Opowieść wigilijna (Rita) 4.67/5 (14)

Fotografia ze zbiorów Autorki
Fotografia ze zbiorów Autorki

Fotografia ze zbiorów Autorki

Sypało. Przez okno na wysokim piętrze wieżowca widać było wyraźnie potęgę białej masy opadającej drobinkami na ziemię. Oglądał ostatnio z synem program dokumentalny, w którym David Attenborough ze stoickim spokojem opowiadał o czymś, co było kiedyś i nazywało się “Ziemia Śnieżka”. Kosmiczna kula zatopiona w bezkresnym wszechświecie, calutka pokryta kilometrową warstwą śniegu. Skąd naukowcy wiedzą takie rzeczy? Odtwarzają sekwencję zdarzeń sprzed miliardów lat z taką łatwością. Czasem wątpiłby w istnienie dinozaurów, gdyby nie gigantyczny szkielet T-rexa w muzeum, do którego chadzają z dzieciakami. A może to też pic na wodę.

Duże płatki, mokre i lepkie. Powolne i ciężkie. Odrywały się od cielnych chmur i meandrowały ku dołowi. Przyglądając się jednemu, odnosił wrażenie chaosu. Kompletnej przypadkowości obranej przez płatek ścieżki. Ale obserwując grupę, widząc miliony białych kropek wirujących w powietrzu, dostrzegał prawidłowości, Wielki Kosmiczny Porządek.

Na biurku panował lekki rozgardiasz. A było to biurko wielkie, nowoczesne w formie, z nutą ekstrawagancji. Robione na zamówienie dla kogoś, kto ma gust i pieniądze. Ściany w głębokiej szarości zdobiło kilka dyplomów, tylko tych, których treść rzeczywiście coś znaczyła. Przeciwległą zdobiła dobra kopia Hoppera przedstawiająca samotnego mężczyznę w biurze. Kiedy patrzył na ten obraz, to tak jakby patrzył w lustro. Miał tylko trochę więcej włosów. Jeszcze.

Przeciągnął się na fotelu, aż strzeliły stawy. Poprawił pasek i rozporek. Wstał i podszedł do ściany szkła. Oparł czoło o chłodną taflę. Przeczesał dłońmi siwiznę. Miasto jarzyło się, płonęło. Czuł się jak Neron obserwujący pożogę Rzymu. Było już późno, powinien wracać do domu. Zaśmiał się pod nosem. Dom. Dom, czyli rodzina, kochająca żona, grzeczne, radosne dzieci. Taki był zamysł. Tak powinno być. Ale nie było. Ta głupia kurwa zdradziła go z byle obszczymurem. Ze stażystą! Miał swoje sposoby, by się o tym dowiedzieć. Coś w nim pękło. Coś rozsypało się na kawałeczki. I tak, jak ze stłuczonej filiżanki nie da się już złożyć całości, tak nie wierzył już, i nie chciał, składać ze strzępów swojego małżeństwa.

Ubrał się powoli, zjechał windą na parter wieżowca. Zatrzymał się jeszcze chwilę przed szklanymi drzwiami, obserwując zamieć. Po co wracać do domu, w którym jest zimniej niż na zewnątrz? Ruszył zdecydowanie przed siebie. Śnieg błyskawicznie zasypał mu oczy, wdarł się za postawiony kołnierz płaszcza. Zamiast na podziemny parking, skierował swe kroki do najbliższego pubu. Był blisko. Stanowił wyspę innego świata wśród otaczającej go masy metalu i szkła. Niewysoki budynek z osiemnastego wieku, lejący żółty blask na oblodzony chodnik, wabił ciepłym wnętrzem. Bożonarodzeniowe światełka, złote piwo w kuflach,gwar rozmów, swetry, zapachy, śmiech. Przecisnął się do kontuaru i zamówił pale ale. Przez chwilę udzieliła mu się ta radosna atmosfera. Świąteczny entuzjazm! “Och, jak dawno się nie widzieliśmy! Co u ciebie słychać? Wszystkiego najlepszego! Tak u mnie dobrze. U ciebie też dobrze? To dobrze! Wspaniale! Pozdrów! Ty też pozdrów! Tak pozdrowię. Świetnie.” Szczebiotanie elfów na dragach. Poczuł chłód w środku. Taki głęboki, rozrywający kości chłód. Jednym haustem wychylił resztę piwa.

Wywalił się przed samym wejściem, prezentując przechodniom podeszwy swoich Crocket&Jonesów. Niech przynajmniej wiedzą, że go stać. Wstał niezgrabnie, przytrzymując się donicy z choinką i ostrożnie przeszedł na parking. Wigilia, psia jego mać. Są ludzie smutni jak skasowany MiniMorris. Dyndają na cienkiej nitce jak pająki,  z utęsknieniem czekające aż pęknie i roztrzaskają się o bruk. Edward Sutcliff III czuł się takim pająkiem. W lśniącym Aston Martinie, ale jednak pająkiem. Droga przez miasto nie pozwalała mu zapomnieć, że są święta. Tłumy spieszące we wszystkich kierunkach, piesi przewalający się przez jezdnię jak fale wezbranego oceanu, wszystko pulsujące, żywe. Ulice jak arterie gigantycznego organizmu. Korki niczym zatory miażdżycowe. A to wszystko w wielu warstwach – część żyjątek zanurzała się w trzewia miasta, pędziła tunelami metra, część unosiła się w powietrzu, uciekając – byle dalej. Część, otulona czułością, trwała w cieple przy najbliższych. Tym zazdrościł. I tych skrycie nienawidził.

Brama pod domem nie chciała się otworzyć. Może ze zdziwienia ilością śniegu. Musiał wyjść z nagrzanego wnętrza pachnącego skórą i tytoniem i ręcznie manipulować przy zamku. Ręce szybko zgrabiały, na głowie usypał mu się zabawny kopczyk śniegu. Pantofle z delikatnej skóry zaczynały przeciekać. Klął pod nosem na wszystko. Na pogodę, na kurwę w domu, na idiotów w pracy.

“Edward…” Zdawało mu się, że coś usłyszał. Szybko się obrócił, ale zawieja była zbyt gęsta. Nic nie zobaczył. Ledwo majaczyły mu się światła rezydencji naprzeciwko. Wreszcie mechanizm puścił. Odsunął skrzydła bramy, otrzepał się z grubsza i wsiadł do zapraszającego ciepłem pojazdu. Próbował rozgrzać zmarznięte dłonie, włączył wycieraczki.

“Edward…” Podskoczył. Na siedzeniu pasażera siedziała młoda dziewczyna. W krótkiej żółtej sukience. Sandałkach. Chloe. Jego Chloe.

– Kurwa! – wrzasnął machając rękami w kierunku gościa. Dłonie cięły powietrze bez oporu – Co tu się kurwa dzieje???

– Spokojnie kochany. Przecież wiesz, że mnie nie ma. – Przezroczystą dłonią przesunęła po posiwiałych skroniach. – Ale się zestarzałeś. – zachichotała.

– Jak to możliwe??? – wydukał – Chyba mi zupełnie odwaliło z tego stresu.

– Nie… a może tak… Już nie pamiętam, jak ludzie myślą. Może ci odwaliło. Jeśli tak ci łatwiej… – Zjawa zaszczebiotała, przechylając zgrabną główkę. – Ale ja nie o tym…

– Nic nie rozumiem. – Mężczyzna ze zrezygnowaniem zwiesił głowę i odpalił silnik.

– Czego nie rozumiesz skowronku? – Popatrzył na nią z osłupieniem. Jak to czego nie rozumie? Tego wszystkiego! Całej tej abstrakcyjnej sytuacji. Tego, że siedzi przed nim dawna dziewczyna. Jego pierwsza miłość. Taka, którą się pamięta. Taka, która była czysta, nieskalana syfem świata. Tak idealna, że żadna kolejna jej nie dorówna. Dziewczyna, która umarła.

– Ech, Edward… Nie patrz tak na mnie… Tylko mnie posłuchaj. Posłuchaj mnie uważnie. Bo to co chcę ci dziś powiedzieć to ostatnia szansa.

– Jaka szansa? O czym ty mówisz?

– Na twoje szczęście skowronku.

Tym razem to on się roześmiał. Głośno i szyderczo. To wszystko rzeczywiście mu się zdawało. Chloe nie żyła. Już 32 lata gniła w ziemi. A czegoś takiego jak szczęście nie ma. Nigdy nie było. I nigdy, kurwa, nie będzie.

***

Na stole stała zimna już kolacja. Zostawiła mu. Poirytowany wziął talerz i wyrzucił zawartość do kibla. Zapachniało truflami. Wciąż próbowała jakimiś drobnymi gestami ratować sytuację. Wcześniej poddawał się temu, doszukiwał dobrej woli, żywił się nadzieją. Ale nie po tym, jak po rodzinnym obiedzie pełnym czułości znalazł ją na biurku tego młokosa, z rozłożonymi szeroko nogami. Dał mu wówczas po mordzie. I wyszedł. Tylko tyle pozostało z dumy, którą kiedyś miał.

Polazł zmęczony pod prysznic. Wykonał mechanicznie wszystkie czynności, które porządny mężczyzna powinien zrobić. Umył zęby, odlał się, pierdnął. Poszedł do gabinetu, z którego zrobił sobie sypialnię. Uśmiechnął się mimochodem do mosiężnego jelenia dumnie prężącego poroże na zabytkowym sekretarzyku. Jakby na przekór sobie codziennie ścierał z niego kurz. Rogacz błyszczał w świetle księżyca. Ciężko opadł na łóżko i zawinął się w ciepłą kołdrę. Ciężkie powieki opadły. Czuł, że sen – ten pierwszy jest już blisko. Potem obudzi się pewnie koło drugiej i do rana nie zmruży oczu.

“Edward…” No ileż można!? Był przecież zdrowy psychicznie, do tej pory nic takiego mu się nie przydarzyło. Żadnych omamów, żadnych głosów, nawet kiedy się upijał zachowywał w miarę zdrowy rozsądek.

Wydało mu się, że nie jest w łóżku sam. Nie obracał się. Udawał, że śpi. Założył, że udając wystarczająco długo, odgoni nocną zmorę.

– Dziś jest ważna noc, Edwardzie. Bardzo ważna. – Gorący szept parzył jego ucho – Pamiętasz siebie kiedyś? Pamiętasz, kiedy marzyłeś? Kiedy szczęście dawały drobiazgi? Dziś sobie o tym przypomnij, bo więcej już do ciebie nie przyjdę. Zmieniłeś się. I wcale nie na lepsze. Spojrzysz dziś na siebie inaczej… Przygotuj się…

Dmuchnęła mu w kark, tak jak kiedyś. I dokładnie tak jak ponad trzydzieści lat temu zjeżyły się włoski na rękach. Zasnął. Błyskawicznie oddech się wyrównał. Śpiący, jakby skurczył się. Zwinął jak embrion. Pokój wypełniło światło księżyca. Przestało sypać. A kiedy tak się dzieje, cały świat zamiera w ciszy. Śnieg tłumi dźwięki, tłumi złość i żal. Zostawia chłodny spokój.

***

Kiedy otworzył oczy zegar wskazywał północ. Usiadł na łóżku z dojmującym uczuciem, że coś jest nie tak. Owionął go zapach perfum. Takich, które kiedyś dobrze znał. “Co za cudowne wspomnienie”, pomyślał. “Tak… ta mała z sekretariatu tak pachniała.” A potem kolejnych. Też dziwnie znajomych. “Teraz ta ruda, niezła ździra. Dzika, dominująca.” I kolejnych. “Blondyna z parteru, wspaniale obciągała”.

I kolejnych.

I kolejnych.

I kolejnych.

Edward próbował zerwać się z łóżka ale nie miał siły. Dusił się. Spazm zwijał go gwałtownie. Oczy nabiegły krwią, ciałem targał kaszel. Próbował krzyczeć. Pokój spowijała gęsta mgła. Nie była jednolita. Mieniła się dziwnym czerwonym blaskiem. We mgle coś było. Jakaś obecność. Znajoma. Ale dziwnie obca. Wroga.

– Pokażę ci poprzednie święta, skowronku.

***

Biuro. Pada za oknem. Wchodzi niewysoka blondynka. Patrzy tak czule, jakby go kochała. W dłoniach z jaskrawo czerwonymi paznokciami ma dokumenty. Podchodzi do biurka powoli, kusząco kołysząc biodrami. Bez tej gracji którą ma Irene, ale stara się. Kładzie pisma na blacie, pochylając się, by mógł zobaczyć, że nie założyła stanika. Dla niego. Na wierzchu papierów spoczywa jej zdjęcie. To które kiedyś pochwalił. Ze słodką adnotacją na odwrocie, którą czyta z namaszczeniem. “Dla mojego Rycerza…” Tego na białym koniu, chyba. Potem podchodzi bliżej, by mógł stwierdzić, że majtek też nie ma na sobie. Wsuwa palce. Jest taka mokra. Za każdym razem. Pazurki opiera o biurko. Tyłek wypina w kierunku Westminsteru. Dobry tyłek. Na chwałę Anglii. Dygocze jak osika. Wpycha głębiej. Rżnie palcami z całej siły. Mała dyszy. Nie umie być cicho.

– Milcz, kurwo…. – syczy jej do ucha.

Gryzie mocno, prawie do krwi. A blondyneczka wije się jak wypełniona dłonią pacynka. Odwraca głowę, chce całować. Oczy błyszczą. Usta wilgotne, lśniące białe ząbki. Skóra bez jednej zmarszczki. Złote pukle słodko pachną. Wtula nos we włosy, w szyję. Kutas twardy. Za piętnaście minut przychodzi klient. Mało czasu.

– Obciągaj…

Mała zjeżdża w dół. Modelowo. Przyzwyczajona do pracy na kolanach. Szybko radzi sobie z rozporkiem i wyjmuje członka. Uśmiecha się figlarnie. Dziecko do lizaka. Wysuwa język i zaczyna oblizywać. Za długo to trwa. Nie ma czasu na zabawę. Chce ją wyruchać w drobne usteczka.  Chwyta w garść włosy i nadziewa do samego końca. To też w lot pojęła. Zdolna bestia. Dłonią ściska ciemne brodawki. Dzidzia lubi ból. Ciągnie jeszcze szybciej. Coraz zachłanniej. Do samego gardła. Kutas znika głęboko. Wynurza się mokry od śliny. Mała sięga ręką między swoje uda, nabiera wilgoć i smaruje mu usta. Czuje jej intensywny zapach, słodko-słony smak i dochodzi. Tryska bez uprzedzenia. Sekretarka dławi się zaskoczona. Szybko przełyka, żeby sperma nie poplamiła żakieciku. Łzy w niebieskich oczach, kiedy dociska jej głowę na ostatni strzał. Dziewczyna drży skulona u jego stóp.

– Wstawaj. Zaraz przychodzi Rowley.

Podnosi się z kolan. Całuje go. W ustach smak nasienia. Na jego wargach smak młodej cipy.  Poprawia mu fryzurę. Zapina rozporek.

–Wesołych świąt mój słodki.

       – Taaa. Pozdrów męża i dzieci.

       – Spierdalaj.

Wychodzi. Za dwie minuty pojawia się z powrotem ze świeżą szminką na ustach.

– Pan Rowley już jest, szefie.

– Dziękuję pani Thomson. Zapraszam do gabinetu.

***

Wraca do domu pośpiesznie. Trąbi na opieszałych kierowców. Zdenerwowany. Uderza dłonią w kierownicę. Irene będzie zła, kiedy się spóźni. Przychodzą wszyscy. Rodzina. Dzieci czekają na prezenty. Wycieraczki nie nadążają. Strugi deszczu uderzają z impetem w szybę. Jeszcze kilka przecznic. Podjeżdża pod oświetlony lampkami dom. Witaj Święty Mikołaju! W drzwiach staje Irene. Brzuch już duży, będzie rodzić na dniach. Ale wciąż piękna, elegancka, choć zmęczona. Całuje go czule, on gładzi delikatnie wypukłą sukienkę. Mała kopie. Sielanka. W środku jasno, gwarno. Wesoło. Nie wie czego mu brakuje. Czemu wciąż szuka podniet. Ma przez chwilę wyrzuty sumienia. Ale odgania je pośpiesznie. Jest okazja, musi z niej skorzystać. Nie jest już młody. Już półmetek, jeszcze może dziesięć lat korzystania z życia. Jeszcze młode cizie będą moczyć majtki na jego widok, choć nie ma pojęcia czemu. Potem się ustatkuje, wyśle dzieci na studia, będą siedzieć z Irene na tarasie i popijać portugalskie wino. A może pojadą na długie wakacje na jakieś wyspy. Póki nikt nie wie, nie robi przecież nic złego, nikogo nie krzywdzi.

***

Eve Thomson podaje do stołu. Dzieci szczęśliwe rozpakowują prezenty. Mąż milczy. Ona ociera łzy. Stara się panować nad sobą. Ale nie umie. Emocje przeciekają przez sito twarzy, sączą się z porów skóry pachnącej szefem. Dziwna miłość, niepoważna, uzależniająca. Bolesna. Gdyby umiała udawać, gdyby umiała oddzielać serce od dupy. Nie umie.

Mąż wstaje od stołu bez słowa. Całuje dzieci na pożegnanie. Wychodzi. Próbuje go zatrzymać w drzwiach. Łapie za kurtkę, odpycha ją. Nie mówiąc nic. Scena jak z taniej telenoweli. Ale tak prawdziwa. Tak żywa. Ludzie pełni emocji, żalu zachowują się schematycznie do bólu. Powielają ten sam ograny wzór. W kółko. I w kółko.

Rozwód.

Konsekwencje.

Chryja.

***

Kiedy otworzył oczy zegar wskazywał północ. Ogarnął go lęk. Potworny zły lęk. Śniło mu się tak słodko. Wspomnienie było wciąż żywe. Poczuł, że mu stoi. Eve Thomson była miła. Ładniutka, słodka, dość bystra, ale bez ambicji. Nie zwalała z nóg, lecz umiała zapewnić rozrywkę i podbudować ego. Nie wiedział, że się rozwiodła. Pewnego razu nie chciała mu po prostu obciągnąć, zaczęła mieć humory, więc ją zwolnił. Nie potrzebował zbędnego balastu. Ale teraz poczuł się z tym źle. Jakby część odpowiedzialności spadła na niego. Odpowiedzialności za nią, za jej niepowodzenia, za jej uczucia. Przecież nie umawiali się na życie. Wiedziała, że się nie rozwiedzie. To był układ idealny – oboje w związkach. Czysto i bez niebezpieczeństw. Czasem jej mówił, że ją kocha. Ale głównie dla jej przyjemności. Widział, jak się wtedy cieszyła. Ale nie sądził, że brała to na poważnie. On miał swoje problemy, ona pewnie swoje. To dlaczego czuł się teraz tak źle? Czemu chciał przeprosić? Prosić o wybaczenie. Lęk i ból. Jej lęk i ból był teraz jego. Jutro coś z tym zrobi. Jest w końcu Boże Narodzenie. Zadzwoni do niej. Tak po prostu, złoży życzenia. Zapyta, czy może jej jakoś pomóc.

“Edward…” Czego znowu?! W pokoju zrobiło się ciemno. Bardzo ciemno i bardzo zimno. Jeleń pokrył się szronem. Wcisnął się głębiej pod kołdrę. Nie chciał już więcej wrażeń. Chciał już tylko spokoju. Rozległ się głuchy odgłos. Rytmiczny, gwałtowny, cichy jęk, ale jakby niezadowolenia. Chłód przenikał do kości. Ciemność wnikała w czaszkę. Bał się kolejnej wizji. Nawet jeśli mu stanie. To nie było dobre.

– Teraz zobaczysz obecne święta, skowronku…

***

Znów biuro. Jest starszy niż w poprzednim śnie. Więcej siwych na głowie. Oczy otoczone siatką zmarszczek. Bardziej opadające powieki. Nie ma Eve Thomson. Nie ma już nikogo na całym piętrze. Został sam. Gapi się bezmyślnie na obraz Hoppera. Tak, to on. Sam w wielkim pustym biurze. Mieli pod czaszką kolejne wizje zemsty, makiaweliczne plany rewanżu, tak, żeby granat wrzucony w mrowisko narobił najwięcej szkód. Smakuje te obrazy jak przystawkę w trzygwiazdkowej restauracji. Delektuje się bólem, który zada. Upokorzeniem, które będą musieli znieść. Siebie również nie zamierza  oszczędzać. Wszyscy się dowiedzą, że jego żona to kurwa, że puszcza się z byle kim, to przecież o nim świadczy. Nie umie upilnować, nie zaspokaja jej, nie daje jej wszystkiego. A jeśli daje, to jest frajerem, który dał się wydymać. Z którego śmieje się wraz z kochankiem. Teraz wszyscy będą się śmiać.

Wkurwiony wali pięścią w biurko. Jest solidne. Wiele może znieść.

Przez uchylone drzwi zagląda ciemnoskóra sprzątaczka. Za głową pokrytą długimi warkoczykami pojawia się obfite ciało. Jest młoda, ale ma zmęczoną twarz. Duży, murzyński tyłek w leginsach, koszulka na ramiączkach, wylewający się biust.

– Przepraszam pana, czy mogę zacząć sprzątać biuro?

Obudzony z letargu spogląda że wściekłością. Dziewczyna kuli się pod tym spojrzeniem. Stoi niepewnie z mopem w ręce. Wydyma grube usta. Ni w te ni wewte.

               – Jak się nazywasz? – rzuca zza biurka.

– Lailani.

– Jak dalej?

– Lailani Mbape.

– Nowa?

– Od miesiąca.

– Rodzina tu?

– Tam.

– Chcesz tu zostać?

Murzynka schyla głowę. Nie patrzy w oczy.

– To podejdź bliżej. Pokaż mi się.

Podchodzi. Wpatruje się w podłogę. Stoi dwa kroki przed nim.

– Bliżej.

Przesuwa się pół kroku.

– Jeszcze bliżej.

Szeroka twarz nie zdradza uczuć. Jest jak maska. Człowiek schował się głęboko. Na zewnątrz nie ma już nic.

– Nie bój się. Mam małego. Nawet nie poczujesz.

Zsuwa leginsy. Czarna, wielka dupa.  Kiedy uderza nawet nie widać śladu.  Na tyłku Irene od razu kwitł odcisk dłoni. Na tym jest pusto. Wali jeszcze raz, i jeszcze raz. Jakby w nadziei że coś zobaczy. Leje na oślep. Raz za razem. Kutas już sterczy gotowy. Wsadza mocnym pchnięciem aż po jądra. Chwyta szerokie biodra i ładuje. Zamyka oczy. Wielka pizda pochłania, zasysa.  Otula i daje zapomnienie. Trzyma kurczowo gładką skórę. Białe na czarnym. Białe w czarnym. Jest podniecony. Rozpaczliwym podnieceniem straceńca.  Jeszcze kilka pchnięć. Wie, że to koniec. Jądra kurczą się. Zaraz tryśnie. Wyciąga gwałtownie w ostatniej chwili. Czarny tyłek spływa białym nasieniem.. Opiera się o nią. Jest ciepła, duża, milcząca.

– Posprzątasz za dziesięć minut. Zaraz wychodzę. Teraz spierdalaj.

Murzynka podciąga spodnie i wychodzi.

***

Kiedy otworzył oczy, na zegarze była północ. Lęk zamienił się w przerażenie. Dygotał pod kołdrą. Już nie był podniecony wizją, której doświadczył. Był obrzydzony sobą. Tym czym się stał i co robił. Zaczynał rozumieć. Jak młody wiosenny listek kiełkowała myśl. Niewygodna. Uwierająca. Palec wskazujący skierowany w jego stronę. Surowe spojrzenie. Starał się tego unikać przez całe życie. To, że ludzie uważali go za buca niewiele znaczyło, dopóki sam się dobrze czuł. Był zadowolony z pracy, miał piękną, interesującą żonę, udane dzieci, dom, którego wszyscy mu zazdrościli. A do tego żył jak chciał. Doświadczał, chłonął, brał. Czy to naprawdę takie złe? Czasem zapadał się w pustkę, ale kogo to nie spotyka? Z czasem jednak było coraz gorzej. Pustka ma to do siebie, że nie ma dna. Ile nie wrzucisz, pochłonie wszystko.

“Edward…” Był już gotowy. Skulony w łóżku. Zrezygnowany. Czekał na swoje imię.

– Czy chcesz dowiedzieć się, jak będą wyglądać kolejne święta? Czy już się domyślasz? Czy widzisz już jak wiele od ciebie zależy? Wszechświata nie interesujesz. Nie interesujesz nawet wielu ludzi wokół. Ale to małe poletko wokół siebie możesz uprawiać. Sprawiać, żeby kwitło. – zamilkła – Albo zamienić w ugór…

***

Biuro. Pali się tylko zielona lampka. Siedzi za blatem wychudzony. Źle wygląda. Rok temu, pięć lat temu, dziesięć lat temu wyglądał lepiej. Teraz już nie. Tak jakby czas, przed którym uciekał nagle go dopadł. I żarłocznie obdarł z resztek młodzieńczego uroku. Zakola głęboko wcinają się w czaszkę. Twarz poszarzała. Za dużo papierosów. Teraz też dym snuje się z popielniczki. Nadaje skórze odcień nieświeżej pościeli. Wpatruje się w telefon. Któraś miała zadzwonić. Obiecały wszystkie. A dochodzi dwudziesta pierwsza. Wigilia. Jutro Boże Narodzenie. Wieczorem odbierze dzieci i jeśli nie będzie padać pójdą na lodowisko. Ale pewnie będzie padać. Zerka przez okno. Czarno. Chmury żółtawe, niskie. Będzie padać. Chuj w łyżwy. I tak nie lubi jeździć. Zapala kolejnego papierosa, nie zauważa, że stary wciąż się tli.

Wigilia. Papiery walają się po biurku stertami. Nie może się ostatnio na niczym skupić. Udaje przed klientami, udaje przed pracownikami. Tylko sam siebie nie potrafi skutecznie okłamać. Zdjął ze ściany obraz. Nie był w stanie już na niego patrzeć. Zawiesił jakąś tandetną mapę świata.

Patrzy znów na telefon. Wyświetla profil Irene. Nie wie czy wciąż ją nienawidzi. Czy po prostu tęskni. Taka śliczna na wyretuszowanym zdjęciu. Dobrze wie, że już tak nie wygląda. Ją też zjada czas. Po kawałeczku. Może zadzwonić? Ale po co. Jest z dziećmi u swoich rodziców. Pewnie oglądają jakiś familijny film. Śmieją się. Jedzą. Żołądek ściska głód. Nie jadł nic od rana. Nie był w stanie nic przełknąć. Rzygać mu się chce na samą myśl o świątecznym stole.

Irene… Zamyka oczy. Wiatr. Ciepły, letni. Razem nad morzem. Wózek z malutkim. Śpi tak słodko. Ciemne włosy żony powiewają. Lśnią. Słońce prześwietla je, rzucają cień na opaloną twarz. Uśmiecha się radośnie. Spacerują za rękę. Zatrzymuje ją, wózek przesuwa w cień, pod drzewo. Przyciska kobiece ciało do siebie.

– Nie, nie teraz… – broni się, ale bez przekonania.

– Wiesz, że chcę cię zawsze.

– Zboczeniec! – śmieje się.

Palcami powoli podnosi sukienkę. Irene wymyka mu się, odbiega kilka kroków, kusi. Ona nie chodzi, ona płynie. Tyle wdzięku, tyle gracji. Chce ją mieć natychmiast. Podchodzi i całuje. Tym razem już bez oporu. Oplatają go szczupłe ręce, palce wsuwają się we włosy. Rozchyla dekolt, wyciąga nabrzmiałą mleczną pierś. Chwyta wargami, zaciska. Mleko zaczyna płynąć, tryska na język. Słodycz rozlewa się, wypełnia mu usta. Napięta skóra jest gorąca, pulsuje. Czuje przepływającą białą ciecz. Nigdy niczego takiego nie czuł. Takiej bliskości, intymności. Dłonie żony przytulają go mocno. Głowa oparta o piersi. Usta Irene na jego czole.

Palcami delikatnie odchyla materiał majtek. Są śliskie. Krótkie włoski łaskoczą. Wilgoć wypływa. Opuszkiem drażni łechtaczkę. Tak jak ona lubi najbardziej. Powolnymi, miarowymi kółkami. Z piersi wciąż kapie mleko, usta Irene wodzą po jego szyi. Rozluźnia się w jego ramionach, skupiona na przyjemności. Liże miękki sutek. Wylizuje każdą kroplę. Wyciąga drugą brodawkę. Ta tryska nawet bez dotyku, pobudzona ssaniem. Chwyta mleko na język. Nie wszystko, reszta trafia na policzki, na brodę, kapie na koszulkę, na sukienkę. Wsuwa palce w rozgrzane wnętrze. Kciuk zostaje na naprężonym wzgórku. Przyśpiesza rytm. Lekko przygryza pierś. Wie, że może boleć. Wypływa jeszcze więcej. Irene zaczynać drżeć, wewnątrz i na zewnątrz. Fale wychodzą z głębi i rozlewają się po każdym skrawku ciała. Zęby zaciska na jego karku, mocno, by nie krzyczeć. Palce docierają do dna i tam wibrują przedłużając rozkosz.

 Padają razem na trawę. Leżą na plecach. Trzymają się za ręce. Zaczynają poruszać rękami i nogami. Jak anioły na trawie. Dwa jasne, roześmiane anioły.

***

Obudził się, kiedy świtało. Rozejrzał się z przestrachem, niepewny czy tym razem to rzeczywiście jawa. Wstał energicznie i spojrzał na zasypany białym puchem ogród. Wpadł na pewien pomysł. Ubrał się szybko i pobiegł na górę. Irene spała z młodszą córką. Ciemne włosy rozsypały się na poduszce. Wyglądała tak spokojnie. Uklęknął u wezgłowia i pocałował ją w czoło. Tak jak to robił setki razy wcześniej. Ale tym razem nadał temu gestowi sens.

– Wstawaj.

Westchnęła głośniej. Obróciła się na drugi bok.

– Irene… Obudź się. Proszę…

Otworzyła oczy zdziwiona, rozespana.

– Co się stało?

– Nie pytaj. Po prostu chodź ze mną.

Widziała, że jest zmieniony. Inaczej mówił, inaczej się zachowywał. Nie do tego przywykła przez ostatnie pół roku. Nakryła dziecko kołdrą i pośpiesznie się ubrała. Chwycił ją za rękę i pociągnął po schodach. Podał jej kurtkę i buty. Bez słowa wyprowadził na taras zasypany śniegiem. Roześmiał się radośnie. Ulepił kulkę i rzucił w jej stronę. Stała wciąż w drzwiach. Część puchu wpadła do salonu i roztopiła się na puszystym dywanie. Uśmiechnęła się. Najpierw nieśmiało. Potem szerzej. Znów przypominała dwudziestoparoletnią dziewczynę. Odrzuciła śnieżkę. Trafiła w nos. Starł wesoło chłód z twarzy i podbiegł do żony. Porwał ją w objęcia i zataczając się pijani szczęściem padli na ziemię. Położył się na plecach i bez słowa w niemym porozumieniu zaczęli poruszać rękoma i nogami. Dwie postaci na pustym białym tarasie. Anioły na śniegu. Śmiejące się anioły….

***

Gwałtownie wciągnął powietrze jak po długim nurkowaniu. Bardzo długim. Drżał. Ciało miał zlane potem. Rozejrzał się z niedowierzaniem. Pokój był pusty. Był tylko on. Edward Sutcliff III na wąskim tapczanie w gabinecie. Ciężkie rzeźbione meble groźnie spoglądały z kątów pokoju. Za oknem było ponuro. Padał deszcz. Nie było śladu po śniegu. W ogrodzie smutno mokły rośliny sadzone jego ręką. Ubrał się pospiesznie. Nerwowe ruchy. Nogawki nie chciały nasunąć się na szczupłe nogi. Palce nie chciały zapinać guzików. Boże Narodzenie. Choinka. Prezenty. Radość. Wzruszenie. Miłość.

Wyszedł z domu trzaskając drzwiami.

Wsiadł w samochód.

Pojechał do biura.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre…. Przyjemnie się czyta. Hmm żeby tak ludzie umieli spojrzeć wstecz w swoje życie i wyciągnąć wnioski.

Ludzie rzadko są w stanie spojrzeć na swoje życie z boku. Ocenić je obiektywnie, dostrzec wpływ jaki mają na innych. Zazwyczaj doprowadziłoby to do znacznego obniżenia samopoczucia 🙂 A przecież każdy ma jakąś wizję siebie, często wyidealizowaną. Edward dostał szansę, która się nie zdarza.

Urocza adaptacja. Lubię czytać Twoje utwory bo są ambitne. Masz ciekawe pomysły. Twoje opisy seksu powodują że momentalnie mi staje. Masz niezbyt często spotykaną umiejętność szybkiego rozpalania, wystarczą dwie-cztery linijki, kilka słów i już twardo się robi. Teraz też by tak było ale czytając doświadczyłem huśtawki uczuć i z chuci niewiele wyszło. No ale taka ma być przecież Wigilijna Opowieść.

Rzeczywiście, “sceny” w tym opowiadaniu są zbyt gęsto przeplecione egzystencjalnymi rozterkami bohatera by móc się poddać ich nastrojowi. Zresztą… “sceny” to zbyt dużo powiedziane, raczej scenki lub impresje. Ambitne opowiadania erotyczne – to jest dopiero urocze 🙂

Moim skromnym zdaniem literatura erotyczna może być ambitna. No bo zwykle jesteśmy w stanie od razu określić preferencje co nas kręci a co nie ale dzieje się tak, o ile nie mamy do czynienia z fantazjami, dla tego że coś postrzegamy przez pryzmat strachu lub uprzedzenia. Ambitny tekst jest w stanie to zmienić. Ja na przykład nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety, podejrzewam że gdyby o to poprosiła to mógłbym mieć opory ze spełnieniem tej prośby. Jednak niedawno przeczytałem tekst który zapoczątkował zmiany w tym kierunku.

Autorko,
Gdybyś opowiadanie umieściła w polskich realiach, byłoby zapewne ciekawsze i mocniejsze.
Uśmiechy i Źyczenia pomyślności w 2018 dla Wszystkich Autorów i Czytelników.
Karel Godla

Karelu, opowiadanie jest na tyle subtelnie osadzone w realiach obcych, że wydźwięk jest uniwersalny. Jest biuro, jest człowiek, który postępuje jak postępuje, jest schyłek małżeństwa, jest zima, święta, śnieg. To się może zdarzyć absolutnie wszędzie. A miejsce dobrałam do opowieści wigilijnej. Po prostu.

Wyszła Ci Rito całkiem smakowita przypowiastka nie tylko o tym, co w życiu powinno być ważne, ale też o podwójnych standardach. Sądzę, że również Czytelnicy w pierwszej chwili byliby skłonni bardziej surowo niż głównego bohatera, oceniać jego żonę (zdaje się o niebo mniej rozpustną), a przecież to z gruntu niesprawiedliwe…

Przyznam, że nie mam pojęcia czy Hopper popełnił obraz zgodny z opisem, ale jego sterylny styl świetnie pasuje do historii. Tyle, że podobnie jak Karel, wolałabym czytać o tu i teraz. Tekst nie straciłby, gdyby bohaterem był kierownik średniego szczebla czy właściciel małej firmy, obszedłby się zresztą nawet bez wyraźnego zakotwiczenia w realiach ekonomicznych.
Wielu autorów NE ucieka w światy fantastyczne, historyczne czy obce nam rzeczywistości. Dla mnie jako czytelnika to zupełnie zbędna otoczka (a w zasadzie to wręcz nie lubię, gdy opowiadania erotyczne ociekają opisami zbytku; jakby dobry seks należał się wyłącznie bogaczom), ale jako autorka rozumiem, że czasem potrzebna jest odrobina dystansu.

Z niecierpliwością czekam na Twój kolejny tekst 🙂

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Otóż Aniu o ten dystans mi chodziło, akurat przy tym tekście.

Naturalnie, że najmilej, najwygodniej i najsoczyściej pisze mi się o mojej małej powiatowej mieścinie, którą mogę przejść w godzinę bez zbytniego pośpiechu, gdzie po pięciominutowej rozmowie z nieznajomym w barze śmiejemy się ze wspólnych znajomych, a Skiroławki wcale nie wydają się tak odległe. Marzyło mi się, aby mój Edward był osadzony w realiach, które tak dobrze znam, ale… Musiałam odrobinę odlecieć, popatrzeć na niego jak na postać w szklanej kuli wypełnionej śniegiem – malutkiego, z drobnymi rączkami, z zafrasowanym czółkiem, w mini astonkumartinku. Poczuć się przez chwilę jak Demiurg, który tworzy coś od podstaw. Gdybym to było w moim grajdołku, nie umiałabym zachować zdrowego dystansu.

Dziękuję za komentarz!

Rita

Przyznam się że przeczytałem to opowiadanie drugi raz tak na spokojnie bo z grubsza pamiętałem fabułę i nadal jestem pod wrażeniem. I nie po to żeby się emocjonować seksem, mimo że scenki erotyczne są bardzo podniecające ale zastanowić się do czego prowadzi seks bez podtekstu uczucia czy nawet fascynacji partnerem. Rozładowanie napięcia i …. Pustka. Wg powiedzonka ” nie ważne czy młoda czy stara byle szpara” . Kiedyś w latach młodzieńczych miałem taki okres żeby zaliczyć jak najwięcej panienek ale po pewnym czasie zorientowałem się że to nie ma sensu. Bo te tzw przygody zlewały się , trudno było dopasować imiona a nieraz nawet o nie nie pytałem bo i po co skoro to była ” jednorazowa przygoda”. Pozdrawiam noworocznie.

Naprawdę fajnie się czyta…
Pozdrawiam B.

Prawdziwa opowieść wigilijna. Świetny pomysł.

Brakuje mi na początku bardziej precyzyjnego zdefiniowania mężczyzny o którym czytam. Muszę się bardzo skupiać, bo jeszcze nie wiem co będzie dalej, a obrazy i jego odczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Można się pogubić.

Udaje Ci się oddać beznadzieje chwili jaką odczuwa ten mężczyzna, później oczywiście ślicznie obracasz światem zamieniając winnych.

Podoba mi się opis miasta. Zaraz po fikołku bohatera. Obrazy są żywe i czytając słyszę jego puls, miarowy odgłos z oddali. Zwierzę o tysiącu oczu w rozświetlonych szybach budynków.

Zdarza się, że używasz w narracji słowa potoczne, które należało by raczej zastąpić innymi. Zdarza się, że trafiają się nawet całe takie zdania: np. “Ledwo majaczyły mu się światła rezydencji naprzeciwko.” Lepiej by było: Na przeciwko majaczyły światła sąsiedniej rezydencji.

Opis seksu ostry, jedziesz po czerwonej linii, ale da się go czytać. Nadajesz tempo i akcja sama się rozwija. Dobrze napisane, choć bardzo bezpośrednio.

“Rozwód” – ok
“Konsekwencje” – ok
ale – “Chryja”…?

Korekta:
“– Ale się zestarzałeś. – zachichotała.” – Bez kropki przed drugim myślnikiem.
“– Jak to możliwe???” – wydukał…” – Po znaku zapytania dajemy “wydukał” z wielkiej litery.

@ Batavio – cieszy 🙂
@ Jinnie – Dziękuję za komentarz. Staram się pisać obrazami – tak jakby kamera obserwowała z ukrycia moich bohaterów, a nie skryba przyczajony pod biurkiem. Stąd zanim poznamy bohatera, najpierw go widzimy. Jeśli chodzi o język potoczny – lubię go i celowo używam. Kiedy o czymś myślę, w mojej głowie nie pojawiają się zdania wielokrotnie złożone i wysublimowane słownictwo, tylko najprostsze sformułowania, instynktownie porównania. Kiedy pisałam to opowiadanie, to starałam się oddać swobodny tok myślenia bohatera. Taka relacja na żywo. Przy opowieściach, gdzie narrator zachowuje dystans, snuje historię bardziej opisowo, rzeczywiście pełne, eleganckie zdania są bardziej właściwe.

Pozdrawiam serdecznie!
Rita

Napisz komentarz