Perska Odyseja IX: Nikczemnicy (Megas Alexandros)  4.34/5 (74)

40 min. czytania

Peter Paul Rubens, „Porwanie córek Leukippa”

Mnesarete była rozgniewana.

Choć wiedziała, że Kassander spędził poprzednią noc w willi (doniósł jej o tym jeden z eunuchów, którego zdołała niedawno przekabacić), nie odwiedził bynajmniej jej łożnicy. Rozczarowana i samotna, przyzwała do siebie swą ulubioną niewolnicę, jasnowłosą Helenę, by ta umiliła jej noc. I tym razem jednak doznała zawodu. Pozostałe służki doniosły, że Heleny z nimi nie ma. Oznajmiły swej pani, że Kassander przysłał po nią jednego z pozbawionych męskości służących. Domyśliła się natychmiast, w jakim celu to uczynił.

Nie zdziwił jej nawet jego wybór. Podobnie jak jej imienniczka, o którą wybuchła Wojna Trojańska, Helena była istną pięknością. Kręcone blond włosy spadały na jej szczupłe ramiona, a w modrych jak morska toń oczach można było się zatracić.

Karminowe wargi stworzone były do pocałunków, a języczek – zawsze zręczny i chyży – wychodził śmiało na spotkanie języka jej pani. Choć miała dopiero czternaście lat, jej piersi już zakwitły i były niewiele tylko mniejsze od biustu Mnesarete. Łono miała gładkie i smakowite – Mnesarete kosztowała czasem jej płatków, by odwdzięczyć się za szczególnie rozkoszne pieszczoty. Tyłeczek miała w miły sposób zaokrąglony. Mimo doświadczenia w zbliżeniach saficznych wciąż była dziewicą – nigdy przedtem nie posiadł jej mężczyzna. Jej właścicielka dołożyła starań, by dziewczyna nie miała okazji wpaść w oko Kassandrowi ani nikomu z jego eskorty.

Najwyraźniej poniosła klęskę.

Przewracając się z boku na bok w pustym łożu, nie mogąc zasnąć z wściekłości i rozczarowania, Mnesarete wyobrażała sobie noc Kassandra i Heleny. Miała nadzieję, że defloracja była dla niewolnicy bardzo bolesna. Jej macedoński kochanek nie należał do najdelikatniejszych mężczyzn, a jego żądza była tak niepowstrzymana, że często po prostu rzucał się na niewiastę i wbijał się w jej pochwę, nie bacząc na to, czy jest ona na to właściwie przygotowana.

Czuła jednak, że w istocie jest zupełnie inaczej. Mnesarete nieraz widziała, jak Helena wodzi spojrzeniem za każdym pełnowartościowym mężczyzną, jaki tylko pojawił się w okolicy. Z pewnością niecierpliwie wyczekiwała chwili, gdy któryś z tych silnych i władczych mężów weźmie ją do swego łoża. Wezwanie ze strony ich wodza musiało mieć dla niej szczególnie słodki smak. Zapewne z radością powitała utratę błony dziewiczej, przerwanej przez pokaźny członek Kassandra.

Mnesarete zacisnęła ręce w pięści. Helena zachowuje się jak suka w rui, pomyślała. Teraz zapewne – leżąc pod muskularnym ciałem Macedończyka, obejmując mu szyję ramionami, a biodra udami – czuje, że odnosi nad swą panią triumf. Jeszcze się przekona, jak wielką pomyłkę popełniła! W samotnej bezsenności nałożnica z Argos zaczęła układać plan zemsty.

Nazajutrz Helena wróciła do komnaty służebnic dopiero koło południa – zaraz po tym, jak Kassander udał się do miasta. Mnesarete z przykrością zauważyła, że jej niewolnica wprost tryska dobrym samopoczuciem. Najwyraźniej przeżycia zeszłej nocy, a pewnie i dzisiejszego poranka, dostarczyły jej wiele satysfakcji. Usługiwała swej pani z taką samą uczynnością jak zawsze, ale widać było, że myślami przebywa gdzie indziej.

Mnesarete czuła, że oto pod bokiem wyrasta jej rywalka. Musiała zatem działać szybko. Jeśli rozpustna młódka przypadła Kassandrowi do gustu, dziś w nocy może znowu po nią posłać. Nałożnica nie miała zamiaru cierpieć konkurencji w obrębie willi. Akceptowała naturalnie fakt, że jej macedoński kochanek sypiał z niezliczonymi pornai i heterami. Jeśli już musiał ją zdradzać, powinien czynić to daleko od domu – tak, by nie mogła tego widzieć ani słyszeć. Nie powinien też dotykać żadnej z jej dziewcząt. Należały do niej, sam jej je podarował.

Wczesnym popołudniem przyzwała do siebie trzech eunuchów. Wśród nich był jej człowiek. Odesłała niewolnice do ich pomieszczenia, pozwalając zostać jedynie Helenie. Ta właśnie czesała i układała włosy swej pani. Gdy skończyła, Mnesarete zwróciła się do pokornie czekających kastratów:

– Uznałam, że nie potrzeba mi aż trzech niewolnic. Dwie w zupełności wystarczą, by zadbać o moje potrzeby. Dlatego jeszcze dziś rozkazuję wam zabrać tę oto na targ niewolników i sprzedać.

Helena pobladła. Uniosła ręce do otwartych ze zdumienia ust.

– Pani – rzekł ostrożnie jeden z eunuchów – to własność dostojnego Kassandra…

– Kassander mi ją przekazał– przerwała mu Mnesarete – a teraz ja się jej pozbywam. Czy mam donieść twojemu panu, że kwestionujesz moje polecenia?

Teraz z kolei zbladł tamten. Helena wciąż nie była w stanie wykrztusić ani słowa.

– Stanie się tak, jak każesz. Wstań, Heleno, udasz się z nami.

Niewolnica spojrzała na swą panią.

– Czym na to zasłużyłam? – jęknęła tylko.

– Już ty dobrze wiesz czym – odparła Mnesarete, mierząc ją wrogim spojrzeniem. Po czym pochyliła się ku niej i szepnęła: – Skoro Kassander postanowił zrobić z ciebie kurwę, upewnię się, byś nią pozostała.

Gdy eunuchowie wyprowadzali Helenę z gynajkejonu – nie stawiała oporu, zbyt oszołomiona sytuacją – Mnesarete przywołała swojego zaufanego.

– Spraw, by dziewczynę kupił któryś z domów publicznych – rozkazała. – Z jej urodą nie powinno to nastręczać trudności. Życzę sobie, by już dzisiejszej nocy musiała obsłużyć tuzin lub dwa tuziny klientów.

– Zgodnie z rozkazem, pani – wykastrowany mężczyzna pokłonił się jej i również opuścił komnatę.

Mnesarete przeciągnęła się na poduszkach. Zwycięstwo przyszło tak łatwo… Usunęła rywalkę z drogi. Jeśli Kassander zrozumie nauczkę i przestanie dobierać się do jej służebnic, nie będzie musiała udzielać mu kolejnej lekcji. Zastanawiało ją tylko jedno: skoro wszystko się udało, czemu nie czuła satysfakcji?

Opowieść helleńska: Kassander XI

* * *

Kassander zbudził się na pustym posłaniu.

Lampa oliwna dawno już zgasła, gdy zabrakło w niej paliwa dla płomienia. Macedończyk nie pozostawał jednak w zupełnych ciemnościach. Przez otwarte wejście namiotu wpadało tyle światła, że docierało nawet w odległy kąt, gdzie sypiały zwykle niewolnice, a teraz leżał on – rozparty na sienniku, który zazwyczaj musiał wystarczyć dwóm dziewczętom. Uniósł się na łokciach i rozejrzał po obszernym przedsionku, lecz nie ujrzał nigdzie Melisy, z którą spędził ostatnią noc. Domyślał się, że jej praca zaczyna się wraz z nastaniem świtu.

Poprzedniego wieczoru wypił sporo wina i teraz jego gardło zdawało się wyschnięte na wiór. W panującym wokół półmroku odnalazł swe odzienie. Wstał i ubrał się powoli, następnie wyszedł przed generalską kwaterę. Wartownicy wyprężyli się na baczność i mocniej chwycili drzewca włóczni. Machnięciem ręki pozwolił im spocząć.

Rozległe obozowisko tętniło już życiem. Uliczki wytyczone między namiotami przemierzali szybkim krokiem oficerowie, szeregowi żołnierze, słudzy, gońcy z wiadomościami, sprzedawcy wina i chleba, a nawet udające się na spoczynek po pracowitej nocy pornai. Pędzono również nimi bydło, którego mięso miało wieczorem trafić do żołądków macedońskich wojaków. Brakowało tu tylko korowodu egipskich tancerek i procesji panatenajskiej. Znużony całym tym chaosem i odczuwający coraz bardziej dotkliwe pragnienie Kassander powrócił w półmrok swej kwatery. Natknął się tam na Parmys, jasnowłosą niewolnicę pochodzącą z Lidii. Wychodziła właśnie z ulokowanych w środkowej części namiotu komnat swojej pani.

– Mnesarete już się obudziła? – spytał.

– Tak i zażyczyła sobie kąpieli. Idę właśnie po wodę, panie.

– Zanim pójdziesz, przynieś mi wina. Najlepiej cały dzban. Szybko!

Lidyjka skinęła jasną głową i cofnęła się tam, skąd przyszła. Wkrótce do uszu Macedończyka dobiegł uniesiony głos Szmaragdowookiej. Najwyraźniej rozgniewał ją fakt, że służąca wpierw zajęła się poleceniem Kassandra, a nie jej własnym. Kiedy Parmys wróciła do niego, w dłoniach niosła dzban oraz posrebrzany puchar, zagrabiony jeszcze w Pałacu Krezusa. Policzek dziewczyny ciemniał od wymierzonego uderzenia, a w oczach lśniły świeże łzy.

Generał nie skomentował. Poczekał, aż niewolnica napełni mu puchar, a potem upił spory łyk. Momentalnie poczuł się lepiej. Odebrał od Parmys dzban i pozwolił, by wróciła do swych obowiązków.

Kończył właśnie wino, gdy do namiotu weszła Melisa. W koszyku niosła pachnący niedawnym wypiekiem chleb, ser oraz oliwki na śniadanie. Miała na sobie prosty, skromny peplos z białej wełny, kontrastującej z ciemną karnacją. Gdy Kassander posłał jej spojrzenie, zarumieniła się i opuściła szybko wzrok. Choć zeszłej nocy uprawiali miłość, wciąż była wstydliwa niczym dziewica. Podniecony już trunkiem oraz świeżymi wspomnieniami Macedończyk zbliżył się do niej, ujął za podbródek i zmusił, by popatrzyła mu w oczy. Następnie jego dłoń zsunęła się niżej, wodząc opuszkami po szyi i dekolcie niewolnicy, dotarła w końcu do drobnej piersi. Popieścił ją przez materiał. Dziewczyna westchnęła cicho, koszyk zakołysał się w jej ręku. Czemu nie zacząć tego dnia w miły sposób, pomyślał. Wino i kobieta. Brakowało tylko śpiewu, ale na to też znajdzie się sposób. Kiedy już zaspokoi pożądanie, może przekona się, jakie piosenki zapamiętała ze swej ojczystej Jonii.

– Tu jesteś, nieznośna dziewczyno! – usłyszał za sobą zniecierpliwiony głos Mnesarete. – Najpierw ta lidyjska idiotka zmusza mnie, bym czekała na kąpiel, a teraz ty ociągasz się z przygotowaniem śniadania! Och, witaj Kassandrze – gdy odwrócił się ku niej, popatrzyła na niego ze słabo skrywaną niechęcią. – Niepokoiłam się o ciebie, gdy nie wróciłeś do mnie na noc. Ale jak widzę, niepotrzebnie.

Choć niedawno się obudziła, przed opuszczeniem alkowy pamiętała o ułożeniu włosów, przyciemnieniu powiek węglem i umalowaniu ust egipską szminką. Z sukni z najcieńszego jedwabiu wyglądała równie kusząco, jak Melisa, choć był to zupełnie inny rodzaj pokusy. Jonka pociągała swoją nieśmiałością, a szata, którą włożyła, skrywała jej wdzięki, jedynie je sugerując. Dziewczyna z Argos niczego nie próbowała ukrywać. Przeciwnie: pyszniła się swą rozkwitającą urodą. Przez cienki materiał mógł niemal dostrzec ciemniejsze niż reszta ciała aureole sutków.

– Muszę cię prosić o więcej niewolnic. Jak widzisz, te dwie są krnąbrne i leniwe. Próbuję wpoić im posłuszeństwo, ale boli mnie już od tego ręka… zdobyłbyś dla mnie ze dwie Mezopotamki? Najlepiej, by mówiły po grecku. Nie chcę ich do wszystkiego przyuczać. Nie muszą być za to ładne – popatrzyła na Melisę w sposób, który sugerował, że dobrze wiedziała, kto poprzedniej nocy dotrzymał towarzystwa Kassandrowi. – Z ładnymi służącymi tylko więcej kłopotów…

– Poszukam, lecz nie będzie łatwo – odparł Macedończyk, nie przejmując się zbytnio gniewem zdradzonej nałożnicy. – Branki, które jak dotąd zdobyliśmy to proste chłopki. Skąd mają znać grekę? Moi żołnierze nie porywają ich po to, by z nimi rozmawiać…

Mnesarete westchnęła.

– W takim razie nauczę ich kilku podstawowych poleceń. Jeśli będzie trzeba, wypiszę im je na plecach batem!

Kolejna już uwaga o biciu niewolnic wzbudziła w generale irytację.

– Zanim dostaniesz nowe służące, musimy najpierw coś wyjaśnić.

– Co takiego?

Spojrzał na przysłuchującą się rozmowie Melisę.

– Rozbierz się i odwróć do nas plecami.

Jonka znów się zarumieniła, ale w oczach miała raczej lęk, niż wstyd. Postawiła koszyk na ziemi, a następnie szybko pozbyła się odzienia. Będąc już całkiem nagą, ukazała Kassandrowi i Szmaragdowookiej swój pocięty pręgami po biczu grzbiet oraz czerwone od chłosty pośladki.

– To musi się skończyć – rzekł Macedończyk. Mnesarete wzruszyła ramionami.

– Zapewniam cię, że kara była w pełni zasłużona.

– Nawet jeśli to prawda, zanadto się w niej rozsmakowałaś.

– Melisa jest moją własnością. Będę z nią czynić, co uznam za stosowne.

Jego irytacja rosła, zmieniając się powoli w zimną furię.

– Otrzymałaś ją ode mnie w darze. Podobnie zresztą jak Parmys. Szanuj moje dary i nie niszcz ich, bo kolejnych nie dostaniesz.

W oczach nałożnicy błysnął zielony płomień.

– Ta dziwka musiała być wyjątkowo dobra, skoro tak przejąłeś się jej losem – nałożnica z Argos zbliżyła się do wciąż odwróconej Jonki. Przesunęła opuszkami palców po jej pośladkach. Choć dotyk był niemal pieszczotliwy, Melisa i tak zadrżała.
– Nie zmieniaj tematu! – warknął.

– Ale to wciąż jeden i ten sam temat – Mnesarete sięgnęła niżej, między uda niewolnicy. Ta jęknęła głośno, gdy dwa palce bez śladu delikatności wtargnęły w jej pochwę i zaczęły się w niej rozpychać. – Przyznaj, Kassandrze, zostawiłeś tu wczoraj nieco siebie? Czy dlatego zmarnowaliśmy tyle słów na kurewkę niewartą nawet przelotnego wspomnienia?

Trzema krokami pokonał dzielący ich dystans. Chwycił kochankę za nadgarstek i zmusił, by cofnęła rękę. Jej palce wysunęły się z wnętrza Jonki, która wydała z siebie ledwie słyszalne westchnienie ulgi.

– Powiedziałem: koniec z tym. Następnym razem, gdy zobaczę na jej plecach świeże ślady po biczu, ty otrzymasz dokładnie takie same.

Jego spojrzenie i lodowaty ton sprawiły, że oprócz gniewu Mnesarete poczuła również lęk.

– Wiesz, że lubię, kiedy mnie chłoszczesz – daremnie próbowała obrócić całą sprawę w żart. – Czasem sama cię o to błagam…

– Możesz być pewna, że to będzie zupełnie inna chłosta. I wcale ci się nie spodoba.

Patrzył w szmaragdowe oczy, oczekując, że dostrzeże w nich kapitulację. Lecz ona odwróciła tylko głowę.

– Jak sobie życzysz. Więcej nie podniosę na nią ręki.

Kilka wypowiedzianych obojętnym tonem słów musiało mu wystarczyć. Kłótnia zmęczyła go, chciał jak najszybciej zamknąć temat i oddalić się do własnych spraw. Później zajmie się naprawą tego, co najwyraźniej popsuło się między nim i Szmaragdowooką. Wypuścił z ręki jej nadgarstek i ruszył w stronę wejścia z namiotu.

– Nie zostaniesz na śniadanie? – spytała z niezbyt szczerym zawodem.

– Zjem w kwaterze Jazona. Mam z nim sporo do omówienia.

– Rozkażesz, by przygotowano moją łódź? Chcę, by wypłynęła na rzekę, gdy tylko rozpocznie się wymarsz.

Zatrzymał się w wejściu i zaskoczony obrócił ku kochance. No tak, przecież ona o niczym nie wie…

– Dziś nie będzie wymarszu. Obozujemy tu co najmniej do jutra.

Tym razem zawód, który odmalował się na twarzy Mnesarete był całkowicie autentyczny. Kassander poczuł zdziwienie. Musiała naprawdę polubić podróżowanie po Tygrysie…

* * *

Po śniadaniu w namiocie Jazona, obszernym i wypełnionym zrabowanymi na trasie przemarszu dziełami sztuki, zgromadzili się najwyżsi rangą oficerowie macedońskiego korpusu, wśród nich dowódca jazdy Herakliusz oraz kierujący hoplitami z Aten i Argos Dioksippos. Ateńczyk zdradzał oznaki wyczerpania po nocy, która upłynęła mu w gościnie u babilońskiego kupca Hassana – na pijaństwie i miłostkach z urodziwymi niewolnikami. Przekrwione spojrzenie, zmierzwione włosy i drżące ręce, w których trzymał puchar wina. Kassander na jego widok potrząsnął tylko głową z politowaniem.

Nie tracąc czasu, generał przedstawił swoim podkomendnym propozycję Hassana – trzy talenty w srebrze w zamian za zdobycie dlań trzech tysięcy niewolników, uprowadzonych z mezopotamskich wsi. Oprócz tego uczciwa cena za każdego jeńca z osobna. Jak można się było spodziewać, perspektywa zarobku wzbudziła w Macedończykach, Hellenach i Trakach żywy entuzjazm. Nikt nie protestował ani nie podnosił jakichkolwiek zastrzeżeń. Dlatego też natychmiast zabrano się do formułowania planów. Operację trzeba było przeprowadzić szybko, by wieść nie rozeszła się po żyznej równinie. Chłopi mogliby próbować ucieczki, utrudniając pracę żołnierzom.

Dotychczas w karaniu niepokornych osad, które nie chciały dać wojsku zaopatrzenia, brała udział wyłącznie konnica. Kassander miał jednak zbyt mało jeźdźców, by podołali tak szeroko zakrojonym działaniom. Z tego powodu kawalerię musiała tym razem wesprzeć piechota. Jazon zaproponował swoich Traków – byli lżej opancerzeni niż hoplici, a także znacznie bardziej mobilni, niż macedońska falanga. Ateńczycy i Argiwowie Dioksipposa mieli wkraczać do opróżnionych już z ludności osad i zabierać z nich zboże, zwierzęta gospodarskie oraz wszelkie wartościowe przedmioty, które uda się znaleźć. Falangici pozostaną w obozie i zajmą się wznoszeniem zagród dla pochwyconych.

Tego dnia należało uderzyć na dziesięć leżących nieopodal wsi. Herakliusz podzielił konnicę na pięć pododdziałów. Jazon uczynił podobnie z Trakami. Każdy z oficerów stanął na czele którejś z formacji. Kassander wybrał sobie tesalskich jeźdźców. Najwyższa pora, by jego czarny niczym bezgwiezdna noc ogier, Kambyzes, rozprostował trochę nogi. Pozostało już tylko rozdzielenie celów.

– Trakowie wyruszą pierwsi – mówił generał. – Zaatakują najbliższe osady. My spadniemy na te dalej położone. Przed zmierzchem wszyscy mają być z powrotem w obozie. Nie chcę, by jakikolwiek jeniec wymknął się nam, korzystając z ciemności.

Jego podwładni ochoczo pokiwali głowami.

– Jeszcze jedno. Weźcie swoich ludzi mocno w garść. Żadnych gwałtów. Babilończycy zapłacą dużo więcej za dziewice. I nie podpalać mi budynków! Wiem, że płonąca wieś cieszy oko wojaka. Sam w Helladzie puściłem z dymem niejedno obejście! Ale pożary widać z daleka. Mogłyby ostrzec kolejne osiedla na naszej trasie.

Te słowa spotkały się ze znacznie chłodniejszym przyjęciem. Macedończyk zbytnio się tym jednak nie przejął. Jeśli będzie trzeba, chwyci niepokornych za kark i zmusi ich do posłuszeństwa.

– A teraz do oddziałów! Nie mamy czasu do stracenia. Piechota ma wymaszerować jeszcze przed południem!

Kassander opuścił kwaterę swego zastępcy i skierował się ku namiotom Tesalów. Towarzyszył mu jego adiutant, młody Argyros. Dopiero gdy oddalili się od pozostałych oficerów, efeb zdobył się na odwagę i zapytał:

– Generale, czy na pewno dobrze robimy?

– Co masz na myśli, chłopcze?

– Ci ludzie, których mamy zniewolić… nie są naszymi wrogami. To poddani króla Aleksandra! To on po zdobyciu Mezopotamii okazał łaskę jej mieszkańcom… Czy godzi się zmieniać jego decyzję?

Starszy mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na młokosa z irytacją.

– Próbujesz mi coś powiedzieć, synu? Mów otwarcie albo zamilcz!

Argyros otworzył usta, lecz najwyraźniej nie znalazł właściwych słów. Opuścił tylko głowę i wbił wzrok w udeptaną przez żołnierzy ziemię. Nieco udobruchany tym, co wziął za gest uległości, Kassander położył mu dłoń na ramieniu.

– Aleksander przemknął przez te ziemie niczym wicher, ścigając króla Persów, Dariusza. Nie miał głowy ani czasu, by decydować o losie tutejszej ludności. A ta, zgodnie z prawem wojny, przypadła Macedończykom w łupie. Najwyższa więc pora, by zebrać słodkie owoce zwycięstwa…

A ponieważ młodzieniec wciąż nie wydawał się przekonany, generał posłużył się ostatecznym argumentem:

– Jeśli tego nie uczynimy, zrobi to ktoś inny. My stąd odejdziemy, ale Babilon wciąż będzie potrzebował niewolników, a Hassan szukał sposobu na ich zdobycie. Prędzej czy później znajdzie kogoś, kogo skuszą na trzy talenty w srebrze. Naprawdę chciałbyś, by przeszły nam koło nosa?!

* * *

Mnesarete dowiedziała się o babilońskiej karawanie oraz olbrzymim targowisku, jakie rozłożyło się nieopodal wojskowego obozu od wartowników strzegących wejścia do jej namiotu, których usiłowała wypytać o przyczyny parodniowego postoju na mezopotamskiej równinie. Młodzi żołnierze nie znali owych przyczyn, ale za to w szczegółach opisali jej bogactwo kupieckich straganów oraz różnorodność wystawianych na sprzedaż towarów. Usłyszawszy ich relację, Szmaragdowooka postanowiła udać się tam osobiście i roztrwonić nieco pieniędzy z generalskiej szkatuły.

Był to jej zdaniem najlepszy sposób na poprawienie sobie humoru, zepsutego poranną kłótnią z Kassandrem oraz perspektywą dłuższego rozstania z Gelonem. Ich schadzki były możliwe tylko podczas rejsu po Tygrysie łodzią wycieczkową, na której jasnowłosy kawalerzysta miał czuwać nad jej bezpieczeństwem – w istocie zaś dbał głównie o to, by nie tęskniła za pieszczotami generała.

Zresztą, pieszczoty te z własnej woli odrzuciła, kłamiąc Kassandrowi, że zaczęło się jej comiesięczne krwawienie. Od tego czasu z daleka omijał jej alkowę, zadowalając się tą jońską suką, Melisą. Nie przejmowałaby się tym tak bardzo, gdyby wciąż mogła oddawać się Gelonowi, równie niezmordowanemu, a skupionemu wyłącznie na niej. Niestety, postój wojska oznaczał, że łódź wycieczkowa pozostanie zacumowana w niewielkiej zatoce. A nabrzmiały członek kawalerzysty długo nie zawita między udami Szmaragdowookiej.

Wszystko to – w połączeniu z coraz silniejszym pożądaniem, którego nie było jak zaspokoić – budziło w niej rosnącą frustrację. Choć zewsząd otaczali ją niezmordowani mężczyźni o legendarnej wprost potencji, nie mogła liczyć na żadnego z nich. Wojskowy obóz równie dobrze mogliby zaludniać eunuchowie. Miałaby z nich tyle samo pożytku. A zatem, pozostawały jej zakupy.

Kazała posłać po Gelona, w nadziei, że dotrzyma jej chociaż towarzystwa podczas przechadzki po targowisku. Wszak polecono mu, by dbał o bezpieczeństwo generalskiej nałożnicy. Niech więc jej strzeże. Miała świadomość, że raczej nie uda im się znaleźć sam na sam. Pośród straganów będzie zbyt wielu niepożądanych świadków – żołnierzy i oficerów z macedońskiego korpusu, lub też ich kochanek. Każdy mógł donieść o niewłaściwym zachowaniu Szmaragdowookiej. Kobiety uczyniłyby to pewnie jeszcze chętniej i bardziej skwapliwie niż mężczyźni. Mimo to pragnęła towarzystwa jasnowłosego kochanka. Nawet jego milcząca bliskość podniesie ją na duchu.

Niestety, i tutaj miał ją spotkać zawód. Parmys oznajmiła swojej pani, że wkrótce po śniadaniu Gelon opuścił obozowisko, wraz z resztą konnicy oraz tracką piechotą. Na miejscu pozostali jedynie macedońscy falangici i greccy hoplici. Mnesarete była bliska wybuchu. Miała wielką ochotę zbić którąś z niewolnic, by rozładować narastającą w niej złość. Ale Kassander pozbawił ją nawet tego. Po porannej scysji nie wątpiła, że był gotów spełnić swoją groźbę i odpłacić jej za każde wymierzone Lidyjce albo Jonce uderzenie. Musiała jej zatem wystarczyć sama wyprawa na targ.

Melisę zostawiła w generalskim namiocie. Miała serdecznie dość tej dwulicowej dziwki, która najpierw skradła jej Macedończyka, a potem uczyniła go swym obrońcą. Mnesarete zemści się na niej, to nie ulegało wątpliwości. Musi tylko znaleźć odpowiedni sposób, by nie złamać danej Kassandrowi obietnicy. Niestety, nie wyglądało na to, by niewolnica była zasmucona faktem, że nie zobaczy babilońskiego targowiska. Za to Parmys wyraźnie ucieszyła się, że to jej przypadł zaszczyt towarzyszenia pani. Szmaragdowooka zaczęła się bardziej przychylnie odnosić do Lidyjki. Może nawet kupi jej jakiś drobiazg, pozłacaną bransoletkę lub kolczyki. Niech podstępna Jonka również poczuje ukłucie zazdrości.

Oczywiście kochanka generała nie mogła opuścić obozu bez zbrojnej eskorty. Tu znów pomogli jej wartownicy. Od czasu incydentu z nubijskim niewolnikiem, Nasakhmą, który zakradł się do namiotu i próbował zgwałcić Mnesarete, kwatera Kassandra zawsze była strzeżona przez co najmniej dziesięciu żołnierzy. A zatem dwóch z nich mogło nieco urozmaicić sobie nudną służbę. Ochotnicy znaleźli się natychmiast.

Długo szykowała się do wyjścia. Przywdziała pyszną jasnozieloną suknię, nie tak śmiałą jak ta, którą nosiła o poranku, lecz i tak podkreślającą wszystkie walory jej figury. Jakby dla kontrastu, kasztanowe włosy skromnie ukryła pod haftowanym złotą nicią himationem, spod którego jednak wymykał się czasem niesforny kosmyk. Zielone oczy podkreślone przez Lidyjkę henną przyciągały spojrzenia, ciemnoczerwone usta aż prosiły się, by je ucałować. Skoro sama odczuwała katusze niezaspokojonej żądzy, niech posmakują jej również mężczyźni, których spotka na targowisku. Parmys również prezentowała się pociągająco w peplosie z błękitnego lnu oraz białym himationie. Niewolnica zabrała ze sobą koszyk na mniejsze zakupy. W razie potrzeby za tragarzy posłużą również żołnierze.

Macedońskie obozowisko zostało rozbite tuż obok babilońskiego. Przejście z jednego do drugiego było bardzo płynne – po prostu w pewnej chwili proste wojskowe namioty zostały wyparte przez wozy, naprędce obrócone w kupieckie stragany. Sprzedawcy mieli oliwkową cerę, natłuszczone olejkami włosy i brody, kolorowe szaty o długich rękawach. Ochoczo zachwalali swe towary, zarówno w ojczystym języku, jak i w kulawej grece. Parmys miała ochotę zatrzymać się przy jednym z pierwszych handlarzy, lecz Mnesarete parła naprzód. Zorientowała się, że na obrzeża targowiska zostali wypchnięci najlichsi sprzedawcy. To w jego sercu kryły się prawdziwe skarby.

Mijali ją żołnierze Kassandra, którzy podobnie jak ona udali się tu na zakupy, lub po prostu po to, by zaspokoić ciekawość, ale również śniadzi mężczyźni z Mezopotamii i jeszcze dalej położonych ziem. Z zaciekawieniem przyglądała się im wszystkim spod himationu. Babilończycy wydawali jej się dość zniewieściali, lecz nie sposób było powiedzieć tego samego o przechadzających się w tłumie ochroniarzach karawany. Zbrojni w zakrzywione miecze, o obnażonych, miedzianych torsach robili na niej duże wrażenie. Jeden z towarzyszących jej wartowników zdradził, że to Arabowie. Gdy tylko napotykała spojrzenie któregoś z tych dumnych ludzi pustyni, czuła, jak na jej policzki występują rumieńce. Wbijali w nią wzrok, twardy i nieustępliwy, arogancki i spragniony zarazem, ona zaś miała wrażenie, że jej suknia opada w strzępach na podłoże, pozostawiając ją bezbronną i nagą. Niezdolną do jakiegokolwiek oporu. Serce Mnesarete przyspieszało wtedy swe bicie, a między udami zaczynał płonąć dobrze znany ogień. Muszę znaleźć sposób, by spotkać się z Gelonem, pomyślała gorączkowo. Albo skłonić Kassandra, by znów odwiedził mą alkowę. Jeśli tego nie uczynię, oszaleję.

Nadchodziło południe, w tym kraju ciepłe nawet w zimie.

* * *

Wieśniacy prawie nie stawiali oporu.

Większość mężczyzn pochwycono jeszcze na polach, gdzie rozproszeni nie byli w stanie zorganizować skutecznej obrony. Dwaj najbardziej hardzi zginęli, reszta się poddała. Kassander kazał zgromadzić ich i wziąć na powróz, a następnie zostawił pod eskortą dziesięciu jeźdźców. Z pozostałą czterdziestką wjechał do wsi.

Kobiety i dzieci wychodziły na progi domów, na smagłych twarzach znać było strach. Tesalowie uwiązali konie do kilku drzew i ruszyli na łowy. Byli bardzo sumienni – wchodzili do każdego budynku i dokładnie go przeszukiwali. Nikt nie mógł się przed nimi ukryć. Niektóre z branek krzyczały, spodziewając się rychłego gwałtu. Matki zawodziły, kiedy oddzielano je od młodych synów. Wkrótce zaczęło brakować wziętego z obozowiska sznura. Na szczęście, żołnierze znaleźli go także w niektórych gospodarstwach. Mezopotamskie chłopki były więc krępowane ich własnym powrozem.

Kiedy sytuacja była już opanowana, generał polecił sprowadzić do osady również tych pochwyconych wcześniej. Jeńców zgrupowano w dwie kolumny – w jednej znaleźli się mężczyźni i chłopcy, w drugiej kobiety i dziewczęta. W osadzie pozostawiono jedynie starców, których i tak nikt by nie kupił. Ci również szlochali, świadomi chyba że po raz ostatni widzą swe dzieci i wnuki. A może płakali nad własnym losem? Bez opieki młodszych byli skazani na powolną agonię.

Kassander zmusił się, by na nich nie patrzeć. Miał tu zadanie do wykonania i zamierzał doprowadzić je do końca, wziąć swą zapłatę i puścić całą sprawę w niepamięć. Za to idący u jego boku Argyros nie potrafił odwrócić oczu. Wszędzie gdzie spojrzał, widział bezdenną rozpacz i niezawinione cierpienie. W bezsilnej złości zaciskał dłonie w pięści, a potem z trudem je rozwierał. Czuł, że dzieje się tu wielka niesprawiedliwość, a on sam, choć nie krępuje jeńców i nie chłoszcze po grzbietach co bardziej opornych, również bierze w tym udział. I ma swój niezbywalny udział w winie. Nienawidził siebie za to. A także za słabość, która nie pozwalała mu na bardziej stanowczy sprzeciw. Za bezsilność w obliczu zbrodni.

* * *

Przyglądała się misternie wykonanej biżuterii, zdobionej szlachetnymi kamieniami. Kupiec – rosły, chudy i bardzo brzydki Babilończyk – ochoczo zachwalał swój towar, wskazując potencjalnej klientce najdroższe i najpiękniejsze naszyjniki, pierścienie, kolczyki. Żołnierze z jej eskorty trzymali się na dystans, by nie przeszkadzać kochance ich wodza w zakupach.

W pewnej chwili jej uwagę przyciągnęła szczególnie kunsztowna kolia. Na licznych złotych łańcuszkach o niezwykle drobnych ogniwach zawieszono, oprawione w ten sam kruszec, duże kawałki krwawnika. Dziewczyna z Argos poczuła, że pragnie właśnie tego przedmiotu. Najpierw jednak należało go przymierzyć. Handlarz dysponował lustrem – wypolerowanym na błysk dyskiem z brązu. Gdy złote łańcuszki otoczyły smukłą szyję, a kamienie zakołysały się między piersiami, Mnesarete spojrzała w swe odbicie. Długo syciła oczy widokiem, nim uznała, że jest niewystarczający. Chciała ujrzeć biżuterię taką, jaką zobaczy ją Gelon. Na urodziwym, nagim ciele kobiety.

Oczywiście nie zamierzała się tu rozbierać. Po cóż jednak miała niewolnicę? Zwróciła się ku Parmys i rozkazała:

– Zsuń himation.

Lidyjka usłuchała natychmiast. Promienie słońca zaświeciły w odsłoniętych przed światem, jasnych niczym słoma włosach.

– Teraz wiązania sukni.

Tym razem służka zawahała się na moment. Rozejrzała się wokół. Na targowisku było co najmniej kilkaset osób, z tego parę tuzinów na centralnym placu, wytyczonym przed ogromnym, przypominającym raczej pałac namiotem ze szkarłatnego płótna. Obnażając się tutaj, z pewnością ucieszy wiele par oczu…

– Wydałam ci polecenie – w głosie Mnesarete zabrzmiał groźny ton. Parmys westchnęła i rozsupłała wpierw wiązanie na jednym, a potem na drugim ramieniu. Peplos spłynął w dół, zatrzymując się dopiero na biodrach niewolnicy. Oczom jej pani ukazały się dwie dorodne piersi.

– Załóż jej kolię – nakazała kupcowi. Jak można się było spodziewać, ten bardzo skwapliwie zabrał się do rzeczy. Poprawiając niby biżuterię, by lepiej się prezentowała, kilkakroć pogładził biust Lidyjki, a raz nawet zdobył się na tak wielką śmiałość, że uszczypnął ją w sutek. Jęknęła, lecz poza tym nie próbowała odpychać jego dłoni. Szmaragdowooka też ani myślała bronić niewolnicy. Interesował ją wyłącznie efekt, jaki mogła wywrzeć na swym kochanku, prezentując mu się w ten szczególny sposób.

Okrągłe krwawniki wielce kusząco kołysały się między piersiami. Parmys rumieniła się mocno, tym bardziej, że dookoła zaczęło się robić coraz ciaśniej. Każdy mężczyzna z okolicy kierował się ku stoisku sprzedawcy biżuterii. Wszyscy bezczelnie gapili się na obnażone wdzięki blondynki. Lecz pani długo nie pozwalała jej się ubrać, jakby zupełnie nieświadoma rosnącego zbiegowiska.

– Kupię ten naszyjnik – zdecydowała wreszcie. – Ile kosztuje?

Handlarz podał cenę, która nawet na Mnesarete zrobiła spore wrażenie. Kiedy zdjął kolię z szyi Lidyjki, ta wreszcie mogła zasłonić się przed gapiami. Pojąwszy, że pokaz się skończył, mężczyźni szybko się rozeszli, rzucając na odchodnym kilka wulgarnych uwag.

– Nie mam przy sobie aż tyle srebra – oznajmiła Szmaragdowooka. Było to szczerą prawdą. Opuszczając generalską kwaterę nie spodziewała się, że na babilońskich straganach będzie panować aż taka drożyzna.

Kupiec popatrzył znów na Parmys i uśmiechnął się szeroko.

– Może się jakoś dogadamy…

– Co masz na myśli? – udała, że nie pojmuje.

– Daj mi tę dziewkę, a obniżę cenę o połowę.

– Ona nie jest na sprzedaż.

Babilończyk uśmiechnął się szeroko.

– Dlatego mówię o darze. Za który odwdzięczę się upustem.

O ile przedtem Lidyjka czerwieniła się, to teraz śmiertelnie zbladła. Myśl, że mogłaby stać się własnością szpetnego handlarza o lepkich dłoniach budziła w niej odrazę. W nadziei, że uniknie tego losu, wbiła błagalne spojrzenie w swoją panią.

A ta zastanawiała się w milczeniu. Nie czuła do Parmys ani wielkiej przyjaźni, ani nawet przywiązania. Kassander zaś obiecał, że sprowadzi swojej nałożnicy dwie młode Mezopotamki… Jeśli uczyni to dziś, dziewczyna z Argos nawet nie odczuje straty… Potem jednak coś sobie przypomniała. Karę wymierzoną po tym, jak sprzedała Helenę do ateńskiego domu rozkoszy. Bolesne uderzenia, po których policzki płonęły żywym ogniem. Sznur wgryzający się w ciasno skrępowane nadgarstki… Zarówno wtedy, jak i dzisiejszego ranka, Macedończyk całkiem jasno dał jej do zrozumienia, że nie życzy sobie, by swobodnie rozporządzała tym, co odeń otrzymuje. Fakt, że Lidyjka nie cieszyła się jego względami, z pewnością nie w takim stopniu, jak Helena czy Melisa. Mimo to…

– Więc co powiesz, urodziwa pani? – zagadnął handlarz biżuterią.

Mnesarete westchnęła.

– Będę musiała odmówić twej wspaniałomyślnej propozycji – rzekła wreszcie, zaś Parmys odetchnęła z ulgą. – A zatem nie stać mnie na zakup naszyjnika.

– Ale mnie stać – rzekł ktoś za jej plecami. – I chętnie go dla ciebie nabędę.

Odwróciła się zaskoczona i ujrzała górującego nad nią, zwalistego mężczyznę o ciemnej skórze, niedużych, lecz czujnych oczach, usztywnionej wonnymi olejkami brodzie i burzy kręconych włosów. Choć odziany w białą szatę wyglądał zupełnie inaczej niż strzegący karawany, półnadzy wojownicy, domyśliła się, że należy do ich ludu. Był zatem Arabem, a całe złoto, które nosił na szyi oraz palcach dłoni wskazywało ponadto, że niezwykle zamożnym.

– Dlaczego miałbyś mi wyświadczać taką przysługę? – spytała niezbyt pewnie.

– Panie Hassanie – handlarz biżuterią z szacunkiem ukłonił się w pas nowo przybyłemu. – Powiedz tylko słowo, a wręczę ci tę kolię w prezencie…

– To nie będzie konieczne, przyjacielu. Masz tutaj zapłatę – Arab odpiął od pasa pokaźny, wypełniony brzęczącą zawartością mieszek. – Tyle powinno wystarczyć. Gdybyś poczuł się pokrzywdzony, przyjdź wieczorem do mej siedziby. Powetuję ci wszelkie straty…

– Jakżebym śmiał, dostojny… – Mnesarete nie zrozumiała nic więcej, bo handlarz przeszedł z niechlujnej greki na płynny aramejski. Arab odpowiadał mu w tej samej mowie, a ton jego słów był łagodny i kojący. W końcu sprzedawca włożył kolię do jedwabnego woreczka obszytego perłami i wręczył go nabywcy. Dopiero wtedy Hassan zwrócił się do dziewczyny z Argos.

– Proszę! Dla ciebie – rzekł, podając jej woreczek. – Jestem pewien, że będzie wspaniale wyglądać na twej szyi.

Uświadomiła sobie, że uśmiecha się przychylnie do tego dziwnego mężczyzny, choć przecież nie pociągał jej w najmniejszym nawet stopniu.

– Dziękuję ci, panie. Zastanawiam się jednak, co by na taką hojność rzekł Kassander. Generał tej licznej armii, która obozuje nieopodal. Musisz wiedzieć, że jestem jego towarzyszką. Jego kobietą – oznajmiła z naciskiem. – Mógłby to źle zrozumieć… uznać, że próbujesz mnie uwieść kosztownymi podarkami…

Jeśli sądziła, że jej słowa wywrą na nim wrażenie, srodze się zawiodła. Hassan zdawał się wręcz uradowany tym, co powiedziała.

– Wczoraj miałem przyjemność poznać twojego generała – rzekł beztrosko. – Myślę, że zrozumieliśmy się wyśmienicie. Nigdy w życiu nie sięgnąłbym po nic, co należy do niego… szczególnie w chwili, gdy pracuje dla mnie.

– Kassander pracuje dla ciebie? – spytała rozbawiona.

– O tak. W dodatku bardzo się na tym wzbogaci. Fakt, że ja jeszcze bardziej… sama więc widzisz, mój dar jest całkowicie niewinny. Za nic w świecie nie zagroziłbym interesom, jakie łączą mnie z twoim mężczyzną.

– W takim razie, z przyjemnością go przyjmuję.

– O nie, piękna niewiasto – roześmiał się Arab. – Kolia należy już do ciebie. Ale przyjemność… ta w całości jest po mojej stronie!

* * *

Pochwycone chłopki ustawiono w szeregu. Były już połączone długim sznurem, który ciasno otaczał szyję każdej z nich. Gdyby podczas marszu któraś spowolniła krok, ryzykowała uduszenie. Krótszymi kawałkami powroza skrępowano im ręce. Niektóre otwarcie płakały, inne pochylały tylko głowy w ponurym milczeniu. Kolumna miała niedługo wyruszyć do obozowiska korpusu. Pozostała jedynie ostateczna inspekcja. Kassander chciał ocenić wartość łupu, jaki przypadł jego żołnierzom w udziale. A także upewnić się, że co do joty wypełniono wszystkie jego rozkazy. Łącznie z tym o zakazie gwałtów na brankach.

Ruszył więc wzdłuż szeregu, po kolei spoglądając na każdą z dziewcząt. Wszystkie spuszczały wzrok, gdy tylko się do nich zbliżał. Kilka było całkiem urodziwych. Te trafią pewnie do domów rozkoszy, lub, jeśli uśmiechnie się do nich szczęście, zostaną nałożnicami arystokratów. Innym był przeznaczony los służebnic domowych lub świątynnych. Tak czy inaczej, każda znajdzie chętnego kupca. Jak powiedział Hassan, Babilon nigdy nie był syty niewolników.

– Co o nich myślisz, Argyrosie? – zagadnął swego adiutanta. – Otrzymamy za nie dobrą cenę?

Młodzieniec nie odpowiedział, więc Kassander zwrócił się ku niemu. Ujrzał bladą twarz i oczy, w których jątrzył się bezsilny gniew.

– Pierwszy raz widzę, by ktoś tak się wściekał, że zarobi górę srebra!

Ponieważ chłopak wciąż nie odpowiadał, generał poczuł, że i w nim rośnie złość. A także chęć dania szczeniakowi nauczki. Ponownie spojrzał na szereg branek. Odszukał szczególnie urodziwą: brunetkę o oliwkowej cerze i ciemnobrązowych oczach. Prosta, przybrudzona ziemią szata nie była w stanie zamaskować jej pełnych piersi oraz przyjemnie zaokrąglonych bioder.

– Odłączyć ją od pozostałych! – rozkazał pobliskim żołnierzom. Po chwili dziewczyna została wywleczona spomiędzy swych rodaczek i doprowadzona przed oblicze Macedończyka.
– Spójrz na nią, Argyrosie – warknął.

Adiutant niechętnie spełnił żądanie. A potem nie mógł już oderwać wzroku od mezopotamskiej piękności. Widać było, że go zafascynowała. Kassander uśmiechnął się i łaskawszym już tonem rzekł:

– Zabierz ją do któregoś z domostw, których szczęśliwie nie puściliśmy z dymem. Zabaw się. Może to poprawi ci humor.

Młodzieniec popatrzył nań z odrazą.

– Przecież tego zakazałeś…

– Dla ciebie zrobię wyjątek. No chłopcze, żwawo. Nie marnuj naszego czasu. Przed zmierzchem musimy wrócić do obozowiska.

– Nie chcę… nie w ten sposób…

Generał postąpił krok w jego stronę. A potem kolejny. I jeszcze jeden. Górował nad niewysokim i szczupłym Argyrosem, który musiał wysoko unieść głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy.

– Uważasz się za lepszego od swych towarzyszy broni – mówił cichym głosem Kassander. – Sądzisz, że twoje sumienie daje ci nad nami wyższość. Udowodnię, że niczym się od nas nie różnisz. Gdy nadarzy się okazja, przemienisz się w dzikie zwierzę. Tak jak każdy. Nie ma się czego wstydzić.

Młodzieniec drżał. Lecz mimo że mierzył się ze znacznie potężniejszym przeciwnikiem, nie zrezygnował z oporu.

– Nie jestem taki jak ty. Nie skorzystam z wyjątku, który dla mnie uczyniłeś.

– Jeśli tego nie zrobisz – wycedził starszy mężczyzna – oddam dziewkę całemu oddziałowi. Zapewniam, że z tobą będzie jej znacznie przyjemniej, niż z pięćdziesięcioma jurnymi kawalerzystami.

Dopiero wtedy ujrzał w oczach adiutanta zapowiedź kapitulacji. Trwało to tylko chwilę, nim chłopak spuścił głowę, doszczętnie zwyciężony. Generał roześmiał się i otwartą dłonią mocno uderzył go w ramię.

– No już. Nie mamy całego dnia.

Argyros zbliżył się do mezopotamskiej bramki. Bez słowa chwycił za sznur, który wciąż krępował jej nadgarstki. Po czym ciągnąc ją za sobą, ruszył w stronę pobliskich zabudowań. Gdy uświadomiła sobie, gdzie i po co zmierzają, dziewka zaczęła się wyrywać i krzyczeć. Żołnierze Kassandra wybuchli śmiechem. Choć czuli zazdrość wobec młodzieńca, któremu wolno było więcej niż im, nie szczędzili mu słów zachęty. Ani dobrych rad.

– Zerżnij ją, Argyrosie!

– Pokaż tej małej, jak to jest z prawdziwym mężczyzną!

– Wbij się w jej tyłek! Tutejsze dziewki najbardziej to lubią!

– Rozgrzej ją przy pomocy pasa! Potem będzie bardziej posłuszna!

Wesołe okrzyki nie ucichły nawet wtedy, gdy młodzieniec i chłopka zniknęli już w głębi domu.

* * *

Po powrocie do generalskiego namiotu, Mnesarete poleciła niewolnicom, by ją rozebrały. Następnie raz jeszcze przymierzyła kosztowny dar, jaki otrzymała od Hassana. Naga wyciągnęła się na poduszkach i bawiąc się wielkimi kawałkami krwawnika, zaczęła rozmyślać. Czego mógł chcieć arabski bogacz? Ani przez moment nie wierzyła w jego bezinteresowność. Czyżby próbował wkupić się w łaski Kassandra? Jeśli tak, mógł znaleźć tuzin lepszych, a przede wszystkim bezpieczniejszych sposobów. Wieść o tym, że obcy mężczyzna obsypuje jego nałożnicę prezentami mogła jedynie rozsierdzić Macedończyka. Nie, on był na to zbyt inteligentny… a zatem jego hojność miała zrobić wrażenie na niej! Tylko w jakim celu? Czy otyły kupiec stara się ją uwieść? Wszak zapewniał o czymś zupełnie przeciwnym! „Za nic w świecie nie zagroziłbym interesom, jakie łączą mnie z twoim mężczyzną”…

W końcu Szmaragdowooka uznała, że próba zrozumienia pokrętnych myśli Hassana są z góry skazane na niepowodzenie. A zatem, postanowiła, że zajmie się innym problemem: w jaki sposób ukarać jońską niewolnicę, nie łamiąc przy tym słowa danego Kassandrowi. Nie mogąc naznaczyć jej ciała biczem, musiała obmyślić inną zemstę, co najmniej równie nieprzyjemną, jak chłosta. Tej małej dziwce nie mogło przecież ujść na sucho.

Ani się spostrzegła, gdy słońce zaczęło chylić się nad zachodnim horyzontem. Odgłosy dobiegające zza płóciennych ścian namiotu uświadomiły jej, że oddziały, które o poranku opuściły obóz, właśnie doń powróciły. Domyślała się, że wkrótce Kassander pojawi się w kwaterze, a wtedy wszelkie plany zostaną odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Należało działać szybko. A ona wreszcie wpadła na doskonały pomysł! Nie zwlekając ani chwili wezwała do siebie Melisę. Gdy smagła niewolnica stanęła przed nią, jej duże, ciemne oczy były pełne niepokoju. Musiała zdawać sobie sprawę, że jej pani nie wybacza doznanych zniewag. I nigdy nie puszcza ich w niepamięć.

– Udasz się do mojego osobistego strażnika, Gelona – Mnesarete uśmiechała się, wypowiadając te słowa. – I powiesz mu, że jesteś darem, który mu przysyłam. Wiem, jak nieprzyjemna jest samotna noc na tej przeklętej równinie… dlatego chcę rozproszyć jego smutki. Do rana może z tobą czynić, na co tylko będzie miał ochotę.

Z rozkoszą obserwowała reakcję Melisy. Najpierw wstydliwy rumieniec zalewający jej policzki. A potem rosnąca w oczach groza.

– Ale pani… oficer Gelon już raz odrzucił twój dar… uprzedził wtedy… ostrzegł…

Choć słowa nie mogły przejść Jonce przez usta, Szmaragdowooka doskonale pamiętała jej relację z ostatniej wizyty u kawalerzysty. „Oficer Gelon powiedział… że ma apetyt na smakowitą ucztę i nie zadowoli się nędznymi resztkami, dobrymi tylko dla świń… dodał też… że jeśli kiedyś jeszcze poślesz mnie do niego, rzuci mnie najdzikszym Trakom… i będzie patrzył… jak się zabawiają”.

– Och, z pewnością żartował – zapewniła dziewczynę. – Nie powinnaś wierzyć we wszystko, co się wokół ciebie mówi.

– A jeśli nie żartował?

– Cóż, mój rozkaz pozostaje w mocy. Masz się do niego udać. Natychmiast.

– Pani… – Melisa osunęła się na kolana i złożyła dłonie w błagalnym geście. W jej oczach lśniły łzy. – Okaż łaskę…

– Ani myślę! – Mnesarete uniosła się na łokciu i przeszyła Jonkę nienawistnym spojrzeniem. – Na łaskę mogłaś liczyć, zanim uwiodłaś Kassandra!

– Ja nic nie zrobiłam… to on mnie zapragnął…

– Lepiej już zamilcz. Każdym słowem pogarszasz tylko twą sytuację!

Szlochając cicho, niewolnica podniosła się z klęczek. Pojęła już, że w żaden sposób nie przebłaga swej okrutnej pani. Ta zaś rzuciła jej jeszcze jedno spojrzenie:

– W drodze do namiotu Gelona postaraj się uspokoić. Jeśli przyjdziesz doń w takim stanie, naprawdę może wzgardzić moim darem. Wiele zależy od tego, jak mu się zaprezentujesz. Dołóż więc starań, by ujrzał w tobie to samo, co Kassander…

* * *

Wieczorem Kassander zwołał dowódców, którzy tego dnia kierowali działaniami przeciw mezopotamskim wsiom. Podobnie jak o poranku, wszyscy zgromadzili się w namiocie Jazona. Jeden po drugim, składali generałowi raport z wydarzeń dnia. Sprawozdania te brzmiały bardzo podobnie. Opór branych w niewolę chłopów był słaby, a gdy już się pojawił, weterani kampanii przeciw Spartanom tłumili go bez najmniejszego trudu. Zginęło siedemnastu wieśniaków, z kolei dwaj Tesalowie odnieśli niezbyt groźne rany. Rozkaz dotyczący zakazu gwałtów zazwyczaj był przestrzegany. Trzem żołnierzom, którzy go złamali, wymierzono surową chłostę i odebrano miesięczny żołd. Przysłuchujący się temu adiutant naczelnego wodza, Argyros, był blady, jakby z żył wytoczono mu całą krew.

Kiedy Kassander zamknął zebranie, a oficerowie zaczęli się rozchodzić, młodzieniec zbliżył się do niego.

– Panie – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Proszę, każ mnie wychłostać. Złamałem twój rozkaz, wykorzystałem tamtą brankę.

– O ile mnie pamięć nie myli, sam ci na to pozwoliłem.

– Tym niemniej, chcę być ukarany. Tak samo jak tamci trzej. Sprawiedliwość nie znosi wyjątków.

Generał poczuł, że zachowanie tego młokosa znów wyprowadza go z równowagi.

– Co jest z tobą nie tak, smarkaczu? Zamiast cieszyć się moją życzliwością i korzystać z przywilejów, jakie się z nią wiążą, ciskasz się, jakbym zerżnął ci matkę.

Choć nie wydawało się to możliwe, chłopak zbladł jeszcze bardziej.

– Dzięki mnie już wkrótce staniesz się zamożnym człowiekiem, Argyrosie! No i posmakowałeś słodyczy pięknej Mezopotamki. Ktoś inny wylewnie by mi dziękował za doznane łaski. I miał nadzieję na kolejne. Ty zaś prosisz o chłostę.

– Tak, panie.

– Jak sobie życzysz. Nie mogę jednak uczynić tego publicznie. Wielu widziało, że pozwoliłem ci na zabawę. A nawet sam do niej zachęcałem. Zaprzeczyłbym samemu sobie.

Adiutant skinął głową.

– Pojmuję. Przyjmę karę, gdziekolwiek zechcesz mi ją wymierzyć.

Kassander przyzwał do siebie Jazona oraz Dioksipposa.

– Ten szczeniak chce poczuć na swej skórze bat. Wbrew faktom twierdzi, że złamał moje rozkazy. Jestem jednak gotów pójść mu na rękę. Trzeba go wychłostać, ale po cichu, by nie zobaczyli tego zwykli żołnierze. Który z was się tego podejmie?

Zhellenizowany Trak uśmiechnął się do Argyrosa tak, że ten aż się wzdrygnął.

– Chętnie zająłbym się tak urodziwym młodzieńcem, zwłaszcza, że chłostę wymierza się na nagie ciało… niestety, wzywają mnie obowiązki. Muszę zrobić obchód po kwaterach mych rodaków. Sprawdzić, czy dobrze się sprawują. Z przykrością stwierdzam, że to nadal barbarzyńcy. Trzeba im wciąż przypominać o obowiązku posłuchu…
– A ty, Ateńczyku? Zechcesz się tym zająć?

– Czemu nie? – Dioksippos zmierzył adiutanta badawczym spojrzeniem. – Zawsze to jakieś urozmaicenie wieczoru.

– A zatem postanowione. Argyrosie, za klepsydrę stawisz się w kwaterze dowódcy hoplitów.

– Tak jest, panie – młodzieniec zasalutował, po czym prędko opuścił namiot.

– Ten gówniarz ma o sobie stanowczo zbyt wysokie mniemanie – z irytacją stwierdził Kassander. – Postaraj się odrzeć go z tej dumy. Chcę znów mieć adiutanta, a nie chodzący wyrzut sumienia!

– Uczynię co w mojej mocy, generale – rzekł pankrationista. – Myślę, że będziesz zadowolony z rezultatów.

* * *

W obozowisku panował chaos, wywołany przez powracających po ciężkim dniu żołnierzy. Schwytanych, powiązanych ze sobą mieszkańców Mezopotamii prowadzono do świeżo wzniesionych zagród, nie szczędząc co bardziej opornym dyscyplinujących razów. Zewsząd dobiegały śmiechy wojaków oraz budzący litość szloch zniewolonych. Melisa przedzierała się przez tę ciżbę, niemal jej nie dostrzegając. Machinalnie stawiała krok za krokiem, świadoma, że każdy kolejny zbliża ją ku kwaterze Gelona. Co ją tam spotka? W najlepszym razie jasnowłosy Macedończyk stanie się kolejnym mężczyzną, który wykorzysta Jonkę i zbruka ją swym nasieniem, śliną oraz potem. W najgorszym… o tym uparcie starała się nie myśleć. Wargi dziewczyny poruszały się w niemej modlitwie. Splotła palce obydwu dłoni, by powstrzymać ich drżenie. Wbrew radzie danej jej przez Mnesarete, była bardzo daleka od spokoju.

Zapadał już zmrok, kiedy minąwszy parę tuzinów dużych namiotów falangitów, dwie zagrody dla jeńców oraz kilka wielkich ognisk, przy których wieczerzali i raczyli się winem Hellenowie oraz Trakowie, dotarła wreszcie do kwater oficerskich. Wyżsi rangą żołnierze mieli przywilej prywatności, jaką zapewniały w pełni oddane do ich dyspozycji siedziby. Dziewczyna dwukrotnie musiała pytać o drogę, ale ostatecznie stanęła przed namiotem Gelona. Zasłona w otworze wejściowym była odsunięta, co pozwalało sądzić, że gospodarz znajduje się wewnątrz. Nie bacząc na drwiące spojrzenia mijających ją zbrojnych, Melisa pochyliła głowę i wsunęła się do środka. Panował tam głęboki półmrok, rozświetlany przez jedną tylko lampę oliwną. Gdy jej oczy przywykły nieco do ciemności, dostrzegła prosty wystrój: siennik, skrzynia na ubrania, miska z wodą. Nad misą klęczał, zwrócony do niej bokiem, wysoki i barczysty mężczyzna. W obecnej chwili całkiem nagi. Oburącz nabierał wody i spłukiwał nią swój tors i przedramiona. Jonka zadrżała, gdy dostrzegła na jego ciele rude plamy, które starał się usunąć.

– Słusznie się domyślasz – rzekł Gelon, zwróciwszy ku niej oblicze. – To krew. Ale nie moja. Jeden z wieśniaków próbował się stawiać, gdy braliśmy na powróz jego żonę i córki…

– Czy on… – głos zawiódł Jonkę, gdy wypowiadała te słowa. Przełknęła ślinę i spróbowała raz jeszcze: – Czy on nie żyje?

– Ci, których przebiję mieczem raczej nie przeżywają długo.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Tymczasem Macedończyk zakończył obmywanie swego ciała i dźwignął się z kolan. Po chwili, gdy stanął przed nią, mogła go obejrzeć w całej okazałości. Nie próbował przed nią zasłaniać niczego. Na dużym, nawet w spoczynku, penisie lśniły krople wody. Czym prędzej odwróciła wzrok.

– Z czym przysyła cię Mnesarete? – zapytał.

– Moja pani – zaczęła, starając mówić spokojnie, lecz wstyd i lęk utrudniały jej składanie wyrazów – obawia się, że dziś w nocy może ci doskwierać samotność… dlatego też kazała mi, bym… bym…

– Byś upewniła się, że samotny nie będę? – dokończył za nią, marszcząc brwi. Odpowiedziała skinieniem głowy i zamilkła.

– Już drugi raz posyła cię do mnie w tym celu.

Ponowne skinienie. Choć noce na mezopotamskiej równinie były dość ciepłe, Melisa czuła, że jej ręce i nogi pokrywają się gęsią skórką. Czy Gelon pamięta o obietnicy, jaką jej złożył, jeszcze w Azji Mniejszej?

– A skoro tak, to chyba życzy sobie, bym cię ukarał – jasnowłosy potwierdził, że pamięć dobrze mu służy. – Bym oddał cię trackim dzikusom. Widziałem, co potrafią czynić z kobietami ze zdobytych miast… zapewniam, że to nie jest przyjemny widok. A dziś są szczególnie wyposzczeni, bo generał zakazał gwałtów…

Jonka drżała już na całym ciele. Choć nie ważyła się patrzeć Macedończykowi w oczy, przez cały czas czuła na sobie jego spojrzenie. Czyżby w tej chwili wybornie się bawił? To napawało ją jeszcze większą grozą.

– Czy naprawdę Mnesarete chce tego losu dla swej niewolnicy? Czym ją tak rozgniewałaś, ciemnooka?

– Dostojny Kassander raczył… – Nawet w tej chwili pewne słowa nie mogły jej przejść przez gardło. – Raczył zwrócić na mnie uwagę.

Gelon roześmiał się ochryple.

– I pewnie nie skończyło się na „zwróceniu uwagi”? Teraz już rozumiem. Wygląda na to, że Mnesarete nie uczy się na błędach. Naprawdę sądziła, że ten kurwi syn będzie jej kiedykolwiek wierny? Zaczynam myśleć, że jest równie głupia, co urodziwa.

Jonka nie wytrzymała i uniosła wzrok. Nie mogła uwierzyć, że jasnowłosy z taką pogardą mówi o swym generale oraz jej pani. Nie bojąc się wcale, że niewolnica doniesie im o tym, co słyszała. Zanim twarz Macedończyka obróciła się w pozbawioną uczuć maskę, Melisa zdążyła jeszcze dostrzec na jego wargach gorzki uśmiech.

– Cóż, teraz to i tak nie ma już znaczenia. Mnesarete wyraziła swoją wolę aż nadto wyraźnie. Nie mogę przecież sprawić jej zawodu, prawda?

Zanim pojęła, co przez to rozumie, Gelon chwycił ją za ramię i pociągnął na zewnątrz namiotu. Nie przejmując się zbytnio faktem, że jest zupełnie nagi, wlókł opierającą się Jonkę przez obozowisko. W stronę ogniska, przy którym ucztowali Trakowie.

* * *

Świst bata. Odruchowy skurcz mięśni ramion i grzbietu. Chłośnięcie w poprzek pleców. Eksplozja bólu, wykrzyczanego prosto w knebel.

Argyros stał całkiem nagi i z trudem utrzymywał równowagę. Twarz miał zwróconą w stronę pala, który podtrzymywał konstrukcję dużego oficerskiego namiotu. Ręce młodzieńca były skrępowane, powróz dwukrotnie owinięto wokół drewnianego słupa i zabezpieczono dodatkowym węzłem. Nie zdoła ich oswobodzić, póki ten, który wymierza mu karę, nie uzna, że już wystarczy. A wyglądało na to, że Dioksippos dopiero się rozkręca. Oto znów uniósł bat i wziął solidny zamach.

– Wybacz mi, chłopcze – rzekł, nim ponownie uderzył. – Czynię to bez wielkiej przyjemności. Taki dostałem rozkaz. Zresztą, ponoć sam tego chciałeś. Może więc wyświadczam ci przysługę.

Adiutant obejrzał się na niego. Choć nie mógł mówić, Ateńczyk natychmiast pojął, że chłopak nie został jeszcze pokonany. W spojrzeniu, postawie, w sposobie, w jaki przyjmował chłostę, wyczuwało się godność i poczucie wyższości, znamionujące tych, którzy wiedzą, że postępują słusznie. Mimo że bicz piętnaście razy spadł na grzbiet młodzieńca, dowódca hoplitów miał świadomość, że wciąż nie wykonał powierzonego mu zadania. A przecież już wyszedł daleko poza granice tradycyjnie wyznaczanej kary. Plecy Argyrosa ociekały krwią, sączącą się z paru miejsc, w których bat przeciął skórę. Jeszcze kilka ciosów, a rany zaczną wymagać interwencji medyka.

– Generał kazał mi, bym odarł cię z dumy. Na twoje nieszczęście, zbyt mocno się jej trzymasz. Obawiam się wręcz, że chętniej niż ją oddałbyś życie. A na to nie mogę pozwolić…

Jeszcze jedno smagnięcie. Chłopak wyprężył się, a potem, na wpół omdlały, przywarł do drewnianego słupa. Knebel raz jeszcze spełnił swe zadanie. Ktoś przechodzący obok namiotu nie usłyszałby nawet jęku. Pankrationista odłożył bicz. Przekonał się już ponad wszelką wątpliwość, że to nie jest właściwe narzędzie.

– Nie wiem, jakie czyny sprawiły, że zażądałeś kary – oznajmił, postępując krok naprzód. – Lecz domyślam się, czego pragniesz. Chcesz przez ból i cierpienie odnieść moralne zwycięstwo. Nad Kassandrem, a może i nie tylko nad nim. Wiedz, że na to również nie pozwolę. On jest nie tylko moim wodzem, ale i przyjacielem.

Argyros uniósł ku niemu głowę. Dioksippos zaczął niespiesznie odpinać pas. Kiedy ten spadł na ziemię, przez głowę ściągnął tunikę. Dopiero gdy stanął nad młodzieńcem nagi, dostrzegł w jego oczach rodzące się zrozumienie. A także strach.

– Zapewniam, że nie zdołasz go upokorzyć. – Ateńczyk przeczesał dłońmi mokre od potu włosy skrępowanego. – Za to ja upokorzę ciebie.

Adiutant próbował się uwolnić. Szarpał za powróz, lecz ten tylko głębiej wgryzł mu się w nadgarstki. Tymczasem dowódca hoplitów stanął tuż za nim. Chwycił za biodra chłopca i poderwał je w górę. Przytrzymując w miejscu jedną ręką, drugą jął masować swój członek. Ten szybko zesztywniał i zaczął pulsować.

– Mówiłem prawdę – rzekł, nie zważając na gwałtowne szarpnięcia ciała swej ofiary – że chłostanie twego grzbietu nie sprawiało mi żadnej przyjemności. Możesz być jednak pewny, że to, co zaraz uczynię, przyniesie mi mnóstwo rozkoszy.

* * *

Choć próbowała się wyrywać, palce Gelona trzymały ją w żelaznym uścisku. Nie bacząc na prośby i błagania, pchnął ją na gołą, ubitą niezliczonymi stopami ziemię. Upadła na kolana, boleśnie uderzając jednym o skryty pod cienką warstwą gleby kamień. Usłyszała, jak Macedończyk zwraca się do trackich żołnierzy, którzy odłożyli już miski i bukłaki z winem:

– Chcecie się zabawić, chłopcy? W takim razie mam coś dla was. Ta dziwka sama przyszła do mego namiotu, mokra, wyuzdana i chętna. Daruję ją wam jako prezent. Może zdołacie ugasić pożar między jej udami!

Trakowie ryknęli z uciechy niczym zwierzęta. Pierwszy doskoczył do niej i szarpnięciem zmusił, by uniosła się z klęczek. Gdy z bliska zajrzał jej w oczy, poczuła bijący od niego odór niemytego od wielu dni ciała. Szarpnęła się z całych sił, lecz on tylko przyciągnął ją bliżej. Drugi przywarł do pleców niewolnicy, sięgnął ku jej piersi i gwałtownie ścisnął ją w dłoni. Jeszcze inny chwycił za wiązania peplosu i rozerwał je jednym pociągnięciem. Gorączkowo obejrzała się za siebie, w naiwnej wierze, że Gelon zmieni może zdanie i ocali ją przed brutalną żądzą tych mężczyzn. On jednak odchodził już w stronę swej kwatery. Ujrzała tylko jego plecy, znikające między oficerskimi namiotami.

Czując, że suknia idzie w strzępy, Melisa zaczęła krzyczeć. Nie liczyła już na łaskę czy ratunek. Po prostu musiała dać wyraz przepełniającej ją panice. Jej zawodzenie jeszcze rozochociło barbarzyńców. Odartą z odzienia, cisnęli Jonkę na zimne podłoże. Tuzin dłoni unieruchomił jej rozkrzyżowane ręce i nogi. Największy z Traków, zapewne herszt tej grupy stanął nad nią w rozkroku. Stanowczym ruchem pozbył się przepaski biodrowej, a rozwartym szeroko oczom niewolnicy ukazała się nabrzmiała, dumnie wyprężona męskość. Olbrzym splunął w dłoń i roztarł ślinę na żołędzi. A potem, nie zważając na jej skowyt, uklęknął między szeroko rozwartymi udami…

I choć nie spodziewała się ratunku, to jednak została ocalona. I to w ostatniej chwili, nim wyprężona włócznia Traka wdarła się w jej srom, zmieniając go w krwawiącą ranę. Ponad rechot przytrzymujących Melisę dzikusów wzniósł się wypowiedziany dobitnym tonem rozkaz:

– Natychmiast ją zostawcie! Baczność, wy psie syny!

Barbarzyńcy zrywali się z ziemi, tym samym oswobadzając ręce i nogi Melisy. Lecz olbrzym, który wciąż na niej leżał, był zbyt podniecony, by posłuchać komendy. Kiedy dowódca Traków, Jazon, pochylił się nad nim, by ściągnąć go z dziewczyny, uderzył go na odlew potężnym kułakiem.

Oficer zatoczył się, lecz nie upadł. Chwycił podaną mu przez któregoś z żołnierzy włócznię. Wziął mocny zamach i grzmotnął olbrzyma drzewcem przez plecy. Jonka poczuła, jak ogromne ciało stacza się z niej przy akompaniamencie bolesnego ryku. Jednak niedoszły gwałciciel nie czuł się jeszcze zwyciężony. Wstał szybko i z zaciśniętymi pięściami ruszył na swego dowódcę. Kilku towarzyszy broni chciało zastąpić mu drogę, lecz Jazon powstrzymał ich:

– Odstąpcie! Ten głupiec rzuca mi wyzwanie!

Gdyby olbrzym miał choć trochę rozumu, upadłby na kolana i prosił wybaczenia. Lecz gniew i niezaspokojona żądza odebrały mu wszelki rozsądek. Ryknął ponownie i rzucił się do szarży. Niższy od niego o głowę dowódca nie uląkł się. Mocniej chwycił tylko dzierżoną oburącz włócznię. Jej drzewce spadało po kolei na żebra, udo, a wreszcie skroń napastnika. Ten ostatni cios posłał go wreszcie na klęczki.

Jazon stanął nad pobitym.

– Generał kategorycznie zakazał gwałcenia branek – rzekł spokojnym już tonem. – Gdybyś na tym poprzestał, dla przywrócenia dyscypliny starczyłoby dziesięć batów. Niestety, zaatakowałeś również przełożonego. Rozumiesz zatem, co muszę zrobić.

Olbrzym dźwignął głowę i spojrzał nań niezbyt przytomnie. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz Jazon nie dał mu na to szansy. Zręcznie obrócił włócznię w dłoniach, kierując grot w stronę mężczyzny. A potem pchnął go nim w brzuch. Z całych siły naparł na drzewce, aż w końcu przebił ciało na wylot. Stal wyszła plecami martwego już Traka.

* * *

Argyros mógł wyć z bólu, lecz knebel przepuszczał jedynie coś, co brzmiało jak stłumione, pełne desperacji pomruki. Paznokciami drapał powierzchnię drewnianego słupa, do którego był przywiązany. Nie miał wszakże szans na oswobodzenie rąk.

Dioksippos trzymał go obydwoma dłońmi za biodra i silnymi pchnięciami docierał coraz dalej, w głąb zniewolonego ciała. Podbrzusze Ateńczyka raz po raz dociskało się do jędrnych pośladków. Zdołał już pokonać opór mięśni i sforsować tylne bramy, a teraz kontynuował szturm, niezmordowany i pozbawiony litości. Przed oczyma miał pocięte pręgami plecy adiutanta i sam się dziwił, jak bardzo pobudza go ten widok.

Z początku jego sztychy były brutalne i głębokie. Członek wysuwał się niemal do końca, by chwilę później aż po nasadę zanurzać się w rozkosznej ciasności. Pankrationista przymknął oczy i sycił się intensywnymi doznaniami. Nie pragnął jednak skończyć zbyt prędko. Argyros musiał w pełni pojąć otrzymywaną właśnie lekcję. Dlatego też Ateńczyk zwolnił tempo, a jego dłonie zaczęły błądzić po ciele młodzieńca. Bardzo apetycznym ciele.

Adiutant był dość przystojny i dobrze zbudowany. Mógłby liczyć na karierę atlety, gdyby przyłożył się do regularnych treningów. Nikt nie potrafił ocenić tego lepiej niż zwycięzca najwspanialszych w helleńskim świecie igrzysk w Olimpii. W innych okolicznościach Dioksippos chętnie uczyniłby go swym kochankiem, protegowanym i uczniem… pomógłby mu zdobyć niezliczone wieńce oliwne… teraz jednak ta droga bezpowrotnie się zamknęła. Cóż… czego nie robi się dla przyjaciół? Nie mógł zresztą powiedzieć, że jest to wyłącznie przysługa wyświadczana Kassandrowi. Sam przecież również doskonale się bawił.

Sięgnął ku włosom chłopca, chwycił je w palce i szarpnięciem przyciągnął za nie ku sobie. Adiutant poderwał głowę. Jeśli zemdlał na moment, teraz w pełni odzyskał świadomość. Knebel znowu miał co tłumić, zaś ręce podjęły rozpaczliwą próbę rozerwania więzów. Ateńczyk pochylił się nad swą ofiarą, przywarł torsem do jej pleców.

– Masz dosyć? – wyszeptał wprost do ucha młodzieńca. – Wyzbyłeś się już dumy? Daj mi znak, a skończę to szybko.

Ponieważ nie otrzymał żadnej odpowiedzi, wzmógł gwałtowność swego szturmu. Penis z impetem rozpychał się w tylnej bramie, każde pchnięcie podkreślane było stłumionym krzykiem.

– Stawiaj opór, a będziemy to robić przez całą noc. Możesz wierzyć, że nie zabraknie mi sił!

Wypuścił włosy Argyrosa i sięgnął ręką w dół, między jego nogi. Odnalazł męskość, chwycił za jądra i zgniótł je w dłoni. Ciałem skrępowanego wstrząsnął paroksyzm bólu, silniejszego niż jakikolwiek przedtem. Mocny skurcz mięśni sprawił, że Dioksippos znalazł się na granicy orgazmu.

– Masz dość?! – niemal wykrzyczał. Adiutant pospiesznie skinął oswobodzoną głową. I znowu. I jeszcze raz. To wystarczyło dowódcy hoplitów. Ostatni raz wbił się między pośladki młodzieńca, w tej samej chwili osiągając szczyt rozkoszy. Wytryskiwał długo i obficie, przez cały czas drżąc z przyjemności.

Dopiero gdy ta już się dopaliła, cofnął biodra. Tracący sztywność członek opuścił ciasne wnętrze. Ateńczyk z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że jego męskość i podbrzusze pokryte są krwią. Wolał nie sprawdzać, czy pochodziła ona z pociętych batem pleców Argyrosa, czy z jego zmaltretowanego odbytu. Sięgnął po porzuconą na ziemi tunikę młodzieńca, a potem dokładnie się nią wytarł. Następnie sięgnął po pas. Z przypiętej doń pochwy wydobył sztylet. Rozciął nim powróz, uwalniając ręce chłopaka. Zobaczył przy tym, że skóra na jego nadgarstkach była zdarta przez zbyt mocno zaciśnięte więzy.

Adiutant długo nie podnosił się z podłoża. W końcu jednak usunął dławiący go knebel i szczupłym ciałem wstrząsnął silny kaszel. Całkiem już odprężony Dioksippos pochylił się nad młodzieńcem.

– Jutro z rana stawisz się u Kassandra i przeprosisz za swe zachowanie. Gdyby zapytał, co sprawiło, że tak spokorniałeś, pokaż mu swój grzbiet. Nie musi wiedzieć o niczym więcej. Ani on, ani nikt inny w obozie. Jeśli masz choć trochę rozumu, będziesz milczał o tym, co tu się wydarzyło. Z mojej strony również możesz liczyć na dyskrecję. A teraz podnieś się.

Mówiąc te słowa, wyciągnął do Argyrosa rękę. Ten wzdrygnął się wyraźnie, lecz w końcu przyjął ofiarowaną mu pomoc. Kiedy już stanął na chwiejnych nogach, dowódca hoplitów kontynuował:

– Gdybyś jednak wciąż okazywał generałowi nieposłuszeństwo… Opowiem każdemu, kto zechce słuchać o tym, jak ochoczo przyszedłeś do mej kwatery. I ile rozkoszy mi dałeś. Chcesz stać się pośmiewiskiem całej armii? Kochasiem dającym dupy rozpustnemu Ateńczykowi? Jeśli nie, to wiesz, co masz czynić. A teraz zostaw mnie samego. Chcę powspominać słodkie chwile, które przyszło nam spędzić razem!

* * *

Ciało olbrzyma osunęło się na ziemię.

– Czy ktoś jeszcze chciałby spróbować szczęścia? – spytał Jazon, rozglądając się wokół. – Nie? W takim razie wracajcie do ogniska. A ty wstawaj, dziewczyno – rzekł, pochylając się nad Melisą – dołączysz do swoich rodaczek. Każę podwoić straże przy zagrodach dla jeńców. Obiecuję, że tej nocy nikt już nie będzie cię niepokoił.

Podnosiła się z ziemi, próbując jednocześnie zasłonić obnażone wdzięki przed otaczającymi ją mężczyznami. Palił ją wstyd, a lęk wciąż jeszcze nie wypuścił ze swych szponów. A jednak, gdy pojęła, za kogo uważa ją dowódca Traków, zdobyła się na śmiałość i przemówiła:

– Wybacz, panie, lecz nie jestem mezopotamską branką. Należę do dostojnego Kassandra i jego towarzyszki, Mnesarete z Argos.

Jazon przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Następnie gestem nakazał żołnierzom, by się rozeszli. Uczynili to z godną podziwu skwapliwością, szczęśliwi, że ominą ich baty. Dopiero wtedy odpowiedział Jonce:

– Tak… zmyliła mnie twa smagła karnacja. Teraz sobie przypominam. Widziałem cię tam parę razy, gdy podawałaś nam wino. Skąd się tu wzięłaś, niewolnico? Generalska kwatera mieści się dwa stadiony stąd.

– Przyszłam tu na rozkaz mojej pani… do oficera Gelona…

Mężczyzna uniósł brwi. A potem naprawdę zaskoczył Melisę. Ściągnął z barków chlamidę i narzucił ją na jej ramiona.

– Z jakiejś przyczyny podejrzewam, że to dłuższa opowieść. I że szczerze mnie zaciekawi. Chętnie wysłucham jej w moim namiocie, przy pucharze wina. Gdybym jednak wprowadził cię tam nagą, wybuchłaby wielka sensacja. Chciałbym oszczędzić tego żołnierzom. Dlatego pójdziesz w moim płaszczu.

Jonka skinieniem podziękowała mu za okazaną życzliwość. Ale zaraz poczuła niepokój. Jakie plany może mieć wobec niej dowódca Traków? Czemu jest tak miły dla zwykłej niewolnicy? I czy nie zechce wkrótce czegoś w zamian? Mężczyzna musiał domyślić się jej obaw, bo parsknął śmiechem, szczerze rozbawiony.

– Możesz być spokojna, dziewczyno. Nie będę próbował zaciągnąć cię na posłanie. Moje żądze w pełni zaspokaja piękny Muranu, podobny Ganimedesowi, podczaszemu bogów. Twe wdzięki, choć z pewnością dla wielu kuszące, nie mogą się równać z jego urodą.

Niepokój Melisy ustąpił miejsca zakłopotaniu. To również nie uszło uwadze Jazona.

– Ale starczy już o tym – rzekł, nadal się uśmiechając. – Dość czasu zmitrężyliśmy w mroku i chłodzie. Tej nocy pragnę przede wszystkim opowieści. A ty, niewolnico, jesteś mi winna co najmniej jedną!

Przejdź do kolejnej części – Perska Odyseja X: Wiarołomna

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma niemniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Po dłuższej przerwie wreszcie mogę zaprezentować kolejny rozdział Perskiej Odysei! Jak zawsze poprawiony przez niedościgłą i niezastąpioną Atenę (tym razem w rekordowym tempie, więc wybacz nam, Czytelniczko czy też Czytelniku, jeśli jakiś chochlik zdołał się prześlizgnąć). Życzę Wam miłej lektury, choć ta część ma zdecydowanie mroczny klimat.

Pozdrawiam
M.A.

Dla mnie bardzo dobra i emocjonująca część. Akcja toczy się wartko, bohaterowie starają się realizować swoje plany: Kassander zdobyć obiecane talenty kosztem niewinnych wieśniaków (nawet on czuje, ze coś tu jest nie w porządku, skoro zamierza o tym epizodzie szybko zapomnieć, a wyrzuty sumienia młodego Argyrosa wyraźnie go irytują), Mnesarete jak zwykle knuje swoje małe, podłe intrygi, sama stając się narzędziem nieokreślonych jeszcze planów Hassana (bo Arab z pewnością takowe posiada). Jest co czytać i czyta się warttko, z narastającym zainteresowaniem. Czy jednak jest to część aż tak bardzo mroczna? W Twoich poprzednich utworach, Aleksandrze, znaleźć można sceny o wiele brutalniejsze i gwałcące sumienie (choćby to, co wyczyniał mój nie-ulubieniec, kapłan Apollina). A tutaj… O dziwo natrafiamy na niespodziewaną szlachetność – idealistyczną młodego Argyrosa, istotnie niegodnie ukaraną (ale on z pewnością nie zrezygnuje) i bardziej chyba interesowną Jazona – ten szykuje chyba coś przeciwko Mnesarete i chętnie pozna jej sekrety. Tym niemniej, to jednak miłe z Twojej strony, Autorze, że oszczędziłeś biedną Melisę, przynajmniej w tym odcinku. Czyżbyś jednak zaczął okazywać pewną życzliwość swoim bohaterkom? Pozdrawiam i liczę, że na ciąg dalszy nie będziemy musieli czekać następne pół roku! Posuwając się w takim tempie, korpus Kassandra nigdy nie dogoni armii Twego imiennika i generał już choćby z tego powodu popadnie w niełaskę. 😀

Witaj Neferze!

To prawda, w tym rozdziale wszyscy knują przeciw wszystkim (może z wyjątkiem nieszczęsnego Argyrosa). Obozowisko Macedończyków staje się istnym gniazdem żmij. Mało komu udaje się obronić przed skalaniem – uczynkami własnymi lub cudzymi. Takie nagromadzenie nienawiści, lęku i gniewu musi w końcu doprowadzić do erupcji. Ale jeszcze nie teraz.

Owszem, Kritias potrafił robić rzeczy znacznie bardziej potworne. Był on jednak postacią jednoznacznie negatywną. Tu tymczasem niegodziwości popełniają bohaterowie, którzy w innych okolicznościach potrafią postępować przyzwoicie, a nawet szlachetnie. Kritias nie mógł już głębiej upaść. Oni natomiast poprzez swe decyzje zmierzają w dół i mrok.

Co zaś się tyczy tego, jak potraktowałem Melisę… cóż, muszę niekiedy czymś zaskoczyć, czyż nie? 🙂

Dołożę starań, by następny rozdział Perskiej Odysei pojawił się znacznie szybciej. Przy odrobinie szczęścia, jeszcze w październiku.

Pozdrawiam
M.A.

Nie wiem tylko skąd tytuł rozdziału nikczemnicy. W końcu w tym momencie sytuacja była płynna a Kassander zawsze mógł uzasadnić to tym, że jego kolumna była atakowana przez najemników perskich, którzy ukrywali się w tych wioskach. Z drugiej strony zastanawiam się czy autor w przypadku Argyllosa nie zasugerował się odcinkiem Spartakusa wojna potępionych gdy Cezar na polecenie syna Marka Krassusa został zgwałcony od tyłu przez dwóch legionistów.

Witaj, Anonimie!

Zatytułowałem rozdział „Nikczemnicy”, bo z większości moich bohaterów wychodzą ich najgorsze cechy. Niewinni pozostają wyłącznie Argyros i Melisa – on płaci za to wysoką cenę, ona o mały włos nie doświadcza jeszcze gorszego losu. Zło niepodzielnie triumfuje w tej części. Oczywiście, każdy z nikczemników znajdzie usprawiedliwienie dla swoich czynów – przed sobą samym lub przed innymi. To takie ludzkie, nie widzieć swych wad i przewin 🙂

Jeśli chodzi o serial „Spartacus”, owszem, inspirowałem się nim nie raz, podobnie jak innymi serialami i filmami, których akcja rozgrywa się w starożytności. Akurat tutaj chyba jednak nie myślałem o gwałcie na Cezarze. Zresztą, kontekst tamtej sceny był zupełnie inny. Chodziło o pojedynek między dwoma samcami alfa. Tutaj natomiast Argyros próbuje jedynie ocalić swą postawę moralną. Nie ma żadnych większych ambicji, nie próbuje zdominować Dioksipposa.

Nie zmienia to faktu, że bardzo lubię ten serial, pomimo przegiętej estetyki i wyraźnie zbyt niskiego budżetu, który czasem ograniczał ambicję twórców 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Kara jaka spotkała Argyrosa może i była okrutna, ale jakże rozkosznie się o niej czytało…

Aniu,

jestem pewien, że Argyrosowi byłoby bardzo miło, gdyby wiedział, że swym cierpieniem przyniósł Ci tyle przyjemności 🙂

A przynajmniej mając tę świadomość łatwiej znosiłby namiętne szturmy Dioksipposa.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

W to akurat szczerze wątpię 😀 😀 😀

Tyle czekania na następną część, a Mnesarete wciąż ma się dobrze i gra w swoje obrzydliwe gierki. Jakże ona mnie drażni! Gdyby chociaż chodziło jej o zdobycie czegoś, kogoś pożądanego, może mogłabym przełknąć jej zachowanie. Ale ona czuje głęboką niechęć do Kassandra, kłamie, byle tylko uniknąć jego seksualnego zainteresowania, a jednocześnie wścieka się na cały świat, a najbardziej na Bogu ducha winną niewolnicę, że ten sam Kassander, którego ona absolutnie nie chce, interesuje się kimś innym. Wstrętne to. I pomyśleć, że na początku opowieści ją lubiłam, a teraz czekam tylko, aż zniknie ze sceny i przestanie bruździć. Kassander zresztą też stracił sporo mojej sympatii. Wszystkie najpaskudniejsze cechy naszego ludzkiego gatunku wylewają się z tego odcinka, a szlachetny młody adiutant, który stara się jedynie żyć w zgodzie ze swoim sumieniem, chociaż został zmuszony do nurzania się w tym wszystkim, działa tu trochę jak ledwie tląca się świeca, która nie ma szans rozświetlić mroku wokół siebie, może co najwyżej boleśnie uświadomić patrzącym, jak bardzo ciemno i zimno jest wokół. Gdyby nie szlachetny i odważny czyn Jazona, który w dodatku nie był z całą pewnością powodowany żadnym seksualnym instynktem, gdyby nie jego życzliwość i troska dla zwykłej niewolnicy, pewnie byłoby mi bardzo ciężko strawić ten – jakże wyczekany – odcinek. Tak, tak, ta dobroć pewnie też jest częścią jakiejś intrygi, próbą zdobycia informacji użytecznych przeciwko Mnesarete, ale przynajmniej raz czyjeś knowania mają doprowadzić do upadku kogoś, kto na zasługuje na upadek, a przy okazji dają iskierkę nadziei komuś, kto zasługuje na iskierkę nadziei, a nie na odwrót.
PS. Ciągle nie wybaczyłam śmierci Raisy.

Witaj, Czarna Kaczuszko!

Mam nadzieję, a nawet przekonanie, że na kolejny rozdział nie będzie trzeba już tyle czekać. Ten był szczególnie ciężki, może właśnie dlatego, że wypełniają go odrażające postacie robiące okropne rzeczy. Pisanie bardziej katarktycznych rozdziałów przychodzi mi znacznie łatwiej.

To prawda, że Mnesarete jeszcze nie upadła. Ale ziarno tego upadku zostało już zasiane. Kassander również zbiera coraz to nowe grzechy i zdobywa sobie kolejnych nieprzyjaciół. Czym to się skończy, wiemy już nieco z Prologu. Choć spore znaczenie będą tu jeszcze miały nie tylko jego czyny, ale i wielce niefortunny splot wydarzeń, na które zupełnie nie ma wpływu… ale to już w kolejnych rozdziałach!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Wiem i nie robię sobie wielkiej nadziei, że wybaczysz…

Tekst Megas Alexandros na stół, portal w rankingu dwie strony w dół.

O jakim rankingu piszesz?

Przyznam, że też nie pojmuje podstaw tego kometarza, w domyśle niepochlebnego zapewne? A raczej złośliwego, bo uzasadnienia nie widzać. Dla mnie cykl „Perska Odyseja” (i ogólnie szerzej, cała seria powieści „greckich” MA) to jeden z najlepszych tekstów, jakie pojawiły się na portalu. Oczywiście, można się z tą opinią nie zgadzać, ale wypada wtedy negatywne zdanie uzasadnić. Postaram się więc wskazać podstawy mojej oceny. Autor konsekwentnie buduje przedstawiany świat, a raczej pieczołowicie go odtwarza, dysponuje bowiem rozległą wiedzą o opisywanej epoce, którą z powdzeniem wplata w tok opowieści. Nie jest to więc wcale czysta fantazja. Oczywiscie, pomysłowości i fantazji Autorowi nie brakuje, co udowadnia nakreślając skomplikowane i wieostopniowe intrygi, zarówno polityczne jak i miłosne, w które wikła swoich bohaterów. Nie traci przy tym z oczu ostatecznego planu i celu fabuły, wszytskie wątki prędzej czy później wiążą się ze sobą. Wykreowane postacie, zarówno te historyczne (wtedy oparte w maksymalnym stopniu na zachowanej wiedzy źródłowej) jak i fikcyjne, to żywi ludzie z krwi i kości, mający wady i zalety, przeżywający namiętności oraz doznający uczuć tak pięknych, jak i podłych. Takie są też ich czyny, obydwu rodzajów. Jak przystało na powieść historyczną nie brakuje ani scen batalistycznych, ani miłosnych. Te pierwsze autor opisuje w sposób znamionujący duże rozenanie zarówno w indywidualnch technikachi walki antycznym orężem, jak i w strategii staczanych wówczas bitew. Wszystko to doprawione, oczywiście, wyobraźnią pisarza oraz uczuciami uczestników tych walk. Ale nie mniejsze słowa uznania należą się za obrazowanie scen erotycznych, ukazywanych w bardzo różnych konfiguracjach i układach, zawsze z głębszym podłożem oddawania emocji doznawanych przez ich bohaterów. Powieść trzyma w napięciu, akcja toczy się wartko. Do tego sprawność warsztatowa i bogaty język (tu słowa uznania również dla korektorki). Czegóż trzeba więcej, by zanurzyć się w tym świecie? Czekamy na dalsze części i nie przejmujemy się nieokreślonymi bliżej rankingami.

Witaj, Neferze!

Komentarzami negatywnymi, które nie zawierają konstruktywnej, lub choćby wartej zastanowienia krytyki, nie ma się co przejmować. One zawsze były, są i będą, tak jak i ludzie, którzy je z lubością zamieszczają. Trzeba robić swoje i nie tracić nerwów 🙂

Dziękuję za miłe słowa pod adresem mojej skromnej twórczości. Postaram się opowiedzieć jeszcze parę historii i mam nadzieję, że okażą się warte czasu i uwagi naszych Czytelników!

Pozdrawiam
M.A.

Mnesarete przebyła długą drogę w twoich tekstach M.A. od roli urozmaicenia seksualnego Kassandra, do miana wręcz czarnego charakteru. Na tę chwilę głównego w całej Perskiej Odysei.
We wcześniejszym komentarzu zasugerowałeś, że jej upadek będzie łagodny, mam jednak cichą nadzieję, że zejdzie z tego świata z hukiem. Tak jak Tais należało się dobre zakończenie, tak Mnesarete należy się efektowna śmierć.
Kassander jak zwykle dwuznaczny – z jednej strony broni niewolnicę, z drugiej zachęca podwładnego do gwałtu na brance. Jednocześnie jest ślepy na to, co dzieje się w jego obozie z główną kochanką i paroma podwładnymi (Gelon!).
Ciekawe czy właśnie ktoś z nich, osób które służą pod jego rozkazami, nie przyczyni się ostatecznie do jego upadku.
Pozostaje nam czekać na dalsze części.
Pozdrawiam
R.

Jak można wstawić w komentarza fotkę zamiast standardowej głowy wąsala? Pozdrawiam.

Witaj, Radosky!

Dzięki Twojemu postowi zdałem sobie sprawę, że Mnesarete po części dlatego wyrasta na główną negatywną postać,że od śmierci satrapy Andromenesa jest w tej roli praktycznie sama… W przyszłych rozdziałach Perskiej Odysei pojawią się wredne szwarccharaktery (wróci też jeden czy dwóch starych znajomych), ale faktycznie, na bezrybiu to i Mnesarete – postać raczej pozbawiona długoterminowych, złowrogich planów – jest rybą 🙂

Lubię dwuznaczność Kassandra – dlatego tak miło się go pisze, że nigdy nie wiesz, czym Cię zaskoczy… jeśli jednak szukać jakichś stałych elementów jego kreacji – to jest nią silnie rozbudowane poczucie własnego interesu. To ono prowadzi go do czynów wspaniałych i niegodnych. Ocalił Fryne przed śmiercią, by uczynić ateńską heterą swoją nałożnicą. Broni Melisę przed Mnesarete, bo chwilowo otrzymuje od niej więcej przyjemności, niż od dziewczyny z Argos. Z drugiej strony natychmiast i bez żadnych etycznych oporów przystaje na propozycję Hassana, byle tylko napełnić swoje kufry, nie oglądając się przy tym, ile nieszczęść wywoła.

Jego ślepota na wiarołomność Mnesarete faktycznie może uderzać. Pytanie, jak długo potrwa 🙂 Co do pozostałych pytań, mogę tylko zapewnić, że następne rozdziały przyniosą nieco odpowiedzi!

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Anonimie S: żeby mieć własnego awatara, trzeba założyć u nas konto i się na nie logować. Niestety, z powodu niedawnej awarii strony opcja ta jest chwilowo wyłączona. Proszę o cierpliwość, w październiku nasze wsparcie informatyczne powinno sobie poradzić z tym problemem!

Kolejna odsłona ciekawej opowieści. Tym razem postaram się napisać coś więcej. Tytuł odsłania zarys treści odcinka. Kasander jak zwykle nie liczący się z losem ludzi od niego zależnych, biorący co chce siłą okazuje okruch dobroci niewolnicy ale to nie wpływa na osąd jego czynów. Typowy awanturnik i okrutnik jakich pełno było w każdej epoce ludzkości. Msensarette to typowa bezwzględna piękność ulegające silniejszym a dreczaca swoje niewolnice, bezwzględnie dążąca do uzyskania swoich celów. Aż strach pomyśleć co mogłoby się wydarzyć gdyby miała władzę i możliwości Kasandra. Przypuszczam że Melisa będzie kolejną osobą z syndromem sztokholmskim albo jeśli los jej pozwoli podaży droga swojej Pani. Natomiast adiutant to przykład kolejnego „cierpiącego przez własne przekonania” różne od otoczenia. A nie lepiej wg przyslowia ” kto wejdzie między wrony….. pozdrawiam Autora i Neferze. P.S.poniewaz są inne posty podpisywane anonim ja od dziś będę używał nicku anonim S

Witaj, S!

Cieszę się, że postanowiłeś odróżnić się od pozostałych anonimowych Komentatorów na Najlepszej. Dzięki temu przyjemniej będzie się dyskutowało.

Mnesarete mająca możliwości i władzę Kassandra? Nie strasz… a może przeciwnie – nie kuś… to byłoby faktycznie interesujące. Obecnie możliwości Szmaragdowookiej do czynienia zła są ściśle ograniczone. Gdyby jednak zdołała rozwinąć skrzydła, mogłaby być naprawdę groźną przeciwniczką dla wszystkich, którzy ją skrzywdzili… lub tych, których uważa za sprawców swoich krzywd. Jest to myśl ciekawa i przyznaję, że i ja takie miałem!

Syndrom sztokholmski Melisy? Wydaje mi się, że Jonka nie ma już żadnej sympatii ani przywiązania dla swojej pani. Parmys również – po tym, jak Mnesarete poważnie rozważała sprzedanie jej w zamian za naszyjnik. Mnesarete nigdy nie dbała o to, by służące ją kochały. Wolała wymuszać posłuszeństwo strachem lub bólem. To słabość, która może się na niej zemścić.

Argyros… cóż, wrodzona przyzwoitość nie pozwoliła mu krakać jak inne wrony. Zobaczymy, jak długo przetrwa w tym kłębowisku żmij. I czy uda mu się zachować wewnętrzną czystość, mimo cielesnego zbrukania.

Pozdrawiam
M.A.

Kassander jest sobą czyli pozbawionym zahamowań egoistą. To że się chwilowo ulitowal nad Melisą wynika z chęci przypomnienia Msenarette kto tu rządzi bo Melisa nic dla niego nie znaczy. Więc ja myślę o syndromie sztokholmskim Melisy ale wobec Kasandra! Jazon pewnie powie Kasandrowi o próbie gwałtu z rozkazu Gelona a przepytywana Melisa powie o związku Gelona z Mnesarette. Dalszy ciąg wyobrażam sobie następująco. Gelona zabija Kassander. Msenarette zostaje zabita lub uwięziona. I tu tworzy się szansa dla Melisy bo Kassander potrzebuje kobiety a ona będzie pod ręką.😀

A teraz daleko idąca fantazja . Melisa zostaje faworytą Kassandra a ten darowuje jej niewolnice: Parmys i UWAGA Msenarette😀. I tutaj Autor miałby pole do popisu. Jak Melisa będzie traktować Msenarette? No jak ??? Pomyślcie i napiszcie może to podda jakiś pomysł Autorowi jeśli wpłecie taki wątek do swojej powieści. Myślę jednak że Megas ma już swoją koncepcję i moje wypociny to tylko dywagacje😀

Pomysł zamiany miejscami między Melisą, a Mnesarete poruszył także moją wyobraźnię. To byłoby coś.
Melisa wydaje się dużo łagodniejsza od wojowniczej argonautki, ale wiadomo, ze władza zmienia człowieka, a kobiety nigdy nie zapominają przewin i lubią się za nie mścić… Mnesarete z pewnością w tym przypadku nie miałaby łatwego i lekkiego życia. Aczkolwiek i tak najgorsze dla niej byłoby upokorzenie nie tyle fizyczne, co duchowe- myśl, że spadła tak nisko w hierarchii i była niewolnica nią pomiata.

O właśnie! Całym moim pełnym nienawiści do Mensarete sercem popieram ten pomysł! I pomyśleć, że na początku Opowieści Helleńskiej była moją ulubioną postacią.

Podoba mi się dyskusja, która tu się rozwinęła 🙂

Przyznam, że miałem swoje pomysły na rozwiązanie kwestii romansu Mnesarete, ale koncepcje poddane przez S. (Mnesarete jako niewolnica Melisy) oraz Czarnej Kaczuszki (Mnesarete lądująca w jakiś sposób we władzy Heleny) są wysoce inspirujące! Nie mogę obiecać, że wprowadzę je w życie, bo to byłby potężny spoiler. Ale rozgrywam sobie różne scenariusze w głowie i myślę, że te dwa byłyby naprawdę fascynujące.

Bez wątpienia zamiana ról byłaby druzgocząca dla Szmaragdowookiej. Społeczne degradacja i zemsta dręczonych przedtem niewolnic… gdyby Kassander znalazł w sobie dość okrucieństwa i wyrachowania, ukarałby ją w taki właśnie sposób. Pytanie, czy przedtem nie zadziała pod wpływem impulsu i nie skończy sprawy szybko i w sposób ostateczny.

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Teraz już rozumiem, o co chodziło z syndromem sztokholmskim Melisy. Faktycznie, na kartach Opowieści helleńskiej pojawiła się już taka bohaterka – Kleopatra, zakochana w swoim dręczycielu, Dionizjuszu z Faleronu. Możliwe, że i Melisa poszłaby tą drogą.

Celowo też dodałem Parmys ponieważ o niej Melisa wyrażała się też z niechęcią 😇 więc dla niej też by nie była miła. A Msenarette? Hm mimo że chłosta sprawiała jej przyjemność zarówno ta otrzymywana od Kassandra jak i ta zadawane Melisie, to otrzymywanie jej z rąk swojej byłej niewolnicy byłaby szczególnie przykrą. Pewnie by się buntowala i ……..😀???? MAM PROŚBĘ jesli zauważycie błędy w moich wypocinach proszę o zwrócenie mi uwagi. Są to moje początki więc gdzie się uczyć jak nie od Najlepszych

Taka wersja wypadków jest zupełnie możliwa, gdyby wyszła na jaw afera z Gelonem. Gelon pewnie padłby z ręki Kassandra (co mogłoby przysporzyć generałowi dodatkowych kłopotów, bo pewnie oficer ma krewnych), natomiast Mnesarete… Kassander mógłby być na tyle ściekły za to, że tak długo wodziła go za nos na oczach podległych mu oficerów, że byłby w stanie upokorzyć ją w proponowany sposób… Co na toMelisa? Moim zdaniem, początkowo rozkoszowałaby się władzą (chłosta, noszenie wody i inne najgorsze posługi, zamiast gwałtów to raczej pełny zakaz jakichkolwiek stosunków). Potem jednak, jeśli ma rozum, poprosiłaby Kassandra o zgodę na jak najszybsze pozbycie się nowej niewolnicy czyli sprzedaż. Mogłaby to ukazać jako akt łaski ze strony generała. Łaska pańska na pstrym koniu jednak jeździ, a Kassander nie jest w kwestiach alkowy opoką, na ktorej można polegać. Dlatego lepiej pozbyć się takiej rywalki.

Ja bym się nie pozbył 😀 wolałbym dręczyć dalej ale masz rację Neferze Msenarette robiła by wszystko by odzyskać Kassandra swoją pozycję a także swoje dawne niewolnice bo pewnie Parmys też by dokuczała dawnej pani. Ja oprócz chłosty dodał bym kopanie (Msenarette tak ja traktowała) policzkowanie , obowiązek całowania stóp Pani ale przede wszystkim uslugiwanie w czasie igraszek łóżkowych z Kassandrem. To by było wg mnie dla Msenarette najgorsze. Neferze zajrzyj na lol24 do komentarzy pod ostatnim rozdziałem Pani Dwóch Krajów. Pozdrawiam Megasie

S., Neferze,

z pewnością S. ma rację, że chłosta zadawana Mnesarete przez Melisę nie byłaby dla Szmaragdowookiej przyjemnością – raz, że odczuwałaby w pełni upokorzenie, dwa, że Jonka z pewnością dołożyłaby starań, by wyjść daleko poza granicę, za którą razy przestają być dla masochistki przyjemnością.

Natomiast Nefer ma rację, że Melisa raczej zakazałaby Mnesarete seksu w ogóle, niż skazała ją na gwałty. Byłaby to dla tej ostatniej znacznie dotkliwsza kara. W grę wchodziłyby też pewne hm… cielesne modyfikacje, np. zaszycie dziewczynie z Argos pochwy. Z drugiej jednak strony jest ona taką entuzjastką stosunków analnych, że mogłoby to być niewystaczającym zabezpieczeniem 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Udział Mnesarete w roli służącej w ewentualnych zabawach Kassandra z Melisą byłby właśnie dla tej ostatniej szczególnie niebezpieczny. Kassander jest nieprzewidywalny, stałością uczuć nie grzeszy, kto wie, jak mogłoby się to skończyć? W założonej, hipotetycznej sytuacji, Melisa powinna nalegać na pozbycie się Mnesarete. Z drugiej strony Kassander, jeśli to on posiada z kolei odrobinę oleju w glowie, to do sprzedaży Mnesarete nie powinien dopuścić, jak teraz myślę. Ona wie zbyt wiele i ta wiedza mogłaby się okazać niebezpieczna… Czyli… Wyjście jest tylko jedno, okrutne, ale skuteczne…

Nie sądzę, żeby sprzedaż Mnesarete była aż tak niebezpieczna dla Kassandra, przy odrobinie środków ostrożności. Mówimy o niepiśmiennej kobiecie, więc pozbawienie jej możliwości pogaduszek o byłym kochanku jest nad wyraz proste i nie trzeba jej od razu zabijać.

Czarna Kaczuszko, chylę czoła! Jeśli rzeczywiscie nie zna sztuki pisma, to sposób istotnie skuteczny. A żyjąc nadal, cierpiałaby przecież bardziej. Co do pozbawienia jej zdolności odczuwania doznań seksualnych, to zamiast zaszycia lepsze byłoby obrzezanie. Pod ręką mamy akurat arabskiego handlarza niewolników, Hassana. Na pewno posiada specjalistów w tym zakresie. A potraktowana tak Mnesarete zachowałaby wartość… handlową, że tak powiem. Brak języka, to wystarczający uszczerbek. Owszem, pozostałyby jej doznania analne, jak trafnie zauważył M.A., ale i tak odczułaby to dotkliwie, jak sądzę. Ależ się tu rozpędziliśmy, niczym prawdziwi okrutnicy, planując los tej pewnej w tej chwili swojej pozycji oraz władzy dziewczyny. Co prawda, zasłużyła.

Okrutnikami bylibyśmy, gdybyśmy planowali w podobny sposób los Zosi czy innej Kasi z klasy maturalnej, która zdradziła swojego chłopaka. Współcześnie (prawie) wszyscy mamy wolność osobistą i seksualną, dach nad głową, bezpłatną służbę zdrowia i edukację, więc możemy sobie pozwolić na luksus współczucia komu nam się podoba. Natomiast w świecie Perskiej Odysei cierpienia jest tyle, że współczuciem trzeba gospodarować rozsądnie. Jasne, dalsze życie według naszych okrutnych pomysłów będzie dla Mnesarete gorsze niż śmierć – ale każde okrucieństwo, którego dozna Szmaragdowooka po zostaniu niewolnicą ze sporym prawdopodobieństwem będzie okrucieństwem oszczędzonym jakiejś innej, niewinnej niewolnicy, która mogłaby się znaleźć na jej miejscu. Oczywiście pomijając kwestie związane z upewnieniem się, że Mnesarete już więcej nie nabruździ,

Neferze, Czarna Kaczuszko,

to ja chylę przed Wami czoła. Myślałem o różnych karach, jakie mogłyby spotkać Mnesarete za jej wiarołomność, sposób w jaki traktuje niewolnice, wreszcie za śmierć Nasakhmy, ale przynajmniej w jednym punkcie udało Wam się przebić moją pomysłowość 🙂 Więcej nie powiem, bo zdradziłbym swe zamiary. Wiedzcie jednak, że czytając Wasze komentarze sporządziłem niejedną mentalną notatkę. Jeśli je wykorzystam, los Szmaragdowookiej będzie doprawdy nie do pozazdroszczenia.

„W świecie Perskiej Odysei cierpienia jest tyle, że współczuciem trzeba gospodarować rozsądnie.” – przyznam, że te zdanie mnie urzekło. Jest nie tylko prawdziwe, ale i bardzo zgrabne. Czarna Kaczuszko, myślałaś może o napisaniu jakiejś fabuły? Np. dla Najlepszej? Nefer już wzbogaca swą twórczością nasze zbiory. Jestem bardzo ciekaw, jak wyglądałyby Twoje prace. Bo pomysłów Ci nie brakuje. A ze sposobu w jaki analizujesz psychologię moich bohaterów wnoszę, że posiadasz głęboką znajomość zakamarków ludzkiej duszy.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, trafiłeś, dziś zamierzam skończyć jeden tekst, który układał mi się w głowie od początku wakacji. Ale jakkolwiek uwielbiam Najlepszą, dla swoich tekstów chciałabym mieć własny kawałek internetu, może bloga.

Czy nie wystarczyła by Ci „strona o mnie” ?

Pozwolę sobie zaznaczyć, że nie jesteśmy zaborczy, a po pierwsze gościnne występy (nie tylko u nas) pomagają promować własne miejsce, po drugie na początku drogi twórczej współpraca z korektorem jest niezwykle cenna, choćby dlatego, że autorowi zwykle brakuje dystansu do własnych tekstów. Jakbyś się ładnie uśmiechnęła, zapewne Megas albo Nefer z przyjemnością wzięliby Cię pod opiekuńcze skrzydła 🙂

Czy moje skrzydła można uznać za opiekuńcze, to osobna kwestia. 😀 Chętnie służę jednak swoja osobą, Megas zapewne także. O ile wiem, Czarna Kaczuszko, już jakiś czas temu nosiłaś się z myślą stworzenia własnej opowieści. Nic nie stoi na przeszkodzie, byś spróbowała umieszczać swoje teksty w różnych miejscach. Zawsze służy to przyciągnieciu nowych czytelników.

Nie będę przecież zachęcać Czarnej Kaczuszki, twierdząc, że będziecie w nią walić jak w worek treningowy 😀 😀 😀

Czarna Kaczuszko,

bez presji, skoro chcesz publikować na swoim „terenie”, jak najbardziej tak właśnie czyń (choć, jak zauważyła Ania, nie oczekujemy od naszych Autorów wyłączności). Ale i tak chętnie zobaczyłbym, co przygotowałaś. Kto wie, może miałbym nawet jakąś sugestię czy radę dla koleżanki po piórze?

Pozdrawiam
M.A.

Panowie i Aniu, ale mnie wcale nie zależy na nowych czytelnikach, tylko na tym, żeby ten jeden, którego teraz mam, był zadowolony. Mój tekst chwilowo istnieje tylko jako plik .odt/.pdf i oczywiście z przyjemnością się nim podzielę, ale ostrzegam lojalnie, że to dobre sześć stron, których „korekta” ograniczyła się do tego, że przeczytałam go po napisaniu, poprawiłam literówki i wstawiłam twarde spacje tam, gdzie były potrzebne. Nie widzę nigdzie opcji dodania pliku do komentarza, ale mogę przesłać go mailem. Przy okazji: czarnakaczuszkadodebugowania@gmail.com i może wreszcie przestaniemy zaśmiecać komentarze pod Perską Odyseją tą dyskusją, która z Perską Odyseją ma tyle wspólnego, co ja z zakonnicą 🙂

Trochę trzeba było poczekać ale jak zwykle było warto. Wybacz że nie komentuję z konta, niestety już od dłuższego czasu nie mogę się na nie zalogować a dostęp z komórki generalnie jest bardzo utrudniony.

Na ogół komplementuję Twoje dzieła, jednak po lekturze tej części śmiało mogę napisać że chyba jeszcze nie czytałem czegoś podobnego. Bardzo się Przyłożyłeś do tego odcinka. Pomimo opisanych w nim niegodziwości (niektóre z trudem przeczytałem) muszę uznać że ich lektura nie zmienia mego nastawienia do Twojej prozy.

Jak zwykle znalazłem motyw przewodni i dla mnie jest to „Staniesz się takim samym zwierzęciem jak my.” Bardzo pięknie Nakreśliłeś tą bezlitosną machinę i Podsumowałeś operacje wojenne ogółem. Przedstawiając bezsilność jednostki, bezsilność jej walki o zachowanie własnej tożsamości (aczkolwiek sądzę że w tym przypadku nie wszystko zostało powiedziane). Jednocześnie Wykazujesz dużą cierpliwość w kontynuowaniu wątków których zakończenie, zapewne każdy normalny czytelnik przyjął by z ulgą.

Człowiek który tak pisze,coś musiał przeżyć …

Życzę Ci dobrego zdrowia i z niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu. Jak zwykle.

Micku,

nie ma czego wybaczać. Wina leży po naszej stronie. Najlepsza Erotyka miała kilka tygodni temu problemy techniczne wywołane niepożądanymi działaniami mrocznych sił. Trwają działania naprawcze, ale dopóki się nie skończą (a potrwają do października) będziemy doświadczać różnych dolegliwości (niemożność zalogowania, wyzerowanie ocen pod opowiadaniami). Jeśli chciałbyś wiedzieć więcej, mogę Ci napisać na priva.

Dziękuję za tak wysoką ocenę najnowszego rozdziału. Sporo nad nim myślałem. Początkowo miał wyglądać nieco inaczej, nie tak mrocznie, w końcu jednak zdecydowałem się na takie, a nie inne rozwiązania fabularne. Pisanie trwało bardzo długo i cieszę się, że efekt nie zawiódł. Postaram się jednak nie testować Waszej cierpliwości i następną część przedstawić szybciej.

Pozdrawiam
M.A.

Cieszę się że ta dyskusja się rozwinęła 😀. Skoro nie ma dalszych pomysłów na dręczenie Msenarette, to ten wątek uważam za zamknięty. Chciałbym jednak odnieść się do komentarzy Czarnej Kaczuszki. Z niecierpliwością czekam na Twoje opowiadanie i mam nadzieję że je niedługo opoblikujesz. Natomiast nie zgadzam się że sformułowaniem ”Okrutnikami bylibyśmy, gdybyśmy planowali w podobny sposób los Zosi czy innej Kasi z klasy maturalnej, która zdradziła swojego chłopaka. Współcześnie (prawie) wszyscy mamy wolność osobistą i seksualną, dach nad głową, bezpłatną służbę zdrowia i edukację, więc możemy sobie pozwolić na luksus współczucia komu nam się podoba.” wg różnych źródeł ok 350 mln dzieci na świecie zmuszanych jest do niewolniczej pracy . Do tego ponad 1 miliard dorosłych. Na naszym polskim podwórku istnieje też handel ludźmi i inne patologie. Natomiast przytoczone Zosia i inna Kasia jest bardzo często szykanowa czy maltretowana przez rówieśników. Moja konkluzja brzmi następująco w każdej epoce naszych dziejów byli okrutnicy i osoby gnębione i zawsze byli są ci co im wolno więcej i bardzo często bywają bezkarni

Ja również cieszę się z dyskusji, bawiłem się przednio czytając o Waszych planach względem Mnesarete 😉

Masz oczywiście rację, że dziś również świat nie jest wolny od plag takich jak zaszczuwanie słabszych, handel ludźmi, przemoc wobec tych, którzy nie mogą się bronić. Myślę jednak, że przewagą naszych czasów nad antycznymi jest to, że takie zachowania są dość powszechnie potępiane moralnie. I surowo karane, gdy wyjdą na jaw. Starożytność była okresem, w którym stosunki międzyludzkie były nasycone niesamowitym poziomem przemocy – ale jednocześnie była to przemoc usankcjonowana prawnie. Mężczyzna miał prawo maltretować żonę, albo porzucić nowonarodzone dziecko. Pan mógł bezkarnie dręczyć niewolników. Król posiadał władzę życia i śmierci nad swymi poddanymi. Rządy prawa praktycznie nie istniały (nawet w Rzymie, który szczycił się przywiązaniem do legalizmu). Silniejsi deptali słabszych i było to nie tylko akceptowane, ale wręcz uważano, że to niezbędny element zdrowego, hierarchicznego społeczeństwa.

Dziś na szczęście o lata świetlne oddaliliśmy się od tamtego standardu etycznego. Nawet jeśli świat nie odpowiada w pełni naszym idealistycznym wyobrażeniom, to jednak dążymy do tego, by urzeczywistniać postulaty wolności i równości. Przynajmniej w zachodnim kręgu kulturowym.

Pozdrawiam
M.A.

Dobrze Megasie że dodałeś „w zachodnim kręgu kulturowym” . Tylko jakie kraje uznajesz za znajdujące w zachodnim ? Bo przy tym naplywie migrantów szybko zostanie to zmienione. Ale to już polityka a tu się zajmujemy erotyką.

Dobry wieczór, S.!

Przyznam, że miałem na myśli głównie Europę i Amerykę Północną, ale dobre wzory rozprzestrzeniają się na cały glob. Nawet tradycjonalistyczna Arabia Saudyjska ugięła się pod presją i w 1962 r. zdelegalizowała niewolnictwo (inna sprawa, jak wygląda to w praktyce).

A napływ imigrantów, choć atrakcyjny medialnie, nie jest zjawiskiem aż tak masowym, by miał spowodować załamanie się zachodniego systemu wartości, przynajmniej w jego zasadniczych aspektach.

Pozdrawiam
M.A.

W rzeczy samej, nie jest. Ale należy pamiętać czego jest on (po części) konsekwencją. Tego że „zachód” sam odchodzi od wartości cywilizacji łacińskiej. Zaczął to robić na długo przed obecnymi problemami. Jeszcze za czasów kiedy na religię chodziliśmy do plebanii, mówiono o Francji „kraj pustych kościołów”. I niepokojąca nie jest obecność imigrantów lecz to, że „zachód” nie wraca do swych wartości.

Oczywiście nie poruszamy tu spraw politycznych lecz raczej sprawy dziejowe. Osobiście uważam że ewolucja jest dokładnie takim samym dogmatem jak kreacjonizm. Jednak Europie zagraża nierównomierna ewolucja. Z jednej strony wyemancypowani i nie skłonni do agresji ludzie a z drugiej strony masy wyznające swą religię tak jak my to czyniliśmy w średniowieczu. Różnice są zbyt wielkie. Konflikt jest nieunikniony.

A ja myślę, Micku, że uprawiasz czarnowidztwo.

Upadek Zachodu to stara śpiewka. I nie chodzi wcale o puste kościoły. Dekadencję Zachodu potępiali i bolszewicy i naziści. Gdzie są dziś jedni i drudzy? A Zachód trwa i trwa.

Owszem, zmienia się, ewoluuje. Ale trwa, niczym lampa oliwna świecąca bez końca pośród mroku. Świecąca przykładem, inspirującym dla milionów ludzi na świecie (im dalej mieszkających, tym bardziej w przykład zapatrzonych). Oni wiedzą, że żyć dobrze oznacza – żyć tak, jak ludzie Zachodu.

Kiedy kobiety z Arabii Saudyjskiej walczyły o prawo do prowadzenia samochodu – czyniły to zainspirowane przykładem ruchów feministycznych skąd? Właśnie z Zachodu. Nawiasem mówiąc, parę dni temu wygrały tę walkę.

Ten Zachód, niby taki podupadły, wyniszczony przez nierozwiązywalne sprzeczności. A jednak to nie-Zachód bierze z niego przykład, a nie na odwrót.

Pozdrawiam
M.A.

Potępiali bo potrzebowali tego do kreacji kontrastów dla ludu, żeby lud żył w pogardzie dla zachodu a przywódcy żeby mogli spijać śmietankę. Pokazywał to Orwell, Guareschi i inni też pokazywali. Ja myślę że Potraktowałeś temat płytko. Trochę boję się że Zrobiłeś to celowo gdyż wiedza która Posiadasz na pewno jest szersza.

Żadne królestwo ludzkie nie jest wieczne i to królestwo również nie obędzie się bez kryzysów które doprowadzą je do upadku. Zachód budował swoją potęgę na wspólnym działaniu, dziś zaczynają przeważać oportuniści, nie Wmówisz mi ze ci którzy przyjeżdżają tam żeby mieć coś za darmo, choćby kiwną palcem żeby wznieść razem coś innego niż meczet.

„Woda drąży kamień nie siłą lecz uporczywym kapaniem.” bezkrytyczny konsumpcjonizm już odwalił dużo roboty.

A ja czuję się zobowiązana stanąć w obronie ewolucji. To jest teoria, która ma solidne podstawy w naszej obecnej wiedzy biologicznej. Wszystkie żywe organizmy kodują swoje geny w ten sam sposób, w DNA. Wiemy, jak zachodzi dziedziczenie, wiemy, jakie dokładnie procesy biologiczne sprawiają, że w kodzie DNA u danego osobnika pojawia się mutacja, która zmienia jakąś cechę. Jeśli ta zmieniona cecha daje mu jakąś przewagę, np. lepszy kamuflaż przed drapieżnikami, logiczne jest, że ten osobnik będzie miał większe szansę na duże potomstwo – a jeśli oddziedziczy ono tę cechę, również będzie miało większe szansę przekazać ją dalej. Na pochodzenie od wspólnego przodka wskazuje też fakt, że płód wygląda bardzo podobnie u zwierząt, dopiero w trakcie rozwoju zaczyna nabierać cech gatunkowych i da się stwierdzić, czy „to małe coś co wystaje blisko głowy” to skrzydła, ręce, przednie łapy, płetwy itd. U niektórych gatunków występują części ciała, które są reliktami ewolucyjnymi, np. człowiek ma kość ogonową, a najbliższy mu genetycznie gatunek – małpy – ma ogon. Poza tym, możma wskazać gatunki zwierząt, które są do siebie podobne, ale jednak istotnie się różnią (np. gatunki żółwi opisane przez Darwina, słoń indyjski i afrykański). Wspólną cechą wszystkich takich obserwacji jest to, że owe grupy podobnych gatunków tysiące lat temu żyły na wspólnym terenie, a później teren ten został w jakiś sposób rozdzielony. Logicznym wnioskiem jest, że wobec tego te gatunki miały wspólnego przodka, a po rozdzieleniu ich ewolucja zaczęła przebiegać niezależnie, stąd inne cechy. Podobnie do ewolucji, z tym, że z czlowiekiem zamiats selekcji naturalnej, przebiegało powstawanie różnych ras psów. Czy jest w naturze jakiś inny gatunek, którego poszczególne osobnoki potrafią tak bardzo różnić między sobą np. rozmiarem? Na oczach ludzkości zaszła też zmiana w jednym gatunku, zdaje się ćmy: kiedyś była bardzo jasna, po rewolucji przemysłowej większość osobników tego gatunku ma ciemnoszare skrzydła. Sam człowiek – wykopaliska archeologiczne sugerują, że zaczął swoje istnienie w Afryce, a potem się rozlazł po świecie dawno temu. I jakimś dziwnym trafem tam, gdzie słońce świeci niemiłosiernie, człowiek ma ciemną skórę, a tam, gdzie słońca prawie nie ma, człowiek ma skórę bardzo jasną. Jeśli nie jest to przystosowanie ewolucyjne, które zachodziło w różnych plemionach w sposób adekwatny do klimatu, czemu nie mamy wszędzie po trochę ludzi ze skórą czarną, jasną, żółtą itd. (oczywiście w naturalny sposób, a nie na skutek niedawnej migracji). Mamy więc sporo różnych faktów, z których ewolucja jest racjonalnym wnioskiem i które da się racjonalnie wyjaśnić ewolucją. Nie bardzo mamy za to naukowe fakty, które z teorią ewolucji stałyby w sprzeczności. Gdzie tu dogmatyzm?
(Zastrzeżenie: moja edukacja biologiczna zakończyła się w pierwszej klasie liceum [wiwat reforma!], zreszta nigdy tego przedmiotu nie lubiłam. Nie jestem więc źródłem rzetelnej wiedzy w tej dziedzinie w zakresie wykraczającym poza to, co wie grzeczne dziecko, które nawet z nielubianych przedmiotów stara się mieć przyzwoite oceny. Swój wywód oparłam bardziej na niezłej świadomości tego, w jaki sposób wysnuwa się naukowe wnioski z obserwacji, czy to o pochodzeniu gatunków, czy to o pochodzeniu gwiazd i planet)

Swoją drogą, nasza dyskusja potoczyła się w bardzo ciekawe kierunki, które z Perską Odyseją mają szalenie mało wspólnego. Czy ktoś rozważał kiedyś powstanie forum dyskusyjnego dla czytelników i autorów Najlepszej? Moglibyśmy wtedy kontunuować te wątki w bardziej uporządkowany sposób i bez poczucia niestosowności tematu do miejsca.

Micku,

wspomniani przeze mnie krytycy Zachodu zarzucali mu właśnie konsumpcjonizm, duchowe wyjałowienie, wewnętrzną pustkę. Obiecywali temu wszystkiemu przedstawić wielką Ideę albo realną wspólnotę ufundowaną na krwi i ziemi (naziści) lub też wierze w świetliste, bezklasowe jutro (bolszewicy). Fałszowi Zachodu przedstawiali bliżej niesprecyzowaną Autentyczność. Okazało się jednak, że jedni i drudzy nie posiadają zachęcającej alternatywy dla tego nudnego, liberalnego, ideologicznie letniego konstruktu.

Dziś krytyka formułowana jest z kręgów ultrakonserwatywych, populistycznych i skrajnie lewicowych. Ale gdy któraś z tych frakcji dorwie się w którymś kraju do rządów, wcale nie wygląda to zachęcająco. Zamiast realnej wspólnoty pojawia się jeszcze głębszy podział społeczny. Zamiast harmonijnej współpracy międzynarodowej – konflikty z dobrymi sąsiadami. Wpychana społeczeństwu do gardła siłą ideologia odbija się czkawką, albo i wymiotami. Właśnie w takim kraju można najlepiej docenić wartość nudnego, liberalnego, bezideowego, a przynajmniej nienarzucającego się z ideologią Zachodu.

Skoro Zachodu nie zniszczył Hitler ani Stalin, mający na swój rozkaz olbrzymie siły, nie uczyni tego kryzys migracyjny. Tym bardziej, że napływ ludności rzędu kilkuset tysięcy czy nawet miliona osób rocznie to kropla w europejskim 500-milionowym morzu. A i imigranci po jakimś czasie się europeizują. Już w drugim pokoleniu spada ich dzietność, przyjmują elementy zachodniego stylu życia. Masowe media i publiczna edukacja robią swoje. Owszem, są wśród nich ekstremiści. Ale to jednak promil w całej populacji. Jeden, drugi czy nawet setny terrorysta nie zniszczy Europy.

Pozdrawiam
M.A.

Ale już jej właśni, zajadli obrońcy mogą ją zniszczyć…

Czarna Kaczuszko,

offtopy to sól ziemi każdej dyskusji. Zwalczać ich nie ma sensu. Wierz mi, próbowałem – na kilku listach dyskusyjnych, w których miałem przyjemność uczestniczyć. Przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. A skoro nie można wygrać, trzeba się przyłączyć.

Na starej NE, jeszcze w czasach, gdy gościliśmy na blogspocie, mieliśmy forum dyskusyjne. Niestety, mało kto chciał na nim pisać, wszyscy woleli dyskutować pod opowiadaniami. Więc w końcu z niego zrezygnowaliśmy, bo głupio to wyglądało.

Pozdrawiam
M.A.

Czarna Kaczuszko, mam pytanie. Co stworzyła ewolucja ? Ewolucja jest procesem opartym na przekształceniach a żeby przekształcać to musi być najpierw „coś”. Dla tego ewolucja jest takim samym dogmatem jak kreacjonizm. I jedno i drugie jest prawdziwe. Ewolucję trochę już zgłębiliśmy, każdy z nas na co dzień obserwuje ją we własnym zakresie. Natury kreacjonizmu nie poznamy jeszcze długo (nie wiem czy w ogóle poznamy).

Megasie, 1/3 naszych postów pokrywają się ze sobą i nie zaprzeczają się tylko powtarzają, na tym polu nie toczę z Tobą polemiki. Działania wojenne są otwartym aktem agresji i prowadzone przeciwko narodom będą po części przez przekorę, po części przez wolę przeżycia w utożsamianej wspólnocie, wywoływały obronę. Poza tym agresja w stylu Rosji czy Niemiec była jednostronnym wypowiedzeniem wojny, podstępnym z resztą. Niezależnie jak się zachował Churchill i Stany Zjednoczone, żaden z nich nawet nie próbował usprawiedliwiać napaści na Polskę. Teraz po latach narody oddają sprawiedliwość i nawet jeśli ich to nic nie kosztuje, jednak ją oddają.

Ta wojna która toczy się teraz jest wojną hybrydową, bardzo różniącą się w sposobie eskalacji od konfliktów XIX wieku. Wojna również ewoluuje. Tak jak ewoluował socjalizm od Marksa, poprzez Lenina do Gramsciego. Polityka socjalistyczna jest polityką globalną, walczy z tożsamością narodową, niszczy konserwatywność, w statucie walczy z fobiami co jest nagminnie łączone z „11 prawem Orwella”. Odbiera prawo do zdecydowanej i zbrojnej obrony godności i życia w imię wyimaginowanej wyższej wartości kolorowych-tęczowych idei. Zauważ jak jest dziś interpretowany humanizm ? Spytaj Ani co to jest humanizm ? Zapewne poda przykłady, choć prędzej z Sartre’a bo przecież nie z Kochanowskiego.

Natomiast w dużej części się zgodzę że jednym z głównych narzędzi rozkładu to populizm i demagogia zbudowana na nim. Obiecywanie ludziom że „należy się im i dostaną” no bo przecież „każdy ma taki sam żołądek”. Ktoś kto promuje przy tym uczciwą pracę jest jak … grzybek na widelcu. Po co pracować jak można wszystko dostać. Dawniej, gdyby rząd dał choć markę socjalu komuś kto nie pracował w Niemczech to by ludzie wznieśli larum, dziś mają tak wyprane głowy że tylko temu przyklaskują.

Micku, pozwól, że odpowiem pytaniem na Twoje pytanie. Wyobraź sobie, że Ty i Twój kolega z pracy codziennie widujecie piękny samochód na parkingu obok miejsca, gdzie pracujecie i zastanawiacie się, kim też mógłby być jego właściciel. Pewnego razu Twój kolega zauważa, że z tegoż samochodu wycieka olej (oczywiście zostawia za szybą samochodu karteczkę z ostrzeżeniem, ale to nie jest tematem tej metafory). W drodze do domu przygląda się więc uważnie drodze i widzi, że podobne plamy ciągną się wzdłuż ulicy, którą idzie, aż do najbliższej stacji benzynowej. Zachodzi więc na stację benzynową, kupuje kanapkę i wdaje się w niezobowiązującą rozmowę z kasjerem o markach i kolorach samochodów. Kasjer w pewnym momencie wspomina, że najpiękniejszy samochód, jaki regularnie u nich tankuje, jest własnością pewnego chirurga, a opis tegoż samochodu odpowiada samochodowi, który widujecie na Waszym parkingu. Za stacją benzynową ulica zdążyła zostać umyta przez pojazd czyszczący, nie da się więc stwierdzić, z której strony auto przyjechało. Czy powiesz Twojemu koledze, że twierdzenie, że Wasze interesujące auto jest własnością chirurga jest czysto dogmatyczne, bo nie umie ustalić, jak ten chirurg się nazywa, gdzie pracuje i przede wszystkim skąd bierze się na wspomnianej stacji benzynowej?

Proszę o prostszą metaforę bo widocznie mój umysł nie jest w stanie w pełni nad nią nadążyć dla tego odpowiem na nią dowcipem. Nie rozumiem jak by się miała ta trywialna historia to obiektu naszych rozważań. Nie każda metafora tu chyba pasuje.

Temu facetowi na stacji się pomyliło, zobaczył na wizytówce wystającej z portfela „dr nauk medycznych Ireneusz Chirurg” ale doktor Ireneusz Chirurg jest ginekologiem. Marcin – chłopak ze stacji, czytał wczoraj w dodatku do Gazety Wyborczej, którą mu podrzuciła niejaka Anna, że chirurgowie wspaniale zarabiają i jeżdżą świetnymi wózkami. Proste skojarzenie prostego umysłu i … szast prast, Masz swojego chirurga.

Piszesz że Prowadzisz krucjatę w imię nauki. By prowadzić krucjatę trzeba być dobrym, tak zdecydowane określenie świadczyło by że ma się do czynienia z ekspertem. Czy nie lepiej zamiast krucjaty, żywić nadzieję na miłą i budującą dyskusję a ona nie polega na łapaniu za szczegóły lecz na możliwie celne uwagi na temat myśli przewodniej.

Bez wątpienia „jest coś niż nie ma niczego” suma atomów i suma energii nie zmieniły się we wszechświecie od początku jego powstania. To z czym mamy do czynienia to ta sama materia i energia rzucone w wir praw fizycznych. To by było tyle jeśli chodzi o świat materialny. Jeśli chodzi o świat w naszych głowach to na ogół cały czas poruszamy na tej samej płaszczyźnie, na tej na której rozgrywa się nasze codzienne życie.

Ale we wszystkim musiał być początek. I jak do tej pory nikt w przekonywujący sposób nie obalił dogmatu Stwórcy. Nikt i nigdy. Osobiście uważam że rasę ludzką stworzył Stwórca który miał również swojego stwórcę zaś rasa ludzka jest bardzo młoda w skali czasu. Jest produktem wtórnym w jak najpełniejszym tego słowa znaczeniu.

Micku, wiedza naukowa od dogmatu różni się tym, że jest poparta dowodami, więc stanowi wiedzę, a nie wiarę. Udowodnienie istnienia Boga, przynajmniej katolikom, odebrałoby dużą część sensu ich wiary, która ma polegać właśnie na tym, że nie mając dowodów, UFA się Bogu. Taka wiara w dużej mierze tłumaczy wszystko, co widzimy (niebo jest niebieskie, trawa zielona, ludzie istnieją, bo Bóg tak chciał). W nauce jest odwrotnie – przyjmujemy tylko to, na co mamy solidne dowody (powtarzalne doświadczenie w fizyce, badanie skuteczności leku z podwójnie ślepą próbą, tzn. ani pacjent, ani lekarz nie wiedzą, czy pacjent dostaje lek czy palcebo, badania biologiczne i psychologiczne muszą mieć grupę kontrolną itd.). Możemy więc mówić o twardych faktach. Ceną za to jest konieczność jawnego mówienia, że są rzeczy, których nie wiemy. Mamy modele fizyczne, które dobrze opisują rzeczywistość, ale nie umiemy zunifikować grawitacji z innymi siłami, nie wiemy, skąd wzięła się w obserwowalnym Wszechświecie dysproporcja między materią i antymaterią, nie wiemy, czym jest ciemna materia, nie wiemy, czemu kwarki nigdy nie występują pojedynczo… długo by wymieniać. Piszesz, że ewolucja jest dogmatem, bo nie wyjaśnia, skąd wziął się pierwszy organizm, z którego wyewoluowało całe życie na Ziemi. Ale to nie jest jej rola. Ewolucja tłumaczy, skąd wzięły się poszczególne gatunki i tyle, nic więcej. Wiem, że porównując do dogmatycznej filozofii brzmi to mizernie, że umieliśmy odtworzyć tylko kawałek historii życia, ale za to jest to kawałek pewny, mamy na niego solidne, naukowe dowody. Powiem Ci więcej, nie stoi on w sprzeczności z Twoją filozofią – przecież ten pierwszy organizm mógł zostać stworzony przez jakąś Isototę, która chciała zobaczyć, co się stanie i sama umieścila go na planecie, która sprzyja mechanizmom ewolucyjnym. Wręcz słyszałam na lekcji religii w gimnazjum (!), że opis stworzenia świata z Księgi Rodzaju to metafora, żeby nawet prości ludzie mogli ją w jakiś sposób pojąć i owy „tydzień” też jest metaforą, a tak naprawdę Bóg tworzył świat etapami i najpierw były zwierzęta, a gdy wyewoluował z nich człowiek, Bóg dał mu duszę i wolną wolę. Ale to już nie jest nauka, to jest wiara, nasze dociekania, które podstawę mają w przekazywanej tradycji, religii, filozofii, a nie w naukowych faktach. TO jest dogmat, ewolucja nim nie jest. Być może miałeś na myśli „argumentację” w duchu „nie ma Boga, bo człowiek pochodzi od małpy, hehehe”, ale to płytkie myślenie i słyszałam takowe raczej u gimboateistów, którym się nie chciało do kościoła chodzić. I sama teoria ewolucji raczej nie ponosi winy, za to, że ktoś próbuje nią tłumaczyć pochodzenie życia w ogóle. Solidna nauka, o ile się orientuję, nigdy nie próbowała obalać dogmatu Stwórcy, bo niby czemu? Naukowiec to ktoś, kto ma sformułować jak najogólniejsze prawa rządzące światem, a nie dociekać, czy te prawa wzięły się same z siebie, czy wymyślił je jakiś Stwórca.

Suma atomów we Wszechświecie zmienia się cały czas. W gwiazdach jądra zderzają się pod olbrzymim ciśnieniem, w olbrzymiej temperaturze i z lżejszych powstają cięższe (np. dwa jądra wodoru łączą się w jedno jądro helu, więc wypadkowo ubywa atomu). O sumie energii Wszechświata nie umiemy nic powiedzieć, bo istnieją kawałki Wszechświata tak odległe, że nie mamy z nich żadnej informacji (światło potrzebowałoby więcej czasu na dotarcie do nas stamtąd niż wynosi wiek Wszechświata), więc możemy jedynie spekulować. Właśnie twierdzenie, że suma energii Wszechświata jest stała, to stwierdzenie dogmatyczne, nie naukowe.

Udowodnienie istnienia Boga nie odebrało by wszystkim katolikom sensu ich wiary, jestem pewien że większość nawet by odetchnęła z ulgą. Tam gdzie nie ma wiedzy, tam jest wiara (powstrzymując potok słów napiszę że nie uważam że wiara się ogranicza tylko do tego). Bóg stworzył świat żebyśmy go poznawali i to że jeszcze kilkaset lat temu człowiek z wyciem uciekał do dziury kiedy uderzył piorun nie znaczy że czyni tak i dziś. A przecież to że nie uciekam do dziury to nie oznacza że jestem gorszym katolikiem. Bóg powiedział „czyńcie ją sobie poddaną” czyli nie zabronił jej poznawać, także jej praw i postulat ten mógł być realizowany zawsze. Tym czasem kościół np. godził naukę Platona i Arystotelesa na długo po ich śmierci.

Mówienie że czegoś nie wiemy jest podstawą bo kłamstwo jest szkodliwe nie tylko moralnie ale stopuje cały rozwój. Zawsze gardziłem manierą profesorów (większości lecz nie wszystkich) że student nie ma prawa powiedzieć „nie wiem”.

Trochę pokręciłem z tym „dogmatem”, Wybacz, za dogmat uznałem rzecz oczywistą lecz nie postrzegałem tego w kategorii wiary. Napisałem przecież że ewolucja to coś co widzimy gołym okiem. Więc z zasady podobieństwa (wywód odnosił się do ewolucji intelektu) przebiega ona na innych płaszczyznach. Myślałem że rozmawiamy o ewolucji w kategoriach Darwinizmu, ci którzy posługują się takim podejściem to głównie czerwoni ateiści a ateizm wg. mnie jest ignorancją. Nic ponnad to i nic mniej niż to. Dla tego ująłem to statystycznie (bo przecież nie znamy się i nie wiedziałem jakimi kategoriami Rozumujesz).

„przecież ten pierwszy organizm mógł zostać stworzony przez jakąś Istotę, która chciała zobaczyć, co się stanie i sama umieścila go na planecie, która sprzyja mechanizmom ewolucyjnym.” Mogło tak być, ale być może tak nie było. Wydaje mi się że ten „ktoś” kto to zrobił mógł sam nie znać swojego stwórcy.

„a tak naprawdę Bóg tworzył świat etapami i najpierw były zwierzęta, a gdy wyewoluował z nich człowiek” 😀 no co Ty ? Żartownisia 😀 Jeśli ktoś twierdzi że pochodzi od małpy to zazwyczaj nie spieram się z nim, być może on właśnie od małpy pochodzi. Żyjemy w świecie który ma stosunkowo wiele stopni swobody i niektórych rzeczy nie można wykluczyć.

Mhm. No ciekawa teoria i trochę nad nią pomyślę. Znów nie wyjaśniłem się zbyt precyzyjnie (pewnie pisząc ten post byłem zmęczony) miałem na myśli równowagę pomiędzy materią (w pojęciu zbioru wszystkich cząstek elementarnych) i energią. Tak twierdził mój profesor ale z braku własnych przemyśleń w tym zakresie chwilowo przyznałem mu rację. Ja dopiero zaczynam o tym myśleć i wcześniej tak na prawdę mnie to nie interesowało.

„światło potrzebowałoby więcej czasu na dotarcie do nas stamtąd niż wynosi wiek Wszechświata” normalną drogą to może i tak ale przecież to nie jest sposób na podróżowanie po wszechświecie. Ciekawi mnie co Sądzisz o projekcie Filadelfia ale to nie miejsce na tą dyskusję …

Bardzo dziękuję za wyjaśnienia i pozdrawiam,

Megasie, już któryś raz czytam tę Twoją wypowiedź, próbując w gąszczu komentarzy znaleźć te, na które chcę odpowiedzieć. I za każdym razem zgrzytam zębami, kiedy widzę zdanie o oddaleniu się o lata świetlne. Pewnie głębsza analiza pokazałaby, że jest ono poprawne jako metafora, bo „oddalić się” zazwyczaj odnosi się do odległości w przetrzeni, a nie w czasie, ale i tak niezmiernie irytuje mnie jego brzmienie. Pewnie za sprawą drażniącego, a stosowanego w internecie często wyrażenia „lata świetlne temu” jestem na to szczególnie przewrażliwiona. Przecież rok świetlny jest jednostką odległości i ta konstrukcja ma mniej więcej tyle sensu, co stwierdzenie, że chociaż skończyłam szkołę całe mile temu, przed kilkunastoma centymetrami rozwiązywałam układ równań…

Czarna Kaczuszko,

przecież „oddalić się o lata świetlne” to poprawne sformułowanie (w przeciwieństwie do „Lata świetlne temu”). Rozumiem, że może Cię to irytować, ale trudno, bym odpowiadał za bliżej nieznanych mi osobników nieumiejętnie posługujących się tym terminem 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ależ mnie nie mierzi samo sformułowanie, tylko kontekst w jakim go użyłeś. Metaforycznie pisałeś o dużej odległości, ale w dosłownym sensie od tamtych norm etycznych jesteśmy oddaleni w *czasie*, nie w przestrzeni, jako synonim „bardzo daleko [w przestrzeni]” użyłeś nazwy dużej jednostki, którą wiele osób błędnie kojarzy *z czasem* właśnie – to wszystko brzmi niezbyt zręcznie. Trochę jak „strażacy palili się do gaszenia pożaru” czy „świeżo upieczona ofiara kanibala”. W połączeniu z moją odwieczną i nieco nadgorliwą krucjatą przeciwko wszystkiemu, co stoi w sprzeczności z nauką, to musiało wywołać zgrzytanie zębów.

No dobrze, krytykę przyjmuję 🙂 Postaram się już nie przyprawiać Cię o ból zębów, tym bardziej, że podzielam Twą pronaukową i racjonalistyczną postawę.

Pozdrawiam
M.A.

Tutaj troszeczkę Poruszacie się po grząskim gruncie dyskutując nad tym co zostało przyjęte a nie nad tym co jest prawdą :). Materia której dotyczą te sformułowania kryje się jeszcze w mrokach filozofii 😉 i tylko co bardziej oświecone umysły są w stanie pojąć rąbek więcej niż reszta (nawet świata uczonego).

Zosia czy Kasia maltretowana dzisiaj przez rówieśników, może zostać wyśmiana, mieć zniszczony plecak, nie znaleźć po WFie swoich ubrań w szatni. Może zostać popchnięta, kopnięta, uderzona. Przy bardzo dużym pechu złamie kończynę, którą bezpłatnie poskładają jej w państwowym szpitalu Drastyczne przypadki – nadużycia seksualne, prześladowania prowadzące do próby samobójczej, cięższe obrażenia przy fizycznym ataku to margines wszystkich przypadków. W dodatku sprawcy tych najcięższych przypadków, jeśli tylko wyjdą one na jaw, zostaną postawieni przed sądem, otoczenie też się od nich prawdopodobnie odwróci. Zosia i Kasia, które przeżyły gwałt, targnęły się nieskutecznie na swoje życie czy doznały uszczerbku, gdy zostały zaatakowane, mogą szukać pomocy medycznej i psychologicznej, mogą też szukać sprawiedliwości na policji/w sądzie. Jeśli trafią na beznadziejnego lekarza/psychologa lub policjanta bez powołania, który próbuje je zbyć, to jest ich pech i jeśli tylko zechcą, mogą próbować u kogoś innego.
Odpowiedniczka Zosi czy Kasi żyjący w czasach Perskiej Odysei nie martwiła się o to, czy koledzy ją wyśmieją lub zniszczą jej plecak – była zajęta martwieniem się, czy nadchodzące wojska nie przyjdą, nie zabiją wszystkich mężczyzn z jej rodziny na jej oczach, nie zgwałcą jej, nie zwiążą i nie sprzedadzą do burdelu. Starożytna „Zosia” lub „Kasia” mogła jednego dnia być spokojną wieśniaczką, a następnego prowadzoną na powrozie niewolnicą, która niedawno widziała, jak trzymający ów powróz zabił jej ojca i brata, zgwałcił matkę, rozkradł kosztowne drobiazgi i puścił z dymem chatę. Nie był to drastyczny przypadek, tylko raczej normalny przebieg wojny. Nie mogła liczyć, że ktoś jej pomoże, jeśli „nauczyciel/policjant/pani pedagog” w wersji starożytnej dowie się, co jej zrobiono, bo wszyscy wiedzieli co jej zrobiono i uważali to za normalne i akceptowalne. Jeśli miała pecha, mogła oprócz regularnych gwałtów zaliczyć też solidne bicie czy inne tortury, np. żeby zmiękczyć jej charakter, wydobyć z niej jakieś zeznania czy po prostu dla zabawy. Nawet, jeśli znalazły się wówczas jednostki, które uważały, że nie powinno jej to spotkać, bardzo rzadko miały możliwości, żeby faktycznie jakoś jej pomóc. Jeśli doznała jakiegoś uszczerbku na zdrowiu w trakcie podboju jej wioski, np. bo stawiała opór, albo bo żołnierz miał taki kaprys, to o ile nie była cenna (wyjątkowo ładna, mająca jakąś rzadką umiejętność) i nie miała niesamowitego szczęścia trafić przypadkiem na uczonego męża rodzaju Arystotelesa, raczej nie miała co liczyć, że ktoś wyda pieniądze na medyka/medykamenty dla niej. Gdyby próbowała uciec od swojego prześladowcy i szukać dla niego kary w aparacie prawnym miejsca, w którym się znajdowała… stawiam, że solidna chłosta to najlepsze, co mogłoby ją spotkać. Prawdopodobnie gorzej. Megasie, co robiono z niewolnikami-uciekinierami? I to nie dlatego, że miała pecha trafić na kogoś, kto źle wykonuje swoje obowiązki, ale dlatego, że prawo nie było po jej stronie.

Nasze odczucie okrucieństwa i poziom współczucia dotyczy głównie tego, co widzimy. Złamana noga lubianej koleżanki z klasy „boli” nas bardziej, niż to, że na drugim końcu globu rówieśnicza tej koleżanki jest regularnie bita, gwałcona i głodzona. Tak już działamy, moim zdaniem to normalne. Mam nadzieję, że teraz już rozumiesz, czemu uważam, że życzenie złego losu Mnesarete jest mniej okrutne, niż życzenie dokładnie takiego samego losu Zosi z II A, która puściła się na kolonii. Nasze życzenia dla Mnesarete wyrażają los po prostu gorszy niż przeciętnej kobiety z podobnej pozycji, której się nie poszczęściło w życiu (np. jej miasto zostało napadnięte). Dla Zosi z II A to byłby los niewyobrażalnie gorszy niż wszystko, co dziewczyny będące na jej miejscu umiały sobie w ogóle wyobrazić, że mogłoby je spotkać w wyniku zdradzenia ich licealnych miłości.

Witaj, Czarna Kaczuszko.

Pytasz, co spotykało zbiegłych niewolników (gdy zostali schwytani). Nie jest to taka prosta kwestia, bo trzeba poczynić mnóstwo zastrzeżeń.

Zazwyczaj ich nie zabijano – to byłoby nadmierne marnotrawstwo. Ale oczywiście był taki czas, w historii Rzymu, gdy niewolników było tyle, że ich cena spadła i można było sobie pozwolić na większą „rozrzutność”. Ponadto, śmierć spotykała niewolnika wtedy, gdy podczas ucieczki zranił lub zabił wolnego człowieka, a już na pewno swego pana. Co więcej, czasami bywało tak, ze jeśli zbieg zamordował swego pana, skazywano na śmierć pozostałych należących do niego niewolników, za to, że go nie obronili.

Jeśli sprawa dotyczyła niewolnika domowego, mógł się spodziewać znacznego pogorszenia swej sytuacji, utraty uprzywilejowanej pozycji. A nawet zesłania do kopalni, gdzie wciąż przynosił zysk, ale stanowiło to po prostu rozłożony w czasie wyrok śmierci.

Schwytanych zbiegów tatuowano w widocznych miejscach (np. na twarzach albo rękach), co było upokarzające, a w dodatku sprawiało, że ponowna ucieczka była wydatnie utrudniona.

W wypadku zbiegłych niewolnic katalog kar mógł być jeszcze bardziej kreatywny. Zależał przecież w ostatecznym rozrachunku od fantazji właściciela.

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Z resztą wywodu się zgadzam – przy wszystkich zastrzeżeniach, czasy starożytne były jednak znacznie podlejsze niż nasze – nie dlatego, że pełne przemocy, ale dlatego, że była ona akceptowana i uznawana za coś naturalnego i nieuniknionego.

Oczywiście w tym co piszesz, Czarna Kaczuszko, jest sporo racji, ale zawsze należy pamiętać, że pewne rzeczy nie są nam dane raz na zawsze. Nasze bezpieczeństwo i możliwość skupiania się na małych, często wirtualnych, problemach zawdzięczamy temu, że żyjemy obecnie w dość spokojnym miejscu. Kiedy przestanie być spokojnie, znów jedynym prawem stanie się prawo silniejszego. Bo w gruncie rzeczy w każdym z nas drzemie bestia…

Jeszcze inną sprawą jest to, że możliwość szukania sprawiedliwości (czego wiele ofiar i tak nie robi, bo musiałoby znów przeżywać traumę, przyznając się do tego, co się wydarzyło), nigdy nie umniejsza rozmiaru tragedii – być może nawet większego przez to, że w opinii większości nie jest już „typowa”.

Serdecznie pozdrawiam

Ania

PS Tym czy dyskusja jest adekwatna do tematu opowiadania, naprawdę nie masz się co przejmować 🙂

Megasie jedno pokolenie Czingiz Chana czy Aleksandra Macedońskiego zmieniły oblicze świata . Zagrożenia dla obenej cywilizacji stanowią takie elementy jak: zamknięty krąg migrantów którzy nie asymiluja się z naszą cywilizacją, nie akceptują naszych praw i są płodni jak przysłowiowe króliki. A my nie mamy dużo dzieci. Po prostu odwróci się proporcja obywateli i wtedy ci naplywie wprowadzą swoje prawa. „1.Już teraz zauważalne są znaczne problemy związane z przyrostem ludności w ubogich krajach Afryki, czy Azji. Megasie gdzie byłby teraz Zachod gdyby nie wojna polsko-bolszewicka? No gdzie pytam?
2. Z punktu widzenia kontynentu europejskiego podstawowy problem demograficzny jest skrajnie odmienny – Europa jest jedynym kontynentem, gdzie następuje ubytek ludności. Czarna Kaczuszko Twoje argumenty są logiczne i się z nimi zgadzam w zakresie możliwości obrony przed przemocą. Natomiast przemoc trwa i jest jej zbyt dużo,

Dobry wieczór, S.!

Wydaje mi się, że dzisiejsze czasy są znacznie bardziej złożone niż antyk czy średniowiecze i tak szybkie i dramatyczne zmiany równowagi sił nie są już możliwe. Nie jest też prawdą, że migranci się nie asymilują. To nad wyraz uproszczone twierdzenie. W istocie występuje wśród nich szereg postaw, innych w pierwszym, drugim pokoleniu itd. Wielu imigrantów interguje się i to bardzo dobrze. Choć oczywiście w TV słyszymy głównie o tych, którzy tego nie czynią.

Pozdrawiam
M.A.

Miałem już odpuścić ale muszę doprecyzować. Megasie masz rację niektórzy się asymilują. Ale nie dotyczy to wyznawców islamu. Oni tworzą swoje enklawy i na dodatek stosują prawo szariatu które dyskryminuje kobiety a także nie toleruje odmienności seksualnej „Szariat nie przewiduje wolności słowa, wyznania, równości kobiet i mężczyzn, zakazu pedofilii, równości ras i wyrażanych poglądów. Żadna cywilizowana konstytucja i system prawny nie są możliwe do pogodzenia z islamskim prawem i według muzułmanów muszą zostać one zniesione.” Przeczytałem Koran tłumaczony na język polski i co tam widzimy min.
Koran 47:4 – Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich całkiem rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta.
Koran 8:12 – Twój Pan objawił aniołom: „Oto ja jestem z wami! Umocnijcie więc tych, którzy wierzą! Ja wrzucę strach w serca niewiernych. Bijcie ich więc po karkach! Bijcie ich po wszystkich palcach!”. Koran 4:95: “Ci spośród wiernych, którzy siedzą spokojnie – oprócz tych, którzy doznali szkody – i ci, którzy z zapałem walczą na drodze Boga [dżihad] swoimi dobrami i swoim życiem – nie są wcale równi.” !!!!!!
Koran 4:11 – „I daje wam Bóg przykazanie co do waszych dzieci: synowi przypada udział podobny do udziału dwóch córek”
Al-Buchari 3.48.826: Mahomet zapytał: „Czyż wartość zeznań kobiety nie jest o połowę mniej wartościowa, niż gdy zeznaje mężczyzna?”. Kobieta odparła: „Tak”. A wtedy on rzekł: „Jest tak, gdyż umysł kobiety jest ułomny” to dotyczy zeznań przed sądem. I jeszcze jedno dotyczy Mahometa idealnego muzułmanina. Mahomet wziął sobie za żonę 6 letnią Aiszę i odbywał z nią stosunki seksualne. Ze względu na założenie, że jest on wzorem do naśladowania dla każdego, kto przyjmuje i wyznaje Islam, nie ma w tym systemie mowy o zakazie, czy nawet zaniechaniu pedofilii. Dla muzułmanina jest ona całkowicie normalna, bo wynika z naśladowania proroka. Takich przykładów jest więcej. Nie czas i miejsce na ich rozważanie ale nie mam złudzeń że wyznawcy islamu przyjmą nasze standardy obyczajowe i kulturowe. Koran 4:144: “O wy, którzy wierzycie! Nie bierzcie sobie za opiekunów niewiernych zamiast wiernych! Czy chcecie przygotować Bogu przeciwko wam samym dowód oczywisty?” Koran 3:28: “Niech wierzący nie biorą sobie za przyjaciół niewiernych, z pominięciem wiernych! A kto tak uczyni, ten nie ma nic wspólnego z Bogiem, chyba że obawiacie się z ich strony jakiegoś niebezpieczeństwa.!!!! Bóg ostrzega was przed samym Sobą i do Boga zmierza wędrowanie”. Czyli udawajcie przyjaźń dopóki czujecie zagrożenie. Żeby było jasne. Szanuję wyznawców każdej wiary, niewierzących też. Ale nie daje zgody na to żeby z powodów religijnych lub innych nie przestrzegali oni reguł państwa do którego przybyli. Do Czarnej Kaczuszki . Pisałem na Twój adres mailowy z prośbą o przesłanie opowiadania ale dwukrotnie pojawiał się komunikat że mail nie może być doręczony.

A Biblię może czytałeś? W niej też jest kilka niezłych kwiatków…

Owszem Aniu czytałem Biblię i kwiatki są ale w Starym Testamencie. W Nowym to Jezus mówi niech rzuci kamieniem ten kto sam jest bez grzechu i wiele innych chroni jak nierządnice , celnicy czy Samarytanie. A wg prawa szariatu współcześnie się kamienuje lub ścina mieczem za czyny które w cywilizacji zachodu nie są przestępstwem. Może faktycznie warto by było powołać forum do tego typu dyskusji. To pytanie do szefostwa NE 🎩 pozdrawiam wszystkich.

Wiesz, tyle, że po pierwsze chrześcijan obowiązuje zarówno Stary, jak i Nowy Testament, po drugie z większości uchodźców (i migrantów ekonomicznych) tacy muzułmanie jak ze mnie katoliczka…

To nie Czytałeś hadisów :). (od dwóch dekad interesuję się Islamem) Jest tam mowa jak brat Proroka gwałcił i mordował żonę na ziemi przesiąkniętej krwią jej męża. Są też szczegółowe instrukcje jak traktować niewiernych (w tym już niestety ludzi księgi). Sam Koran kilka razy zmienia zdanie dotyczące chrześcijan. W niektórych momentach ich niemal szanując a w niektórych mordując. Myślę że Czytałeś to zielone II tomowe wydanie (Koran z komentarzami po polsku). Niestety hadisy powstały po spisaniu Koranu a w Islamie wszystko co późniejsze jest uznawane za prawo i dla tego powoływanie się na starsze sury nie daje obrony. Oczywiście sunnici nie uznają hadisów ale i tak przyjmują najgorszą interpretację dotyczącą nas. Ale chrzescijanowi zazwyczaj daje się możliwość konwersji na Islam, ateistom już nie. To dla ateistów zarezerwowane są najgorsze tortury. Nie pomoże im nawet znajomość Marksa i Engelsa na wyrywki.

Z zainteresowaniem zagłębiłem się w Waszą dyskusję i nie potraiłem się oprzeć przed wrzuceniem swoich trzech groszy. Otóż uważam, że doszukiwanie się takich czy innych wątków, okrucieństw czy wezwań do rozprawy z wrogami w Starym Testamencie czy Koranie oraz upatrywanie w nich przyczyn obecnej sytuacji związanej z terroryzmem islamskim nie ma sensu. Obydwie te księgi powstały wieki temu, w zupełnie innej sytuacji społecznej, politycznej, kulturowej itp. Skierowane były do ówczesnych ludzi i siłą rzeczy posługiwały się zrozumiałymi wówczas metaforami. Ja powiem, że to ludzcy autorzy tych dzieł używali takiego języka i takich metafor. Osoby bardziej religijne, zahaczane o to, dlaczego dobry z założenia Bóg (taki czy inny) wzywa do okrucieństw i zdaje się je aprobować, stwierdzały często, że Bóg musiał mówić językiem zrozumiałym dla wzynawców z tamtej epoki. W sumie, na jedno wychodzi. Mamy tam słownictwo oraz nawiązania rodem z zupełnie innych czasów i realiów. W Biblii pełno metafor rolniczych, pasterskich itp. Bo kierowano te księgi do społeczeństwa już osiadłego. Ale adresatem Koranu była społeczeność pustynnych wojowników, dlatego trudno spodziewać się tam wezwań do pokoju i łagodności. Obecnie czasy się zmieniły i problemem jest nie to, co zapisano kiedyś w tych księgach, ale w jaki sposób są one teraz interpretowane przez część wyznawców. W dzisiejszych czasach większy problem z Koranem i islamistami, ale i chrześcijaństwo też ma za sobą bogatą tradycję podobnych interpretacji. Z najbardziej pokojowych i pełnych wezwań do miłości tekstów Nowego Testametu czy z samych słów Jezusa potrafiono wyprowadzać uzasadnienie dla rzeczy mało chwalebnych (wyprawy krzyżowe, inkwizycja itp.). Oczywiście, mało chwalebnych z naszego punktu widzenia. W swoim czasie ogół aprobował je z entuzjazmem (np. w testamentach z epoki późnego średniowiecza i wczesnej nowożytnej, sporządzanych przez spokojnych, szanowanych mieszczan, można znaleźć ciekawe zapisy dobroczynne w intencji zbawienia duszy: klasyczne darowizny dla ubogich itp, ale i donacje środków na dobre drewno na stosy przeznaczona dla heretyków – tak, to drewno też przecież kosztowało). Te czasy już minęły i obecnie chrześcijaństwo kładzie nacisk na słowa miłości Chrystusa. Ale bywało inaczej.
Wszystko zależy więc od interpretacji. A która z nich okaże się dominująca, a przynajmniej wystarczająco znacząca, to już wynik okoliczności politycznych, społecznych, gospodarczych. Dlaczego więc obecna, wojownicza i agresywna interpretacja Koranu zdaje się brać górę? Moim zdaniem jest to rezultat frustracji tamtejszych społeczeństw. Konfrontują się z dominacją kulturową Zachodu (jednak „amerykański styl życia” jest bardzo atrakcyjny, nawet muzułmanie noszą dżinsy), dominacją ekonomiczną i różnicami poziomu życia (poza nielicznymi w końcu szejkami czy innymi bogaczami większość muzułmanów klepie biedę) oraz dominacją polityczną (o losach świata decyduje się jednak gdzie indziej). Kiedyś było inaczej i dopiero w epoce nowożytnej Zachód zdobył tę przewagę. Wynikało to z jednoczesnego dynamicznego rozwoju Europy (zwłaszcza zachodniej) przy równoczesnym kryzysie i regeresie krajów islamu. Przyczyny tego prozesu to temat na inną dyskusję, ale obecnie mamy do czynienia ze skutkami. A na poziomie przeciętnego „zjadacza chleba” jest to często frustracja. I tu pojawia się radykalny muła (sam też pewnie sfrustrowany) z Koranem i gotowym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy. Wyjaśnieniem prymitywnym oraz najprostszym, ale emocjonalnym i łatwo trafiającym do przekonania – poprzez wskazanie winnego wszystkiemu wroga. Potem już tylko podanie sposobów zaradzenia złu poprzez walkę z tymże wrogiem, jak kto może i potrafi. Na dłuższą metę to jednak droga donikąd. A to, że islam nie potrafi, przynajmniej na obecną chwilę, wskazać żadnej innej odbieram jako dowód głębokiego kryzysu tej religii. Nie ma swoim wyznawcom zbyt wiele do zaofiarowania. Historia uczy, że takich fal agresji oraz terroryzmu inspirowanego islamem było już sporo (choćby działalność sekty assasynów, ale to nie jedyny przykład), wszystkie budziły strach i nienawiść, żadna z nich nie zawróciła jednak świata z obranej drogi ani też w ostaecznym rachunku nie dała swoim wyznawcom nic dobrego. Można tylko ubolewać, że kontrasty społeczne wciąż, od wieków, obecne w tym rejonie świata wzbudzają takie reakcje. Ale Koran i islam to tylko katalizatory, bez nich znalazłyby się inne, co też widzimy w różnych miejscach globu na wielu przykładach. A i Europa wolna jest obecnie od podobnych demonów głównie za sprawą ogólnego wzrostu dobrobytu. Chciaż nic nie jest dane wiecznie, a zawiść, zadrość i zrodzone z tego frustracje nigdy do końca nie znikną.

Bardzo ładnie i mądrze to Napisałeś, choć większość z tego to ogólnie znane rzeczy. Sam Przyznajesz że Koran był kierowany do wojowniczych ludów pustyni po to by je zjednoczyć zaś napisany jest w taki sposób żeby znaleźć kompromis pomiędzy głęboko zakorzenioną jeszcze od czasów plemiennych, nienawiścią wzajemną. Dla tego Koran ma wiele medres i w zasadzie różnią się one niekiedy znacznie w interpretacji Koranu.

Jednak to że był pisany do wojowniczych ludów mało nas interesuje, choć oczywiście każda wiedza na temat wroga jest dobra. No bo cóż nam po tym stwierdzeniu jeśli nie zamierzamy chcieć żeby nas ci wojownicy potraktowali po swojemu ? Spośród wszystkich świętych pism, to Nowy Testament jest uosobieniem pokoju, nie ma tam niczego co by można było odebrać jako nawoływanie do wojny a w każdych innych pismach jest. Za „zbrodnie w imię Boże” odpowiadają głównie oportunizm i manipulacja. Jeśli jest okazja żeby brudno zagrać, to wystarczy zmanipulować Słowo Boże, dla tego nie wmawiajcie tutaj że religia Katolicka jest czemuś statutowo winna. Co innego Koran, tam jest ta agresja wyłuszczona wprost. Gdzie w Nowym Testamencie jest zapisane że trzeba kogoś zabijać w imię Boże ? Przecież Jezus sam nadstawia drugi policzek. Dla tego w przypadku chrześcijaństwa za zbrodnie popełniane w jego imieniu odpowiadają wyłącznie odszczepieńcy i bluźniercy. Sama religia jest najpiękniejsza i najczystsza i nikt i nic nie jest w stanie jej zbrukać, nawet papierze. Ciężko sobie wyobrazić Chrystusa w pochodzie z Mekki do Medyny, idącego z wojskiem i dokonującego rzezi, czy jest gdzieś tak napisane ?

Nowy Testament spisany został w zupełnie innych okolicznościach niż Koran i przeznaczony był dla innych odbiorców (ówczesnych wyznawców, piewrszych chrześcijan, w większości wywodzących się z nizin społecznych). Nie mogł raczej nawoływać do walki i przeciwstawienia się siłą władzy czy prześladowaniom. To pogorszyłoby tylko sytuację. A uczucia dobrotliwych chrześcijan oddają teksty apokaliptyczne, gdzie mowa jest o przyszłym potępieniu i ukaraniu grzeszników, czyli, z definicji, wszystkich niewiernych, niechrześcijan. Często z podaniem opisywanych z lubością sadystycznych szczegółów mąk piekielnych. Z tego wszystkiego do kanonu Nowego Testamentu trafiła ostatecznie Apokalipsa św. Jana, dość stonowana. Ale było ich więcej.
Powtarzam, moim zdaniem, nie jest zresztą istotne, co literalnie zawarto w takiej czy innej księdze (bo i tak napisano to w innej epoce, w innych realich, dla innych ludzi) ale to, w jaki sposób jest ona dzisiaj interpretowana i wykorzystywana. Chrześciaństwo uwolniło się od interpretacji „wojowniczych” (ale takowych nie brakowało na przestrzeni dziejów), co wynika z ogólnego rozwoju społeczeństwa, nazwijmy je, w uproszczeniu, zachodnim lub europejskim. A islam nie tylko się nie uwolnił, ale ostatnio zdaje się wręcz grzęznąć w tym coraz bardziej (przynajmniej niektóre obecne tam frakcje). I to, moim zdaniem, też wynika przede wszystkim z ogólnej sytuacji jego wyznawców, warunkowanej regresem krajów muzułmańskich na przestrzeni ostatnich stuleci. Sama treść „świętych ksiąg” ma tu znaczenie drugorzędne, każdą można zmanipulować. I jeżeli robił to np. papież (jak sam wspomniałeś) to czy mozna uznać, że było to dzieło „odszczepieńców”?

Ależ oczywiście, jeśli nawet papierz wybierany jest przez Boga by być naszym zwierzchnikiem to i tak obowiązuje go taka sama moralność jak i resztę dzieci Bożych.

Neferze, opisy apokalipsy są by przestrzec grzeszników. To opis jakim torturom będzie poddany ten który żył w grzechu i mąk tych zazna po śmierci. Koran zaś zawiera „instrukcje” jak ma postępować lepszy bliźni względem gorszego bliźniego (obydwie księgi uznają Boga za stwórcę).

Biblia jest w stanie obronić się sama. Nic konkretnego przeciwko niej nigdy nie powstanie. Żadna linia oskarżenia mająca „ręce i nogi”. Lepiej się z tym pogodzić bo inaczej będzie się już zawsze sfrustrowanym.

Wstrzymywałem się ale nie wytrzymałem, więc zapytuje. Kiedy drogi Megasie będzie kolejny odcinek tej ciekawej opowieści? Przyznaję że zatęskniłem za Twoimi bohaterami 💀

Witaj S.!

Dokładam starań, by w listopadzie pojawił się nowy rozdział Perskiej Odysei. Sporo dłuższy niż kilka dotychczasowych. Z istotnymi kulminacjami dla kilku postaci. Dokładnego terminu nie chcę jeszcze publicznie podawać, bo zawsze może nastąpić przesunięcie o tydzień w jedną lub drugą stronę… w każdym razie listopad.

Pozdrawiam
M.A.

Dzięki za info. Jak widzisz zaglądam czekając na kontynuację. Kiedyś pytałem jak się można zarejestrować i ktoś odpisał że to przejściowe problemy. Próbowałem niedawno i dalej nie możliwości. Tylko jako autor. A ja na razie chcę komentować . Ponadto nadal nie ma bezpośredniego linku czy adresu mailowego do bezpośredniego kontaktu z szefostwem . Poza tym OK choć mało nowości wg mnie. Pozdrawiam Ciebie Megasie i pozostałych autorów.

Witaj,

przekazałem Twego maila „szefostwu”. Ale z tego co wiem, kłopoty informatyczne strony wciąż trwają, choć już zaczęły się intensywne prace naprawcze.

Pozdrawiam
M.A.

Czekam , czekam i czekam….😀

A ja piszę, piszę i piszę 🙂 Mam nadzieję utrzymać listopadowy termin!

Pozdrawiam
M.A.

Dzięki za wyjaśnienie.

Mam przyjemność poinformować, że premiera nowego rozdziału Perskiej Odysei już dziś wieczorem!

A kolejny rozdział – jeszcze w grudniu! Całkiem możliwe, że trafi pod choinkę 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz