Magnetyzm III (Ania) 4/5 (2)

Sitelle Dreams

– Daj spokój, zapłacę. – Kropeczka-Biedroneczka wyrywa mu rachunek i wyjmuje z niewielkiej torebki naprawdę opasły portfel. – Pewnie jak zawsze jesteś bez kasy.

Pozwala jej na to. Znają się aż nazbyt dobrze. Pieniądze nigdy się go nie trzymały, co zresztą widać. Wzrusza tylko ramionami. Przecież nie to jest najważniejsze, prawda?

Kiedy wychodzą z klimatyzowanego lokalu, żar wydaje się jeszcze większy niż wcześniej. Ma mętlik w głowie. Ni w ząb nie rozumie, czemu boginka nagle zeszła na ziemię ze swojego królestwa i uraczyła swoim widokiem zwykłych śmiertelników… Bo teraz jest prawie pewien, że to właśnie ona. Ewa Kowalik. Grupa kapitałowa Sitelle. Popularne gry komputerowe, animacje komputerowe, digitalizacja zbiorów muzealnych, wizualizacje 3D, wirtualne wycieczki – wszystko to, o czym on nie ma nawet bladego pojęcia i co zawsze wydawało mu się do niczego niepotrzebne. Woli świat rzeczywisty.

– Powiesz mi w końcu, o co chodzi? – Ania wyprzedza go o krok i odwraca się, jej przenikliwe, ciemne oczy wydają się wwiercać w duszę Mateusza. Nie znają się zbyt długo, ale wielokrotnie odnosił wrażenie, że właśnie ona rozumie go najlepiej.

– Nie. – Wzdycha, bo wie, że powie. Ma ochotę z nią porozmawiać, ale zaraz powinien zacząć pracę. Idą niespiesznie w kierunku herbaciarni Darka. Ciekawe, czy ma czas? Może poszłaby z nim i pogadaliby na zapleczu między jednym klientem a drugim?

– Dobra, porozmawiajmy o czymś innym. – Nie daje mu spokoju, jest jak bzyczący komar przy uchu, ale on to lubi. Przynajmniej w niej.

– O czym? – pyta ostrożnie.

– O czymkolwiek. Co u twoich rodziców? – Głos Anki jest nieco wyższy niż zwykle. Czyżby coś ją niepokoiło?

– Wszystko dobrze. – Mati kręci z rezygnacją głową.

– Masz już ich dosyć?

– Czasami – szepcze. Jej może się przyznać. Do wszystkiego.

– Nie dziwię się, to wasze mieszkanie jest naprawdę mikroskopijne. – Poklepuje go pokrzepiająco po ramieniu.

Fakt. Jeden duży pokój przedzielony meblościanką, mała kuchnia i jeszcze mniejsza łazienka. Wszystko. Do niedawna mieszkali we czwórkę na trzydziestu ośmiu metrach kwadratowych. Teraz, kiedy Dominik się wyprowadził, jest znacznie lepiej, ale bez wątpienia przydałoby mu się czasem więcej prywatności.

– Ewa Kowalik – mówi w końcu ledwo słyszalnym głosem.

– Co? – Kropeczka-Biedroneczka staje jak wmurowana.

– Wpadła mi w oka jedna dziewczyna… i nie chce wypaść.

– Zakochałeś się? – prycha.

– Nie, to chyba nie to…

– Czekaj, czekaj. – Kropeczka-Biedroneczka robi zadumaną minę. – Masz na myśli tę Ewę Kowalik?

– Od Sitelle Dreams. – Mateusz wzrusza bezradnie ramionami. – Tak.

– Niezła partia. – Ania uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Doprawdy? – Nie wie, czemu kumpela tak się szczerzy, a może raczej wie, ale nie uważa, by to było choć odrobinę zabawne.

– Gdybyś ją usidlił, mógłbyś do końca życia być trutniem-nierobem.

– To spełnienie moich marzeń – wzdycha. – Ale obawiam się, że nie mam żadnych szans.

– Niby czemu? Kobieta jak kobieta…

– Tak myślisz? – syczy wrogo, zdecydowanie bardziej niż by chciał.

– Tak. – Zerka na niego badawczo. – Wiesz, francuscy naukowcy doszli ostatnio do przełomowych wniosków, że mężczyzna z gitarą ma dużo większe szanse na podryw niż bez. Trzydziestoprocentowe. Może dokupię ci jeszcze dwie, efekt murowany! – Czy ona z niego drwi? Rany! Po niej by się tego nie spodziewał.

– Bardzo śmieszne. – Robi głośny, głęboki wdech, próbując opanować rozdrażnienie.

– Ale żeś się najeżył! – Kumpela chwyta się pod boki i udaje oburzenie.

– Nawet nie wiem, czy jest wolna – mówi już znacznie spokojniej.

– Hmmm… mogę spróbować się dowiedzieć, znam kogoś, kto u niej pracuje.

– Twój kolejny gach? – Mati pyta kpiąco.

– Kochanek – poprawia go wyraźnie rozbawiona. Co ją u licha śmieszy? – Tak, facet z którym się pieprzę. Jeden z wielu.

– Nimfomanka z ciebie, wiesz? – Zerka na nią spode łba.

– Nie powinieneś tak nazywać każdej kobiety, która ma większe libido od twojego. – Ton jej głosu jest drażniąco moralizatorski.

– Bo co?

– Bo okaże się, że na świecie są same nimfomanki. Słyszałam – Ania dodaje po chwili – że zwolniła kilku facetów tylko dlatego, że prawili jej komplementy, ale poza tym ponoć jest świetną szefową. Ma naturalny dar do zarządzania ludźmi.

– Super – duka chłopak.

– Hej, a gdzie pracuje twoja matka?

– W Czyściku… – Mati odpowiada niepewnie, nie rozumiejąc, o co znowu chodzi.

– Właśnie, tak myślałam – kumpela cedzi ostrożnie. – Ta firma też należy do niej – dodaje na bezdechu.

– Co?! – Teraz to jego wmurowuje w ziemię.

– Część grupy kapitałowej… Naprawdę ignorant z ciebie!

Rany, jest jeszcze gorzej niż myślał! Nie dość, że jest prawdziwą królewną, to jeszcze on jest jej chłopem pańszczyźnianym! Powinien sobie odpuścić, musi sobie odpuścić… tylko jak zapomnieć o tej ślicznej, porcelanowej cerze i ognistych włosach?

– Poza tym nie jest dla ciebie za stara? – Kropeczka-Biedroneczka wyraźnie go podpuszcza. Nie da się! Choć, prawdę powiedziawszy, jest coraz bardziej ciekaw, ile ona właściwie ma lat. Tylko czy jest jakaś granica? Czy jakaś głupia cyfra byłaby w stanie go zniechęcić? A może zabiegi plastyczne?

– Jesteś zazdrosna? – odbija piłeczkę. – Chciałabyś sama pożreć moją parówę, co?

– Może. – Anka uśmiecha się figlarnie, a jej uśmiech jest promienny, wręcz zaraźliwy. Mati przypomina sobie cuda, jakie jej usta wyczyniały z jego pałką. To było nieziemskie! Odlotowe! Tyle, że jak to ona, wciąż fruwa z kwiatka na kwiatek. A cóż on mógłby jej zaoferować? Tak wyzwolonej i doświadczonej dziewczynie… Co mógłby zaoferować Ewie?

Będzie się działo!

Jest naprawdę padnięta, tym bardziej drażni ją oficjalny, prezesowski strój. Elegancka, dopasowana garsonka o zdecydowanie klasycznym kroju, ale za to w nietypowym odcieniu burgunda, delikatna, jedwabna bluzka, palące ją na słońcu w nogi rajstopy i czółenka na obcasie. Wszystko dobrane przez osobistą stylistkę.

Przydałby się masaż stóp! Absolutnie nie rozumie, jak niektóre kobiety mogą chodzić w czymś takim na co dzień. Jej nogi buntują się już po kilku godzinach, a po całym dniu rozpoczynają strajk generalny. Tak jak teraz – są obolałe i ciężkie.

W milczeniu obserwuje przesuwający się za oknem świat. Na szczęście są już blisko, za chwilę będzie mogła zrzucić z siebie to przebranie i zmyć z twarzy sztywną maskę makijażu. Nie może doczekać się chwili, kiedy wskoczy do przyjemnie chłodnej wody basenu. Potem może pójdzie na spacer do Parku Szczytnickiego. Szkoda że jest tak późno, chętnie posiedziałaby chwilę w Ogrodzie Japońskim. Lubi jego spokój i przemyślaną kompozycję. Własny mikroogródek pewnie nigdy nie będzie dla niej tak przyjemnym zakątkiem dumania.

Kiedy wjeżdżają na posesję nowego domu, ze zdziwieniem stwierdza, że ekipa od zieleni jeszcze nie skończyła. Nie dość, że nadal gnieździ się tu tuzin chłopa, to na dodatek trawa nie została ułożona, mimo że wydała wyraźne dyspozycje. Jutro do południa wszystko ma być pięknie uprzątnięte. Nie chce, by przyjaciółki musiały brodzić w błocie. Poirytowana szuka wzrokiem właściciela firmy. Gdzie u licha jest ten mały, okrąglutki człowieczek z rozbieganymi oczami?

– O której jutro po panią przyjechać? – Poszukiwania przerywa zachrypnięty głos szofera.

– Nie, nie trzeba – mówi z roztargnieniem. – Weź dzień wolnego. – Nagle uświadamia sobie, jak bardzo ma dosyć tego faceta, niby chłodno uprzejmego, ale wiecznie kombinującego. – Zobaczymy się w poniedziałek.

– O zwykłej porze?

– Tak. – Zerka w końcu na niego. Jego spojrzenie jest wyczekujące, pełne nadziei.

O nie! Nie ma mowy! Nie będzie się woził Sitellewozem przez cały weekend!

– Ale samochód zostaje tutaj, mogę go potrzebować w weekend.

Wysiada, przesadnie trzaskając drzwiami. To dziecinna i bezsensowna manifestacja wrogiego nastawienia do świata. A co? Nie wolno? Negocjacje w Wawie były koszmarne i nieszczególnie udane, podróż długa i nużąca, na dodatek z przeklętym zaskrońcem za kierownicą. A teraz jeszcze opóźnienie z trawnikiem! A tak bardzo chciałaby teraz odrobiny spokoju.

Przynajmniej nie musi szukać tej nieodpowiedzialnej kreatury, szef wszystkich ogrodników sam zjawia się u jej boku jak na zawołanie.

– Dzień dobry. – Podchodzi ostrożnie. I dobrze, bo ma się czego bać! Ewa odpowiada mu jedynie nieznacznym skinieniem głowy. – Mamy małe opóźnienie, ale jutro do południa wszystko będzie gotowe. Ale… – Gnom urywa niepewnie. – Gdyby pani pozwoliła…

– Tak? – ponagla go, mając w duchu satysfakcję, że tłuścioch się przed nią wije. Kiedy jest w podłym nastroju lubi wywierać silne wrażenie, mieć władzę. A teraz jest tak wściekła, że chętnie zwolniłaby go z miejsca i poszukała kogoś innego. Tyle, że wtedy na imprezę ogródek zostanie w takim stanie, w jakim jest teraz…

– To znaczy chciałem spytać… – Mały człowieczek milknie, wyraźnie bojąc się przekuć swoje myśli w słowa. W końcu zbiera się na odwagę: – Czy moglibyśmy zacząć jutro wcześniej?

– A jaki mam wybór? – Ewa pyta przesadnie słodkim, uprzejmym tonem, świadoma, że to jeszcze bardziej przeraża podwładnych niż surowe spojrzenia i krzyki.

– Hmmm. – Mężczyzna jest wyraźnie zmieszany.

– Rozumiem. – Patrzy na niego z góry. Dzięki obcasom! Nawet taki strój ma pewne zalety. – Więc zaczynajcie, o której tylko chcecie, byle wszystko było skończone na czas. – Szerokim gestem wskazuje kartoflisko, które już dawno powinno przemienić się w  uroczy trawniczek.

– Będziemy o piątej – duka spocony mikrus i daje znak ekipie, żeby się zbierała. Co za ulga! Przynajmniej wieczór nie będzie zmarnowany, a ranek… jakoś to przeżyje. Choć z drugiej strony chyba powinna się wyspać przed zaplanowaną przez Baśkę imprezą.

– W takim razie do zobaczenia. – Zostawia szefa wszystkich ogrodników samego i wkracza do swojej oazy. Wolałaby go jutro nie widzieć na oczy, ale już trudno.

Zamyka za sobą drzwi i otwiera usta ze zdziwienia. Dając klucze przyjaciółce, była przekonana, że Baśka podrzuci tylko kilka rzeczy, a tymczasem całkowicie przemeblowała salon. Czarnym papierem pozaklejała okna, w tym przeszkoloną ścianę oddzielającą dom od basenu, zrolowała dywan i postawiła go w kącie, kanapy dosunęła do ściany, zasłaniając przy tym kominek, narzuciła na nie obszerne czerwone kapy (skąd je wytrzasnęła?), stolik i pufy gdzieś wyniosła, lampom zmieniła abażury.

Musi przyznać, że całość wygląda nastrojowo i nadawałaby się raczej na romantyczną randkę niż na szaloną, babską imprezę. Tylko po co ten parkiet? Będą tańczyć? Całe wieki tego nie robiła! Nie przyszłoby jej zresztą do głowy, by tak wykorzystywać zabytkową, drewnianą podłogę w swojej oazie spokoju. No, ale dobrze, że zainstalowała tu całkiem niezły sprzęt grający – w końcu się przyda. Byle tylko sąsiedzi nie wezwali policji ze względu na zakłócanie ciszy nocnej. Wolałaby, żeby impreza odbyła się bez podobnych niespodzianek.

Kiedy odświeżona schodzi popływać, z ulgą stwierdza, że po firmie od pielęgnacji zieleni nie ma już ani śladu. Oczyszcza więc umysł i oddaje się swojej ulubionej formie relaksu. Lubi rozpryskujące się krople wody, połyskujące pięknie w świetle zachodzącego słońca, przyjemny dla ucha plusk, zmysłowe omywanie, orzeźwiający chłód. W basenach publicznych woda zazwyczaj jest za ciepła do pływania, a tutaj ma dokładnie taką jak lubi – „mrożące krew w żyłach” dwadzieścia dwa stopnie. Bycie bogatą ma jednak pewne zalety, nawet ona musi to przyznać.

Lubi też błogie uczucie fizycznego zmęczenia, zagłuszające jej rozszalałe myśli i otulające do snu. Dziś tego potrzebuje jeszcze bardziej niż zwykle, choć sama tak do końca nie wie dlaczego. Fakt, zaniepokoił ją komentarz Baśki, że skoro nadal nie mogą urządzić jej wieczoru panieńskiego, to chociaż zorganizują urodziny. Do tego zapowiadana przez przyjaciółkę obecność Arka.

Wie, że może spodziewać się najgorszego. Słomek do napojów w kształcie penisów, takich samych kostek lodu, fallicznego tortu albo innych czekoladek, głupich konkursów, striptizera, wibratorów. Dawniej by ją to bawiło, ale teraz?

Jak bumerang wraca wspomnienie o ich wspólnej przeszłości. Szaleństwo licealnych lat. Dzielony jeszcze z dwiema koleżankami pokój w internacie. Zachłyśnięcie się Wrocławiem i miejskim, imprezowym, gorącym krwiobiegiem. Mężczyźni zmieniani częściej niż rękawiczki. Dziki seks. Co u licha w tym widziała? Sama nie wie, to było takie głupie, bezsensowne i uwłaczające ludzkiej godności. Traktowały tymczasowych partnerów przedmiotowo i zapewne tak samo były traktowane przez nich. Nie liczyły się z niczyimi uczuciami, zagłuszały nawet własne. Alkoholem i trawką. Na początku studiów było jeszcze gorzej…

Wtedy raczej rzadko miewała wyrzuty sumienia, teraz się trochę wstydzi. Jest jej szczególnie głupio z powodu Wojtka. Uwzięły się na chłopaka tylko dlatego, że był trudny do zdobycia. Nieśmiały. Słodki. Całkiem przystojny, choć trochę zbyt szczupły i na tyle płochy, że gdy zostawał z jakąkolwiek dziewczyną sam na sam, szybko się ewakuował.  Zaatakowały więc we dwie. Kiedy siadła na nim okrakiem, położyła sobie jego dłoń na półnagiej piersi i pocałowała w usta, ocierając się przy tym o rozporek, wystrzelił w spodnie. Nie udało mu się ukryć tej plamy i jeszcze długo był przedmiotem drwin w ich szkole. Szkoda chłopaka, musiał to ciężko przeżyć.

Oj, ale chyba nie to było najgorsze. Najgorszy był strach. Ledwo pamiętała tamtego gościa, nie wie, jak ją odnalazł. Przez moment żyła w koszmarze. Zawsze używała gumek. Zawsze! I chyba to ją uratowało, mimo że kilka razy zdarzyło się, że prezerwatywa pękła. Nigdy nie zaszła w ciążę ani niczym się nie zaraziła. No, ale musiała przeżyć swoje. Za karę.

Prosto z mostu, nie patrząc w oczy, lecz na własne splecione dłonie, wyznał jej, że jest nosicielem wirusa HIV. Nie wie jeszcze, od kogo się zaraził. Odszukuje wszystkie swoje partnerki, by je ostrzec, bo z wcześnie wykrytym zakażeniem można żyć długo i szczęśliwie, mając w zasadzie wszystko, co mają seronegatywni. W tym dzieci i szczęśliwe małżeństwo. Nie zarażając nikogo. Natomiast będąc nieświadomym nosicielem, można zabijać.

Chyba nie miałaby tyle odwagi co on. Nie potrafiłaby spojrzeć w oczy wszystkim swoim partnerom i powiedzieć im o czymś takim. Ilu ich mogło być. Kilkunastu? Dwudziestu? Nie liczyła.

Choć z drugiej strony, bzykając się z kim popadnie, powinni zdawać sobie sprawę z ryzyka. A oni je bagatelizowali. Pomyśleć, że niektórzy nie chcieli się zabezpieczać?! Dobrze zrobiła, odmawiając wszystkim tym, którzy nie dali się przekonać!

W jej wypadku skuteczniejsze, niż rozmowa w cztery oczy, mogłoby okazać się ogłoszenie w ogólnopolskiej prasie. Widzisz tę kobietę? Spałeś z nią? Przebadaj się! Możesz być chory! Albo jeszcze lepiej – z rozmachem – bilbordy z jej podobizną i reklamy telewizyjne tuż przez Wiadomościami. Trochę w stylu Wanted. Mogłoby być ciekawie. Jej ojciec pewnie dostałby zawału, a siostry raz na zawsze zmieniłyby nazwisko, w swojej zapadłej wsi nie miałaby po co się pokazywać, ale przynajmniej wszyscy ci napaleni faceci przestaliby się umizgiwać, pracownicy zajęli robotą, a kontrahenci czytaniem ofert.

Oczywiście, że się przebadała. Przez dwa tygodnie, czekając na wynik, nie mogła jeść ani spać. To był chyba najsilniejszy stres w jej krótkim życiu. Duża, skondensowana dawka. Nie licząc Anila, rzecz jasna.

Samo pójście na badanie było co najwyżej żenujące, szczególnie rozmowa przed zrobieniem testu i ta po odbiorze wyników. Przyznanie się do tych wszystkich, w zasadzie obcych, partnerów seksualnych i całego mnóstwa irracjonalnych zachowań. Teraz, bez mężczyzn, jest jej zdecydowanie lepiej. W celibacie żyje się spokojniej. Bezpieczniej.

Baśkę też, niemal siłą, zaciągnęła na badania i, dzięki Bogu, ona też okazała się czysta! Tyle, że przyjaciółka nadal czasem szaleje. No i miała jedną nielegalną skrobankę. Nigdy by się nie spodziewała po tej szalonej, żywej dziewczynie, że po zabiegu będzie trzy dni płakać w kącie. Do dziś nie wie, czy bardziej przez ból i nieludzkie warunki, opryskliwość chamskiego lekarza, który nie chciał dać jej znieczulenia, bo na nie niby nie zasłużyła, czy też może bardziej ze względu na szalejące hormony. Pewnie nigdy się nie dowie.

Czasem nienawidzi mężczyzn. Za ich dwulicowość i podwójną moralność. Za to, że są silniejsi. Za testosteron i agresję. Gwałty. Morderstwa. Bicie. Za to, że to kobiety rodzą i mają okres, a na dodatek nie mogą sikać na stojąco (no, choć to już akurat przeszłość; uwielbia Shewee!). Za to, że łatwiej dochodzą, że gapią się na ulicy i że książki zawsze oceniają po okładce. Za to, że większość z nich jest niezadbana, że się pocą i ślinią. Za to, że chrapią i nie opuszczają deski. Za to, że zarażają HIV. Za to, że mimo wszystko kobiety wcale się od nich bardzo nie różnią… Po prostu ich nienawidzi.

Alternatywny stan świadomości

Nawet po hektolitrach wódy Mateusz nigdy się tak nie czuł. Kto by pomyślał, że bezsenność podziała na niego w ten sposób? Dziwny stan pobudzenia i większy niż zwykle dystans do rzeczywistości. Jakby znajdował się w niezwykle realistycznym śnie, obecny i nieobecny, przytomny i chętny do działania, ale spowolniony nadzwyczajną gęstością powietrza, lepką masą otulającą przytępione zmysły, czujący jednocześnie pełne niepewności rozedrganie i rozpierającą od środka energię. Powinien był się zdrzemnąć choć chwilę, ale nie odmawia się kumplowi w biedzie, a kładąc się o drugiej w nocy, po wczorajszym ciężkim dniu, mógłby nie wstać o czwartej rano.

Wieczorem jego królewna była taka inna. Lodowata. Humorzasta. Wyglądała dojrzalej w garsonce i makijażu. A mimo to jeszcze bardziej go pociągała.

Po wyjściu z herbaciarni miał ochotę zalać się w trupa. Dlatego, że nigdy nie będzie jej miał. Ostatecznie wypił tylko trzy piwa, próbując pocieszyć przy tym Jacka, którego stara pognała z domu, bo dopatrzyła się śladu szminki na jakiejś części jego garderoby. Na gatkach? Nie pamięta… Ale chyba naprawdę byłoby ciężko wytłumaczyć się ze śladu szminki w takim miejscu. Już to widzi! „Babcia pocałowała mnie w krocze na do widzenia. Przecież wiesz jak mocno się maluje…” W zasadzie nie dziwi się, że Kryśka wpadła w szał. Doigrał się poczciwina.

Wczesnym rankiem trawa wydaje się bardziej soczysta niż powinna, nóż tapicerski ciąży w dłoni, jakby był z ołowiu, a wszystkie głosy są niższe i wydają się spowolnione. Serce wali mu jak młotem. Pneumatycznym normalnie! Jeszcze jest dość chłodno i dopiero zaczęli robotę, a już obawia się, że do południa może nie wytrzymać. W pełnym słońcu, z głową pochyloną w dół i tym uciążliwym pulsowaniem w skroni.

Dobrze, że wczoraj wyrównali teren, bo dziś chyba nie miałby siły. Zostało już tylko położenie tego przeklętego zielonego dywaniku. Zraszacze mogą na szczęście zainstalować w poniedziałek. Dzisiaj muszą tylko uprzątnąć wszystko, żeby wyglądało schludnie. Nasadzenia później. Kiedy indziej. Na trzeźwo.

Usilnie próbuje się skupić, ale wtedy pojawia się ona, jego królewna. Nie ma na sobie sukni balowej ani pantofelków za milion dolarów, za to kropelki wody połyskujące w mokrych włosach tworzą najpiękniejszą i najbardziej misterną koronę na świecie. Z całego jej oblicza promienieje siła i witalność, mimo jasnej, porcelanowej cery i delikatnej budowy.

Nogi ma idealne. Długie. Zgrabne. Stópki malutkie, malusie. Szerokie biodra łagodnym łukiem przechodzą w wąską talię. Najchętniej tak jak go zastała, na kolanach, wtuliłby się w jej gładki brzuch obleczony cieniutką warstwą stroju pływackiego. Skóry delfina. Nie, raczej drapieżnej i dostojnej orki. Tak, jest jego orką. Drapieżnikiem, który go pożre, a co gorsza on ma ochotę zostać jej przekąską.

Wygląda cudnie w błękitnym stroju pod szyję, z tyłu zapinanym na zameczek i z białymi szwami. Mokra. Wręcz ociekająca. Zmysłowa. Choć tak zakryta… Materiał przylega do niej niczym druga skóra. Kontrastuje z intensywnie czerwonymi włosami. Mateusz głośno przełyka ślinę. Głodny. Dosłownie głodny jej. I wtedy, jakby to dosłyszała, odwraca głowę i przez ramię zerka wprost w jego oczy. Wie, że powinien potulnie opuścić wzrok, ale nie jest w stanie.

– Nic ci nie jest? – Jej głos jest rozciągnięty tak samo jak wszystkie inne dźwięki, ale i tak wyjątkowy. O co chodzi? Dziewczyna schyla się i ciągnie go za ramię. Posłusznie wstaje. Jak mógłby stawiać jej opór? Jest przecież jej wiernym poddanym…

– Pokaż. – Ciągnie jego drugą rękę. Spogląda na nią. Jest obca, jakby wcale nie jego. Brudna. Skaleczona. Na wierzchu dłoni widoczne jest długie cięcie noża. Ale jak? Kiedy? Nic nie poczuł. Trzymał nóż? Gdzie on jest? Rozgląda się, majcher leży niewinnie u jego stóp, ale ostrze jest naznaczone czerwienią. Nie rozumie. Nic a nic.

Ona coś jeszcze do niego mówi. Inni też mówią. Zupełnie ich ignoruje, zachłyśnięty jej bliskością. Ciepłą dłonią na jego ramieniu. Jasnym meszkiem na kobiecej szyi. Zapachem. Ona pachnie. Truskawkami? Idzie za nią. Wchodząc na taras, pośpiesznie zrzuca z nóg zabłocone buty, nie schylając się przy tym. Idzie dalej, aż w końcu ona wpycha go do łazienki i odkręca ciepłą wodę. Wkłada jego poranioną dłoń pod strumień, po czym wychodzi, zostawiając zdezorientowanego.

Po raz pierwszy jest w tym domu. Dlaczego? Po co? Nadal nie rozumie. Beznamiętnie patrzy, jak woda zabarwia się na różowo i spływa, wesoło wirując. Ładny kolor. Trochę podobny do koloru majteczek leżących na podłodze. Ślicznych, koronkowych. Podnosi je na wysokość oczu i przygląda im się uważnie. Długo, choć tak naprawdę nie wie jak długo. Kwiecisty wzór coś mu przypomina, próbuje odczytać zaszyfrowaną w nim wiadomość.

Nagle rozlega się ciche pukanie. Potrząsa głową, próbując się skupić. To pewnie ona! Jeszcze raz zerka na różową bieliznę i spanikowany szybko wpycha ją do kieszeni spodni. Przedniej prawej. Drzwi otwierają się zbyt szybko. Dalej jest bosa, ale teraz w prostej, lnianej sukience. Bez stroju. Bez skóry orki. W ręce trzyma białą buteleczkę.

– Woda utleniona – wyjaśnia. – Trzeba zdezynfekować ranę.

Zdejmuje zakrętkę i chwyta jego dłoń, patrząc mu prosto w oczy. Ręka jest cała czerwona. Ciężkie krople kapią na strasznie drogą podłogę. Wstyd mu za to. Opuszcza wzrok. I wtedy nagle uścisk dziewczyny słabnie, a ciało powoli zaczyna się osuwać. Widzi to w zwolnionym tempie. Ona, bezwładna, coraz cięższa i coraz bliżej twardej podłogi. Niebezpiecznej podłogi.

 Jego ciało samo reaguje. Schyla się. Jedną ręką obejmuje ją w pasie, a drugą podtrzymuje odchyloną głowę. Ostrożnie kładzie dziewczynę na podłodze, nosem mimowolnie przejeżdżając u nasady szyi. Bierze wdech i zamiera. Zdecydowanie zbyt długo pozostaje w tej pozycji, sycąc się oszałamiającym zapachem skóry swojej śpiącej królewny, ale w końcu zmienia chwyt i ją podnosi. Jest lekka niczym piórko i taka nieobecna. Włosy nadal ma mokre.

Niesie Ewę tą samą drogą, którą weszli. Kładzie dopiero na tarasie, sadzając ostrożnie w głębokim, starym fotelu. Zbiegają się wszyscy. Pytają. On nawet coś odpowiada, sam nie wie co, a po chwili słychać już sygnał karetki. Pojawiają się obcy ludzie. Nosze.

– Czy to jej krew? – Ratownik medyczny przygląda się ciemnym plamom na jaśniutkiej sukience.

– Nie, jego – odpowiada ktoś z boku.

– Proszę pokazać. – Silna i owłosiona dłoń, zupełnie inna niż jej, chwyta rękę Mateusza.

Pozwala na to, ale nie odrywa wzroku od Ewy.

Pieczenie. Plaster.

– To nic poważnego – słyszy jakby z oddali. – Powierzchowne.

Patrzy jak układają jej bezwładne ciało na noszach i jak pakują dziewczynę do karetki. Nie rozumie. Nadal nic nie rozumie. Skrzywdził ją? Zrobił coś złego? To przez niego?

– Posiedź chwilę i nie przeszkadzaj już więcej. – Słyszy głos szefa. Kipiący wściekłością. Wydobywający się spomiędzy zaciśniętych zębów. Siada. Cóż innego mógłby zrobić? Koledzy uwijają się niczym mróweczki, a on tylko patrzy. Jakie to głupie i bezsensowne? Cała ta trawa i ten ogródek. Pośpiech. Walczenie z naturą, żeby coś zwolnić albo przyspieszyć, żeby rosły takie a nie inne rośliny, żeby miały taki kształt, jaki ludziom się podoba.

Kiedy w końcu dociera do domu, podrzucony służbowym samochodem niemal pod same drzwi, zrzuca z siebie tylko brudne ciuchy, zostawiając je niedbale rozrzucone w przedpokoju i kładzie się. Zasypia natychmiast. Twardym, ale niespokojnym snem. Śni mu się jego królewna, jeszcze bledsza i nadal bezwładna. Nieprzytomna. Zimna. Panicznie się o nią boi.

Budzi się dopiero późnym popołudniem, cały obolały. Trochę jak na kacu. Matka jest na niego ostentacyjnie obrażona, jak zawsze gdy wraca do domu nad ranem. Nie widzieli się jeszcze, więc to normalne.

– Wrzuciłam twoje brudne ciuchy do pralki – mówi obojętnym tonem, przerywa siekanie szczypiorku i odwraca się w jego stronę. – To też mam uprać? – Z kieszeni fartucha wyjmuje różowe majteczki i wiesza je na koniuszku palca tak, jakby brzydziła się ich dotykać.

Patrzy na nią nieprzytomnie, usiłując sobie przypomnieć, skąd mogły się wziąć. Dopiero po dłuższej chwili powraca do niego wspomnienie bladej i nieprzytomnej Ewy. Ma nadzieję, że nic jej nie jest.

– Nie, dzięki. – Wstaje i niby od niechcenia chwyta bieliznę. – Ja się tym zajmę.

Na szczęście nie ma żadnego przesłuchania, tylko chytry półuśmieszek. Matka pewnie nie może się doczekać, aż on też się ożeni i spłodzi dla niej jakieś wnuczęta. Wyprowadzi się. Tak jak Dominik. Tyle, że Dominik nie marnował czasu na studiowanie. Po technikum od razu poszedł do pracy. Najpierw serwisował automaty na napoje i słodycze, a teraz ma kilka własnych. To zadziwiająco dobry interes. Szczególnie w takim mieście jak Wrocław. Pełno tu miejsc, w których można je rozstawiać.

Wraca do łóżka. Tym razem nie po to, by spać, a po to, by użalać się nad sobą, wgapiając się w jej bieliznę. Bieliznę królewny. Wącha ją. O dziwo, naprawdę pachnie budyniem waniliowym, tak jak sobie wymyślił. Wącha jeszcze raz, to niemożliwe. Jak świeża drożdżówka albo jak…

Zrywa się. Musi sprawdzić, czy nic jej nie jest! Chociaż podejść pod płot i zobaczyć, czy palą się jakieś światła. Upewnić się, że nie jest już tak przelewająco-się-przez-ręce bezwładna, że jest ciepła, żywa, przytomna… że wszystko będzie dobrze.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas . Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Sam początek trochę mnie nużył, ale im dalej tym lepiej. Podoba mi się opisanie irytującego puszczalskiego okresu w życiu kobiety, jak i ukazanie emocji Mateusza w kontakcie z obiektem pożądania. Wiadomo – Ona to nie jest jego liga, co więcej zapewne dzieli ich kilka poziomów, a nie sposób jest je przeskoczyć. Zanosi się jednak, że coś z tego będzie… Że przeznaczenie zrobi małego psikusa i dwoje tak różnych osób, połączy się w ten czy inny sposób 😉

Nie wiem co irytuje Cię w puszczalskich okresach, ale miło mi, że dobrnąłeś do końca tej części… może następne bardziej przypadną Ci do gustu 🙂

Zawsze irytuje mnie bezrefleksyjne podejście do seksu. Jednak nie jest to zarzut w stosunku do opowiadania, bo jak wspomniałem podoba mi się sposób w jaki przedstawiłaś ten fragment (jak i następny).
Część spodobała mi się na tyle, że na pewno będę śledził kolejne 😉

Ciekawi mnie też sposób w jaki połączysz wszystkie elementy układanki i czy będzie to jasne dla czytelnika. Wadą publikowania tak złożonego opowiadania w częściach jest, to że po przeczytaniu trzeba czekać parę tygodni na kontynuację. W tym czasie o paru rzeczach czytelnik może zapomnieć. Ja przy czytaniu drugiej części “magnetyzmu” wracałem do pierwszej, aby spróbować się w tym połapać. A im dalej tym pewnie będzie trudniej.
Interesuje mnie to głównie z tego względu, że sam tutaj będę publikował być może jeszcze dłuższą serię i też dosyć skomplikowaną. To dla mnie cenny materiał do przemyśleń.
Pozdrawiam
R.

Mnie najbardziej irytuje kiedy rozpoczęte serie są przez autorów porzucane w połowie… Moja na szczęście jest skończona i publikacja zależy od pracy korektora/korektorów 🙂
Osobiście zdecydowałam się na krótkie fragmenty podawane czytelnikom z grubsza co trzy tygodnie, ale są różne strategie…

Trzymam kciuki, żeby wszystkie części zebrane do kupy, stworzyły spójną, generującą refleksję, całość.

Dziękuję 🙂

Tymczasem liczba elementów układanki zdaje się rosnąć. Ciekawe te ślady szminki na pewnej części garderoby. -:) Tylko w jaki sposób Mateusz, żaden przecież wymoczek i zaprawiony obecnie pracą fizyczną, a uprzednio kilkuletnimi studiami, zdołał mieć kaca po trzech piwach? Musiał coś “zamieszać” -:). Tym niemniej, podoba mi się ta współczesna wersja bajki o królewnie i szewczyku. Co prawda, nadal w tle kilka postaci, które z pewnością “zamącą” w tej historii.

A może po prostu się nie wyspał? Ja reaguję podobnie na całkiem zarwaną noc… nawet bez alkoholu 😀

Co do beztroskiego puszczania się, można je uznać za pewien etap w życiu. I tak jest u Twojej bohaterki. Poszukiwanie, eksperymentowanie, zachłyśnięcie się wolnością, tak to odczytuję. Natomiast uczynienie z bzykania się z kim popadnie sposobu na życie jest bardzo smutne według mnie.
Istnieje teoria, że przekraczając pewną liczbę partnerów seksualnych, maleją szanse na udany związek.

Co zrobili Ewie mężczyźni? Pewnie dowiemy się w kolejnych odsłonach. Ten bezpieczny celibat zapewne z czegoś wynika.

Chyba masz jakiś sentyment do orek 🙂

Jak ja zazdroszczę niskim kobietom noszenia dziesięciocentymetrowych szpilek 🙂

Pozdrawiam

Uczynienie z bzykania się z kim popadnie sposobu na życie rzeczywiście jest smutne, ale podejrzewam, że w większości przypadków to jest skutek problemów a nie przyczyna, dlatego osobiście wolę nie oceniać…

Zdecydowanie mam sentyment do orek, ale większy chyba do morświnów, które niestety są zupełnie niemedialne… zresztą może po prostu sama lepiej czuję się w wodzie lub na wodzie niż na lądzie 🙂

I uwierz, że nie ma czego zazdrościć – szpilki nie są ani wygodne, ani praktyczne, fakt że efektowne, ale brakujących centymetrów i tak nie wynagrodzą.

A co do moich bohaterów, naprawdę mam nadzieję, że zechcesz ich poznać bliżej 🙂

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Napisz komentarz