Ananke (Batavia) 4.35/5 (20)

Źródło: Pixabay

Przeznaczenie… Czy nie macie wrażenia, że los jest świnią? Najpierw skrycie łudzicie się, że cud się zdarzy. Chociaż w głębi ducha toczycie ciągły bój – to rozsądek walczy z marzeniami. Myślicie o bogactwie, sławie, uczuciach. Gdy czujecie się pogodzeni z rzeczywistością, los podsuwa wam namiastkę, ot, taką krztę waszego marzenia… Gdzieś, kiedyś, w okolicznościach, których nigdy byście się nie spodziewali, spotykacie tego kogoś… jedynego… Nie chcecie uwierzyć, że to możliwe, a potem… Macie wrażenie, że z każdą upływającą chwilą może być tylko lepiej, cudowniej… A kiedy zaczynacie w pełni cieszyć się, że los po raz pierwszy się do was uśmiechnął, on brutalnie pozbawia was złudzeń… Zabiera wszystko…

 

Dla Eli.

Ananke

Od momentu, gdy pociski z dział pościgowych zwaliły na pokład ściganej brygantyny fokmaszt, do chwili, gdy abordażowe haki wbiły się w jej burtę, upłynęło pół godziny. Ostatnia salwa z pirackiej fregaty przesłoniła dymem Hiszpana. Gdy tylko wiatr zniósł prochowe kłęby na bok, ukazał się przechylony, wolno płynący bejdewindem okręt – działa wyrwane z leży, połupane nadburcia, dziury ziejące w burtach, zapadnięte strzelnice, a pokład pokryty krwawą miazgą ludzkich ciał. Strzaskany w połowie wysokości potężny maszt z plątaniną lin leżał w poprzek pokładu, nurzając płótna i połamane reje w morzu. Na śródokręciu mężczyzna w peruce gorączkowo próbował zorganizować obronę. Z rapierem w dłoni, donośnym głosem wydawał bezskutecznie rozkazy biegającym bezładnie ludziom. Z dolnego pokładu brygantyny dobiegały przekleństwa i rozpaczliwe krzyki rannych kanonierów.

Szczelina między okrętami zwężała się coraz bardziej, aż nadeszła chwila, gdy burta uderzyła z trzaskiem o burtę i dzika horda uzbrojonych w kordelasy i pistolety piratów rzuciła się z wyciem na pokład żaglowca. Pospiesznie sformowane szyki tylko na moment dotrzymały pola zażarcie szturmującym piratom. Zorganizowany opór szybko został rozbity i przerodził się w samotne pojedynki. Na rufie oficerowie wraz z dowódcą czynili rozpaczliwe wysiłki, by stawić czoła napastnikom. Widząc, w jak beznadziejnym położeniu się znaleźli, hiszpański kapitan na znak poddania złamał na kolanie rapier. W ślad za nim pozostali rzucili skwapliwie oręż na pokład w nadziei, że tym uczynkiem uniosą cało głowy. Niedobitki hiszpańskiej załogi zapędzono na śródokręcie; tam, klęcząc pod groźbą pirackich ostrzy, wyczekiwali dalszego losu. Stłumione krzyki dobijanych rannych rozlegały się jeszcze przez jakiś czas spod pokładu i forkasztelu. W końcu i one ucichły. Bitwa była skończona.

Pierwszy oficer Fox, nagi do pasa, muskularny, z gęstą czupryną czarnych włosów stanął przed pojmanymi i zaczął głośno wypytywać o ładunek brygantyny, przerwał jednak na widok nadchodzącego powoli pirata. Poruszający się ze swobodą, wysoki, barczysty mężczyzna z owiniętą wokół głowy czerwoną chustą, wkroczył na pokład zdobytego okrętu. Z całej jego postaci biła pewność siebie. Szeroka, spalona słońcem pierś wyzierała spod połów rozchełstanej białej bluzy, a bufiaste ciemnogranatowe spodnie, przewiązane w pasie szkarłatną wstęgą jedwabiu, zza której wystawała inkrustowana srebrem rękojeść pistoletu, dopełniały ubioru. Ze zmarszczonymi brwiami, przenikliwym wzrokiem lustrował otoczenie. Kładąc dłoń na kolbie pistoletu, zbliżył się do więźniów.

– Okręt zdobyty bez strat – zameldował Fox, a w jego głosie brzmiało nieukrywane zadowolenie.

Pirat zatrzymał się przed mężczyzną klęczącym ze spuszczoną, ubraną w perukę głową. Nim się odezwał, przez dłuższą chwilę mu się przyglądał.

– Wstań, kapitanie Almonte. – przemówił szorstko pirat.

Na dźwięk słów wypowiedzianych z cudzoziemskim akcentem wezwany drgnął. Podniósł głowę i spojrzał w twarz o orlich rysach. Podpierając się ręką o deski pokładu, dźwignął niepewnie ciało z kolan. Perukę miał zsuniętą na bok, więc próbował umieścić ją na właściwym miejscu. Na przekór jego staraniom ciągle się przekrzywiała. Instynkt mu podpowiadał, że jedno nierozważne słowo może pozbawić życia jego i ocalałych towarzyszy. Widząc, z kim ma do czynienia, spurpurowiał na twarzy, a żyły nabrzmiały mu na czole.

– Czego szukasz na moim okręcie? – spytał, jeszcze próbując panować nad sobą.

Gdy pirat wybuchnął śmiechem, dał upust swojemu rozdrażnieniu:

– Już niedługo poniesiesz konsekwencje tego, coś dzisiaj uczynił! – wykrzykiwał z narastającą wściekłością w głosie – Bodaj cię diabli wzięli, Seymour! Jeszcze zawiśniesz na…

Pewnie dalej by się zacietrzewiał w swoim oburzeniu, gdyby nie Fox, który przytknął mu kordelas do gardła. Zamilkł natychmiast pod naciskiem ostrza.

– Czy ona tu jest? – zapytał ostro Seymour, na którym wrzaski Almonte nie uczyniły żadnego wrażenia.

Ten zdołał już ochłonąć, dłuższą chwilę nie odpowiadał. W końcu z nieukrywanym zadowoleniem oznajmił: – Gubernator zmienił zdanie i wysłał córkę lądem.

Stali w milczeniu, patrząc na siebie, aż don Almontę uciekł wzrokiem w bok przed świdrującym spojrzeniem zielonych oczu. Z grymasem niezadowolenia na twarzy pirat odwrócił się tyłem do pokonanego. Zamyślony wpatrywał się w morze, pocierając brodę, i nad czymś się zastanawiał.

– Co zamierzasz z nami zrobić? – odważył się spytać zza pleców Hiszpan.

Pirat wzruszył ramionami, odwrócił się do Foxa i rozkazał:

 – Przeszukać okręt. Zabrać wszystko, co ma jakąś wartość, a pudło zatopić. Naszą kanonadę słychać było przy tym wietrze na Hispanioli. Musimy szybko odpłynąć.

– Szalupa jest na wodzie, don Almonte, zabieraj swoich ludzi, bo jeszcze się rozmyślę – zwrócił się teraz oziębłym tonem do Hiszpana. – Możecie odpłynąć. Ląd nie jest daleko.

Część piratów rozeszła się przetrząsać okręt w poszukiwaniu łupów, a pozostali wzięli się za zapędzanie pokonanych do szalupy. Fox ruszył w kierunku pomieszczeń na rufie.

Don Almonte jednak pozostał na miejscu, jakby się wahał; jakby toczył jakąś wewnętrzną walkę. W końcu, jak człowiek zdesperowany, znajdujący się w matni bez wyjścia, niepewnym głosem spytał:

– Na pokładzie jest służąca córki gubernatora. Czy ją również pozwolisz zabrać do szalupy?

*

Rękoma mocno ugniata piersi. Oczy mu błyszczą. Ustami błądzi po szyi. Wilgotne, złaknione pieszczot wargi. Jest bezwolna w jego ramionach. Nie sprzeciwia się, gdy przygryza nabrzmiały sutek. Tylko cichy jęk świadczy, jak mocno dziewczyna przeżywa pieszczotę. Na ten dźwięk odsuwa się i przez chwilę syci wzrok widokiem kształtnych piersi. Powietrze zdaje się drgać od unoszącego się wokół pożądania. Jedną ręką zdecydowanie obejmuje ją w talii, a dłonią drugiej przesuwa po jedwabiście gładkiej skórze, aż do nagiego łona. Zmysłowe wygięcie w łuk, gdy pirat zagłębia w niej palce, uświadamia mu w pełni, czego doświadcza pozornie obojętna dziewczyna. Odsuwa bezwolne ciało i uwalnia się ze spodni, po czym wchodzi w nią zdecydowanie. Wbija się w ciasne, rozpalone pożądaniem wnętrze i zaczyna ją kochać. Od samego początku szybko, brutalnie. Jak opętany szaleństwem, ogarnięty jakimś amokiem, nie wie, który to raz ją dzisiaj posiadł. Ciągle mu mało. Dziewczyna orze mu paznokciami plecy. Szepcze coś do siebie, czego on nie jest w stanie zrozumieć. W końcu zaczyna krzyczeć na skraju spełnienia, a krzyk przeradza się w skowyt, gdy szczytuje. Jeszcze chwilę galopuje w jej wnętrzu, nim osiąga kres, a ona z urwanym w pół krzykiem wypręża się szarpana spazmami rozkoszy. Pulsuje skurczami na członku, gdy mężczyzna po raz kolejny ją wypełnia. Zapada cisza, w której słychać jedynie jego dyszenie i ciche łkanie dziewczyny.

Jest spragniony, tak jak i cała załoga. Stu pięćdziesięciu chłopa złaknionych tej jednej, jedynej kobiecej szparki. Gdy zawiną do Tortugi i da przyzwolenie do zejścia na ląd, w pierwszej godzinie znaleźć ich wszystkich będzie można w tawernach. Tam stracą zdobyte dublony, nie patrząc, ile kosztuje usługa portowej dziwki; płacą złotem, tak głodni są kobiecego ciała. Dopiero gdy zaspokoją pragnienie pieszczot, dotyku kobiecych piersi, ud, a członki zmęczone orką im zwisną jak flaki, dopiero wtedy rum stanie się ich najlepszym towarzyszem. Wchodząc do tawerny są bogaczami, chwiejnym krokiem ją opuszczając – już tylko nędzarzami. Nieliczni, jak Fox, nie ulegają swym chuciom w pełni. Trzeźwo patrzą na życie z myślą, że kiedyś skończą z piractwem i zaczną pędzić normalne życie. Ten proceder jest dla nich tylko drogą do celu. Gdzieś, gdzie ich nikt nie rozpozna, chcą zamieszkać i wydawać zdobyte złoto. Coraz częściej i on zaczyna zdawać sobie sprawę, że profesja, którą się para, nie jest na zawsze i wiedzie wprost na stryczek.

**

Seymour odwraca się gwałtownie do Almonte. Mówi coś, lecz akurat spod pokładu, podtrzymywana za ramię przez Foxa wychodzi dziewczyna i jego słowa giną w zgiełku, jaki czynią piraci. Jest na wpół ogłuszona armatnim hukiem. Toczy wokół przerażonym wzrokiem po pokładzie zawalonym odłamkami desek, sprzętów i spoczywającymi w kałużach krwi ciałami zabitych marynarzy. Przyprowadzona przed oblicze kapitana piratów, cała drży.

Dziewczyna jest młoda, smukła, zaledwie u progu kobiecości. Ubrana w kremowej barwy, prostą suknię, której zwieńczenie ciasno opina kibić, niczym puchar, w którym pysznią się dwie krągłe, alabastrowe piersi. Długie, kręcone włosy opadają na plecy, a loki okalające twarz podkreślają jasną cerę ślicznej buzi. Wielkie ciemne oczy wpatrują się w pirata z trwogą.

On z uśmiechem zaciekawienia przygląda się dziewczynie.

– Zaprowadź ją do mojej kabiny – kieruje słowa do Foxa.

Dłoń don Almonte, próbująca chwycić za rapier, trafia w pustkę. Pokonany blednie i patrzy na pirata oczami pałającymi dzikim blaskiem. Usta wykrzywia mu grymas nienawiści. Rozgląda się, jakby szukał oręża i na moment górę nad obawą o życie bierze wściekłość. Klnie głośno i dosadnie. Jest bezsilny. Wokół dostrzega tylko szydercze uśmiechy piratów i słyszy ich pełne żądzy, lubieżne okrzyki. Coś jeszcze waży w myśli, by w końcu zrezygnowany, zgarbiony pod ciężarem winy, skierować kroki do burty, gdzie czeka łódź.

Tymczasem Fox prowadzi słaniającą się dziewczynę po trapie przerzuconym na pokład fregaty.

***

Wpółleżą na deskach okrytych ciężkimi niedźwiedzimi futrami. Pod belką sufitu płonie zawieszona błękitna lampa. Dopalające się na stole świece, zawiłymi warkoczami białego wosku pokryły podstawę lichtarza. Już zgasł ostatni płomień w srebrnych świecznikach, umocowanych w równych odstępach do ścian kajuty, zajmującej całą szerokość rufy. Tylko siwa nitka dymu pełznie powoli do stropu.

Zmęczony wsparł głowę na nagich udach dziewczyny, a jego pierś unosi się w szybkim oddechu. Kropelki potu spływają mu po barkach. Światło z okopconej, kołyszącej się lampy drga, rzucając słabą poświatę w panującym mroku. Czasami zabłysną stojące na stole masywne srebrne naczynia, a gdy lampa wychyli się gwałtownie w bok, zabłąkany promień wyłuska resztki mahoniowych zdobień na zniszczonych drewnianych ścianach. Innym razem rozjaśni pomieszczenie tysiącem różnokolorowych promyków odbitych od szlachetnych kamieni i ciężkich żółtych monet wypełniających baryłki i kufry stłoczone pod ścianami. Po stole w jednostajnym rytmie przetacza się przewrócony szklany kielich. Z głuchym brzękiem uderza czaszą w wypełnioną czerwonym winem karafkę. Po chwili okręt się przechyla, a on z początkowym wahaniem rusza w powrotną drogę. Głośnym dzyńńń… oznajmia, że dotarł do krawędzi talerza z resztkami jedzenia. Jego bezruch trwa krótko i już szklana czara ponawia swoją podróż. To jedyne dźwięki poza skrzypieniem pracującego drewna, które wypełniają panującą w pomieszczeniu ciszę.

Spod wpół przymkniętych powiek spogląda we wszechobecny na zewnątrz mrok. Ponad nimi rozpostarła skrzydła niesamowita noc. Niebo nie jest czarne, lecz ma widmowo granatowy odcień, pełen chaosu chmur płynących wysoko. Czasami zza zasłony tej czarnej materii błyśnie jasny promień księżyca. Kontury chmur nabierają wtedy ostrości, podkreślającej ich demoniczne kształty. W szklanych taflach okien i dużym tremo, stojącym pod jedną ze ścian, odbija się światło lampy.

W takich chwilach, gdy nasycił swoje pożądanie, w umyśle pojawia się ta sama myśl. Chciał zemsty, a los podsunął mu ją. Bianca… Ma takie pachnące włosy i ciepłą, miękką skórę…. Rzadko jest dla niej czuły, częściej brutalnie egzekwuje swoje prawa. Na wszystko dotąd zgadzała się z jakąś spokojną desperacją. Przez te kilkanaście tygodni przyzwyczaił się do jej obecności, tak jak człowiek przyzwyczaja się do używanej codziennie rzeczy. Jest dla niego ciepłą, cichą przystanią przez długie puste tygodnie i miesiące. Wbrew wszystkim ją zatrzymał. Twardą ręką dowodzi załogą, jego słowo jest tu prawem. Jakby na przekór przesądom los był dla nich przychylny. Zdobyte w kolejnych potyczkach bogate łupy odsunęły w cień obawy kamratów. Uspokoiły też i jego sumienie.

****

Ten obcy człowiek, zrazu straszny, władczy i bezwzględny, zdawać by się mogło wyzuty z uczuć, wszedł brutalnie w jej życie. Znalazła się w nieznanym, obcym do bólu, pozbawionym litości, bezgranicznie okrutnym świecie; świecie mężczyzn kierujących się najniższymi instynktami, gotowych dla łupów i gwałtów zabijać ludzi z zimną krwią. Zbieraninie brudnych awanturników, włóczęgów i wszelkiej maści opryszków, na którą składa się załoga „Halcona”. Stała się własnością, częścią wyposażenia, przynależną tylko kapitanowi. Nikt nie śmiał jej tknąć. Pierwszy, który próbował to uczynić, sądząc, że prawo do niej mają wszyscy, legł na pokładzie z głową roztrzaskaną przez kulę. Seymour, z dymiącym pistoletem w dłoni, spojrzał tylko bez słowa po piratach i już każdy wiedział, co go czeka, gdy spróbuje wyciągnąć dłoń po własność kapitana. Od tego zdarzenia spoglądała inaczej na swój los, jakby się dopiero urodziła. Jak na czystą, białą kartę życia, którą dopiero zaczynało wypełniać przeznaczenie. Gdy tylko ochłonęła, wzburzona porwaniem, żądała wypuszczenia z niewoli, obrzuciła Seymoura w jego własnej kajucie słowami pogardy, mniemając, że liczy się tutaj jej zdanie. Jedynie śmiech pirata, ścinający krew w żyłach, był całą odpowiedzią. Dopiero gwałtowna śmierć napastnika uzmysłowiła dziewczynie po raz pierwszy w pełni, jaki żywot został jej oszczędzony.

Dziwna rzecz, ten czyn zamiast wzbudzić w niej jeszcze większy wstręt do Seymoura, zbliżył ich. Patrząc na jego nachmurzoną twarz, zdała sobie sprawę, że wszystkie te łotrzyki, z których składa się załoga „Halcona”, okazują mu szczery szacunek i posłuch, bo przewyższa ich na każdym kroku w okrucieństwie i bezeceństwie. W pierwszym odruchu chciała podziękować za obronę, gardło jednak miała jak żelazną dłonią ściśnięte z przerażenia. Dopiero gdy znalazła się w kapitańskiej kabinie, zdobyła się na to.

– Dziękuję ci, panie, za uratowanie z rąk tego… – zaczęła nieśmiało i przerwała niepewna, jak powinna nazwać napastnika.

Zdała bowiem sobie sprawę z paradoksu sytuacji. Dziękuje arcyłotrowi za zabicie łotra.

– Za pół godziny podadzą obiad. Mam nadzieję, że zechcesz mnie, pani, zaszczycić swoim towarzystwem. – Nieznacznie skinął głową i wyszedł.

*****

Budzi go rozdzierający krzyk czatownika i stłumiony odległością huk armatniego wystrzału. Drzwi do kabiny otwierają się gwałtownie, a w nich staje Fox.

– Hiszpański galeon nas ściga, kapitanie. Jest w zasięgu strzału – wyrzuca z siebie, z trudem maskując zdenerwowanie i zaraz dodaje: – Na horyzoncie widać topżagle jeszcze jednego okrę… – Nie dane jest mu dokończyć, gdy głos z bocianiego gniazda rozlega się ponownie:

– Trzeci żagiel pięć stopni w prawo od pierwszego!

Seymour szybko wciąga spodnie, chwyta w dłoń pistolet i rusza do wyjścia. W drzwiach odwraca się i do leżącej nagiej dziewczyny.

– Nie wychodź z kabiny – szepcze czule do Bianki, widząc, jak naciąga na siebie niedźwiedzie futro. – Niedługo wrócę.

Waha się, jakby chciał coś jeszcze dodać. Tylko uśmiech otuchy przemyka mu przez twarz. Wychodzi szybko, zatrzaskując drzwi.

Z zachodu, z łopoczącym na wietrze szkarłatno-złotym sztandarem Kastylii, ciężko pracując na fali, płynie galeon. Na wschodzie świt rozgorzał czerwoną łuną, gdy słoneczny krąg wznosić się zaczął ponad horyzont. Bukszpryt Hiszpana nurza się w falach, rozbryzgując strugi wody lśniące w promieniach wschodzącego słońca niczym diamenty. Popiersie galionu, wynurzając się z fal, błyska złotymi refleksami światła.

Marynarze „Halcona” wspinają się na reje. Rozpinają siatki ochronne nad pokładem. Na kilka minut zapanował zgiełk i pozorne zamieszanie, ludzie uwijają się w olinowaniu jak małpy. Kanonierzy pędzą do dział. Bloki i liny fruwają na wszystkie strony, gdy na jedną komendę Foxa okręt od góry do dołu okrywa się piramidą białego płótna. Załadowano już działa. Kanonierzy z zapalonymi lontami zamarli i wyczekują na rozkaz. Wiatr wzmógł się był w ciągu nocy. Fregata pod ciężarem płócien nabiera prędkości. Rozcinane morze syczy pianą opływającą burty. W chwili, gdy w powietrzu rozlega się złowrogi świst, od którego jeżą się włosy na głowie, na pokładzie pojawia się kapitan. Kula przelatuje, nie czyniąc szkody.

– Ciężko załadowany – mruczy pod nosem sternik. W jego głosie pobrzmiewa nieskrywana nutka obawy. Na przekór temu szyderczy uśmiech rozchyla mu bezzębne usta.

– Ma z osiemdziesiąt dział – rzuca Seymour, obserwując przez lunetę ścigający ich okręt.

Kadłub Hiszpana najeża się otwieranymi strzelnicami, w których ukazują się armatnie lufy. Galeon gotuje się do walki. Z forkasztelu wytryskują dwa białe kłęby dymu, a ryk wystrzałów dopiero po chwili dociera do uszu załogi fregaty. Jeden pocisk wpada w morze, a drugi odłupuje kawałek nadburcia na bakburcie. Otwierają się rufowe furty i osiemnastofuntówki fregaty wysuwają swoje spiżowe paszcze. Po raz pierwszy, budząc się z zaskoczenia, „Halcon” odpowiada ogniem. Ryk armat wypełnia hukiem powietrze. Na przednim maszcie galeonu w wydętym białym żaglu wykwita postrzępiona dziura. Hiszpan ponownie pali z dziobowych dział. Jeden z pocisków, gdy fregata opada dziobem w zaklęśnięcie pomiędzy fale, z rozdzierającym hukiem uderza w jej rufę. Trafienie wstrząsa całym okrętem. Ponownie nabite działa pirata odpowiadają ogniem. Jedna po drugiej plują jęzorami ognia lufy. Pierwsza kula rozbija w drzazgi bukszpryt i galeon zaczyna zmieniać kurs. Okrzyk radości załogi zagłusza kolejny huk wystrzału z rufowej osiemnastofuntówki. Druga kula trafia w marsreje fokmasztu na wysokości bocianiego gniazda. Spadające drzewce prują płótna żagli. Hiszpan odpada od wiatru i wyraźnie zwalnia. Odległość pomiędzy ścigającym a ściganym rośnie…

– Dobijmy Hiszpana! – rzuca rozochocony bezzębny sternik.

Lecz Seymour już spogląda przez lunetę na dwa pozostałe żaglowce. Nie są to ciężkie galeony, lecz zwinne jak „Halcon” fregaty. Znacznie zmniejszyły odległość dzielącą je od pirata.

Kiwa przecząco głową i władczo decyduje: – Nie! Musimy im umknąć.

******

Wsparty głową na nagich udach Bianki rozmyśla. Sam nie wie, kiedy to się zaczęło. W którym momencie pierwszy raz dał się pochwycić w sidła urody dziewczyny. W końcu zdał sobie sprawę, że znaczy coś więcej dla niego. Może to rozmowy przy stole… A może pogaduszki w łożu… Coś ich zbliżyło. Ona otworzyła się dla niego, poczuła się bezpieczna przy nim, zaufała, a on… cóż… Śledzi ciągi płynących po niebie niezmordowanym szeregiem chmur, zastanawiając się, czy dobrze czyni. Tu łączy ich fizyczna bliskość ciał, bezradna wobec otaczającego ich świata, który nigdy nie zaakceptuje ich związku. W takich chwilach toczą rozmowy o wspólnym życiu. Jedno próbuje utwierdzić drugie, że gotowe jest do najwyższych poświęceń. Tu on ściszonym głosem buduje wspólne marzenia. Ubiera je w słowa, którymi karmi siebie i ją. Przebiera w nich jak dziecko w świecidełkach. Jest zupełnie innym człowiekiem. Pełnym nadziei. Niespełnionym w uczuciach. Jakby nigdy nie był bezwzględnym piratem. Ona poddaje się jego opowieściom, gotowa na wszystko, bo miłość jej nie lęka się przyszłości. Więc szeptem opowiada o małym domku, o zielonych wzgórzach nad brzegiem oceanu. O wspólnym szczęśliwym życiu we dwoje. Księżyc wyszedł cały zza chmur i rozświetlił swoim blaskiem kabinę. Popuszcza wodze fantazji i naraz dostrzega w stojącym lustrze twarz Bianki.

Słucha z drobnym, gorzkim uśmiechem. Ta jakby mówiła: Wiem, że to wszystko kłamstwo, ale mów, mów jeszcze, to takie przyjemne słuchać tych opowieści. Milknie zaskoczony.

– I co dalej? – pyta ściszonym głosem dziewczyna po chwili. – Dlaczego przerwałeś?

Zamiast ciągnąć dalej opowieść, nie odwracając się, pyta: – Czy takiej przyszłości chcesz? Wierzysz mi? Czy chcesz być ze mną i umilać mi życie?

Nie spuszcza wzroku z lustra. Panna się zamyśliła i milczy dłuższy czas.

– Wierzę. To dziwne i sama nie wiem, jak to się dzieje, że zależy mi na tobie – zaczyna, a wzrok ma nadal zamyślony.

– Po wszystkim, co przeszłam tutaj, to dziwne. – powtarza cicho do siebie.

Milczy jeszcze chwilę i naraz mówi, a w głosie dźwięczy pewność: – Tak, chcę być z tobą.

Odwraca się do niej, przyciąga do siebie i całuje.

– Tak będzie, kochana. Tak będzie – szepcze między pocałunkami. Obejmuje, wtula się w nią. Szepczą jeszcze o przyszłości, aż zasypiają oboje złączeni wspólnym marzeniem.

*******

Dwie piętrzące się piramidy wydętych żagli wyłoniły się już całkiem zza widnokręgu. Płyną nieco na ukos z wiatrem. „Halcon” dopiero nabiera pełnej prędkości. Wiatr dmie z rufy. Pełnym baksztagiem. Lecz hiszpańskie okręty, jak ścigające zwierzynę ogary, doganiają go, są szybsze.

– Fox! Postawić więcej żagli! – rozkazuje Seymour.

Marynarze znów wspinają się na reje. Wysuwają na zewnątrz wszystkie wytyki rejowe. Na nich rozpinają dodatkowe boczne żagle. Jeden po drugim rozkwitają kolejne płótna. W końcu nad ciemną bryłą kadłuba zdaje się wisieć biały obłok. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. „Halcon” przechylony na sterburtę z każdą chwilą przyspiesza. Okręt zaczyna ślizgać się po falach. Powoli zyskuje kolejne metry, oddala się od ścigających go prześladowców. Słońce pali tropikalnym żarem, a wiatr nieznacznie zmienia kierunek.

– Dwa stopnie na sterburtę! – wydaje komendę kapitan.

Sternik nie stoi już sam. Trzech marynarzy walczy za sterem, by utrzymać myszkujący okręt na kursie. Próbują wykonać komendę, lecz coś uniemożliwia obrót kołem sterowym.

– Ster nie działa, kapitanie! – krzyczy sternik. Zaraz jednak dodaje: – Coś go blokuje!

– Fox! Weź ludzi i napraw to natychmiast. – komenderuje Seymour. – To pewnie skutek trafienia z galeonu – mówi już do siebie.

Oficer krzyczy coś do piratów. Rusza szybko na rufę i schodzi pod pokład, a wraz z nim kilku uzbrojonych w topory piratów.

Już po chwili słychać dobiegający spod pokładu stłumiony stukot siekier. Trwa to dłuższy czas. W końcu sternik z wyraźnie słyszalną ulgą w głosie oznajmia:

– Okręt słucha steru, kapitanie.

Napinają się mocniej żagle i fregata znowu wyraźnie przyspiesza. Spod pokładu wychodzą piraci, targając strzaskaną belkę. Nie widać z nimi Foxa. Seymour tego nie widzi, przez lunetę, w skupieniu obserwuje fregaty. Dzieląca ich odległość ponownie rośnie, zwiększyła się już znacznie. W końcu widzi, że ścigający zmieniają kurs. Rezygnują z pogoni. Okrzyk radości załogi skupionej na burcie, z uwagą wpatrującej się w ścigających, przetacza się przez pokład. Odkłada lunetę, gdy na pokład wychodzi Fox i zmierza wprost do kapitana. Jest blady i zakłopotany. Staje przed nim i milczy dłuższą chwilę.

– Kapitanie – zaczyna dziwnie chłodnym, drżącym głosem – tam… na dole…

Seymour spogląda na Foxa i coś nieuchwytnego w jego wyrazie twarzy, oczach, każe mu nie czekać, aż ten skończy mówić, tylko szybko rusza do swojej kabiny. Otwiera drzwi i zamiera w bezruchu. Wybite szyby, rozsypane dublony i rubiny pokrywają podłogę. Wśród rozrzuconych klejnotów leży zmasakrowane ciało dziewczyny w połowie zakryte zbroczonym krwią niedźwiedzim futrem. Po twarzy Bianki wciąż błąka się zastygły uśmiech.

________________

SŁOWNICZEK

Brygantyna – klasa okrętów wojennych używanych od XVI do XIXw

Fokmaszt – pierwszy maszt od strony dziobu.

Abordażowe haki – liny wraz z hakami służące do sczepienia walczących okrętów

Fregata – klasa średnich okrętów wojennych używanych od XVI w

Bejdewind – wiatr wiejący od dziobu pod kątem ostrym do płaszczyzny symetrii statku

Reje – poziome drzewce mocowane do masztu, na których rozpina się żagle

Szpada – broń biała używana od XVII w

Kordelas – broń biała prosta lub zakrzywiona znana od późnego średniowiecza

Forkasztel – nadbudowa w części dziobowej mieszcząca pomieszczenia załogi

Rufa – tylna część jednostki pływającej

Rapier – broń biała szczególnie popularna w Hiszpania

Szalupa – łódź ratunkowa

Hispaniola – obecna nazwa Haiti

Tortuga – wyspa w pobliżu Haiti opisywana w powieściach o korsarzach

Tawerna – karczma portowa

Dublony – złota moneta hiszpańska bita od XVI w

Trap – tu: wąska kładka łącząca okręty

Kajuta – pomieszczenie mieszkalne na statku, okręcie

Czatownik – tu: marynarz w bocianim gnieździe obserwujący morze wokół okrętu

Galeon – duży, trzymasztowy oceaniczny okręt żaglowy, uzbrojony do 150 – 200 dział

Topżagiel – górny, skośny żagiel

Galion – ozdobna rzeźba na dziobie galeonu

Bakburta – lewa burta

Osiemnastofuntówki – rodzaj dział używanych na żaglowcach

Bukszpryt – drzewce wystające z dziobu żaglowca

Baksztag – kurs, gdy wiatr wieje z ukosa pomiędzy rufą a trawersem

Wytyki rejowe – drzewce umożliwiające rozwinięcie dodatkowych żagli obok żagli rejowych

Sterburta – prawa burta

Marsreja fokmasztu – reja na której rozpięty jest dolny lub górny marsel (żagiel)

Myszkowanie – polega na schodzeniu z obranego kursu na boki

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

O ile pamiętam, to nie jest Twój pierwszy tekst osadzony w scenerii morskiej i również świadczy o dobrej znajomości rzeczy. Historia niby prosta, nawiązująca do utartych schematów filmów przygodowych, ale poruszająca. Nikt nie może mieć wszystkiego, bogowie są zawistni. Odnoszę wrażenie, że chociaż nie napisałeś tego wprost, Bianca nie była żadną służącą. Odrobina tajemnicy i niedopowiedzenia zresztą nie zaszkodzi. Doceniając te walory opowiadania zwrócę jednak uwagę na pewne niedociągnięcia języka, tu i ówdzie coś zgrzytało przy lekturze.

“Hej, ha! Kolejkę nalej! Hej, ha! Kielichy wznieśmy! To zrobi doskonale Morskim opowieściom.” Ciekawy pomysł, dostosowane słownictwo, wartka akcja . Zwięźle ale treściwie napisane. Bardzo mi się podoba. No i ten słownik terminów użytych w opowiadaniu. Całość rewelacyjna.

Bardzo dobre opowiadanie, można poczuć zew pirackiej krwi. Normalnie mokro się w butach robi. Jedno tylko mnie zastanawia, czy kamraci oprócz zadawalania branek grywali czasem pod pokładem w szachy?

Dobre opowiadanie. Doczytałem do końca, co dobrze o nim świadczy – biorąc po uwagę, że łatwo się zniechęcam.

Nie podoba mi się użycie czasu teraźniejszego w narracji, ale to chyba kwestia tylko gustu.

Chętnie dowiedziałbym się co to są te siatki ochronne i do czego służą na okrętach żaglowych. Zaciekawiły mnie, a nie znalazłem żadnego wytłumaczenia.

Sprawnie napisane. Okręty, żagle, działa, chmurzyska na wietrze żyją, przemawiają do wyobraźni. Ale ludzie już nie. Nie czuję potu, krwi, bluźnierstwa, prymitywizmu, wulgarności, żądzy. Wszystko z dystansu, ładne obrazki z Hollywood. Erotyka wyrwana jakby z kontekstu, uładzona faza długotrwałej relacji. Ale napisana porządnie. Końcowy akapit, który miał być dramatyczny, nie był. Zabrakło może nawet tylko jednego słowa, nie wiem czego. W każdym razie scena nie wzbudziła emocji. Może opowiadanie zbyt krótkie i bohaterowie nie zdążyli zaskarbić sobie mojej sympatii, antypatii.
Największym zgrzytem jest wstęp popełniony współczesnym językiem, a potem skok o kilka stuleci w dawny, mniej refleksyjny świat.
Mimo krytyki, opowiadanie dobre. To, czego się czepiam to niuanse, które dopracować można tylko nabrawszy dystansu do dzieła, a na to zwykle Autorzy poganiani harmonogramem publikacji nie znajdują czasu.
Uśmiechy,
Karel

Krótka forma opowiadania wymusiła na czytelniku wyobrażenie sobie i dopowiedzenie wszystkiego tego, co nie zostało napisane wprost, ale trafia to w mój gust.
Plastycznie, żywo, chociaż niby zaledwie kilkoma kreskami narysowana historia.
I nic to, że fabuła jak z filmów holywoodzkich, bo pod tym kryje się “coś”, co ja wyraźnie wyczułam i przestało być już tak banalnie.
A owo “coś” to działanie Przypadku, który z pozoru niegroźny, przynajmniej na pierwszy rzut oka, okazuje się wstrząsającą tragedią, zmieniającą czyjś los.
Widywałam już takie sceny realnie i dlatego poczułam dreszcz grozy, mimo że to tylko fantazja.
Wszystko mi się tu podobało, co znalazło odzwierciedlenie w przyznaniu najwyższych ocen.

Dziękuję, że znaleźliście czas na przeczytanie opowiadania. To, że zachęciło ono do napisania kilku słów komentarza, cieszy mnie najbardziej.
Neferze – Tak, to kolejny tekst w konwencji marynistycznej. Nie ma opowiadań bez potknięć.
Dziękuję za Twoje spostrzeżenia. Na pewno je wykorzystam.
Anonim S – Dziękuję za komentarz.
Myślę, że jednak bardziej w kontekście…
„Piętnastu chłopa na Umrzyka Skrzyni –
Jo-ho-ho! I butelka rumu!
Piją za zdrowie, resztę czart uczyni –
Jo-h….”
Jinn – Raczej w kości. 😉
Jestem – Siatki ochronne. Potwierdzam, że pisząc tekst, nie znalazłem właściwego komentarza w Internecie. Znam jednak takie zabezpieczenia opisane w czytanej literaturze marynistycznej. To rodzaj siatki rozpiętej miejscami nad pokładem chroniące załogę przed spadającymi odłamkami ożaglowania i omasztowania. Przez brak fachowej nazwy pozwoliłem sobie w taki oględny sposób o niej wspomnieć. Na ile jest to zgodne historycznie, na dzień dzisiejszy nie wiem. Tekst jest opowiadaniem, gdzie fikcja miesza się z prawdą/ realiami historycznymi.
Karel Godla – Starając się zająć stanowisko wobec Twojego komentarza, odpowiadam tak naprawdę
na wszystkie zamieszczone pod tekstem przez wszystkich komentujących uwagi.
Wstęp współczesny dlatego, że jest ponadczasowy, aktualny w każdej sytuacji i w
każdym czasie. Może być odebrany jako dysonans wobec podstawowej treści. Jednak
umieszczenie go w realiach opowiadania spłyciłoby wg mnie jego przesłanie. Stąd taka,
a nie inna decyzja.
Bohaterowie, realizm postaci, stopień ich nasycenia szczegółami to jakby
drugoplanowa sprawa. Ważniejsze wydały mi się w tym kontekście ich relacje i takim
torem poszedłem.
Dziękuję za Twoje spostrzeżenia, bo czerpię z nich pełnymi garściami.
Śliczna Sami – Komentarz do opowiadania, jaki zamieściłaś, jest sednem tego, co chciałem w nim
zawrzeć. Nie chodziło mi o epatowanie grozą, a uchwycenie momentu, gdy wszystko
się zmienia i nawet tego w pierwszej chwili nie dostrzegamy. Dziękuję.
Pozdrawiam Wszystkich Batavia.

„Wstęp współczesny dlatego, że jest ponadczasowy, aktualny w każdej sytuacji i w
każdym czasie. Może być odebrany jako dysonans wobec podstawowej treści. Jednak
umieszczenie go w realiach opowiadania spłyciłoby wg mnie jego przesłanie. Stąd taka,
a nie inna decyzja.
Bohaterowie, realizm postaci, stopień ich nasycenia szczegółami to jakby
drugoplanowa sprawa. Ważniejsze wydały mi się w tym kontekście ich relacje i takim
torem poszedłem.”

Cóż.
Jest klika przykładowych etapów, przez które przechodzi autor, niekoniecznie w kolejności zgodnej z numeracją.
1. Pisze do szuflady, i „nic wam wszystkim do tego, co sobie piszę”.
2. Pisze dla kogoś konkretnego, kto zna kontekst utworu (i nic nie trzeba mu tłumaczyć) albo dla elitarnej, „inteligentnej, łatwo wszystkiego się domyślającej” grupy. Ma swoje koncepcje, nie zastanawia się, czy zostaną zrozumiane, bo jest pewien, że „inteligentna” grupa odczyta intencje autora bez pudła, a reszcie czytających „nic to tego, co sobie piszę. Jesteście głupi, to tacy zostańcie”.
3. Pisze głównie dla czytelników, czyniąc tyle wysiłków, ile jest rozsądne, aby prawidłowo odszyfrowali tekst.
4. Pisze prostotę, którą każdy odczyta, więc nie ma się o co martwić.
5. Pisze dla pieniędzy i pod dyktando wydawcy, a resztę ma w d…
Może są jakieś inne etapy.

Nie wiem, na jakim etapie znajduje się autor. Ale mam wątpliwość, czy znajduje się na etapie nr 3, który ja osobiście cenię najbardziej. Najważniejszy jest czytelnik. Jeśli pisanie ma służyć do komunikacji. Czytelnik pochłonie tekst szybko i ma zwykle mniej czasu na analizę niż autor, który ślęczy nad utworem dłużej i mylnie przypisuje czytelnikowi cząstkę swojej przenikliwości.

Uśmiechy,
Karel

Cóż…
Każdy ma prawo do własnej subiektywnej oceny tekstu, bo w końcu o takie, a nie inne opinie chodzi.
Tym bardziej Karelu szanuję Twoje uwagi.
Ale kto powiedział, że czytać musi się szybko i łatwo?
Opowiadanie, to nie napis na pudełku zapałek.

Kwestia uszeregowania, klasyfikacji etapów, na których się autor znajduję … Zabawne, ale czy to jest istota pisania?

Pozdrawiam Batavia.

Napisz komentarz