Tylko sesja (JiNn) 4.09/5 (12)

Źródło: Pxhere

Jest wczesny marzec, noce wciąż długie, a my właśnie całą przebalowaliśmy. Najpierw był   szybki numerek, a później kąpiel, długi film i pizza. Powinnam się uczyć, a nie gzić w mieszkaniu najprzystojniejszego studenta na roku. Po filmie jednak znów mnie skusił i powoli, nie spiesząc się, brnęliśmy sztuką rozkoszy, aż po świt. Teraz, zajebiście sponiewierana, wlokę się na przystanek z głową już w przyszłym tygodniu. Układam sobie miesiąc naprzód, dzień po dniu. Za chwilę sesja, a w pracy, jak na złość, wyraźne przyspieszenie. Pocieszam się myślą, że zaoczne wypruwanie żył w końcu się opłaci – trzeba wytrzymać do końca semestru. Codziennie daję z siebie wszystko. Michał zbiera mnie nocami ze stołu, rozczulając się nade mną. Ostatnio prawie w ogóle nie sypiamy. Mimo że padam z nóg, nocami szalejemy w tańcu prześcieradeł. W przyszłym roku ślub. Czeka nas też przeprowadzka. Jego rodzice budują nam dom. Sto pięćdziesiąt metrów z kominkiem. Kupimy sobie psa. Kot pewnie sam się przybłąka. Wytrzymam semestr i zacznie się nowe życie. Póki co, dziś czeka mnie praca, później nauka i znów Michał. Michał w tym swoim białym swetrze, noc i ja.

Przystanek. Siadam na ławce, bo wydaje się wyjątkowa czysta. Chyba ją odmalowali… Sprawdzam tylko, czy farba wyschła i nagle wszystko się pierdoli. Ktoś podbiega. Któż by pomyślał? Obcy facet! Prawie się nie znamy. Czasem widujemy się w bramie na Mochnackiego, czasem w Recie. Normalnie nawet nie mówi mi cześć, a tu nagle podchodzi i wręcza kopertę. Tak mnie tym kurwa zaskakuje, że ją od niego odbieram, a on odchodzi bez słowa i znika. Po chwili koperta upada na chodnik. Obok przejeżdża śmieciarka, ładują do niej kubły syfu i brudu. Mechanizm uderza kilka razy kubłem, by go dobrze opróżnić, ten syf w końcu odkleja się i odpada. Zastanawiam się, czy nie zawołać, by zaczekali. Chciałabym się wcisnąć jeszcze w ten otwór, zanim uruchomią zgniatarkę. W ręce trzymam fotografię. Zaskakująco dobre ujęcie, jak na ponurą grę cieni. Nie lubię zdjęć czarno-białych. Szczególnie gdy wyznaczają granicę nieodwołalnych decyzji. Autobus odjeżdża, patrzę za nim szklanymi oczyma, bez odrobiny żalu.

W redakcji rozdanie tematów. On wie, jak to robić. Stoi za okrągłym stołem jak kapłan przed ołtarzem. Więcej niż kapłan – jest spoufalony jak król Artur ze swoimi rycerzami. Robi tę swoją zagadkową minę. Te hokus pokus, patrząc na nas, jakby już wszystkich przeleciał. Ma do tego pełne prawo, zna nas od podszewki, wie po kim czego można spodziewać. Na podstawie tego, co wie, rządzi tematami, wymyśla je i przydziela.

– Pani Piechocka. – Niemal recytuje moje nazwisko.

Patrzę tępo, jak wyciąga kartkę z szarej teczki. Skubany, należy do innego świata. Zawsze trafia gdzie trzeba, bez pudła. Czasem to jedno zdanie, innym razem zdjęcie i już ma temat, swoistego Graala. Właściwie to on sam pisze całą tę gazetę. Ja i inni czujemy się jak jego organy, przedłużenie supernowej, która eksploduje w jego umyśle. Jest prawdziwym naczelnym. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby kiedyś eksplodował we mnie.

Na kartce mam kserówkę ogłoszenia z gazety. Czytam: “Chcesz przeżyć coś niesamowitego? Oderwać się od porządku rzeczy? Zarobić trochę kasy bez specjalnego wysiłku? Zgłoś się na sesję fotograficzną. Oddaj swoje ciało i pozwól mi zrobić z niego dzieło sztuki. Warunek – musisz być singlem!”

Ale farsa. Już widzę ten nagłówek. Fotograf aktów zapładnia singielki, którym marzyła się kariera modelek. Zaoram gościa. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pójść na całość, jako jedna z tych dziewczyn, ale nie – do modelek i tak dotrę. Dzwonię. Miły głos. Gadka szmatka i zgadza się na wywiad, kto odmówiłby darmowej promocji. Ranga gazety rządzi, organ naczelnego wymiata.

Kamienica prawie w centrum. Uwielbiam te niedopełnienia. W prawie mieście – a co? Nieprawda? Dziś jest idealna pogoda na wywiad. Niezima ciska depresją po parapetach. Deszcz broczy smętnie po zasyfionych chodnikach mojego ukochanego Wrocławia, prawie miasto tętni, żyje, cieniami przemykających przechodniów. “Chcesz przeżyć coś niesamowitego? Oderwać się od porządku rzeczy?” Słowa z ogłoszenia w kółko chodzą mi po głowie. Dopasowuję do nich głos ze słuchawki – teraz brzmi jak uwodziciel. Zależy mu tylko na jednym – na trofeum.

Otwiera mi wysoki, przystojny mężczyzna, brunet z zamyślonym wzrokiem. Czeka, aż podam mu rękę, potrząsa nią jak trzeba. Jest silny i doskonale panuje nad sobą. Uśmiecha się i wskazuje mi miejsce. Pyta, czego się napiję. Wybieram herbatę i obserwuję, jak ją przyrządza. Rusza się płynnie, pewnie, jest na co popatrzeć. Całkiem z niego fajny gość, gdyby nie ta zryta psycha.

– Muszę przyznać – zaczynam – że robiłam już wywiady z niejednym fotografem, ale nigdy z kimś takim jak pan.

– Naprawdę? – Siada ze swoim białym kubkiem naprzeciwko mnie, przy stoliku. – A co jest we mnie takiego niepowtarzalnego?

– Myślę, że jest pan po prostu bezczelny – rzucam, sięgam po swój kubek i czekam na reakcję.

Taka właśnie jestem. Ostra jak brzytwa. Niejeden się już zaciął. Ludzie wymiękają, materiał się pisze, a naczelny czyta ze wzwodem w spodniach. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo mnie jeszcze nie zwolnił. Nie wchodzę w kompromisy, nie przechodzę z rozmówcą na ty, nie zdradzam wcześniej, o co będę pytała. Mam w dupie, że jest zestresowany. Jestem jak ósma plaga egipska i spaść mogę w każdej chwili na każdego. Myślałeś, że się wypromujesz? Zgodziłeś się na wywiad? To błąd! Sam się pogrążysz, a ja zadbam, byś odpowiednio mocno przypierdolił o glebę. Każdy ma coś na sumieniu, każdy coś ukrywa. Wystarczy mówić wprost, być bezpośrednim, a zaraz się rozmówcy udziela, język plącze i papla wszystko jak najęty. Chwilę drążę i mam go na widelcu.

Pan Paweł marszczy brwi i jest oczywiście zaskoczony. Jak wszyscy, kiedy zaczynam.

Nie rozumiem.

– Przepraszam, nie rozumiem.

Och, zapomniałam, że on jakiś taki bardziej miękki w środku. Proszę, przepraszam, dziękuję. Mogłaby pani jaśniej, albo raczej: co chce pani przez to powiedzieć?

– Co chce pani przez to powiedzieć?

Może ja ten wywiad poprowadzę sama? Zamknę się w toalecie, nagram pytania i odpowiedzi? Po jaką cholerę muszę tu z nim siedzieć? I jeszcze się uśmiecha. Też się uśmiechnę, a co mi tam, niech myśli, że lecę na niego, że jest celebrytą. Przynajmniej nie śmierdzi wodą kolońską czy tanim antyperspirantem. Ten z poprzedniego wywiadu to chciał mnie chyba zagazować. Czymś tam pachnie, ale nie mogę się zdecydować czym. Ubrany też jest na plus, koszula i biały sweter, na luzaka, nie spiął się w garnitur, nie udaje sztywniaka. Najgorszy to taki urwany z choinki, uczestnik balu przebierańców. Samiec nie w swojej skórze. Który wciąż się poprawia i najchętniej podrapałby się po jajach, tak przy mnie wprost, ale nie może, bo wie, że bym o to spytała i koniecznie ujęła w tekście.

– Panie Pawle, dlaczego dyskryminuje pan osoby w związkach?

– To nie tak, pani Kamilo.

Uroczo zaprzecza. Nie należy do tych, którzy mają gotową odpowiedź na wszystko. Może jednak oprócz chorego psychola jest w nim coś z artysty?

– Ogłoszenie wyraźnie sugeruje, że jest pan zainteresowany młodymi samotnymi kobietami, które chciałby pan bezkarnie wykorzystać.

Patrzę mu w oczy i czuję się jak prokurator Gérard de Villefort z Nędzników Hugo. Już dostrzegam w nim strach. Zaraz się przyzna.

– Ogłoszenie sugeruje, że moja sesja zadziała tylko w przypadku osób, które nie są aktualnie w związkach. Nie wiem, dlaczego twierdzi pani, że szukam tylko kobiet. Szukam par.

To jednak nie był strach a szaleństwo. On jest szalony. Muszę się mieć na baczności.

– Szuka pan par, które twierdzą, że nie są w związku? Takich, które okłamują innych, a może też samych siebie, które spotykają się ze sobą, jedzą wspólnie kolację, rozmawiają, a w końcu kochają się ze sobą, wymieniając płyny ustrojowe, lecz wciąż uparcie twierdzą, że nie mają ze sobą nic wspólnego, nie tworzą pary?

– Szukam osób, które nie są w związku po to, by połączyć je w pary dla efektu mojej sztuki.

– Kojarzy pan pary?

– Można tak powiedzieć, ale nie dla nich samych, tylko dla odbiorców mojej sztuki. Nie prowadzę agencji towarzyskiej.

No to teraz popłynął.

– Agencji towarzyskiej?

– Przepraszam, chodziło mi o matrymonialną, o agencję matrymonialną oczywiście.

– I takiej pan nie prowadzi?

– Oczywiście, że nie.

– I nie mówi pan tego wszystkiego z powodów podatkowych?

Teraz z satysfakcją zauważam, że brak mu słów. Oddycha jednak spokojnie i szybko odzyskuje równowagę.

– Nie, nie mówię tego z powodów podatkowych. Jestem uczciwym przedsiębiorcą.

– Nie przeczę. – Uśmiecham się z przekąsem, patrząc, jak zbiera się do kupy.

– Wracając do pana fotografii… Jeden z krytyków napisał, że jest pan geniuszem dziwności. Czy pan się do takiej opinii przychyla?

– Coś w tym jest.

– Uwielbia pan obserwować zakochanych ludzi, łapać emocje narzeczeńskie?

– Prawie.

Prawie centrum. Prawie miasto.

– Prawie?

– Tak, bo wcale mi o nie nie chodzi. Bardziej pociąga mnie ich wstydliwa imitacja.

Nie wiem, co ma na myśli, a on wstaje i wyciąga z szuflady album. Podsuwa mi pod nos zdjęcie. Rozmyty zakręt rzeki. W oddali las i słońce w kolorze nieba. Krótko przycięta trawa na brzegu. Na pierwszym planie śmieje się pochylony mężczyzna, a na nim kobieta. Wskoczyła na niego, jakby miał ją teraz nieść na barana. Jej twarz przepełnia dziecinne szaleństwo. Dłonie mocno zaciśnięte na ramionach świadczą, że mu nie ufa. Nie wygląda na otyłą, ale z mężczyzny też nie herkules. On, jakby nie wiedział czego się spodziewać, dłonie trzyma z tyłu, by ją w razie czego złapać, ale nie dotyka jej pośladków, trzyma odległość. Zażenowani to zbyt mocne słowo. Ta sytuacja sprawia, że oboje są… wyjątkowi. Obraz na dłuższą chwilę zamyka mi usta, wpatruję się w niego i powoli dochodzę do siebie.

– Które miejsce jest najlepsze na sesje?

– Moim zdaniem las.

– No tak, tam panu nikt nie przeszkadza, może się pan czuć bezkarnie.

– To też, ale przede wszystkim chodzi o modeli. Wszystkie ich przyziemne sprawy schodzą wtedy na drugi plan. Są sami ze sobą, z dala od miasta, od swojego życia.

– A pana obiektyw?

– Też, oczywiście, ale przyroda sprawia, że się zapominają.

– Fotografuje pan ich zbliżenia?

– No co pani?

– Tylko pytam, bo się gubię. Zaprasza pan obce osoby na sesje narzeczeńskie. To mi się wydaje dziwne, mówi im pan, co mają robić, a oni się czasem zapominają, więc jestem ciekawa, do czego się posuwają w tym pana obiektywie, podczas wspomnianego wcześniej zapomnienia.

– No bez przesady.

– Ale ustawia ich pan? Każe im się dotykać, całować?

– Tak, muszę im mówić, co mają robić. Sytuacja jest niecodzienna, więc nie wiedzą, jak się zachować. Oczywiście ograniczam się do niezbędnego minimum. To klucz do wiarygodności, do powstania między nimi tego czegoś.

– Tego czegoś… unikalnego, co tak się podoba krytykom?

– Otóż to.

Pokazuje mi drugą fotografię. To duże zbliżenie twarzy. Kobieta nurza dłonie w swetrze mężczyzny na wysokości obojczyków i jakby czytała z jego ust. On cieszy się z jej spojrzenia. Zachwycają go jej powieki. Jeszcze chwila i je zamknie, rozpoczynając od ust. Są tak blisko siebie, że to nie może się inaczej skończyć. Jakbym dostała w łeb. Zawiesiłam się na tej fotce. Czas ugrzązł w tym, co się miało dziać dalej. Coś jest nie tak.

Wreszcie ją zabrał, schował.

– Jakiego używa pan sprzętu? – Robię wszystko, by powstrzymać drżenie głosu.

– Lubię trzydziestkę piątkę do szczegółów, portretów i zdjęć panoramicznych. Do lepszej głębi, delikatniejszego światła i dynamizmu korzystam z osiemdziesiątki piątki.

– A czym pan kręci materiał wideo? – Pytam dalej, mechanicznie, nie podnosząc na niego wzroku.

– Nie kręce filmów, robię tylko zdjęcia, oddają znacznie więcej.

– Tak. – Kiwam głową, zgadzając się całą sobą. Chociaż wszystko się nagrywa, raz po raz coś zapisuję. Gdy odsłucham nagranie, nie będzie mnie tutaj. To, co przychodzi teraz do głowy, jest bezcenne. – Wracając do pary. Jak pan ich przekonuje do dotyku?

Zastanawia mnie fakt, czy płaci im więcej i jakie są stawki, ale w tym przypadku chybione pytanie rzucone wprost byłoby dalece niestosowne.

– To warunek uczestniczenia w sesji. Część pozowania. W tym cała rzecz, że muszą to zrobić po to, bym mógł uwiecznić ich wahanie.

– Zaraz, zaraz… – mówię, chcąc podsumować, bo wywiad mi się rozłazi. – Czyli przychodzi sobie facet i kobieta, którzy nigdy siebie wcześniej nie widzieli, a pan każe im udawać parę… Ba! Udawać takich, którzy są po słowie, zakochanych nawet?

– Otóż to. – Znów się uśmiecha.

– Ale przecież oni są skrępowani. To niemożliwe, by to się udało! – Niemal krzyczę i nie wiedzieć czemu, wycieram załzawione oczy rękawem.

– Niczego pani nie rozumie.

– Czyżby? – Jestem zdenerwowana, a to nie ja miałam się denerwować.

– Są ludzie, dla których te skrępowanie liczy się właśnie najbardziej. Ta sztuczność, wymuszona gra na najczulszych strunach ludzkiej wrażliwości. Nie chcę też nikogo ranić, dlatego zależy mi, by osoby biorące udział w sesji nie były w związku.

– A otwarte związki bierze pan pod uwagę?

Walę z grubej rury na oślep, ale już po mnie. Ten gość to nie chory zbok, nawet nie wariat, tylko wizjoner. Nie do końca łapię tę jego wizję, ale pod skórą czuję, że coś w tym jest. Do tego chce mi się ryczeć i czuję, że muszę natychmiast wyjść.

Patrzy na mnie z politowaniem, a może to żałość? Dziękuję za rozmowę i wracam do redakcji. Jest już późno, nikogo nie ma. Siadam i piszę, ale nic mi się nie składa, puszczam rozmowę po raz szósty i łapię się na tym, że nie spytałam go nawet, czy mogę nagrywać. Wciąż chce mi się płakać. Jak naczelny zobaczy ten chłam, to wyśle mnie z powrotem do tego… artysty. Kasuję to, co napisałem i mam ochotę znów się z nim spotkać, z tym foto dziwakiem w białym swetrze. Nie ma co czekać aż mnie naczelny kopnie w dupę. Zbieram rzeczy i wychodzę. Nie dzwonię, nie wiedziałabym, co powiedzieć. Naczelny łapie mnie przy drzwiach. Co on tu jeszcze robi?

– Jak twój temat?

– Dałam dupy – odpowiadam z rezygnacją. – Idę to poprawić.

– Daj spokój, pokaż.

Wyciąga mi z dłoni telefon. Rzucam się na niego, by go odzyskać, ale odbijam się od klaty i tracę równowagę.

– Spokojnie, Kamila!

Łapie mnie wpół, ratując przed wyrżnięciem w podłogę. Podtrzymuje i jest dobrze, nawet bardzo. Oddycham przez chwilę marokańską miętą, zieloną cytryną i aromatem z drzewa cedrowego. Pozwalam mu się gapić na cycki, pozwalam czuć na sobie tę nieznośnie miękką tęsknotę złapania ich w garści. Zaglądam mu w oczy, a on stawia mnie do pionu, odchrząkując.

Nie masz ochoty? Myślę sobie, że w życiu tak jest, że jak czegoś bardzo chcemy, to trzyma się to od nas z daleka. Jak próbujemy na siłę to złapać, to odsuwa się, ucieka jeszcze dalej i nie sposób temu zaradzić. Co mogę zrobić? Błagać, by mnie przeleciał? Rozebrać się i liczyć, że mnie nie zwolni?

– Kamila. Odwalasz tu kawał dobrej roboty.

Nie podobam ci się… Ta twarz tak blisko twoich ust, zapatrzona w nie, gotowa ci się oddać, młoda, świeża… Nowa! Jego dłoń tak blisko, dwa, może trzy centymetry… Czy muszę się na ciebie przewrócić, zedrzeć spodnie i dosiąść, żebyś przestał być takim zimnym zjebem?

– Michał… – mówię i staje mi przed oczami mężczyzna z fotografii dziwaka.

Już nie zamrożony w bezruchu. Dotyka tej dziewczyny, delikatnie, właściwie czule, muska wargami jej powieki nos, usta. Smakuje jej szyję. Wpatruję się w jej twarz i widzę, że jest jej dobrze. Uśmiecha się do niego i nie udaje. On też nie udaje, widzę po nim, że bardzo by chciał ją przelecieć, że zaraz to zrobi, że to zrobił. Nie mogę mu tego wybaczyć. Tak bardzo go za to nienawidzę. Przychodzą mi na myśl nasze spacery po parku. Jego ręce pod moją bluzką. Odgłosy żab w stawie i ciekawscy przechodnie. Tak – mówię do przechodzącej kobiety – będziemy się kochać, dziś w nocy, będzie cudownie, będę jego, patrz na mnie, słodka idiotko, zmęczona życiem idealistko uschłych wspomnień. To mój mężczyzna i nie oddam go nikomu. Potem widzę nasz dom, nie to mieszkanie na Mochnackiego, tylko sto pięćdziesiąt metrów z psem i kotem. A właściwie widzę puste pole pod lasem, gdzie nigdy nie wylali fundamentów…

Unoszę załzawione powieki, a na oparciu krzesła leży jego sweter. W dłoni trzymam fotografię z koperty. Redakcja, artysta, naczelny… Głowa mnie napierdala od wymyślania głupot. Tak bardzo bym chciała uwierzyć, że to była tylko sesja.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobrze napisane opowiadanie. Miejscami bardzo poetycki styl. Nieco urwane zakończenie, pozostawia niedosyt. A może po prostu ja go nie do końca zrozumiałem 🙂

Ale pomysł fotografa i jego sesji przedni!

Pozdrawiam
M.A.

Moim zdaniem natomiast pomysł – i zakończenie – są świetne, znacznie gorzej wyszła realizacja. Niektóre momenty są za mało konkretne, sądzę że niezbyt uważni czytelnicy mogli przegapić, że bohaterka została na tej ławce i wcale nie poszła do pracy, tylko wtedy można twierdzić, że coś jest urwane…

Bardzo nie podoba mi się natomiast w tym przypadku połączenie wulgarności i poetyki. Sprawnie użyte mogłoby wywołać efekt łoł, ale tutaj drażni zestawienie szybkiego numerku, gzicia, sponiewierania ze sztuką rozkoszy i tańcem prześcieradeł. Poza tym osobiście toleruję pierdolenie tylko w odniesieniu do ostrego seksu, w kontekście nieerotycznym wypada wyjątkowo nieestetycznie…

Przyznam, że coraz częściej zachodzę w głowę jak to możliwe, że autor perełek na miarę Mgellana czy Warkocza Bereniki pisze taki chłam. Szczytem był chyba Blow Job sięgający dna…

JiNnie te dobre teksty komuś ukradłeś, czy naprawdę aż tak brakuje Ci dystansu do własnej tfurczości, że nie potrafisz oddzielić ziarna od plew?

A.

Intrygujące. Wciągające. Nic nie zrozumiałam… 😉

Ocena Ani wypada jednak chyba zbyt surowo. Pomysł na tytułową sesję znakomity i sam w sobie wystarcza, by docenić ten tekst. Wykonanie i w szczegolności sposób opisania secn erotycznych to już rzecz gustu. Sceny te nie występują tu zresztą w postaci bezpośredniej, można się ich tylko domyślać, chodzi raczej o oddanie uczuć i emocji. Wszystko w stylu Jinna.

W sumie to muszę podziękować Ani, że swoim komentarzem, złamała we mnie postanowienie, aby nie czytać opowiadania. Już się parę razy zraziłem i jakoś nie miałem ochoty na lekturę.
Wniosek najważniejszy jest jeden: muszę je jeszcze raz powoli na spokojnie przeczytać, bo tak jak Atena czuję niepewność, czy wszystko uchwyciłem i dobrze zrozumiałem…. jeśli tu w ogóle da się coś zrozumieć. Bo może być akurat z tego czy innego powodu na stale niezrozumiałe.
Mam słabą pamięć, nie porównam z tego powodu celnie i wyczerpująco z wcześniejszymi utworami, ale te opowiadanie czytało mi się najlepiej, było najmniej udziwnione, najbardziej zanurzone w teraźniejszości, bez lamentów do wzorców dawniejszych. Zachodziłem w głowę (kątem myśli) podczas lektury, czy autor chce coś udowodnić odmiennością, czy po prostu ewoluuje. Czy to szczera i pełna przekonania wypowiedź, czy tylko demonstracja: lubię inaczej, ale jak chcę to i tak potrafię. Prosty język, czasem genialne zdania. Miałem problem przy “drugiej fotografii”, która tak potrząsnęła bohaterkę przeprowadzającą wywiad. Ten moment jakby niedopracowany. Coś się stało kluczowego, to wiemy, ale nie bardzo potrafimy wczuć się w emocje dziennikarki.
Początek opowiadania (do momentu odprawy redakcyjnej) zdaje się być niedopasowany do dalszej części. Jak ciuch zszyty z różnych kawałków materiału, który niby dobrze połączony jednak efekt dysonansu widać. Ale trzeba przeczytać po raz drugi i wtedy się te wrażenie potwierdzi albo nie.
“przedłużenie supernowej” – bardzo słabe określenie uderzyło mnie w trakcie bronowania tekstu, innych grzechów nie wyłapałem.
Nie widzę żadnej wulgarności w tym tekście. Gdzie ją Anka widzi, nie wiem. Potoczny, emocjonalny myślotok bohaterki.
Bardzo dobre opowiadanie – tak bym rzekł po pierwszym czytaniu. Dzięki Ani za sprowokowanie, Autorowi za zaskoczenie. Swoją drogą to mocne – móc zaskoczyć, kiedy już spisujesz gościa … nie, nie na straty, nie spisujesz tylko przypisujesz go do jakiejś półki a tu bach – trzeba nowy regał w mózgu zbudować.
Uśmiechy,
Karel

Ależ proszę Karelu, naprawdę cieszę się, że sprowokowałam Cię do przeczytania 🙂

Przyznam, że poważnie zastanawia mnie jak pozostali odczytali to opowiadanie, bo coś mi poważnie nie gra. Dla mnie najlepszy był ten niedopracowany początek i zakończenie, środek taki sobie (ciekawy pomysł zrealizowany bez polotu, ale może tu znów daje o sobie znać moje przeczulenie na punkcie mężczyzn “podszywających się” pod kobiety). Tyle, że dla mnie to opowieść o próbie wyparcia: dziewczyna dostaje zdjęcie, na którym widzi swojego narzeczonego z inną, najpierw czuje rozpacz (chciałaby się po prostu poddać, zostać zgarnięta przez śmieciarkę, która właśnie opróżnia kubły), zszokowana nie wsiada do swojego autobusu, zostaje na ławce i próbuje racjonalizować, wymyślić trzymającą się kupy historię, która wyjaśniałaby emocje widoczne na zdjęciu (i tu mamy większość opowiadania), ostatecznie, być może ciągle na tej samej ławce, poddaje się rezygnacji, czując jak jej wymarzona przyszłość nagle odchodzi w niebyt…

Napisz komentarz