potem ustępuje, daje się prowadzić. I mimo, że sama jest tu górą, że rządzi i decyduje o wszystkim, i tak się wzdryga, gdy szorstkie palce dotykają skóry.

Jest pojętnym uczniem, już nieponaglany stara się imitować jej ruchy. Ona płynnie wodzi dłonią po jego przedramieniu, on niemal tak samo po jej. Palce obojga wspinają się po stromiznach ramion, ślizgają po barkach, przebiegają przez szyję, aby zanurzyć się we włosach.

Ewa przymyka oczy. Niezgrabne gesty Mateusza, szorstkość skóry na spracowanych dłoniach, skupiona mina, wszystko materializuje się w przyjemnym łaskotaniu tuż ponad skronią. Już wie, że nie zrobi z niego wyrafinowanego kochanka, ale na pewno szczerego i pełnego zapału. Oddanego. Będzie wiernym sługą. Uniżonym. Silnym, ale niezdolnym wykorzystać swojej siły.

W oczach Mateusza dostrzega fascynację, fascynację mężczyzny po raz pierwszy pieszczącego kobietę. Miała już kilku prawiczków. Dawno. Przed Anilem. Za każdym razem było w tym coś magicznego, nawet jeśli nie byli ważni ani wyjątkowi, nawet jeśli mieli problem z zaspokojeniem partnerki albo kończyli zdecydowanie zbyt wcześnie.

Zabiera swoją rękę. Teraz chce tylko brać, chce być pieszczona, delektować się palcami masującymi skórę głowy, przeczesującymi krótkie włosy i ześlizgującymi się od czasu do czasu na nagi kark, wsuwającymi się nieśmiało pod materiał sukienki.

Łaskoczące ciepło wydaje się jednocześnie znajome i obce. Zapomniała, że tak może być, że mogą się od tego budzić motylki w brzuchu, że można chcieć więcej i nie chcieć już niczego innego. I jeszcze myśl, że jest pierwszą… że on jest czysty i niewinny… że może go zepsuć… ukształtować niczym bonsai… że jest taki młody. Nieprzyzwoicie młody. Dużo młodszy niż powinien być.

Nie poznaje własnego ciała, tak długo uśpionego, a teraz budzącego się z zimowego snu. Rozedrgane, gorące, żywe – czuje więcej niż przez całe ostatnie pięć lat. Wyczulone. Nastawione na odbiór. Wszystko wydaje się bardziej wyraziste. Zapachy. Smaki. Ruchy powietrza. Dźwięki. Ale to jeszcze mało. Chce więcej. Zachłanna.

Na wpół tanecznym ruchem odwraca się do Mateusza tyłem. Przylega. Szczelnie. Dzieli ich już tylko cienka warstwa lnu. Nic więcej. Nie, jeszcze ręcznik. Ciągnie za niego. Materiał płynnie, prawie bezszelestnie opada na podłogę. Silne ręce na jej brzuchu. Ewa łagodnie chwyta je, wciska swoje delikatne palce między palce chłopaka. Zaczyna wodzić ich złączonymi dłońmi, dociskać je do siebie.

On oddycha, rozwiewając przy tym włosy. Nos głęboko w nich zanurzony. Serce. Jego rytmicznie bije, jej łomoce. Jest gorący. Twardy. Otulający. Silny. Tylko pisklak wydaje się taki miękki i nieobecny. Niezaangażowany.

Przesuwa ich dłonie na piersi – wyprężone do przodu i spragnione dotyku. Szorstka skóra zahacza o materiał, ciągnie go, stawia opór, ale i tak szybko trafiają na miejsce. Ewie brakuje tchu, kiedy trącają nabrzmiałe sutki. Wydaje z siebie cichy pomruk, który odbija się echem w jego kroczu. Wisielec zaczyna się szarpać, niesfornie wierzgać – doskonale to czuje, mocno wtulona.

Przyciska dłonie Mateusza do swoich piersi. Wręcz boleśnie. Ugniata. Ona. On. Oni. Zasłużyła na karę. Za swoje pragnienia, za całe to zło, które właśnie się w niej budzi, za to, co jeszcze mu zrobi.

Żarłoczna rozpadlina między jej udami jest już mokra, tak jak kiedyś, za dawnych czasów. Od wypadku taka nie była. Chętna. Gotowa. Otwarta. Nie, nie otwarta. Nadal wylękniona i zaciśnięta, jakby świat mógł wtargnąć w nią jedynie boleśnie i krwawo, rozdzierając na pół, niszcząc, jakby męski członek był narzędziem tortur, karoserią przebijającą udo, śmiercionośnym tłokiem.

A jednak mimo tego zaciśnięcia, wszystko tam jest nabrzmiałe, nabiegłe krwią, niczym lingam szykujący się do miłosnej potyczki. Łechtaczka niecierpliwie pulsuje, dopominając o swoje, odbierając rozum. Przyjemnie czuć męski dotyk na piersiach, na obu stromych i napiętych wzgórzach, ale jednak nieczyste mrowienie między nogami wygrywa. Pospiesznie jedną dłoń nakierowuje na swoją żyłkę, na ten węzeł gordyjski od lat tłumionego pożądania.

Niezdarna dłoń Mateusza przez majtki i przez sukienkę zatacza kółka. Pod jej dyktando. Pod czujnym okiem instruktorki. Dotyk jest zbyt mocny, zbyt męski, drażniący. Będzie ją boleć, wie o tym, ale teraz tego chce, nie potrafi przerwać, nie potrafi odmówić sobie silnych ramion, niespokojnego oddechu omiatającego szyję, fascynacji i nieopanowania.

Drży. Gdyby jej nie podtrzymywał, zapewne opadłaby na ziemię. Nogi ma miękkie, ciało ospałe, ale gdzieś w środku pręży się dzikie zwierzę, gotowe połknąć ją w każdej chwili, przejąć kontrolę. Eksplodować.

Odpływa. Czuje jak organizm zalewa narkotyczna fala przyjemności, jak wszystko przestaje być ważne, jak staje się tylko odczuciem. Chłonie. Chłonie przyjemność, chłonie życiodajną energię, chłonie chwilowe zjednoczenie ciała i duszy. Pod przymkniętymi powiekami widzi jak jej joni wystrzeliwuje feerią barw, jak rozpryskuje się tysiącami połyskujących iskierek i nagle zapada się w nicość.

Płynie. Lekka. Nieważka. Unoszona falami. Jego ramionami. Na górę. Po schodach. Do sypialni. Ląduje wśród miękkości świeżej pościeli. Nie, nie pozwala się rozebrać. Tuli się. Zasypia okryta bijącym od mężczyzny ciepłem. Wsłuchana w kojący rytm serca.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ocen sporo, ale komentarzy żadnych? Dziwi mnie to lenistwo Czytelników. Spotkanie Ewy i Mateusza opisane zmysłowo, pięknie i z wyczuciem pod względem literackim. Ale tagi “femdom” i “uległość” wstawione odrobinę na wyrost. “Romantyczne” to już o wiele bardziej na miejcu. Czekam jednak na dalszy ciąg tej rozbudowanej i pogmatwanej historii.

Mój ulubiony odcinek.
Odpowiedź na komentarz szanownego Nefera:
Tagi są zapewne przypisane ogólnie do opowieści (i niesprzeczne z treścią powyższego odcinka), a “romantyka” na razie w ogóle nie pasuje …
Uśmiechy,
Karel

Osobiście mam nadzieję, że za ciszę pod tekstem odpowiada piękna pogoda – właśnie się popsuła, więc może zrobi się głośniej 😉

Przyznam, że zastanawiałam się czy ktokolwiek zwraca uwagę na kategorie, które zaznaczam. A tu proszę, aż dwóch kolegów i każdy z odrębnym zdaniem…
Najprościej pewnie byłoby tagować wyłącznie kategorią łączącą wszystko w całość, inaczej zawsze będą nieporozumienia. Sama często mam w tej materii wątpliwości. Zresztą zawsze uważałam, że istniejący na NE system tagowania jest nieco niespójny.

Ale małe usprawiedliwienie… o ile BDSM jako wytwór kultury można ująć w konkretne ramy, o tyle uległość i dominacja jako takie są bardzo płynne i rozległe. Sednem jest to, co dzieje się w głowie, niepotrzebne są pejcze czy obroże, wystarczy, że jedna strona odda się w ręce drugiej. Bez przemocy i popisówek 😉
Jednym z prostszych trików jest występująca tu bariera tekstylności – opozycja ubrany/nagi. Nagość zwykle zupełnie inaczej odbieramy, kiedy się nią ze sobą dzielimy, niż kiedy ofiarujemy ją bez odwzajemnienia. Inną moc ma też na początku relacji, gdzie drobiazgi kształtują układ sił. Zauważ proszę Neferze, że Mateusz już wcześniej czuł się osaczany…

A romantyzm… cóż… większego raczej nie można się po mnie spodziewać ;D
Może to też podkreślenie nierówności relacji? Ewa traktuje go jak zabawkę, a on jest nią najprościej w świecie zafascynowany… Nie sądzicie? 😉

Wprawdzie czternasta część Magnetyzmu nie zaskakuje czytelnika – rozwój wydarzeń był oczywisty – ale erotyka, wyszukany styl pisania zasługują na wyróżnienie.

Bohaterowie dostali to, czego chcieli – czyli siebie, chociaż oboje spostrzegają tę relację w inny sposób…

Radosky, to nie kryminał! 😉

Erotyka bardzo trafnie opisana, chociaż doznania zwłaszcza jego jakby rozbudowane ponad miarę osobowości. BDSM ujęte w ramy? To wg mnie nudne BDSM. Natomiast pokazanie tekstylności bardzo trafne. Tak samo można pokazać uległość i dominację obuwniczą a nieraz słowną . Sygnałów jest wiele. Jako całość super . Jestem pod wrażeniem opisu zarówno sytuacyjnego jak erotycznego.

Opisałam Mateusza jako aż takiego prostaka? 😉 A może tylko nie pokazałam jeszcze wszystkiego?

Serdecznie zachęcam do dalszej lektury

A.

Napisz komentarz

+ 74 = 78