Czarownica X (MRT_Greg)  3.1/5 (10)

14 min. czytania

Zamyślony nie bardzo odbierał co do niego mówią, zanotował tylko w pamięci, dokąd ma się udać wieczorem, po czym pchnął szklane drzwi do biblioteki. Gdy tylko zamknęły się z cichym mlaśnięciem, otoczyła go cisza. Odetchnął z ulgą. Po całym dniu wrzawy poczuł, jakby znalazł się w innym świecie. Ruszył w kierunku stolika z rozłożonymi na nim gazetami. Rzucił na niego okiem i dostrzegłszy same znane ogólnopolskie i światowe tytuły, rozejrzał się w poszukiwaniu miejscowych.

Na półeczce obok rzeźby Światowida dostrzegł folder o treściach wyraźnie religijnych i niewiele obszerniejsze, składające się z okładki i kilku stron pisemko z nazwą miasta w tytule. Sięgnął po nie i przewertował kartki. Jak mógł się spodziewać, na większości z nich znajdowały się reklamy, w głównej mierze poświęcona uprawom ogrodowym, do tego oferty pracy i dwustronicowy artykuł o Dniach Ziemi. Czarno-białe fotki przedstawiały ludzi grabiących trawę i przycinających gałęzie. W tle chmara dzieciaków obrzucała się kolorowymi liśćmi. Spojrzał na datę na pierwszej stronie. Pierwszy październik dwa tysiące trzydziestego czwartego. Cena: dwa euroruble. Przekreślona. Najwyraźniej dla mieszkańców była bezpłatna.

Odłożył pisemko na miejsce, po czym przyjrzał się pozostałym pozycjom na półce. W większości były to poradniki dla ogrodników, gospodyń domowych, majsterkowiczów. Na kolorowych okładkach widniały roześmiane twarzy starszych ludzi z dumą wznoszących przed siebie swoje okazy. W jednym z nich rozpoznał drzewko bonsai, wyglądające jak splecione ze sobą kilkanaście wąskich pni jakiegoś liściastego drzewa. Nie znał się na nazwach, ale ta roślina była wręcz niesamowita. Z rozłożystą koroną, sięgająca daleko poza obręb doniczki, wydawała się mroczna i posępna. Brunatne liany zwisające z jej gałęzi wyglądały jak porwana pajęczyna morderczego drapieżnika. W cieniu pod drzewem ktoś poukładał kilka kamieni mających imitować wrośnięte w ziemię głazy. Czarnej ziemi wokół drzewa nie porastał nawet najdrobniejszy mech.

Nic tylko postawić sobie na biurku koło łóżka – mruknął, krzywiąc się.

Gdy tracił już nadzieję, że znajdzie coś, co pomogłoby mu podjąć trop, dojrzał fragment okładki wystający na końcu półki. Wciśnięta między dwa opasłe tomy, zatytułowane „Genealogia pomidora kaukaskiego” i „Poradnik dla młodych małżeństw”, była – mogłoby się wydawać – zupełnie nie na miejscu. Ciekawe, jak nazywał się dziadek pomidora kaukaskiego, pomyślał. Pewnie Iwan.

Wyciągnął książeczkę i zdziwiony ujrzał zbiór bajek dla dzieci.

W sumie równie dobrze mogła to być książka serwisowa „Jeżdżę samochodem VW Garbus” – rzekł już na głos, rozglądając się dookoła. – Nie sądzicie?

Odpowiedziała mu cisza. W pustej sali zastawionej regałami nie było prócz niego żywej duszy.

Zniechęcony rzucił książeczkę na stół i usiadł przy nim. Wsparł głowę na dłoniach, opierając łokcie o blat i westchnął zmartwiony. Jego nadzieje na znalezienie jakichkolwiek informacji legły w gruzach. Nie miał ochoty przeglądać wszystkich półek. Z daleka widział okładki książek; kolorowe grafiki biły po oczach, cenione nazwiska mieszały się z zupełnie nieznanymi. Tuż obok niego dział historyczny otwierała pięciotomowa saga „Opowieści helleńskich”. Oczywisty zapewne pseudonim autora pasował jak ulał. Sięgnął ręką w kierunku tomiszcza. Przekartkował kilka stron i zatrzymał się na wybranym przypadkowo fragmencie. Treść zbiła go z pantałyku. Czytał uważnie jakiś czas, po czym odłożył księgę na miejsce i roześmiał się cicho.

Nie ma to jak porcja erotyki przed mdławymi doktoratami – pokiwał głową.

Obrzucił spojrzeniem półki wokół. Ten, kto układał książki, najwyraźniej kierował się zupełnie niezrozumiałą dla niego logiką.

Od niechcenia przewrócił pierwszą stronę książeczki. Narysowana na kartce kobieta miała długie rude włosy i w sukni z roślin tańczyła wokół drzew. Wyraźnie szczęśliwa, uśmiechnięta, wyciągała ręce w kierunku siedzących na gałęziach ptaków. Pędy winorośli oplatających jej ramiona wyglądały tak, jakby z niej wyrastały. Gdy przyjrzał się uważniej, zorientował się, że suknia również stanowi integralną całość z jej ciałem. Na stronie nie było żadnego tekstu, każdy milimetr powierzchni poświęcony został przedstawieniu natury otaczającej kobietę. Nie mając nic innego do roboty, postanowił zapoznać się z bajką. Na kolejnych stronach nieznany autor prowadził czytelnika przez bajeczny świat natury, w której prym wiodła piękna kobieta. Pojawiały się tam inne postacie. Na jednej stronie młode dziewczęta i chłopcy, tańcząc wokół ogniska, trzymali się za ręce. Na następnej przytulali się do siebie.

Nieco dziwna tematyka jak na bajkę dla dzieci – mruknął do siebie, widząc, że postacie pozbawione są odzienia.

Mimo że stali nieznacznie tyłem wyraźnie dostrzegał łuk piersi dziewcząt i ciemność między ich udami. Nachylający się nad jedną z nich mężczyzna eksponował genitalia. Adam z bijącym sercem przerzucił kartkę. Nie bez zaskoczenia ujrzał rysunek młodziutkiej dziewczyny leżącej na stole wykonanym z bali, otoczonej płodami rolnymi. Z szeregu stojących wokół mężczyzn wychodził jeden z nich. Jego atletyczna sylwetka została zaznaczona zaledwie kilkoma muśnięciami pędzla. Na następnej stronie widać było buchający nad lasem płomień. Adam zmarszczył brwi. Przyjrzał się uważniej zagłębieniu między kartkami i zorientował się, że kilku brakuje. Pewnie jakiś moherowiec wyrwał, żeby dzieci nie widziały, do czego tak naprawdę służy siusiak, pomyślał. Zniechęcony brakiem grafiki przedstawiającej rozgorączkowany srom dziewczyny i wpychającego się w nią kutasa, przewrócił stronę.

Albo taki sam świniak jak ty zabrał je ze sobą do domu i masturbuje się codziennie w łazience podniecony wizją rypania nastolatki – mruknął, nim ujrzał kolejny obrazek.

Zupełnie ciemna strona zbiła go z tropu. Gapił się na nią blisko półtorej minuty, czując bijącą od niej złowrogą aurę. Odetchnął głęboko i zobaczył, jak nad książeczką unosi się para z jego ust. Po chwili dotarł do niego zapach zgnilizny. Jak gdyby otwierając tę stronę, zajrzał do kilkudniowego grobu. Zsunął się nieco ze stołka, dotykając barkami twardego oparcia. Spojrzawszy na stronę pod ostrym kątem, dostrzegł na rysunku rysy układające się w kształt wysokiej postaci z rozwichrzonymi włosami. Ledwie rozróżnialne linie wokół postaci układały się w wir z gałęzi. Zafascynowany, zatykając nos, zbliżył się do kartki i przyjrzał dokładniej. Teraz mógł rozróżnić twarze w tle za tajemniczą kobietą. Usiłując jak najmniej dotykać książeczki, obracał nią powoli. Postać pośrodku wciąż tkwiła w tej samej niezmienionej pozycji, zaś twarze za nią przeobrażały się, co pozwalało przypuszczać, że są ich tam setki.

Usłyszał cichy syk i lekki powiew przeciągu obrócił kartkę. Na obrazku widniał daleki krajobraz miasta pogrążonego w kotlinie. Czym prędzej wrócił na poprzednią stronę. Skonsternowany ujrzał zieloną gęstwinę i oddalającą się wysoką sylwetkę. Rąbek sukni zlewał się z ciemnozielonymi paprociami.

Co jest, do kurwy!? – warknął rozeźlony.

Ej!

Głośny szept z boku wyrwał go z zamyślenia. Młody mężczyzna spoglądał na niego z niechęcią.

Nie jesteś tu sam! A biorąc pod uwagę, że właśnie przyszła, to radzę ci się stąd zmywać. Tak jak ja.

Mężczyzna popatrzył za oddalającym się młodzieńcem.

Kto przyszedł? – mruknął bardziej do siebie.

Wstał niepewnie. Wysoki regał zasłaniał mu widok holu. Zamknął książeczkę i przez chwilę się zastanawiał, po czym włożył ją za spodnie i przykrył koszulą. Ruszył w kierunku wyjścia.

Rozglądając się uważnie na boki, dojrzał ruch za jednym z regałów. Z padającego cienia wywnioskował, że osoba musi być wysoka i szczupła. Ujrzał nawet przez moment dłoń zaopatrzoną w kilkanaście pierścionków i bransoletek. Chciał tam podejść, lecz jego uwagę odwrócił zgrzyt w przejściu do holu.

Chodź tu! – Młodzieniec nawoływał go, machając ręką – Pospiesz się, póki cię nie widzi!

Adam zmarszczył brwi, jednak posłuchał rady chłopaka. Zamykając za sobą szklane drzwi, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego odejście zostało jednak zauważone. Ukradziona książka ciążyła mu jak ołów. Był przekonany, że wyraźnie odznaczała się pod koszulą. Rozglądnął się na boki. Chłopak był już na zewnątrz.

Dogonił go dopiero kilka metrów od budynku, w sąsiedztwie piaskownicy.

Co jest? – spytał, łapiąc go za ramię.

Chłopak odwrócił się przestraszony.

Ej, kolego, o co ci chodzi?

Wołałeś, żebym wyszedł.

Co takiego? – Był szczerze zaskoczony.

Siedzieliśmy razem w bibliotece i powiedziałeś…

W jakiej bibliotece? – przerwał mu, odsuwając się profilaktycznie – Ja nie byłem w żadnej bibliotece! Odczep się od mnie, człowieku!

Powiedziałeś, że nie jestem sam i radziłeś mi, bym wyszedł, bo ona przyszła…

Co? Jaka ona? Stary, weź idź do lekarza albo przestań palić to świństwo. – Młody miał wyraźnie dość napastliwego mężczyzny.

Adam pokiwał głową, po czym odszedł od niego. Obejrzał się tylko na moment, ale tamten wciąż stał z niewyraźna miną. Zastanawiając się, czy nie wrócić do biblioteki, by porozmawiać z tajemniczą jej pracowniczką, dojrzał wybiegającą z zagajnika Amelię. Kolczaste pędy róż owijały jej ciało, drąc na strzępy sukienkę. Piszczała przeraźliwe. Adam rzucił się na ratunek, zapominając w jednej chwili o zdarzeniu sprzed kilku sekund. Biegnąc, otarł się o jakąś postać. Przeprosił, nie podnosząc wzroku, skupiony na jak najszybszym dotarciu do dziewczyny. Gdyby jednak w tym momencie przystanął i spojrzał w kierunku placu zabaw, zobaczyłby młodego mężczyznę skulonego przed wysoką kobietą w ciemnym kapeluszu z szerokim rondem. Łzy toczyły się po jego twarzy, złożone błagalnie dłonie świadczyły, że wiedział, co go czeka. Adam usłyszał krzyk za plecami, długi i zawodzący niczym ostatni skowyt psa potrąconego przez samochód. Obejrzał się w biegu, lecz dojrzał tylko zamazane sylwetki wśród leśnego gąszczu. Szybko stracił zainteresowanie.

Ami! Co się stało? Jak ty wyglądasz? Biedactwo. Czekaj, rozplączę cię z tych chwastów. – Adam obchodził dziewczynę dookoła, z troską wyjmując pędy spomiędzy jej włosów. – Musiałaś przedzierać się przez ten gąszcz? Nie było innej drogi. Czekaj! Chryste Panie, przecież zaraz stracisz skalp! No… Już. Dobrze się czujesz?

Tak. Dziękuję – odparła cicho, wyjmując z rękawków twarde kolce.

Wyglądasz jak po nalocie szarańczy. To taki owad – dodał pospiesznie, widząc jej pytający wzrok. – Ciągle zapominam, że nie znacie nawet połowy zwierząt, które jeszcze nie tak dawno żyły na ziemi. Czekaj no… Skąd masz tego siniaka?

Adam uniósł włosy opadające jej na ramiona. Przez chwilę przyglądał się ciemnej plamie na szyi. Wyraźnie dostrzegał odbite palce.

Ami, kto ci to zrobił?

Spuściła głowę w dół.

Ami, powiedz mi. Nie bój się. Nie można przecież pozwolić, by ktoś cię tak traktował. To było tam wśród zarośli, tak? Czy… Ami… – Adam zachłysnął się. – Czy ktoś ci zrobił krzywdę?

Potrząsnęła głową. Dostrzegł niemal niezauważalne spojrzenie, jakie rzuciła w stronę krzaków. Szybko spojrzał w tamtym kierunku i wydawało mu się, że dostrzegł umykający kształt.

Stać! – wrzasnął i popędził w tamtym kierunku.

Adam, nie! – Ami wpadła w histerię. – Proszę, nie idź tam!

Ami, nie można pozwolić mu uciec. – Zatrzymał się na moment. – Ale ty biegnij do naczelnika i powiedz mu o wszystkim!

Adaaam! – Ami była wyraźnie przerażona, lecz mężczyzna ani myślał jej słuchać. Choć zwolnił nieco, nadal podążał w kierunku zarośli. Na metr przed zieloną ścianą zaczął się skradać. Zerknął za siebie. Nie dostrzegając Amelii, uspokojony, że jednak go posłuchała, rozgarnął pierwsze krzaki. Pokryte twardymi kolcami stanowiły niemal niemożliwą do przebycia barierę.

A w wozie leży maczeta – mruknął do siebie, próbując rozplątać grube pędy.

Schylony nad rośliną uświadomił sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, szarpiąc się z krzewem, traci czas na dogonienie rzezimieszka, po drugie, jakim cudem umknął on tędy tak szybko, skoro Adam nie mógł przesunąć się nawet o krok. Podniósł głowę i z zaskoczeniem skonstatował, że to, co początkowo wziął za gąszcz, w rzeczywistości było różanym klombem ograniczonym kilkoma świerkami. Wystarczyło obejść go dookoła, by zobaczyć, że krzaki mają nie więcej niż dwa metry grubości.

No to mi gnój zwiał – mruknął zniechęcony.

Podszedł do stojącego na środku klombu postumentu, na którym ktoś postawił kamienny klocek. Adam przyjrzał mu się bliżej, po czym pokręcił głową z braku zrozumienia. Nie bardzo rozumiał współczesną sztukę. Bryła była niemal idealnym sześcianem. W kilku miejscach widział odłupane fragmenty, łamiące krawędzie oraz kilkanaście rys, które przecinały zarówno płaszczyzny, jak i kanty. W zasadzie rzeźba wyglądała tak, jakby artysta porzucił swoją pracę już po pierwszych rytach, zniechęcony twardością materiału. Adam przyjrzał się postumentowi, wiedząc, że artyzm czasem odnosi się do form zupełnie nieprzewidywalnych. Mimo że obszedł połowę obiektu, nie dostrzegł niczego, co sugerowałoby, że to postument jest clou programu. Splunął pod nogi i spojrzał ponownie na kamień. Uniósł brew w zaskoczeniu. Na tle ciemnej zieleni widział doskonale odwzorowany profil starszej kobiety z fragmentem kapelusza. Haczykowaty nos i wąskie usta były niezwykle wyraźne. Ledwie zarysowany podbródek przechodził w wąską szyję.

Adam cofnął się o pół stopy i ponownie widział tylko kamienny blok. Gwizdnął przez zęby.

A to ci dopiero… – mruknął, teraz już bardzo powoli się przesuwając.

W ciągu kolejnych trzydziestu minut odkrył kilkanaście kolejnych twarzy, a gdy klęknął zmęczony i spojrzał w górę okazało się, że znalazł następne. Łącznie naliczył sześćdziesiąt sześć męskich i damskich profili, będąc równocześnie zupełnie pewnym, że gdyby spojrzał na rzeźbę z góry, odkryłby kolejne. Równocześnie, gdy miał środek rzeźby dokładnie na wysokości oczu, stawała się ona na powrót zwykłym klockiem.

Niesamowite! Ciekawe, czemu nie postawili jej pośrodku parku zamiast w tej gęstwinie.

Spojrzał w kierunku domu kultury i przypomniał sobie, po co w ogóle znalazł się w tym miejscu. Raźno ruszył w kierunku budowli; zaraz jednak, tknięty dziwnym przeczuciem, przystanął w sąsiedztwie ogromnej sosny. Jej pień skutecznie zasłonił go przed spacerującymi w pobliżu budynku ludźmi. Szybko zorientował się, co sprawiło, że się zatrzymał. Ogromny czarny wóz stanął tuż przy chodniku, lecz nikt z niego nie wysiadł. Za samochodem widział unoszącą się ku górze smugę spalin. To go zaciekawiło, bowiem już od dłuższego czasu nie widział nikogo posługującego się samochodem z napędem spalinowym. Ruch koło budynku zwrócił jego uwagę. Na moment oślepił go błysk światła słonecznego odbitego od szklanych drzwi, które ktoś gwałtownie otworzył, a zaraz potem ujrzał zbiegającego po kilka stopni naraz naczelnika policji szybkim krokiem zmierzającego do pojazdu. Gdy tylko dotarł, otworzyły się drzwi po stronie pasażera. Naczelnik wsiadł do środka.

Adam niepewnie przesunął się na drugą stronę drzewa. Dużo by dał, by móc usłyszeć rozmowę prowadzoną w aucie. Wiedział jednak, że to niemożliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie podejść otwarcie do samochodu i zapukać w szybę z jakąś naprędce wymyśloną historyjką, dał sobie jednak spokój. Nie wiedząc, z kim ma do czynienia, wolał nie ryzykować, mając nadzieję, że wkrótce pozna tajemniczego kierowcę. Rozejrzał się wokół siebie i nie dostrzegając nikogo przemknął w kierunku najbliższych zarośli oddalając się od ośrodka. Kluczył jakiś czas w niewielkim zagajniku, po czym wyszedł na trawnik. Opierając się o młodą brzózkę, miał doskonały widok na główną ulicę miasta. Wiedząc, że sam jest też całkiem widoczny, stał równocześnie na tyle daleko od drogi, by w razie potrzeby móc szybko wycofać się między drzewa. Miał nadzieję, że samochód, który przyjechał do miasta, będzie kontynuował swoją podróż, a nie zawróci.

Chwilę potem usłyszał dudnienie, gdy samochód ruszył. Odetchnął z ulgą, widząc, że nie pomylił się w przypuszczeniach. Pojazd toczył się wolno, dzięki czemu mógł spokojnie go obserwować. Znał zarówno tę markę, jak i model, jednak zastanowiły go wielkie grube opony. Połączywszy to z ogromnym silnikiem, który znajdował się pod maską, doszedł do wniosku, że ta jedna z ostatnich wersji hummera, po której koncern przeistoczył się w korporację naukową, musi być całkiem solidnie opancerzona. Świadczyły o tym chociażby masywne drzwi i zmniejszone okna, jak również widoczne solidne wzmocnienia zderzaków. Krata na dachu, którą zapewne podczas zamieszek spuszczano na przednią szybę, dopełniała całości obrazu. Pojazd powoli przesunął się obok niego. Wyglądał na ciężki i powolny, Adam mógłby się jednak założyć, że jego właściciel pomyślał o wszystkim i gdyby zaszła potrzeba samochód wystrzeliłby do przodu jak bolid wyścigowy. Spoglądał w ślad za samochodem, po czym nieniepokojony przez jego kierowcę ruszył, zupełnie się już z tym nie kryjąc, w kierunku domu kultury.

* * *

Kto to był? – Witowski zadał pytanie siedzącemu na przednim siedzeniu pasażera naczelnikowi policji.

Aaa… facet przyjechał wczoraj. Takim dużym amerykańskim autem. Szukał warsztatu, ale było już późno, a dziś nikt mu nie pomoże, więc czeka do jutra.

Zbyszek zna się na starych samochodach. – Witowski był doskonale rozeznany w mieszkańcach miasta.

To prawda. I w dodatku Adam, czyli ten facet, nocuje u niego.

A w ogóle co to za facet?

W sumie to nie wiem. Wielebny z nim chwilę rozmawiał, a poza tym chyba nikt. Ale dobrze mu z oczu patrzy…

Witowski ryknął śmiechem.

I może jeszcze ręce trzyma grzecznie na podołku? Ja pierdolę, co za tekst. Dobrze mu z oczu patrzy. A wiesz jak źle, kurwa, patrzy? Hę?! Właśnie. Chuja wiesz. Byle kiep ci wejdzie na głowę. Mono! – Kierowca nadstawił uszu. – Weź no powiedz chłopakom, żeby się dowiedzieli, co to za facet. Ale tak żeby się nie zorientował.

Tak jest, szefie. – Mono wybierał już numer.

Słuchawka przy jego uchu pozwalała mu rozmawiać półszeptem, nie przeszkadzając pryncypałowi.

Jeszcze dzisiaj będę o nim wszystko wiedzieć – mruknął niby do siebie, na tyle jednak głośno, by usłyszał go naczelnik. – Prześwietlę go do pięciu pokoleń wstecz, będę znał nawet imiona dziewczyn, które wyruchał. Chciałbyś je poznać?

Nachylił się w stronę naczelnika. Ten udając, że go nie słyszy, notował coś skrzętnie w zeszycie.

Hej! Mówię do ciebie! – Szturchnął go pięścią – Nie ignoruj mnie, kurwa! Za słaby na to jesteś!

Przepraszam, nie słyszałem. – Naczelnik usiłował nie odwracać wzroku, by spojrzeć w twarz Witowskiego. Wiedział, że tamten szybko wyczytałby kłamstwo z jego oczu. Poza tym, mimo bycia policjantem, czuł respekt przed przedsiębiorcą. – Co mówiłeś?

Że jesteś głupi jak but! – warknął poirytowany Witowski. Dobrze wiedział, kiedy ktoś go olewał. – Pytałem, czy chciałbyś ruchnąć jedną z dziewczyn Adama. Wsadziłbyś jej kutasa w szparkę, a ona by krzyknęła: „Och, gdzie mi tu z tą wykałaczką? Ja chcę mojego Adama!” – Witowski ryknął śmiechem. Zaraz potem dołączył do niego kierowca.

Szefie, chłopaki na razie wiedzą tylko tyle, że przyjechał wczoraj od strony Warszawy i zatrzymał się na moment w barze „U Zdzicha”. Podobno anioły się do niego przypierdolili, ale jakoś dziwnie w pewnym momencie przestali się nim interesować. Zaraz pojadą w tamtym kierunku, by dowiedzieć się czegoś więcej. Aha… Moment… – Kierowca odebrał kolejną rozmowę, przez chwilę słuchał, po czym dodał: – Godzinę temu znaleźli jednego. Co? Yyy… Szefie, podobno facet wygląda jak rak. Ktoś go przywiązał za ręce i nogi do czterech motorów, na środku pustyni. Facet coś bredził o światłach na niebie, jakimś brodaczu i takich tam. Próbują się dowiedzieć, gdzie jest reszta jego kompanów, ale zupełnie mu się popierdoliło od tego słońca.

Dobra. Dzięki – Witowski rozparł się na siedzeniu.

Widział przez moment przybysza i tamten nie wyglądał na osiłka, zwłaszcza takiego, który potrafi rozprawić się z bandą motocyklistów. To, w jakiej formie został znaleziony jedenz nich, świadczyło bardziej o działaniu jakiejś fanatycznej sekty niż pojedynczego mściciela. Poza tym… przecież dobrze mu z oczu patrzy.

Witowski po raz kolejny parsknął śmiechem.

Słyszałeś? – Nachylił się ponownie w stronę naczelnika. – Już wiem więcej od ciebie. Do wieczora dowiem się wszystkiego: gdzie mieszkał, co robił, co pije, i jak upierdolił cały gang motocyklowy. Poza tym powinieneś się cieszyć – zapewne jechali właśnie do twojego jebanego miasteczka.

Możesz zejść ze mnie? – Naczelnik powoli miał dość lekceważącego tonu. – Ja nie mam takich możliwości jak ty. Jestem sam.

I dlatego jesteś mój. Bo tylko dzięki mnie to miasto jeszcze utrzymuje się na powierzchni. I jeśli tylko będę chciał, to rozpierdolę je w drobny mak, a ty nawet palcem nie kiwniesz.

Naczelnik milczał. Cóż miał powiedzieć? Witowski trzymał go w szachu, tak jak zresztą kilku innych mundurowych z sąsiednich miejscowości. Naczelnik nawet nie próbował się domyślać, jakiego ma haka na innych. Wiedział o nim tylko tyle, że kiedyś po pijaku potrącił córkę Malackich i uciekł z miejsca zdarzenia. Jej rodzice od kilku lat nie żyli, nie było też żadnych krewnych, którzy mogliby wytoczyć mu jakiś proces. Opinii środowiska się nie obawiał. Mieszkańcy nie przepadali za Witowskim, więc mało prawdopodobne, by mu uwierzyli. To czego obawiał się naczelnik, to samego Witowskiego i jego gróźb. Był przekonany, że przedsiębiorca zdolny jest do wszystkiego. I ma do tego również szerokie możliwości.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Adam to typ faceta, który zawsze szuka guza, a w momencie gdy tego nie robi, to guz szuka jego.
Generalnie mam drobny problem z upływem czasu w tej serii – pisze, że od początku historii upłynął zaledwie jeden dzień, a mam wrażenie, że tydzień, jak nie więcej. W tym czasie kilka osób zginęło i zaginęło. Bohater zdążył już bodajże dwa razy pociupciać, z czego raz… nieświadomie. Kręci się po miasteczku i zawsze spotyka go coś dziwnego. Kim on u licha jest?
Trochę mi to nie pasuje, ale muszę zaakceptować.

Poza tym te … Euroruble – genialne!

Strasznie mi się podoba pierwsze zdanie Twojego podsumowania. W zasadzie nigdy nie patrzyłem na Adama od tej strony ale chyba najwyraźniej coś w nim musi być. Kim jest… cóż pewnie wkrótce się okaże. Mam nadzieję, że choć trochę zaskoczy 😀
Ej no… To jest opowiadanie erotyczne! Bez ciupciania ani rusz! 😀

Witam. Euroruble jak euroruble ale Iwan – pradziad ziemniaka … zaiste jest tu humor :). I jak zwykle czytało mi się jakbym był na kwasie. Ciekawa była rzeźba ale jeszcze bardziej daje do myślenia ta magiczna liczba. Ciekawe jak Opiszesz główną bohaterkę bo kiedyś będzie trzeba to zrobić. Czy ujęcie takiego bytu w kategorii płci nie wydaje Ci się trywialne ? Dał bym piątkę ale od kiedy nie mogę się zalogować to nie mogę też oceniać.

Napisz komentarz